- Opowiadanie: Bellatrix - Winda

Winda

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Winda

 

Weszła powoli do siedmiopiętrowego budynku. Szare, betonowe schody prowadziły wprost do czeluści klatki schodowej. Kroki stawiała jakby wbrew sobie, wiedziała co za chwilę się stanie, lecz mimo to musiała iść naprzód. Podeszła do windy i drżącą ręką nacisnęła przycisk. Wszystko inne przestało się liczyć, widziała tylko tę windę, która zjechała do niej i do której wsiadła, słysząc w głębokiej ciszy jedynie bicie własnego serca. Nacisnęła guzik oznaczony trójką i kabina ruszyła z cichym zgrzytem. Minęła piętro pierwsze, drugie, na trzecim również się nie zatrzymała. Strach zdławił krzyk w gardle. Rozpędzona winda jechała coraz wyżej i wyżej, nie reagując na rozpaczliwe naciskanie przycisku STOP. Szóste piętro było ostatnim, lecz kabina nie zaczęła hamować. Szeroko otwartymi oczyma dostrzegła ścianę nad drzwiami ostatniego piętra, po czym winda uderzyła w coś i zaczęła lecieć w dół.

 

 

Donośny krzyk wydarł się jej z ust i usiadła gwałtownie na łóżku. Jeszcze chwilę oddychała ciężko, uświadamiając sobie, że to tylko sen. Znów ten sam, pojawiający się od wielu lat i co jakiś czas zmieniający noc w koszmar. Spojrzała na zielone cyfry zegara, wskazujące godzinę 07:27. Za trzy minuty i tak włączyłby się budzik. Westchnęła ciężko, wstała i poczłapała do łazienki, o dziwo, nie zajętej tym razem przez Martę.

– Kaśka, jak wstałaś to zrób mi śniadanie! – dobiegł do jej uszu ryk starszej siostry.

– Jasne. Bo nie mam nic lepszego do roboty niż robić ci śniadania – mruknęła bardziej do odbicia w lustrze niż do Marty. Odbicie… popatrzyła na nie jeszcze raz. Z lustra spoglądała orzechowymi oczyma szczupła twarz, okolona ciemnymi, bujnymi lokami. Twarz osiemnastolatki. Obca twarz. Przez moment miała wrażenie, jakby patrzyła na kogoś innego, ale to dziwne uczucie szybko ustąpiło.

Umyła się, ubrała, zrobiła szybki makijaż, zjadła jogurt i pobiegła na przystanek. Wcześniej nigdy się nie zdarzało by tak ochoczo szła do szkoły, ale wraz z bieżącym rokiem szkolnym przybył nowy nauczyciel matematyki. Niezwykle miły, trzydziestopięcioletni pan Gabriel zjednał sobie sympatię całej trzeciej „c" i mimo że uczył tam dopiero od miesiąca, wszyscy zgodnym chórem twierdzili, iż przez ten miesiąc nauczyli się więcej niż przez poprzedni rok.

Jako że matematyka była pierwszą lekcją, usiadła na ławce naprzeciw nauczycielskiego biurka. Po chwili dosiadła się Iwona. Kasia uważała ją za najlepszą przyjaciółkę, ale w tej chwili była zła, że usiadła właśnie tu. W ogóle marzyła, żeby cała klasa gdzieś zniknęła zostawiając ją samą z panem Gabrysiem, jak go nazywała w myślach.

Zadzwonił dzwonek i równo z nim pan Gabryś wszedł do klasy. Sprawdził szybko listę, podyktował temat i kazał otworzyć zbiór zadań, po czym zaczął wzywać uczniów by na tablicy rozwiązywali kolejne przykłady.

Patrzyła w niego jak w obrazek, gdy objaśniał rozwiązanie zadania. Widziała miękkie ruchy dłoni, wskazujących liczby, próbowała pochwycić spojrzenie błękitnych oczu bacznie badających czy to, co wyjaśnia, trafia do uczniów. Brzmienie słów odczuwała gdzieś w głębi własnej duszy, każda wypowiedziana sylaba rozpalała wyobraźnię. Świat mógł przestać istnieć, liczył się tylko ten piękny, melodyjny, czuły głos.

– Ty się w nim zakochałaś! – Do rzeczywistości przywrócił ją konspiracyjny szept Iwony.

– Chyba zwariowałaś! – odparła szybko.

– A następny przykład rozwiąże Kasia – zapowiedział ów cudowny głos pana Gabrysia.

– Powodzenia! – zachichotała Iwona.

Rzuciła jej mordercze spojrzenie, wzięła podręcznik i podeszła do tablicy.

– Przykład „e" z zadania dziewiątego – usłużnie podpowiedział, widząc bezradność w jej oczach. Przepisała i zaczęła rozwiązywać.

– To nie tak. – Usłyszała po próbie samodzielnego wykonania. – Musisz analogicznie, jak tłumaczyłem Rafałowi przed chwilą – dodał jeszcze i zrobiło jej się szalenie głupio. Starła to co napisała i zaczęła jeszcze raz. Znów źle.

– Usiądź na miejsce. Iwona niech dokończy.

Wykonała posłusznie polecenie, czując wzbierające w oczach łzy. Podszedł do niej i spojrzał w otwarty zeszyt, gdzie poza tematem lekcji nic innego nie było.

– Zostań na przerwie, chcę z tobą porozmawiać, Kasiu – powiedział. W innych okolicznościach te słowa wzbudziłyby ogromną radość, lecz teraz wszystko krzyczało, że zawiodła tam, gdzie pragnęła się pokazać z jak najlepszej strony.

Gdy lekcja dobiegła końca, została sam na sam z panem Gabrielem i pomyślała tylko, w jak ironiczny sposób potrafią się spełniać życzenia.

– Widzę, że masz kłopoty z matematyką – zaczął. Stała ze spuszczoną głową, niczym ofiara czekająca na wyrok. Widząc jej napięcie, uśmiechnął się ciepło.

– Nie bój się, nie jestem tu po to by cię karcić za braki w wiedzy, ale po to by czegoś nauczyć. Uniosła powoli głowę i popatrzyła mu prosto w oczy.

– Po lekcjach prowadzę dodatkowe zajęcia dla uczniów z klas maturalnych, którzy czegoś nie rozumieją z matematyki. Chciałbym abyś i ty się na nich pojawiła.

– Dobrze. – Skinęła głową, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu. – Przyjdę.

– Dziś o czternastej piętnaście, sala sto siedem. Do zobaczenia. – Odwrócił się, zabrał dziennik i wyszedł z klasy, nieświadomy zachwytu, jaki wywołała propozycja.

 

Punktualnie o wyznaczonej godzinie zjawiła się w sali. Grupa liczyła kilkunastu uczniów z różnych klas, aczkolwiek z trzeciej „c" była tylko ona. Po krótkiej chwili przyszedł pan Gabriel, przepraszając za spóźnienie i podyktowawszy zadanie zaczął szczegółowo tłumaczyć na co należy zwrócić uwagę i jak się zabrać do rozwiązania. Postanowiła za wszelką cenę koncentrować się na matematyce a nie nauczycielu, by nie dopuścić do takiej sytuacji jak rano. Dało to rezultaty, gdy nadeszła jej kolej przy tablicy, rozwiązała poprawnie przykład.

Zajęcia trwały dwie godziny lekcyjne, po których upłynięciu wszyscy uczniowie błyskawicznie się spakowali i opuścili salę, z wyjątkiem Kasi.

– Całkiem nieźle sobie poradziłaś z tym przykładem – pochwalił pan Gabriel. – Szybko robisz postępy. Niedługo fakultety już nie będą ci potrzebne, mam nadzieję.

– Ale ja chcę przychodzić! – powiedziała szybko. – Bardzo mi się podobały dzisiejsze zajęcia – dodała, widząc lekko zdziwioną minę nauczyciela.

Roześmiał się serdecznie.

– Cieszy mnie, że moja praca komuś się podoba – odparł, zerkając na zegarek. – Chodźmy już. Trochę się spieszę.

Ogromnie chciała wiedzieć dokąd, ale nie potrafiła zapytać. Wzięła plecak z książkami i wyszła z sali.

 

Październikowe popołudnie było wyjątkowo ładne i ciepłe. Wracała do domu, wolnym krokiem, nie mogąc przestać myśleć o matematyku. Zastanawiało ją dokąd się spieszył i czy nie do jakiejś dziewczyny? Obrączki nie nosił, co zauważyła już dawno, więc nie był żonaty. Ale pewnie dziewczynę miał – myślała i ogarniała ją dziwna zazdrość i nienawiść do hipotetycznej rywalki. A za chwilę karciła się za te myśli.

„Przecież on jest prawie dwadzieścia lat od ciebie starszy, Kaśka! Opanuj się!" – próbowała sobie przetłumaczyć – „W dodatku to twój nauczyciel, czego oczekujesz? To nie ma najmniejszego sensu!"

Uczęszczanie na dodatkowe zajęcia połączone z silnym postanowieniem zwracania uwagi na przedmiot a nie wykładowcę, okazało się dobrą metodą na postępy w matematyce. Z klasówki dostała cztery z plusem, jedną z najlepszych ocen w trzeciej „c", jednak uparcie twierdziła, że musi chodzić na fakultety, w zasadzie tylko po to, by dłużej pobyć w towarzystwie ukochanego nauczyciela. To była jedyna okazja, żeby zamienić z nim kilka słów w cztery oczy, gdy pozostali opuszczali salę.

Beznadziejnie głupie uczucie, jak sama to określała w myślach, pogłębił jeszcze sen, po którym obudziła się niezwykle szczęśliwa. Jechała samochodem, a obok przy niej siedział pan Gabriel, lecz jakby kilkanaście lat młodszy. Nie zwracała się do niego „pan" lecz po prostu „Gabryś". Tworzyli szczęśliwą parę przyjaciół czy nawet zakochanych i tylko wyrwało się jej ciężkie westchnienie, że to sen i przeklęty budzik go przerwał.

 

Tego dnia znów nie mogła się skoncentrować na zajęciach. Patrząc na pana Gabriela widziała go cały czas takim, jak w marzeniach. Ani zdrowy rozsądek nie dał rady opanować uczuć, ani naśmiewanie się Iwony.

Po lekcjach klasowa paczka wyciągnęła ją na spacer. Szła, będąc myślami zupełnie gdzie indziej, machinalnie odpowiadała zagadującym ją od czasu do czasu koleżankom.

– Daj sobie spokój z panem Gabrielem – Iwona wreszcie trafiła w czuły punkt. Kasia natychmiast wróciła do rzeczywistości i spojrzała na nią złym wzrokiem.

– Co masz na myśli? – spytała lodowato.

– Widzę jak się na niego gapisz na każdej matmie. W końcu jestem twoją przyjaciółką.

– I dlatego mi ciągle dogryzasz? – prychnęła.

– To dla twojego dobra. Gapisz się na starego faceta a nie zauważasz fajnych chłopaków, którym się podobasz! Na przykład taki Rafał, mówił do Piotrka, że chciałby się z tobą umówić.

Popatrzyła na Rafała. Fakt, był niczego sobie i nawet go lubiła. Dziewczyny mówiły, że jest przystojny i czarujący. Może miały rację? Naraz poczuła się dziwnie. Wyobraźnia podsunęła obraz Rafała i …Kasi? Nie, to był ktoś inny, obcy. Kasia spacerująca pod rękę z Rafałem nie była już nią. Kasia należała tylko do Gabriela.

„Kasia? Ja?! Kim ja jestem?!" – rozpaczliwa myśl przytłumiła wszystkie inne. Popatrzyła na własne dłonie, nie mogąc rozpoznać samej siebie. Po paru sekundach uczucie ustąpiło.

– Wracam do domu – rzuciła, odwróciła się na pięcie i poszła. Iwona machnęła tylko ze zrezygnowaniem ręką.

Wieczorem położyła się do łóżka wcześnie, jak nigdy, pragnąc śnić o panu Gabrysiu. Ale to, co jej się przyśniło, nie miało z nim wiele wspólnego.

 

Stała w bogato umeblowanym pokoju a na kanapie siedzieli jej rodzice. Wiedziała, że to są rodzice, chociaż wyglądali inaczej niż w rzeczywistości. Mówili, żeby dała spokój, bo on i tak kocha inną. W następnej scenie spakowała rzeczy i wyszła z domu, kupując po drodze gazetę. A trzecia była już jej doskonale znana. Zbliżała się do siedmiopiętrowego wieżowca. Kamienne schody. Ciemna, zimna klatka schodowa. I ta winda. Zjechała, jak zawsze, a ona wsiadła, mimo iż wiedziała co za chwilę nastąpi. Całą siłą woli próbowała się zmusić, by wysiąść lecz ciało było nieposłuszne. Palec sam nacisnął przycisk trzeciego piętra. Kabina ruszyła, nie zatrzymując się nigdzie, by huknąć w sufit i zacząć spadać. Serce waliło, oszalałe ze strachu, gdy w błyskawicznym tempie widziała kolejno drzwi od wszystkich pięter. Piąte, czwarte, trzecie, drugie, pierwsze, parter… Za drzwiami na parterze stała niewyraźna, mała postać. Wpiła w nią chciwie wzrok, jakby myśląc, że to ją ocali od śmierci. Miała wrażenie, że spada w dół, coraz głębiej, dawno już powinna się roztrzaskać, lecz wciąż leciała a wysoko nad nią jaśniała prostokątna szyba za którą stała… Nie mogła dojrzeć rysów twarzy. I wtedy nastąpił wstrząs.

– Kasiu, obudź się, koniec zajęć. – Ciepły, miękki głos dobiegł jak przez mgłę. Zerwała się gwałtownie, po czym uświadomiła sobie, że zasnęła na ulubionych fakultetach, co dostrzegł jej ukochany nauczyciel.

– Przepraszam – wyjąkała.

– Jeśli fakultety cię nudzą, to nie musisz już przychodzić. – Uśmiechnął się do niej.

– Nie, skąd! – zaprzeczyła żywo. – Tylko, proszę się ze mnie nie śmiać, ale śnił mi się w nocy koszmar i jestem niewyspana.

– Czemu miałbym się śmiać? Senne koszmary wcale nie są śmieszne – odparł z poważną miną. – Najlepszym lekarstwem na nie podobno jest bita śmietana z czekoladą i owocami. Może chciałabyś się przejść do kawiarni naprzeciwko?

Nie wierzyła własnym uszom. „Czy to dalej jest sen?" – Przemknęło jej przez głowę.

– Chętnie – wydusiła z siebie.

– Tylko odniosę dziennik! – dodał, jakby był absolutnie pewien tego, że się zgodzi.

Parę chwil później jadła powoli bitą śmietanę a on popijał kawę. Patrzyli na siebie, nic nie mówiąc.

– Czemu właściwie mnie pan zaprosił? – przerwała w końcu milczenie. Nie odpowiedział od razu. Dopił jeszcze łyk kawy i odstawił filiżankę.

– Przypominasz mi kogoś – powiedział.

– Kogo? – spytała od razu.

– Kogoś, przy kim bardzo dobrze się czułem.

– Czyli? – Nie dała za wygraną.

– Moją przyjaciółkę. – Zagryzł na chwilę wargi i dodał po chwili, cichym tonem. – A właściwie to przyjaciółkę mojej narzeczonej.

W tym momencie Kasia poczuła, jak świat budowany misternie na nierealnym marzeniu sypie się w gruzy.

– Aha – wykrztusiła. – To czemu nie zaprosił pan narzeczonej? – dodała po chwili gdy pozbierała już myśli.

Uśmiechnął się smutno.

– Nie mogłem – odpowiedział. – Ale porozmawiajmy o czymś wesołym.

 

Nie pamiętała później o czym jeszcze rozmawiali. Umysł całkowicie zaprzątnęła postać tajemniczej narzeczonej pana Gabriela.

„Może jest chora? Może go rzuciła? Wyjechała? A może…" – rozważała w myślach tysiące powodów dla których pan Gabriel nie mógł jej zaprosić. Przed oczami wciąż miała wyraz jego twarzy, gdy mówił „narzeczona". Dla Kasi nie ulegało wątpliwości, że kimkolwiek by nie była i cokolwiek się z nią nie stało, nadal ją kochał.

Kilka dni chodziła przygaszona, a potem dała się namówić Iwonie na spotkanie z Rafałem. Wieczorem, gdy w domu rozpamiętywała tę randkę, musiała przyznać, że było całkiem sympatycznie. Rafał wyznał, że od dawna mu się bardzo podobała i spytał, czy nie zostałaby jego dziewczyną.

„To nie jest to, nie po to tu jesteś." – szeptał tylko głos gdzieś w głębi duszy i obraz pana Gabriela stanął jej przed oczami.

– Dość tego bezsensownego uczucia! – postanowiła. Następnego dnia, oznajmiła Rafałowi że się zgadza. Jej rodzice szybko go polubili a Iwona tryumfowała. Wszyscy byli zadowoleni, oprócz samej Kasi. Od tamtej rozmowy w kawiarni relacje z panem Gabrielem uległy ochłodzeniu i znów była tylko jedną z uczennic trzeciej „c". Nie rozumiała dlaczego tak się stało i co wtedy zrobiła, ale tęskniła za chwilami po zajęciach, gdy mogła z nim porozmawiać. Teraz po prostu wychodził przed salę z kluczem i czekał aż wszyscy wyjdą. Zamykał drzwi i udawał się od razu do pokoju nauczycielskiego. Zresztą i tak zawsze przychodził po nią Rafał. Zawsze cierpliwy, radosny, zakochany Rafał, lecz ona czuła się z nim źle, coraz gorzej, nie wiedząc czemu. Miała wrażenie, że powoli usycha, że coś w niej umiera. Nawet nie cieszyła się na nadchodzącą studniówkę.

 

Tańczyli poloneza w drugiej parze. Ona w niebieskiej, wieczorowej sukni i on w granatowym, eleganckim garniturze. Układ był ćwiczony wcześniej na każdym w-f aż do znudzenia. Po polonezie zasiedli do stołów. Chłopaki oczywiście przynieśli alkohol, potajemnie rozlewany do kubeczków pod stołem. Podczas, gdy Rafał z kolegami wznosił toasty, dziewczyny obgadały stroje i fryzury uczestników imprezy. Później trochę potańczyli, Rafał szeptał jej do ucha czułe słówka i zapewniał o gorącym uczuciu.

– Jesteś pijany – stwierdziła krótko, czując na twarzy jego oddech i kątem oka widząc pana Gabriela tańczącego z rozbawioną panią od biologii.

– Przecież jest studniówka – roześmiał się w odpowiedzi.

Przerwała taniec i skierowała kroki do stolika.

– Kasiu, nie wygłupiaj się. A może masz ochotę też spróbować? – Chwycił ją za dłoń

– Nie! – Odwróciła się nagle i spojrzała mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu malowała się wściekłość połączona z lodowatą obojętnością. Zbladł.

– Chyba się nie czuję najlepiej – mruknął, puścił jej rękę i odszedł w kierunku toalety.

Została przy stoliku sama i wzrok powędrował za tańczącym z biologiczką, panem Gabrielem. Nie rozumiała co się dzieje, ale ogarnęła ją nagle niesamowita nienawiść i wściekłość. Jakby coś chciało się z niej wyrwać i wydrapać oczy, skądinąd bardzo sympatycznej pani Zosi.

Wypiła szybkim haustem napój ze szklanki i powoli uspokoiła się.

– Kaśka, jest głupia sprawa – Usłyszała za plecami. Za nią stał kolega z klasy.

– Co? – Uniosła pytająco brwi.

– Rafałowi zaszkodziło. Zadzwonił po taksówkę i kazał ogromnie cię przeprosić. Bardzo mu wstyd i w ogóle, ale nie może się tu pokazać.

– Gdzie on jest?

– Wyszedł na zewnątrz.

– Dzięki.

Stał tam, oparty o balustradę, wyglądał dość nieszczęśliwie. Podeszła i położyła mu dłoń na ramieniu. Drgnął. Jego twarz miała odcień niemalże zielony.

– Przepraszam Kasiu, zepsułem ci ten niepowtarzalny wieczór – wymamrotał. – Wiem, że pewnie jesteś na mnie wściekła, ale nie mogę się tak pokazać wszystkim belfrom.

Nic nie powiedziała, tylko patrzyła na niego, czując rosnące obrzydzenie. Akurat podjechała taksówka.

– Kiedyś, jakoś wynagrodzę ci to. Obiecuję – dodał.

– Nie musisz – odparła chłodno.

Odwróciła się na pięcie i wróciła do środka. Nie miała specjalnej ochoty wracać na zabawę po to, by samotnie siedzieć przy stole. Przystanęła na nieoświetlonym korytarzu, zasłuchawszy się. Ta melodia… coś w niej nagle pękło. Cała złość uleciała nie wiadomo dokąd, zapomniała o Rafale, o Iwonie, o tym, że właśnie trwa studniówka. Stała, zatopiona w dźwiękach, a łzy spływały po policzkach. Nie umiała powiedzieć czemu płacze. Słowa piosenki przywoływały dziwne myśli, jakieś mgliste wspomnienia, nienazwaną tęsknotę.

Utwór się skończył i dla odmiany puścili coś skocznego. Otrząsnęła się.

„Czy ja jestem nienormalna?" – zadała w myślach pytanie. – „Co się ze mną dzieje?"

– Ktoś cię szukał, Kasiu – Usłyszała za plecami głos pana Gabriela. Zamarła, po czym zaczęła gwałtownie szukać w torebce chusteczki.

– Kto? – spytała lekko drżącym głosem, nie odwracając się. Chusteczki jak na złość nie mogła znaleźć.

– Chyba Iwona.

– Aha, dziękuję. – Pociągnęła nosem.

– Coś się stało? – Stanął przed nią. Opuściła głowę, pragnąc się zapaść pod ziemię.

– Nic – wymamrotała.

– Czemu płaczesz? – Jego głos był pełen troski.

– O, jesteś Kaśka! – Rozległ się głos Iwony. – I co z Rafałem… o przepraszam, panie profesorze! – dygnęła widząc matematyka.

– Chciałbym dokończyć rozmowę z Kasią, nie sprawi ci to Iwonko różnicy, jeśli zapytasz o Rafała później? – Uśmiechnął się.

– Ależ skąd! – Dygnęła raz jeszcze.

– Dziękuję panu – szepnęła Kasia. – Bardzo nie chciałam, by Iwona zobaczyła mnie teraz.

– Cóż, nie ma sprawy. Chociaż wolałbym, byś nie płakała.

– Kiedy ja… – zaczęła i umilkła. „Przecież nie powiem mu, że ryczę jak bóbr i nie wiem nawet dlaczego, bo mnie weźmie za wariatkę!" – pomyślała.

– Pokłóciłaś się z Rafałem? – spytał miękko. Uznała, że to będzie najlepsza wymówka.

– Tak – chlipnęła. – Pojechał do domu i zostałam sama a wszyscy mają pary.

– Dziewczyno, z tego powodu zatruwasz sobie studniówkę? – Poklepał ją po ramieniu. – Nie warto. Szkoda twoich oczu. Jeśli chcesz, to dotrzymam ci towarzystwa przez resztę wieczoru, tylko nie płacz już, proszę.

– Mówi pan poważnie? – Jej oczy rozbłysły.

– Jasne!

– To tylko się umyję!

– Poczekam – uśmiechnął się.

 

Weszła do toalety, obmyła twarz i poprawiła makijaż. Ogarnęła ją niezwykła euforia z powodu propozycji pana Gabriela. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że właśnie z nim będzie mogła spędzić ten wieczór. Poczuła ogromną wdzięczność dla Rafała, że wezwał taksówkę i pojechał do domu.

– Wracamy na salę? – spytał pan Gabriel.

– Wolałabym się tam nie pokazywać, jeszcze mam zaczerwienione oczy.

– To może pójdziemy na spacer?

– Chętnie – zgodziła się bez namysłu. Poszli do szatni po okrycia. Szarmancko pomógł jej założyć płaszcz i udali się w kierunku pobliskiego parku. Nie było tam żywej duszy, wokół panowała cisza przerywana jedynie skrzypieniem śniegu pod butami. Zapragnęła dotknąć jego dłoni i iść dalej trzymając się za ręce, przytulić się, poczuć jego oddech…

– Do twarzy ci w tym uczesaniu – powiedział, z uśmiechem, przywracając ją do rzeczywistości.

– Dziękuję – zaczerwieniła się lekko. – W ogóle, to bardzo miło z pana strony, że zechciał mi pan dotrzymać towarzystwa.

– Cóż, cała przyjemność po mojej stronie. Nie traktuj tego jako poświęcenia, przyszedłem sam i też się trochę nudziłem.

Przez myśli Kasi nagle przebiegła rozmowa z kawiarni, sprzed paru tygodni.

– A pańska narzeczona znów nie mogła? – wyrwało jej się.

– Nie, nie mogła. – Przestał się uśmiechać.

– Dlaczego? – odważyła się w końcu spytać.

– Jesteś młoda a to skomplikowana historia i możesz jej nie zrozumieć – odpowiedział po chwili z namysłem.

– A skąd pan może wiedzieć, że nie zrozumiem? – odparła żałosnym tonem. – Czemu nie może mi pan zaufać? Ja mogę powiedzieć panu wszystko, co tylko pan będzie chciał! Niech pan mi chociaż powie jak ona ma na imię!

– Wiesz Kasiu… – zaczął, ale urwał.

– Tak? – zainteresowała się.

– Eliza. Jeśli tak bardzo cię to ciekawiło. Chodźmy z powrotem na imprezę, bo zauważą, że nas brakuje – uśmiechnął się znów. – Poza tym zaczyna padać śnieg.

Wrócili do restauracji, śmiejąc się i żartując, jakby nigdy nic. Pan Gabriel tak jak obiecał, dotrzymywał jej towarzystwa przez cały czas. Tańczyli, rozmawiali, nie zwracając uwagi na dziwne spojrzenia uczniów, aż do białego rana. Tylko to imię chodziło jej po głowie, nie dając spokoju.

Została na chwilę sama, pan Gabriel udał się, zapewne, do toalety. Impreza miała się ku końcowi, chociaż niektórzy zapaleńcy jeszcze intensywnie tańczyli. Usiadła z boku, za filarem. Za oknem dalej padał śnieg, białe płatki sypały się z nieba miarowo i jednostajnie. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Po raz pierwszy od dawna czuła się naprawdę szczęśliwa.

– O czym myślisz? – Usłyszała obok miękki głos.

– Jest mi tak cudownie – szepnęła, przysuwając się ciut bliżej.

– Cieszę się.

Powoli przemogła się i dotknęła silnej, męskiej dłoni. W odpowiedzi pogłaskał delikatnie jej palce. Oparła głowę o jego ramię i przytuliła się z całych sił, jakby w strachu, że za chwilę ktoś go zabierze. Objął ją i gładził po włosach, twarzy. Poddała się całkowicie temu błogiemu uczuciu.

– Kasiu, chyba powinnaś się zbierać do domu. – Dobiegło ją nagle, jak przez mgłę. Otworzyła oczy.

– Już? – Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem.

– Jesteś zmęczona. – Pan Gabriel stał nad nią i się uśmiechał. – Zasnęłaś siedząc na krześle.

„Więc to był znów tylko sen." – pomyślała i przeraziła się nagle. – „Czy mój spacer z panem Gabrysiem, ta rozmowa, taniec, cały wieczór… to też?!"

– Is this the real life? Is this just fantasy? Caught in a landslide… No escape from reality… – rozległo się właśnie z głośników.

 

Zemdlała.

 

„ – Zatańczymy jeszcze raz? – Uśmiechnął się, podając jej rękę.

– Z tobą zawsze – odpowiedziała podobnym uśmiechem. Miała na sobie długą, niebieską suknię, która cichutko szeleściła z każdym ruchem.

– Wyglądasz tak pięknie, że nie sposób oderwać od ciebie wzroku – szepnął wprost do ucha.

– Więc go nie odrywaj!

– Chcę na ciebie patrzeć przez całe życie – spojrzał jej prosto w oczy. – Kocham cię, Elizo.

Elizo?!

Winda ruszyła z cichym zgrzytem. Zerknęła raz jeszcze na trzymaną w ręku gazetę. Była zdenerwowana, ale zarazem i podekscytowana. Kabina nie zatrzymała się tam, gdzie powinna. Minęła trzecie piętro i jechała wyżej. Nacisnęła guzik czwartego, piątego… winda nie reagowała, podobnie jak nie zareagowała na przycisk „STOP". Ogarnął ją paniczny lęk. Na oślep zaczęła wciskać wszystkie guziki, bez skutku. Ku jej przerażeniu winda nie zatrzymała się nawet na ostatnim, szóstym piętrze lecz jechała wyżej! I wtedy coś się zatrzęsło, coś pękło, dziwny metaliczny zgrzyt, jakby ktoś zwijał stalową linę. Zdała sobie sprawę, że za parę sekund roztrzaska się wraz z kabiną gdzieś na dole. Spadała, skamieniała z przerażenia, myśląc jedynie jak bardzo chce żyć i błagając w myślach, by się z tego koszmaru obudzić. Dostrzegła za drzwiami na parterze małą dziewczynkę. Wiedziała, że zaraz zobaczy jej twarz. Czy to jest… śmierć? Czy ona tam czeka by mnie zabrać? Przed oczami przesunęły się nagle tysiące wariacji jej wyglądu z trupią czaszką okoloną ciemnymi lokami włącznie. Przysunęła twarz do szyby i jej wzrok napotkał spojrzenie dziewczynki. Orzechowe oczy patrzyły nie rozumiejąc co się dzieje, lecz wyczuwając jej strach.

Ta dziewczynka to przecież… jestem JA?! Więc żyję, jestem na zewnątrz, nie wsiadłam do tej windy! To tylko sen!!!"

Zaczęła krzyczeć tak okropnie, że wszyscy domownicy się zbiegli do jej łóżka.

– Kasiu, Kasiu, co ci jest? – Dostrzegła nad sobą wystraszoną twarz matki. Obok stali ojciec i siostra.

Jęknęła cicho.

– Znów ten sen – szepnęła.

– Jaki sen? – Marta uniosła brwi.

– Ten sam, który mnie zawsze prześladował. – Wzięła głęboki oddech. – Śni mi się, że wsiadam do windy, która razem ze mną się zrywa i spadam w dół. To takie realistyczne i straszne.

Matka i ojciec popatrzyli dziwnie po sobie. Marta tylko zachichotała nerwowo.

– Wy coś wiecie? – Dostrzegła to spojrzenie.

– Nie nic, to tylko zły sen. – Matka uśmiechem starała się pokryć zmieszanie.

– Co ze mną jest nie tak?! – krzyknęła rozpaczliwie. – Powiedzcie mi!!!

Znów cała trójka popatrzyła po sobie.

– Ja jej powiem – zdecydował ojciec. Westchnął ciężko i usiadł przy niej na łóżku.

– Kiedyś mieszkaliśmy w innej dzielnicy – zaczął. – Miałaś pięć lat, gdy zdarzył się ten wypadek. Mama wysłała cię do pobliskiego kiosku po gazetę, którą kupiłaś, ale zawołała cię koleżanka. Boję się pomyśleć, co by było, gdybyś nie zamarudziła tylko od razu wróciła do domu. – Wzdrygnął się i po krótkiej przerwie zaczął mówić dalej. – Mieszkaliśmy na czwartym piętrze. Nie lubiłaś chodzić po schodach, czekałaś na windę. Zerwała się, na twoich oczach. Był potężny huk i wstrząs, kawał solidnego żelastwa oderwał się od drzwi i uderzył cię w głowę.

Zaczęła wszystko rozumieć.

– Czemu mi nie powiedzieliście wcześniej? – szepnęła. – Męczyłam się z tym koszmarem tyle lat, nie wiedząc dlaczego.

– Bardzo mocno to przeżyłaś. – Wtrąciła się matka. – Leżałaś długo w szpitalu, nikogo nie poznawałaś. To był dla ciebie ogromny szok, miałaś wstrząs mózgu. Nie chcieliśmy abyś pamiętała.

– Zostawcie mnie samą – szepnęła. Rodzice posłusznie wyszli.

Zamknęła oczy. Jak przez mgłę dobiegały ją słowa z pokoju obok:

„– Może trzeba było jej powiedzieć?

– Nie pamiętasz, co mówił lekarz? To był straszny wypadek, wszyscy się obawiali, że ona już nigdy nie będzie do końca normalna."

– Czy ja jestem normalna? – powiedziała do siebie. Wstała i poszła do pokoju rodziców. Urwali gwałtownie dyskusję na jej widok.

– Chcę tam pojechać – oświadczyła. – Chcę zobaczyć miejsce, gdzie wtedy mieszkaliśmy.

Oboje popatrzyli na siebie niepewnie.

– To niemożliwe – odrzekła w końcu matka. – Ten budynek dawno został rozebrany. Miał wadę konstrukcji.

– Aha. – Pokiwała głową i wróciła do pokoju. Usiadła z powrotem na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Jakieś dziwne obrazy przesuwały się przed jej oczami, miejsca w których nigdy nie była, ludzie, których nie znała. Jakiś głos huczał w głowie, mówiąc rzeczy, których nie była w stanie zrozumieć i zapamiętać. I w tym wszystkim jedyną ostoją wydawał się być pan Gabriel. Myśl o nim ją uspokoiła a za chwilę opętała, podsuwając wizję jedynego bezpiecznego miejsca: w jego ramionach. Przez moment poczuła to bijące ciepło, silne ręce, które ją przytulały, jego cudowny zapach. Westchnęła cichutko.

 

Tej nocy spała już spokojnie. Następnej też. Jakby sen, którego podłoże zostało wyjaśnione, przestał być niezrozumiałą tajemnicą, dręczącą podświadomość. Za to dręczyła ją jawa. Każda lekcja matematyki była torturą. Całą siłą woli musiała nad sobą panować, by nie powiedzieć czegoś głupiego do ukochanego nauczyciela. Znów nie mogła się skupić na lekcjach, zresztą było jej wszystko jedno. Liczyło się tylko uczucie, które pochłonęło ją, zawładnęło całym umysłem. Wszystko inne było gdzieś daleko, nieważne.

Nie czuła nawet odrobiny przykrości, gdy Rafał po kolejnej rozmowie w której go czymś zbyła, powiedział, że to koniec ich bycia razem. Nie interesowała się tym, że wyrobił jej u kolegów opinię dziwnej i oziębłej, a Iwona też się odsunęła. Była ponad tym. I jednocześnie w głębi duszy czuła straszny ból, wiedząc, że to tylko marzenia, które nie mogą zostać spełnione.

Nie mogą?

Naraz myśl szybka i oczywista otworzyła jej oczy.

Głos, który kazał postawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować.

„Powiem mu. Muszę mu o wszystkim powiedzieć!" – pomyślała i roześmiała się. To było tak proste, a zarazem tak trudne by przełamać się, by uczynić ten pierwszy krok, mając świadomość, że…

– No właśnie. Że co? – powiedziała sama do siebie. – Nic nie stracę.

Nic? A to, że się ośmieszę? Że on jest moim nauczycielem i muszę zdać maturę? – Głos rozsądku jakoś się przebił i osłabił zapał. Ale obsesja okazała się być silniejsza.

Któregoś popołudnia, po fakultetach, nadarzyła się okazja, której nie mogła nie wykorzystać. Pan Gabriel zwolnił uczestników dziesięć minut przed dzwonkiem, ponieważ wszystkie planowe zadania zostały rozwiązane w szybszym niż zwykle tempie a on musiał jeszcze uzupełnić coś w dzienniku. Wszyscy oczywiście błyskawicznie pobiegli do szatni, oprócz Kasi. Spakowała się powoli i usiadła, patrząc z nieukrywanym zachwytem w pochylonego nad dziennikiem nauczyciela. Obserwowała, jak przerzucał kartki, wpisywał zaległe tematy. Był tak zajęty, że zauważył ją dopiero po dłuższej chwili.

– Nie idziesz do domu? – spytał z uśmiechem. – Już dziś więcej zadań do rozwiązania nie będzie.

– Wiem. Chciałam z panem porozmawiać.

– A o czym? – Odłożył dziennik i popatrzył na nią wzrokiem od którego zrobiło się jej miękko w kolanach. Cała odwaga natychmiast uleciała.

– Ja… – zaczęła. Chciała powiedzieć wprost „kocham pana", ale te słowa ugrzęzły w gardle. Zamiast tego wykrztusiła: – Jeszcze panu nie podziękowałam za tamten wieczór. Studniówkę.

– Nie masz za co dziękować, cała przyjemność po mojej stronie. – Nie przestawał się do niej uśmiechać. – To wszystko o czym chciałaś porozmawiać?

– Nie, jeszcze… – Słowa przerwał dzwonek. Równo z nim drzwi otworzyły się i do sali wkroczyła woźna, mruknęła w kierunku pana Gabriela „dzień dobry" i rozpoczęła zamiatanie podłogi.

– Chodźmy. – Zamknął dziennik i włożył długopis do kieszonki. Posłusznie wstała i podążyła za nim. Poczekała pod pokojem nauczycielskim aż zostawił dziennik, potem oboje zeszli do szatni. Ubrała się błyskawicznie i wypatrywała go przed wyjściem.

– To chyba coś bardzo ważnego, skoro tyle na mnie czekałaś. – Zażartował, gdy już wychodzili.

– Tak. – Potrząsnęła głową – Dla mnie to bardzo ważne. Pan wraca teraz do domu?

– Owszem – potwierdził.

– Mogę odprowadzić pana? – spytała z lekkim wahaniem.

– Jeśli po drodze mi opowiesz o co chodzi, to proszę bardzo.

– Spróbuję. – Uśmiechnęła się dzielnie.

Kawałek przeszli w milczeniu, Kasia próbowała zebrać myśli, by nazwać słowami uczucia i jednocześnie opanować lęk. Doszli na przystanek i wsiedli w autobus w kierunku zupełnie przeciwnym, niż by jej pasował, ale nawet nie zwróciła na to uwagi.

– Jak tam przygotowania do matury? – zagadnął, widząc jej zakłopotanie.

– W zasadzie jeszcze nie zaczęłam – odpowiedziała z lekkim ociąganiem.

– O, to niedobrze, najwyższa pora. Chociaż z matematyką uważam że sobie poradzisz. Martwi mnie tylko, że ostatnio wydajesz się być zdekoncentrowana – dodał. – Czy jest coś, jakiś problem, który cię gnębi? Czy to tylko taki chwilowy wpływ pogody?

Spuściła oczy i zaczerwieniła się. Była wściekła na siebie, że nie potrafi powiedzieć tego, co trawi jej serce.

Autobus zatrzymał się na przystanku i wysiedli.

– Kasiu, martwię się o ciebie – powiedział miękko. Wydawało jej się, że w tym głosie była nuta czułości i może czegoś jeszcze.

Szli wolnym krokiem przez osiedle.

– Proszę się nie martwić, nie ma o co – odrzekła.

– Wydaje mi się, że jest. Od jakiegoś czasu sprawiasz wrażenie, jakbyś żyła w innym świecie. Jeśli coś cię gryzie, nie uciekaj przed tym, tylko staw czoło problemowi. Na tym polega odwaga.

Coś w niej się przełamało po tych słowach. Popatrzyła uważnie na jego twarz.

– Ma pan rację – wyrzekła powoli, ważąc każde słowo. – Moim problemem jest to, że… – jej głos zadrżał -…ja kocham pana.

Uśmiech znikł z jego twarzy.

– Pochlebia mi, że taka ładna i młoda dziewczyna się mną zainteresowała – odparł spokojnie, poważnym tonem. – Ale myślę iż sama wkrótce zrozumiesz, że to nie ma sensu.

– Dlaczego? – szepnęła, zduszonym głosem, chociaż w głębi duszy spodziewała się takiej odpowiedzi. Tylko jakaś niczym nieuzasadniona nadzieja podpowiadała jej, że może się myli, że może będzie inaczej. Ale ta nadzieja umarła w tej chwili, zostawiając po sobie nienaturalnie wielką pustkę.

– Bo mógłbym być twoim ojcem – wyjaśnił. – A jestem twoim nauczycielem. Jesteś młoda i to, co nazywasz miłością, to tylko najwyżej fascynacja.

– Wiem, co czuję i nic innego nie ma znaczenia. Myślisz, że nie potrafię cię kochać? Że nie potrafię dać ci szczęścia? – spytała z wyrzutem i umilkła nagle, przerażona własnymi słowami. To nie były jej słowa, ktoś je wypowiedział za nią, ale kto? Dlaczego?

– Kasiu…

– Przepraszam. – Spuściła głowę. – Nie powinnam, wiem, że to bez sensu, pan ma przecież narzeczoną a ja jestem tylko głupią nastolatką.

– Nie uważam cię wcale za głupią – zaprzeczył. – A jeśli chodzi o Elizę, utraciłem ją bardzo dawno temu. Zginęła w wypadku. Ale czasem, przy tobie, czuję się jak wtedy, gdy sam byłem młody. Może to właśnie dlatego, może zrobiłem coś, co pozwoliło ci myśleć…

– Nie, nie zrobił pan. To tylko moje wyobrażenia, moje sny. – Poczuła, piekące pod powiekami łzy. Szli dalej przed siebie, aż nagle coś przywołało starą, znajomą wizję. Rozejrzała się i ogarnął ją nieopisany lęk. Zbladła.

– Gdzie my jesteśmy? – wyszeptała.

– Na moim osiedlu, chciałaś mnie odprowadzić.

Wszystko w oczach pociemniało, zobaczyła tylko jeden jasny punkt, jeden budynek jakby na końcu ciemnego tunelu.

– Co tam jest? – spytała, wskazując ręką.

– Tam? – Podążył za jej wzrokiem. – Nic. To stary budynek, przeznaczony od wielu lat do rozbiórki, tylko urzędy nie mogą się ze sobą dogadać, kto ma za to zapłacić. I tak stoi.

– Szkoda – odrzekła. Szli dalej, tylko jej wzrok, niczym zahipnotyzowany, uciekał w ten punkt aż do momentu, gdy ów budynek schował się za innymi.

– Mieszkam tutaj. – Zatrzymali się przy wieżowcu. – Wejdziesz na górę?

– Nie, dziękuję – zmieszała się. – I tak sprawiłam panu tyle kłopotu, przepraszam.

– To ja przepraszam. Chciałbym być w stanie ci pomóc.

– Ale nie może pan nic zrobić – przerwała mu. – Muszę po prostu zapomnieć, prawda? Nie ma innego wyjścia.

Pokiwał potakująco głową.

– Mądra z ciebie dziewczyna. Jestem pewien, że za parę dni znów będziesz się cieszyć życiem – dodał. – Wierzę w to całym sercem.

– Do zobaczenia. – Uśmiechnęła się smutno.

– Do jutra, Kasiu.

Odprowadziła go jeszcze spojrzeniem aż zniknął we wnętrzu klatki schodowej, po czym odwróciła się i ruszyła w powrotną drogę.

– Nie będzie jutra – szepnęła, czując wzbierające w oczach łzy. – Bez ciebie nic nie będzie.

 

W zasadzie od początku wiedziała, że nie wróci drogą, którą przyszła. Nogi same powędrowały w kierunku tego budynku, mimo iż z każdym krokiem rósł lęk. Blok przyciągał niczym magnes, lecz im bliżej niego była, tym bardziej chciała odwrócić się i uciec.

Nie mogła.

Podążała tam, nie rozumiejąc dlaczego, chociaż coś w umyśle nakazywało jej odwrócić wzrok i biec, jak najdalej. Mimo tego szła, pewnym krokiem. Pełna przerażenia a zarazem podekscytowana. Chłodne marcowe popołudnie było ciepłym, wrześniowym dniem, a szła po to, by…

– To dla Gabriela – szepnęła. – To będzie niespodzianka.

Nagle prysło dziwne złudzenie i wrócił obraz rzeczywistości. Stała na wprost budynku ze swych najgorszych koszmarów. Mimo iż był teraz zdecydowanie bardziej zniszczony, brudny, straszący wybitymi szybami i ogrodzony taśmą z napisem „nie wchodzić", nie miała najmniejszych problemów z rozpoznaniem go. Od góry do okien piątego piętra ciągnęło się spore pęknięcie, lewa strona była jakby lekko przechylona.

Schyliła się i przeszła pod odgradzającą budowlę taśmą. Powoli, jak we wszystkich snach zbliżyła się do klatki schodowej. Weszła po schodach i przekroczyła próg, prowadzący wprost do ciemnej czeluści. Ogarnęła ją nieprzenikniona cisza. Własne kroki brzmiały obco i nienaturalnie, jakby zakłócając spoczynek kogoś? Czegoś? Po podłodze walały się śmieci, wszędzie było pełno brudu, kurzu i pajęczyn, ale nie zważając na to poszła, niczym w transie, dalej. Prosto do windy.

 

– Obdzwoniłam wszystkie koleżanki i nigdzie jej nie ma. – Zdenerwowana matka odłożyła słuchawkę. – Mam nadzieję, że nie zrobiła czegoś głupiego.

Zadzwonił telefon. Rzucili się do niego.

– Słucham? – Ojciec pierwszy dopadł aparatu. -Tak, rozumiem, dziękuję.

– Wiadomo coś? Gdzie ona jest??

 

Oparła dłoń na przycisku. Drzwi windy były zabite na krzyż dwiema deskami, straszyły brudem i odrapaną farbą. W miejscu, gdzie niegdyś była szyba, ziała czarna pustka. Oczy powoli oswajały się z ciemnością. Tknięta nagłym impulsem, zerwała najpierw jedną deskę, potem drugą. Drewno było wilgotne i zmurszałe, nieprzyjemne w dotyku, lepkie, jakby chciało wrosnąć w ciało. Najpierw w ręce, potem krępując tułów, nogi, głowę…

Otrząsnęła się, gdy obie deski z głuchym hukiem upadły na posadzkę. Jeszcze przez parę chwil słyszała echo, a może to tylko było bijące nieznośnie szybko serce? Jej serce? Zamknęła oczy.

Winda zjechała. Wsiadła do niej. Wiedziała, że Gabriel mieszka niedaleko, wiedziała że Eliza zginęła w wypadku, wiedziała że to dla niej jedyna szansa, by wreszcie się do niego zbliżyć, by móc go pocieszyć, by z nim być. Od chwili, gdy go ujrzała, czuła że dla niego poświęci wszystko. Nie obchodziło jej, że był zaręczony z Elizą ani to, że rodzice tłumaczyli iż nie wypada. Cały świat był przeciw jej uczuciu. Tak bardzo chciała mieć starszą siostrę. Kogoś, kto by ją rozumiał, komu mogłaby się wyżalić. Pragnęła zacząć wszystko od początku, mieć nowe, beztroskie życie. Nienawidziła siebie za to uczucie, gdy dowiedziała się o śmierci Elizy. Była przecież jej najlepszą przyjaciółką a zamiast smutku, czuła jedynie podekscytowanie, że wreszcie będzie miała szansę.

Dużo zależało od właściciela mieszkania na trzecim piętrze. Czy nie znalazł już innego lokatora? Ogłoszenie z trzymanej gazety wryło się w jej pamięć wielkimi literami. Nic nikomu nie mówiła, to miała być niespodzianka. Wcisnęła guzik trzeciego piętra. Winda niespiesznie ruszyła, nie zatrzymując się nigdzie, a potem…

Ogarnęło ją niewysłowione przerażenie. Rozchyliła usta by krzyczeć, lecz z gardła wydobyło się jedynie cichutkie rzężenie. Otworzyła gwałtownie oczy. Leżała tu, pod stosem gruzu, desek, pod zwojami metalowych lin i Bóg wie, czego jeszcze. W ustach czuła lepką wilgoć o żelazistym posmaku, która powoli acz wytrwale spływała po policzku i nie pozwalała strunom głosowym wydać żadnego głośniejszego dźwięku. Zbyt przerażona, by odczuwać ból połamanych kości, wpiła wzrok w widniejące gdzieś wysoko nikłe światełko, mając nadzieję na ratunek, który nigdy nie nadszedł. Uświadomiła sobie, że on nigdy się nie dowie, co się stało. Chyba, że…

Zamknęła powoli oczy, odliczając z przerażającą grozą świadomości ilość słabych uderzeń serca, jaka jej pozostała.

 

 

Koniec

Komentarze

No i git. Interesujące, emocjonalne i szybko się czyta. Moim zdaniem, target tego opowiadania, również będzie zachwycony. Niestety drobna korekta interpunkcji i adjustacja by się przydała, ale bardziej jako wisienka na torcie.

ps. Tekst o "uczesaniu" wypowiadany przez pana Gabriela, jest słodki :) 

ps 2. Taka piosenka mi się jeszcze skojarzyła http://www.youtube.com/watch?v=V_B3nCql2tk :) i piszę to bez ironii, tekst naprawdę usatysfakcjonował moje czytelnicze "ja"

pozdrowienia
zs 

Gdyby to był Facebook dałbym Lubię to! Niestety, lub stety, to jest Nowa Fantastyka.
heh
Teraz serio. Tekst jest naprawdę świetny. Praktycznie pod każdym względem. Waham się pomiędzy 5 i 6. Tylko ciężko określić mi wiek Kasi. Ile ona ma lat, autorko?

Wiek Kasi jest akurat napisany w tekście ;) klasa maturalna, ergo 18 :)

Hmm... nie obraź się, ale strasznie infantylny mi się ten tekst wydał. Zakochana nastolatka, sny, tajemnice... A może to dlatego, ze sama już dwa teksty o windzie popełniłam i na kolejny patrzeć nie mam siły:)
Zostawiam bez oceny. 

Nie obrażam się :) Chociaż spłycenie do 'strasznie infantylny tekst, zakochana nastolatka, sny, tajemnice' moim prywatnym zdaniem jest trochę niesprawiedliwe - tekst zupełnie nie jest o tym, chociaż może sprawiać takie wrażenie ;) Miłośnicy Lyncha może wypatrzą inne interpretacje ;)

"Brzmienie słów odczuwała gdzieś w dalekiej głębi siebie" - nie podoba mi się to zdanie, zwłaszcza ta "daleka głębia siebie".

"Roześmiał się szeroko." - można się uśmiechnąć szeroko, ale roześmiać? Nie jestem pewien.

"Ale pewnie dziewczynę miał - myślała i ogarniała ją dziwna zazdrość i nienawiść do hipotetycznej dziewczyny." - może lepiej: "hipotetycznej rywalki".

Fajne opowiadanie, chociaż mniej mi się podobało niż pozostałe Twoje teksty. Nie moje klimaty. Za to pod względem psychologicznym postać głównej bohaterki jest moim zdaniem bardzo przekonująca, wspomniana "infantylność" w tym wypadku jest na miejscu.

Pozdrawiam.

Eferelin, dzięki za uwagi, poprawiłam, mam nadzieję, że teraz jest lepiej :)

Zgadzam się, ze psychologiczna postać dziewczyny  jest opisana świetnie. Rozterki miłosne pomieszane ze strachem, który uaktywniony w podświadomości od dzieciństwa  osacza bohaterkę - naprawdę niezły obraz. Ta młodzieńcza miłość zdaje się przykrywać prawdziwe uczucia i emocje drzemiące w dziewczynie. Te spowodowane niepokojem. I wydaje mi się, że odrzucenie przez nauczyciela jest swego rodzaju usprawiedliwieniem późniejszych wydarzeń (których podłoże jest caly czas w podświadomości bohaterki). Ja tak to widzę. Ale moge się mylić :)
Pozdrawiam
PS Może wstyd się przyznać Lyncha nie znam :/ (ale zaraz wskoczę na google i zobaczę kim jest)

Mam wrażenie, że ogłosiłaś ten tekst bez wystarczającej redakcji, a szkoda. 

lakeholmen, ten tekst był przeze mnie czytany i poprawiany ze sto razy ;) Znam go na pamięć :P

To nie wiem, może nie dałaś mu odleżeć. Wysłałem Ci na priv kilka moich uwag, przykładowych.

Trochę za bardzo zakręcone, jak dla mnie (albo też stępiło mi się rozumienie przez wakacje). Szybko, ciekawie się czyta, ale właściwie jaka jest pointa? Dziewczę zostało opętane przez ducha nieszczęśliwie zakochanej kobiety, która NIE BYŁA Elizą, ale też zginęła w wypadku? Dobrze rozumiem?

Vladimyr: znane mi są trzy różne interpretacje tegoż opowiadania, każda jest dobra i zgodna z tekstem:) - to czytelnik tworzy interpretacje, nie autor :)

Dychotomia pewnego rodzaju: historia nie dla mnie, a czytać się dała. Czego nie należy rozumieć tak, że z jakąś trudnością; nie, normalnie, że tak to nazwę...
Porwać historia nie porwała, nie uwodzą mnie ani miłosne rozterki nastolatek, ani dorozumiewane klimaty z nielubianego pana L., ale słabą jej nie nazwę. Dałbym cztery, ale nie chce obniżać wypadkowej.

Nowa Fantastyka