- Opowiadanie: Fasoletti - Pas (D&D fanfiction)

Pas (D&D fanfiction)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Pas (D&D fanfiction)

Opowiadanko zainspirowane pewnym zabawnym questem z Wrót Baldura. Mam nadzieję, że fani gry mnie za to nie zgnoją :P

 

1.

– Nie może być! Toż to sam Lucien McMorth zwany Szarym Wilkiem! – krzyknął z udawanym zaskoczeniem Berrun Ghastkill na widok mężczyzny, wprowadzanego do izby przez dwóch strażników.

Pojmany obrzucił gospodarza ponurym spojrzeniem.

– Miło cię widzieć – mruknął. – Musiało ci bardzo zależeć na tym spotkaniu, skoro wysłałeś swoje pieski by mnie eskortowały – dodał, cmokając na żołnierzy.

– Tak, wolałem się upewnić, że nie odrzucisz zaproszenia. Odkąd pół roku temu uciekłeś z tą cholerną drowką oraz zaliczką za zabicie jej, nieczęsto odwiedzałeś Nashkel. Ośmielę się nawet powiedzieć, że wcale.

Szary Wilk machnął ręką.

– Znasz moją słabość do kobiet. Nie mogłem się powstrzymać. Ty wiesz jaki ona miała tyłek?

– A ty wiesz, ilu moich podwładnych zabiła? – warknął burmistrz. – Jesteś łowcą nagród Lucien, a od ludzi twojego pokroju wymaga się profesjonalizmu! Rozumiesz? Profesjonalizmu! Jak męczyła cię chcica, trzeba było jechać do Amnu i wynająć sobie którąś z tamtejszych kurtyzan! A nie chędożyć się z morderczynią z podmroku, na którą w dodatku dostałeś zlecenie!

– Pamiętasz? Osaczyliśmy go pod Wrotami Baldura – zmienił temat McMorth, spoglądając na ogromny łeb niedźwiedzia górskiego, wiszący nad biurkiem Berruna. – Nieźle nas wtedy poszarpał.

– Tobie też powinienem uciąć czerep i powiesić go na ścianie – odburknął Ghastkill.

Lucien spojrzał mu wyzywająco w oczy.

– Więc dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś? Czyżby polityka przyćmiła twój instynkt zabójcy?

– Za numer jaki mi wywinąłeś, wypatroszyłbym cię bez mrugnięcia okiem – rzekł Berrun, jakby było to czymś oczywistym. – Ale przez wzgląd na dawne czasy, pozwolę ci odkupić winy. Załatwisz dla mnie pewną sprawę i będziemy kwita.

– Więc to dlatego ci dwaj śmierdziele zadali sobie tyle trudu by pojmać mnie żywcem – odparł McMorth, zerkając pogardliwie na strażników.

– Tak – Berrun zmarszczył brwi. – Jednak jeśli znów spróbujesz pierzchnąć nie wywiązawszy się z umowy, każę rozesłać za tobą listy gończe. A wtedy będziesz miał na karku nie tylko moich śmierdzieli, ale i Płomienną Pięść.

– Widzę, że nie mam wielkiego wyboru – stwierdził z rezygnacją łowca nagród. – Mów zatem czego ode mnie oczekujesz.

– To mi się podoba! – Ghastkill klasnął w dłonie. – Zadanie nie jest trudne i powinieneś sobie z nim poradzić bez problemu. Otóż od jakiegoś czasu pewien półogr napada na moje karawany. Morduje przewoźników, porywa konie, niszczy wozy… Przynieś mi jego głowę, a zapomnę o tej drobnej skazie szpecącej kryształ naszej przyjaźni – dodał z szelmowskim uśmiechem.

– Półogr to cholernie twarde bydlę – jęknął Szary Wilk. – Czemu nie zatrudnisz dodatkowej ochrony?

– Miałem zamiar to zrobić – odparł Berrun. – Ale napatoczyłeś się ty.

– Ja zawsze mam takie szczęście… – mruknął McMorth

– Nie marudź! – Ghastkill poklepał go po policzku. – Wyruszysz z samego rana, więc lepiej dobrze się wyśpij. Ach, byłbym zapomniał. Podobno ten jełop, Montaron, pomieszkuje od jakiegoś czasu w tawernie „Pod bekającym smokiem”. Jeżeli chcesz, możesz wziąć go ze sobą. Dobry skrytobójca, nawet moczymorda, zawsze się przyda. A teraz wyprowadźcie to ścierwo! – rzucił szorstko do strażników.

 

2.

McMorth był na siebie wściekły. Mógł przecież bez problemu ominąć Nashkel i podążyć dalej w stronę Amnu. Jednak zachciało mu się spędzić noc w wygodnym łóżeczku, zamiast jak to miał w zwyczaju, na gołej ziemi gdzieś w kniei. I teraz pokutował za tę chwilę słabości. Obiecywał sobie w duchu, że jeśli uda mu się dowiedzieć kto doniósł Ghastkillowi o jego przybyciu do miasta, zarżnie sukinsyna jak wieprza, a truchło rzuci psom. Przez chwilę korciło go, by zignorować ultimatum burmistrza i czmychnąć gdzieś na południe. Szybko jednak porzucił tę myśl. Tym razem Berrun tak łatwo by mu nie podarował. Co prawda z jego ludźmi dałby sobie jakoś radę, ale z elitarnymi najemnikami Płomiennej Pięści wolał nie mieć do czynienia. A ci z pewnością ścigaliby go choćby na sam kraniec Faerunu.

Z zamyślenia wyrwał go przepity głos Montarona.

– Czujesz? – zapytał skrytobójca, przystając nagle.

– Ta – odburknął Szary Wilk pociągając kilkakrotnie nosem. – Stęchły mocz, tanie wino, rzygowiny i przepocone łachmany. Mogłeś się chociaż wykąpać.

Niziołek uśmiechnął się głupkowato.

– Nie o tym mówię.

– Przykro mi – odparł McMorth rozkładając bezradnie ręce – ale twój smród zabija wszelkie inne zapachy rozchodzące się w powietrzu.

Montaron uniósł rękę i powąchał się pod pachą.

– Chyba faktycznie przesadzam ostatnio z piciem – mruknął. – Ale mniejsza o to. Dałbym sobie uciąć dłoń, że zalatuje tutaj półogrem i kilkoma koboldami.

McMorth obrzucił badawczym spojrzeniem otaczające gościniec krzaki, tonące w pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca. Zauważył, że kilka gałązek rosnących na wysokości jego kolan jest złamanych.

– Musieli tędy niedawno przechodzić. Przynajmniej koboldy, bo śladów pozostawionych przez coś większego nie widzę. – stwierdził. – Jeśli podążymy tym tropem, być może uda nam się odnaleźć również półogra.

– No to wio woźnico, bo już na cię czas! – krzyknął niziołek, znikając w gęstwinie.

Słońce niemal całkowicie schowało się za horyzontem, kiedy zauważyli wyrastającą ponad korony drzew potężną skałę. Wiejący od jej strony wiatr niósł ze sobą intensywną woń potworów.

– Chyba ich mamy – szepnął łowca, chyłkiem przemykając pomiędzy krzewami.

Tuż za nim skradał się Montaron, odziany w Pancerz Cienia, ukradziony niegdyś Taeromowi Fuiruimowi z Beregostu, zwanemu Grzmiącym Młotem. Ta zaklęta zbroja miała tę nieocenioną właściwość, że nosząca ją istota niczym kameleon stapiała się z mrokiem, przez co niemagiczne wykrycie jej było niezwykle trudne.

– Patrz – mruknął półgłosem Szary Wilk, kucając w trawie.

Przed nimi, u podnóża skały, przy niewielkim ognisku siedziała grupa nieświadomych niebezpieczeństwa koboldów. Podobne do psów stwory piekły na prymitywnym ruszcie kawałki mięsa. Ich plugawa mowa kojarzyła się McMorthowi ze śmiechem hien. Kawałek dalej, w kamiennej ścianie, widać było wejście do jaskini.

– Pięciu – zauważył Montaron, wyciągając z butów dwa zakrzywione sztylety, których ostrza nasączono solidną porcją trucizny, zdolnej w ciągu kilku chwil powalić dorosłego mężczyznę.

– Co proponujesz? – zapytał McMorth. – Dasz radę pozbyć się tych kundli bez zbędnego zamieszania?

Niziołek tylko się uśmiechnął. Lucien nawet nie zauważył, kiedy zniknął w gęstniejącej z każdą chwilą ciemności. Przez moment nie działo się nic. Nagle koboldy zaczęły się nerwowo rozglądać. Jeden z nich uniósł nad głowę płonący patyk i oświetlając sobie drogę ruszył w stronę kryjówki McMortha. Łowca, klnąc pod nosem na nieudolność towarzysza, dobył miecza i bezszelestnie cofnął się o kilka kroków, a kiedy potwór dalej parł na przód pociągając podejrzliwie nosem, nie mając innego wyjścia błyskawicznym cięciem poderżnął mu gardło. Kobold, rzężąc cicho, padł na ziemię. Szary Wilk sprężył się, gotowy do odparcia ataku kolejnych napastników, jednak nic takiego nie nastąpiło. Odczekawszy chwilę, podpełznął do miejsca, z którego mógł wyraźnie widzieć pozostałe stwory. Ze zdziwieniem stwierdził, że zniknęły.

– Przepraszam, że go do ciebie zwabiłem – szept Montarona sprawił, że zaskoczony łowca omal nie wrzasnął. – Akurat ten jeden mi wadził, a nie mamy czasu na opracowywanie wymyślnych zasadzek. Ale jak widzę poradziłeś sobie doskonale. Byłby z ciebie świetny zabójca.

– Wystarczy, że cuchnąłbym jak ty. Każda mijająca mnie istota z miejsca padłaby trupem – odciął się Lucien. – Aż dziwne, że ten fetor cię nie zdradził.

Niziołek pokazał mu język.

– Dobrego skrytobójcy nic nie jest w stanie zdemaskować – odparł urażonym głosem.

– Srały muchy – skwitował rozmowę McMorth. – Lepiej rozejrzyjmy się po jaskini. Może znajdziemy tego przeklętego półogra.

– Jak znam życie, to raczej nie będzie zadowolony z odwiedzin.

– I wcale mu się nie dziwię – stwierdził Szary Wilk, wyciągając z podręcznej torby zrobioną z kawałka cienkiej skóry łebkę.

– Co to? – zapytał niziołek, widząc jak Lucien naciąga ją na głowę.

– Hełm infrawizji – odparł łowca. – Znalazłem go przy zwłokach pewnego zabójcy, którego nasłali na mnie Zhentarimowie. Stare dzieje, kiedyś ci opowiem – dodał, wchodząc ostrożnie do wilgotnej, pogrążonej ciemnościach groty.

W nozdrza uderzył go smród gnijącego mięsa.

– A może zdechł ze starości? – zażartował Montaron.

McMorth zbył jego uwagę milczeniem.

– Lepiej uważaj po czym deptasz. Pełno tu obgryzionych ludzkich kości i parę innych rzeczy, których nie chciałbyś widzieć – rzekł po chwili.

– Wystarczy, że je czuję – jęknął skrytobójca, jedną dłonią trzymając się kurczowo koszuli przyjaciela, drugą zaś zatykając nos.

Przez chwilę brnęli przed siebie w kompletnej ciszy. Nagle w oddali zamajaczyło nikłe światełko, a do ich uszu doszły przytłumione pomruki. Ukradkiem ruszyli w tamtym kierunku. Po chwili dotarli do szerokiej, naturalnej komnaty, pośrodku której płonęło ognisko. Wokół niego, na posłaniach z liści i trawy, głośno chrapiąc spało kilkanaście Xvartów – błękitnoskórych karzełków niewiele większych od kobolda. Po ziemi walało się mnóstwo ludzkich czaszek oraz najrozmaitszych towarów pochodzących z grabieży, głównie ubrań i biżuterii. Nieco dalej, pod ścianą, na prymitywnym drewnianym tronie drzemał półogr.

– No to znaleźliśmy bydlaka – szepnął McMorth, kryjąc się za potężnym stalagmitem. – Teraz tylko trzeba wymyślić jakiś sposób, żeby pozbawić go głowy.

– Szkoda, że nie mamy maga. Ze dwie kule ogniste i byłoby po sprawie – stwierdził fachowo Montaron.

– Niestety, musimy poradzić sobie bardziej konwencjonalnymi metodami. – odparł łowca. – Spróbujmy się do niego podkraść i poderżnąć mu gardło. Jak go zabijemy, te niebieskie przygłupy powinny poddać się bez walki.

– Obyś miał rację – mruknął niziołek.

Ściskając w dłoniach sztylety, zaczęli ostrożnie lawirować między pogrążonymi we śnie potworami. Dojście do półogra zajęło im kilka pełnych napięcia chwil. Stojąc przy nim z wzniesionymi w górę ostrzami, gotowi do zadania śmiertelnych ciosów, uśmiechnęli się z satysfakcją. Jednak miny szybko im zrzedły. Ich plan zniweczyła niewielka kropla, która niespodziewanie spadła wprost na czoło bestii. Półogr otworzył oczy, a zobaczywszy obok siebie zabójców, wrzasnął dziko. Nim towarzysze zdążyli zareagować, zerwał się z tronu odpychając ich potężnymi łapami i sięgnął po oparty o ścianę, najeżony kolcami morgensztern.

– Ja zgnieść twoja pysk! – ryknął, szarżując na McMortha.

Łowca zwinnie uniknął ciosu. Odskoczył do tyłu, przy okazji odcinając rękę jednemu z Xvartów, który obudziwszy się próbował niezdarnie dźgnąć go sztyletem, po czym biegiem ruszył w kierunku wyjścia. Ogarnięty furią półogr popędził za nim, zupełnie nie zwracając uwagi na ociekającego krwią wrogów Montarona, z uśmiechem na ustach wyrzynającego jego wyrwanych ze snu podwładnych. Lucien w duchu dziękował wszystkim bogom, że zabrał ze sobą magiczny hełm. Bez niego nie miałby najmniejszych szans ujść tej rozjuszonej górze mięśni. Kiedy zauważył, że już nie słyszy za sobą dyszenia, przystanął i odwrócił się. Zobaczył półogra kawałek dalej, podskakującego niezgrabnie na jednej nodze. Drugą miał wykrzywioną pod dziwnym kątem. Mc Morth wywnioskował, iż potwór musiał wpaść w jedną z niewielkich szczelin, którymi usiane było całe dno jaskini.

– Dobrze ci tak ty suczy synu – warknął pod nosem, ściągając z pleców łuk.

Powoli, nie spiesząc się, wymierzył w gardło bestii. Strzała z wizgiem przeszyła powietrze i bezbłędnie trafiła w cel. Półogr zacharczał, zatoczył się i zwalił na ziemię. Jeszcze przez kilka chwil drgał konwulsyjnie, panicznie próbując złapać powietrze. Kiedy w końcu zastygł bez ruchu, Szary Wilk kilkoma ciosami miecza pozbawił go głowy i zapakował trofeum do worka. Już miał odejść by poszukać Montarona, gdy nagle jego wzrok przykuł pięknie zdobiony pas, okalający biodra trupa.

– Już ci nie będzie potrzebny – mruknął, zabierając go.

Następnie gwizdnął przeciągle. Niemal natychmiast zza zakrętu wyłonił się niziołek. Cały zlany krwią, podrapany i posiniaczony, ale szczęśliwy. Oświetlał sobie drogę prowizoryczną pochodnią.

– Żebyś ty widział tę walkę, Lucien! – wrzasnął, wypinając dumnie pierś. – Ja sam, przeciwko setce tych śmierdzieli! Człowieku, stępiłem cztery sztylety, jeden złamałem, a dwa zardzewiały od krwi!

– Nie przesadzasz? – zapytał łowca, pukając się w czoło.

– Ani trochę! Ale ty widzę też nie próżnowałeś! Co prawda nie ma co przyrównywać twojego pojedynku do mojej heroicznej batalii, ale i tak będziesz miał o czym wnukom opowiadać. Pokaż no go. Taaak! Piękny… – dodał Montaron oglądając czerep półogra. – No to teraz do karczmy, trzeba oblać zwycięstwo!

– Wolałbym najpierw oddać głowę Ghastkillowi…

– Nie denerwuj mnie! – odburknął skrytobójca. – Jesteśmy w pobliżu Beregostu, a Feldepost jest moim dobrym przyjacielem. W jego gospodzie odpoczniemy i nabierzemy sił przed podróżą do Nashkel.

– A głowa? – jęknął łowca.

– Nie ucieknie. Zresztą, ty wiesz jakie tam mają posługaczki? Miód malina! I nocne usługi oferują.

Na taki argument Szary Wilk nie mógł pozostać obojętny.

– Tylko żadnego pijaństwa. Odpoczniemy i ruszamy dalej – rozkazał, uśmiechając się rubasznie.

Oczyma wyobraźni już widział skąpo odziane dziewczęta szorujące mu plecy.

Montaron zrobił niewinną minę.

– Przysięgam na życie mojej matki. Ani kropli gorzałki do ust nie wezmę.

– Przecież twoja matka umarła dawno temu… – zauważył Lucien.

– Skończ już gderać i chodź w końcu – ponaglił go niziołek, raźnym krokiem ruszając przed siebie.

 

3.

– No to… hep! Zdrowie bezgłowego… śmierdziela! – wydukał chrapliwym głosem Montaron, unosząc kubek z winem.

– Już piliśmy! – zauważył jeden z towarzyszących mu gości.

– Jak to? Piiiliśmyyy? – zapytał niziołek, wybałuszając przekrwione oczy. – Lucien? Piiiliśmyyy?

McMorth nie odpowiedział. Od dłuższego czasu leżał pod stołem w kałuży wymiocin, nieświadomy co się wokół niego dzieje. Miał nie tykać alkoholu, ale jak tu odmówić gromadzie urzeczonych przesadzoną opowieścią skrytobójcy szlachciców, co chwilę podstawiających pod nos pełny gąsiorek?

– Lucieeen? Żyyy… jesz? – Montaron z całej siły kopnął przyjaciela w brzuch.

Za sprawą uderzenia McMorth odzyskał przytomność. Bekając głośno zajrzał do swojej torby podróżnej. Ujrzawszy w niej tylko głowę półogra, niemrawo wypełznął na środek izby, z trudem wstał i obnażając miecz, chwiejnym krokiem ruszył w kierunku zaskoczonych panków.

– Oddawajcie mój pas, bydlęta chędożone! – wrzasnął, święcie przekonany, że podczas drzemki został obrabowany. – Wy psy! Wy gnoje! Już ja was oduczę okradać największego łowcę nagród jakiego nosiły Zapomniane Krainy! – ryczał, ogarnięty pijackim amokiem.

– Uspokój się… McMorth! – krzyknął Montaron. – Masz go przytroczonego… obok sakwy! Więc siadaj na… dupie i pij!

– Moje trofeum! – Lucien padł na kolana. Z radości odpiął stary pas i zastąpił go zdobytym.

Chciał wstać, by zaprezentować się urżniętemu w sztok towarzystwu w nowej ozdobie, ale nogi ugięły się pod nim. Poczuł ogarniający całe ciało paraliż oraz potworny ból, promieniujący z podbrzusza na wszystkie członki. Próbował wołać o pomoc, jednak język uwiązł mu w gardle. Kilka chwil później stracił przytomność.

***

– Moja głowa! – stęknął Szary Wilk siadając na krawędzi łóżka.

Leżący obok Montaron puścił przez sen głośnego bąka po czym obrócił się na drugi bok. Lucien podszedł do okna. Cały wczorajszy wieczór był dla niego jedną, wielką niewiadomą. Dawno tak się nie upił. Ze zdziwieniem zauważył, że nie ma na sobie spodni. Za to pas, który ukradł martwemu półogrowi, wciąż oplatał mu biodra. Spróbował go odpiąć, ale bezskutecznie. Klnąc pod nosem jak szewc zaczął mocować się ze sprzączką, ta jednak ani drgnęła. Przypadkowo spostrzegł brak przyrodzenia, zwykle dyndającego od uda do uda, niczym wahadło w zegarze. Na początku pomyślał, że ma zwidy. Dla pewności pomacał się między nogami. Palec wszedł w coś wilgotnego i ciepłego. Dziki skowyt jaki wydobył się z gardła łowcy postawił na nogi całą oberżę. Czerwony niczym burak karczmarz wparował do izby i z całej siły trzasnął McMortha w twarz.

– Czego się drzesz, dziwko! Gości pobudzisz!

– Ty chamie! – warknął Lucien.

Podniósł leżący na ziemi miecz i w przypływie furii dźgnął szynkarza w oko. Ostrze przebiło czaszkę na wylot. Krew bryzgnęła na twarze zaskoczonej szlachty, która przybiegła sprawdzić kto wywołał taki raban z samego rana. Na widok martwego karczmarza rzucili się na Szarego Wilka. Ten, zwinnie uniknąwszy kilku pierwszych uderzeń, chwycił worek z głową półogra, rozpłatał brzuch najbliższemu napastnikowi po czym wyskoczył przez okno.

Brzdęk pękającej szyby obudził Montarona. Niziołek łypnął półprzytomnie na zgromadzonych, jednak kiedy spostrzegł zwłoki, zerwał się z łóżka jak oparzony.

– Na ogon wiwerny, co tu się stało?!

– Ostrą sikorkę sobie przygruchałeś – stwierdził jeden z gości klepiąc go po ramieniu.

Skrytobójca tylko wzruszył ramionami.

– A nie widzieliście gdzieś McMortha?

 

4.

McMorth pędził ulicami Beregostu na złamanie karku. Kierował się ku kniei. Dopiero gdy oddalił się od miasta na bezpieczną odległość, przystanął by złapać oddech. Po raz kolejny wsadził sobie dłoń między nogi w nadziei, że jednak wszystko będzie na swoim miejscu. Palce znów weszły w wilgotną szczelinę.

– Niemożliwe… – jęknął, dotykając tym razem torsu.

Kiedy wyczuł pod koszulą parę dorodnych piersi, padł na kolana.

– Bogowie! Coście mi uczynili! – zaskowyczał, wznosząc dłonie ku niebu. – Co zrobiłem, że tak mnie karacie?

Nagle doznał olśnienia.

– Pas! – wrzasnął. – Musi być przeklęty!

Chwycił miecz i jął z całej siły tłuc rękojeścią w sprzączkę. Ta ani drgnęła. Na pozłacanym kawałku metalu nie została nawet jedna, maleńka rysa.

– To bydlaku zasrany! Ty szczurzy pomiocie! Ty gnido cuchnąca! – rozwrzeszczał się, kopiąc w przypływie złości głowę półogra. – To wszystko twoja wina, niedomyty kurwi synu!

Kiedy się zmęczył, postanowił przeanalizować sytuację. Do Beregostu wracać nie miał po co. Zamordował jednego z karczmarzy Feldeposta, co równało się z wydaniem na siebie wyroku śmierci. Zresztą, kto by dał wiarę, że naprawdę jest Szarym Wilkiem? Najprawdopodobniej posądzono by go o zabicie znanego łowcy i obrabowanie z kosztowności. Jedyna nadzieja w Ghastkillu. Gdy burmistrz Nashkel zobaczy głowę półogra, z pewnością uwierzy i pomoże staremu przyjacielowi. Pokrzepiony tą myślą odział się w spodnie, porwane w czasie ucieczki z rozciągniętego w pobliżu jednej z chat sznura, przerzucił przez ramię przesiąknięty krwią worek z czerepem bestii i odganiając się od ciągnących do niego much ruszył na południe. Czekał go kilkudniowy marsz przez dziką, niebezpieczną puszczę.

***

– Chcę rozmawiać z Ghastkillem! – rzekł twardo McMorth do strażników, pilnujących chaty burmistrza .

Mężczyźni spojrzeli po sobie rozbawieni. Zmierzyli pogardliwym spojrzeniem ubraną w męskie łachmany, umorusaną błotem dziewkę, po czym wybuchnęli śmiechem.

– Chybaś niespełna rozumu, kobieto – rzekł jeden z nich rozbawionym głosem. – Zjeżdżaj stąd pókim dobry, bo za wszarz chycę i za stodołą rozumu nabiję!

– Zejdź mi z drogi psie, albo pożałujesz! – syknął wyprowadzony z równowagi Lucien.

Strażnikowi uśmiech momentalnie zszedł z twarzy.

– Nie będzie mi jakaś niedomyta dziwka w pysk plwać! – ryknął, rzucając się na Szarego Wilka z pięściami.

McMorth z gracją kota uskoczył przed ciosem, przemknął obok rozpędzonego napastnika i uderzeniem w tył głowy pozbawił go przytomności. Drugi z mężczyzn, na widok pobitego kompana, dobył miecza. Lucien sprężył się, gotowy do odparcia ataku, gdy nagle drzwi chałupy otworzyły się z hukiem. W progu stał Ghastkill, najwyraźniej obserwujący całe zajście przez okno. W jednej dłoni trzymał pięknie zdobioną katanę, w drugiej zaś, zdobytą podczas jednej z wspólnych wypraw z McMorthem zaklętą tarczę, odbijającą pociski. Nie zwlekając zaszarżował na Szarego Wilka.

– Nie wiem kim jesteś, ale odechce ci się zamachów na Berruna Ghastkilla – warknął. Zostawcie ją mnie, nauczę tę sukę pokory! – dodał jeszcze do zaskoczonych podwładnych.

– To ja, Lucien McMorth! – wrzasnął Szary Wilk, unikając ostrza.

Burmistrz nie słuchał. Atakował, zaślepiony furią. Lucien, nie mając innego wyjścia, chwycił za miecz. Parował kolejne ciosy, samemu żadnych nie wyprowadzając. Miał nadzieję, że zajęty polityką Ghastkill zaniedbał się jako wojownik i szybko ulegnie zmęczeniu. Jego przypuszczenia okazały się słuszne. Choć początkowo burmistrz walczył niczym rozjuszony lew, powoli zaczął tracić impet. Widać było, że pojedynek zaczyna go męczyć. Uderzał coraz wolniej i słabiej. W pewnym momencie, chcąc wykonać pchnięcie, zbyt daleko wychylił się w przód. McMorth natychmiast to wykorzystał. Przepuścił klingę pod pachą, chwycił burmistrza za rękę i okręciwszy go wokół siebie, powalił na ziemię.

– Nie ważcie się ruszyć, albo poderżnę mu gardło – warknął do strażników.

Na potwierdzenie tych słów delikatnie dźgnął Ghastkilla czubkiem miecza w grdykę.

– Zanim mnie zabijesz, powiedz chociaż kto cię przysłał… – wysapał Berrun, łypiąc na McMortha spode łba.

Lucien cofnął się ostrożnie kilka kroków i sięgnął po przesiąknięty posoką worek. Z satysfakcją wyrzucił jego zawartość prosto na Ghastkilla.

– Co to jest! – wrzasnął burmistrz, z obrzydzeniem patrząc na gnijący, nadżarty przez robactwo czerep półogra.

– A kogo kazałeś mi zabić kilka dni temu? To ja, Lucien McMorth!

Berrun wybałuszył oczy.

– Nie może być! To nie możliwe! Jakże to? Nie, ty jesteś jakąś wiedźmą! Zabiłaś Luciena, a teraz chcesz mnie podejść i zgładzić!

– Na gniew Helma, Ghastkill! Gdybym chciał cię zamordować, zrobiłbym to już dawno – jęknął łowca, załamując ręce. – Wysłuchasz co mam do powiedzenia, czy wolisz żebym jednak zaszlachtował cię jak wieprza? Zobacz, to na dowód moich szczerych intencji – dodał, odrzucając broń.

Ghastkill wstał powoli i uniósł katanę.

– Wyczuję, jeśli zełgasz… – syknął groźnie.

***

– I co ja mam z tobą zrobić, McMorth? – zapytał Ghastkill, kiedy minął mu atak śmiechu. – Za to jak mnie urządziłeś z tą drowką, powinienem wyrzucić cię na zbity pysk. Mógłbyś zatrudnić się jako kurtyzana, za kilka lat na pewno zarobiłbyś na opłacenie kapłana potrafiącego zdejmować klątwy.

– Nie widzę w tym nic zabawnego – mruknął Lucien.

– A ja wręcz przeciwnie! Słuchaj, przed kilkoma dniami umarła jedna z moich posługaczek. Jeśli chcesz, możesz zająć jej miejsce.

– Koniecznie chcesz wyprowadzić mnie z równowagi? – odparł coraz bardziej zirytowany łowca.

– A co, zabijesz mnie? I kto wtedy zapłaci uzdrowicielowi? Tak kochałeś kobiety, że teraz zostałeś jedną z nich. – Burmistrz uśmiechnął się złośliwie. – Ale przez wzgląd na dawne czasy, pomogę ci. Oczywiście nie za darmo, będziesz mi winny przysługę. Masz być o każdej porze dnia i nocy gotowy na moje wezwanie. Rozumiemy się?

McMorth z rezygnacją skinął głową.

– Erthan! Biegnij do świątyni Helma i sprowadź Nalina. Powiedz, że to pilne – rozkazał Ghastkill jednemu ze strażników.

***

– Hmmm, tak. Rzeczywiście, niebywałe… – mruknął stary kapłan, gdy już skończył rechotać z McMortha. – To będzie dla ciebie nauczka, mój chłopcze. Zaklęcie identyfikacji, w przeciwieństwie do czaru zdjęcia klątwy, to naprawdę niedrogi interes. Następnym razem rzuć je na zdobyty artefakt, zanim zdecydujesz się go użyć. Oszczędzisz sobie kłopotów.

Zawstydzony Lucien przytaknął cicho. Kapłan tymczasem, szepcząc pod nosem tajemne formuły, dotknął sprzączki.

– Tak – rzekł po chwili. – Historia tego przedmiotu jest niebywale ciekawa. Pewien nieznany z imienia błazen kazał wykuć go, by zakpić ze swego pana. Podarował ów niezwykły artefakt kochance księcia Lobelahna. Książę najwyraźniej nie miał poczucia humoru, bo kazał ściąć dowcipnisia na oczach całego miasta. A teraz, kiedy już wiemy z czym mamy do czynienia, siadaj na krześle i nie ruszaj się.

McMorth zastygł w bezruchu. Nalin położył mu dłonie na głowie, śpiewając głośno mantry w nieznanym języku. Im dłużej je intonował, tym większa senność ogarniała Luciena. W końcu łowca osunął się na podłogę.

***

– Coś poszło nie tak? – zapytał McMorth, gdy po przebudzeniu ujrzał zmieszane miny burmistrza oraz kapłana.

Zaniepokojony wsadził sobie rękę w spodnie. Upewniwszy się, że ma między nogami to co powinien, odetchnął z ulgą.

– O co chodzi? Przecież chyba wszystko jest w porządku? – spytał, spoglądając Ghastkillowi w oczy.

Ten, by uniknąć wzroku przyjaciela, zaczął oglądać wiszące na ścianach trofea.

– Kapłanie? – zerknął na starca.

– Ech… Tego… Bo jakby ci to… – zaczął dukać Nalin. – W czasie transformacji wyszły na jaw pewne, eeee… Dziwne fakty dotyczące twojej osoby…

– Powiecie mi w końcu co się dzieje czy nie!?

Berrun nagle ryknął dzikim śmiechem. Kapłan również nie wytrzymał i zarechotał jak wariat.

– Jesteś… Jesteś w ciąży – wypalił, krztusząc się.

– Cooo!!! – Lucien wybałuszył oczy. – Jakim cudem?! Jak to możliwe?! – wrzasnął.

– Nie wiem! – odparł Ghastkill, parskając niczym koń. – Wiatropylny chyba nie jesteś, więc sam pomyśl gdzieś się łajdaczył!

McMorth nagle skojarzył fakty. Początkowo nie zwrócił na to uwagi, ale kiedy obudził się w gospodzie Feldeposta, leżeli z Montaronem w jednym łóżku.

– Niech no ja tylko cię dorwę, cuchnący, zapijaczony kurduplu! – wrzasnął, łapiąc miecz. Wybiegł z chaty, zostawiając za sobą płaczących ze śmiechu Nalina i Ghastkilla.

 

Koniec

Komentarze

Świetne!

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Uśmiałem się:)
Ja zgnieść twoja pysk! - to było "zmiażdżyć", nie zgnieść;)
Jakoś umknął mi moment, gdy Szary Wilk w wace z półogrem przechodzi ze sztyletów na łuk.
I też kiedyś w grze przypadkiem założyłem ten pas.

Opowiadanko zainspirowane pewnym zabawnym questem z Wrót Baldura. Mam nadzieję, że fani gry mnie za to nie zgnoją :P oraz D&D fanfiction. Nienawidzę FanF. Nie cierpię i nie ścierpiam. Wyjątkiem są oczywiście światy otwarte, lub kontrolowane, które same w sobie stanowią wypalone ikony: świat Conana i świat Star Wars. Pierwsza rozwarty, wypalona ikona na której glebę można wpuścić przedziwne pomysły i bawić się konceptem, druga kontrolowana przez licencję, bardziej lub mniej spójna, mająca swoich mistrzów i ojców. Każdy inny FanF grozi kompletną kaszaną: intantylizmem i banałem. Sam Martin twierdzi, że FanF to pójście na łatwiznę, podobnego zdania jest chociażby też King i paru innych. Jestem wielkim fanem FR, jeśli chodzi o systemy RPG zagorzałym zwolennikiem D&D, więc z drżeniem serce przystępuję do czytania owego teksu. Fasoletii i ty, psie Sabo, nie idźcie tą drogą!:)
 jechać do Amnu i wynająć sobie którąś z tamtejszych kurtyzan!
Amn jest daleko od Nashkel i przecież jest to szlak przeznaczony jedynie dla bogatych kupców, zdolnych wynająć liczną ochronę. Dziwki znalazłby bliżej, ot, chociażby w samym Nashkel! Pudło. 
Półogr to cholernie twarde bydlę 
Dla początkującego wojownika, albo dla chłopa tak, ale dla ŁOWCY NAGRÓD? Półogr? W świecie FR nawet ogry nie są dażone specjalną estymą, jeśli chodzi o złą sławę. 
Tuż za nim skradał się Montaron, odziany w Pancerz Cienia, ukradziony niegdyś Taeromowi Fuiruimowi z Beregostu, zwanemu Grzmiącym Młotem. Ta zaklęta zbroja miała tę nieocenioną właściwość, że nosząca ją istota niczym kameleon stapiała się z mrokiem, przez co niemagiczne wykrycie jej było niezwykle trudne.
No to zabrzmiało jak z prawdziwego, kiepskiego FanF. 
Łowca, klnąc pod nosem na nieudolność towarzysza, dobył miecza i bezszelestnie cofnął się o kilka kroków, a kiedy potwór dalej parł na przód pociągając podejrzliwie nosem, nie mając innego wyjścia błyskawicznym cięciem poderżnął mu gardło.
 To zdanie jest zdecydowanie za długie i zbyt przekombinowane. 
Xvartów 
Nashkel od Amn oddzielają Chmurne Szczyty. Szlak nazywany jest długą drogą. Trochę przekornie, a trochę nie- na mapach zaznaczony jest prosto, ale kluczenie między wąwozami i przełęczami znacznie wydłuża podróż. Do tego dochodzi fakt, że ten szlak jest niebezpieczny. Xvarty żyją głównie na południu Amn. Nie chce mi się wierzyć, że zdobyły się na wędrówkę ludów. Ale niech będzie:) 
 Odskoczył do tyłu, przy okazji odcinając rękę jednemu z Xvartów, który obudziwszy się próbował niezdarnie dźgnąć go sztyletem, po czym biegiem ruszył w kierunku wyjścia.
Fasoletti, przeczytaj to zdanie na głos:D. 
 - Ani trochę! Ale ty widzę też nie próżnowałeś! Co prawda nie ma co przyrównywać twojego pojedynku do mojej heroicznej batalii, ale i tak będziesz miał o czym wnukom opowiadać. Pokaż no go. Taaak! Piękny... - dodał Montaron
Montaron był introwertykiem i małomównym psychopatą. Tak jest przedstawiony w grze, tak jest przedstawiony w fatalnych książkach Athansa. U ciebie to złowrogi wesołek. Coś mi tu zgrzyta. 
  Bekając głośno zajrzał do swojej torby podróżnej.
Do torby.  W ogóle zdarzają Ci się nazwy żywcem wzięte z podręcznika RPG albo gry. W tekście brzmi to kiepsko. 
 Ok, wziąłeś kilka wątku z BG, połączyłeś je ze sobą i z postaci, miejsc, questów wyszło opowiadanie. Jestem zawiedziony. Z trzech powodów:
 - W tekście raz na jakiś czas wyskakuje brak wiedzy o świecie przedstawionym. Akurat FR jest bardzo spójne i jest jednym z tych światów, gdzie każde drzewko ma swoje miejsce. Fasie, olałeś to, albo przez zaniechanie, albo przez brak wiedzy. Jak FanF to FanF z jego konsekwencjami. To tak jakby pisac stusłówka na 120 słów. 
-  W tekście co i rusz przebija się słownictwo rodem zaczerpnięte z gry, lub w stylu podręczniak RPG, sakwa podróżna, Hełm Infrawizji itp. Nikt tego w tych światach tak nie nazywał. To nazwy przeznaczone jedynie dla graczy, ku ułatwieniu całej sprawy i uproszczeniu. 
- Nihil novi. FanF polega głównie na tym, że w znanym uniwersum kreujemy nowe przygody. Ja znam te zadania: z ogrem i historyjkę o pasie, który zmieniał płeć. Dodanie do tego Montarona też nie jest oryginalne, a nawet jesli tak to potraktować to jakoś niespecjalnie odkrywcze.
Językowo parę razy poszarżowałeś ze zdaniami tak, że albo zgubiłeś podmiot, albo zdanie było strasznie męczące, źle sklecone.
Rób jak uważasz, ale moim zdaniem dariuj sobie FanF. To niewdzięczny temat na coś fajnego i ambitnego, łatwo też o wtopę. Ten tekst uważam za jeden ze słabszych Twoich tekstów. Lubię Cię czytać, wiesz o tym, ale ten tekst uważam za kichę ze zjęczałym majonezem. Czekam na coś, co trzyma poziom godny Fasolettiego!  

@6Orson6

Xvartów w Wrotach Baldura(czyli ogólnie na Wybrzeżu Mieczy) było więcej niż pijanych studentów na juwenaliach. Może twoja wiedza posiłkuje się inną edycją? BG to AD&D. A teraz w sumie to nawet nie wiem, która obowiązuje. 

A tekst zabawny. Spełnia swoją funkcje. No i mam cholerną ochotę zainstalować Sagę BG.  

Ok, tak, jak napisałem, jestem w stanie to przeboleć i jest to jakoś możliwe, chociaż Xvarty mieszkały w Amn,  a nie w północnej części Wybrzeża Mieczy. To akurat nie wiedza podręcznikowa, a książkowa, bo podręczniki kanoniczne nie mówią nic o tych stworach. Już tylko stary i przebrzmiały Fined Folio o nich wspomina, ale przecież od dobrych 21 lat jest nieaktualny. Pomijam dodatki fanowskie. Tak, jak napisałem, Xvarty na WM to jeszcze nie zbrodnia na realiach FR. 

Wiedziałem, ze coś spalę :P Ja podręczników D&D nie czytałem, a cały tekst jest oparty jedynie na wiedzy zaczerpniętej z Wrót Baldura. I faktycznie, nie trzymałem się zbytnio faktów, to raczej taka opowiastka luźno oparta na motywach.
Cóż, więcej tego błędu nie popełnię.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Pamiętam, że w grze na południe od Nashkell była cała wioska xvartów;)
A pisanie fanfików to fajna zabawa. Nie każdy tekst ma być Wielkom Sztókom.

Stare kawały bywają nie do zdarcia.

Bardzo dobry tekst.  

Nowa Fantastyka