- Opowiadanie: Ajwenhoł - Oswoić noc (HAREM 2011)

Oswoić noc (HAREM 2011)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Oswoić noc (HAREM 2011)

Jeszcze jedno dla Kamili

 

 

Powiadają, że tam, gdzie szumi rwący nurt Ostrej, w czerwcowe noce woda wyśpiewuje na kamieniach opowieść starszą od najstarszych buków. Powtarza ją rok w rok od tak dawna, że nawet wiły nie wiedzą, czy zdarzyła się naprawdę, czy to tylko rzeka zmyśliła ją sobie dla zabawy. Są i tacy, którzy twierdzą, że to same wiły wymyśliły tę historię i czarodziejską mocą wplotły w szmer potoku. Nawet same kamienie pamiętają te dzieje jak przez mgłę, i każdy opowiada ją w inny sposób.

 

Jeśli wierzyć pieśniom, zdarzyło się, że w strony te zbłądził niegdyś w poszukiwaniu zwierzyny łowczy Szalej z Głodomanka. Szedł jelenim tropem w górę rwącego potoku przez prześwietlony, pachnący igliwiem i żywicą jodłowy las. Woda śpiewała ciemnym basem w zielonych baniorach, cętkowane pstrągi z pluskiem dążyły pod prąd. Szalej wędrował tak cały dzień, ślad potężnego byka był wyraźny, choć niezbyt świeży. Świat wokoło wrzał czerwcem, w noc krótką i jasną las brzmiał śpiewem wilgi i słowika.

 

Gdy słońce chyliło się ku miękkim szczytom nieodległych gór, Szalej wyszedł zboru na porosłą głogiem połoninę. Zapadał zmrok, wieczorne powietrze stało się lekkie, rosa osiadła na trawach. Od głogów biła cisza mącona jedynie szmerem strumienia i monotonnym kri-kri świerszczy. Pod wykrotami lągł się nocny mrok. Łowczy postanowił iść tropem aż do zupełnej ciemności, potem zaś czekać na księżyc. Dotarł w miejsce, gdzie do potoku dołączał kolejny i razem spadały szumiącą kaskadą po zielonych od mchu kamieniach, gdy nagle jego serce zamarło.

 

Kąpała się u stóp wodospadu – zupełnie inna niż kobiety jego rodu, wysoka, o skórze barwy intensywnie oliwkowej w gasnącym świetle dnia, piękna. Szalej skrył się w zaroślach – serce wali, wali, wali – tylko nie mrugnąć, nie mrugnąć, bo a nuż zniknie czarodziejska wizja…

 

I wtedy usłyszał Szalej jej śpiew – niski i ciemny jak pieśń ziemi i kamieni. Słowa wplątywały się weń jak w pajęczą sieć, a melodia otaczała je szczelnym kokonem, jakby pani nie potrzebowała ich wcale, by śpiewać. Fantastyczne glosolalia, drżące fioritury opływały i obmywały Szaleja, a on trwał i trwał zasłuchany. Słońce zaszło, niebo przesunęło się, przegwieździło. A gdy wzeszedł księżyc, pani wyszła z wody i odgarnęła z ramion lilie inenufary; w bladej poświacie jej ciało lśniło srebrem.

 

Szalej nie spał wiele tej nocy. Dopiero świtem zapadł w krótki sen; śniło mu się, że jest kamieniem uśpionym w łonie ziemi, a wkoło nie dzieje się nic. Taki miał sen.

 

Tak było przez siedem wieczorów: każdego dnia, gdy wydłużały się cienie, zielona pani powracała, by kąpać się w zimnym potoku. Siedmiokroć wsłuchiwał się Szalej w jej śpiew, jego spojrzenie jak woda opływało jej ciało – o zmierzchu oliwkowe, w świetle księżyca srebrne, w ciemności prawie czarne. Wodne kwiaty z niewinną swobodą lepiły się do jej ramion, do jej piersi. Słońce czy deszcz – Szalej czuwał.

 

Ósmego wieczora sponad omglonych gór wytoczyły się granatowe chmury. Burza zeszła w doliny, deszcz spłukał świat. Szalej trwał przemoczony, brudny i wynędzniały; przez cały tydzień jadł leśne borówki, nie opuszczając wodospadu dalej jak na odległość głosu. Od środka palił ogień – w sercu popiół i pustynia. A świat wkoło świeży, mokry, pachnie wilgotna ziemia…

 

– Kto ty jesteś, który się chowasz jak borsuk między korzeniami?

 

Stała za nim w deszczu, wysoka i naga, ciemne gałęzie jej włosów wypuszczały drobne listki, soczyste od wiosennej zieleni; zdziwione usta pełne i czarne, spękane jak kora, po lekko omszałej łydce pnie się z miłością pęd bluszczu.

 

– No jak cię zwą? – powtórzyła.

 

– Jam jest Szalej, z grodu Głodomank – wychrypiał łowczy; gardło jak imadłem ściśnięte.

 

– Dlaczego wieczór w wieczór przychodzi Szalej z grodu Głodomank i spogląda, jak Pani V'esna kąpie się wpromieniach wieczoru?

 

– Wiedziałaś, że cię obserwuję… Pani? – chrrrp, chrrp, głos ochrypły, ordynarny szoruje po gardle. – Kim ty jesteś?

 

– I ryby w strumieniu mnie oglądały, i ważki nad wodami, jeden tylko Szalej chował się w zaroślach i lękał podejść bliżej. Jam V'esna. Pasterka Jaśminu, drzewna pani. Dlaczego na mnie nie patrzysz, skoro przyszłam?

 

– Boś jest piękna… Pani.

 

– Spójrz na mnie.

 

Szalej podniósł wzrok; lękał się spojrzeć prosto w twarz drzewnej pani, nie śmiał błądzić wzrokiem po jej piersiach, patrzył tylko w zagłębienie między jej obojczykami. W głowie mu szumiało, żądza i strach tętniły w skroniach, ciałem trzęsła gorączka. Ciężki kaszel rwał mu płuca.

 

– Spójrz na mnie.

 

I Szalej spojrzał. A potem utonął w poznaczonym złotymi plamkami, niemal pitnym półmroku jej oczu, w spokojnym cieniu letniego popołudnia. Biegł przez las porykując radośnie, dumnie parskał i wstrząsał łbem z rozwidlonym porożem, ściółka szeleściła pod racicami. Wyciągnął ku słońcu kostropate gałęzie – aureola pszczół krążyła wkoło baldachów jego bladych kwiatów, więc zebrał resztkę nektaru i po własnym śladzie wrócił do barci swego roju. A potem nadeszła zimowa noc i mróz jak nocna mara dusił ziemię, i Szalej wył do księżyca zwołując swą watahę: od moczarów szedł zbłąkany łoś. Szalej dysząc biegł przez noc, przez mróz, w nozdrzach czuł już zapach potu ofiary, ostrą woń strachu – ale nim zdążył dobiec, powiał wiatr i zerwał go z pustej wewnątrz łęciny dmuchawca. Ponad łąką rozdygotaną od owadziego gwaru, w taniec i w pląs; wtem nadeszła jesień i Szalej opadł na ziemię, i zgnił, i jadły go robaki, aż po stu latach wyrósł potężnym dębem, i otworzył oczy.

 

Zbudził się na posłaniu z wrzosu w omszałej grocie, zalanej seledynową poświatą. Gdzieś blisko źródło czystej wody bełkotało do siebie, pszczoły i ważki polatywały tu i tam. Zapach czeremchy, zapach jabłoni – i jaśmin, jaśmin, jaśmin. Ciche, monotonne buczenie, jak dmuchanie w butelkę, wibrowało w powietrzu i Szalej czuł, jak dźwięczą w nim prastare słowa, tajemnice głębokie jak noc u korzeni gór.

 

– V'esna? – Szalej uniósł się na łokciu.

 

Pasterka Jaśminu stała z przymkniętymi oczami, kołysząc się w rytm głębokiej melodii, wyciągnięte palce jej dłoni rozkwitały drobnymi kwiatami, w gałązki włosów zaplątał się wiatr. Otaczały ją podobne istoty, piękne lub pokraczne, bardziej lub mniej drzewiaste – różane krzewy i jabłonie, rosochate lipy i dęby, a wszystkie co rusz kłaniały się Pasterce Jaśminu. A gdy minęła wieczność albo i dłużej, skłoniły się wszystkie razem i odeszły.

 

– Pora wstać, Szaleju, któryś poznał drogi wilka i jelenia, któryś rósł lipą i dębem – szekła V'esna. Byli w grocie sami, jej dłonie i włosy na powrót stały się zwyczajne, ludzkie, bez śladu kwiatów ani młodych listków. – Spałeś długo. Dziś opowiedziałam mym dzieciom, że Szalej z Głodomanka u nas zostaje. Odtąd nie musi lękać się niczego pośród pól i lasów, nawet najgłębszych cieni w mateczniku kniei. – Nabrała w dłonie wody ze źródła i dała łowczemu pić; woda była zimna i oczyszczała myśli z sennej oćmy. – Ale najpierw obieca mi, że zawsze, zawsze będzie Szalej patrzył prosto w oczy tej, którą nazywają V'esną. Będzie patrzył na mnie i podziwiał mnie, bo jestem piękna. – Rozłożyła szeroko ramiona, jakby zapraszając Szaleja, wstrząsnęła włosami i przymykając oczy odrzuciła w tył głowę; jej obojczyki delikatne, smukłe, na lewej piersi pod oliwkową skórą czarna pajęczynka drobnych żyłek. W głowie Szaleja huczało, dłonie mokre od potu – kobiety jego plemienia nigdy nie zachowywały się w taki sposób. Przemknęło mu przez myśl, że V'esna go uwodzi albo z niego kpi, ale dzięki wodzie ze źródła jego myśli stały się jasne i przejrzyste i pojął, że istoty jej rodzaju pożądają w inny sposób niż ludzie. Nadal był jednak speszony zachowaniem zielonej pani i nie wiedział, gdzie podziać wzrok.

 

– Patrz mi w oczy, Szaleju! Niedawno nauczyłeś mnie, że jestem piękna – czemu teraz mnie nie podziwiasz? Kwiaty i zwierzęta mnie wielbią, moje dzieci mnie kochają, lecz nigdy, przenigdy nikt dotąd nie nazwał mnie piękną. Piękne jest słońce o zachodzie i gwiazdy nocą, piękne są wiosenne krokusy na połoninach i tęcze nad rwącym potokiem w letni dzień; ale co znaczy, że piękną jest V'esna?

 

– V'esna jest piękna, bo serce drży na jej widok – Szalej dygotał cały, ale patrzył jej w oczy. – Każdego wieczora, gdy wiedziałem, że V'esna przyjdzie do wodospadu, oczekiwanie rozrywało mnie od środka. Mogłem nie jeść i nie spać, tylko podziwiać V'esnę.

 

Zielona pani dotknęła smukłym palcem ust łowczego. Jej skóra była sucha, ciepła, pachnąca ziemią.

 

– I Szalej jest piękny – powiedziała.

 

Tak zaczęło się dla Szaleja lato, lato złote i ciepłe. Wędrował wraz z V'esną po łąkach i lasach między górskimi szczytami a wielką rzeką. Dnie pachniały sosnową żywicą, wypełnione pracowitym brzęczeniem pszczół. Nocami szept górskich strumieni i śpiew drzewnej pani kołysał go do snu, a sny te były miękkie i jasne. V'esna wodziła Szaleja po słonecznych polanach i po najgłębszych głębiach lasu, po mrocznych uroczyskach, gdzie prastare drzewa trwały porosłe brodami mchu, gdzie zalegała gęsta ciemność pamiętająca jeszcze czasy przed narodzeniem słońca i księżyca. Jedli miód, orzechy i jagody, i było im dobrze. Z czasem Szalej przyzwyczaił się do nagości V'esny, a pożądanie zeszło w najciemniejsze doliny jego umysłu; miał wrażenie, że jego miłość do niej stała się prawdziwsza. Leśna pani dziwiła się, czemu Szalej nie pozwala na siebie patrzeć, gdy sam kąpie się w potoku – a on przecież czuł się niezgrabny i pokraczny, brzydki, brzydki przy całym jej pięknie.

 

– Dlaczego miałabym okrywać się, i czemu robi to Szalej? – powiedziała pewnego wieczora, gdy leżeli przytuleni na posłaniu z liści paproci pod rudymi sosnami, spowici światłem zachodzącego słońca. – Zwierzęta nie noszą drugiej sierści ani drzewa dodatkowej kory. Nie byłoby widać, jak bardzo są piękne. Czy V'esna stała się mniej piękna?

 

Szalej usiłował wytłumaczyć, czym jest wstyd i czemu służy odzież, ale słowa zdawały się być drewniane, nieporadne i śmieszne. Objął Pasterkę Jaśminu mocniej, wtulił nos w pachnące zagłębienie między jej szyją a ramieniem i usnął. V'esna pojęła tyle tylko, że Szalej okrywa się, bo mu zimno.

 

Nadszedł sierpień, a wraz z nim przyszły inne sny, sny o miłości tętniącej i kipiącej od pragnień, sny, w których V'esna wiła się i jęczała w jego ramionach – o, tak, o, tak… Szalej budził się wówczas spięty i długo wpatrywał w niebo między gałęziami drzew.

 

Wszystko odmieniło się pewnego dnia, gdy zeszli w porosłą dzikimi jabłoniami dolinę. Słońce przypiekało, koszula kleiła się Szalejowi do pleców, jabłka zaczynały rumienić się już wśród gałęzi, sierpień, sierpień, sierpień, świat gorący i lepki. Łowczy trzymał się blisko Pasterki Jaśminu, czuł zapach jej potu, serce biło mu szybko, bardzo szybko. V'esna śmiała się jak skowronek, wdrapywała na drzewa i zrywała jabłka, sok ściekał jej po brodzie; Szalej scałowywał jego ślady z jej twarzy i szyi, kwaskowate strużki na słonej skórze. Nie protestowała, jej serce biło równie szybko co serce Szalej. Kęsy jabłek podawali sobie z ust do ust – jej wargi twarde i czarne. Spiekota i żar; turlali się po pachnącej zielnym zaduchem łące pod turkusowym niebem, świat zmienił się w pocałunek, w dotyk, w oddech szybki i rwany, w miodową woń wrotyczy.

 

– Szaleju, Szaleju, dziwne się rzeczy ze mną dzieją – szepnęła nagle V'esna. – Przestań mi tak robić, zaraz coś się we mnie urwie.

 

I Szalej przestał, a przez resztę dnia chodzili w napiętym milczeniu. Ale gdy nadszedł wieczór, łowczy zapragnął znów pocałunków i dotyku V'esny, więcej i więcej.

 

– Uważaj, Szaleju – odrzekła Pasterka Jaśminu. – Mijają lata, nim z pestki jabłka wyrośnie jabłoń. Chcesz rwać, czego nie zasadziłeś. Daj mi czas. Wrócę do ciebie, gdy przyjdzie pora zbierać nasze owoce. Wtedy będziemy oboje szczęśliwi.

 

Odeszła w rozświetloną księżycowym blaskiem noc, zostawiając Szaleja w samotności. Szukał jej długo, lecz nie znalazł nigdzie śladu, bodaj złamanej gałązki. Udał się do wodospadu, gdzie ujrzał ją po raz pierwszy, ale nie przychodziła, choć przez dziesięć dni i dziesięć nocy czatował w zaroślach głogu. Poczucie krzywdy paliło go jak ogień i nigdy, przenigdy nie czuł się tak osamotniony. Szukał wśród lasów i szukał wśród pól, pod słońcem i pod księżycem – na próżno.

 

Nadeszła przedwczesna jesień, chmurna i dżdżysta. W owym czasie zbratał się Szalej z plemieniem hamerników, krzepkich i przysadzistych, którzy mieli swe kuźnie w górach na południu. Szalej najął się u ich wodza jako wojownik – był bowiem młody i silny, a w górach w tamtych dniach rozpanoszyły się ciemne stwory. Powiadano, że Król Żmijów daleko na południu płodzi węże i szykuje się do wielkiej wojny. Walczył tedy Szalej ze żmijami i gniewoszami, walczył dziko i zawzięcie, i rychło zdobył sobie wśród hamerników mir. Miecz, krew, ogień – takie stało się jego życie, taki stał się on sam. Zmroczniał w tym czasie i sposępniał, piżmowa woń śmierci snuła się za nim jak woal. Wódz kowali chciał obsypać go złotem i kosztownościami, ale Szalej kręcił głową i prosił jedynie o wykonanie naszyjnika z kłów ubitych przez siebie żmijów.

 

Tak upłynęło lat dziesięć. Przez cały czas miał Szalej przed oczami obraz Pasterki Jaśminu, każdej nocy pragnął jej bardziej. Co roku wykuwał dla Szaleja własnoręcznie naszyjnik z wężowych zębów sam wódz hamerników, a gdy zbliżał się czerwiec, w młodym wojowniku wrzała krew i schodził w doliny, by szukać V'esny. Miesiąc błąkał się i nawoływał, lecz nie znalazłszy, z sercem za każdym razem ciemniejszym od gniewu i żalu wracał do walki z pomiotem Króla Żmijów.

 

Gdy po raz dziesiąty nastały krótkie, upalne noce czerwcowe, Szalej znów zaszedł pod wodospad i V'esna zjawiła się przy nim bezszelestnie jak noc. Łowczy cisnął jej gniewnie pod stopy dziesięć naszyjników, mówiąc:

 

– Oto naszyjniki ze żmijowych kłów. Hamernicy z gór powiadają, że przed wiekami Król Żmijów spłodził mnogość wężów na zgubę wszystkich dobrych stworzeń. Zabiłem wiele tych potworów własnym mieczem. Czy teraz jestem godzien twojej miłości?

 

Ale drzewna pani tylko smutno pokręciła głową i odeszła w milczeniu.

 

Szalej nie szukał jej, złość kipiała w jego sercu. Nim wzeszło słońce, był już w drodze, daleko, daleko od wodospadu. Tym razem zawędrował ku potężnym, mrocznym lasom na południu, które ciągną się aż po Duklę. Mijał wilcze doły i lisie jamy, spod wykrotów obserwowały go dzikie ślepia ciemnych stworów, którym ani ludzie, ani nawet wiły nie nadały nigdy imion. Wędrował tak w serce krainy drżących cieni, w sam matecznik bezsennego bezświatła. Nie myślał o V'esnie, serce miał puste. Miecz, krew, ogień – oto, co niósł ze sobą w ciemność lasu.

 

Tak dotarł do domu czarnoksiężnika Mruka. Mruk był ćmym wiłem, a mieszkał w głębokim parowie, dnem którego płynął cichy, czarny potok. Wejście do jego domostwa skryte było wśród sękatych korzeni buków, obwieszonych wstążkami, strzępkami wełny i drewnianymi brzękadłami. Czarnoksiężnik zastał pewnego dnia Szaleja nad brzegiem potoku, wpatrzonego w oleisty nurt.

 

– Uważaj, nieznajomy, woda ta przynosi zapomnienie i sen bez końca – odezwał się Mruk głosem cichym jak wieczorny wiatr w koronach drzew. Szalej wzdrygnął się i podniósł wzrok na ćmego wiła o twarzy gładkiej i szarej jak bukowa kora. Mierzyli się chwilę spojrzeniami ponad zaczarowaną wodą. Buki patrzały na nich setkami podobnych oczom sęków.

 

– Mnie tam zajedno. Już zapomniałem – odparł wreszcie Szalej pustym głosem.

 

– O czym zapomniałeś?

 

– O tym, o czym nie chcę pamiętać.

 

I tak ostał Szalej w domostwie Czarnoksiężnika służąc mu, a w zamian ciemny wił uczył go czarów. Mruk wyczuł bowiem ogień, który trawił duszę syna ludzkiego plemienia, i pragnął w tym ogniu wykuwać dla siebie nowe zaklęcia; własny płomień Czarnoksiężnika był już stary, znudzony i mdły, duchy toczyły go jak huby. Nauczył Szaleja, jak zsyłać sny i jak samemu wkradać się w sny innych, jak stawać się cieniem i jak wysyłać własny cień na przeszpiegi, jak spowijać się mgłą i jak tkać pajęcze sieci, jak przybrać postać pleśni i jak wytapiać nocne mary z rtęci. Poznał własności trujących ziół i imiona wielu stworzeń mieszkających w ciemnościach.

 

– Przy mnie nauczysz się oswajać noc. Także tę najgłębszą, na dnie własnego serca – mawiał często Mruk. – Nie będziesz lękał się niczego.

 

Szalej odzywał się mało,lecz pilnie chłonął każde słowo ćmego wiła. Mruk nie dopytywał, choć korciło go, by poznać historię swego ucznia. Pewnego wieczora, gdy zima jak zmora dusiła świat, Czarnoksiężnik niczym pająk wślizgnął się w sen Szaleja i ujrzał tam V'esnę w jego ramionach. Sen tętnił ogniem i pulsował namiętnie w rytm miłości łowczego i drzewnej pani, żar, żar, żar. Mruk chciwie wsysał w siebie płomień, kiedy ujrzała go V'esna i jej rozszerzone rozkoszą źrenice zwęziły się nagle wrogo; wił czmychnął czym prędzej ze snu. Nie ośmielił się więcej wkradać w nocne marzenia swego ucznia gdy wyczuwał, że ten śni o V'esnie.

 

Szalej spędził u Mruka kolejne dziesięć lat; skronie obsypał mu szron siwizny, zmarszczki pobruździły twarz, zgarbił się od wykuwania czarów. Pewnego dnia, gdy buki okryły się młodą zielenią, a zawilce porosły wąwóz, opowiedział swą historię Czarnoksiężnikowi.

 

– Oto jest to, czego nie chciałem pamiętać – rzekł na koniec.

 

– Mój synu – Mruk smętnie pokiwał głową. – Jeżeli zechcesz, nauczę cię sekretnego słowa, które da ci miłość tej kobiety. Ale za czar ten będziesz musiał oddać rok i jeden dzień swojego szczęścia.

 

– Naucz mnie tego słowa. Jeśli tylko zdobędę V'esnę, będę i tak szczęśliwy.

 

Powiedział zatem Mruk zaklęcie i nim zapadł zmrok, Szalej wyruszył w drogę. Nie wiedział, że ćmy wił odprowadza go niewidzialny aż do granicy lasu, a usta wykrzywia mu zły uśmiech; rok i jeden dzień wystarczą bowiem w zupełności, by z człowieka wyssać całą radość i nadzieję, cały jego płomień, i spalić jego serce na popiół. Rok i jeden dzień, nie mniej, nie więcej. A Szalej nie myślał o niczym i niczego nie przeczuwał, przed oczami miał tylko V'esnę, V'esnę, jedną-jedyną V'esnę.

 

Zbliżała się najkrótsza noc w roku, kiedy Szalej dotarł wreszcie do wodospadu, gdzie ongi ujrzał V'esnę po raz pierwszy. Usłyszał jej śpiew, zanim jeszcze zobaczył ją samą, ten śpiew niski i czysty jak pieśń wody i kamieni, i czuł, że jeszcze chwila, a serce rozedrze mu pierś. Gdy ujrzał ją pod wodną strugą – mokre włosy i nenufary przyklejone do ramion i piersi, oczy rozwarte ze zdumienia na widok Szaleja, usta układające się w jego imię – wyrzucił z siebie zaklęte słowo i skoczył do wody. Zerwał się zimny wiatr kładąc trawy na połoninie, powietrze zapachniało dziwnie, jakby burzą. Szalej porwał V'esnę z wody; drżał, czując gęsią skórkę na jej chłodnym ciele.

 

Długo siedzieli w milczeniu pod zachodzącym słońcem, zawiesina zaklęć zaległa między nimi. A kiedy zrobiło się ciemno, nim wzeszedł księżyc, biorąc na świadków same gwiazdy, Szalej uczynił V'esnę swą żoną.

 

– Teraz będziemy szczęśliwi – wyszeptał. Noc skryła łzy V'esny.

 

Ciemne przyszły dni, czarne nastało szczęście. V'esna milczała całymi dniami i patrzyła gdzieś w dal. Wkrótce utkała sobie suknię z pajęczych sieci i ptasich piór; choć suknia była piękna, Szalej tęsknił do dawnych czasów, gdy V'esna wędrowała u jego boku naga i szczera.

 

– Dlaczego się odziewasz? – zapytał któregoś dnia.

 

– A ty? Dzięki tobie wiem już, co to wstyd.

 

Puste dni przechodziły w noce ciężkie i dyszące miłością. Choć miłość ta była lepka i śliska, ciało V'esny sztywne i oporne, a zasypiając miał Szalej wrażenie, jakby nałykał się dymu, to powtarzał wciąż sobie, że jest szczęśliwy jak za dawnych czasów i oto spełniają się jego sny.

 

Dni stały się krótsze, noce zimne, jesień przyszła w babim lecie i wieczornych mgłach, więc Szalej zbudował niską chatę z modrzewiowych kłód i darni. Na siłę szukał sobie zajęcia, bo gdy zostawał sam w ciszy, musiał patrzeć w oczy swojemu sercu, a ten widok stał się dlań przykry. Czerniał i zwijał się w sobie jak suchy liść w ogniu. Pewnego wieczora, gdy zima spadła na świat, dostrzegł Szalej we włosach V'esny pierwsze siwe pasma. Tej nocy wyszedł przed dom i pogroził pięścią południowemu horyzontowi, za którym Mruk drzemał pewnie w swym domu opatulony w pajęcze cienie.

 

– Mruku! – wykrzyknął. – Mruku!

 

Odpowiedziała mu biała cisza.

 

Dni przesypywały się jak piasek w klepsydrze, niewyraźne, mdłe dni-cienie i dni-zmory. Kiedy wiosna wybuchła ptasim śpiewem, V'esna wyprowadziła Szaleja w obsypany zawilcami las. Choć gałęzie drzew były wciąż nagie, to świeża, pachnąca nowym życiem zieleń wychodziła już spod ziemi i okrywała świat miękkim dywanem. Zeszłoroczne liście szeleściły pod stopami. Lekkość wiosny ciążyła Szalejowi.

 

– V'esna. – Zatrzymał się nagle. – Zaczarowałem cię. Przez ostatnie lata służyłem Czarnoksiężnikowi. Nauczył mnie słowa, które miało sprawić, że mnie pokochasz. V'esna. To z miłości wszystko…

 

Tak łatwo się to powiedziało, tak lekko wyszło z ust – czemu tak długo, czemu wcześniej się nie przyznał?

 

– Wiem – odparła V'esna po prostu. – Głupio zrobiłeś. Kochałam cię, kocham bez żadnych magicznych słów. Po co, po co wtedy tyle lat temu odszedłeś? Uciekłeś jak dzikie zwierzę. Poczekałbyś jeszcze księżyc, dwa – wróciłabym, bylibyśmy razem i naprawdę szczęśliwi. Ale tyś nie chciał czekać, tyś wolał dwadzieścia lat gonić po świecie jak wściekły wilk. Najpierw stałeś się twardy jak skały hamerników, potem osnułeś się pajęczyną cieni. Ogień i ból szły na milę przed tobą, dzikie zwierzęta uciekały, gdyś się zbliżał.

 

– Dla ciebie walczyłem, dla ciebie kroczyłem ciemnymi ścieżkami – mruknął Szalej.

 

– I co przyniosłeś? Żmijowe zęby i złe czary. I ból, kochany, ból, boś myślał, że cię odtrąciłam. Ale teraz wszystko to bez znaczenia, bez znaczenia, słyszysz? Będziemy mieli dziecko.

 

Świat Szaleja zawirował, zakręcił się, a on sam czuł, że przed chwilą umarł i narodził się ponownie. On – V'esna – i ich dziecko! Złapał żonę w ramiona – śmiała się, tak, śmiała! – i jął całować, i tańczyć, i śpiewać, i krzyczeć, puściły wszystkie tamy, i nie zdawało mu się to wcale głupie ani niepoważne. Zawilce, śpiew kosów, chłodne ramiona V'esny, wiosna, wiosna, czary pękły jak kra po zimie. A potem Pasterka Jaśminu przewróciła męża na miękką, sprężystą ziemię, i zdarli z siebie ubrania – bo znów byli piękni. A potem kochali się, kochali długo i zapamiętale. Wokół tkał się nowy czar – czar nadziei i miłości, kwiecień i maj przetoczyły się obok dziko i gwałtownie jak burza, bluszcz oplótł namiętnie ich ciała, aż nagle V'esna krzyknęła, jej włosy rozkwitły białymi kwiatami, zapachniało jaśminem. Gdy śmiejąc się i oddychając głęboko wygrzebali się spod zielonych splotów, na świecie panował czerwiec. Gęsta zieleń spowijała las, między drzewami duszno i parno, czuć bliską burzę.

 

Pory roku odmieniły się, w życiu Szaleja i V'esny zapanowało lato. Pewnego dnia wędrując wśród połonin napotkali Mruka, przemykającego od jednej kępy kosodrzewiny do drugiej szybko jak pająk.

 

– A więc tutaj jesteś – syknął wił na widok Szaleja; przez ostatni rok Czarnoksiężnik zgarbił się i wysechł, z dala czuć go było stęchlizną i pleśnią, lisi grymas wykrzywiał jego twarz. – Szukałem cię w jaskiniach i pod wykrotami, sprytnieś się ukrył, najstarsze duchy nie potrafiły cię wytropić. Nie dopełniłeś umowy, Szaleju, ukradłeś tę miłość: brakuje pełnych trzech księżyców twojego szczęścia. Oddaj, coś przyobiecał.

 

– Odstąp lepiej, kłamco, nie tobie tę miłość zawdzięczam – nasrożył się Szalej. – Inne tu teraz działają czary, silniejsze od twoich ciemnych zaklęć. Wracaj do swej nory, lisie.

 

Mruk zawarczał jak pies i skoczył Szalejowi do gardła, ale V'esna była szybsza. Przemieniła męża i siebie w czarne kosy, i odfrunęli razem w lesistą dolinę. Czarnoksiężnik skulił się w cieniu kosówki, wyjąc i gryząc ziemię z zazdrości; od słonecznego światła bolała go głowa, a jego czary słabły.

 

V'esna i Szalej zamieszkali w omszałej grocie w sercu puszczy, gdzie Pasterka Jaśminu powiła syna, a jej lud przybył oddać mu hołd – ziemia drżała od ich kroków, powietrze wibrowało od pieśni starszych niż słońce i księżyc. Wkrótce też oplotła całą swą dziedzinę czarem, który mylił obcym ścieżki, gdy zbyt głęboko chcieli zapuścić się w las i zbyt wiele poznać jego tajemnic. V'esna i Szalej przeżyli razem tyle lat, ile dano dzieciom rodzaju ludzkiego. Gdy Szalej zmarł i pochowano go w kurhanie z darni, V'esna usnęła na jego grobie, zapuściła korzenie i rozkwitła jaśminowym krzewem. Powiadają, że do dziś tak trwa, lecz nie widział jej nikt, czary bowiem nie osłabły i wciąż mylą drogi nawet wiłom. Syn V'esny i Szaleja został panem lasu, a gdy dorósł, urwał łeb Królowi Żmijów.

 

Czarnoksiężnik Mruk wiele razy próbował przełamać zaklęcie V'esny i przeniknąć do serca lasu, by wydrzeć Szalejowi ostatnie trzy miesiące szczęścia, ale ani w postaci kruka, ani pająka, ani robaka nie udało mu się odnaleźć drogi i zawsze wracał, skąd wyszedł. Mówią niektóre wiły, że w końcu odszedł i zatracił się w górach, lecz kamienie Ostrej inną przytaczają opowieść. Jeśli im wierzyć, Mruk nie ustawał w wysiłkach i spalał się w nienawiści, aż opuściły go zmysły, jego płomień zgasł, a ciało rozsypało się w popiół nad brzegiem strumienia. Blade grzyby na cienkich nóżkach otoczyły to miejsce czarcim kołem i nic tam już nie wyrosło. Niech tam więc spoczywa po kres czasów.

 

Koniec

Komentarze

Tekst na bazie innego opowiadania, fanfiku tolkienowskiego; przerobiłem trochę i poddałem gruntownej detolkienizacji. Nie popisałem się chyba poczuciem humoru i nie wiem, na ile wpisuję się w konwencję "Haremu" (chyba idę na pierwszy ogień, z tego co się orientuję:)).

Posklejały się literki tu i ówdzie.
Biorę się za czytanie:) 

Oj, czarujesz, czarujesz...
Gdzieś w pierwszej połowie widziałam nadmiar „jej" w jednym z akapitów i kilka literówek, ale potem tak mnie wciągnęło, że przestałam zwracać uwagę na podobne duperele.
Wrzucaj coś częściej. Będzie jeszcze jakiś Twój tekst w NF papierowej?

Niski ukłon, podziękowania za pełen dziwnego uroku tekst.
Będę bardzo zdziwiony i rozczarowany, jeśli to opowiadanie przejdzie niezauważone.

Oto i pierwszy "Harem". :D Do tego pierwsze pozytywne komentarze... Już biorę się za czytanie!

Bardzo mi się podobało. Niesamowicie budujesz atmosferę tajemnicy i zmysłowości. Moim zdaniem opowiadnie idealnie pasuje do konkursu - jest w nim nutka erotycznego napięcia, ale bez przesady. Brawo! 6

Ależ piękne opowiadanie :) Czaruje od początku do końca, zabiera w baśń, otula w klimat, jaki coraz trudniej znaleźć. Aż mi wstyd, że widziałem jakieś literówki, bo w takim tekście nawet jeśli się pojawiają, nie powinienem na nie zwrócić uwagi. Bardzo, bardzo mi się podobało, mimo, że ja konwencję haremową postrzegam niebo inaczej.

Piękna baśń.
Wspaniale napisana, zaczarowana i urokliwa opowieść. Bardzo mi się podobała.

Pozdrawiam.

Nie udało mi się przeczytać wczoraj, ale zaległość nadrobiłam zaraz po przebudzeniu. Magia, tajemnica, zmysłowość... Niesamowite opowiadanie. Jestem zachwycona!

Pozdrawiam :)

piękna baśń, niezwykły nastrój - słowem: wspaniałe :) zgadzam się z przedmówcami, że to opowiadanie ma niesamowity urok w sobie... bardzo mi się podobało :)
PS. obawiam się tylko, że ono jest trochę " ponad" Harem i zginie gdzieś pod zwałami kosmicznego seksu. Ale obym się myliła, zwłaszcza, że jak dla mnie - to tak właśnie powinny wyglądać konkursowe opowiadania :P

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Jestem trochę zaskoczony miłym przyjęciem, ale dziękuję!
Posklejane literki to wynik twardej spacji, która znika przy kopiowaniu tekstu na stronę NF. Zaraz poprawię tyle, ile znajdę.
Nie wiem, kiedy coś nowego znajdzie się w "papierowej" NF, ale fanfik, na podstawie którego powstało to opko, ukaże się prawdopodobnie w tym roku w magazynie tolkienowskim "Simbelmyne".
Pozdrawiam,
RR - Ajw.

Ajwenhoł...co to za gra? ;) :D

Ogromne pokłady liryki, lekkości słowa, w zasadzie one tańczą łącząc się w treść. Pięknie to ująłeś. Zgadzam się z opinią Aubrey, że to jest "ponad".
Pzdr

Bardzo dobry tekst, jeden z najlepiej napisanych jakie tutaj czytałem. Na sześć, moim zdaniem. Kurcze, chciałem wziąć udział w "Harem 2011", ale po przeczytaniu Twojego opowiadania kopara mi opadła. Teraz to nie wiem:). Pozdrawiam

Mastiff

Bogdan, ja do podobnego wniosku doszłam:) Poprzeczka już chyba za wysoko...

No i poprzeczka juz na samym poczatku konkursu została postawiona bardzo, bardzo wysoko. Przynajmniej bedzie do kogo równać. Piękne opowiadanie pełne poetyckiego uroku. Gratuluje i Pozdrawiam

Opowiadanie bardzo ładnie napisane i ewidentnie ma swój, bardzo poetycki styl. Dla tych, którzy zachwycają się grą słów, paralelami i innymi kwiatkami jest zapewne znakomite.  Tekst podoba mi się i wrażenia mam pozytywne, ale nie zanotowałem dreszczy podczas czytania. Podobnie jak AubreyBeardsley uważam, że opowiadanie chyba minie się w ostatecznym rozrachunku z szeroko rozumianymi warunkami zwiazanymi z konkursem HAREM. Pozdrawiam

PS. Po kilku pierwszych akapitach Szalej i V'esna skojarzyli mi się z jakimś wczesnym etapem znajomosci Toma i Złotej Jagody ;)

Bardzo mi sie podobało. Zgadzam się, ze wszystkimi przychylnymi opiniamir:)))

6 dałem, a co :P Dawno  taiej oceny nie wystawiłem. Naprawdę super tekst, bardzo fajnie wystylizowany, czyta się super. Fabuła też bardzo ciekawa, kojarzy mi się ze starymi ludowymi baśniami i podejrzewam, że z nich czerpałeś inspirację :P

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Fasoletti, nie Ty jeden dajesz szóstkę.

Tia, gdyby nie tajemniczy dwójkowicz średnia byłaby wyższa... Wydaje mi się, że do tej pory oceniano: 7x6 + 2X5 +2.

Do Autora:
Kto był inspiracją tej historii? Z "Tolkienowskich" par najbardziej pasują mi Thingol i Meliana ;) 

dobra, jak tu byłam, to nie wystawiłam oceny, ale widzę, że się przyda, co by średnia trochę ładniej wyglądała :) więc 6, bo co innego... ;)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Tak Fas, nie Ty jeden dałeś 6 ;) :P. A tak swoją drogą, myślę że i bez tych szóstek autor sobie poradzi, pisząc takie dzieła jak pisze ;)

Poradzi sobie z całą pewnością --- szkoda tylko, że raczej niewielu Go doceni...

Ajwenhole to jest mistrzowski tekst!:) mi się przypomniały "wody głębokie jak niebo" i o dziwo "Sto lat samotności"... No i "silmarillion". Ale Twój teks czytałem z otwartą japą:) Jaki Ty masz styl pisania, jak płynnie przemykają słowa, zdania, wątki... Zazdrościć i bić brawa(z naciskiem na to drugie)

Pozdrawiam i sześć z czystym sumieniem daję:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

AdamKB 2011-05-15 11:22
Poradzi sobie z całą pewnością --- szkoda tylko, że raczej niewielu Go doceni...

Kłóciłabym się:) Już zresztą była nagroda na ubiegłorocznych Horyzontach, prawda? A dalej może być tylko lepiej. Będę trzymać kciuki.

Ja to czynię od "Wierszczy".
Kłócić się nie ma o co. Chwalących, bo akceptujących Ajwenhoła, zawsze będzie mniejszość. Oby na tyle "krzykliwa", żeby Autora wywindować na kolejne podium.

Racja:)

Ech, jak czytam Twoje opowiadania, to się zastanawiam, czy kiedykolwiek będę w stanie tak doskonale władać językiem polskim jak Ty... Poezja wśród prozy. Perfekcja od tytułu poprzez kreowanie atmosfery, postaci bohaterów, styl, którego nie sposób podrobić (no, można spróbować, ale wtedy wyjdzie Fantastyczny Kicz :P). Też skojarzyło mi się z "Wodami głębokimi jak niebo", a to jedna z książek, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Niesamowite. Jeżeli tak ma wyglądać HAREM, to ja się do takiego haremu zgłaszam na ochotniczkę :P Stawiam 6 bez żadnych wątpliwości.

To ja też się dorzucam.6
@ Dreamy. Pieknie ujęte,podzielam opinię.;)))

@Ranferiel:
Na początku byłem pod wrażeniem wiersza "Narzeczona cienia" i to miała być taka wariacja na ten temat, ale jedyne, co zostało z wiersza, to czerwiec i chyba nic więcej. Fanfik był o kobiecie entów (bo przecież Drzewiec mówił, że były piękne!), nie dłubałem specjalnie w Śródziemiu, znalazłem taką niszę, której Tolkien nie zapełnił i nie miałby chyba nic przeciwko, żebym powstawiał tam swoje zabawki.

A tak w ogóle, dziękuję wszystkim bardzo, naprawdę nie spodziewałem się tak pozytywnego odbioru i miło mi, że ktoś czytając opko miał tyle radości ile miałem ja pisząc je:).

I w tym tkwi tajemnica pisania Ajw, że niektóre teksty jak się czyta to czuje się w nich serce autora.Inne, pomimo dobrego warsztatu i idealnego stylu, nie mają w sobie tego "czegoś". Gratulacje!

tak w temacie "czucia" opowiadania - wzięłam się wczoraj za rysowanie i wyszło w sumie do tego tekstu:) Ajwenhoł, mam nadzieję, że się chociaż trochę spodoba, starałam się :) wrzucam jakby co do galerii... ;) acha - stylizowane na mojego ukochanego grafika czyli... rysunek a la Aubrey Beardsley i XIXw. :P oni wtedy mieli fazę na legendy :)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Ajw, aaaa no tak! Tejemnicze zniknięcie entowych żon. Jak mogłam na to nie wpaść? :) Swoją drogą, też kiedyś popełniłam tolkienowski fanfik... Może  go trochę odświeżę i wrzucę na NF :)

No to pewnie, wrzucaj:) A próbowałaś może wysyłać do Simbelmyne albo Aiglosa? Chętnie tam przyjmują fanfiki do druku.

W sumie niezły plan :) Tylko musiałabym to ostro dopicować - tekst powstał jak miałam 15 lat i wtedy nie pisałam jakoś super sprawnie, a moje widzenie świata było cokolwiek naiwne. Tylko kiedy to zrobić? Mam na głowie mgr, a w dodatku ciągle muszę pacyfikować pomysły spod zannku Kontraktu/Ronina... No i Harem wzywa ;)

Nie ładnie tak od razu kosić konkurencje na starcie! Jaki klimat, jaki romantyzm, jaka poetyckość.. Ech! 

Ajwenhole, należą Ci się brawa. Tekst, co tu dużo mówić, genialny - jak zwykle zresztą. Idealnie połączyłeś baśniowy klimat z nutką romansu pełnego tajemnicy. Czytanie Twoich opowiadań to czysta przyjemność i po raz kolejny udowadaniasz, że zasługujesz na wiele. Również trzymam kciuki za Twoją przyszłość, mając przy tym nadzieję, że kiedyś z książką Twojego autorstwa w dłoni, siądę wygodnie w fotelu i zatopię się w historii...

tekst świetnie napisany. fragment zespolenia głównego bohatera z naturą perfekcyjny.
co do samej treści, to jak dla mnie aż zbyt romantycznie, ale w końcu to fantastyka:)
pozdrowiionka dla wszystkich.

Genialne! Chętnie poczytałbym opowiadanie o ich synu. Może kiedyś...

PEACE

Historia z pewnością piękna i dosyć ciekawa, ale mnie osobiście jej poetyckość przytłoczyła. Nie mówię, że to źle. Kwestia gustu.

www.herbatkauheleny.pl

Talent jesteś, i tyle. Wiąże się to (poza szeregiem innych rzeczy) z... niepowtarzalnością. Sześć, oczywiście.

Nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek w internecie przeczytał tak baśniowy tekst... Przez całe opowiadanie towarzyszyło mi niejasne uczucie, że ten rodzaj "uroku" skądś znam. Dopiero gdy przeczytałem, że początkowo był to fanfik tolkienowski, rozjaśniło mi się. Klimaty Toma Bombadila jak nic :D
Naprawdę gratuluję świetnego tekstu! 

Witaj!

Kamila jest szczęśliwą osobą, skoro zadedykowałeś Jej takie dzieło. A jeśli piękno Kamili dorównuje doskonałości Twojego tekstu (w co nie wątpię) to Ty również Autorze jesteś szczęściarzem!

Pozdrawiam

Naviedzony

Uf, trochę się bałem tu wchodzić (po rozreklamowanym opku Ranferiel, które... ale ja nie o tym).
Bardzo mi się podobało.  Czarujesz słowem, i tyle.

@mniam, czy Ty nie umiesz odpuścić? Najlepiej w każdym wątku mnie obsmaruj. Nie podobało Ci się mój tekst, ok. Ale to nie powód, żeby pisać do mnie (i o mnie) w taki sposób. Chciałeś zrobić mi przykrość - udało Ci się, ale może już wystarczy, co? Dopiero zaczynam pisać i tak, przejmuję się opiniami. Cenię konstruktywną krytykę, ale to co napisałeś było po prostu niemiłe (i nie mam na myśli Twojego pierwszego komentarza).
mniam 2011-07-27  22:34
Miałem nadzieję na świetny tekst - przygnał mnie tu wątek w HP. Cóż... miałkie, płytkie, kiczowate, ale w taki śmieszny sposób. Nie wiem, gdzie tu wysoki poziom wykonania. Dla mnie to jest napisane na poziomie gimnazjalistki, która się naczytała harleuinów, czy jak tam się to pisze. Nie dla mnie, niestety. Nie jestem piszczącą nastolatką. Dla mnie na 2. Chciałbym dac 3 - 3 to dla mnie średnie opko, a to jest po prostu fatalne.
Ps. proszę wybaczyć dosadność komentarza, ale nie jestem w nastroju do głaskania.
Ranferiel 2011-07-28  12:24
@Elfinder, dzięki :) Nie jesteś przypadkiem "piszczącą nastolatką"? ;)
@mniam, a dlaczego nie 1? Nie potrzebuję głaskania. Nie jestem gimnazjalistką. Nie czytam harlequinów. Nie oceniam innych osób po jednym tekście.
mniam 2011-07-28  12:33
Och, popłacz się, bo komuś twój tekst się nie spodobał. Żałosne. Oceniałem poziom tekstu, nie ciebie. Żeby ocenić ten tekst wystarczy mi przeczytać ten jeden właśnie. Zabawne, prawda? Czy mam przeczytać wszystkie twoje, żeby ten ocenić? 
 Selena 2011-07-28  13:13
mniam, zejdż z Ranferiel i chodź do mnie:) potrzebuję miażdżącej krytyki
mniam 2011-07-28  13:22
Selena, to nie była krytyka. To opnia mniama, który jest czytelnikiem, nie krytykiem. Krytyka polega na czymś innym. To, czy opinia czytelnika też się liczy, zależy od tego, czy pisze się dla krytyków-snafców, czy dla zwykłych ludzi, którzy czytają książki, bo lubią, a nie po to, żeby pisać recenzje. 
Ranferiel 2011-07-28  16:24
@mniam, Och, popłacz się, bo komuś twój tekst się nie spodobał. Żałosne.
Odpowiem znaną fejsbukową ripostą: Chyba Ty! ;P
mniam 2011-07-28  16:49
Lubisz robić z siebie idiotkę?
Bez odbioru. 
Ranferiel 2011-07-28  17:52
Ale przynajmniej jestem miłą osobą :)

@Ajw, przepraszam za zaśmiecanie wątku.

Zasłużone zwycięstwo. To był mój faworyt, doskonały wycyzeolowny w szczegółach tekst. Najszczersze gratulacje:))))

No to fanfik, na podstawie którego powstało to opko, wyjdzie w najnowszym numerze "Simbelmyne", magazynu Sekcji Tolkienowskiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Z kolei w marcowej NF będzie inne opko, "Lilka", też luźno czerpiące z folkloru okolic mojej rodzinnej Dębicy, ale trochę mroczniejsze - podziękowania dla Agizgagi, Eweliny, Ranferiel i Seleny, które bardzo mi pomogły zrozumieć Lilkę.

Ja spytam o pierwsze zdanie; czy nurt może szumieć?

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

A czemu nie? ;)

O, ktoś tu jeszcze zagląda?

Taka piosenka sprzed stu lat mi się przypomniała. W sprawie nurtu:)

Tak, ja zajrzałem dopiero teraz, bo jestem tu od niedawna :) Bardzo mi się podoba to opko. W każdym razie myślałem, czy nurt może szumieć i rzeczywiście, może. Polecicie może jakieś słowniki/pomoce, których mógłbym użyć w razie podobnych wątpliwości? Albo jakieś książki o "sztuce łączenia słów"? Wybaczcie tego offtopa, ale jak już mam Waszą atencję, to uznałem, że może warto zapytać :)

 

A ja byłbym Ci wdzięczny, Ajwenhoł, gdybyś wstawił coś podobnego; podobnie napisanego!

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Dla mnie takimi "słownikami" są "Sklepy cynamonowe" Schulza i "Dukla" Stasiuka. Jeszcze niektóre książki Olgi Tokarczuk i Wita Szostaka. Obrazy same sie rodza z tyłu głowy, a językiem, jaki oni stosują, opisuje się nieopisywalne. Że fabuły brak? W życiu nie ma fabuły.

 

W najbliższym czasie niczego nie wrzucę na stronę, bo kiedyś miałem problem z jednym magazynem, który nie wypłacił mi honorarium za opublikowany tekst, który wcześniej zamieściłem na tej stronie. Mieli zreszta rację. Na razie czekam na odpowiedź od nowego naczelnego NF w sprawie opka, któremu Maciej Parowski dał promesę druku w FWS w przyszłym roku. Zobaczymy, czy Michałowi Cetnarowskiemu się spodoba. Czekam właśnie na odpowiedź.

Muszę się przyznać, że ostatnio szukałem czegoś pod hasłem "Książki Radosława Raka", ale niestety nic nie znalazłem. Choć będę co jakiś czas ponawiał, bo powiem szczerze, że bardzo odpowiada mi co tworzysz i jak to robisz.

Dziękuję też za "pomoce" :) Zajrzę na pewno! Powodzenia!

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Ładna historia, ale jak dla mnie zbyt poetycka. Ale doceniam stylizację. Gdyby jeszcze bohaterowie nie stwarzali sami sobie problemów…

Aha, i jakie właściwie były założenia Haremu? Bo teraz trudno znaleźć tę informację.

Babska logika rządzi!

Czytałam z przyjemnością, a ponieważ rzecz dzieje się wśród lasów, połonin, strumieni i wszelkiej przyrody, rozpoetyzowanie zupełnie mi nie przeszkadzało. ;)

Muszę jednak wyznać, że obecność opowiadania w konkursie Harem, trochę mnie dezorientuje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka