Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
Lampa, przywieszona do sufitu cienkim drutem, dyndała, raz w jedną, raz w drugą stronę. Światło padało zatem we wszystkich kierunkach, zamiast oświetlać biurko pana Stanisława. Przeszkadzało mu to, zwłaszcza, że miał napisać raport. Na przysłowiowe "wczoraj". Klnąc i złorzecząc, musiał wstać i przytrzymać źródło światła. Trochę to trwało, trzeba było delikatnie odsunąć się od biurka. Wszystkie dokumenty położone były na swoich miejscach, zależnie od wydziału i pilności. Musiał uważać, aby żaden nie spadł i nie pomieszał się z innymi. Trudno byłoby go potem włożyć na właściwe miejsce. Nawet pan Stanisław miałby problem z poukładaniem wszystkich swoich papierów. Zajmowały one niemal całą powierzchnię, wcale nie małego, biurka, zostawiając jedynie miejsce na ręce, parę długopisów i szklankę wody. Nawet koło krzesła leżały zawiązane sznurkiem teczki.
Poza tym jednak pokój był pusty. W tej niewielkiej przestrzeni nie znajdowały się żadne inne meble. Ludzi także brakowało. W przedniej ścianie wmontowane za to były drzwi. Ciężkie, czarne, żelazne drzwi.
– Następny!
Donośny głos rozległ się po pokoju, jednak wnikliwe ucho wychwyciło inny dźwięk. Skrzyp. Skrzyp otwieranych drzwi.
– Imię i nazwisko.
– No co ty, to przecież JA!
– Nie może być ja. Nie pamiętam imienia?
– No chyba.
– Skąd się znamy?
– No, jesteśmy przyjaciółmi. Ze szkolnej ławki.
– Ile masz lat?
– Siedem. Ale czuje się na osiem. – pociągnął za koszulę.
– Zatem dam ci numer siedem – czterysta dwanaście. Może być?
Nie było odpowiedzi.
– Do rzeczy. Co umiesz robić?
– No… wiele rzeczy.
– Konkretnie. Czym się dotychczas zajmowaliśmy?
– A, to spędzaliśmy czas na dworze. Pamiętasz pewnie nasze bitwy na boisku. Dostałem piłkę na urodziny, to graliśmy ile się dało. I to ja zawsze byłem strzelającym. Na każdym meczu bryła brama. Tylko ten… Zdrojewski wciąż oszukiwał. No, ty się także spisywałeś, jako ten… bramkarz! Ale ja to byłem strzelający. Rozumiesz?
Dźwięk pisania po kartce papieru – Grałeś w piłkę. Coś jeszcze?
– Jeszcze? Mało ci? Więc…. bawiliśmy się na podwórku. Jak nie w piłkę to oblewaliśmy się wodą. Albo braliśmy patyki i briliśmy się po głowach. Z jednej takiej, pamiętam, wyszedłem z takim sińcem, że mama dała mi trzy dni aresztu. Ale warto było, taka była walka. Ty też brałeś w niej udział. Dostałeś nawet – zaśmiał się – honorową ranę czerwonego pasa na tyłku.
Odgłos przewróconej kartki – Co robiłeś, jak nie bawiłeś się na dworze?
– Zawsze bawiłem się na dworze. Pamiętasz, no nie?
Pan Stanisław przerwał pisanie – Faktycznie. Nie pamiętam, żebyśmy robili cokolwiek innego.
– No i badzo dobrze. Chciałbyś, żebyśmy się – splunął – uczyli?
Pan Stanisław zastanowił się.
– Nie zaszkodziłoby.
Wznowił pisanie.
– Wystarczy tej rozmowy. Podjąłem decyzję. Twoja obecność tutaj jest mi całkowicie zbędna. Wynoś się. I … nie wracaj.
Głos rozległ się po pokoju z echem, którego nie powstydziłyby się górskie szczyty.
Widmo znikło.
Pan Stanisław stał przez chwilę, niezwykle krótką chwilę, nieruchomo, po czym wyjął teczkę, leżącą tuż obok, włożył do środka dopiero co podpisywane dokumenty, zawiązał je sznurowadłem i rzucił na podłogę w ustalone wcześniej miejsce. Sprawę zakończył, siadając z powrotem na krześle. Nie jakoś żwawo, albo niechętnie, po prostu bezceremonialnie usiadł.
– Następny!
Skrzyp drzwi. Zaraz po nim rozległ się odgłos przypominający kroki słonia. A po chwili doszło do niego sapanie, niczym z przekłutego balonika, z którego uchodzi powietrze. Ale najgorszy był ten smród, jak z wymiotów.
– Imię i nazwisko?
– Nie. Mam.
Stwór otworzył usta, wzbogacając swój zapach o odór zdechłej ryby. Dostrzec można też było wielkie zęby, utrudniające prawidłową wymowę.
– Pełniona funkcja? – rzekł pan Stanisław, zakrywając twarz rękawem koszuli, aby nie czuć smrodu.
– Potwor. Spod lozka.
– …. A tak, pamiętam cię. Zajmowałeś się…
– Baniem. Innych.
– Straszeniem, tak, doskonale. – notka na kartce – Strach bywa bardzo przydatny. Stawia przed tobą granicę o wiele lepiej niż ty sam.
Lampa wciąż stała nieruchomo.
– Potrafisz wciąż straszyć?
– Tak… – końcówkę wypowiedzi potwora zabrało chrząkanie.
– Potrafiłbyś mnie przestraszyć?
– Tak. Sadze.
– To zrób to.
Potwór w lot pojął rozkaz. Wycofał się poza obręb pokoju i wyszedł za drzwi. Po chwili wyskoczył, rozłożył łapy i wydarł z siebie przeraźliwy ryk. Zaryczał jak lew, może jak tygrys. Zaczął tupać i ruszać rękami niczym wiatrak. Ogonem trzykrotnie uderzył w drzwi.
Pan Stanisław oglądał to przedstawienie ze spokojem, potem ze znudzeniem, a wreszcie z pogardą.
– Przestań.
Potwór zatrzymał się.
– Co to miało być? Ryk? Odór? Straszny wygląd? Tym miałeś mnie przestraszyć?
Potwór zawahał się, lecz odpowiedział:
– Tak. Zawse. Byc – chrypnął.
Lampa wciąż stała nieruchomo.
– Co robiłeś dotychczas, gdy twoje ofiary nie wykazały lęku?
– Nie. Wiem. Zawse. Bac. Ty. -chrypnął – Bac. Pamietac.
Słowo to usłyszał dzisiaj pan Stanisław wielokrotnie.
– Pamiętam! Pamiętam! – krzyknął – Tylko to was obchodzi! Owszem, pamiętam, jak mając sześć lat co trzecią noc spędzałem w łóżku rodziców. Pamiętam, jak bałem się wystawić nos poza kołdrę. Pamiętam, jak każdy cień przypominał mi twój, każdy szelest zapowiadał twoje przyjście, każde… – Wstał od biurka, ledwo co nie zwalając dokumentów – Ja to wszystko pamiętam. Ale co z tego? Od dawna śpię spokojnie, nie zwracam uwagi na wszelkie szmery, czy hałasy. Nie boje się już nocy, a tym bardziej ciebie!
Wskazał na niego palcem.
– Powiem ci co naprawdę jest straszne! Straszne jest nie zapłacenie rachunków w terminie! Straszne jest widmo eksmisji z mieszkania! Straszna jest pusta lodówka i głodny żołądek!
Pan Stanisław wziął głęboki oddech nosem.
– Czy wiesz, co ja tutaj właściwie robię? Czym się zajmuję od dobrych paru dni? Czym wypełniam sobie tę odrobinę czasu wolnego?
Odpowiedziało mu milczenie.
– Nie wiesz. A wiesz, przynajmniej, co to są porządki?
– Sprza…tanie? – zapytał potwór
– Tak, właśnie sprzątanie. Kiedy się sprząta?
– Brudno.
– Dokładnie. Kiedy jest brudno. Czego więc pozbywa się podczas sprzątania?
Cisza.
– Brudów! Takich jak ty! Pasożytów, które niczemu nie służą, a zajmują tylko miejsce w umyśle. Miejsce, które jest potrzebne na gwałt. To już nie te czasy, że do głowy mogło wchodzić byle co, w jakichkolwiek ilościach. Teraz trzeba być praktycznym, pielęgnować tylko to co jest niezbędne, a pozbywać się śmieci.
Rzucił potworowi wściekłe spojrzenie, które przeraziłoby każde dziecko.
– I powiedz mi po co mam cię trzymać? Bym mógł sobie powspominać jak bałem się wyjść z lóżka? Na co mi to? Ja muszę się nauczyć kolejnej poprawki do ustawy legalizacyjnej. Inaczej raport skończy w koszu. Jeśli nawet nie potrafisz mnie przestraszyć, to nie ma tu dla ciebie miejsca. Wynoś się! I nie wracaj!
Potwór był powolny. Zbyt powolny, by coś powiedzieć, machnąć ręką, czy nawet chrząknąć. Zniknął. Jak widmo.
Tym razem pan Stanisław nie stał nawet chwili. Od razu wziął dokumenty, schował do teczki i rzucił na podłogę. Po czym zabrał się do dalszych porządków.
– Następny!
Nie będę tutaj opowiadał o kolejnych „gościach" pana Stanisława. O tej mieszaninie osobliwości. O tych czarownicach, opiekunkach, nauczycielach, kolegach, pierwszych miłościach, odbiciach postaci z bajek, zjaw ze snów, czy książkowych bohaterach. Bo i po co? Wszyscy zostali wygnani. W umyśle robiło się coraz bardziej pusto.
Pan Stanisław miał właśnie włożyć do teczki dokumenty opisujące nieistniejącego już widmo złotego rycerza, gdy usłyszał skrzyp. Początkowo myślał, iż się przesłyszał, ale nie. Był to wyraźny skrzyp. Skrzyp otwieranych drzwi. Rozejrzał się i zobaczył kogoś nieoczekiwanego.
– Witaj. Widzę, że nieźle się bawisz.
Pan Stanisław to twardy człowiek. Przyzwyczaił się już dzisiaj do widoków nadnaturalnych stworzeń. Ale żadne z nich nie wywarło takiego wrażenia, co to coś. Dokładna kopia jego samego. Te same czarne spodnie. Ten sam czarny garnitur. Ta sama biała koszula. Ten sam czerwony krawat. Tylko twarz, taka młoda, musi mieć z piętnaście lat mniej od niego.
– O rany, ale klitka. Nie dziwne, że oszalałeś siedząc w takim pomieszczeniu. Wyszedłbyś czasami na świeże powietrze. Mamy lato, to byś zażył słońca.
– Kim pan jest? – pan Stanisław odsunął się od biurka, jakby czując, że będzie taka potrzeba.
– Ja? To jestem ja. I nie, proszę nic nie mówić. Nie mogę mieć żadnego numerka, ani niczego takiego. Wiem, że jedynym, który może się nazywać ja, to pan. Ale ja jestem także panem. A raczej tą przeszłą wersją pana.
Lampa wciąż stała nieruchomo.
– Proszę się tak nie gapić. Czuje się skrępowany.
– Przepraszam, kim pan jest? Bo nie kolejnym widmem. Nie powinien pan istnieć.
– A co, w końcu igra pan z siłą własnego umysłu. Nie spodziewał się pan niespodzianek? Myślał, że zna wszystkie jego tajemnicę? Jak typowo. Nauczycie się myśleć i już macie moralne prawo wszystko zmieniać. Bo tak. A potem wszyscy utopimy się w bagnie konsekwencji.
– Nie odpowiedział pan na pytanie.
– Racja, ależ jestem niegrzeczny. Jestem, jak mówiłem przeszłą wersją pana. Wszystkim co do tej pory, do tej chwili, pan pomyślał, zrobił, nauczył się itd. Niewiele tego, po pana porządkach.
– To zarzut?
– Ach, a co nie wolno mi ich prawić? Może to pana umysł i sprawuję pan tu władzę absolutną, ale to do tyczy tylko tych widm, co je wypędzono. Ja jestem inny. Jestem jak widmo dla widm. Snuje się i snuć będę, jako rozrywkę mając tylko rozmowę z innymi. Och przepraszam, innych już prawie nie ma.
– Czyli ma pan zarzut.
– Określiłbym to raczej jako troskę o pana. Zdaje pan sobie sprawę co tutaj wyczynia?
– Zdaje sobie sprawę. Wreszcie uwalniam się od widm przeszłości. Od banialuków zaśmiecających umysł.
– Och, jak każde… – złapał się za serce i drugą rękę wystawił przed siebie – jak naprawdę każde zdarzenie można pięknie opowiedzieć. Najpierw niszczymy, gnieciemy, rozwalamy, a potem mówimy „ To przebudowa przestrzeni". A jak do tego dodamy „zgodna z planem" to już tylko czekać na oklaski.
– Chyba nie podoba się panu to co tutaj robię?
– Nie podoba? Ależ skąd. Ja mam tylko ochotę przywalić panu, za to, co pan tu wyczynia. Mi się to już dawno przestało „nie podobać", ja jestem wściekły. A mówiąc po waszemu, dyplomatycznie, zażenowany.
Pan Stanisław nawet zaśmiałby się, gdyby nie to, że nigdy tego nie robi.
– Może pan być zażenowany, nawet wściekły, ale proszę wreszcie powiedzieć, co pan tutaj robi? O tym, że moje działania się panu nie podobają, słyszałem. A co jest w nich złego?
– W tym że pozbywa się pan wszystkiego, co do tej pory pan poznał? Wszystkich wspomnień, wartych życia chwil, wszystkich marzeń, wizji i przekonań z dzieciństwa? Że zostawia pan sobie tylko matematyczne formułki i suche fakty? No nie wiem, niech mi pan sam powie.
– To sama korzyść, panie. Widzisz, ludzki umysł nie może zapamiętać wszystkiego. By nie zginać w gąszczu danych pewne informacje, nie powtarzane, zaczynają zanikać w najdalsze odstępy umysłu. Ja przejąłem kontrolę nad tym procesem. Rozumiesz, we współczesnym świecie trzeba wiele pamiętać. Zbyt wiele dla ludzkiego rozumu. Abym mógł się dalej rozwijać, muszę przeprowadzić „czyszczenie" mego umysłu. I pozbyć się tego co niepotrzebne. I nie mów proszę, że usunąłem wszystkie wspomnienia. Zostawiłem sobie historię mego życia. Pamiętam ją nawet lepiej, niż poprzednio.
– Nie mówiłem, że usunąłeś fakty ze swego życia.
Lampa zaczęła się poruszać.
– Jak pan to rozumie?
– Pańska „historia życia". jest niekompletna. Usunął pan z niej swój dawny sposób patrzenia. Cóż znaczy pamiętanie o spaniu z dzieciństwa, bez potwora spod łóżka? Cóż znaczą zabawy na boisku, bez kumpla, z którym się biłeś?
– Pamiętam ich. Każdy szczegół.
– Ale nic już do nich nie czujesz. Nie boisz się potwora, z kumplem nie chcesz grać, nie kochasz pierwszej miłości. W tej układance brakuje puzzli.
Lampa nie tylko się poruszała, ale zaczęła już mrygać.
– Po co pan tutaj przyszedł?
– Możesz naprawić ten bałagan. Pozbierać kawałki do kupy.
Przez chwilę było cisza. I nagle rozległ się w pokoju śmiech. Głośny śmiech, który usłyszano by w innym pokoju, gdyby takowy był.
– Teraz się na tobie poznałem. Nie wiem czy jesteś zbiorowym wspomnieniem, czy też widmem widm, jak mówiłeś. Ale przechytrzyłem cię. Widzisz, nie mogę postąpić wedle twoich zamierzeń. Jestem dorosły. Muszę o siebie zadbać. O swoje potrzeby, wyżywienie, dach nad głową. O innych, o rodzinę. By to zrobić, musze się wciąż rozwijać. Zdobyć miejsce w umyśle na nowe informację. Nawet kosztem braku elementów w układance. Pogódź się z tym, dzieciństwo, marzenia, wizję, to z czasem umiera. Wszystko z czasem umiera.
Lampa zgasła i znieruchomiała.
– …. Jest gorzej niż sądziłem. Masz przerost ambicji.
– Przerost?
– Mało miejsca? Nie jesteś w stanie dorosnąć i pójść rano do pracy, bez zapomnienia dnia poprzedniego? Bzdura! Wszyscy jakoś sobie do tej pory radzili bez tych sztuczek. Problem zaczyna się dopiero wtedy, jak chcesz osiągać więcej niż powinieneś. Wspiąć się na szczyt drabiny życia. I tu zaczyna się kombinowanie.
– I co, myśli pan, że mogę, tak po prostu, nagle, zrezygnować? Znaleźć inną, mniej płatną, mniej wymagającą pracę i wszystko się jakość ułoży? Że dla strachu przed potworem z zębami zrezygnuje ze swojego bezpiecznego, choć trudnego życia?
– Czy się ułoży, to nie wiem. Jestem widmem przeszłości, nieznane są mi wyroki przyszłych czasów. Mogę zamiast tego pana zapewnić, że nie będzie pan szczęśliwy, JEŚLI dalej będzie pan robił to, co robi dotychczas. Może pan mówić wszystko, ale to tylko praca dla pracy. Niczego pan tym nie osiągnie, oprócz zostania kolejnym robotem siedzącym za biurkiem.
– Ja nie czuje się robotem.
– Lecz ja takiego pana widzę.
Lampa lekko drgnęła.
– Skończmy tę jałową dyskusję. Już mówiłem, nie zrezygnuje ze swego stylu życia. Zbytnio…
– Boisz się?
Lampa zapaliła się.
Pan Stanisław wziął oddech nosem.
– Koniec rozmowy. Wynoś się pan stąd. Nie mam ochoty na pana patrzeć.
Widmo widm nie ruszyło się.
– Wynoś się!
Cisza.
– WYNOCHA!
– Dobrze, pójdę.
Pan Stanisław zatrzymał się, niemal potykając się o własne nogi. Spojrzał na mówcę.
– Pójdę. Nic więcej tutaj nie mogę zdziałać, więc pójdę. Postaram się odnaleźć te wszystkie widma, które wygnałeś. Muszą gdzieś być.
– Więc idź ich szukać, ale wynoś się!
– Chcesz mieć kontakt ze mną? Jeśli będziesz chciał odzyskać wspomnienia?
– Nie chcę! Wyjdź w końcu!
– Pamiętasz, jak mnie znaleźć.
– Zniknij!
Drugi pan Stanisław zniknął.
Pierwszy stał przez chwile, po czym złapał się za twarz mrucząc „ Boże, co ja tutaj przeżywam.". Wrócił za biurko, złapał dokumenty i zawiązał w teczkę. Na dzisiaj koniec, powiedział. Przestał myśleć i wrócił. Jego świadomość znów otworzyła się na świat realny. Niemal natychmiast zabrał się do zaległej pracy. Pisał dokumenty, odbierał zaświadczenia, potwierdzał, zaprzeczał, podpisywał. I gdzieś w tym gąszczu danych, liczb i cyferek pojawiła się taka myśl. Trwała krótko i ledwo można ją było zauważyć, ale była. A brzmiała ona:
Jak niby miałem się z nim skontaktować?
(opowiadanie napisane na tzw. "zamówienie". Miało dotyczyć tematu "co jest człowiekowi naprawdę potrzebne?")
Donośny głos rozległ się po pokoju, jednak wnikliwe ucho wychwyciło inny dźwięk. – Rozlegnąć się mógł w pokoju. Po pokoju powinien się rozejść.
A po chwili doszło do niego sapanie, niczym z przekłutego balonika, z którego uchodzi powietrze. – Przekłuty balonik wypełniony powietrzem natychmiast pęka. A jeśli odwiążesz końcówkę, to syk wydobywającego się z wnętrza powietrza z całą pewnością nie przypomina sapania.
- Tak... - końcówkę wypowiedzi potwora zabrało chrząkanie. – zabrało? Czy może raczej zagłuszyło?
Pan Stanisław miał właśnie włożyć do teczki dokumenty opisujące nieistniejącego już widmo złotego rycerza, gdy usłyszał skrzyp. – skrzyp polny? Czy jakąś inną jego odmianę? Skrzypnięcie chyba miało być.
Był to wyraźny skrzyp. Skrzyp otwieranych drzwi. – Baaaardzo dziwne sformułowanie…
Pan Stanisław to twardy człowiek. Przyzwyczaił się już dzisiaj do widoków nadnaturalnych stworzeń. – Czyli każdego dnia musiał się przyzwyczajać od nowa? Usuń to dzisiaj, bo naprawdę zabawna rzecz z tego wychodzi.
- Kim pan jest? - pan Stanisław odsunął się od biurka, jakby czując, że będzie taka potrzeba. – To czuł, czy jakby czuł? A jeśli jakby, to była to jakieś inne uczucie, bardzo podobne do przeczucia, że będzie potrzeba odsunięcia się od biurka?
By nie zginać w gąszczu danych pewne informacje, nie powtarzane, zaczynają zanikać w najdalsze odstępy umysłu. – W najdalszych. I nie odstępach, tylko np. zakamarkach.
Przez chwilę było cisza. – Kali jeść, Kali pić.
Że dla strachu przed potworem z zębami zrezygnuje ze swojego bezpiecznego, choć trudnego życia? – Wypadałoby jakoś wzmocnić efekt tych zębów, bo sam potwór jest straszny, fakt, ale jeśli ma normalne, nie wyróżniające się uzębienie, to raczej nikogo nim nie przestraszy. Z zębami (kłami) niczym tygrys szablozębny czy coś w ten deseń by pasowało dopisać.
- Czy się ułoży, to nie wiem. Jestem widmem przeszłości, nieznane są mi wyroki przyszłych czasów. – Przyszłe czasy wydawały jakieś wyroki? A nie lepiej byłoby prościej, że po prostu nie zna przyszłości, nie potrafi przewidzieć tego, co ma nastąpić…
Pan Stanisław wziął oddech nosem. – Niby poprawnie, ale brzmi dziwnie. Wciągnął powietrze nosem, to już inaczej pobrzmiewa.
Spojrzał na mówcę. – a może rozmówcę? Bo mówca to ktoś, kto wygłasza jakąś mowę, orędzie, czy coś w tym stylu.
Podoba mi się pomysł. Wykonanie mniej. Wypunktowałem co bardziej rzucające się w oczy, ale jest tego jeszcze trochę.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
@Fasoletti - czepiasz się szczegółów w niektórych miejscach! Jak naprzykład z balonem, z którego uchodzi powietrze - jeżeli balon nie jest wypełniony powietrzem (a o tym Autor nic nie napisał), to można wyobrazić sobie taki balon, z którego trochę powitrza uszło. Gdy przekłujesz właśnie taki niewypełniony powietrzem balon, to ta mieszanina gazów będzie powoli z niego uchodziła.
Z tego, co napisałeś wynika tyle, że sam napisałbyś to lepiej i dlatego wykonanie Tobie się nie podoba.
@Cokolwiek - Prawda, że trzeba wprowadzić kilka poprawek, ale są to poprawki tego rodzaju:
Pan Stanisław zatrzymał się, niemal potykając się o własne nogi - drugie "się" jest zbędne, ponieważ i tak wiadomo, do kogo odnosi się to stwierdzenie; poza tym w zestawieniu z "własne" brzmi to głupio - logika jest zachowana i tak, jeżeli wyrzucisz jedno "się".
A treść jest świetna - to pierwsze na tym forum, spośród przeczytanych przeze mnie, opowiadanie, które posiada treść z przesłaniem, nie zaś bezsensowny wytwór pracy nadwrażliwej wyobraźni. Zdaniem: coś w tym jest, ale nie cokolwiek, lecz "coś", co warto zauważyć.
Wprowadź poprawki i prześlij takie opowiadanie do redakcji - nigdy nie dowiesz się, jak ludzie odczytają "efekt" Twojej pracy, dopóki nie spróbujesz. Na podstawie osobistej intepretacji pomyślałbym o zamieszczeniu Twojego tekstu w gazecie.
Pozdrawiam.
B.G.
Jednakże najpierw, zanim gdzieśkolwiek przesłalbym to opowiadanie, zmieniłbym tytul. Dydaktyczno - edukacyjny, zbyt wiele w sposób oczywisto - łopatologiczny mówiący.
@Fasoletti - czepiasz się szczegółów w niektórych miejscach! Jak naprzykład z balonem, z którego uchodzi powietrze - jeżeli balon nie jest wypełniony powietrzem (a o tym Autor nic nie napisał), to można wyobrazić sobie taki balon, z którego trochę powitrza uszło.
Pontnik, w szczegółach tkwi diabeł. Ale niech Ci będzie, że był tylko trochę pełny. Tylko powiedz mi, czy dźwięk uchodzącego z takiego nadszarpniętego balonu powietrza przypomina sapanie? Bo według mnie sapanie, to głośny wdech, wydech, wdech, wydech. A powietrze uchodzące z balonika to długi, jednostajny syk, a jeśli powietrza jest więcej, to nawet brzmi to jak pierdzenie czy gwizd. Porównanie jest ewidentnie błędne.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
Z tego, co napisałeś wynika tyle, że sam napisałbyś to lepiej i dlatego wykonanie Tobie się nie podoba.
Tak, nie podoba się mnie. To moja subiektywna opinia, którą mam prawo tutaj wyrazić. Czy napisałbym to lepiej? Tego niestety nie jestem w stanie Ci powiedzieć.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
Jestem przekonany, że Fasoletti napisałby lepiej, bo bez tego, co wypunktował. Napisałby, gdyby taka tematyka znalazła się w polu jego zainteresowań.
Pojawiająca się w pierwszym zdaniu lampa, przywieszona do sufitu cienkim drutem i dyndająca raz w jedną, raz w drugą stronę, od razu podpowiada, na co można trafić dalej. No i trafia się...
Wysłać do redakcji po wprowadzeniu poprawek? Jeśli, to po napisaniu od nowa. Co, nie tylko przyznaję, ale podkreślam, warto uczynić.
Podoba mi się pomysł, lecz nie tekst cały i dlatego doradziłem wprowadzenie poprawek. Podoba mi się puenta i moja interpretacja, dlatego pomyślałem, że tekst - po wprowadzeniu owych poprawek - możnaby wysłać do redakcji (Co by się z nim stało, to już nie moja rzecz. Ale podjęcie próby nikomu nie zaszkodzi).
Poza tym nie jest to miejsce na sprzeczki komentatorów-krytyków, dlatego nie mam zamiaru tłumaczyć się.
Chodziło mi o ilość poprawek, taką, że faktycznie byłoby to pisaniem od nowa. Spróbować? Nie zawadzi, pełna na to zgoda. Jak więc widzisz, nie mam zamiaru wywoływać sprzeczek.
Pokój zatem. :)
Autor odpowiada
Na początku chcę podziękować wszystkim, którzy nie tylko przeczytali, ale i skomentowali mój tekst. Widzieć aż 9 komentarzy pod swoim opowiadaniem i jeszcze żyłowiową dyskusję w komentarzach...Rany, duma pisarska aż mnie rozpiera.
Co do odwiecznego problemu pomysł-wykonanie... Jestem początkujcym pisarzem. Dopiero zaczynam swoją przygodę z piórem, więc popełniam całą masę błedów. Większość z nich staram się wyeleminować zanim trafią na łamy portalu, ale jak ktoś madry powiedział "chcieć to jedno, móc to drugie"
Co do poprawek - z większoscią się zgadzam. W temacie "balonu z sapaniem" dostawałem podobne uwagi od innych czytelników (koledzy). Skomentuje je krótko - wtedy wydawało mi się, że sapanie dobrze oddaje dźwięk powietrza uchodzącego z balonika. Teraz bym to zmienił.
Co do opowiadania planuje zamieścić wersję z porawkami na portalu. Kiedy? Wkrótce. Przez "wkrótce" rozumiem "kiedy matura mi na to pozwoli". Czy spróbuje je potem wysłać do redakcji fantastyki? Na obecną chwilę jeszcze się nie zdecydowałem.
Cokolwiek, skoro tekst pojawił się tutaj, to raczej bardzo mało prawdopodobne, że puszczą go w wydaniu papierowym. Tam przyjmują tylko nowe, nigdzie nie publikowane teksty.
Tak, że jeśli uderzać do Redakcji, to raczej z jakimś nowym opkiem.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
@Fasoletti - Heh, to jest logiczne
Cokolwiek 2011-10-09 22:12
@Fasoletti - Heh, to jest logiczne
No nie tak do końca, bo mieliśmy tu jeden przypadek, że miniatura pojawiła się na stronie, a potem w gazecie. "Mała chińska osobowość" o ile dobrze pamiętam. Ale szczegółów tego dlaczego tak się stało, nie pamiętam. Redakcja tłumaczyła się potem w jakimś wątku, ale to dawno bardzo było.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.