- Opowiadanie: exturio - Kryształ

Kryształ

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Kryształ

W czołówce najbardziej nieprzyjemnych miejsc, jakie znał Makwert z pewnością znalazłaby się Świątynia Starych Bogów. Ginące w ciemności sklepienie, smoliście czarne posągi o potwornych fizjonomiach, płaskorzeźby sylwetek wijących się w męczarniach – nie było w tym nic, co mogłoby pozytywnie nastrajać. Młodzian był pewien, że Starzy Bogowie nie lubili ludzi. W dodatku szepty skazanych na zapomnienie architektów świątyni powodowały, że włos jeżył się na karku.

Filar, miejsce spoczynku Wielkiego Architekta, wyrastał z posadzki niby drzewo. Strzelał w górę grubym pniem, żeby u szczytu rozgałęzić się na niezliczoną liczbę poplątanych konarów przytrzymujących strop. W okolicy drzewa szepty przybierały na sile. Wydawało się, że rodzą się w samym mózgu, igrając ze zmysłami pątnika, chcącego oddać cześć potędze bogów.

Makwert odnalazł dogodne miejsce do odprawienia rytuału. Magiczne dekokty zasyczały w kociołku, mieszane z aromatycznymi olejkami i ziołami. Obrzędowym nożem naciął palec, wkrapiając odrobinę krwi. Powietrze przesycił zapach trupa. Kiedy młodzieniec wylał zawartość naczynia u stóp kamiennego drzewa, płyn niemal od razu zniknął, jakby wsiąkając w granitową posadzkę.

– Znam tę krew – rozległo się ze środka drzewa. Pień zatrząsł się, zachrupotał. Imitujące korę pęknięcia zlały się w owal twarzy. – Witaj, Plwaczu.

Makwert ukłonił się przed Wielkim Architektem. Był to człowiek, który poświęcił swoje życie budowie Świątyni. Zgodnie ze starym zwyczajem, zjednoczył się ze swoim dziełem, pozostając na zawsze częścią kamiennego monumentu. Pociągnął za sobą kilkunastu innych architektów, którzy pomogli mu w dokonaniu tego dzieła. Jednak ich imiona z czasem przeminęły.

– Witaj, mistrzu Isidore – powiedział Makwert. – Twoje maszkarony pięknie wyrosły!

– Uważaj, żebym cię nimi nie poszczuł, Plwaczu. Czy to jest powód, dla którego mnie obudziłeś?

– Wtedy niechybnie byś mnie poszczuł maszkaronami – wyszczerzył się Makwert, czując jak cały dyskomfort go opuszcza. – Mistrzu, przychodzę do ciebie po radę.

– Pytaj, młodzieńcze.

– Jak można zabić architekta?

Kamienne rysy zmarszczyły się. Było w nich coś, co przywodziło na myśl pijanego rzeźbiarza z tępym dłutem: brzydota, emanująca z każdego ruchu. Jednak w spoczynku twarz nabierała szlachetnego charakteru, który pozwalał myśleć o niej, jak o dobrym materiale na awers monety.

– Chcesz miejsca na swój własny budynek, Plwaczu? – rozpromienił się mistrz Isidore. – Czy powód twojego pytania ma inny charakter?

Chłopak wzruszył ramionami.

– Zastanawia mnie, jak bardzo niezniszczalne są monumenty.

Kamienna twarz zasępiła się. Mistrz milczał długo, wpatrując się w młodzieńca błękitnymi oczami, jedyną barwną częścią płaskorzeźby.

– Gdybym cię nie znał, Plwaczu, pomyślałbym, że knujesz coś niedobrego.

Makwert nie odpowiedział. Nasilające się szepty utrudniały koncentrację.

– Ale cię znam – podjął po chwili architekt – dlatego powiem ci, jak trwałe są monumenty.

***

 

– Tylko tyle? – zdziwił się Artur. – Mówiłeś, że to trudna zabawa.

Makwert wzruszył ramionami, wpatrując się w ścianę. Artur był jego przyjacielem, znali się od wczesnego dzieciństwa. Plwacz mógł przysiąc, że informacja wcale nie wstrząsnęła rozmówcą, że spodziewał się czegoś równie prostego i prozaicznego. Niemniej, doceniał wysiłek, jaki Artur włożył w udanie, że jest zaskoczony.

– To trochę utrudnia sprawę – ponowił, kiedy nie doczekał się odpowiedzi. Pociągnął łyk z kufla, znacząc nieogoloną twarz białym wąsem piany. Siedzieli w karczmie. Niemal puste pomieszczenie przesiąknięte było zapachem piwa i pieczystego. Dziś było tam wyjątkowo cicho i spokojnie, większość mieszkańców Archoro przygotowywała się do nadchodzącego święta Syndyosmo.

Makwert pokiwał głową w zamyśleniu.

– Mimo wszystko to dość skomplikowana magia. Potrzeba kilku rzadkich pergaminów z zaklęciami, których nie uczy się w żadnej szkole magów. Powinniśmy znaleźć kogoś, kto handluje takimi rzeczami.

– W porządku – zgodził się Artur. – Nie ma co debatować na sucho. Jak tam przygotowania do ślubu twojej siostry?

– Wszystko na ukończeniu – skrzywił się Plwacz. – W Syndyosmo odbędzie się ślub roku, jak nic. Jesteś pewien, że ten de Rais jest czysty?

– Zniknięcie sześciu poprzednich żon to nie jest coś, co można określić jako „nic" – oburzył się Artur. – I podobno jest zamieszany w jakieś nie do końca jasne interesy, ale ja nie prowadzę tej sprawy, więc nie wiem za dużo. Nie powinniśmy o tym rozmawiać.

– Jesteś strażnikiem królewskim – stwierdził Makwert. – Nic nie możesz zrobić?

Artur zakołysał głową, rozważając możliwości.

– De Rais to bogaty szlachcic, nawet rada ma u niego jakieś długi. Nie mówiąc o sędziach, ławnikach… Trzyma w szachu połowę miasta. Gdybym tak po prostu wtargnął do jego pałacu, albo go aresztował, miałbym niemałe kłopoty.

– A gdyby…

– Dowody zdobyte nielegalnie nie mają znaczenia – przerwał strażnik. Makwert wlepił wzrok w kufel, w którym przez rzadką pianę przebijało już dno. Karczmarz, chudy chłopina, wykazał się niezwykłym wyczuciem czasu, przynosząc kolejny dzban.

– Nie zamawialiśmy – mruknął Artur. Karczmarz uśmiechnął się lisio.

– Darmo daję – powiedział. – Prawie pusta karczma to smutek, ale pusta to już wstyd i hańba. Tedy siedźcie panowie i debatujcież, a ja poślę dzban co czas jakiś. W taki dzień, jak ten…

– …chętnie się napijemy – dokończył Artur, promieniejąc. – Później szepniemy dobrym słowem tu i ówdzie za tym przybytkiem…

– Łukaszczyk – wypalił ni z tego ni z owego Makwert. Zdziwione spojrzenie karczmarza ściągnęło go na ziemię.

– Piwo – bąknął. – Dobre słówko tu i ówdzie. Oczywiście. Dzięki wielkie, doceniamy.

Chudy mężczyzna uniósł brwi i odszedł, nie pytając o nic. Strażnik odprowadził go wzrokiem.

– Miły człowiek – stwierdził. – O co chodzi z Łukaszczykiem?

– Pergaminy – przypomniał Makwert. – Bez nich nie można przeprowadzić rytuału. Łukaszczyk handluje takimi rzeczami.

Strażnik skinął głową. Bardzo niepewnie.

– Faktycznie, czasami zaglądaliśmy do niego – potwierdził. – Możemy go odwiedzić, a nuż coś wie.

– W porządku. Ale nie teraz, mam wizytę u rektora, domagał się spotkania. To ponoć pilne.

– W porządku – powtórzył Artur. – Ja i tak obiecałem choremu wujkowi, że go odwiedzę.

– To ty masz jakąś rodzinę, która się do ciebie przyznaje? – zdziwił się Makwert. – Myślałem, że wszyscy cię wyklęli za to, że podjąłeś pracę, plując na szlachecki rodowód.

– Jak widać nie wszyscy – żachnął się strażnik. – Zresztą do pracy poszedłem za przykładem wujka, choć on nie służył w straży, a był wykładowcą Akademii. Może go znasz, Hermenegild Młodszy. W młodości też uznał, że los człowieka pracującego jest lepszy, niż szlachcica bez grosza przy duszy.

– Jego imię obiło mi się o uszy, ale bez żadnych konkretów. Odwiedź wujka, ja spieszę do rektora.

 

***

 

Anzelm z Pogórza oczekiwał Plwacza w swoim gabinecie. Przemówił zaraz po zamknięciu się za gościem masywnych drzwi.

– Witaj, Makwercie – przywitał go z uśmiechem. Opierścienioną dłoń trzymał na złotym łańcuchu, oznace godności rektorskiej.

– Dzień dobry, rektorze. Czym mogę panu służyć?

– Dobry z ciebie chłopak, młodzieńcze – powiedział Anzelm, wstając. – Cieszę się, że zaangażowałeś się w sprawę Burzyciela. Czy jednak nie masz zbyt wiele problemów na głowie? Ślub twojej siostry, wielkie wydarzenie. Starania o własny monument. Sporadyczne lekcje u mistrza Isidore.

– To pan, rektorze, polecił mnie straży, jako najlepszego konsultanta w tej sprawie – odrzekł Plwacz.

– Tak, wiem – przyznał Anzelm, smutno kiwając głową. – Zastanawiam się jednak, czy nie jest to za dużo, jak dla tak młodego człowieka. Czy nie obarczyłem cię zbyt wielką odpowiedzialnością.

– Sugeruje pan – zdziwił się Makwert – że nie dam sobie z tym rady?

Rektor nie odpowiedział. Stał, w ciszy przyglądając się pierścieniom na palcach.

– Rektorze, nie jestem już studentem Akademii. Jestem dumny, że polecił mnie pan straży, jako odpowiedniego do pomocy w sprawie Burzyciela. Z całym szacunkiem, jednak przychodząc tutaj myślałem, że jest pan zainteresowany postępami w śledztwie i chętny do pomocy przy rozwiązywaniu tej sprawy.

Anzelm z Podgórza na powrót zasiadł w wielkim fotelu. Przenikliwe oczy skierował na Plwacza. Makwert zauważył delikatny błysk, chytrą iskierkę, która się w nich pojawiła.

– Wiedziałem, że dobrze wybrałem – powiedział rektor z satysfakcją. – To bardzo ważne dla Akademii, aby ta sprawa została rozwiązana, Makwercie. Jak najszybciej i z jak najlepszym skutkiem.

Plwacz ukłonił się, dając do zrozumienia, że pojmuje, co się do niego mówi.

– Postępy – kontynuował – staram się sprawdzać na bieżąco, jednak strażnicy nie są zbyt chętni do dzielenia się informacjami. Ponadto chciałbym poznać twoją opinię, jako osoby bezpośrednio zaangażowanej w poszukiwanie sprawcy.

Makwert długo milczał. Zastanawiał się, ile może powiedzieć swojemu byłemu przełożonemu. Z jednej strony dobro śledztwa wymagało, aby jak najmniej postronnych wiedziało o wszystkich poszlakach i możliwościach, z drugiej jednak Anzelm niejako wyznaczył go do tej roli, dał wysoki kredyt zaufania. Był też człowiekiem, który decydował o późniejszych przydziałach na monumenty, a Makwertowi zależało na pozostawieniu po sobie wyraźnego śladu w krajobrazie Archoro.

– Do tej pory Burzyciel zniszczył trzy budynki – zdecydował wreszcie. – W ruinach nie znaleziono żadnych szczątków architektów, co sugeruje, że są mu do czegoś potrzebne. Nie jesteśmy pewni, co zamierza z nimi zrobić, jednak podejrzewamy, że chodzi o odprawienie któregoś z zakazanych rytuałów. Nie mamy jeszcze żadnych podejrzanych. Do wykonania tak skomplikowanych obrzędów potrzebuje rzadkich zwojów, nasze działania kierujemy więc w stronę poszukiwania źródła tych pergaminów.

Rektor zasępił się. Złożone na biurku dłonie drgały nieznacznie.

– Takie pergaminy znajdują się w bibliotece Akademii – powiedział. – Jednak do tej części dostęp mają tylko profesorowie i najwyższe władze. Czy to oznacza, że jesteśmy w kręgu podejrzanych?

– Tak – przyznał Plwacz. – Ale jest za wcześnie, żeby mówić o konkretnych osobach. Podejrzewamy, że źródło tych pism może być też nieco inne, niż sama Akademia.

– Nawet jeśli tak jest, zwykły człowiek nie ma możliwości odczytania ich – stwierdził rektor. Makwert nie odpowiedział, wpatrując się w jego dłonie.

– Ma pan jakieś podejrzenia? – spytał. Anzelm zaprzeczył gwałtownie. Zbyt ostro.

– W takim razie dziękuję – powiedział sucho Plwacz, kierując się do drzwi. – Proszę nikomu nie wspominać o tej rozmowie – poprosił, zanim wyszedł.

 

***

 

Intensywne przygotowania do Syndyosmo trwały w mieście od kilku dni. Święto zjednoczenia ludzi z magią było najważniejszym dniem w roku. Już kilka dni przed samą uroczystością trwały festiwale, mieszkańcy bawili się na ulicach pijąc, tańcząc i śpiewając. Nawet zbrodnie Burzyciela nie mogły tego zmienić.

Makwert przecisnął się przez tłum ludzi podziwiających pokaz połykaczy ognia. Jeden z artystów dmuchnął tak potężnie, że omal nie podpalił gapia. Początkowe przerażenie zastąpił entuzjazm. Tłum ryknął śmiechem, rozległy się oklaski.

Artur czekał na niego przy namiocie z którego wydobywał się intensywny zapach piwa. Ustawiono tam ławy, jednak znalezienie wolnego miejsca okazało się zadaniem niemożliwym do wykonania. Artur zaproponował błyśnięcie karwaszem straży dla opustoszenia kilku miejsc, żeby mogli spokojnie porozmawiać, jednak Makwert uznał to za zbędne czynienie rabanu. Ostatecznie wzięli dzban piwa i usadzili się na kawałku trawy za namiotem. Z dala od tłumu, którego gwar dochodził nawet tutaj.

– Co z rektorem? – zainteresował się strażnik. – Jakieś przydatne wskazówki?

Plwacz wzruszył ramionami.

– Wiem, kogo możemy szukać – pominął temat rozmowy z rektorem. – Dziwię się, że wcześniej na to nie wpadłem.

– Nie możesz mi tego po prostu powiedzieć, zamiast trzymać w niepewności? – spytał strażnik, odrywając Plwacza od kufla.

– To ktoś wykształcony w Akademii – odpowiedział z niezadowoleniem. Brak domyślności partnera denerwował go. – Prawdopodobnie z dostępem do całej jej biblioteki. Można tam znaleźć zwoje, o których ci wspominałem.

Artur pokiwał głową z uznaniem.

– Czyli odwiedziny u Łukaszczyka możemy uznać za niepotrzebne?

– Z miłą chęcią z nim porozmawiam. I tak nie mamy innej poszlaki, a ja wolę to od nerwowych przygotowań do jutrzejszego ślubu.

 

***

 

Alchemik mieszkał w jednej z biedniejszych dzielnic Archoro. Panowała tam ciżba szarych, kamiennych domków z odrapanymi drzwiami i rybimi błonami w oknach. Widok przypominał o czasach sprzed zjednoczenia architektów z naturą, kiedy wznoszone siłą ludzkich rąk budynki były brzydkie i nijakie. Łukaszczyk zaprosił gości do ciemnego wnętrza. Były tam stosy pergaminów, bezładnie porozstawiane przyrządy alchemiczne i wypchane zwierzęta. Pachniało ziołami i inkaustem.

– W czym mogę uniżenie służyć władzy? – spytał alchemik, kiedy Artur błysnął mu przed twarzą insygniami straży królewskiej. Kłaniał się przy tym tak nisko i energicznie, że przez znoszoną szatę przebijał zarys kręgosłupa, a chude ciało zdawało się łamać przy każdym ruchu. Ciągle jednak trzymało się w jednym kawałku, co zadziwiało Makwerta.

– Szukamy dość rzadkich pism – oświadczył Plwacz, jednocześnie przyglądając się pokaźnemu zbiorowi ksiąg, starannie poukładanych na regale. Najwidoczniej była to jedyna część pracowni, w której Łukaszczyk utrzymywał porządek.

– Jestem alchemikiem, nie antykwariuszem – zmartwił się gospodarz, teatralnie załamując ręce. Makwert miał ochotę chwycić go za chudą pierś i przekonać, że jednak może wiedzieć co nieco o zdobywaniu białych kruków. Ubiegł go w tym Artur.

– Łukaszczyk, robaku – wysyczał mu prosto w twarz, przyciskając ciało alchemika do regału. – Zapomniałeś już, że z jakiegoś powodu przymykamy oko na twoje lewe interesy? Zbyt długo nikt ci o tym nie przypomniał?

– Rzeczywiście – wyjęczał zaatakowany, rozkładając ręce w pojednawczym geście. – Rzeczywiście, przypomniał mi pan… O jakie pisma chodzi? – spytał, kiedy strażnik odstąpił.

– Wszystko, co może się przydać do zabicia architekta – spokojnie odpowiedział Makwert. – Wszystko, co można znaleźć tylko w bibliotece Akademii, a nie jest dostępne dla każdego śmiertelnika.

Łukaszczyk zamyślił się, długimi palcami marszcząc szatę.

– To bardzo ciekawe, że panowie o to pytają – stwierdził niepewnie. – Wiadomo przecież, że takich pism nie można dostać w żadnym obiegu…

Strażnik skrzywił się, robiąc krok w stronę gospodarza.

– Nie mam ich! – krzyknął przerażony alchemik.

– Ale miałeś – chłodno stwierdził Makwert, siadając na wolnym kawałku stołu. – Kto je teraz ma?

Łukaszczyk zadrżał. Po chwili zmusił się do mówienia.

– Jakiś czas temu odwiedził mnie przybłęda. Pytał o to samo, o co panowie teraz. Wyśmiałem go, mówiąc, że nawet jeśli bym miał takie rzeczy, to z pewnością go nie stać. Wtedy rzucił mieszkiem złota, a ja sprzedałem mu wszystkie pergaminy, o jakie prosił.

– Czyli jakie?

– „Zwój nieśmiertelności" – wyjąkał. – „Traktat o Starych Bogach", „Klątwa na wierność duchów", „Księga Świętej Magii" i „Grymuar Architektoniczny".

Makwert zaklął.

– Nie brzmi jakoś tragicznie – stwierdził Artur. – Makwert?

– Te księgi i zwoje nie bez przyczyny są zakazane. Jeśli nasz przybłęda mógł je odczytać, albo co bardziej prawdopodobne, zdobył je dla kogoś, kto mógł to zrobić, to mamy naprawdę poważny problem.

– Dlaczego?

– Dzięki tej wiedzy można nie tylko zabić architekta, ale też, dla przykładu, zakląć jego duszę w krysztale. Tak przygotowany talizman jest bardzo potężnym kamieniem budulcowym, może posłużyć do odprawienia destrukcyjnych rytuałów. To magia, która w ręku wprawnego mistrza jest w stanie przełamać wszystkie bariery, łącznie z granicą śmierci. Łukaszczyk – zwrócił się do alchemika – znasz imię kupca?

– Nie, panie – zgiął się w ukłonie chudzielec. – To jakiś przybłęda, włóczęga – wyjąkał. – Na pewno nie jest w stanie używać tej potężnej magii…

– Na to nie mogę przymknąć oka – stwierdził strażnik. – Sam rozumiesz, Łukaszczyk, powinieneś był nas o tym poinformować. Idziesz ze mną.

 

***

 

Harmider w domu rodzinnym Plwacza osiągał właśnie apogeum. Wszyscy gdzieś biegali, próbowali dopinać wszystko na ostatni guzik. Niemożliwe było znalezienie cichego miejsca. Wszędzie, gdzie tylko nie poszedł Makwert, znajdowali się krawcy dokonujący korekt strojów, kobiety układające bukiety. Pod nogami plątały się dzieci, młode pokolenie Plwaczy, pozostawione bez opieki rodziców. Kiedy udało mu się w końcu zdobyć odrobinę spokoju w komórce na miotły, znalazła go matka i zaciągnęła na przymiarkę stroju.

– W końcu cię dopadła? – wyszczerzył się Gotard, starszy brat Makwerta. Siedział w największej izbie, spokojnie czytając jakąś księgę. Panujący wokoło rozgardiasz wydawał się mu wcale nie przeszkadzać.

– Jak widzisz – przyznał Makwert. – Ty nie sprawdzasz, czy ci mundur pasuje?

– Jak już zauważyłeś – powiedział Gotard – mam mundur. Nie muszę mierzyć żadnych idiotycznych przebrań, po prostu będę sobą.

W tym samym momencie do pokoju wpadł Lotar. Ubrany na galowo bliźniak Gotarda stanął jak wryty, widząc Makwerta w białym stroju paradnym. Powstrzymał się od śmiechu, choć wykrzywiona twarz mówiła wszystko.

– Jak tam, brat? – zagadnął. – Miło w kombinezonie?

Zagadnięty jęknął, kiedy krawiec nieostrożnie wbił igłę. Bliźniacy zachichotali. Ucichli pod piorunującym spojrzeniem Makwerta. Nie na długo.

– Trzeba było iść z nami do woja – powiedział Gotard, odkładając książkę. – Uniknąłbyś tego wszystkiego.

– Uważaj, bo jeszcze się zdecyduje – zadrwił Lotar. – Zostanie mistrzem miecza i nas wygryzie z interesu.

– Tak właśnie zrobię – przyznał Makwert. Miał dodać coś jeszcze, ale udało mu się tylko jęknąć. Krawiec uśmiechnął się półgębkiem, poprawiając szew.

– Rozmawiałeś z Arturem na temat wszystkim wiadomy? – spoważniał Lotar. Gotard próbował spojrzeniem ostrzec go przed nadchodzącą matką, jednak nie zdążył.

– Wy dalej o tym? – zdenerwowała się kobieta, wnioskując, że rozmowa właśnie miała zejść na temat przyszłego zięcia. – Dalibyście już spokój, chłopcy. Pan de Rais to porządny człowiek, do tego bogaty, będzie bardzo dobrym mężem.

– My tylko troszczymy się o dobro siostry, pani matko – ukłonił się Gotard. – Upewniamy się, że jest najlepszym kandydatem na naszego szwagra.

– Sami byście znaleźli sobie w końcu jakieś dziewczęta – rzuciła matka wychodząc. Bliźniacy zarechotali.

– Nic a nic – powiedział Makwert, kończąc rozmowę.

 

***

 

Plwacz wymknął się z domu najszybciej jak tylko umiał. Czuł się niczym nastolatek, ukrywający przed rodziną spotkania z sekretną kochanką. Drażnił go fakt, że w rodzinnym domu nie może zaznać nawet chwili spokoju, dla którego jeszcze niedawno się tam pojawiał. Pocieszał się jednak myślą, że już niedługo wszystko wróci do normy. Niech tylko Lorelei, piękna siostra, wyjdzie za mąż.

Skąpany w słonecznym blasku park, część Ogrodów, zielonej dzielnicy Archoro, uspokajał śpiewem ptaków. Makwert błogosławił zakaz hałasowania, który tutaj obowiązywał. Rozłożył się na soczyście zielonej trawie, próbując odsunąć od siebie niepokojące myśli.

Nie dawało mu spokoju wrażenie, że coś, jakaś ważna wskazówka, wymyka się poza jego zasięg. Zrezygnował z bezmyślnego odpoczynku, skupił się na ostatnich wydarzeniach. Mistrz Isidore jasno powiedział, czego potrzeba do zabicia architekta. Wymienił tytuły. „Zwój nieśmiertelności", „Traktat o Starych Bogach", „Klątwa na wierność duchów", „Księga Świętej Magii". Nie wspomniał jednak nic o „Grymuarze". Dlaczego mistrz nie powiedział o tak ważnej księdze? Makwert czuł, że rozwiązanie leży w zasięgu jego dłoni, jest na jej wyciągnięcie. Niejasne przeczucie kazało mu zapytać mistrza o księgę, której nie wymienił.

 

Wnętrze świątyni jak zwykle krył mrok. Makwert nie miał czasu na kontemplację uroków wnętrza, od razu skierował się ku filarowi Architekta Świątyni. Kiedy odprawiał rytuał przebudzenia po raz kolejny naciął ten sam palec. Blizna była tylko kwestią czasu.

– Witaj, Plwaczu – przywitała go płaskorzeźba. – Szybko się za mną stęskniłeś.

– Mistrzu – Makwert postanowił od razu przejść do setna – dlaczego nie podałeś mi „Grymuaru Architektonicznego" wśród ksiąg potrzebnych do zabicia architekta?

Kamienna twarz zmarszczyła się. Przybrała bardzo brzydki wyraz.

– Nie podałem – odpowiedział Isidore – ponieważ nie mam pojęcia, cóż ten grymuar w sobie zawiera. Nie znam takiej księgi.

– To jedna z ksiąg zakazanych – nie rezygnował Makwert. – Za twoich czasów z pewnością była powszechnie używana.

– Plwaczu, za moich czasów ta pozycja mogła w ogóle nie istnieć. To było naprawdę dawno temu. Kto jest jej autorem?

– Nie wiem – przyznał zapytany. – Nie sprawdziłem.

– Więc sprawdź i przyjdź do mnie, kiedy będziesz miał konkretne pytania. Nie wcześniej.

– Dziękuję mistrzu. Przepraszam, że cię niepokoiłem – odparł Plwacz, wiedząc, gdzie powinien się teraz udać. Wystrzelił ze świątyni, nie bacząc na fakt, że Starym Bogom może takie zachowanie nie przypaść do gustu. Przecisnął się przez tętniący życiem rynek, bocznymi, niemal bezludnymi uliczkami skierował się do Akademii.

 

Drzwi gabinetu rektora były otwarte. W środku kilku strażników przeszukiwało gabloty i półki, przy niemej asyście Anzelma z Pogórza. Rektor stał ze spuszczoną głową, pilnowany przez Artura i łysego dryblasa w barwach straży miejskiej.

– Co się dzieje? – zapytał Makwert, kiedy przecisnął się przez pilnujących wejścia osiłków. – Co wy wyprawiacie?

– Wykonujemy swoją pracę – skrzywił się Artur. – Śledztwo jest niemal zakończone, mamy sprawców.

– Jak to? Przecież to niemożliwe, żeby rektor…

– Nie – zaprzeczył strażnik. – Rektor sam nie był Burzycielem. To rola Łukaszczyka, jego siostrzeńca. Pan Anzelm jedynie uczył zbrodniarza zakazanych praktyk i dawał mu dostęp do biblioteki. Prawda, rektorze?

Zapytany nie odpowiedział, wpatrując się w podłogę. Plwacz dopiero teraz zorientował się, że łańcuch i pierścienie leżały na biurku. Bez nich jeden z do niedawna najpotężniejszych ludzi w Archoro wyglądał blado i pospolicie.

– To niemożliwe – zaprzeczył Makwert.

– Przybłęda kupujący pergaminy był tylko tanią wymówką – wyjaśnił strażnik. – Alchemik wyznał nam wszystko, po czym popełnił samobójstwo. Zaczarował się, skurwysyn, nie daliśmy rady go powstrzymać. Ale zeznania są na pergaminie, z jego podpisem. Mamy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Jeśli się uda, pan rektor już jutro zawiśnie za nadużycie władzy i pomoc w spisku. W sam raz na Syndyosmo.

– Nie wierzę – powiedział głucho Makwert, wycofując się. – Tak nie mogło być.

Strażnik wzruszył ramionami, chwytając Anzelma pod ramię.

– Rzeczywistość nie zawsze jest tak piękna, jak nam się wydaje.

 

***

 

Syndyosmo przywitało Archoro mżącym deszczem. Makwert nie mógł zasnąć, niemal całą noc przesiedział przy oknie, obserwując goniące się po szybie krople. Był pewien, że Artur się pomylił. Nadal starał się uchwycić ulotną myśl, która sprawiała, że nie odstępowało go wrażenie pominięcia czegoś bardzo ważnego. Jednak już dzisiaj wszystko miało się skończyć. W dniu Syndyosmo, w dniu ślubu jego siostry.

Wspomnienie nadchodzącego wesela otrzeźwiło Plwacza. Była jeszcze jedna rzecz, którą mógł zrobić bez zawalania jej. Musiał dowiedzieć się, co stało się z poprzednimi sześcioma żonami barona de Rais.

 

***

 

Ogrody pałacu de Raisa porażały intensywnymi kolorami. Kwitnące drzewa pachniały, rozpuszczając słodkawą woń. Goście zajeżdżali bogato zdobionymi powozami i karocami. Makwert zauważył, że baron wita wszystkich, kierując ich na przygotowane miejsca. Było to delikatne uchybienie protokołowi, jednak staremu szlachcicowi wszystko uchodziło.

Bliźniacy w galowych mundurach wyglądali olśniewająco. Błękity i czerwienie wyjątkowo im służyły, a złocone pasy z bronią podkreślały status mistrzów miecza. Taki sam pas przy boku nosił gospodarz, który w młodości wsławił się wieloma widowiskowymi pojedynkami.

– Patrz, jak się sukinkot szczerzy. – Lotar nie ukrywał niechęci do przyszłego szwagra. Makwert wydawał się tego nie słyszeć. Stał, zapatrzony w pałac.

– Wiecie, że jego domu nigdy nie przeszukano? – spytał, przyglądając się dachowi.

– Chcesz tam wejść? – zdziwił się Gotard. – Przecież przyjęcie jest w namiocie. Podejrzewam, że do pałacu może wejść tylko de Rais i służba.

Makwert wzruszył ramionami.

– Przecież nie będę srał w krzaki. Czekajcie na mnie z tyłu pałacu.

Bliźniacy zarechotali. Spokojne kroki skierowali za pokaźną siedzibę barona. Makwert tymczasem ruszył w stronę szerokich schodów, prowadzących do wejścia. U ich stóp stary szlachcic witał jakąś młodą parę, sądząc po czarnym krzyżu na pomarańczowym tle – kogoś ze swojej bliskiej rodziny. Kiedy zauważył najmłodszego ze szwagrów wspinającego się po schodach, jego twarz przesłonił nieznaczny cień.

– Pan pozwoli, baronie… – wyjąkał z przepraszającym uśmiechem Plwacz. – Za większą potrzebą. Głupio tak w krzaki przed zmrokiem…

Witana przez de Raisa kobieta zmarszczyła nos, mężczyzna zakrył usta.

– W ogrodzie jest sracz – wskazał głową baron. – Otwarty zawsze i na potrzeby każdego.

– Zajęty – jęknął żałośnie Makwert.

– Bądź łaskaw dla biedaka, Guilliam – powiedziała kobieta. – Nie daj mu zemrzeć na nadmiar nieczystości.

Makwert w myślach podziękował szlachciance.

– Dobrze – powiedział po chwili milczenia gospodarz. – Zapytaj służbę o drogę.

Plwacz rzucił jeszcze jeden przepraszający uśmiech i truchtem przebiegł przez drzwi. Łazienkę znalazł bez problemu. Wyłożone marmurem pomieszczenie tchnęło spokojnym chłodem, odmiennym od wzmagającego się gorąca na zewnątrz. Jednak w mniej pogodne dni musiał panować tutaj przenikliwy ziąb.

Makwert błogosławił nowoczesności barona. Podążanie za nowymi trendami w architekturze kazało mu przebudować pałac, wyposażając go w wielkie okna, nawet w sraczu. Młodzieniec otworzył futrynę, podając znajdującym się po drugiej stronie braciom dziurawy stołek, służący do załatwiania większej potrzeby. Krzepcy bliźniacy bez trudu dostali się do środka.

– Co teraz? – spytał Gotard. Starał się wyglądać na spokojnego, jednak jego oczy płonęły z podekscytowania.

– Jak na weselu ciotki Kanuty – stwierdził Lotar. – Brakuje tylko śmierdzących bomb i osła, którego można by pogonić na gości…

– Będzie lepiej – powiedział Makwert. – Poczekajcie tu na mnie.

Zniknął na nie dłużej, niż kilka uderzeń serca. Wrócił z młodym sługą, rudym kilkunastolatkiem. Mina małolata sugerowała, że nie spodziewał się niczego dobrego. Zrzedła mu jeszcze bardziej, kiedy w łazience dostrzegł bliźniaków.

– Nie bój się – uspokoił chłopaka Makwert. – Nic ci się nie stanie.

Wyrostek zbladł. Drżące ręce złączył na brzuchu.

– Dostaniesz dukata – uśmiechnął się najmłodszy z Plwaczy – jeśli zrobisz, o co cię poprosimy.

Rudzielec podniósł oczy. Proszenie z pewnością nie było mu znane.

– Zostaniesz tutaj i będziesz stękał, jakbyś miał zatwardzenie. Zamkniesz się i nie będziesz odpowiadał na żadne zawołania, nawet gdyby rozkazywał ci twój pan, dobrze? Jeśli zaś dojdzie do niego, że to ty tutaj siedziałeś, a nie ja, wyciągnę cię z kłopotów. Trzymaj – powiedział, podając chłopakowi dukata. – Drugiego takiego dam ci, kiedy będzie już po wszystkim.

Zdumione oczy dzieciaka jasno mówiły, że nigdy wcześniej nie widział tak wartościowej monety. Pokiwał energicznie głową na znak, że rozumie.

– Jeszcze jedno – wtrącił się Gotard. – Gdzie jest ta komnata, do której nie może wchodzić nikt poza panem baronem?

– Na pięterku – odpowiedział bez namysłu chłopak. – W końcu korytarza jest biblioteka, w niej zamknięte drzwi, za które pan nie pozwala wchodzić nikomu.

– Dobry z ciebie chłopak – przyznał bliźniak, wręczając słudze drugą monetę. – Pamiętaj o jęczeniu, przyjdziemy do ciebie za chwilę. Wtedy dostaniesz obiecaną zapłatę.

 

Marmurowe schody prowadziły do przestronnego korytarza. Pałac wydawał się opustoszały, cała służba skupiła się na ślubie i weselu. Z pewnością większość posługaczy tłoczyła się w kuchni, reszta troszczyła się o komfort gości.

Bez najmniejszego problemu dotarli do ciężkich drzwi biblioteki. Ściany przestronnego, jasnego pomieszczenia zastawione były regałami pełnymi woluminów. Był tam też wielki stół, na nim świece i kilka otwartych książek. Drzwi, o których mówił rudy służący, znaleźli po lewej. Były zamknięte.

– Skąd wiedziałeś – zainteresował się Lotar – żeby spytać chłopaka o komnatę?

Gotard uśmiechnął się.

– Każdy ma swoje sekrety, które chce gdzieś ukryć – odpowiedział. – Zamiast o tym myśleć, znalazłbyś lepiej sposób na otwarcie drzwi.

Lotar odpowiedział uśmiechem. W jego dłoni nie wiadomo skąd pojawiły się wytrychy. Pokonanie zamka nie zajęło mu długo.

– Skąd… – zdziwił się Gotard.

– Twoja komnata nie ma przede mną żadnych tajemnic, braciszku – odrzekł bliźniak.

 

Od razu uderzył ich w twarze chłód, bijący z pomieszczenia. Dziwna, nieprzyjemna woń mieszała się z zapachem smoły.

Odrobina światła, wpadająca przez drzwi, nie pozwalała na zobaczenie niczego, prócz fragmentu kamiennej podłogi. W komnacie z pewnością nie było żadnych okien. Makwert namacał hubkę z krzesiwem na niewielkim stoliczku przy drzwiach. Zapalił pochodnię, wyciągniętą z uchwytu na ścianie.

Chwiejny krąg światła dotarł do krańca pomieszczenia, oparł się na gładko ciosanym kamieniu. Nadal jednak nie sięgał wnęki, okrytej ciemnością. Makwert zrobił kilka kroków w jej stronę i zamarł. Czerwone światło zadrgało na bladej, pergaminowej skórze, odbiło się w pustych oczach. Bliźniacy zaklęli. Chwycili łuczywa, rozświetlili całą komnatę. Z licznych nisz sześć było zajętych. Trupy młodych kobiet, przytwierdzone do ścian okowami spoglądały na nich martwymi oczami.

– Magicznie zakonserwowane – powiedział Makwert, powstrzymując dreszcz. – Wszystkie sześć.

Gotard ponownie zaklął, Lotar splunął.

– Mamy nasz dowód – stwierdził, wychodząc z sali. Był blady, szczęka mu drgała. – Teraz czas na porachunki.

– Poczekaj na mnie – rzucił Gotard, wychodząc za bliźniakiem.

Makwert stał, przyglądając się pierwszym zwłokom. Młoda, jasnowłosa kobieta o regularnych rysach. Z pewnością pierwsza żona de Raisa. Musiała tu wisieć już dobre kilkadziesiąt lat, jednak czas nie poczynił uszczerbku na jej urodzie. W pewnym sensie Plwacz potrafił zrozumieć, dlaczego baron zrobił to, co zrobił.

Odrzucił od siebie tę myśl tak szybko, jak do niego przyszła. Cisnął łuczywo na posadzkę. Wchodząc do biblioteki zwrócił uwagę na wolumin leżący na stole: „Grymuar Architektoniczny", księga zakazana. Podniósł oprawione w skórę tomiszcze. Mistrz Hermenegild Starszy, głosiła pierwsza strona. Makwert zaklął, rzucając się do drzwi.

 

Przed pałacem panowało zamieszanie. Z wysokości schodów Makwert widział tłum, zbierający się wokół bliźniaków i barona. Lotar wyciągniętą szablą mierzył w de Raisa, Gotard sekundował bratu. Pan domu stał z bronią w pogotowiu, jednak nie wyglądało, żeby kwapił się do ataku.

– Stawaj! – ryknął Lotar. – Tu i teraz! Na miejscu policzę cię za wszystkie twoje zbrodnie!

– Co wy wyprawiacie? – dopadła go matka, starając się wyciągnąć mu broń z dłoni.

– Proszę, nie wtrącaj się, pani matko – odpowiedział Gotard, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. – To poważny problem, później ci wyjaśnimy.

– Gnojki! – ryknął de Rais. – Kto pozwolił wam mieszać się w nieswoje sprawy?

– Nasza siostra, nasza sprawa – syknął Lotar. – Stawaj!

Makwert nie miał czasu przyglądać się dłużej. Był pewien, że bliźniacy poradzą sobie z sytuacją. Obaj byli mistrzami miecza.

Skoczył ku stajniom. Jeden ze stajennych odprowadzał właśnie gniadego ogiera, jeszcze osiodłanego. Niewiele myśląc Plwacz wydarł pachołkowi lejce, wskoczył na wierzchowca. Nie miał czasu do stracenia.

 

***

 

Makwert wahał się nad kierunkiem jazdy. W pierwszy momencie skierował się ku miastu, gdzie niedługo miała odbyć się egzekucja rektora. Zaraz jednak zmienił drogę, spiął wierzchowca. Jeśli miał zapobiec niepotrzebnej śmierci, musiał mieć pewność. Wiedział, gdzie ją uzyska.

Stary, podniszczony dworek de Cubilliosów znajdował się niedaleko Archoro, niemal sąsiadował z włościami de Raisa. Makwert bywał tu niegdyś z Arturem, było to jedyne miejsce, które strażnik nazywał domem. Po przeniesieniu się jego rodziny do nowej rezydencji posiadłość została sprzedana miastu i podupadła. Wydziedziczony Artur często o niej mówił, wspominając dzieciństwo.

Plwacz ostrożnie otworzył drzwi, od razu wchodząc do jasnego salonu. Kurz drażnił nozdrza.

– Dzień dobry – usłyszał chrapliwy głos. Siedzący przy stole mężczyzna uśmiechnął się delikatnie. Był stary, wyglądał na schorowanego. Włosy, spływające rzadkimi kępkami na ramiona, miejscami przebarwiały się na sino. Taki kolor mógł być oznaką obcowania z zakazaną magią.

– Jesteś Hermenegild Młodszy, prawda? – spytał Plwacz, podchodząc bliżej. Starzec pokiwał głową.

– Artur twierdził, że nigdy się nie połapiesz – odpowiedział. – Ja wierzyłem w twoje zdolności. Już w czasie studiów było o tobie głośno, pamiętam. Wszyscy się tobą zachwycali. Zaprawdę, powinieneś był zostać śledczym.

– Gdzie schowałeś kryształy z duszami?

– Troszkę szacunku, młodzieńcze – oburzył się Hermenegild. – I spokoju. Rozmawiasz ze schorowanym starcem.

– Zabiję cię, skurwysynu – wycedził przez zęby Plwacz – a później sam znajdę kryształy.

Mistrz roześmiał się chrapliwie.

– Niepotrzebny kłopot i krew na rękach – powiedział, wyciągając ku Makwertowi dłoń. Zajaśniał na niej starannie oszlifowany kryształ. – Zaraz skończę pieczętować własną duszę. Ty chyba spieszysz się na egzekucję, prawda?

Plwacz zaklął, rzucając się ku Hermenegildowi. Starzec był jednak szybszy. W jego dłoni pojawiło się ostrze. Kiedy przebijało serce nawet nie jęknął.

Makwert wetknął kryształ do buta, przeklinając paradny strój bez kieszeni i sakiewek. Dopadł konia, galopem kierując go ku miastu.

 

***

 

Mimo, że zorganizowana w pośpiechu, egzekucja rektora, Anzelma z Pogórza, przyciągnęła tłumy gapiów. W momencie stała się główną atrakcją Syndyosmo. Ustawiona pośrodku rynku, złożona naprędce szubienica uginała się pod ciężarem skazanego, brzuchatego kata i herolda.

– …oraz spisek, mający na celu zniszczenie panującego porządku – zakończył odczytywanie win urzędnik. Tłum ryknął, czując zbliżający się finał.

Makwert wpadł na plac. Wierzchowca odebrali mu strażnicy, obiecując odprowadzenie do najbliższych stajni. Na terenie obchodów obowiązywał całkowity zakaz poruszania się konno.

Rozpychana łokciami tłuszcza rozstępowała się niechętnie. Plwacz odebrał kilka kuksańców i niezliczoną liczbę przekleństw. Śmierdząca ciżba unieruchomiła go, zaciskając się wokół niczym przyduszająca garota. Kiedy nadal próbował brnąć do przodu, rozdając razy na prawo i lewo, ktoś go złapał, powalił na ziemię.

 

***

 

– No, wstawaj.

Głos wydobył się z pustki. Przeszył głowę Plwacza, pulsując tępym bólem gdzieś w potylicy.

– W końcu – rozbrzmiało. Makwert rozpoznawał Artura. – Spieszyło ci się, żeby zobaczyć finał naszej sprawy, co?

Plwacz usiadł na łóżku. Wzrok powoli przyzwyczajał się do światła, plamy nabierały kształtów.

– Gdybyś powiedział, załatwiłbym ci dobre miejsce. Nie musiałbym cię wyciągać z aresztu – wyszczerzył się strażnik. – Przegapiłeś najważniejszy moment, już po wszystkim.

Makwert zadrżał. Spóźnił się, rektora stracono. Na szczęście wyglądało na to, że Artur nie wiedział o spotkaniu z Hermenegildem. Inaczej Plwacz już by nie żył. Nie ściągnięto mu też butów, kryształ nadal uwierał w stopę.

Ktoś podsunął mu kubek czegoś gorącego.

– Pij – rozpoznał głos matki. – To pomoże.

– Co z Lotarem i Gotardem?

– Odrażająca sprawa – powiedział strażnik, uprzedzając kobietę. – Twoi bracia są cali, Lotar ma nieco rozharatane ramię, ale wyjdzie z tego. Dobrze, że udało się wam zapobiec kolejnej tragedii.

– Wystarczająco dużo ich ostatnio – stwierdził Makwert. Wzrok wrócił mu niemal do normy. Siedział na łóżku w swoim starym pokoju w domu rodzinnym. Artur zajął stołek obok, zaś matka stała niedaleko. Zapuchnięte oczy świadczyły o tym, że niedawno płakała.

– Długo byłem nieprzytomny? – spytał, pociągając łyk gorzkich ziół.

– Nie – odpowiedział strażnik. – Ledwo chwilę temu przynieśliśmy cię tutaj.

– Dobrze. Pani matko, sprawdź proszę, co u Lotara. Z pewnością potrzebuje twojej troski o wiele bardziej, niż ja.

Kiedy drzwi zamknęły się za wychodzącą kobietą, Makwert wstał. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę.

– Powinieneś jeszcze poleżeć. Przed chwilą byłeś nieprzytomny.

– Straszna z ciebie kurwa, wiesz? – wycedził Plwacz, czując wzbierający w nim gniew. Powoli dochodziło do niego wszystko, co się stało.

– O co ci chodzi?

– Jak mogłeś zrobić coś takiego?

– Jeśli chodzi ci o egzekucję…

– Tak, chodzi mi o egzekucję! Z pełną świadomością straciłeś niewinnego człowieka!

– Ach – prychnął Artur. – W końcu to rozgryzłeś. Nie sądziłem, że kiedykolwiek ci się uda.

Makwert zacisnął pięści. Przed rzuceniem się na strażnika powstrzymywał go jedynie fakt, że nie miał szans w starciu z uzbrojonym mężczyzną. Szczególnie ledwo łapiąc równowagę.

– Skazałeś niewinnego człowieka!

– Chyba nie myślałeś, że sam się podłożę, co? Mam do wykonania misję. Muszę ją wypełnić razem z moim mistrzem.

Makwert uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Twój mistrz nie żyje. Zabił się na moich oczach.

Artur zamarł. Przez chwilę wydawało się, że uderzy Plwacza, zamiast tego opadł na stołek.

– Jesteś skończony – syknął Makwert. – Nic ci już nie zostało. Zniszczę cię.

Strażnik szybko odzyskał rezon.

– Nie, przyjacielu – powiedział. – Śledztwo jest zakończone. Źli zostali ukarani, dobro zwyciężyło. Burzyciel zniknął.

– Jeśli myślisz, że to tak zostawię…

– Zostawisz – przerwał mu Artur. – Dla dobra swojego i twojej rodziny. Przede wszystkim dla rodziny. W rewelacje o mnie nikt nie uwierzy. Choćby dlatego, że jestem porządnym strażnikiem. Nie jakimś miejskim ciurem, ale członkiem straży królewskiej.

Zamilkł na dłuższą chwilę.

– Twój brat zabił wpływowego arystokratę – podjął. – Człowieka utytułowanego, o nieskazitelnej przeszłości… Jeśli oczywiście pominąć małą wpadkę z żonami, o której wie niewiele osób. Mogę go za to zamknąć na długie lata. Decyzja należy do ciebie.

– Skoro jesteś tak bardzo pewny, że nikt mi nie uwierzy, to po co w ogóle się ze mną układasz, co?

Strażnik westchnął.

– Makwert, ty jak zwykle nic nie rozumiesz. Takie oskarżenie to poważna sprawa, odbiłoby się na mojej karierze. Skoro nie mogę liczyć na mentorstwo Hermenegilda, moja wizja przyszłości w roli Burzyciela upadła. Muszę zadbać o byt.

Cisza trwała długo.

– Pora na mnie – stwierdził strażnik, wstając. – Nie bocz się już. Akademia będzie potrzebowała nowego rektora, szykują się wielkie zmiany. Może i tobie uda się uszczknąć kawałek tego tortu, jeśli będziesz grzeczny.

– Jeszcze kiedyś zapłacisz za to wszystko – odpowiedział Plwacz. Kamień w bucie zaciążył nieznośnie.

Artur wzruszył ramionami. Uśmiechnął się.

– Oficjalnie jestem czysty jak kryształ. Ale jeśli jednak pójdę na dno – powiedział – ty utoniesz razem ze mną.

Koniec

Komentarze

Zamysł tekstu pojawił się wraz z pewnym konkursem literackim, na który opowiadanie w końcu poszło. Jednak potraktowane zbyt luźno i niefrasobliwie, nie wzbudziło entuzjazmu jury. Taki obrót spraw spowodował, że postanowiłem raz jeszcze wykorzystać pomysł, pisząc całość od nowa. Oto efekt tej pracy.
Zapraszam do czytania i życzę miłej lektury.

Zaiste porządnie napisane! Świetnie się czytało. Dzięki

Dobry tekst, całkiem rozumna fabuła. Jedyne, co mógłbym wskazać to może ze dwa miejsca, gdzie komentarze w dialogach powtarzają treść samego dialogu, miast wnosić jego ubarwienie. Na przykład:
"- Witaj, mistrzu Isidore - przywitał się Makwert."
Jednak nie są to istotne sprawy i pewnie przy n-tym czytaniu zostałyby powygładzane.

Ibastro: wątpię, że sam zwróciłbym na to uwagę. :)

Dzięki za komentarze 

Poziom jak zwykle wysoki :) Na początku gubiłam się trochę w dużej ilości nazwisk, ale jakoś to ogarnęłam. Śledztwo w sprawie Burzyciela zostało fajnie poprowadzone, za to nie przypadł mi do gustu "motyw rodzinny" (wszystko dzieje się jakoś za szybko i zbyt łatwo). Warto byłoby też dodać trochę więcej o samym Burzycielu. Wszystko jest oczywiście logiczne i zrozumiałe, ale nie do końca czułam "wagę" jego działań/zbrodni. Bardzo fajnie piszesz dialogi i masz rewelacyjne pomysły dot. kreacji świata. Motyw architektów i świątyni skojarzył mi się z "Katedrą" Bagińskiego. Za całokształt 5 :)

Nie jak zwykle. :P
Następnym razem spróbuję lepiej scharaktwryzować bohaterów od pierwszego spotkania z nimi, to powinno pomóc w obeznaniu się z nimi. Czasami zapominam, że to co jest oczywiste dla mnie nie musi takie być dla czytelnika. W ostatnim zdaniu mieści się też problem zbrodni - niedocenienie wagi działań Burzyciela zauważyłem po pierwszym przeczytaniu, jednak żeby to naprawić musiałbym napisać tekst niemal od nowa. Trzeci raz bym tego nie przeżył. Postanowiłem zaryzykować publikację w takim kształcie, w jakim jest. Mimo to, zapamiętam na przyszłość.

Faktycznie, "Katedra"  odegrała ważną rolę w pomyśle. :)

Dzięki za komentarz 

Dla mnie to wybitny tekst. Naprawdę, czytanie tego było samą przyjemnością.;)))

Jahusz, dziękuję za miłą opinię. :)

Pozdrawiam 

Super tekst. świetne nawiązanie do "Katedry", nawiązywać inteligentnie nie każdy potrafi, a Tobie wychodzi to naprawdę nieźle. Ale ja najbardziej w tekstach lubię interesujących, barwnych bohaterów... hm, u Ciebie też są. I jeszcze umiejętnie poprowadzona intryga... jest. Słowem - podobało mi się i to bardzo :) Do tego w krótkim opowiadaniu tak dobrze spleść dwa wątki - to naprawdę sztuka.

Jedno do czego mam zastrzeżenie to wina de Raisa - od razu wiadomo, że jego 6 żon zaginęło bez wieści, bohaterowie od razu wiedzą, gdzie szukać rozwiązania tajemnicy... wolałabym, żeby to też było bardziej niejednoznaczne, wtedy odkrycie byłoby bardziej spektakularne - ale to już takie gderanie. Świetny tekst, bez dwóch zdań.

Dreammy, dzięki za komentarz. :)

Jeśli chodzi o wątek de Raisa - wiadomo, jak komuś żony giną, to widać. ;p A tak poważnie - chciałem mocno nawiązać do oryginału (tak, to zwyczajnie "zerżnięty" pomysł) - "Sinobrodego", Charlesa Perraulta. Nazwisko barona też nieprzypadkowe, postanowiłem dopełnić dzieła twórcy "Kopciuszka" i ostatecznie napiętnować potwora. ;) Dlatego właśnie od razu wiadomo, że żony giną. Szczerze mówiąc nie do końca pamiętam, jak to było w oryginale (w młodości babcia czytała mi na dobranoc), ale wydaje mi się, że właśnie od razu było powiedziane, że żony ginęły (w sensie znikały. Tylko nie pamiętam, czy tam to nie było tłumaczone w ten sposób, że umierały na różne choroby, muszę sprawdzić).

No nic, zaczynam pracować nad symultanicznym prowadzeniem równorzędnych wątków, mam nadzieję, że dojdę z tym do wprawy i nie będzie powodów do mówienia, że zbyt prosto poszło (na razie sztuka ta jest mi obca i trudno było rozwiązać całą sprawę w jedno przedpołudnie inaczej, niż zostało to przedstawione. Moja wina.) 

To Twoje drugie opowiadanie (pierwszym był "Upadek"), które pochłonęło mnie bez reszty. Bardzo dobrze napisany tekst, którego przeczytanie sprawiło mi dużą przyjemność. Pozdrawiam

Mastiff

Bohdan, cieszę się, że się spodobało. :)

Pozdrawiam 

Niezły tekst, jego główną zaletą jest wykreowany świat. A intryga... no cóż, moim zdaniem nie trzyma się to wszystko kupy:

1. Ktoś z Akademii czy czarny rynek?

"- Wiem, kogo możemy szukać - pominął temat rozmowy z rektorem. - Dziwię się, że wcześniej na to nie wpadłem.(...) - To ktoś wykształcony w Akademii - odpowiedział z niezadowoleniem. Brak domyślności partnera denerwował go."

- dziwi mnie trochę to kategoryczne oświadczenie, zwłaszcza że przeczy zupełnie późniejszym działaniom, bo zamiast szukać dowodów na kogoś z Akademii, to poszli do Łukaszczyka sprawdzić, czy zakazane woluminy nie są dostępne na czarnym rynku. A ich dostępność od razu stwarza możliwość, że to ktoś spoza Akademii.

Jeszcze uwaga a propo przytoczonej wypowiedzi - brak domyslności partnera denerwował go, pomimo wyrażanego zdziwienia, że sam na to wcześniej nie wpadł? Hipokryta.

2. Łukaszczyk i aresztowanie rektora

Bohaterowie odwiedzają Łukaszczyka. Ten, kiedy zostaje przyciśnięty, zdradza, że ktoś nabył od niego zakazane księgi i wymienia tytuły. Artur go zabiera ze sobą (do aresztu jak rozumiem?).

Tu jeszcze uwaga co do wypowiedzi Makwerta:

"Dzięki tej wiedzy można nie tylko zabić architekta, ale też, dla przykładu, zakląć jego duszę w krysztale. Tak przygotowany talizman jest bardzo potężnym kamieniem budulcowym, może posłużyć do odprawienia destrukcyjnych rytuałów. To magia, która w ręku wprawnego mistrza jest w stanie przełamać wszystkie bariery, łącznie z granicą śmierci." - strasznie dużo wie jak na kogoś, kto ledwo się dowiedział o istnieniu tych ksiąg od Wielkiego Architekta.

Aresztowanie rektora. Cała ta scena jest grubymi nićmi szyta, a szczególnie wyjaśnienia Artura. Najpierw Łukaszczyk opowiedział historię o tajemniczym nabywcy, a potem nagle w areszcie zmienił zdanie? Dlaczego? Po diabła miałby obciążać siebie, a na dodatek rektora? (Pomijam już dziwny fakt, że nikt nie wiedział, że Łukaszczyk jest siostrzeńcem rektora.) A tu nie dość, że zmienia zeznanie, to jeszcze podpisuje je, po czym popełnia samobójstwo poprzez zaczarowanie się (???).

Cholernie to wszystko podejrzane, ale żadnego z bohaterów nie dziwi. Oczywiście wyjaśnieniem są domniemane tortury i wymuszenie zeznań, ale chyba nie byłoby Arturowi tak łatwo tego zorganizować, żeby nikt się nie dowiedział (np. inni strażnicy). Taka opcja ciekawie zresztą wypada w porównaniu do słów samego Artura: "Dowody zdobyte nielegalnie nie mają znaczenia".

Uwzględniając powyższe, popatrzmy na aresztowanie rektora. Rektor jest osobistością publiczną, człowiekiem sprawującym wysokie i prestiżowe stanowisko. Jest absolutnie niemożliwym, żeby ktoś taki na podstawie jednego lipnego dowodu miałby zostać powieszony bez procesu, a już na pewno nie decydowałby o tym jakiś strażnik. Tym bardziej na pewno nie stracono by go chybcikiem następnego dnia.

3. Żonobójca de Rais i wykwintny ślub, czyl sranie w ogrodzie.

Wybacz, ale cały ten fragment jest absurdalny.

"- Wiecie, że jego domu nigdy nie przeszukano? - spytał, przyglądając się dachowi." - nawiązanie do podpowiadanej od początku sugestii, że baron to czarny charakter. Myślę, że ta łopatologia nie jest potrzebna. Wróćmy jednak do ślubu.

Mamy eleganckie przyjęcie, wydarzenie roku, pałac i ogrody, znamienitych gości i jak rozumiem mają oni wszyscy załatwiać się w jakiejś ogrodowej budzie, bo nikt nie ma wstępu do pałacu??? Czyli co, baron w ogóle nigdy gości nie zapraszał? Rodziny panny młodej też? To byłoby ekstremalnie dziwne i podejrzane i na pewno przyciągnęłoby masę niepożądanych spojrzeń, a tego żonobójcy chyba nie potrzeba. Poza tym nie wpuszczanie gości jest bezzsensowne, przecież i tak można się wszystkiego dowiedzieć od sprzedajnej i plotkarskiej służby.

"- W ogrodzie jest sracz - wskazał głową baron." - to mnie naprawdę rozbawiło.

No dobra, jakoś tam weszli w końcu i dowiedzieli się o tajemniczym gabinecie. Zaskakująco łatwo dostali się do pomieszczenia, gdzie trupy żon stoją na widoku (baron to nie tylko potwór, ale i najwyraźniej nieostrożny kretyn). Makwert spostrzega Grymuar i kto jest jego autorem, po czym dzieje się coś dziwnego.

4. Związki przyczynowo-skutkowe sobie wyszły.

Skąd Makwert wiedział, gdzie się udać? Jaki jest związek ze słowami "Hermenegild Starszy" a posiadłością Artura?

"- Jesteś Hermenegild Młodszy, prawda? - spytał Plwacz, podchodząc bliżej. Starzec pokiwał głową.

- Artur twierdził, że nigdy się nie połapiesz - odpowiedział." - co w tym wszystkim robi jakiś Hermenegild Młodszy? W czym Makwert się połapał i niby w oparciu o jakie przesłanki? Dwa razy przeczytałem i dalej nie wiem. Dlaczego starzec się zabił?

Na koniec najważniejsza rzecz - brak motywu Artura. Po co to robił? Dlaczego? Co nim kierowało? Jaki był jego związek z baronem SamoZło? Żadnej sensownej odpowiedzi, a bez niej cała ta intryga nie ma po prostu sensu.

"W rewelacje o mnie nikt nie uwierzy. Choćby dlatego, że jestem porządnym strażnikiem. Nie jakimś miejskim ciurem, ale członkiem straży królewskiej." - aha, ale w rewelacje o rektorze, człowieku o znacznie wyższej pozycji społecznej to wszyscy uwierzyli.

Nie traktuj tych uwag jako czepialstwa. W pracy mam często do czynienia ze śledztwami, tudzież szukaniem dziury w całym, więc nielogiczności mi się same w oczy rzuciły (nielogiczności w mojej cenie - innym, jak widać, zupełnie nie przeszkadzały).

Pozdrawiam.

To jeszcze na koniec kilka sugestii stylistycznych:

1. "Obrzędowym nożem naciął palec, wkrapiając odrobinę krwi. Powietrze przesycił zapach trupa." - a był tam jakiś trup? Prędzej: "trupi zapach", chociaż ten zwrot jakoś mi tu nie pasuje. Zapach krwi to nie trupi zapach.

2. "- Zastanawia mnie, jak bardzo niezniszczalne są monumenty." - przymiotnika "niezniszczalny" się nie stopniuje, podobnie zresztą jak np. "nieśmiertelny". Nie można być bardziej lub mniej niezniszczalnym.

3. "Artur zaproponował błyśnięcie karwaszem straży dla opustoszenia kilku miejsc" - co zaproponował? To zdanie nie brzmi dobrze.

4. "Panowała tam ciżba szarych, kamiennych domków z odrapanymi drzwiami i rybimi błonami w oknach." - słowo "ciżba" odnosi się tylko do grupy ludzi. Nie może być ciżby domków.

5. "Kłaniał się przy tym tak nisko i energicznie, że przez znoszoną szatę przebijał zarys kręgosłupa, a chude ciało zdawało się łamać przy każdym ruchu. Ciągle jednak trzymało się w jednym kawałku, co zadziwiało Makwerta." - zadziwiało go, że Łukaszczyk nie rozpada się na kawałki? ;)

6."Wystrzelił ze świątyni, nie bacząc na fakt, że Starym Bogom może takie zachowanie nie przypaść do gustu." - wydaje mi się, że "wybiegł" byłoby lepszym rozwiązaniem.

7. "Zrezygnował z bezmyślnego odpoczynku, skupił się na ostatnich wydarzeniach." - pierwsze zdanie jakoś dziwnie brzmi, zwłaszcza że bohater dalej leży tylko na trawie i myśli.

Wyżej wskazane przykłady najbardziej rzuciły mi się w oczy. Może będą pomocne.

Pozdrawiam.

Eferelin, dzięki za te uwagi. Ja ze śledztwami nie mam w ogóle do czynienia. Kilka spraw jednak pominąłeś:
1. Dlaczego odwiedzili alchemika było jasno powiedziane: Makwertowi nie chciało się brać udziału w przygotowaniach do ślubu, więc szukał innego zajęcia. Łukaszczyk został aresztowany tylko dlatego, że nie poinformował straży o sprzedaży zakazanych ksiąg osobie wynajętej przez Artura (tak, to on potrzebował tych zaklęć, a jak wyjaśnia w rozmowie z Łukaszczykiem Artur - alchemik był ich informatorem), nie za sam fakt bycia Burzycielem. Jest to dla Artura świetny pretekst do zwalenia winy na kogoś innego, co zresztą robi. Śmierć Łukaszczyna (czytelnik poznaje tylko wersję strażnika, która nie musi być przecież prawdziwa) ułatwia mu to zadanie. Moje pytanie: dlaczego wierzysz kłamcy? ;)
2. Kwestię zeznań wyjaśniłem wyżej. Dowodem jest dostęp Łukaszczyka do ksiąg, których nie powinien mieć w ręce. Oczywiście, że jest to mocno naciągane, bo przecież zostalo zorganizowane na szybko przez samego winowajcę (Artura). Więc odpada jedna osoba do dziwienia się. Rektor się nie sprzeciwia aresztowaniu, bo jako pierwotny powód zostalo podane "nadużycie władzy" i cośtam. Ten zarzut jest prawdziwy, więc mamy baranka idącego spokojnie na rzeź. Dopiero później zarzuty się zmieniają, znów machlojki Artura, który pozbywa się wszystkich przeciwników. Makwert nie wierzy, ale nie ma dowodów, znajduje je dopiero później.

Faktycznie, żonobójcę zryłem, ale do tego się już przyznałem. Mea culpa.
Co do związku Hermenegilda Starszego i tak dalej - gdzieś na początku Artur wspomina o swoim chorym wujku - Hermenegildzie Młodszym. Analogia jest dość jasna, Starszy - Młodszy, ojciec - syn. Co do miejsca poszukiwań, wspomniałem o wydziedziczeniu Artura i pozostałym po rodzicach starym dworze, który Makwert z Arturem czasami odiwedzali. Świetne miejsce do ukrycia nielegalnych rzeczy i do przeprowadzania zakazanych rytuałów, dlatego Makwert od razu tam pojechał. Nie wiedział, że może w dworze spotkać Hermenegilda, to przypadek.

Połapał się w tym, kto jest kim i dlaczego tak. O HM wspomniałem wcześniej, były wykładowca Akademii, wujek Artura, aktualnie jego mentor. BaronSamoZło był postacią całkowicie niezwiązaną z głównym wątkiem, pewnie dlatego potraktowałem go tak po macoszemu.
W tym, że zapomniałem nakreślić motywację Artura połapałem się jakąś godzinę temu. Dziwne, że nikt nie zwrócił na to uwagi wcześniej... O rewelacjach o retorze nie pomyślałem w ten sposób, ponieważ były na to dowody. Sam zainteresowany również przyznaje się do winy (nadużycia władzy), a to daje pole do dalszych oskarżeń. Miły, skruszony człowiek, przyznaje się do wszystkiego.
Jeszcze kwestia wiedzy Makwerta - dowiedział się, co jest potrzebne do rytuału zabicia architekta, to nie to samo, co tworzenie kryształów. Wspomniane zostało w rozmowie z rektorem i z Hermenegildem, że Makwert był jednym z najlepszych studentów w Akademii, jego wiedza magiczna powinna więc być dość szeroka.
Śmierć starca - wyjaśnienie to temat na kolejne opowiadanie. Bardziej dopracowane, mam nadzieję. :) 

Dzięki za uwagi
Pozdrawiam 

Dzięki za wyjaśnienie paru kwestii.

Rzeczywiście HM był wcześniej wspomniany - zwracam honor. Nie rozumiem jednak, dlaczego HM w ogóle się do czegokolwiek przyznał:
"- Jesteś Hermenegild Młodszy, prawda? - spytał Plwacz, podchodząc bliżej. Starzec pokiwał głową.
- Artur twierdził, że nigdy się nie połapiesz - odpowiedział."
A czemu nie odpowiedział po prostu: "Tak, to ja". Bez żadnego przyznawania się. I co by zrobił Makwert? Nic, mógłby mu naskoczyć. Fakt, że ojciec HM napisał kiedyś książkę to żaden dowód obciążający samego HM czy Artura. Do książki mieli dostęp wszyscy członkowie Akademii, a ponadto wolumin krąży na czarnym rynku, czego dowodem jest posiadanie kopii przez barona - czyli krąg podejrzanych wielki. Innych dowodów nie ma.
Ale skoro mówisz, że śmierć starca miała głębszy sens, to pozostaje poczekać na kolejną część. ;)

A kwestia rektora - pozostanę przy swoim zdaniu. Ta postać właściwie jest manekinem. Gość nic nie robi. Jest wprawdzie zarzut jakichś nadużyć na podstawie wątpliwego zeznania, ale po co się przyznaje? Rozumiem, że mogło go ewentualnie ruszyć sumienie i przyznał się do nadużyć. Ok, ale co innego przyznać się nadużyć (za co jest jakaś tam niewielka kara), a co innego jak baran pozwolić sobie wcisnąć zarzut mordowania i niszczenia (za co jest kara śmierci). Rektor - człowiek wykształcony, świadomy swoich praw i w ogóle się nie broni, tylko daje powiesić bez gadania? Nie kupuję tego.
 Zresztą sam przyznaj, przykładowo: okradłeś sklep i zabrałeś 1000 zł. W akcie oskarżenia prokurator zarzuca ci na dodatek morderstwo (bo gdzieś w tamtej okolicy w czasie zbliżonym do napadu kogoś zabito, czego ty nie zrobiłeś). Nie broniłbyś się?

Aha, żeby było jasne - ja tak sobie uporczywie polemizuję, ale tekst mi się podobał. ;)

Pozdrawiam.

Przyznaję, nie pomyślałem o rektorze. Dziwne, że czytając ten tekst dziesiątki razy, słuchając go, nie zauważyłem tego niedopracowania... Pewnie przez to, że znam go już niemal na pamięć. Ale to dobra nauczka na przyszłosć, postaram się wystrzegać takich błędów.
Śmierć Hermenegilda to sprawa nieco większego planu, który staruszek sobie obmyślił. Postaram się w najbliższym czasie wyjaśnić to opowiadaniem. Muszę je jeszcze mocno dopracować (w czym wydatnie pomagają mi Twoje uwagi do tego tekstu). 

Polemikę lubię. Można się wiele nauczyć. 

Pozdrawiam 

Nowa Fantastyka