- Opowiadanie: BornToFrag - Karczma "Flaki to styl życia"

Karczma "Flaki to styl życia"

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Karczma "Flaki to styl życia"

Był wieczór. Chłodny, październikowy wieczór. Słońce powoli kończyło swój bieg na nieboskłonie, znikając za odległymi na zachód wzgórzami. Samotny człowiek powoli spacerował opustoszałą wiejską uliczką, biegnącą między starymi, walącymi się chatami, w większości już niezamieszkałymi. Droga wyłożona była nierównymi płytami granitu, między którymi zalegały suche liście, tworząc miękką warstwę która tłumiła krok. Długie cienie wypełzły na ulicę, tworząc kształty niepodobne do niczego, co ludzkie. Człowiek zatrzymał się przy jedynej schludnej chacie na całej długości ulicy, rozejrzał się i wszedł do środka. Grube dębowe drzwi były lekko uchylone, przez szparę wychodziła jasna smuga światła, słychać było brzęki talerzy, podniesione głosy i trzask płomieni w kominku. Mężczyzna, który wszedł, miał na sobie krótką kurtkę skórzaną, skrzypiącą od nowości, wytarte spodnie z grubego materiału o nieokreślonym kolorze i schodzone wysokie oficerki, zapinane na klamry. Nosił długie, schludnie uczesane, czarne włosy spięte na czole opaską. Tygodniowy zarost okalał jego szczupłą twarz, w której jarzyły się błękitne oczy. Zasiadł przy najbliższym stole, usunął ręką leżące wciąż na nim talerze i gestem przywołał karczmarza.

-Co dziś dobrego zjemy, panie Vass? – zapytał gruby, czerwony na twarzy gospodarz, śmierdzący czosnkiem i piwem.

Podszedł bliżej i zdjął ze stołu zalegające na nim naczynia. Zaleciało od niego czosnkiem. Mężczyzna nazwany Vassem, odchylił się na krześle i skrzywił, nie krył się z odrazą do przykrych, karczmiannych zapachów.

-Co dziś poleca „szef kuchni”? – spytał z chytrym uśmiechem Vass.

Musicie wiedzieć że tutejszy „szef kuchni” był starym, zgrzybiałym, niedowidzącym starcem z długą jak jego siwa broda karierą gońca.

Ciągłe życie w pośpiechu nauczyło go że nie liczy się smak jadła, tylko to czy zaspokoi głód. Nie było to porządana cecha wśród kucharzy.

-Flaki – odpowiedział karczmarz z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

-Flaki – powtórzył Vass z tym samym grymasem – cholera by was wzięła z tymi waszymi flakami. Niech będzie.

Karczmarz podreptał w stronę drzwi oddzielających kuchnię od jadalni. Vass rozejrzał się po pomieszczeniu. Palenisko w rogu pokoju oświetlało go odstatecznie, by widzieć co je osoba po przeciwnej stronie sali. Goście karczmy, a było ich nie wielu jak na tę porę, rzucali w stronę żołnierza ukradkowe spojrzenia, myśleli że tego nie widzi. Bali się. Żołnierze w tych stronach nie cieszyli się dobrą sławą. Byli to na ogół żołdacy, nękający praworządnych obywateli rewizjami, nalotami na domy i wymuszeniami. Od czasów rewolucji naroiło się tego jak szczurów po zarazie. Vass nie był taki. Przysunął nogą najbliższe krzesło, odpiął od pasa szpadę sięgającą mu kostki gdy stał i złożył ją na stołku. Z kabury przypiętej do pasa na plecach wyjął kawaleryjski pistolet skałkowy i położyło na blacie stołu. ‘Na co się tak patrzycie przygłupy? – pomyślał – żołnierza na służbie ście nie widziali czy co?’ Nagle usłyszał ciężkie kroki dochodzące z zewnątrz. Odwrócił głowę w stronę drzwi i ujrzał trójkę nowych gości lokalu. Goście byli uzbrojeni po zęby w różnego rodzaju noże i sękate pałki. Trójka zbirów zasiadła przy małym stoliku blisko paleniska, służbista zauważył że jeden z nich jest kobietą. ‘Zaraz tu będzie gorąco – pomyślał Vass’. Wziął do ręki szpadę, pistolet zatknął za pas i ruszył ku wyjściu. Gdy naciskał mosiężną klamkę jeden z nowo przybyłych wstał powoli wyciągając zza cholewy buta nóż.

– Odradzałbym wyjście w takiej chwili – syknął z upiornym uśmiechem na poznaczonej bliznami twarzy.

-Jak sobie życzysz sukinsynu – mruknął Vass odwracając się plecami do drzwi i spoglądając na draba nad stołem. Rzucił szybkie spojrzenie karczmarzowi niosącemu miskę pęłną flaków. Gospodarz pojął w lot. Mruknął coś o nieodpowiedniej temperaturze jadła i szparkim krokiem ruszył do kuchni.

– Proszę o odłożenie broni i podanie swoich nazwisk – powiedział twardo Vass. Miał już do czynienia z tym pokrojem ludzi. Wałęsający się po kraju bandyci, którzy umknęli poborowi do wojska, ustanawiający własne rządy w miejscach w których władza państwowa miała znikome wpływy. Nie mógł okazać strachu, chociaż nie musiał udawać, nie bał się. Wojskowa szkoła nauczyła go tego. Powoli wyciągnął szpadę, chwycił ją lewą dłonią a prawą sięgnął po pistolet. Drab uśmiechnął się jeszcze upiorniej i obrócił nóż w dłoni.

Tasak o szerokim ostrzu, ciśnięty zza kuchennych drzwi rozchlastał jego odsłonięte, wytatuowane przedramię, wytrącając tym samym przygotowany do rzutu puginał.

Zbir ryknął i rzucił się pod stół, z nad którego wstali jego uzbrojeni towarzysze. Drugi mężczyzna z bandy runął na Vassa, który już brał rozbieg. Od wspomnianego stołu do drzwi było jakieś pięć, góra sześć metrów. Vass pokonał ten dystans w przeciągu mrugnięcia okiem. Doskoczył i uderzył zbira kolbą pistoletu w twarz. Z nosa bandyty buchnęła fontanna krwi. Zatoczył się i wyrwał z pochwy przy pasie nóż. Zajęło mu to chwilę za długo. Vass wziął szeroki zamach i uderzył draba samym końcem szpady w skroń, następnie uskoczył, kopniakiem zwalając na ziemie stół za który schował się w chwili gdy powietrze wokół niego zaroiło się od noży. Smukła bandytka przeskoczyła Nad swoim kompanem powalonym przez Vassa na klepisko i krótkim ruchem nadgarstka posłała w stronę żołnierza dwa zakrzywione ostrza, które z głośnym hukiem wbiły się w obalony przez Vassa stół. Gdy tylko noże zetknęły się z blatem, strażnik wyskoczył zza mebla mierząc w powietrzu z pistoletu. Czas zwolnił na jedną krótką chwilę. Mierzył celnie, nigdy nie chybiał. Źrenice bandytki rozszerzyły się, gdy zdała sobie sprawę że nie zdąży już ani zrobić uniku, ani zaatakować. Głośny trzask wypełnił salę. Kłąb czarnego dymu poleciał pod powałę, a rzeczona bandytka runęła na posadzkę z dziurą po kuli między oczami. Vass upadł miękko jak kot po drugiej stronie wywróconego stołu. Omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Uszkodzony został jedynie jeden mebel, nie licząc zakrwawionej posadzki, wybitej szyby i rozbitego kufla. Ostatni żywy zbir jęczał pod stołem błągając siwobrodego staruszka z pokaźnym tasakiem w ręku, w zakrwawionym fartuchu i przekrzywionymi okularami własnej roboty na nosie. Starzec wywlókł zbira spod stołu, mimo podeszłego wieku, i kopniakiem zmył z jego twarzy wyraz przerażenia. Vass zatknął pistolet za pas, otarł szablę o kurtkę bandytki, skinął głową kucharzowi i wyszedł na zewnątrz. Wyciągnął z torebki na piersiach papierosa domowej roboty, potarł zapałkę o cholewę buta i zapalił. Zapowiadał się taki sam nudny patrol, jak zwykle.

Koniec

Komentarze

Słońce powoli kończyło swój bieg na nieboskłonie, znikając za odległymi na zachód wzgórzami. - Z tego zdania wnioskuje, że słońce pobiegło na zachód za wzgórzami. Może powinien być dopis na dziki zachód?

Samotny człowiek powoli spacerował opustoszałą wiejską uliczką, biegnącą między starymi, walącymi się chatami, w większości już niezamieszkałymi. - Z tego, co mi wiadomo to na wsi są co najwyżej drogi. A o uliczkach nie słyszałem :)

Droga wyłożona była nierównymi płytami granitu, między którymi zalegały suche liście, tworząc miękką warstwę która tłumiła krok. - Drogi interes wykładać całą drogę granitem. Ja bym zmienił to zdanie.

Człowiek zatrzymał się przy jedynej schludnej chacie na całej długości ulicy, rozejrzał się i wszedł do środka. - Zamiast człowiek lepszy byłyby mężczyzna lub kobieta. Przymiotnik schludnej nie pasuje, bo schludny to może być człowiek, a nie budynek ( ten to może być co najwyżej zadbany, ale gdzie taki znajdziesz w zapyziałej dzurze, która wali się na głowę?). I dlaczego w tej chacie jest karczma?

Grube dębowe drzwi były lekko uchylone, przez szparę wychodziła jasna smuga światła, słychać było brzęki talerzy, podniesione głosy i trzask płomieni w kominku. -  W poprzednim zdaniu piszesz, że już wszedł do środka, to po co ten opis drzwi? Lepiej przejść odrazu do konkretów.

Mężczyzna, który wszedł, miał na sobie krótką kurtkę skórzaną, skrzypiącą od nowości, wytarte spodnie z grubego materiału o nieokreślonym kolorze i schodzone wysokie oficerki, zapinane na klamry. - W jednym zdaniu kilka błędów. Po pierwsze, nie właściwy szyk przymiotników krótką kurtkę skórzaną, jak to wogóle brzmi? Po drugie jak kurtka może skrzypieć, jest naszyta na jakieś drzwi? A od nowości to może coś się błyszczeć.

Nosił długie, schludnie uczesane, czarne włosy spięte na czole opaską. - Spiąć można klamre, a włose spina się wsuwką. Opaską sie wiąrze.

Tygodniowy zarost okalał jego szczupłą twarz, w której jarzyły się błękitne oczy. - Z tego zdania wnoiskuje, że oczy jarzące się jak żarówki były ledwo widoczne poprzez zarost.

Zasiadł przy najbliższym stole, usunął ręką leżące wciąż na nim talerze i gestem przywołał karczmarza. - Po co ta ręka? Przecież nie zrobi tego nogą. A co do tych talerzy, to raczej nie byłoby ich stać na nie, w tamtych czasach.

-Co dziś dobrego zjemy, panie Vass? - zapytał gruby, czerwony na twarzy gospodarz, śmierdzący czosnkiem i piwem.
Podszedł bliżej i zdjął ze stołu zalegające na nim naczynia. Zaleciało od niego czosnkiem. Mężczyzna nazwany Vassem, odchylił się na krześle i skrzywił, nie krył się z odrazą do przykrych, karczmiannych zapachów.
-Co dziś poleca „szef kuchni"? - spytał z chytrym uśmiechem Vass.
Musicie wiedzieć że tutejszy „szef kuchni" był starym, zgrzybiałym, niedowidzącym starcem z długą jak jego siwa broda karierą gońca.
Ciągłe życie w pośpiechu nauczyło go że nie liczy się smak jadła, tylko to czy zaspokoi głód. Nie było to porządana cecha wśród kucharzy.
-Flaki - odpowiedział karczmarz z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Flaki - powtórzył Vass z tym samym grymasem - cholera by was wzięła z tymi waszymi flakami. Niech będzie. -
Fragment rozmowy o niczym. Do tego po jaką cholerę przypominać, że gospodarz śmierdzi czosnkiem, może to jakaś poszlaka w sprawie zbrodni?

Palenisko w rogu pokoju oświetlało go odstatecznie, by widzieć co je osoba po przeciwnej stronie sali. - Tego wyrazu nie znam.

 Goście karczmy, a było ich nie wielu jak na tę porę, rzucali w stronę żołnierza ukradkowe spojrzenia, myśleli że tego nie widzi.
- Porę czego? Dnia, roku? Teraz się okazało, że główny bohater jest żołnierzem, a nie człowiekem? Może jakaś mała wstawka o tej jego karierze zawodowej?

I mnóstwo innych błędów, których nie mam siły już wypisywać.

 Podsumowując, teskst nudny jak tytułowe flaki, mnóstwo błędów stylistycznych, problemy ze składnią. Postać głównego bohatera bardziej komiczna niż porywająca. Bez urazy autorze, ale według mnie tekst całkowicie do poprawki.

Łoj...
Drogi Autorze, przede wszystkim więcej czytaj. A potem dopiero pisz:)
Pozdrawiam. 

Z przedmówczynią - nie zgadzam się! w pisaniu najważniejsza dupa - więc, drogi Autorze - siadaj na niej i pisz-pisz-pisz! Aż do, rzeklbym, usrania! *

Chętnie przeczytam coś jeszcze - choć nie obiecuję, że gorzko nie zapłaczę ;-D

 

*proszę wybaczyć wulgaryzmy, ale w tym przypadku były to niezbędne środki słowno-pisanej ekspresji komentarzowej...o! 

Scenek o bijatykach w knajpie napisano z milion.  W Twojej nie ma nic ciekawego, na dodatek tekst jest fatalnie napisany, a opis walki tragiczny.

Dużo pracy przed Tobą.

Pozdrawiam.

Tekst jest nudny, ponieważ nie związany z dłuższą opowieścią. Tym podobne opisy walk pasują do powieści, ale jako pojedyncze "opowiadania" raczej nie porywają. 
Dużo pracy Cię czeka, podobnie jak i każdego członka tego forum, który jeszcze nic nie opublikował na papierze. 

Pozdrawiam. 

Słońce powoli kończyło swój bieg na nieboskłonie, znikając za odległymi na zachód wzgórzami. – Normalnie odpadłbym już po tym zdaniu. Ale ponoć jakaś jatka tu jest, więc czytam dalej.

 

Przeczytałem. Wrażenie po lekturze niezbyt miłe. IpMan Ci zrobił łapanke, więc ja już nic od siebie nie wtrącam.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Zostawiam tylko "hmm".
pozdrawiam z :D

Nowa Fantastyka