- Opowiadanie: bemik - W drodze na szczyt

W drodze na szczyt

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

W drodze na szczyt

– Ojej­ku, do­kład­nie tak sobie cie­bie wy­obra­ża­łam! – Młoda dziew­czy­na bie­ga­ła od jed­ne­go do dru­gie­go uczest­ni­ka spo­tka­nia. – Ojej­ku, zu­peł­nie ina­czej sobie cie­bie wy­obra­ża­łam! – To była druga wer­sja jej okrzy­ku. W pod­nie­ce­niu i eu­fo­rii nie zwra­ca­ła spe­cjal­nej uwagi, że do nie­któ­rych pod­bie­ga dwu, a nawet trzy­krot­nie i nie za­wsze utrzy­mu­je tę samą wer­sję.

– Niech ktoś da jej piwa. Tylko do­daj­cie soku ma­li­no­we­go, w końcu jest ma­ło­let­nia. Może wresz­cie usią­dzie na tyłku. – Bemik nie wy­trzy­my­wa­ła ha­ła­śli­we­go i ener­gicz­ne­go za­cho­wa­nia mło­dej.

– Co masz do Mai? – spy­tał Ry­szard, uśmie­cha­jąc się do­bro­tli­wie.

– Ge­ne­ral­nie nic. Ale lata wokół nas jak ten komar. Albo giez.

– Młoda jest, to się musi wy­szu­mieć – stwier­dził no­stal­gicz­nie Rychu.

– To niech szumi, tylko spo­koj­niej i ci­szej. Maja – ryk­nę­ła wresz­cie star­sza ko­bie­ta – chodź tu!

Majka przy­bie­gła w pod­sko­kach i lekko zdy­sza­na cze­ka­ła na dal­sze po­le­ce­nia.

– Sia­daj koło mnie. Koik, nalej dziec­ku piwa. Pół na pół z so­kiem!

Chło­pak po­słusz­nie na­peł­nił kufel do po­ło­wy pie­nią­cym się na­po­jem, a resz­tę uzu­peł­nił ma­li­no­wą Paolą.

– Pij, młoda! – po­le­ci­ła Bemik.

– A fuj, słod­kie do po­rzy­ga­nia – za­pro­te­sto­wa­ło zło­to­wło­se dziew­czę.

– Nie gry­maś. Ciesz się, że w ogóle do­sta­łaś!

Sie­dzie­li pod prze­stron­ną wiatą przy ogrom­nym, drew­nia­nym stole. Zbie­ra­ły się czar­ne chmu­ry zwia­stu­ją­ce burzę, ale im to nie prze­szka­dza­ło. Wręcz prze­ciw­nie, dzię­ki złym pro­gno­zom więk­szość tu­ry­stów zre­zy­gno­wa­ła z wy­praw w góry, więc ośro­dek mieli tylko dla sie­bie. Kil­ka­na­ście osób zje­cha­ło z całej Pol­ski, i nie tylko, i nocą oku­po­wa­ło pię­tro schro­ni­ska, wie­czo­ra­mi wiatę, zwaną szum­nie al­ta­ną, a w dzień roz­ła­zi­li się grup­ka­mi po oko­li­cy lub od­sy­pia­li za­le­gło­ści.

Dla­te­go po­ja­wie­nie się obcej, chu­dej, szcza­po­wa­tej po­sta­ci, o prze­rze­dzo­nych, ja­snych wło­sach, wy­wo­ła­ło spore zdzi­wie­nie. Męż­czy­zna przy­sta­nął na gra­ni­cy świa­tła roz­le­wa­ne­go przez słabe ża­rów­ki i przez oku­la­ry, któ­rych szkła gru­bo­ścią przy­po­mi­na­ły denka od weków, z za­in­te­re­so­wa­niem oglą­dał roz­hu­ka­ną cze­re­dę.

– Czego? – ode­zwał się Beryl. – Chce cze­goś?

– Nie – za­prze­czył lekko prze­stra­szo­ny facet.

– Jak nie chce – do­łą­czył do roz­mo­wy Syf – to won.

– Nie won! Tylko nie won! – obu­rzył się obcy. – To wolny kraj i wolno mi tu stać!

– Może i wolny – po­wie­dział wolno Roger, a oko na pawim pió­rze, za­wa­diac­ko wpię­tym w czu­pry­nę, roz­bły­sło fio­le­tem i czer­wie­nią – i dla­te­go po­wtó­rzę wolno, co po­wie­dział ko­le­ga: won – mi – stąd! To im­pre­za za­mknię­ta. A jak nie, to po­ga­da­my ina­czej!

Na po­twier­dze­nie swo­ich słów za­czął pod­no­sić się od stołu, ale szło mu nie­zbyt skład­nie, dla­te­go Beryl zde­cy­do­wa­nie go wy­prze­dził i ru­szył szyb­kim kro­kiem w kie­run­ku in­tru­za. Roger za­bez­pie­czał tyły i flan­ki w za­leż­no­ści, w którą stro­nę go znio­sło. Facet nie cze­kał, aż do­pad­ną go pod­pi­ci opo­nen­ci, tylko truch­ci­kiem za­czął ucie­kać. Za­cze­pił jed­nak ma­ry­nar­ką o ba­rier­kę i z roz­pru­tej kie­sze­ni coś się wy­sy­pa­ło. Beryl schy­lił się i pod­niósł trzy świe­cą­ce ka­mycz­ki.

– Ej, bo­ha­ter, coś ci wy­pa­dło! – za­wo­łał, bo nie chciał być po­są­dzo­nym o zabór mie­nia.

– Mnie nic nie wy­pa­da – od­krzyk­nął pra­wie na­pad­nię­ty. – No, może tro­chę zęby i włosy – dodał po kró­ciut­kiej chwi­li wa­ha­nia.

– Te, picuś, ja mówię o tym! – Beryl wy­cią­gnął dłoń, na któ­rej le­ża­ły dziw­ne, owal­ne ko­ra­le.

– To nie moje. Nie moje, mówię! – Facet od­da­lał się, wy­ma­chu­jąc ła­pa­mi, jakby od­ga­niał się od na­tręt­nych much.

– Ry­szar­dzie, czy to nie był… – za­czę­ła Bemik.

– E, chyba nie. Wpraw­dzie wi­dzia­łem go tylko raz na okład­ce Fan­ta­sty­ki, ale wy­glą­dał ina­czej.

– Zo­bacz­cie! – za­wo­łał Koik. – Maja za­snę­ła.

– Trze­ba za­nieść dzie­cia­ka do koi – za­trosz­czył się Fas. – Syfie, pomóż, sam nie dam rady.

– To ja pro­po­nu­ję – wtrą­ci­ła się Jó­ze­fi­na – udać się na kom­na­ty.

– Do kom­nat – po­pra­wi­ła au­to­ma­tycz­nie Re­gu­la­to­rzy.

– Do kom­nat – zgo­dzi­ła się ła­ska­wie Jose – bo do­cho­dzi trze­cia.

Nie­któ­rzy ją po­par­li, nie­któ­rzy wy­gwiz­da­li po­stu­lat, jeden nie miał wyj­ścia, ale w końcu wszy­scy udali się do pokoi. Beryl usi­łu­jąc ro­ze­brać się do spa­nia, uznał, że da radę ścią­gnąć spodnie w po­zy­cji sto­ją­cej i gdyby nie jego przy­ja­ciół­ka, skoń­czy­ło­by się to za­pew­ne roz­bi­ciem głowy o me­ta­lo­wą ramę łóżka. Na szczę­ście wy­sy­pa­ły mu się tylko fa­sol­ki. Mimo po­szu­ki­wań na czwo­ra­ka nie udało się od­na­leźć jed­ne­go lekko świe­cą­ce­go, owal­ne­go ka­mycz­ka.

Po kilku mi­nu­tach ciszę pa­nu­ją­cą w całym schro­ni­sku za­czę­ły roz­dzie­rać różne od­gło­sy świad­czą­ce o tym, że uczest­ni­cy spo­tka­nia od­da­li się w ca­ło­ści we wła­da­nie Mor­fe­uszo­wi. Od po­sa­py­wa­nia, przez po­chrzą­ki­wa­nie, po­gwiz­dy­wa­nie, do chra­pa­nia w róż­nych to­na­cjach.

 

* * *

– Tylko jej nie wy­strasz­cie, bo go­to­wa się po­de­rwać i wtedy na­ro­bi bi­go­su. – Cichy, me­lo­dyj­ny głos po­wo­li prze­bi­jał się przez watę, jaka za­ty­ka­ła jej uszy i do­cie­rał do mózgu, otu­lo­ne­go tą samą ma­te­rią.

– Ja pier… – Bemik uj­rza­ła nad sobą błę­kit­ne, nie­win­ne oczę­ta Mai i zmie­ni­ła pier­wot­ny za­miar do­sad­ne­go wy­ra­że­nia opi­nii na temat wła­sne­go sa­mo­po­czu­cia. – Ja pier…wszy raz w życiu mam taki ból głowy.

– Nie to jedno przy­tra­fi ci się dziś po raz pierw­szy – po­in­for­mo­wa­ła ją nieco ta­jem­ni­czo Re­gu­la­to­rzy.

– To zna­czy? – Bemik usia­dła i na­tych­miast przy­sło­ni­ła usta dło­nią.

– Wody? – spy­tał usłuż­nie Syf.

– Y…y – wy­krztu­si­ła ko­bie­ta, co miało ozna­czać od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji. – Kawy. Czar­nej. Moc­nej. Bez cukru. I pa­pie­ro­sa.

– Ja pier… ja chrza­nię, ale masz wy­ma­ga­nia. Nie do­sta­niesz.

– Dla­cze­go? – spy­ta­ła Bemik sła­bym gło­sem.

– Bo sie­dzi­my na ja­kimś pier­do­lo­nym li­ściu, kil­ka­set pier­do­lo­nych me­trów nad zie­mią, po­ni­żej widać tylko pier­do­lo­ną zie­leń i je­dy­ny do­stęp­ny płyn, to woda, która ze­bra­ła się po nocy. Zna­czy rosa – do­koń­czył za ko­le­gę Fa­so­let­ti.

– Co?

– To – po­wie­dział Fas i usiadł tak gwał­tow­nie, że wszy­scy się za­ko­ły­sa­li.

– Ge­ne­ral­nie Fas ma rację. Nie uży­ła­bym może ta­kich słów na okre­śle­nie sy­tu­acji, w któ­rej się znaj­du­je­my, ale mniej wię­cej tak to wy­glą­da – wtrą­ci­ła się Re­gu­la­to­rzy. – I oba­wiam się, że tym razem wię­cej niż mniej.

Sko­ło­wa­na Bemik, która obu­dzi­ła się naj­póź­niej ze wszyst­kich, a wła­ści­wie zo­sta­ła obu­dzo­na, po­pa­try­wa­ła na twa­rze ze­bra­nych wokół niej osób, sta­ra­jąc się doj­rzeć w nich ro­sną­ce ob­ja­wy we­so­ło­ści, co zna­czy­ło­by, że wszyst­ko to żart.

Wresz­cie ostroż­nie pod­nio­sła się i ro­zej­rza­ła. Stali i sie­dzie­li na kilku li­ściach cze­goś ogrom­nia­ste­go, pod no­ga­mi roz­po­ście­ra­ła się prze­paść, a w od­le­gło­ści kilku me­trów od pędu ich ro­śli­ny widać było dość pła­ski frag­ment gi­gan­tycz­nej góry.

– Tak, tak – po­wie­dział Roger – wiemy, że po­win­ni­śmy prze­do­stać się na stały grunt. Tylko jak to zro­bić.

– Roz­bu­jać kwia­tek – szep­nę­ła Maja.

– Co? Na­ćpa­ła się cze­goś? Nie wy­trzeź­wia­ła jesz­cze? Kto jej dał wódy? – Py­ta­nia padły z kilku ust jed­no­cze­śnie.

– Zaraz, zaraz… – Koik dra­pał się w zmierz­wio­ną czu­pry­nę. – Ma­ju­sia nie jest taka głu­piu­sia.

– Wy­ja­śnij!

– Mu­si­my wszy­scy wleźć na samą górę, zna­czy na szczyt pędu, roz­bu­jać i prze­sko­czyć na tą skal­ną półkę.

– Tę – po­pra­wi­ła au­to­ma­tycz­nie Re­gu­la­to­rzy. – Masz rację. Wła­zi­my. Tylko kto pierw­szy?

– Beryl – stęk­nę­ła Bemik. – To wszyst­ko przez niego.

– Prze­ze mnie? Prze­ze mnie? Zwa­rio­wa­łaś? A co ja mam z tym wspól­ne­go?

– Fa­so­la – zdo­ła­ła wy­stę­kać ko­bie­ta, a potem wy­chy­li­ła się tak mocno za liść, że Jó­ze­fi­na mu­sia­ła zła­pać ją za pasek od spodni z obawy, że wy­pad­nie.

– Jaka, kurwa, fa­so­la? – za­pe­rzył się Beryl.

– Ta, co ją wczo­raj zna­la­złeś. Trzy. Blyyy – Ko­lej­ne wy­chy­le­nie poza liść.

– Padło ci na głowę, czy jak?

– Masz fa­sol­ki? – spy­ta­ła Bemik ocie­ra­jąc usta wierz­chem dłoni. – To pokaż!

Beryl się­gnął do kie­sze­ni i wy­cią­gnął dwa świe­cą­ce, owal­ne ka­mycz­ki.

– A wi­dzisz – po­wie­dzia­ła bez sa­tys­fak­cji ko­bie­ta. – Są tylko dwie. Bo jedna to toto! – Po­kle­pa­ła zie­lo­ną ło­dy­gę. – Znam się na tym. W końcu od lat upra­wiam ogró­dek.

– Nie ma co pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem – stwier­dzi­ła sta­now­czo Jose. – Idzie­my. A Beryl idzie pierw­szy.

Poza tym, że Beryl idzie pierw­szy, nie usta­lo­no dal­szej ko­lej­no­ści. Pa­no­wie wresz­cie opa­no­wa­li nieco oszo­ło­mie­nie i za­czę­li dzia­łać, jak na dżen­tel­me­nów przy­sta­ło. Za­bez­pie­cza­li ko­bie­ty i po­ma­ga­li im we wspi­nacz­ce.

– Wi­dział ktoś Ochę? – wy­sa­pa­ła Maja, przy­le­pio­na jak mszy­ca do ło­dyż­ki.

– O kur­czę! Nie ma jej!

– Może zo­sta­ła w schro­ni­sku? – wy­ra­zi­ła przy­pusz­cze­nie Re­gu­la­to­rzy.

– Coś ty! Łoiła z nami równo, ale padła jako ostat­nia. Wiem, co mówię – stwier­dzi­ła sta­now­czo Bemik. – Spała koło mnie i tak chra­pa­ła, że ja mia­łam pro­blem z za­śnię­ciem!

– To był Roger. Wiem, bo do­pie­ro, jak go kop­nę­łam, to prze­stał – po­wie­dzia­ła Jose.

– Ocha była z dru­giej stro­ny. Na pewno zo­sta­ła na któ­rymś li­ściu.

– Ja po nią zejdę – za­ofe­ro­wał się Koik i zanim ktoś zdo­łał go po­wstrzy­mać, zsu­nął się jak gib­bon.

– Je­eest! – Usły­sze­li po chwi­li jego wrzask. – To chwi­lę po­trwa. Jest w szoku.

Przy­cup­nę­li na li­ściach, przy­trzy­mu­jąc się ło­dy­gi lub krę­co­nych wąsów. Po kilku mi­nu­tach zo­ba­czy­li dziew­czy­nę, a wła­ści­wie naj­pierw do­tarł do nich jej prze­ni­kli­wy szept.

– Ja się tak nie bawię. Za­bie­ram swoje za­baw­ki i idę stąd.

– Ocha, nie przej­muj się. Po­myśl sobie, że to sen. – Re­gu­la­to­rzy usi­ło­wa­ła uspo­ko­ić ko­le­żan­kę.

– To nie sen. Szczy­pa­łam się w różne miej­sca tak wiele razy, że nie wiem, co sobie po­my­śli mój mąż, jak mnie znowu zo­ba­czy…

Jed­nak myśl o ro­dzi­nie po­dzia­ła­ła na nią po­zy­tyw­nie. Prze­sta­ła la­men­to­wać, za­ci­snę­ła zęby i wspi­na­ła się tak szyb­ko, że Koik le­d­wie mógł za nią na­dą­żyć.

– Wszy­scy są? – Beryl ogar­nął wzro­kiem gro­mad­kę. – Dziew­czy­ny wspi­na­ją się na sam szczyt. Kiedy już tam będą, prze­le­zą na jedną stro­nę. Oczy­wi­ście tę, która jest bli­żej półki – wy­ja­śnił, aby za­po­biec nie­po­ro­zu­mie­niom. – Potem my do­kle­imy się i prze­chy­li­my ło­dy­gę. Dziew­czy­ny ze­sko­czą i już.

Nie było to może takie „już”, ale udało się. Potem pa­no­wie roz­bu­ja­li gięt­ką koń­ców­kę fa­so­li i po kolei ze­ska­ki­wa­li na gór­ską łącz­kę.

– Udało się! Udało się! – Maja obie­ga­ła wszyst­kich jak młoda gór­ska ko­zi­ca i wrzesz­cza­ła ra­do­śnie.

– Niech ją ktoś uspo­koi, bo łeb mi pęka. – Tym razem to Ocha za­pro­te­sto­wa­ła prze­ciw­ko ob­ja­wom en­tu­zja­zmu mło­dziut­kiej ko­le­żan­ki.

– A teraz co? – spy­tał jak zwy­kle prag­ma­tycz­ny Roger. We­tknię­te we włosy pawie pióro smęt­nie ki­wa­ło mu się na boki.

– Po­win­ni­śmy się ro­zej­rzeć po oko­li­cy – za­pro­po­no­wał Fas i na­tych­miast był gotów do dal­sze­go mar­szu.

– Idź sam! – po­wie­dzia­ła Bemik. – My tu chwil­kę od­pocz­nie­my. Wiek doj­rza­ły ma swoje za­le­ty, ale też wady.

Ry­szard po­ki­wał głową.

Ich od­po­czy­nek nie trwał nawet dzie­się­ciu minut, kiedy zza skal­ne­go za­ło­mu do­bie­gło ich przy­zy­wa­ją­ce wo­ła­nie Fasa. Sły­sze­li w jego gło­sie taką ra­dość, że ru­szy­li bie­giem.

– Kupa! – krzy­czał ura­do­wa­ny chło­pak.

– Kupa czego? – sta­ra­ła się uści­ślić Re­gu­la­to­rzy.

– No, kupa… – po­wtó­rzył skon­ster­no­wa­ny Fa­so­let­ti.

– Ro­zu­miem, że kupa – Reu­gla­to­rzy mó­wi­ła wolno i wy­raź­nie – cho­dzi mi o to, co wy­wo­ła­ło twój za­chwyt. Czego jest tu kupa?

– Aaa – Fas za­ła­pał na­resz­cie. – Kupa gówna!

– Co? – wrza­snę­li chyba wszy­scy, gdy do­tar­ło do nich, że przej­ście, ogra­ni­czo­ne z jed­nej stro­ny prze­pa­ścią, a z dru­giej stro­mym zbo­czem, za­gra­dza im kupa od­cho­dów nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go po­cho­dze­nia.

– To jest naj­praw­dziw­sza, naj­gi­gan­tycz­niej­sza kupa gówna, jaką wi­dzia­łem w życiu!

– To fan­ta­stycz­nie, że tak ci się po­szczę­ści­ło. Jest jeden mały pro­blem. A wła­ści­wie nawet kilka. Po pierw­sze – ktoś tę kupę mu­siał zro­bić. Po dru­gie – ta kupa za­gra­dza nam przej­ście. Po trze­cie – tu śmier­dzi tak, że za chwi­lę po­rzy­gam się ja i jesz­cze kil­ko­ro z na­szej grupy.

– Prze­ko­pie­my się! – po­wie­dział Fa­so­let­ti i przy­kuc­nął z za­mia­rem roz­po­czę­cia wy­grze­by­wa­nia przej­ścia.

– Nieee! – Ryk, który wy­do­był się z gar­deł ota­cza­ją­cych go ludzi strą­cił­by nie­jed­ną la­wi­nę, gdyby była zima. Na szczę­ście było późne lato i o śnie­gu mogli tylko ma­rzyć.

– Och – jęk­nę­ła nagle Bemik, a gest, jakim przy­ło­ży­ła dło­nie do pier­si wska­zy­wał, że coś o mało nie przy­pra­wi­ło jej o zawał.

– Co się stało? – spy­tał Ry­szard z tro­ską w gło­sie.

– Chyba wi­dzia­łam Ma­lu­tę!

– Kogo? – Parę osób wy­raź­nie się zdzi­wi­ło.

– Ma­lu­tę. Tę, Co Nie Ucię­ła Frę­dzel­ka – wy­ja­śni­ła Bemik.

– Spa­da­my stąd! – po­le­cił na­tych­miast Beryl. – Wy­bie­rze­my inną trasę.

– Szko­da. – W gło­sie Fa­so­let­tie­go sły­chać było szcze­ry żal.

– Czego szko­da? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ocha.

– Kupy. I że to nie ja zna­la­złem fa­sol­ki.

– Dla­cze­go?

– A wiesz, gdzie mo­gli­by­śmy się zna­leźć, gdyby to moja wy­obraź­nia dzia­ła­ła…

Ocha nie wy­trzy­ma­ła i po­truch­ta­ła na stro­nę.

* * *

– Dla­cze­go wła­ści­wie mu­si­my iść do góry? – spy­ta­ła Re­gu­la­to­rzy, kiedy od­su­nę­li się na bez­piecz­ną od­le­głość od źró­dła smro­du.

– Bo na fil­mach za­wsze idą do góry – od­po­wie­dzia­ła Ocha. – Nawet jak w bu­dyn­ku ban­dy­ci ucie­ka­ją przed gli­nia­rza­mi, to za­wsze do góry.

– Przy­czy­na jest taka – prze­rwał te na­iw­ne dy­wa­ga­cje Roger – że w dół nie wie­dzie żadna ścież­ka. Tylko w górę. Więc primo – nie mamy wyj­ścia, se­cun­do – ktoś to tak urzą­dził.

– No to trud­no. Szu­ka­my innej drogi.

Ro­ze­szli się i bez en­tu­zja­zmu wy­pa­try­wa­li ście­żek. Wkrót­ce trzy osoby ogło­si­ły od­kry­cia.

– Którą drogę wy­bie­ra­my? Pój­dzie­my tą czy tą? – spy­ta­ła Jose.

– Tę – Re­gu­la­to­rzy po­cie­ra­ła w za­my­śle­niu ucho, do­pie­ro, gdy do­strze­gła na­tar­czy­we spoj­rze­nia przy­ja­ciół, oprzy­tom­nia­ła nieco i od­rze­kła lekko ro­ze­źlo­na: – No co? Ja też się mogę cza­sem mylić!

– Nad czym du­masz? – spy­ta­ła Bemik.

– E, nic.

– To którą wy­bie­ra­my? – nie­cier­pli­wie do­py­ty­wa­ła się Maja.

– Wszyst­ko jedno. – Beryl wzru­szył ra­mio­na­mi. – Mo­że­my iść tędy. – Wska­zał sze­ro­ką i wy­god­ną trasę.

– Wła­śnie tak sobie my­śla­łam – wtrą­ci­ła za­my­ślo­na Re­gu­la­to­rzy – że chyba nie po­win­ni­śmy wy­bie­rać wy­god­nej, sze­ro­kiej ścież­ki, bo ona za­pro­wa­dzi nas do­ni­kąd. Ra­czej trud­ną i wy­bo­istą – taką drogą wła­śnie mamy szan­sę do­stać się tam, na szczyt.

Wszy­scy spoj­rze­li w górę, gdzie pro­mie­nie słoń­ca wy­łu­ski­wa­ły od czasu do czasu ukry­ty we mgle i chmu­rach wierz­cho­łek.

– To idzie­my tędy – za­ko­men­de­ro­wał Beryl i wska­zał chyba naj­trud­niej­szą trasę.

Wspi­na­li się mo­zol­nie, po­ty­ka­jąc o ka­mie­nie, wy­krę­ca­jąc stopy na ko­rze­niach, pa­da­jąc i pod­no­sząc się. Gdzie było bar­dziej stro­mo, opa­da­li na czwo­ra­ka i po­su­wa­li się wciąż do przo­du. Po­ma­ga­li sobie wza­jem­nie, nie ba­cząc na wy­czer­pa­nie, pot i ból. Naj­le­piej zno­si­ła to Maja. Była naj­młod­sza, po­przed­nie­go wie­czo­ra do­sta­ła tylko sym­bo­licz­ną dawkę al­ko­ho­lu, więc jej or­ga­nizm nie był wy­sta­wio­ny na tak cięż­ką próbę jak kil­kor­ga star­szych ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Dla­te­go też ona pierw­sza po­ko­na­ła ko­lej­ny za­kręt i do uszu po­zo­sta­łych do­biegł jej ra­do­sny okrzyk.

– Ja piór­ku­ję! Kura z ha­la­bar­dą i ka­skiem…

– Z heł­mem – wy­sa­pa­ła Re­gu­la­to­rzy, po­ko­nu­jąc z wy­sił­kiem ko­lej­ny etap wę­drów­ki. – Ha­la­bar­da i hełm są ele­men­ta­mi zbroi, na­to­miast kask jest…

Urwa­ła i gło­śno wcią­gnę­ła po­wie­trze do płuc.

– A tu jed­nak jest kask – do­koń­czy­ła i za­trzy­ma­ła się, blo­ku­jąc drogę po­zo­sta­łym.

Kiedy wresz­cie udało się ją prze­pchnąć, cała resz­ta gro­ma­dy uj­rza­ła to, czym za­chwy­ci­ła się Maja. Ścież­ka koń­czy­ła się ogrom­ną ścia­ną, jakby pęk­nię­tą na pól, a przed tą szcze­li­ną de­fi­lo­wał sre­brzy­sty ko­gu­cik, z ha­la­bar­dą pod skrzy­dłem i w ró­żo­wym kasku ze spe­cjal­nym wy­cię­ciem na czer­wo­ny grze­bień na gło­wie. Ptak ma­sze­ro­wał raz w jedną, raz w drugą stro­nę, dając tym do zro­zu­mie­nia, że pełni tu straż. Przy każ­dym zwro­cie nie­po­ręcz­na ha­la­bar­da wy­su­wa­ła mu się spod skrzy­dła, a kask opa­dał na oczy.

– Czy to jest… – za­czę­ła py­ta­nie Bemik.

– Tak – po­twier­dził Syf. – To jest dj Jajko. Teraz dj Kura.

– Ra­czej Kogut – spre­cy­zo­wa­ła jak zwy­kle Re­gu­la­to­rzy.

– A dla­cze­go teraz Kogut? – do­py­ty­wa­ła się Maja.

– Bo wy­rósł, doj­rzał i wy­kluł się z jaja – wy­ja­śni­ła Ocha. – No, może nie w tej ko­lej­no­ści.

– Czyli jakby wkro­czy­li­śmy na wyż­szy po­ziom? – Do­my­ślił się Fa­so­let­ti.

– Tak jakby – po­twier­dził Beryl.

– Jam jest Straż­nik Tek­sa­su, zna­czy Fan­ta­sty­ki. Nie po­zwa­lam – ode­zwał się Ko­gu­cik.

– Na co nie po­zwa­lasz? – za­in­te­re­so­wa­ła się Jó­ze­fi­na.

– Nie po­zwa­lam na przej­ście. No pasarán!

– Dla­cze­go on gada po wło­sku? – spy­ta­ła szep­tem Maja.

– Po hisz­pań­sku. Żeby było widać, jaki jest elo­kwent­ny – wy­ja­śni­ła rów­nież szep­tem Re­gu­la­to­rzy, do któ­rej py­ta­nie było skie­ro­wa­ne.

Ko­gu­cik zaś kon­ty­nu­ował wy­po­wiedź:

– No, może tylko ta się prze­ci­śnie! – Wol­nym skrzy­dłem wska­zał Re­gu­la­to­rzy.

– A dla­cze­go ona? – za­pe­rzy­ła się Ocha. – Ja je­stem szczu­plej­sza!

– No to ja nie mam szan­sy – wes­tchnę­ła cięż­ko Bemik i po­pra­wi­ła luźną bluz­kę, która miała ukryć kilka fał­dek na brzu­chu.

– Nie o to chyba biega – wy­szep­ta­ła Jo­se­he­im. – Mnie się wy­da­je, że temu tam cho­dzi o to, że ewen­tu­al­nie tylko Re­gu­la­to­rzy speł­nia wy­mo­gi ja­kieś wyż­szej in­stan­cji.

– Sama nie pójdę – obu­rzy­ła się Re­gu­la­to­rzy. – Albo wszy­scy, albo nikt.

– Wszy­scy za jed­ne­go, jeden za wszyst­kich – za­krzyk­nę­ła wo­jow­ni­czo Maja i pod­sko­czy­ła aż za­maj­tał jej koń­ski ogon.

– No to spa­da­my, a ty sobie zo­stań sam – po­wie­dzia­ła do niego jesz­cze. – Wo­la­łam cię, jak byłeś jaj­kiem – do­da­ła po chwi­li ze smut­kiem.

Od­wró­ci­li się i za­czę­li scho­dzić.

– Ej, za­cze­kaj­cie! – Do­biegł ich kon­spi­ra­cyj­ny szept dj Ko­gu­ta. – To nie tak, jak my­śli­cie…

– A jak? – Beryl za­trzy­mał się, ocze­ku­jąc na wy­ja­śnie­nia.

Ko­gu­cik pod­szedł bli­żej, ro­zej­rzał się ostroż­nie na boki i wy­znał:

– Ja mam takie po­le­ce­nia z góry. Gdyby to ode mnie za­le­ża­ło, po­zwo­lił­bym wam przejść przez szcze­li­nę, a nawet tro­chę po­pchnął. Ale nie mogę. Ale za to po­wiem wam, że po­win­ni­ście wró­cić i wy­brać tę ścież­kę, na któ­rej leży naj­wię­cej ka­mie­ni.

Nagle coś go prze­stra­szy­ło, bo gwał­tow­nie od­wró­cił się, przy czym wy­su­wa­ją­cą się spod skrzy­dła ha­la­bar­dą o mało nie wy­dłu­bał oka Ro­ge­ro­wi, a Sy­fo­wi nie roz­ciął po­licz­ka i szyb­kim kro­kiem po­wró­cił na swoje miej­sce.

Po­ma­cha­li mu i roz­po­czę­li mo­zol­ną wę­drów­kę naj­pierw w dół, na po­la­nę, a potem znowu do góry. Mniej wię­cej w po­ło­wie drogi na szczyt ich ścież­kę znowu prze­gro­dzi­ła ogrom­na skała. Ale tym razem za­miast szcze­li­ny w litej skale uj­rze­li drzwi z desek z li­te­go drew­na, a na nich ta­blicz­kę z na­pi­sem „Dzwo­nić tak długo, jak się da! E=mc2”.

– Co to zna­czy? – spy­ta­ła za­sko­czo­na Bemik.

– Każ­dej nie­ze­ro­wej masie spo­czyn­ko­wej od­po­wia­da "ukry­ta" ener­gia spo­czyn­ko­wa – wy­ja­śnił jej Roger.

– Wiem – od­po­wie­dział nieco ze­źlo­na. – To zna­czy nie wiem, ale nie cho­dzi­ło mi o ten wzór, tylko o to na po­cząt­ku.

– Ojej – za­śmia­ła się Maja – ty to masz pro­ble­my. Mamy dzwo­nić tak długo, aż nam się znu­dzi. Albo jemu! – I za­czę­ła na­ci­skać dzwo­nek.

– To dziec­ko bywa cza­sem ge­nial­ne – po­wie­dział z uzna­niem Ry­szard.

Wszy­scy roz­sie­dli się na tra­wie, a Majka dzwo­ni­ła. Kiedy roz­bo­lał ją palec, za­stą­pił ją Syf, potem Fa­so­let­ti i na­stęp­ni.

– My­śli­cie, że to ma jakiś sens? – py­ta­ła Bemik, kiedy na­de­szła jej kolej na­ci­ska­nia dzwon­ka.

– A my­ślisz, że pi­sa­nie fan­ta­sty­ki ma sens? – od­po­wie­dział py­ta­niem Koik.

– No, ra­czej ma. Bo spra­wia przy­jem­ność! Tobie i tym, co czy­ta­ją.

– To po wuja pcha­my się na sam szczyt? – spy­tał Beryl.

– Bo każdy ma na­dzie­ję, że jego twór­czość jest wy­jąt­ko­wa, że ktoś ją do­ce­ni, wyda i bę­dzie suk­ces. A tak na­praw­dę to uda się jed­ne­mu z nas, albo może nawet ni­ko­mu.

– To co? – do­py­ty­wa­ła się Maja. – Pcha­my się, czy spa­da­my?

– No na­resz­cie ja­kieś kon­struk­tyw­ne wnio­ski – po­wie­dział chudy, szcza­po­wa­ty facet w oku­la­rach ze szkła­mi jak denka od sło­ików, po­ja­wia­jąc się nagle w drzwiach.

Bemik nie ode­rwa­ła palca od przy­ci­sku i dzwo­ni­ła bez prze­rwy, przy­glą­da­jąc się jed­no­cze­śnie E=mc2 z otwar­ty­mi usta­mi.

– Mo­żesz prze­stać? – zwró­cił się do niej.

– O czym mó­wisz? O pi­sa­niu, czy o dzwo­nie­niu? Czy o ga­pie­niu?

– W tej chwi­li o dzwo­nie­niu.

Ko­bie­ta ode­rwa­ła wresz­cie palec od przy­ci­sku, ale wszy­scy nadal sły­sze­li dzwo­nie­nie w uszach.

– No dobra. Do­szli­ście do pra­wi­dło­wych wnio­sków – po­chwa­lił E=mc2. – Czy to zna­czy, że cze­goś się na­uczy­li­ście i re­zy­gnu­je­cie.

– Nigdy! – Wy­sko­czy­ła z bo­jo­wym okrzy­kiem Majka. – Prze­nig­dy. I bez two­jej po­mo­cy wdra­pie­my się na szczyt albo spad­nie­my w dół!

– To pleo… – za­czął Roger, ale dziew­czy­na nie po­zwo­li­ła mu do­koń­czyć.

– Tak, wiem co to. Ale to nie ma zna­cze­nia. Lubię pisać. Jak wy wszy­scy. I nikt nie bę­dzie mi mówił, kiedy mam prze­stać. Zro­bię to, jak ze­chcę.

– My­lisz się – wszedł jej w słowo E=mc2. – Nie mo­żesz tak po pro­stu sko­czyć w dół. Wró­cisz w to samo miej­sce.

– Nie mogę? Nie mogę? – za­pe­rzy­ła się dziew­czy­na. – To patrz!

Zanim kto­kol­wiek za­re­ago­wał Majka rzu­ci­ła się bie­giem w kie­run­ku skra­ju prze­pa­ści, a potem ru­nę­ła w dół. Wszy­scy (oprócz E=mc2) za­mar­li z prze­ra­że­nia. Jesz­cze przez chwi­lę sły­chać było dia­bo­licz­ny chi­chot dziew­czy­ny, potem na­sta­ła cał­ko­wi­ta cisza, którą prze­rwa­ło py­ta­nie:

– Ona coś brała?

I nagle Majka po­ja­wi­ła się z po­wro­tem wśród nich. Ry­szard po­rwał dziew­czy­nę w ra­mio­na, Bemik gła­ska­ła ją po ple­cach i wy­krzy­ki­wa­ła coś bez sensu, Ocha była na gra­ni­cy pła­czu, Re­gu­la­to­rzy już pła­ka­ła, a Jose klęła na czym świat stoi. Pa­no­wie za­cho­wa­li wię­cej umia­ru i roz­sąd­ku. Kiedy wszy­scy uspo­ko­ili się nieco, Ry­szard i Koik wy­su­nę­li się przed kum­pli.

– Sami sobie po­ra­dzi­my. Na­pi­sze­my, zro­bi­my ko­rek­tę i wy­da­my. A inni będą nam za­zdro­ścić. A teraz – z drogi.

Od­su­nę­li zdez­o­rien­to­wa­ne­go E=mc2 na bok i gro­ma­dą prze­kro­czy­li próg. A potem po­wę­dro­wa­li ku szczy­to­wi. To nic, że po dro­dze Bemik po­tknę­ła się i całym cię­ża­rem wpa­dła na drob­niut­ką Majkę, a potem obie po­to­czy­ły się do tyłu i jak kule do krę­gli zwa­li­ły po­zo­sta­łych. Nie miało to chyba więk­sze­go zna­cze­nia, bo wszy­scy tra­fi­li do ja­kie­goś tu­ne­lu, któ­rym wśród śmie­chów i pi­sków zje­cha­li na sam dół.

 

* * *

– Jak są­dzi­cie, co cze­ka­ło na szczy­cie? – do­py­ty­wa­ła się Maja.

– Piór­ka? Brą­zo­we, srebr­ne i złote?

– Pu­bli­ka­cja wła­sne­go dzie­ła?

– Warsz­ta­ty li­te­rac­kie?

Wy­krzy­ki­wa­li jedno przez dru­gie, a kiedy wresz­cie za­mil­kli, ode­zwał się Fa­so­let­ti.

– A może – za­czął, a jego twarz przy­bra­ła roz­ma­rzo­ny wyraz – była tam wiel­ka, ogrom­na, gi­gan­tycz­na…

– Za­mknij się – ryk­nę­li zgod­nym chó­rem.

– Kupa? – do­koń­czył le­d­wie sły­szal­nym szep­tem.

Koniec

Komentarze

Fajne! Miejscami rechotałam w głos. :-D

Babska logika rządzi!

Ej, no super! No super po prostu! Przeczytałam jednym tchem, strasznie się denerwując, co to będzie dalej.

Koik, mój bohaterze! Bez Ciebie zginęłabym marnie!

Jakoś dziwnie bardziej podobają mi się teksty, w których jestem:).

Ogólnie: Świetny pomysł. Nieco zakręcony, kolorowy i po prostu zabawny. Genialne przedstawienie dj jajka, Ochy, Ryszarda, Beryla, Koika... A co do Bemika - ma do siebie dystans, i to się liczy! :)

Faajnie, kurcze, coraz trudniej mi wybrać faworyta... Mam nadzieję, że nie będę zmuszona wybierać pomiędzy tymi wszystkimi...

Ps."zaprotestowało złotowłose dziewczę." Nieee. To już przesada. Nie jestem blondynką!:-)

"- Ryszardzie, czy to nie był... - zaczęła Bemik.
- E, chyba nie. Wprawdzie widziałem go tylko raz na okładce Fantastyki, ale wyglądał inaczej". -- Superman w nowym przebraniu? Tony Stark? Na Bilba chyba trochę za wysoki. Tyrion też na pewno nie.

 

"Ryszard porwał dziewczynę w ramiona (...) Panowie zachowali więcej umiaru i rozsądku". -- No ładne kwiatki.

 

Pośmiałem się.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki wszystkim!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

I znowu to piwsko! Bez alkoholu nie umiecie? ;P

A opowiadanie świetne. W sumie nic dziwnego <wzrusza ramionami> --- to bemik.

Bardzo podobał mi się djKura, E=mc2 oraz bardzo wciągający... złe słowo!;-) ciekawy motyw... kupy. Tak.

A poza tym trochę... przegadane?;-)

Bardzo wdzięczny konkurs o Fantastach - gratulacje dla beryla!

Pozdrawiam;-)

Szkoda, że Fasa ostatnio prawie nie ma, na pewno by docenił ten tekst ; )

Ach, i oczywiście dziękuję za gratulację ; )

Eeee dobree :) Dawno mi się nie zdarzyło, że patrzyłam z przerażeniem na prawy bok ekranu (tam, gdzie jest wskaźnik ile jeszcze zostało do samego dolu :P) Bemik, gratuluję! Tobie też Beryl ;)

Uwieczniony po raz drugi! :)

Opowiadanie - mój faworyt w konkursie; dowcipne (pomimo gównianych dżołków), ciekawe (pomimo Koika w jednej z ról) i napisane super.

Pozdrawiam!

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

...Droga Bemik, jeżeli ktoś wdrapie się na szczyt, Ty powinnaś być pierwszą. Jesteś bezkonkurencyjna w pisaniu żywych ciekawych tekstów. Kłaniam się z uznaniem. Ten portal to literackie przedszkole --- nie ma egzaminów wstępnych, ani końcowych. Ten portal to warsztaty litrackie - zawsze można poprawić. Ten portal to cieplarnia - traktujemy się ciepło. Za portalem jest okrutny, bezwzględny, literacki świat i wyścigi szczurów. Z sześciu tysięcy użytkowników, sławę literacką ma szansę osiągnąć parę osób. Ale trzeba wierzyć w siebie. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Bemik to bemik, i wszystko jasne.

Bemiku, jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!  ;-)

Pozdrawiam rozbawiona i wzruszona. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję, a szczególnie serdeczne podziękowania lęcą do ORGANIZATORA FANTASTYCZNEGO KONKURSU. Taki temat jest tym bardziej fajny, że można napisać o nas, o naszych wyobrażeniach o osobach, z którymi kontaktujemy się właściwie tylko na portalu i przeczytać czasem o sobie, zobaczyć jak nas postrzegają inni. I tym bardziej jest to ciekawe, im więcej mnie jest w danym opowiadaniu (to zdaje się zauważyła Ocha).

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Organizatora cieszy to, że uczestnicy się dobrze bawią ; )

Ubawiłam się. Świetne opowiadanie.

Motyw kupy? Czemu?

 

To motyw z opowiadań Fasolettiego. Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

I w każdym opowiadaniu Fasolettiego jest kupa? Oryginalnie.

Nie w każdym.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To był taki fajny konkurs  – o nas, portalowiczach!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Był i nawet będzie ;) Po wynikach Grafomanii :P

Nowa Fantastyka