- Opowiadanie: Finkla - Uczeń czarownika

Uczeń czarownika

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Uczeń czarownika

Pro­log

 

Czte­rech chłop­ców stało do­oko­ła ogni­ska. Każdy trzy­mał za­ostrzo­ny patyk, na któ­rym piekł się ka­wa­łek za­ją­ca. To praw­da, w szkol­nym re­fek­ta­rzu do­sta­li­by znacz­nie więk­sze por­cje (nikt nie przy­pusz­czał, że po wy­pa­tro­sze­niu i ob­dar­ciu ze skóry, zdo­bycz skur­czy się do tak nik­czem­nych roz­mia­rów) i zo­sta­ły­by one hmmm… przy­pra­wio­ne, ale wol­ność i za­ka­za­ny owoc na deser do­da­wa­ły każ­dej po­tra­wie nie­za­po­mnia­ne­go smaku. A to był do­pie­ro po­czą­tek dro­bia­zgo­wo za­pla­no­wa­ne­go wie­czo­ru.

– Zimno się robi. – Zgo­ba­riusz za­drżał lekko i szczel­niej otu­lił się płasz­czem.

– Cze­kaj, zaraz cię roz­grze­ję. Po­trzy­maj. – Sma­gły, ciem­no­wło­sy Mal­fi­kus prze­ka­zał naj­bliż­sze­mu ko­le­dze za­im­pro­wi­zo­wa­ny rożen, a sam wy­cią­gnął różdż­kę i pod­szedł do zmar­z­la­ka. – Spójrz na mnie.

Pew­nym gło­sem wy­po­wie­dział in­kan­ta­cję, moc po­pły­nę­ła przez pręt. Bru­net nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Ostat­nio wiele się na­uczył o uzdra­wia­niu. Tylko Zgo­ba­riusz, za­miast po­czuć się le­piej, wes­tchnął i jak kłoda runął na plecy. Szcząt­ki za­ją­ca wy­lą­do­wa­ły w pło­mie­niach razem z kij­ka­mi.

– Co mu się stało?!

– Malfi! Coś ty mu zro­bił?

– Na kształt­ne cycki Mor­ga­ny! Ale on jest go­rą­cy!

– Ja tylko rzu­ci­łem za­klę­cie roz­grze­wa­ją­ce… Miało mu się zro­bić cie­plej.

– A znasz coś na zbi­cie go­rącz­ki?

– Nie. – Za­wsty­dzo­ny chło­pak scho­wał nie­szczę­sną różdż­kę. – Mu­si­my za­brać go do in­fir­me­rii.

Mal­fi­kus bał się użyć cho­ciaż­by ba­nal­ne­go za­klę­cia le­wi­ta­cji. Do te­le­por­ta­cji żaden z mło­dzień­ców jesz­cze nie do­rósł. Na szczę­ście Al­ti­mer nie tra­cił czasu na wa­ha­nia i po chwi­li nie­przy­tom­ny blon­dyn uno­sił się dwa łok­cie nad zie­mią. Po­zo­sta­ła trój­ka po­gna­ła w stro­nę aka­de­mii, przy­trzy­mu­jąc tro­skli­wie kom­pa­na.

 

***

 

– Ty be­zec­ny kpie! – darł się dy­rek­tor szko­ły. – Jak­żeś mógł tak okrut­nie du­ro­wać? Azali pobyt w na­szej wspa­nia­łej aka­de­mii ni krzty ro­zu­mu ci nie przy­spo­rzył?

Stary cza­row­nik po­czer­wie­niał ze zło­ści, jakby chciał iść w za­wo­dy z za­war­to­ścią pu­cha­ru sto­ją­ce­go na stole. Mal­fi­kus wcale nie mu­siał pa­trzeć na wrzesz­czą­ce­go pro­fe­so­ra, aby o tym wie­dzieć; miał już pewną prak­ty­kę w wy­słu­chi­wa­niu tego typu prze­mów. Do­świad­cze­nie mó­wi­ło mu, że le­piej nie od­ry­wać wzro­ku od ciżem spo­koj­nie spo­czy­wa­ją­cych na skó­rze wi­wer­ny. Gdyby za­miast niej leżał tu mięk­ki ko­bie­rzec, pew­nie zna­la­zł­by ślady wła­snych stóp. Głę­bo­ko od­ci­śnię­te. Taaak, bywał czę­stym, acz nie­chęt­nym, go­ściem w ga­bi­ne­cie Gre­cju­sza. Za­czął od razu, na pierw­szym roku.

 

***

 

Co to ja wtedy prze­skro­ba­łem? Ach, tak. Znik­ną­łem jed­no­roż­ca, któ­re­go mistrz be­stia­riusz przy­pro­wa­dził na lek­cję. Za­mie­rza­łem je­dy­nie zli­kwi­do­wać mu róg. Nawet nie cały, tylko ka­wa­lą­tek. Tak dla śmie­chu. No do­brze, chcia­łem wie­dzieć, jak bę­dzie się pre­zen­to­wał w roli ko­ni­ka. Ale w za­klę­cie po­szło zbyt wiele ener­gii i… Nie zo­sta­ło nawet jedno ko­pyt­ko.

Mu­sia­łem potem ty­siąc razy prze­pi­sać punkt re­gu­la­mi­nu gło­szą­cy, iż „obo­wiąz­kiem każ­de­go maga jest dbać o wszel­kie ma­gicz­ne stwo­rze­nia jeśli jeno owe szko­dy człe­ko­wi nie czy­nią tu­dzież na żywot jego nie czy­ha­ją”. Wraz ze szcze­gó­ło­wym omó­wie­niem wszyst­kich wy­jąt­ków, które na­mięt­nie czy­nią szko­dy lub na żywot czy­ha­ją. A naj­chęt­niej łączą jedno z dru­gim. I to ka­za­no mi nie byle jak na­ba­zgrać, lecz pięk­nie wy­ka­li­gra­fo­wać, takim samym po­krę­co­nym pi­smem jak w tej śmier­tel­nie nud­nej księ­dze star­szej jesz­cze niż onuce Zgre­dzju­sza. Pew­nie ślę­czał­bym nad tym aż do końca wa­ka­cji, gdyby Zgo­bek nie zdra­dził mi za­klę­cia zmu­sza­ją­ce­go pióro do ko­pio­wa­nia za­pa­mię­ta­ne­go tek­stu. Warto mieć przy­ja­ciół.

 

***

 

Prze­ma­wia­ją­cy dy­rek­tor do­pie­ro się roz­grze­wał. Jego głos roz­brzmie­wał w całej kom­na­cie, od­bi­jał się echem od ścian, wy­do­sta­wał się na dzie­dzi­niec i pło­szył tam go­łę­bie.

– Ty nie­cny hul­ta­ju! Nie­zmier­nieś mnie roz­cza­ro­wał. I, z bólem przy­zna­ję, nie pierw­szy to raz po­ża­ło­wa­nia godne oko­licz­no­ści przy­mu­sza­ją mnie, aby we­zwać cię tu, do mego ga­bi­ne­tu…

 

***

 

Nie po raz pierw­szy, i nawet nie po raz drugi.

Za dru­gim razem po­szło o po­pi­sy­wa­nie się sztucz­ka­mi ma­gicz­ny­mi przed miesz­cza­na­mi. Naj­pierw wy­słu­cha­łem dłu­ga­śne­go wy­kła­du o ko­niecz­no­ści ukry­wa­nia umie­jęt­no­ści, a zwłasz­cza sa­me­go pro­ce­su cza­ro­wa­nia, przed po­spól­stwem. Nigdy nie my­śla­łem, że kon­se­kwen­cje zdra­dza­nia se­kre­tów na­szej sztu­ki mogą być aż tak pa­skud­ne. Na to, że głu­pio roz­po­wszech­niać se­kre­ty wła­snej pro­fe­sji, jesz­cze mógł­bym sam wpaść. Pew­nie nawet po­wi­nie­nem. Ale żeby tak ni stąd, ni zowąd palić cza­row­ni­ków na sto­sach? Jaki chory umysł może zro­dzić taki po­mysł?

A po wy­gło­sze­niu umo­ral­nia­ją­cej prze­mo­wy, Zgre­dzjusz kazał mi po­sprzą­tać całą szko­łę. To zna­czy, od­no­wić sufit, ścia­ny i pod­ło­gę w każ­dym po­miesz­cze­niu po kolei. Przy po­mo­cy cza­rów, ale i tak na­ha­ro­wa­łem się strasz­nie. Niby za­klę­cie pro­ste, ale spró­buj­cie po­wta­rzać je kil­ka­dzie­siąt razy dzien­nie. Za­ła­twia­łem rap­tem co naj­wy­żej trzy kom­na­ty w ciągu jed­ne­go wie­czo­ru a i tak ledwo mia­łem siły, żeby się ro­ze­brać przed prze­wró­ce­niem na łoże i za­śnię­ciem. Nie­ste­ty, w na­szej aka­de­mii sal, klas, schow­ków i ko­ry­ta­rzy­ków nie bra­ku­je. Mógł­bym nawet za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że każdy pokój ma swój du­pli­kat. Za­pew­ne na wy­pa­dek uszko­dze­nia ory­gi­na­łu.

Na nie­szczę­ście, stary ramol za­dbał o od­po­wied­nio silną mo­ty­wa­cję do po­śpie­chu – za­bro­nił mi opusz­czać uczel­nię przed ukoń­cze­niem pracy. Dzia­ła­ło do­sko­na­le, do­pó­ki nie od­kry­łem bar­dzo cie­ka­wej rze­czy. Otóż, od­no­wio­ne ma­gicz­nie ścia­ny zwy­kle odro­bi­nę ja­śnie­ją. A rzu­co­ne na nie czary ilu­zyj­ne wy­ma­ga­ją dłuż­szej chwi­li, żeby się do­sto­so­wać do zmian. Jak tylko to za­uwa­ży­łem, za­czą­łem spraw­dzać, co za se­kre­ty chro­ni się ilu­zja­mi. I od­na­la­złem, mię­dzy in­ny­mi, mnó­stwo taj­nych przejść. I we­wnątrz szko­ły, i pro­wa­dzą­cych poza nią. Od tego mo­men­tu tempo sprzą­ta­nia mocno spa­dło.

 

***

 

– Niech i to za­ko­no­to­wa­nym zo­sta­nie, iż ty i dru­ho­wie twoi opu­ści­li­ście aka­de­mię bez ze­zwo­le­nia, czego re­gu­ła szkol­na sta­now­czo za­bra­nia.

 

***

 

Po­dej­rze­wam, że re­gu­la­min pi­sa­no wła­śnie po to, aby za­ka­zać wszyst­kie­go, co w życiu żaka we­so­łe, miłe, eks­cy­tu­ją­ce lub przy­no­szą­ce uzna­nie ko­le­gów.

„Opusz­cza­nie aka­de­mii bez ze­zwo­le­nia” we­szło mi w nawyk. Te wszyst­kie ukry­te tu­ne­le w ścia­nach aż się pro­si­ły o usu­nię­cie sta­rych pa­ję­czyn. W końcu dy­rek­tor kazał mi po­sprzą­tać całą szko­łę, czyż nie? Cie­szy­łem się zdo­by­tą wol­no­ścią i po­zna­wa­łem każdy kąt w mia­stecz­ku, do­pó­ki mnie nie zła­pa­li. Oka­za­ło się, że na­uczy­cie­le do­sko­na­le zdają sobie spra­wę z ist­nie­nia taj­nych przejść pro­wa­dzą­cych poza szkol­ny gmach. W każ­dym jed­nym umie­ści­li jakąś wred­ną pu­łap­kę. Banda sa­dy­stów. Długo po­trwa­ło, zanim do­wie­dzia­łem się, jak je można roz­bro­ić.

A w do­dat­ku Zgre­dzjusz kazał mi przez okrą­gły mie­siąc po­ma­gać w kuch­ni. I to bez wy­ko­rzy­sty­wa­nia magii. Dwie setki uczniów po­tra­fi mnó­stwo zjeść. Trzy razy dzien­nie. Za­sta­na­wia­łem się, skąd po­cho­dzi cała ta żyw­ność, do­pó­ki nie po­dej­rza­łem ku­char­ki. Na­szy­ko­wa­ła mięso na ko­tle­ty, do­da­ła szczyp­tę ja­kie­goś prosz­ku, a potem po­pro­si­ła któ­re­goś po­mniej­sze­go cza­row­ni­ka o pomoc. Ten rzu­cił krót­kie za­klę­cie po­więk­sze­nia i z jed­ne­go ta­le­rza zro­bi­ły się trzy balie wie­przo­wej masy. Od razu zmie­lo­nej i do­pra­wio­nej.

Za­klę­cie za­pa­mię­ta­łem z ła­two­ścią. Znacz­nie trud­niej było zna­leźć od­po­wied­ni mo­ment na zwi­nię­cie odro­bin­ki ma­gicz­ne­go pyłu. Ale w końcu zo­sta­wio­no mnie sa­me­go w kuch­ni.

 

***

 

Wzbu­rzo­ny pro­fe­sor za­czął cho­dzić po kom­na­cie z kąta w kąt. Mal­fi­kus zda­wał sobie spra­wę, że dy­rek­tor­ski gniew wła­śnie się­gnął ze­ni­tu i bał się choć­by drgnąć. Nie­uważ­nie wpusz­czał do ucha nie­prze­rwa­ny potok na­rze­kań na­pły­wa­ją­cy z coraz to innej stro­ny.

– Nie­po­praw­ne chło­pię! Toć już żem ci wy­ja­śniał grozy sto­so­wa­nia nie­zna­nych cza­rów na ży­wych stwo­rach. A ty, nie­po­mny, co czy­nisz? Na no­wot­ne uroki wżdy ba­czyć trza! Wsze­la­kie za­klę­cie w ustach głup­ca łacno klą­twą się staje!

 

***

 

A i ow­szem, tłu­ma­czył mi już to wszyst­ko. Bar­dzo do­kład­nie, nawet dro­bia­zgo­wo. Nie prze­czę.

Za­czął chyba przy oka­zji śli­ma­ka, któ­re­go po­więk­szy­łem do roz­mia­rów cie­lacz­ka. No, skoro w kuch­ni po­zna­łem taki po­ży­tecz­ny czar i zdo­by­łem bez­cen­ny pro­szek, żal by­ło­by tych skar­bów nie wy­ko­rzy­stać. Wtedy przy­naj­mniej wszy­scy się uśmia­li. Ależ cu­dow­ną minę zro­bił pro­fe­sor Bo­ta­ni­cus, kiedy przy­szedł spraw­dzić, jak nam idzie pie­le­nie pa­pro­ci her­ba­cia­nej. Ach, pal licho minę! Z jakim im­pe­tem klap­nął pro­sto w tacz­ki usłuż­nie pod­su­nię­te mu przez któ­re­goś kum­pla! I nawet nie można po­wie­dzieć, że nie za­dba­li­śmy o sta­re­go cza­row­ni­ka. Prze­cież tacz­ki pełne były… na­wo­zu. Cie­ka­we, kto też wpadł na taki wspa­nia­ły po­mysł… Na­uczy­cie­lom nie przy­znał się nikt, uczniom chyba z pię­ciu. Ale szatę Bo­ta­ni­cu­sa mu­sia­łem czy­ścić ja… Oraz opie­ko­wać się śli­macz­kiem aż do śmier­ci (jego lub mojej, jak za­zna­czył dy­rek­tor). Bo oka­za­ło się, że zwie­rzę­ta po­więk­szo­ne przy po­mo­cy sztu­ki czar­no­księ­skiej, stają się stwo­rze­nia­mi ma­gicz­ny­mi. Jak to stoi gdzieś w za­ka­mar­kach pa­skud­nej księ­gi, z któ­rej do­sko­na­le pa­mię­tam tylko jedną stro­nę.

Nawet nie mia­łem po­ję­cia, że śli­mak aż tyle żre. Co­dzien­nie przy­wo­zi­łem temu mon­strum dwie tacz­ki ziel­ska i grzy­bów. I to nie ze szkol­ne­go ogród­ka! To by było zbyt pro­ste. Zresz­tą, bydlę wchło­nę­ło już wy­star­cza­ją­co dużo magii. Kto wie, co by się dzia­ło, gdyby be­stia zja­dła sobie man­dra­go­rę? Nawet ja zdo­ła­łem po­wstrzy­mać swoją cie­ka­wość. A sprzą­ta­nie po tym po­twor­ku! Okrop­ność.

Ale przy­naj­mniej mag od elik­si­rów mnie po­lu­bił. Zapas wą­tro­bo­trzust­ki star­czy mu pew­nie do końca trwa­nia aka­de­mii. A jakie mocne mie­szan­ki wy­cho­dzi­ły ze skład­ni­ków po­zy­ska­nych z ma­gicz­ne­go śli­ma­ka. Za­su­szo­ny… pta­szek wciąż wisi w pra­cow­ni. Nigdy bym nie po­my­ślał, że skrom­ny mię­czak ma taki po­zaz­drosz­cze­nia godny organ.

 

***

 

Mag dy­rek­tor za­czął już prze­pla­tać krzy­ki do­no­śnym sa­pa­niem. Mal­fi­kus wie­dział, że teraz na pur­pu­ro­wą twarz pro­fe­so­ra po­wo­lut­ku wpeł­za­ły białe plamy. Widok nie­szcze­gól­ny. Wolał już wpa­try­wać się w swoje ci­żem­ki.

Na tym eta­pie pe­ro­ry zmę­czo­ny cza­ro­dziej mu­siał zwy­kle po­krze­piać się ły­kiem wina. O, wła­śnie. Kroki uci­chły, na­stą­pi­ła prze­rwa w mo­no­lo­gu. Od­głos prze­łknię­cia i stuk pu­cha­ru gwał­tow­nie od­sta­wia­ne­go na blat po­twier­dzi­ły prze­wi­dy­wa­nia chłop­ca.

 

***

 

Teraz pro­fe­sor chlap­nął sobie wina. Bo wtedy, pod­czas uro­czy­stej wie­cze­rzy z oka­zji przy­jaz­du sza­cow­nych gości…

Stary cza­ro­dziej, wy­stro­jo­ny tego dnia jak dria­da na świę­to lasu, wy­gra­mo­lił się zza stołu. Ma­je­sta­tycz­nym ge­stem uniósł swój ulu­bio­ny pu­char.

– Moi dro­dzy żacy, po­zwól­cie, iż przed­sta­wię wam de­le­ga­cję naj­czci­god­niej­szych magów, któ­rzy ra­czy­li przy­być do nas z od­le­głej Galii. Ko­le­gom pro­fe­so­rom tych re­spek­to­wa­nych per­son re­ko­men­do­wać nie muszę, al­bo­wiem sława da­le­ko ich wy­prze­dzi­ła. Któż z nas nie zna pro­ro­czych dzieł Mi­che­la de No­stre­da­me czyli nie używa wspa­nia­łych za­klęć przez Ni­co­la­sa Fla­me­la wy­du­ma­nych? Sza­now­ni pa­no­wie, vi­vant nasi zna­mie­ni­ci go­ście!

Po czym z na­masz­cze­niem speł­nił toast. Ale ciecz w kie­li­chu tylko wy­glą­da­ła i sma­ko­wa­ła pra­wie jak bor­de­aux. Na­praw­dę na­la­łem tam zwie­rzo­lin­gwy. Bar­dzo po­ży­tecz­ny elik­sir – po­zwa­la na zro­zu­mie­nie mowy zwie­rząt. A przy oka­zji spra­wia, że pi­ją­cy ma ogrom­ną ocho­tę po­roz­ma­wiać z naj­bliż­szy­mi by­dląt­ka­mi. W ich ję­zy­ku, oczy­wi­ście. To był cyrk! Ledwo Zgre­dzjusz zdą­żył usiąść, ze­rwał się po­now­nie i roz­po­czął praw­dzi­wy kon­cert miau­cze­nia, po­pi­ski­wa­nia, rże­nia, mu­cze­nia, gda­ka­nia, ry­cze­nia… Cała szko­ła rżała nie go­rzej niż on i pła­ka­ła ze śmie­chu. Kiedy do­szedł do świer­go­tu pta­sząt, dwóch młod­szych pro­fe­so­rów opa­mię­ta­ło się, zła­pa­ło dy­rek­to­ra za ra­mio­na i wy­pro­wa­dzi­ło.

Taaak, było we­so­ło. Dy­rek­tor jesz­cze długo nie mógł dojść do sie­bie na tyle, aby we­zwać mnie do ga­bi­ne­tu i wy­zna­czyć ko­lej­ną karę. Naj­pierw mu­siał po­cze­kać, aż zwie­rzo­lin­gwa prze­sta­nie dzia­łać. A dawkę łyk­nął po­kaź­ną. Za to miał pod do­stat­kiem czasu na wy­my­śla­nie wy­star­cza­ją­co wred­nej ze­msty. Pew­nie nawet nie miał wąt­pli­wo­ści, na kim na­le­ży ją wy­wrzeć. A może pro­fe­so­ro­wie mają swoje me­to­dy usta­le­nia, kto ostat­ni trzy­mał w rę­kach pu­char Zgre­dzju­sza…

W re­zul­ta­cie przez całe wa­ka­cje mu­sia­łem po­rząd­ko­wać per­ga­mi­no­we zwoje w bi­blio­te­ce. Za­ję­cie mało za­baw­ne, wpro­wa­dza­ją­ce adep­ta w świat kurzu i my­sich bob­ków, ale by­naj­mniej nie nudne. Nie wiem, na co li­czył stary wap­niak, lecz zna­la­złem wtedy praw­dzi­we skar­by. Trak­ta­ty, o któ­rych ist­nie­niu za­po­mnia­ła nawet pra­pra­bab­ka naj­star­szej słu­żą­cej w na­szej alma mater.

 

***

 

Po­krze­piw­szy się ły­kiem wina, pro­fe­sor wrzesz­czał ze zdwo­jo­ną ener­gią.

– Ileż razy mam ci, bez­ro­zum­ne pa­cho­lę, po­wta­rzać, iż wi­nie­neś trzy­krot­nie się za­sta­no­wić, nim po różdż­kę się­gniesz? Że każdy urok, jaki rzu­casz, ma swe kon­se­kwen­cje? Że każdy mag go­dzien tego za­szczyt­ne­go miana wpierw myśli o skut­kach czy­nów swo­ich, a do­pie­ro póź­niej, acz nie za­wsze, je po­peł­nia?

 

***

 

Och, wcale nie trze­ba mi tego po­wta­rzać. Ja to do­sko­na­le wiem. Tylko jakoś nigdy nie pa­mię­tam we wła­ści­wym mo­men­cie. Ale rze­czy­wi­ście, sły­sza­łem te zda­nia już po wie­le­kroć, wszyst­kie razem i każde z osob­na, w tym ga­bi­ne­cie i poza nim.

Na temat kon­se­kwen­cji uży­wa­nia magii, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem dłu­go­okre­so­wych, roz­wo­dził się Zgre­dzjusz, kiedy do szko­ły do­tar­ły amu­le­ty, które sprze­da­wa­łem mieszcz­kom. Naj­więk­szym wzię­ciem cie­szy­ły się ar­te­fak­ty za­pew­nia­ją­ce nie­na­gan­ny wy­gląd sza­tom. Ubra­nie za­cho­wy­wa­ło żywe barwy, nie dziu­ra­wi­ło się, nawet plamy po­zo­sta­wa­ły nie­wi­docz­ne. Do­pó­ki moc amu­le­tu się nie wy­czer­pa­ła. No skąd mo­głem wie­dzieć, że wtedy szmat­ki cał­ko­wi­cie znik­ną? W bi­blio­te­ce zna­la­złem mnó­stwo fra­pu­ją­cych ksiąg i nie zdą­ży­łem prze­czy­tać wszyst­kie­go. Sko­pio­wa­łem sobie tylko co cie­kaw­sze uroki.

To pew­nie dla­te­go upior­nie dro­gie ta­li­zma­ny wy­twa­rza­ne przez praw­dzi­wych cza­ro­dzie­jów wy­da­ją się słab­sze od moich. Ob­ło­ży­li je mnó­stwem po­bocz­nych za­klęć za­po­bie­ga­ją­cych wy­pad­kom.

Mu­sia­łem potem na­uczyć się na pa­mięć wszyst­kich moż­li­wych skut­ków każ­de­go czaru, jaki za­sto­so­wa­łem przy wy­ra­bia­niu ma­gicz­nych bły­sko­tek. Ze­bra­ło się tego strasz­nie dużo, ale i tak wo­la­łem za­ku­wa­nie od spo­tka­nia ze wście­kły­mi ko­bie­ta­mi. Nie po­tra­fi­łem sobie wy­obra­zić, co się dzia­ło, kiedy ich szaty nagle prze­pa­dły…

 

***

 

– Czy masz coś na swoje uspra­wie­dli­wie­nie? – Gre­cjusz za­wie­sił na chwi­lę głos.

Mal­fi­kus mil­czał. Wie­dział już, że to py­ta­nie re­to­rycz­ne. Kie­dyś wy­da­wa­ło mu się, że ma wszyst­ko wy­ja­śnia­ją­ce wy­tłu­ma­cze­nie…

 

***

 

Któ­re­goś razu od­po­wie­dzia­łem na pod­chwy­tli­we py­ta­nie sta­rusz­ka. To było… przy burzy. Zre­zy­gno­wa­łem z wy­ra­bia­nia amu­le­tów, ale, jak świat świa­tem, jesz­cze żaden żak nie skar­żył się na nad­miar we­so­lut­ko brzę­czą­cych monet. Za­czą­łem więc świad­czyć oko­licz­nej lud­no­ści usłu­gi. Po­mysł spra­wiał wra­że­nie znacz­nie bez­piecz­niej­sze­go od sprze­da­ży ma­gicz­nych ar­te­fak­tów. W rę­kach klien­tów nie zo­sta­wa­ło nic, co mo­gli­by nie­po­praw­nie wy­ko­rzy­stać.

Na po­cząt­ku lata wie­śnia­cy po­pro­si­li o ze­sła­nie desz­czu na ich pola. Upał od wielu dni pa­no­wał kosz­mar­ny, stud­nie wy­sy­cha­ły, rzeki zmie­ni­ły się w błot­ni­ste stru­my­ki. Ro­śli­ny wię­dły i żół­kły, groź­ba nie­uro­dza­ju, a może i głodu, za­wi­sła nad re­gio­nem.

Zgo­dzi­łem się i za­czą­łem przy­go­to­wa­nia. Za­dzie­ra­nie z ży­wio­ła­mi to po­waż­na spra­wa, a nie byle jar­marcz­ny uro­czek. Uwa­rzy­łem od­po­wied­ni elik­sir, pół pod­ło­gi w nie­wy­ko­rzy­sty­wa­nej kom­na­cie za­ry­so­wa­łem róż­no­ko­lo­ro­wy­mi sym­bo­la­mi, przez kilka go­dzin wy­gła­sza­łem in­kan­ta­cje. A wkrót­ce do­wie­dzia­łem się, że moje czary pa­skud­nie na­ło­ży­ły się na za­klę­cia jed­ne­go z pro­fe­so­rów, który także pra­co­wał nad na­wod­nie­niem są­siedz­twa. Wspól­nie, za­miast lek­kie­go desz­czu, spro­wa­dzi­li­śmy strasz­li­wą burzę; z pio­ru­na­mi, gra­dem i po­tęż­ną ulewą. Ale cała aka­de­mia uzna­ła, że winę po­no­szę wy­łącz­nie ja.

A kiedy Zgre­dzjusz spy­tał o uspra­wie­dli­wie­nie, z pewną dumą po­wtó­rzy­łem mu wszyst­kie ar­gu­men­ty wie­śnia­ków. To zna­czy, za­mie­rza­łem po­wtó­rzyć, ale już w po­ło­wie dru­gie­go zda­nia prze­ko­na­łem się, że czar kne­blu­ją­cy to wy­jąt­ko­wo bo­le­sna spra­wa. I że wpraw­ny mag może rzu­cić to pa­skudz­two w mgnie­niu oka. W do­dat­ku przez ja­kieś pół dnia, do­pó­ki za­klę­cie się nie wy­czer­pie, ofia­ra nie może ru­szyć szczę­ką, ję­zy­kiem czy choć­by prze­łknąć. Jeść ani pić też się nie da. A że w mo­men­cie za­dzia­ła­nia uroku mia­łem na wpó­ło­twar­te usta, to przez ten czas wy­schły na wiór. Okrop­ność!

Poza tym, mu­sia­łem przez długi i nudny mie­siąc spraw­dzać ob­li­cze­nia księ­go­we­go. A kon­tro­lo­wać cy­fer­ki w per­ga­mi­nach przy­szło mi wy­jąt­ko­wo do­kład­nie, bo Zgre­dzjusz za­gro­ził, że za każdy prze­pusz­czo­ny błąd do­rzu­ci mi do­dat­ko­wy ty­dzień prze­ga­nia­nia pa­cior­ków po aba­ku­sie i mo­cze­nia pióra w atra­men­cie. My­śla­łem, że ta kara nigdy się nie skoń­czy. Je­dy­ny cie­kaw­szy mo­ment na­stą­pił, kiedy od­kry­łem, że na za­ję­ciach dla pierw­sza­ków nigdy nie de­mon­stru­je się praw­dzi­wych zwie­rząt ma­gicz­nych, tylko ma­te­rial­ne ilu­zje. To dla­te­go jed­no­ro­żec znik­nął! Wcale nie zro­bi­łem mu krzyw­dy! A ten hi­po­kry­ta dy­rek­tor i tak na mnie na­wrzesz­czał.

No i jesz­cze do­wie­dzia­łem się z ra­chun­ków, że sło­dy­cze na targu oraz co lep­sze trun­ki w karcz­mach, to jesz­cze nie wszyst­kie przy­jem­no­ści, jakie w na­szym mia­stecz­ku można do­stać za pie­nią­dze.

 

***

 

Gniew pro­fe­so­ra za­czął już opa­dać. Stary mag do­strze­gał nawet pewne oko­licz­no­ści ła­go­dzą­ce.

– Acz­kol­wiek, przy­znać wi­nie­nem, iż po­bud­ki czy­nów twych cnymi się zdają. To za­iste po­stęp nie­ma­ły w po­rów­na­niu do in­szych wy­stęp­ków.

 

***

 

A jakże. Że ego­izm i do­brze wy­pcha­na sa­kiew­ka mogą za­szko­dzić, na­uczy­łem się przy oka­zji ko­lej­nej przy­go­dy.

Bo­wiem na sprze­da­ży amu­le­tów i drob­nych uro­ków do­ro­bi­łem się kwoty, jak na żaka, po­kaź­nej. Ale co młody męż­czy­zna może robić z pie­niędz­mi? Ile zdoła zjeść słod­kich cia­stek? W po­waż­nym wieku pięt­na­stu lat to już ra­czej nie ucho­dzi. A jesz­cze ko­le­dzy w do­rmi­to­rium opo­wia­da­li takie cuda…

Po­sta­no­wi­łem pójść do za­mtu­za. Pe­cho­wo (a może wła­śnie szczę­śli­wie – któż po­tra­fi po­wie­dzieć?), moja wy­ciecz­ka skoń­czy­ła się tuż za pro­giem przy­byt­ku. Nie­mal wla­złem na modne buty jed­ne­go z pro­fe­so­rów, a ten za­pro­wa­dził mnie pro­ściut­ko do ga­bi­ne­tu Zgre­dzju­sza. Po ko­lej­ną por­cję wy­rzu­tów.

Tym razem kazał mi na­pi­sać ra­port o sta­nie zdro­wia pra­cow­nic róż­nych domów roz­pu­sty w mia­stecz­ku. W trak­cie spo­rzą­dza­nia do­wie­dzia­łem się nie­cie­ka­wych rze­czy. Otóż, na pięć la­dacz­nic, czte­ry cier­pią na… hmmm, roz­ma­ite cho­ro­by za­wo­do­we. No ow­szem ja je­stem cza­ro­dzie­jem (pra­wie) – nic by mi się nie stało. Ale nawet samo le­cze­nie do przy­jem­nych nie na­le­ży. Jesz­cze nie spo­tka­łem pa­cjen­ta, któ­re­mu sma­ko­wa­ły­by na­pa­ry na­sze­go Me­di­cu­sa. A oprócz tego – weź i wy­ja­śnij ma­go­wi uzdro­wi­cie­lo­wi, w jaki spo­sób do­szło do za­ra­że­nia… Nie, chyba jed­nak do­brze, że nie zdą­ży­łem za­znać roz­ko­szy sprze­da­wa­nej w tym miej­scu.

A oprócz tego – zbie­ra­jąc in­for­ma­cje nie­zbęd­ne do ra­por­tu, spo­ty­ka­łem się z dziew­czę­ta­mi poza go­dzi­na­mi ich pracy. I prze­ży­łem ko­lej­ne roz­cza­ro­wa­nie. Oka­za­ło się, że na trzeź­wo, w świe­tle dnia, bez bar­wi­czek na twa­rzach nie wy­glą­da­ją już tak świe­żo i po­nęt­nie.

Ale na po­cząt­ku ro­bo­ty za­przą­ta­ła mnie cał­kiem od­mien­na kwe­stia: dla­cze­go Zgre­dzjusz tak nie znosi domów roz­pu­sty? My­śla­łem, że z za­zdro­ści – sam pew­nie za stary na te igrasz­ki. Nikt nie wie, ile on wła­ści­wie ma lat. Pewne jest, że zwy­kli lu­dzie tak długo nie żyją, a i cza­ro­dzie­je rzad­ko. Po­wia­da­ją, że dy­rek­to­ru­je aka­de­mii od ponad stu­le­cia, a kiedy zaj­mo­wał do­sko­na­le znany mi ga­bi­net, już chlu­bił się długą siwą brodą. Sam pro­fe­sor gada tak dzi­wacz­nie, jakby pa­mię­tał za­mierz­chłe czasy, gdy jesz­cze nie znano magii. Szcze­gól­nie, gdy się wku­rzy, czyli prak­tycz­nie za­wsze, gdy roz­ma­wia­my w czte­ry oczy.

Pod ko­niec pi­sa­nia ra­por­tu za­czą­łem po­dej­rze­wać, że stary jed­nak mnie lubi i na swój po­kręt­ny spo­sób pró­bu­je uchro­nić przed błę­da­mi. Za­sta­na­wia­łem się nawet, czy za wszyst­kie grzesz­ki, o któ­rych do­wia­du­je się mistrz, bywam ochrza­nia­ny i ka­ra­ny. Nie­wy­klu­czo­ne, że Zgre­dzjusz na więk­szość rze­czy przy­my­ka oko.

 

***

 

Dy­rek­tor już nie krzy­czał, prze­ma­wiał w miarę spo­koj­nie. Za­prze­stał spa­ce­rów, roz­siadł się wy­god­nie w fo­te­lu. Mal­fi­kus wie­dział, że zbli­ża się ko­niec tej jed­no­stron­nej roz­mo­wy.

– Omal żeś nie zabił swego umi­ło­wa­ne­go druha. Azali chciał­byś żywot pę­dzić, wie­dząc, że krew jego na twych rę­kach legła?

 

***

 

Nie, nie chciał­bym mieć krwi Zgob­ka na rę­kach. Ani czy­jej­kol­wiek. To zresz­tą stało się przy­czy­ną ko­lej­nej wi­zy­ty w dy­rek­tor­skim ga­bi­ne­cie.

Zro­bi­ło mi się żal bied­nych la­dacz­nic. Ich nawet nikt nie pró­bu­je uzdro­wić! A że Me­di­cus za­nu­dza nas swo­imi zło­ty­mi mak­sy­ma­mi, jak to „ła­twiej za­po­bie­gać niźli le­czyć”, za­czą­łem roz­da­wać dziew­czę­tom ta­li­zma­ny chro­nią­ce przed za­cho­ro­wa­niem.

Są­dzi­łem, że to zacny uczy­nek, nie przy­no­szą­cy ni­ko­mu szko­dy; la­dacz­ni­ce nie cier­pią, miesz­cza­nie zdrow­si, od­waż­niej­si, wpły­wy z po­dat­ków więk­sze… My­li­łem się. Otóż do Zgre­dzju­sza zgło­si­ła się de­le­ga­cja raj­ców. I na co skar­ży­li się do­stoj­ni oj­co­wie mia­sta? Wła­śnie na zbyt zdro­we pa­nien­ki w lu­pa­na­rze. Pew­nie nie tyle bur­mi­strzo­wi po­plecz­ni­cy ucier­pie­li, co ich mał­żon­ki się za­nie­po­ko­iły. Bo wieść o amu­le­tach ro­ze­szła się sze­ro­ko i coraz wię­cej dziew­cząt chcia­ło pra­co­wać wła­śnie w na­szej mie­ści­nie. A tego już sza­cow­ne ma­tro­ny ścier­pieć nie mogły.

Z po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się, że w celu roz­wią­za­nia pro­ble­mu wy­star­czy wrę­czyć parę amu­le­tów rów­nież w po­bli­skich wio­skach i mia­stecz­kach. Ha! Byłem młody i głupi. Do­pie­ro póź­niej Zgre­dzjusz wy­gło­sił kilka wy­kła­dów o dzia­ła­niu pań­stwa, po­li­ty­ce i si­łach utrzy­mu­ją­cych ca­łość w rów­no­wa­dze. Teraz już wiem, że na roz­daw­nic­two amu­le­tów nigdy nie zgo­dzą się ka­pła­ni. Bo jakże to by wy­glą­da­ło: jest grzech, a nie ma nie­uchron­nej kary, nawet jej ry­zy­ko wy­da­je się nie­wiel­kie. Cech cy­ru­li­ków pew­nie też by za­pro­te­sto­wał.

Ale wtedy przy­naj­mniej od­nio­słem wra­że­nie, że dy­rek­tor stoi po mojej stro­nie. I ma­ru­dził nie­zbyt długo, o wiele kró­cej niż dzi­siaj, i karę wy­zna­czył nad po­dziw lekką: ot, kazał mi przez mie­siąc po­ma­gać w staj­niach. Nawet różdż­ki mi nie za­re­kwi­ro­wał, więc i mierz­wą się nie upa­pra­łem. Oprócz tego, czasu dużo nie stra­ci­łem; parę chwil i boksy wy­czysz­czo­ne, a do zwie­rząt ko­niu­cho­wie nie po­zwa­la­li mi się zbli­żyć. Pew­nie pa­mię­ta­li nie­szczę­sną hi­sto­rię z jed­no­roż­cem.

Za to po­zna­łem bar­dzo przy­dat­ne za­klę­cie. Któ­re­goś dnia do aka­de­mii przy­je­chał po­sła­niec, po­ga­wę­dził chwi­lę ze Zgre­dzju­szem oraz kil­ko­ma naj­waż­niej­szy­mi pro­fe­so­ra­mi, i zaraz potem chciał wra­cać. Wolał na wła­snym ru­ma­ku, więc któ­ryś mag bły­ska­wicz­nie zdjął zmę­cze­nie z jego wierz­chow­ca.

 

***

 

Gre­cjusz, naj­wy­raź­niej wy­czer­pa­ny awan­tu­rą, tłu­ma­czył, a wła­ści­wie pro­sił o zro­zu­mie­nie. Cał­kiem spo­koj­nie.

– Moje dro­gie pa­cho­lę, nie­lza bez ni­ja­kie­go po­my­ślun­ku prze­no­sić eks­pe­rien­cji na jed­nym polu do­by­tej na insze.

 

***

 

Jak­bym o tym nie wie­dział!

Przy pierw­szej oka­zji wy­pró­bo­wa­łem „koń­skie” za­klę­cie na Al­ti­me­rze. Cza­ro­dziej po­ma­ga­ją­cy wów­czas po­słań­co­wi nic nie wspo­mi­nał, że urok ma pa­skud­ne skut­ki ubocz­ne. A może w ogóle nie zda­wał sobie z nich spra­wy. Bo oka­za­ło się, że czło­wiek po­trak­to­wa­ny tą me­to­dą głu­pie­je na kilka dni. I sam Me­di­cus nie zdo­łał od­wró­cić nie­po­żą­da­nych efek­tów. Bied­ny Al­ti­mer przez cały ty­dzień nie mógł mówić. Nawet jeść sa­mo­dziel­nie nie po­tra­fił. To zna­czy, z łyżką sobie nie ra­dził. Cią­gle pró­bo­wał wło­żyć głowę do miski i chłep­tać zupę. Ma­ka­brycz­ny widok. Na­pa­trzy­łem się, bo to ja go kar­mi­łem.

A jak już to­wa­rzysz od­zy­skał rozum, to jesz­cze przez trzy mie­sią­ce mu­sia­łem po­ma­gać w in­fir­me­rii. Wielu cho­rych nigdy u nas nie ma, więc się zbyt­nio nie na­pra­co­wa­łem. Za to przy każ­dym pa­cjen­cie po­zna­wa­łem nowe po­ży­tecz­ne czary uzdra­wia­ją­ce.

No tak. A dzi­siaj jeden z nich wy­ko­rzy­sta­łem, żeby pomóc Zdeb­ko­wi. Nie­do­brze wy­szło. Ale przy­cią­gnę­li­śmy go ży­we­go do aka­de­mii. Me­di­cus go wy­le­czy. Na pewno.

Na ko­stur Gan­dal­fa! Chyba sta­no­wię za­gro­że­nie dla naj­bliż­szych przy­ja­ciół. To już drugi po­szko­do­wa­ny w ciągu roku.

 

***

 

– I cóż ja mam z tobą czy­nić? Widać służ­ba w in­fir­me­rii ni­cze­go cię nie na­uczy­ła.

Teraz chło­pak mógł już bez­piecz­nie pod­nieść głowę. A nawet za­ry­zy­ko­wać kilka po­kor­nych słów.

– Ja bar­dzo prze­pra­szam, mi­strzu Gre­cju­szu – wy­mam­ro­tał.

– Jeden ze skry­bów spiesz­nie wy­je­chać mu­siał. Póki nie wróci, prze­pi­sy­wał bę­dziesz na czy­sto moje pisma do roz­ma­itych lu­mi­na­rzy magii a takoż do wsze­la­kich urzę­dów. Zgło­sisz się do mnie na­za­jutrz po wie­cze­rzy, jeno skryp­to­rium przy­nieś. A teraz precz z mych oczu! Żywo!

Mal­fi­kus nie cze­kał, aż uprzej­ma proś­ba zo­sta­nie po­par­ta pio­ru­nem ku­li­stym. Ukło­nił się szyb­ko i nie­mal wy­biegł z ga­bi­ne­tu.

 

Epi­log

 

Ledwo żak za­mknął za sobą drzwi, w kom­na­cie po­ja­wił się męż­czy­zna w sile wieku. To mistrz be­stia­riusz z ulgą zdjął za­klę­cie nie­wi­dzial­no­ści.

– Co z onym ukrzyw­dzo­nym pa­cho­lę­ciem? – za­py­tał prze­ło­żo­ny.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Me­di­cus od­wró­cił za­klę­cie roz­grze­wa­ją­ce tego ło­bu­za. Zo­sta­ło zwy­kłe prze­zię­bie­nie, ale jutro dzie­ciak bę­dzie zdrów i gotów do ko­lej­nych figli. Tak się za­sta­na­wiam…

– Cóż rzec chcia­łeś?

– Dla­cze­go jesz­cze nie za­mie­ni­łeś Mal­fi­ku­sa w jakąś do­brze uło­żo­ną ro­pu­chę? Ro­zu­miem, że numer z mio­tłą to nic nad­zwy­czaj­ne­go, po­ło­wa uczniów prze­cho­dzi przez ten etap. Ale póź­niej? Wszyst­kich nas wpę­dzi do grobu to chło­pa­czy­sko. No do­brze, żar­to­wa­łem z ro­pu­chą, ale cze­muż nie usu­ną­łeś go z aka­de­mii?

– Do­strze­gam po temu kilka przy­czyn. Primo, le­piej wszak, iżby kto by­wa­ły pil­no­wał utra­pień­ca bez ustan­ku. Se­cun­do, tu możem nie­szczę­sne­mu urwi­poł­cio­wi przy­kład dawać, jak mu kon­tro­lo­wać magię trza. Tuszę, iż coś od nas przej­mie. Ter­tio, sami nie­chyb­nie wiele się od niego na­uczyć zdo­ła­my. Te amu­le­ty przed wsty­dli­wy­mi cho­ro­ba­mi chro­nią­ce, za­iste wiel­kie wra­że­nie na mnie po­czy­ni­ły. Wierę, nie przy­pa­dek to, iż w tak mło­dym wieku do nas na naukę przy­ję­ty zo­stał. Qu­ar­to, wresz­cie, re­le­go­wa­nie z aka­de­mii nik­czem­nie by wy­glą­da­ło w cur­ri­cu­lum vitae przy­szłe­go dy­rek­to­ra na­szej pla­ców­ki.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam początek i ładnie się zapowiada:) Mam tylko dwa pytania. Po pierwsze, czemu zmiana narracji? Nie za bardzo to poszatkowane? Po drugie, czemu dyrektor tak dziwnie mówi? ;) Na mój gust przsesadzasz w jego wypowiedziach ze stylizacją.

Smutna kobieta z ogórkiem.

Narrację zmieniam, bo taką miałam koncepcję opowiadania. Czy zabieg słuszny – ja nie wiem, z zainteresowaniem powitam głosy na ten temat. Chciałam mieć jednocześnie wszystkowiedzącego narratora i wgląd w psychikę głównego bohatera (od wszechwiedzy bardzo odległego). Stylizacja dyrektora – owszem, jest ciężka. Później to wyjaśniam na potrzeby tekstu. A tak szczerze – chciałam sprawdzić, jak sobie daję radę z mocno archaicznym językiem. Teren nieznany, więc wkroczyłam delikatnie, tylko jednej postaci wkładając w usta dziwne słowa.

Babska logika rządzi!

Zgrabnie napisane :) A język dziwny nie przeszkadza, raczej uwiarygadnia postać

Dzięki. Cieszę się, że odebrałeś stylizację pozytywnie. :-)

Babska logika rządzi!

     Gdzie w tym spisie figli można odnaleźć jakąś akcję?      Pozdrówko.

Ano właśnie wydawało mi się, że ją wkładam w spis figli oraz ich konsekwencji. Trochę jeszcze do epilogu. Ale nie tyle chodziło mi o wydarzenia, co o opis procesu.

Babska logika rządzi!

Mnie też podobało się skontrastowanie dyrektora z resztą, bo podkreśla to jego wiek :D

I opisy figli też były ciekawe. Naprawdę mnie rozśmieszyły.

Generalnie genialne.

Ooo, dziękuję bardzo za ciepłe słowa. Cieszę się, że rozbawiłam. :-)

Babska logika rządzi!

Niezwykle sympatyczne opowiadanko:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Szczerze mówiąc, zmęczyło mnie to opowiadanie. Tak jak RogerRedeye oczekiwałam jakiejś konkretnej akcji, a tymczasem ten spis wybryków głównego bohatera ciągnął się i ciągnął w nieskończoność… Nie przemówiła do mnie sama koncepcja, bo wyszła taka gorsza wersja bliźniaków z Harrego Pottera – dowcipy Malfikusa jakoś mnie nie rozbawiły, poza tym protagonista zupełnie nie wzbudził we mnie sympatii. Wręcz przeciwnie, doskonale rozumiem dyrektora, który próbował wybić mu psoty z głowy na wszystkie możliwe sposoby. Chłopak jest po prostu nieodpowiedzialny, a jego dowcipy trącą mi takim autorskim przeswiadczeniem, że fajnie by było chodzić do szkoły magii i robić różne magiczne psikusy, bo nauki byłoby tam tyle, co kot napłakał. Na początku zastanawiałam się, dlaczego nasz główny bohater nie wyleciał z akademii na zbity pysk, ale ok, kupuję wyjaśnienie. Nad achaizowaniem proponuję jeszcze popracować. Sam pomysł jest fajny, ale niestety przez samo zastosowanie pomieszanego szyku zdania i wrzuceniu kilku archaicznych słów nie osiągnie się dobrego efektu. Jeśli jeszcze nie zdarzyło ci się czytać, to polecam Brzezińską, która takim stylem pisze całe książki (a jeśli już ją czytałaś, to przyjrzyj się stosowanym przez nią zabiegom, spróbuj napisać w ten sposób kawałki tekstu fabularnego albo coś w ten deseń). I może wrzuć więcej łacińskich zwrotów, jak właśnie to curriculum vitae czy wyliczanie, bo to pasuje do kontekstu i dobrze oddaje sposób mówienia dyrektora.

     Stylizację należy przeprowadzać, moim zdaniem,  konsekwentnie…      "– Ty bezecny kpie! – darł się dyrektor szkoły. – Jakżeś mógł coś tak bezdennie idiotycznego uczynić?! Azali pobyt w naszej wspaniałej akademii ni krzty rozumu ci nie przysporzył?"      A w tym zdaniu jest to poczynione niekonsekwentnie. I dlatego brzęczy.      Albo rybki, albo akwarium. Albo rybki, albo karaski.

Przykro mi, że tekst zmęczył i rozczarował. Nie upieram się, że w czarodziejskiej szkole jest fajnie – i w normalnej można robić psikusy. Tylko trochę mniej spektakularne. Dzięki za polecenie Brzezińskiej. Zajrzę. Co do łaciny – już wrzuciłam wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Poza tym, przez większość tekstu dyrektor jest wściekły. W takim stanie chyba nie cytuje się mądrych sentencji. Planuję jakieś opowiadanka archaizowane w całości, ale nie wszystko na raz. Dzięki za komentarz i rady. :-)

Babska logika rządzi!

Roger, masz rację – zaznaczone słowa nie pasują. Jak tylko wykombinuję im dobre zastępstwo, to zmienię. Chociaż, "idiota" to stary wyraz. Wiem, że w starożytności znaczył coś innego, ale już wtedy pochlebstwa nie stanowił. Dziękuję.

Babska logika rządzi!

Co do psikusów – tekst się tylko na nich koncentrował, stanowiły one esencję oppowiadania, więc ja, jako czytelnik, odnosiłam wrażenie, że nic innego w akademii się nie robi. Jeśli miałabyś rozbudowywać ten konkretny fragment, to może właśnie o jakieś szczegóły życia w szkole magii – coś a'la HP czy Ziemiomorze (w końcu w obu seriach były pokazane różne wygłupy i wpadki adeptów magii, ale też ich ciężka praca – w końcu ile wysiłku wymagało chociażby takie proste zaklęcie lewitacji). Wtedy nie pojawiałoby się wrażenie, że protagonista nic, tylko myśli, jaki by wyciąć następny numer. A co do łacińskich sentencji, to proszę się częstować: :P http://pl.wikiquote.org/wiki/Sentencje_i_zwroty_%C5%82aci%C5%84skie http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_lacinskie.html http://sentencjelacinskie.pl/ Sporo tego w internetach, większy problem z wyłuskaniem czegoś konkretnego i pasującego do kontekstu. Ale możesz sobie np. któregoś dnia przejrzeć te listy i wypisać najbardziej uniwersalne powiedzenia, żeby potem nie szukać w tonach innych sentencji.

Tak mi się przypomniało w kwestii tej łaciny – jak pisałaś o tym cytowaniu sentencji będąc wściekłym, to właśnie zwizualizowałam sobie takiego szlachcica albo uczonego, który we wściekłości powtarza ciągle jedną sentencję, która akurat mu się plącze po głowie. Jakieś audi, vide, sile, albo coś równie dobitnego i krótkiego.

     Jeszcze  jest tego trochę… Przykładowo "huncwot" – dośc nowożytny germanizm ---  i "wydumany". W tym ostatnim przypadku chyba lepiej byłoby użyć  wyrazu "wykoncypowany".      "Wydumany"  ma inne znaczenie. Ale, w sumie, to jest wszystko frajer.        Podstawowym brakiem tego tekstu jest brak wyrazistej intrygi.  Cały czas – długo – na coś czytelnik  czeka – i doczekuje się: epilogu.      Pozdrówko.

Opowiadanie to właściwie jedna scena – dyrektor ochrzania, a uczeń go nieuważnie słucha i wspomina podobne okazje. Gdyby zaczął zastanawiać się, co ma zadane z alchemii, to już by było przegięcie. Wyjaśniałam, że uczone sentencje do dyrektorskiej przemowy mi słabo pasują. Ja, kiedy jestem zdenerwowana, to używam języka ojczystego. No, może jeszcze przychodzą mi do głowy przekleństwa w innych. Ale tej łaciny czcigodny mag używać nie powinien. Dzięki za link. Może nie w tym tekście, ale gdzieś pewnie wykorzystam.

Babska logika rządzi!

A moim zdaniem wywód jest logiczny. Skoro dyrektor w swoim gabinecie skupia sie na "zjechaniu" ucznia, to wstawki poboczne, nie związane ze "zjechaniem" rozbiłyby tekst.

Rogerze, wyrzuciłam "bezdennie idiotycznego", "huncwota" zmieniałam na "hultaja". Też dość młody, ale przynajmniej bez takich konotacji. Wydumany zostaje. Czy każdy tekst musi zawierać wyrazistą fabułę? Brunon, dzięki za wsparcie.

Babska logika rządzi!

Nie ma co dziękować, tak uważam :)

OK. Fajnie, że nie jestem osamotniona w swojej opinii o ciężkiej pracy uczniów magicznych szkół i jej obecności w opowiadaniu. :-)

Babska logika rządzi!

Nie mówię, że do tego konkretnego tektu dokładać szersze tło – po prostu gdyby rozbudowywać ten świat przedstawiony, to właśnie o te elementy. No i starałam się znaleźć powód, dla którego tekst mnie tak zmęczył, bo nie powinien – i to, jak sądzę, właśnie kwestia braku tej wyrazistej fabuły, na którą przy tekście tej długości jednak czekałam.

Aaaa, gdyby rozbudowywać, to jasne, że powinny tam się znaleźć i ćwiczenia z transmutacji, i pielenie mandragory, i bardziej rozbudowane opisy przyjaciół… Ale na razie nie planuję przekształcania tekstu w coś większego. W przyszłości, kto wie…

Babska logika rządzi!

Zapowiadało się fajnie, czekałam na rozwinięcie akcji, ale go nie było. Stylizacja mocno wysilona, jakoś zupełnie mi nie pasowała. Szkoda, bo napisane bardzo ładnym językiem i naprawdę mogła być z tego fajna historia. Niestety, przy każdym kolejnym figlu robi się coraz nudniej.

To rzeczywiście szkoda. :-(

Babska logika rządzi!

Mnogośc psot czynionych przez niesfornego adepta magii sprawiła, że czytając o ostatniej, musiałam zajrzeć do początku, by przypomnieć sobie od czego się zaczęło. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, pomysłowy chłopak. :-) Dziękuję za komentarz.

Babska logika rządzi!

(…)  nieurodzaju [,+] a może i głodu [,+] zawisła  (…).   ---> popraw w oryginale, tu już za późno…  Chociaż nie, po przeniesieniu na nową stronę poprawisz w kopii roboczej.   Pamiętam, że rzuciłem okiem na to opowiadanie, ale coś mi przeszkodziło, potem zapomniałem… Bywa. Cieszę się, że przypomniałaś mi o tym tekście.    Co o nim sądzę? Aha – komentarzy nie czytałem… Z jednej strony nic odkrywczego, psoty uczniów czarnoksiężników opisywano już wiele razy, przy okazji niemal tyle samo razu przeszarżowując z dowcipem (czyniąc to w drugą stronę, mam na uwadze dowcip nieledwie sztubacki) albo skupiając się na jednej, za to możliwie przerażającej w skutkach. Twój Malfikus ani specjalnie głupio nie postępuje, chociaż mądrze też nie czyni, co przyznaje po niewczasie – taki prawdziwy nastolatek, palący się do czynów, bo już coś potrafi, więc najpierw coś robi, potem wyciąga wnioski… Z drugiej strony, pomimo braku wspomnianej "odkrywczości", tekst czyta się z przyjemnością, lekko, płynnie, bo za rzeczoną lekkością i opowiadania, i tematyki kryje się całkowicie poważna kwestia odpowiedzialności za swoje czyny, kwestia stopniowo uświadamiana sobie przez bohatera.   "Tak we w ogóle" większość Twoich dotychczas publikowanych tekstów "układa się" obok tekstów bemik. Niby nic, coś lekkiego, łatwo "wchodzącego", ale w tle coś konkretnego widnieje.

AdamieKB, gdybym nie miała pustego łba, to bym Ci zasalutowała. Wygląda na to, że odczytałeś to opowiadanie właśnie tak, jak ja je chciałam napisać. Cieszę się. Masz rację – w przypadku moich własnych tekstów zwykle punktem wyjścia jest jakieś przesłanie; coś, co chciałabym przekazać czytelnikowi. Dopiero późnej ubieram to w fabułę i bohaterów. Przy tekstach "na zadany temat" – konkursowych albo na przykład postapo – tego elementu zwykle nie ma. Bardzo dziękuję za komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

Ta końcówka z cv przyszłego dyrektora lekko zapachniała Prathettem, ale to tylko dobrze, jak dla mnie. Że mocna stylizacja tylko lepiej, przynajmniej możnaoodróżnićjednego bohatera od drugiego.

O, Bartolomello, stare teksty odwiedzasz. Dziękuję. Miło, że Ci się stylizacja spodobało. I aż Terry? Fiu, fiu… ;-)

Babska logika rządzi!

Super opowiadanie. Bardzo mi się podobało, choć koniec okazał się taki oczywisty (ale jednocześnie taki, jakiego oczekiwałem).

Świetnie ukazałaś, że posiadanie cech, które nie pasują do norm i z góry ustalonych schematów nie zawsze jest równoznaczne z przegraną, ba, często prowadzi na prawdziwe wyżyny.

Ciekawe jaki gagatek był z obecnego dyrektora. ;)

 

6/6. :D

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki, Arhizie. :-)

Końcówka nic a nic nie zaskoczyła? Hmmm.

No tak, z tymi niegrzecznymi chłopcami różnie bywa. Pewnie często właśnie od takiego dyrektora szkoły zależy, na jakim miejscu w społeczeństwie wyląduje delikwent. Cela czy biurko?

Też niezgorszy. Ale czasy były inne, młodzi nie mieli wtedy takich możliwości, niektórych czarów w ogóle nie znano…

Babska logika rządzi!

Fajne opowiadanko, a opis figli potrafi nie raz rozśmieszyć do łez. ;) 

„Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn”. H.P. Lovecraft

Dziękuję, Jakubie. :-)

Fajnie, że rozśmieszyłam. Chyba łatwo się identyfikować z psocącymi dzieciakami. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka