- Opowiadanie: mars - Próżnia

Próżnia

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Próżnia

Próż­nia

 

 

 

-Gor­szej nory chyba nie mo­głeś już zna­leźć? – rze­kła An­dże­li­ka i od­ru­cho­wo po­ło­ży­ła dłoń na swoim brzu­chu.

 

-Ni­g­dzie in­dziej nie chcie­li się ze mną spo­tkać. Zresz­tą co nam może jesz­cze za­szko­dzić? – od­parł obo­jęt­nie Pro­tor.

 

-Nie cho­dzi mi prze­cież o nas. – szarp­nę­ła go za rękaw. Od­wró­cił się i spoj­rzał na nią. Czę­sto za­sta­na­wiał się dla­cze­go z nią jest. Znał tyle pięk­niej­szych ko­biet. An­dże­li­ka nie była pięk­ną ko­bie­tą, choć pięk­no tutaj, kil­ka­set me­trów pod zie­mią, zmie­ni­ło swoją tra­dy­cyj­ną formę; wciąż było jed­nak na­gro­dą za udaną ad­ap­ta­cję śro­do­wi­sko­wą. Dżela nie miała łusek, sko­ru­py, nie stra­ci­ła owło­sie­nia i miała nie­zły wzrok, a jej skóra była ciem­na, bez żad­nej plam­ki…

 

W ko­ry­ta­rzu było coraz wię­cej wejść, przez które wcho­dzi­ło coraz wię­cej ludzi z róż­nych po­zio­mów sub­ter­ry. Można tu było wszyst­ko do­stać: świe­że owoce, wa­rzy­wa, mięso, le­kar­stwa, broń, na­rzę­dzia, nowe spej­se­ry. Wszyst­ko! Wszę­dzie dy­mi­ły pro­wi­zo­rycz­ne gar­kuch­nie i wa­bi­ły nie­zwy­kłym aro­ma­tem tur­ku­so­we kost­ki roz­ko­szy. Roz­brzmie­wa­ła mu­zy­ka.

 

Pan­ce­rza­ki, lu­dzie o ple­cach i gło­wie po­kry­tych łu­ska­mi, spe­cja­li­zo­wa­li się w sto­so­wa­niu wie­dzy tech­nicz­nej. Ich pa­znok­cie prze­kształ­ci­ły się w ostre, twar­de i cie­niut­kie na­rzę­dzia o nie­po­wta­rzal­nych kształ­tach. Byli bar­dzo spo­koj­ni, a gdy pa­trzy­li w bok wy­gi­na­li w cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób całe ciało.

 

Bie­la­ki byli po­zba­wie­ni owło­sie­nia, o skó­rze nie­mal prze­zro­czy­stej i gdyby nie no­si­li spe­cy­ficz­nych dla sie­bie ka­mi­ze­lek, koń­czą­cych się tuż przed ko­la­na­mi, w ich klat­ce można by­ło­by do­strzec bi­ją­ce serca i tęt­nią­ce pa­ję­czy­ny na­czyń krwio­no­śnych.

 

Pro­tor miał kie­dyś bie­lac­ką ko­chan­kę. Była jak Ocean.

 

Ka­mi­zel­ki bie­la­ków były po­kry­te ty­sią­ca­mi po­zio­mych linii o róż­nych, zmie­nia­ją­cych się bar­wach. Każdy bie­lak emi­to­wał in­dy­wi­du­al­ne widmo świetl­ne, wła­ści­we tylko jemu. Były de­ko­de­rem ciała, jego pra­gnień, emo­cji, bólu, wie­dzy… Ten spo­sób po­zwo­lił im prze­ka­zy­wać mię­dzy sobą nie tylko ważne in­for­ma­cje, ale i two­rzyć spe­cy­ficz­ną sztu­kę, zro­zu­mia­łą tylko dla nich. Bie­la­ki wy­two­rzy­ły na­miast­ki od­ręb­nej kul­tu­ry. Więk­szość zna­nych ar­ty­stów była po­cho­dze­nia bie­lac­kie­go.

 

Po­mię­dzy nimi byli Dżela, Pro­tor i wielu in­nych, któ­rych ciała nie wy­ka­zy­wa­ły jesz­cze prze­wa­ża­ją­cych cech dy­wer­gen­cji w jedną lub drugą linię ad­ap­ta­cyj­ną.

 

-Po co ro­dzisz na takim świe­cie? -wy­szep­ta­ła nagle przez zęby do Dżeli ko­bie­ta o czar­nych, równo uło­żo­nych cęt­kach na skó­rze i dwu nie­wiel­kich kęp­kach wło­sów na gło­wie.

 

An­dże­li­ka ode­pchnę­ła ją i szyb­ko skrę­ci­li w na­stęp­ny ko­ry­tarz. Skąd ona o tym wie? Po­my­śla­ła.

 

Sze­lest ge­ne­ra­to­rów był tutaj cich­szy. Ko­ry­tarz pusty, biegł ide­al­nie pro­sto. Pro­tor spoj­rzał jesz­cze raz na spej­se­ra i spraw­dził swoje po­ło­że­nie. Współ­rzęd­ne się zga­dza­ły, jed­nak żad­ne­go wej­ścia nie było.

 

-Cho­le­ra, umó­wi­łem się z nimi prze­cież tutaj…

 

Spoj­rzał w dal, gdzie ko­ry­tarz zle­wał się już tylko w jeden punk­cik. W tym samym mo­men­cie drzwi, na któ­rych znaj­do­wa­ła się ta ilu­zja, otwar­ły się przed jego nosem, a gdy zro­bi­li parę kro­ków przed sie­bie – za­mknę­ły. Stali chwi­lę w mrocz­nym po­miesz­cze­niu. Wresz­cie usły­sze­li kroki i uj­rze­li zbli­ża­ją­cą się po­stać.

 

-Prze­pra­szam, że nie mo­głem sta­wić się oso­bi­ście. W tej chwi­li mam kil­ka­set po­dob­nych spo­tkań jed­no­cze­śnie. Zresz­tą ostroż­ność zwięk­sza szan­se prze­ży­cia. Sia­daj­cie.

 

Do­pie­ro gdy usie­dli i szkla­ne ścia­ny ośle­pia­ją­co roz­bły­sły praw­dzi­wym świa­tłem sło­necz­nym, ścią­ga­nym tutaj kil­ka­set me­trów pod zie­mię przez sys­tem dy­fu­zyj­nych zwier­cia­deł i fil­trów prze­ciw­pro­mien­nych, oboje zmru­ży­li oczy, a Pro­tor za­uwa­żył, że Be­li­ze­ro­wi nawet nie drgnę­ła po­wie­ka na nie­bie­skich, sze­ro­ko otwar­tych oczach, znie­wa­la­ją­cych za­ufa­niem.

 

Be­li­zer rzekł:

 

-Może coś prze­ką­si­cie? Po­le­cam szcze­gól­nie to… Ża­łu­ję, że nie mogę sam skosz­to­wać…

 

Za­wsze nie­ogła­dzo­ny Pro­tor, mając dosyć wszech­obec­nych w die­cie glo­nów, które Dżela nie­stru­dze­nie ho­do­wa­ła i przy­rzą­dza­ła by unik­nąć po­ży­wie­nia po­wszech­nie zna­ne­go, rzu­cił się łap­czy­wie na ape­tycz­ną por­cję mięsa z wa­rzy­wa­mi. Dżela kop­nę­ła go pod sto­łem nogą. Nie zno­si­ła jego gru­bo­skór­no­ści. Ona także wiele razy dzi­wi­ła się sobie, że jest z kimś takim jak on.

 

-Tym razem kon­te­ne­ro­wiec może wziąć na po­kład 3000 osób. Żad­ne­go pan­ce­rza­ka, ani bie­la­ka. Tylko czy­ste jed­nost­ki. Na stat­ku bę­dzie się znaj­do­wać las mie­sza­ny stre­fy pod­zwrot­ni­ko­wej z runem le­śnym, sek­tor la­gu­ny mor­skiej stre­fy rów­ni­ko­wej i sek­tor ro­ślin­no­ści gór­skiej z praw­dzi­wym, lo­do­wa­tym po­to­kiem i pstrą­ga­mi. Udało się uzy­skać ba­lans eko­sys­te­mów. Poza tym sek­tor wiej­ski, miej­ski, praca, szko­ła, plaża, zima, itd. Jak to by­wa­ło daw­niej. Dla­te­go na­zwa­li­śmy go Gaja. To chlu­ba Ojca, który wy­słał już 300 po­dob­nych jed­no­stek przez 50 lat. Gaja jest jed­nak naj­więk­sza i naj­lep­sza.

 

Do­stęp­na od­le­głość jest prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­na. Napęd w pełni od­na­wial­ny, nawet ba­rie­ra czasu sko­ry­go­wa­na –na wy­po­sa­że­niu 1000 komór se­mi­hi­ber­na­cyj­nych i klo­no­tro­ny, gdyby cza­so­prze­strzeń nie dała się po­ko­nać w jed­nym cyklu fe­no­ty­pu.

 

Pro­tor po­że­rał na­stęp­ną sztu­kę mięsa, a Be­li­zer wydał się Dżeli nawet uprzej­my i przy­zwo­ity ni­czym żywy, tylko ten dobór słów, któ­rych do końca nie ro­zu­mia­ła…

 

–Naj­bliż­szy, do­ce­lo­wy obiekt znaj­du­je się 13 par­se­ków stąd. Naj­waż­niej­sze jest to, że zo­sta­li­ście ge­ne­tycz­nie za­kwa­li­fi­ko­wa­ni. Gra­tu­lu­ję wam, bo nie zda­rza się to czę­sto. Mo­że­cie czuć się dumni. Bę­dzie­cie pra­ko­leb­ką nowej ludz­ko­ści.Miło pa­trzeć, gdy ktoś ma taki ape­tyt, panie Pro­to­rze. Pro­szę o py­ta­nia.

 

-Kie­dy ucie­ka­my? – spy­ta­ła Dżela, nie mogąc zna­leźć lep­sze­go słowa.

 

-Nie­ba­wem, 4 może 5 dni, ale mu­si­cie jesz­cze przejść test be­ha­wio­ral­ny. To for­mal­ność. Pra­wie nigdy nie zda­rzy­ło się, aby kwa­li­fi­ka­cje ge­ne­tycz­ne za­wio­dły.

 

-Pra­wie? – rzu­cił po­iry­to­wa­ny Pro­tor i w tej samej chwi­li po­czuł ból brzu­cha. Prze­żar­łem się, po­my­ślał i spy­tał:

 

-Gdzie tu jest ła­zien­ka?

 

-Nie­bie­skie drzwi.

 

Wło­żył łeb pod stru­mień zim­nej wody, a gdy go pod­niósł i spoj­rzał w lu­stro uj­rzał za sobą Be­li­ze­ra.

 

-Co ty tu ro­bisz?

 

-Mu­sisz ją zo­sta­wić.

 

-Kogo?

 

-Nie uda­waj idio­ty. Ona nie może le­cieć z tobą.

 

-Dla­cze­go?

 

-Ona jest tref­na. Prze­cież sam wiesz! Żywy re­likt.

 

-Albo my dwoje, albo ko­niec z tymi ge­no­wy­mi bred­nia­mi!

 

Pro­tor szyb­ko wy­szedł i ku swo­je­mu zdzi­wie­niu spo­strzegł, że ten sam Be­li­zer sie­dzi i roz­ma­wia z Dżelą jak gdyby nigdy nic przy stole… Po­ka­zy­wał jej wi­zu­ali­za­cje promu. Wró­cił więc szyb­ko do ła­zien­ki i zo­ba­czył tego sa­me­go, lecz in­ne­go Be­li­ze­ra, sto­ją­ce­go przy lu­strze. Jesz­cze raz od­chy­lił drzwi i po­pa­trzył na Be­li­ze­ra, który ge­sty­ku­lu­jąc roz­ma­wiał z Dżelą. Byli iden­tycz­ni. Be­li­zer, ten ko­lej­ny obok niego, uśmiech­nął się i po­ki­wał szy­der­czo pal­cem.

 

-O co tu cho­dzi?

 

-Prze­cież mó­wi­łem ci, że za­ła­twiam wiele spraw w jed­nym cza­sie.

 

Pro­tor nie cze­kał dłu­żej. Wró­cił do stołu i nie zwra­ca­jąc uwagi na oży­wio­ną roz­mo­wę chwy­cił Dżelę za rękę.

 

-Idzie­my stąd. Nic tu po nas!

 

Dżela pró­bo­wa­ła sta­wiać opór. Prze­chy­lił jesz­cze tylko sa­la­ter­kę zie­lo­ne­go grosz­ku i rzekł:

 

-Ża­łuj kupo po­li­me­rów, że nie mo­żesz po­czuć smaku żar­cia.

 

I wydał z sie­bie dźwięk, któ­re­go nawet trzy­sta me­trów pod zie­mią lu­dzie sta­ra­ją się nie wy­da­wać w to­wa­rzy­stwie.

 

-Ża­łu­ję. Ty też żałuj, bo i tak do nas kie­dyś wró­cisz…

 

Gdy wy­szli na ze­wnątrz Dżela zde­ner­wo­wa­na krzyk­nę­ła:

 

-Mam cie­bie już dosyć nie­na­żar­ty idio­to! Co ci znowu od­bi­ło? Pierw­si, któ­rzy się zgo­dzi­li, a ty wszyst­ko ze­psu­łeś. Ile razy mó­wi­łam ci, żebyś nie żarł tych tru­cizn. Mózg ci la­su­ją.

 

-Two­je glony, ta cho­ler­na chlo­rel­la, grzy­by, pleśń i śmier­dzą­ce gry­zo­nie mi nie wy­star­czą… Je­stem sil­nym męż­czy­zną!

 

-Prze­cież oni muszą coś sypać do tego żar­cia! Zie­lo­ny gro­szek trzy­sta me­trów pod zie­mią?

 

-Gdy­by nie sy­pa­li dawno byśmy tu wszy­scy po­zdy­cha­li…

 

-Mało ci pro­mie­nio­wa­nia? Ja jakoś nie zde­chłam! Nawet nie wi­dzia­łeś nigdy jak to pro­du­ku­ją.

 

-Może nie zde­chłaś, ale…-Pro­tor prze­rwał Dżeli i nagle urwał. Za­wsze był im­pul­syw­ny, nie mie­wał dy­le­ma­tów.

 

-Ale je­stem re­lik­tem? To chcia­łeś po­wie­dzieć?

 

-Dże­la, za­ufaj mi, wiem co robię. Mam in­tu­icję, że prze­ro­bi­li­by nas na karmę dla jakiś zwie­rza­ków. Sły­sza­łem już o ta­kich przy­pad­kach, nikt nad tym nie pa­nu­je.

 

-A jaki mamy wybór? Mo­że­my tu zo­stać i żreć te same zwie­rza­ki lub cze­kać aż nas spali na po­piół. Ja chcę żyć, Pro­tor.

 

-Oni wszy­scy już o tym wie­dzą… Nikt nie chce cie­bie wziąć.

 

-Bo je­stem w ciąży?

 

Wsie­dli do kuli. Za­ję­li pierw­sze dwa fo­te­le w samym środ­ku. Pro­tor wpi­sał współ­rzęd­ne i kula nie­zau­wa­żal­nie ru­szy­ła z miej­sca. Mimo wiel­kiej pręd­ko­ści, ka­bi­na we­wnątrz po­sa­do­wio­na na ży­ro­sko­pach, kula mknę­ła wy­drą­żo­nym ko­ry­ta­rzem w głębi ziemi na ma­gne­tycz­nych ło­ży­skach mając na po­kła­dzie co naj­mniej trzy­dzie­ści osób. Co jakiś czas przy­sta­wa­ła, aby ktoś mógł wsiąść lub wy­siąść. Pod­czas po­dró­ży wszy­scy pa­trzy­li bez słów w ho­lo­gra­my umiesz­czo­ne na­prze­ciw­ko twa­rzy. Otwie­ra­no ko­lej­ny po­ziom z me­ga­ge­ne­ra­to­rem na głę­bo­ko­ści 2 ty­się­cy me­trów, drą­żo­no ko­lej­ne ko­ry­ta­rze i osie­dla na głę­bo­ko­ści­500 me­trów, ko­lej­ny pan­ce­rzak pia­sto­wał od­po­wie­dzial­ną funk­cję, za­kła­da­no ko­lej­ne sub­a­gro­ter­ria o nie­zwy­kłej wy­daj­no­ści plo­nów i wciąż po­wta­rza­no, rok po roku, całe ko­smicz­ne zda­rze­nie.

 

80 lat po za­re­je­stro­wa­niu gi­gan­tycz­ne­go na­tę­że­nia neu­trin w pod­ziem­nych la­bo­ra­to­riach na całym świe­cie, 25 lipca za­bły­sło na nie­bie dru­gie słoń­ce. Przez parę ty­go­dni nie było nocy, póź­niej na nie­bie po­ja­wi­ła się gi­gan­tycz­na zorza, ptaki, mor­skie ssaki i wiele in­nych stwo­rzeń stra­ci­ło orien­ta­cję prze­strzen­ną aż w końcu się za­czę­ło…

 

-Pro­tor, ono się chyba rusza… – szep­nę­ła Dżela. Pro­tor nie za­re­ago­wał.

 

Pod wpły­wem ro­sną­ce­go pro­mie­nio­wa­nia ko­smicz­ne­go at­mos­fe­ra ziemi ule­ga­ła per­fo­ra­cji. Pro­mie­nio­wa­nie ni­ce­stwi­ło bios­fe­rę. Ludz­ko­ści gro­zi­ła klę­ska głodu i epi­de­mia cho­rób po­pro­mien­nych. Kiedy zwie­rzę­ta wiel­ko­ści czło­wie­ka i więk­sze od niego wy­gi­nę­ły, czło­wiek zna­lazł już nową sie­dzi­bę i po­wo­li przy­sto­so­wy­wał się do za­ist­nia­łych wa­run­ków pod zie­mią. Su­per­no­we w sy­lu­rze czy kre­dzie rów­nież spo­wo­do­wa­ły, że życie zmie­ni­ło ra­dy­kal­nie swoją formę prze­trwa­nia, dla­cze­go teraz mia­ło­by być ina­czej? Wszyst­ko jest zgod­ne z pra­wa­mi przy­ro­dy.

 

-Pójdź­my dziś na jakiś do­pa­mi­ner. Dawno już nie by­li­śmy. Jutro wy­śle­my swoje kody do in­nych ojców. W końcu na kogoś tra­fi­my. Je­ste­śmy mło­dzi i zdro­wi. Za ty­dzień nie bę­dzie nas już tutaj. Wspo­mnisz moje słowa, Dżela. O, jest jesz­cze wolna prze­strzeń na do­pa­mi­ne­rze 28-134-93 – Pro­tor zaj­rzał do spej­se­ra – re­zer­wu­ję dla nas, do­pa­mi­nu­ją Styk­sler­si. Twoi ulu­bie­ni.

*

 

Setki ludzi, pan­ce­rza­ków i bie­la­ków cią­gnę­ło ko­ry­ta­rza­mi stem­plo­wa­ny­mi błysz­czą­cy­mi wspor­ni­ka­mi. Wresz­cie zna­leź­li się oboje w gi­gan­tycz­nej gro­cie wy­ku­tej w bia­łym ka­mie­niu, który w do­ty­ku był pra­wie mięk­ki. Każdy kto tutaj przy­był prze­cho­dził przez wą­skie, cia­sne przej­ścia, z któ­rych wy­ta­czał się już w prze­zro­czy­stej kuli, zwa­nej mo­na­dą. Ty­sią­ce kul-mo­nad prze­su­wa­ło się w po­zio­mie i w pio­nie ścian groty mo­gą­cej z ła­two­ścią po­mie­ścić czte­ry wiel­kie ka­te­dry, a gdy nagle wiel­ka, ma­gne­tycz­na scena, przy­byw­szy zni­kąd, za­wi­sła w samym środ­ku prze­strze­ni, dało się sły­szeć ciche, po­je­dyn­cze dźwię­ki. W takt tej mu­zy­ki ty­sią­ce monad za­czę­ło się zde­rzać i prze­miesz­czać we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach. Pod­czas do­pa­mi­ne­rów uak­tyw­nia­no pole de­gra­wi­ta­cyj­ne. Na wi­ru­ją­cej sce­nie była tylko jedna, nie­ru­cho­ma po­stać ar­ty­sty. Każde, nawet naj­mniej­sze drgnię­cie, nie­na­tu­ral­nie dłu­gich pal­ców wy­wo­ły­wa­ło dźwięk.

 

Każdy ruch do­wol­nej czę­ści ciała ar­ty­sty po­wo­do­wał dźwięk. W za­leż­no­ści od szyb­ko­ści ru­chów, ilo­ści po­ru­sza­nych czę­ści ciała – do­bie­ga­ły róż­no­rod­ne tony i miary. Każdy z dźwię­ków emi­to­wał inne widmo świa­tła. Białą grotę wy­peł­ni­ły nie­zwy­kłe ilu­mi­na­cje świa­teł i hip­no­tycz­ne ka­ska­dy dźwię­ków.

 

Do­pa­mi­ner za­po­wia­dał się nie­źle. W miarę jak ta­niec sta­wał się gwał­tow­niej­szy, fe­erie świa­teł i gir­lan­dy dźwię­ków, wy­peł­nia­ły tę wiel­ką ja­ski­nię nie­spo­dzie­wa­ną wi­tal­no­ścią kil­ka­set me­trów pod mar­twą sko­ru­pą Ziemi.

 

Ty­sią­ce monad, w któ­rych znaj­do­wa­li się lu­dzie wy­cią­ga­ją­cy ku sobie ręce, od­bi­ja­ło się od sie­bie, uno­sząc z lek­ko­ścią jak bańki my­dla­ne w róż­nych kie­run­kach. Gdy ar­ty­sta wpra­wiał swoje cia­ło-in­stru­ment w nie­praw­do­po­dob­nie szyb­kie ruchy, za któ­ry­mi po­to­czy­ły się ka­ska­dy dźwię­ków i świa­teł, jakby nie z tego świa­ta, roz­legł się nagle wspa­nia­ły, ludz­ki głos jak bły­ska­wi­ca na ciem­nym nie­bie. Wszy­scy na to cze­ka­li. Naj­pierw jeden, drugi, trze­ci aż w końcu nie można było ich zli­czyć. Brzmiał tylko chó­ral­ny śpiew i snopy bia­łe­go świa­tła skie­ro­wa­ły się na za­wie­szo­ną w po­wie­trzu, ma­gne­tycz­ną plat­for­mę. Ty­sią­ce serc biło w rytm tej samej syn­ko­py. Lu­dzie pła­ka­li ze szczę­ścia.

 

Wokół ludz­kie­go tan­ce­rza ubra­ne­go w ja­skra­we i lek­kie odzie­nie po­ja­wił się chór na­gich, bez­wło­sych al­bi­no­sów – bie­la­ków. Stru­mie­nie bia­łych świa­teł tak pod­świe­tli­ły ich ciała, że wy­glą­da­li jak prze­zro­czy­ste szklan­ki wody, w któ­rych ktoś umie­ścił żywe wnętrz­no­ści i kości. Za­czę­li in­to­no­wać pieśń bu­dzą­cą strach i ra­dość jed­no­cze­śnie. Dżela była prze­ko­na­na, że rytm wy­bi­ja­ły ich wi­dzial­ne, bie­lac­kie serca. Cze­ka­ła już tylko na finał.

 

Po raz ko­lej­ny Styk­sler­si nie za­wie­dli. Słowa fi­na­ło­wej pio­sen­ki: „Nim się za­cznie ko­niec, a po­czą­tek skoń­czy…” wy­krzy­cze­li w eu­fo­rii wszy­scy, a ku­li­ste mo­na­dy ska­ka­ły jak bą­bel­ki w go­tu­ją­cej się wo­dzie. W każ­dej mo­na­dzie umiesz­czo­ny był mi­kro­fon i ty­sią­ce gło­sów zo­sta­ło prze­two­rzo­nych w syn­te­za­to­rze w jeden fla­żo­let; teraz dla ruchu ciała ar­ty­sty głów­nym two­rzy­wem dźwię­ko­wym był eks­ta­tycz­ny krzyk pu­blicz­no­ści, który prze­twa­rzał swoim ru­chem w za­ska­ku­ją­ce im­pro­wi­za­cje mu­zycz­ne i świetl­ne. Po chwi­li uka­zał się wiel­ki ho­lo­gram świa­ta u góry, na po­wierzch­ni. Wszyst­kie więk­sze spo­tka­nia ludzi koń­czy­ły się w sub­te­rze ewo­ka­cją świa­ta na po­wierzch­ni, umar­łe­go świa­ta.

 

Ze ścian za­czę­ły wy­do­by­wać się kłęby nie­bie­skiej mgły o ko­rzen­nym za­pa­chu i słod­kim smaku. Wy­peł­ni­ła całą prze­strzeń i na­stą­pi­ła błoga cisza. Plat­for­ma z ar­ty­sta­mi znik­nę­ła tak szyb­ko jak się po­ja­wi­ła. Mo­na­dy iskrzy­ły się flu­ore­scen­cją, a po­je­dyn­czych ludzi wy­peł­ni­ło po­czu­cie upa­ja­ją­ce­go szczę­ścia. Pro­tor naj­bar­dziej lubił tę chwi­lę, chwi­lę, w któ­rej tak wielu, pan­ce­rza­ków, bie­lu­chów i tych po­mię­dzy, było jed­nym…

 

Kiedy wy­cho­dzi­li każdy udał się do wyj­ścia we­dług wska­zań oso­bi­ste­go spej­se­ra, a póź­niej znik­nę­li w ku­lach su­ną­cych po nie­koń­czą­cym się la­bi­ryn­cie pod­ziem­nych tu­ne­li. Sys­tem wyjść był tro­chę po­dob­ny do gniaz­da os. Zdu­mie­wa­ją­ce, że tak wiel­ka licz­ba osób w krót­kim cza­sie roz­pły­nę­ła się nie wia­do­mo gdzie. W tak ogra­ni­czo­nych prze­strze­niach jakie tu pa­no­wa­ły nie można do­pusz­czać do nie­kon­tro­lo­wa­ne­go za­gęsz­cze­nia ludzi.

 

Pro­tor i Dżela szli za rękę. Od dłuż­sze­go już czasu nie ro­bi­li tego.

 

-Dla­cze­go mu­si­my stąd ucie­kać, Dżela? Prze­cież tu jest tak do­brze? – wy­raź­nie roz­tkli­wio­ny za­gad­nął Pro­tor.

 

Ko­ry­ta­rze były pełne sło­necz­ne­go świa­tła i bryzy świe­że­go po­wie­trza. Obok pły­nął stru­mień kry­sta­licz­nej wody, którą można było uga­sić pra­gnie­nie. Wiele par szło koło nich. Tylko pod­czas do­pa­mi­ne­rów wi­dy­wa­no mie­sza­ne pary bie­lu­chów, pan­ce­rza­ków i ludzi.

 

Kule w ci­chym sze­le­ście roz­wo­zi­ły szczę­śliw­ców do naj­dal­szych za­ka­mar­ków sub­mia­sta. Ci któ­rzy się tu uro­dzi­li mu­sie­li ko­chać to miej­sce.

 

Nagle Pro­tor po­czuł, że ktoś na ku­lo­wym przy­stan­ku cią­gnie go za ramię.

 

-Pro­tor, Pro­tor, druhu stary! Wieki całe! Oczy za tobą wy­pła­ka­łem!

 

Rzu­cił mu się na szyję i ser­decz­nie uści­skał; szczu­pły, nie­wy­so­ki o chło­pię­co ro­ze­śmia­nej twa­rzy i krę­co­nych wło­sach nie­zna­jo­my.

 

-To ty Neu­tro? Nie mogę uwie­rzyć! – z wy­raź­ną sym­pa­tią zmierz­wił kę­dzie­rza­wą, już nieco szpa­ko­wa­tą czu­pry­nę o głowę niż­sze­mu przy­by­szo­wi.

 

-Mia­łeś się ode­zwać, a prze­pa­dłeś jak ka­mień w wodę. Nikt nie chciał mnie z tobą skon­tak­to­wać, mó­wi­li że nie wolno, a ty tak po pro­stu za­po­mnia­łeś… – z wy­rzu­tem cią­gnął Pro­tor.

 

-Wy­bacz bra­cie. Na­praw­dę chcia­łem, ale nie po­zwo­li­li mi. Mó­wi­li, że prze­nie­śli cię na sub­kon­ty­nent… – nie zdą­żył do­koń­czyć, bo Pro­tor od­wró­cił się szyb­ko i wy­raź­nie za­gnie­wa­ny udał się w kie­run­ku nad­cią­ga­ją­cej zło­tej kuli.

 

-Wi­dzę, że się zmie­ni­łeś dry­bla­sie, już nie bi­jesz, tylko się gnie­wasz, gdy cię ktoś zde­ner­wu­je. Neu­tro nie ustę­po­wał.

 

-Kto to jest? – spy­ta­ła wresz­cie Dżela.

 

Pro­tor jed­nak nie wsiadł do kuli. Może się i zmie­nił, ale dla tych, któ­rych ko­chał za­wsze był pro­sto­dusz­ny. Od­wró­cił się i uśmiech­nął:

 

-To jest ten mą­drzej­szy ja­kie­go każdy ma w życiu. Dziś pew­nie za­rzą­dza pan­ce­rza­ka­mi na po­zio­mie zero? Za­wsze o tym ma­rzył.

 

Neu­tro uśmiech­nął się. Na­le­żał do tych ludzi na któ­rych trud­no się gnie­wać. W Dżeli wzbu­dził od razu sym­pa­tię, tym bar­dziej gdy usły­sza­ła o po­zio­mie zero. Nie wy­trzy­ma­ła.

 

-By­łeś na po­zio­mie zero?

 

Za­pa­dła cisza. Pro­tor i Dżela pa­trzy­li na niego z wy­pie­ka­mi na twa­rzach.

 

-By­łem…– jego chło­pię­ca twarz spo­chmur­nia­ła. – …ale nie ma się czym chwa­lić.

 

Neu­tro spoj­rzał na spej­se­ra.

 

-Pro­tor­ku, mam pro­po­zy­cję. Za­pra­szam was do La­gu­ny! Nie mo­że­cie mi od­mó­wić!

 

-Do La­gu­ny?! Nie­raz już pró­bo­wa­li­śmy tam się do­stać, ale nigdy nie otrzy­ma­li­śmy zgody.

 

La­gu­na była tym czym daw­niej była sto­li­ca. Każdy z miesz­kań­ców sub­ter­ry miał prawo ją zo­ba­czyć i na­sy­cić się wiel­ko­ścią i prze­py­chem swo­jej cy­wi­li­za­cji.

 

-Spró­bu­ję to za­ła­twić… – po­ro­zu­mie­waw­czo wtrą­cił Neu­tro i uśmiech­nął się tak, że na dwu po­licz­kach za­ry­so­wa­ły się dołki. Rze­czy­wi­ście trud­no było go nie lubić.

 

Nagle z bocz­ne­go, za­strze­żo­ne­go ko­ry­ta­rza trak­cji wy­to­czy­ła się mała, biała kula. Roz­su­nę­ły się drzwi.

 

-Wsia­daj­cie. – po­wie­dział Neu­tro.

 

-To twoja? Tylko twoja? – z osłu­pie­niem za­py­tał Pro­tor.

 

-No, wsia­daj­cie, bo nie mamy zbyt wiele czasu.

 

To była bar­dzo szyb­ka, szy­kow­na kula. Szyb­ka i wy­god­na. Dżela i Pro­tor nigdy nie su­nę­li trak­cją za­strze­żo­ną i do tego białą kulą pra­wie sami.

 

-Dla­cze­go tak ce­nio­ny w struk­tu­rach czło­wiek jak ty, cho­dzi na do­pa­mi­ne­ry dla zwy­kłe­go tłumu?– spy­ta­ła za­cie­ka­wio­na Dżela.

 

-Kie­dy tylko mogę sta­ram się nie opu­ścić żad­ne­go wy­stę­pu chóru al­bi­no­sów, a poza tym mam bar­dzo nudne i smut­ne życie. Zresz­tą sama spójrz na Pro­to­ra i na mnie, kto by po­my­ślał że je­ste­śmy ró­wie­śni­ka­mi?

 

-Dla­cze­go się szyb­ciej sta­rze­jesz? – spy­ta­ła Dżela.

 

-Po pro­stu pra­cu­ję w stre­fie za­gro­że­nia, tam wszyst­ko co żyje szyb­ciej umie­ra… Pró­bu­je­my opóź­nić to co i tak…– nie zdą­żył do­koń­czyć, gdyż kula za­czę­ła wy­ko­ny­wać ruch pio­no­wy. Dżela i Pro­tor prze­sta­li go słu­chać, byli prze­ję­ci tym, że po­ru­sza­li się kulą w pio­no­wej trak­cji i to jesz­cze kulą uprzy­wi­le­jo­wa­ną. In­stynk­tow­nie roz­ło­ży­li ręce w obie stro­ny. Neu­tro włą­czył roz­py­lacz pra­wie nie­wi­dzial­nej, nie­bie­skiej mgieł­ki i cha­rak­te­ry­stycz­na to­na­cja chóru al­bi­no­sów wy­peł­ni­ła całą ka­bi­nę. Wszy­scy za­pa­dli w lekki sen.

 

Po ja­kimś cza­sie obu­dzi­ła ich czer­wo­na mgieł­ka. Wy­szli z kuli i szyb­ko zna­leź­li się w samym cen­trum La­gu­ny. Pierw­szy raz w życiu. Wszyst­kie opo­wie­ści były da­le­kie od tego co uj­rze­li. Przez całe życie żyli w nie­wiel­kich ko­ry­ta­rzach, gro­tach, naj­więk­sza prze­strzeń jaką znali to do­pa­mi­ne­ry, a tutaj nie było ścia­ny skal­nej aż po sam ho­ry­zont, zaś wy­so­ko nad gło­wa­mi kłę­bi­ły się ho­lo­gra­my chmur w praw­dzi­wych pro­mie­niach słoń­ca. Było nie­zwy­kle jasno. Gdzie nie­gdzie rosły naj­praw­dziw­sze drze­wa o ja­sno­zie­lo­nych li­ściach i róż­no­ko­lo­ro­we kwia­ty w geo­me­trycz­nych klom­bach. Na środ­ku tego wiel­kie­go placu stał tylko jeden mo­nu­men­tal­ny gmach, świą­ty­nia, z czte­re­ma por­ta­la­mi, każdy dla jed­nej re­li­gii.

 

Jed­nak za­pie­ra­ją­ce dech w pier­siach miało być to co uj­rze­li za chwi­lę. Jedną ze ścian, wy­so­ką pra­wie na sto me­trów, sta­no­wi­ło po­tęż­ne akwa­rium z pod­wod­ny­mi ro­śli­na­mi i zwie­rzę­ta­mi w naj­bar­dziej oka­za­łych for­mach oraz bar­wach jakie mogli sobie tylko wy­śnić, czy­ta­jąc książ­ki i oglą­da­jąc filmy o daw­nym życiu. Płaszcz­ki, re­ki­ny, kal­ma­ry, żół­wie, ła­wi­ce ryb, me­du­zy i del­fi­ny, a po­mię­dzy nimi fa­lu­ją­ce wi­sio­ry pod­wod­nych ro­ślin…

 

Ta­kich miejsc na Ziemi, a w za­sa­dzie pod jej po­wierzch­nią, było tylko kilka. Kiedy prze­szli nieco dalej we­szli do nie­wy­so­kie­go lasku przez który pły­nę­ła rzecz­ka, a nie­opo­dal w sta­wie pły­wa­ły białe ła­bę­dzie. Dżela miała łzy w oczach.

 

-Naj­tęż­sze umy­sły świa­ta pra­co­wa­ły nad tym za­miast zająć się czymś prak­tycz­nym…– skwi­to­wał zimno Neu­tro.

 

-To zna­czy, że to wszyst­ko nie jest praw­dzi­we? – spy­ta­ła Dżela.

 

-A wi­dzisz gdzieś tu pta­sie gówno? –rzu­cił Pro­tor. Neu­tro jakby tego nie sły­szał nadal cią­gnął swoim nie­na­gan­nym sty­lem.

 

-Za­le­ży co to jest „praw­dzi­we”? To są praw­dzi­we mo­le­ku­lar­ne bio­idy, wy­star­cza im tylko świa­tło do funk­cjo­no­wa­nia, każdy atom wie co ma robić, wszyst­ko się uzu­peł­nia. A cały układ utrzy­my­wa­ny jest w ide­al­nej rów­no­wa­dze. – od­po­wie­dział.

 

-Coś jak Be­li­ze­ry? – nie­wzru­szo­ny zja­wi­skiem wy­re­cy­to­wał Pro­tor.

 

-Tak, to ta sama tech­no­lo­gia. Ale… – Neu­tro za­trzy­mał się i wy­raź­nie zdzi­wio­ny za­py­tał:

 

–Skąd znasz Be­li­ze­ry?

 

Pro­tor uśmiech­nął się.

 

-Ja­dłem z jed­nym obiad. Tak obyty czło­wiek jak ty może sobie sam od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

 

-O co ci znowu cho­dzi?

 

-O to, że uda­jesz idio­tę jak za­wsze. Zja­wiasz się nie­spo­dzie­wa­nie na do­pa­mi­ne­rze dla mo­tło­chu, wo­zisz nas swoją kulą za­strze­żo­ny­mi trak­cja­mi, bie­rzesz nas w miej­sce, na które nor­mal­ni lu­dzie cze­ka­ją pół życia, po­ka­zu­jesz nam te na­krę­ca­ne za­ba­wecz­ki, gdy nasz świat skwier­czy na pa­tel­ni i każdy pró­bu­je prze­raź­li­wie stąd uciec.

 

-Co ty wy­ga­du­jesz? Naj­tęż­sze umy­sły pra­cu­ją nad wy­two­rze­niem pola elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go nad kulą ziem­ską. Są już takie punk­to­we pola na glo­bie, gdzie to dzia­ła. Mo­że­my od­zy­skać at­mos­fe­rę, może nie za na­sze­go życia, ale … Nie można wpa­dać w pa­ni­kę!

 

-My w to nie wie­rzy­my, że można tu żyć pod zie­mią i za­cze­kać aż wresz­cie wszyst­ko się na­pra­wi. I tak Zie­mia spali się jak skwa­rek, gdy kul­mi­na­cyj­na fala pro­mie­nio­wa­nia nad­cią­gnie. Chce­my stąd ucie­kać. Każdy chce stąd ucie­kać! Nie wi­dzi­cie tego? Za­wsze wszyst­ko po­tra­fi­łeś zro­zu­mieć, naj­za­wil­sze twier­dze­nie, tylko nie in­nych ludzi! Prze­cież nie będę żył 500 lat, koń­cząc jako prze­zro­czy­sty robal.

 

Pro­tor objął ra­mie­niem Dżelę jak oj­ciec obej­mu­je dziec­ko. Neu­tro za­my­ślił się. Wy­cią­gnął spej­se­ra, coś w nim po­gme­rał.

 

-Chodź­cie tędy.

 

Pro­tor i Dżela nie ru­szy­li się nawet.

 

-No chodź­cie!!! – krzyk­nął po­iry­to­wa­ny i po­szedł przed sie­bie nie oglą­da­jąc się za nimi.

 

Wiel­kie ptaki prze­le­cia­ły tuż nad ich gło­wa­mi, gdy pod­cho­dzi­li do wy­so­kiej ścia­ny gi­gan­tycz­ne­go akwa­rium. Neu­tro spoj­rzał do góry i gdy zo­ba­czył od­da­la­ją­ce się ptaki po­wie­dział nie­cier­pli­wie:

 

-Daj­cie mi swoje spej­se­ry. No da­waj­cie, nie mamy czasu!

 

Wło­żył je do cięż­kiej skrzyn­ki, którą tasz­czył cały czas ze sobą i za­mknął szczel­nie. Nagle nie­wiel­kie drzwi w ścia­nie akwa­rium otwo­rzy­ły się. Pro­tor i Dżela prze­stra­szy­li się, że wy­le­je się na nich ścia­na wody. Od­ru­cho­wo od­sko­czy­li. Do­pie­ro po chwi­li zo­ba­czy­li zmyśl­ną kon­struk­cję i nie ukry­wa­jąc po­dzi­wu roz­glą­da­li się wo­ko­ło, idąc dalej. Sza­ro­nie­bie­ski rekin pod­pły­nął na wy­cią­gnię­cie ręki. Miał strasz­ne, ma­lut­kie, czar­ne, bez­na­mięt­ne oczka.

 

Ko­ry­tarz był wy­ło­żo­ny ma­ho­nio­wy­mi ka­se­to­na­mi na ścia­nach i czar­ną, po­ły­skli­wą deską na pod­ło­dze. Skąpy stru­mień świa­tła pro­wa­dził pa­ro­ma za­krę­ta­mi do środ­ka pięk­ne­go po­miesz­cze­nia. Ścia­ny wy­ło­żo­ne szli­fo­wa­ny­mi mar­mu­ra­mi, w któ­rych znaj­do­wa­ły się ska­mie­nia­łe szcząt­ki życia kam­bru, sy­lu­ru, kar­bo­nu… Na pod­ło­dze grube drew­no z dużą ilo­ścią sęków. Do­pie­ro po chwi­li można było za­uwa­żyć, że jest to ska­mie­nia­łe drew­no. Po­środ­ku prze­zro­czy­sty bar z bla­tem z gór­skie­go kwar­cu i paru gości, któ­rzy nie zwra­ca­jąc na ni­ko­go uwagi widzą wszyst­ko. Bar­man był tym pan­ce­rza­kiem, który nie mógł już swo­bod­nie krę­cić głową. Z tyłu wy­glą­dał jak jeden z amo­ni­tów zdo­bią­cych tu prze­pie­rze­nia. Na ścia­nach, przy każ­dym stole wi­siał snop sło­necz­ne­go świa­tła z ako­mo­do­wa­nych zwier­cia­deł. Usie­dli przy jed­nym z nich. Na­sta­ło kło­po­tli­we mil­cze­nie.

 

-Bra­cie, nie ucie­kaj z nimi. Nic o nich nie wiesz.– wy­du­sił z sie­bie Neu­tro.

 

-Je­ste­ście brać­mi? – zdzi­wio­na ode­zwa­ła się Dżela.

 

-Hmmm, brać­mi? Le­że­li­śmy obok sie­bie na tej samej półce, ale w róż­nych sło­ikach…

 

-Ży­cie tutaj jest moż­li­we. Wiele razy tak już by­wa­ło. Od­two­rzy­my pole ma­gne­tycz­ne Ziemi i bios­fe­ra zrów­no­wa­ży się.

 

-Wró­ci­my zatem na go­to­we bra­cisz­ku! Przy­wi­tasz mnie na ko­smo­dro­mie jako ga­da­ją­ca sto­no­ga. Nie na­mó­wisz mnie na dwu­stu­let­nie ob­li­ga­cje.

 

-Wiem co ci cho­dzi po gło­wie. Byłem nie­daw­no na po­wierzch­ni w ma­gne­tycz­nym grzy­bie. Wi­dzia­łem jak star­to­wa­ły ko­lej­ne stat­ki „ojców”. Znów ko­lej­ny „oj­ciec” wy­pra­wiał swoje dzie­ci w po­dróż do­ni­kąd. To chory umysł. Po całym świe­cie roz­sy­ła Be­li­ze­ry i kom­ple­tu­je ge­no­my. Prze­cież w od­le­gło­ści co naj­mniej 20 ty­się­cy lat świetl­nych nie ma żad­ne­go miej­sca, gdzie życie mo­gło­by prze­trwać. 20 ty­się­cy lat! Chcesz dać sobie wmó­wić, że to tylko po­obied­nia drzem­ka pod palmą na ba­se­nie?

 

-Jest sto mi­liar­dów ga­lak­tyk, a w każ­dej z nich sto mi­liar­dów gwiazd. Musi się wresz­cie udać, bra­cisz­ku!

 

-Im nie cho­dzi o czło­wie­ka! Nie wierz­cie w te bred­nie o na­tu­ral­nych eko­sys­te­mach. To sekta Haw­kins­fo­ola. Im cho­dzi o ide­al­ny ze­staw genów, który bę­dzie krą­żył w pu­st­ce ko­smicz­nej na wy­pa­dek, gdyby… Takie czę­ści za­mien­ne do­bie­ra­ne wg in­struk­cji. Dla nich życie to gen, a nie or­ga­nizm. Nie was chcą ra­to­wać, ale kloc­ki z któ­rych się skła­da­cie.

 

Dżela nic nie mó­wi­ła, lecz uważ­nie słu­cha­ła. W jej gło­wie na­ra­stał strach, strach przed któ­rym nie ma wyj­ścia, tak jak nie ma drogi uciecz­ki przed tym co ją nie­chyb­nie czeka. Głę­biej już żyć lu­dzie w Ziemi nie mogą bo prze­sta­ją być ludź­mi, a na po­wierzch­ni nie ma wa­run­ków do życia, bo jedna z try­lio­na gwiazd eks­plo­do­wa­ła wła­śnie tutaj, wbrew pra­wom Chan­dra­se­kha­ra i gwa­ran­cjom na­ukow­ców. Ale życie każe życ.

 

Kiedy do­ra­sta­ła z tą świa­do­mo­ścią jakoś do niej przy­wy­kła. Wie­rzy­ła, że ktoś znaj­dzie roz­wią­za­nie zanim do­ro­śnie i wszy­scy będą żyć jak jej pra­pra­bab­cia, aż w końcu (wie­dzia­ła od kiedy), coś jej nie po­zwa­la­ło już tak spo­koj­nie my­śleć o tym wszyst­kim. Mu­sia­ła zna­leźć roz­wią­za­nie sama i to jak naj­szyb­ciej…

 

Pan­ce­rzak przy­niósł po­si­łek, na któ­re­go widok Pro­tor za­po­mniał o wszyst­kich dy­le­ma­tach. Dżela tego w nim bar­dzo nie lu­bi­ła tak jak nie lu­bi­ła tego je­dze­nia. Była pewna, że coś w nim jest nie tak… i to coś ma wpływ na ludzi.

 

-Za­tem, ko­cha­ny bra­cie, po­wiedz nam kiedy Zie­mia za­mie­ni się w Marsa? – bez za­kło­po­ta­nia za­py­tał Pro­tor, sma­ku­jąc swoje ulu­bio­ne danie z dzie­ciń­stwa. Dżela prze­gry­za­ła jakąś macę z glo­nów, którą za­wsze no­si­ła przy sobie i piła wodę.

 

Neu­tro pierw­szy raz zwró­cił się do niej:

 

-Dże­la, dla­cze­go nic nie jesz?

 

Pro­tor wy­raź­nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny wy­śmie­ni­tą ko­la­cją od­po­wie­dział za nią:

 

-Jada tylko glony, grzy­by, a od świę­ta szczu­ra. Zresz­tą pro­wa­dzi­my pięk­ną ho­dow­lę tych szla­chet­nych zwie­rząt. Uważa, że to żar­cie ste­ru­je na­szym my­śle­niem; na mnie nie dzia­ła, bo jak wiesz nie grze­szę my­śle­niem. A gdzie ty po­miesz­ku­jesz i w jakim to­wa­rzy­stwie bra­cisz­ku?

 

-Miesz­kam sam, ale nie mam jed­ne­go, sta­łe­go miej­sca. Za­le­ży, gdzie jest praca do wy­ko­na­nia. Bra­łem udział w bu­do­wie La­gu­ny, zaj­mo­wa­łem się…

 

Nie zdą­żył do­koń­czyć, gdy Pro­tor rzu­cił ob­ce­so­wo:

 

-W za­sa­dzie to nie mam pew­no­ści, że i ty nie je­steś Be­li­ze­rem?

 

Neu­tro nie prze­jął się do­cin­ka­mi. Spo­koj­ny i uśmiech­nię­ty za­py­tał:

 

-Sły­sza­łeś coś o We­ne­cji?

 

-Coś mi się ko­ja­rzy ze szko­ły – po czym wy­re­cy­to­wał – Jakoś ni­ko­mu tam jed­nak płe­twy nie uro­sły. – dodał gdy pan­ce­rzak przy­szedł za­brać na­czy­nia i po­ło­żyć bu­tel­ki. Ogląd­nął pod świa­tło za­war­tość bu­tel­ki i pa­trząc w oczy Neu­troi wy­ce­dził:

 

-By­łeś lep­szy. Do dziś nie wiem kto o tym nagle za­de­cy­do­wał? Ten wzo­ro­wy i miły bę­dzie my­ślał, a ten nie­na­żar­ty i im­pul­syw­ny bę­dzie rył w ziemi. Skoro padło na cie­bie to myśl! Po­wiedz do cho­le­ry jak się wy­do­stać z tej klat­ki i nie pieprz mi far­ma­zo­nów jak­by­śmy sie­dzie­li na plaży?! Spo­ty­ka­my się nagle po tylu la­tach, a ty mi sta­wiasz je­dzon­ko z dzie­ciń­stwa i pra­wisz o We­ne­cji? Mu­si­my się stąd wy­do­stać. Nie chce­my przejść na sobie przy­spie­szo­ne­go kursu o ewo­lu­cji i prze­ko­nać się czy zmia­ny są dzie­dzicz­ne czy na­by­te. Tacy jak wy na pewno wie­cie gdzie można stąd uciec! – rzu­cił sztuć­ce na stół, za­ssał szcze­li­nę w zę­bach i dodał – Bra­cisz­ku…

 

Neu­tro mach­nął do pan­ce­rza­ka i coś mu szep­nął. Pan­ce­rzak po chwi­li przy­niósł bar­dzo dłu­gie, cien­kie, po­dob­ne do men­zur­ki, trzy na­czy­nia, które służą do kosz­to­wa­nia ae­ro­drin­ków, nie­zwy­kle ce­nio­nych ostat­ni­mi czasy. Neu­tro usta­wił na­czy­nia koło sie­bie i za­zna­czył na wszyst­kich z nich la­se­ro­pi­sem takie same po­zio­me linie. Nie zra­żał się tym, że Pro­tor nie zwra­ca na niego uwagi.

 

-Spójrz. Te dwa mniej­sze mają taką samą po­jem­ność, ale ten trze­ci ma dwa razy więk­szą niż jeden mały. Jeśli do du­że­go na­le­ję za­war­to­ści tych dwóch to po­win­no być dwa razy tyle, czyli do tej linii. Ni mniej ni wię­cej. Zro­bię ci zatem drin­ka.

 

Do jed­nej małej rurki wlał al­ko­hol, a do dru­giej colę. Prze­lał obie do dużej i pod­świe­tlił la­se­ro­pi­sem. Po­wierzch­nia drin­ka była wy­raź­nie po­ni­żej ocze­ki­wa­nej linii.

 

-Uciec można już tylko tutaj! – Neu­tro spoj­rzał na Pro­to­ra i po­wtó­rzył bar­dzo po­waż­nie: -Tyl­ko tu jest jesz­cze wolna prze­strzeń. O kontr­ak­cji ob­ję­to­ści pewno też coś pa­mię­tasz? – po czym wypił całą za­war­tość jed­nym hau­stem i dodał – …ale stam­tąd nie ma jak na razie po­wro­tu. To jesz­cze nie We­ne­cja.

 

Dżela po­czu­ła drże­nie, była wzru­szo­na. Nic z tego nie ro­zu­mia­ła, ale po­czu­ła się szczę­śli­wa. Nie po­tra­fi­ła tego ukryć. Uśmiech­nę­ła się. Na jed­nej ze ścian, jak pra­wie we wszyst­kich miej­scach pu­blicz­nych sub­ter­ry, eks­po­no­wa­no ak­tu­al­ny widok po­wierzch­ni Ziemi. Niebo iskrzy­ło się łu­na­mi pur­pu­ry i fio­le­tu. Zorze ilu­mi­no­wa­ły wszyst­ki­mi wi­dzial­ny­mi ko­lo­ra­mi. Po raz pierw­szy po­czu­ła, że to nie jest jej obce i nie­bez­piecz­ne miej­sce. Po­czu­ła, ze można stąd jed­nak uciec, cho­ciaż nie ro­zu­mia­ła gdzie.

 

-Uciecz­ka w głąb ma­te­rii. Wolę już ge­no­zja­dy. I to mówi in­ży­nier, na­uko­wiec, ma­te­ria­li­sta, czło­wiek który twar­do stąpa pod zie­mią. Dziw­ne, że nam się to wszyst­ko na łeb jesz­cze nie za­wa­li­ło! Kon­trak­ta­cja ob­ję­to­ści. Idzie­my stąd. Nic tu po nas. – wsta­jąc za­wy­ro­ko­wał w swoim stylu Pro­tor i jak za­wsze prze­chy­lił do otwar­tej buzi nie­do­je­dzo­ny pół­mi­sek za­ką­sek.

 

-Zna­my bu­do­wę może tylko szó­stej czę­ści ma­te­rii z ja­kiej zło­żo­ny jest wszech­świat, po­zo­sta­łych pięć szó­stych nie skła­da się z czą­stek, z któ­rych je­ste­śmy zbu­do­wa­ni, ani nawet z czą­stek, któ­rych ist­nie­nia się do­my­śla­my. Wra­ca­my do więk­szej czę­ści, albo może do ca­ło­ści? – Neu­tro tra­cił swój spo­kój gdy za­czy­nał o tym mówić. Widać, że wiele o tym wie i wiele nad tym roz­my­śla.

 

-Idzie­my stąd Dżela, nic tutaj po nas.

 

-Py­ta­łeś o szan­se, Pro­tor. Od­by­ło się już kilka taj­nych eks­pe­dy­cji do In­te­rio­ru Planc­ka. Wy­ni­ki są jesz­cze ana­li­zo­wa­ne, ale wstęp­nie wy­glą­da to na tyle obie­cu­ją­co, że rząd przy­jął pro­jekt Nowej Kolonizacji.Takie są fakty.

 

-A jest tam co jeść? O wię­cej nie śmiem pytać…

 

-Wszyst­ko jest funk­cją względ­ną, nasze po­kre­wień­stwo też. To moje współ­rzęd­ne. Jeśli się zde­cy­du­jesz, mogę cię re­ko­men­do­wać, ja na pewno zo­sta­ję tutaj. To wszyst­ko co mogę dla cie­bie, dla was zro­bić…

 

Wy­cią­gnął rękę, ale Pro­tor jej nie uści­snął.

 

Wszy­scy wy­szli w po­śpie­chu i mil­cze­niu. Trud­no było nie po­dzi­wiać znowu La­gu­ny. Każdy z miesz­kań­ców sub­ter­ry mógł się zna­leźć tutaj co naj­wy­żej dwa razy w życiu. Kwi­tły ma­gno­lie, stor­czy­ki, lilie, mig­dał­ki; w małym so­sno­wym lasku na wzgó­rzu bły­ska­ły kępy wrzo­sów i ro­do­den­dro­nów, lu­dzie ką­pa­li się w na­mia­st­ce oce­anu, a nie­któ­rzy pró­bo­wa­li ser­fo­wać na sztucz­nych fa­lach. Gdzie okiem się­gnąć prze­pla­ta­ły się róż­no­rod­ne stre­fy ro­ślin­ne w naj­bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nych ukła­dach.

 

Pro­mie­nie dwu słońc były wszech­obec­ne. Do góry wzno­si­ła się ścia­na mor­skiej głę­bi­ny, kłę­biąc się fa­li­sty­mi kształ­ta­mi i tur­ku­so­wy­mi ko­lo­ra­mi, a na samej górze le­ni­wie pły­nę­ły chmu­ry. Pro­tor za­uwa­żył, że nie ma już pta­ków.

 

Pod­czas po­dró­ży kulą nie padło ani jedno słowo. Dżela po­czu­ła ko­lej­ne drgnie­nie życia i tylko dla­te­go nie chcia­ła roz­ma­wiać z Pro­to­rem, który za­pew­ne bę­dzie upar­ty jak za­wsze.

 

Wy­szli z kuli nie po­że­gnaw­szy się z Neu­tro. On nie od­wró­cił do nich twa­rzy.

 

Le­d­wie we­szli do swo­jej sfery Dżela od razu wy­rzu­ci­ła z sie­bie:

 

-Chcę tam je­chać!

 

Pro­tor nic nie po­wie­dział tylko po­ło­żył się. Wy­cią­gnę­ła z klat­ki naj­więk­sze­go szczu­ra i wło­ży­ła do ma­łe­go, owal­ne­go po­jem­ni­ka. Po chwi­li po­jem­nik otwo­rzył się i wy­su­nę­ła się z niego pó­łecz­ka z po­por­cjo­wa­nym, dy­mią­cym mię­sem.

 

-Jaka je­stem głod­na…

 

Po­gme­ra­ła w spej­se­rze, lecz długo nie przy­cho­dzi­ło po­twier­dze­nie. Całą noc nie zmru­ży­ła oka. Nie mogła za­snąć, po­mi­mo znu­że­nia. Trud­no jej było zro­zu­mieć, gdzie tak wła­ści­wie ma ucie­kać, cho­ciaż była pewna że ucie­kać trze­ba. Nagle za­mi­go­tał spej­ser. Ucie­szy­ła się, że może jutro spo­tkać się z kimś kto roz­wie­je do końca jej wąt­pli­wo­ści.

 

Pro­tor spał już twar­do i prze­raź­li­wie chra­pał.

*

 

Kiedy tylko pierw­sze pro­mie­nie nie­wia­do­me­go słoń­ca roz­pro­szy­ły sferę Dżela szyb­ko wsta­ła i cicho wy­szła. Nie cze­ka­ła długo na kulę, która o tak wcze­snej porze przy­tur­la­ła się na­tych­miast pusta. Bała się tego spo­tka­nia, ale mu­sia­ła wie­dzieć. Po­szła wą­skim i słabo oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzem, po któ­re­go ścia­nach cie­kły struż­ki wody. Spej­ser otwo­rzył drzwi. Nie było widać, żeby tu kto­kol­wiek miesz­kał. Wil­goć przej­mo­wa­ła do szpi­ku kości. Było cicho, tylko po­je­dyn­cze mia­ro­wo ka­pią­ce kro­ple z po­wa­ły su­fi­tu od­mie­rza­ły czas w tym dziw­nym miej­scu.

 

-Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Coś się stało. – rzu­ci­ła w pustą, ciem­ną prze­strzeń i za­czę­ła jak gdyby nigdy nic opo­wia­dać o tym wszyst­kim co się ostat­nio stało. O Be­li­ze­rze i ar­kach „ojca”, o do­pa­mi­ne­rze i chó­rze bez­wło­sych al­bi­no­sów, o Pro­to­rze, o La­gu­nie którą wi­dzia­ła pierw­szy raz w życiu, o Neu­tro, a na końcu po­wie­dzia­ła, trzy­ma­jąc się za brzuch, że ma w sobie czło­wie­ka i czuje go, gdy się rusza.

 

Do­pie­ro wtedy plu­snę­ła woda. Dżela sie­dzia­ła na wy­tar­tym przez ty­sią­ce ludz­kich istot ka­mie­niu nad sa­dzaw­ką w ja­ski­ni za­la­nej wodą. Plusk wody na­ra­stał, a Dżela sie­dzia­ła tak bez lęku i cią­gle mó­wi­ła.

 

-Skąd wiesz, że to jest czło­wiek? – roz­legł się nad wodą nie­wy­raź­ny, char­czą­cy głos i przed Dżelą wy­chy­li­ła się z wody po­stać o nie­zwy­kłym ciele. Część ponad wodą, jakby tułów bez rąk za­koń­czo­ny głową o dłu­gich wło­sach i prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu ma­to­wych oczu.

 

-Wiem. – bez zdzi­wie­nia od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na, gdy dziw­na isto­ta wy­pły­nę­ła z ciem­nej pod­wod­nej groty i unio­sła twarz, a po chwi­li ob­wą­chi­wa­ła już brzuch dziew­czy­ny, pa­trząc błysz­czą­cy­mi ocza­mi pro­sto w jej oczy. Za­pew­ne wi­dzia­ła ją nie po raz pierw­szy. Dżela wy­cią­gnę­ła zza pa­zu­chy wiel­ką garść świe­żych glo­nów. Przez chwi­lę trzy­ma­ła nad wodą i prze­dziw­na, ku­li­sta, biała jak śnieg głowa z czer­wo­ny­mi skrze­la­mi wy­nu­rzy­ła się z ciem­nej wody. Mię­si­sty­mi war­ga­mi ujęła do łok­cia dziew­czę­cą rękę, aby nie utra­cić choć­by jed­nej ni­tecz­ki glonu. Do­pie­ro teraz było widać, że obie głowy wy­ra­sta­ją z jed­ne­go, pod­wod­ne­go ciała.

 

-Chcę stąd uciec. – mó­wi­ła Dżela – ale nie wiem dokąd… Tutaj nie mogę zo­stać bo zginę. Pomóż mi, gdzie mam ucie­kać? Kto kła­mie, a kto mówi praw­dę? Wszę­dzie czeka to samo?

 

-Nie wszę­dzie, ale wszy­scy kła­mią. Nie cho­dzi ci o cie­bie. Boisz się o czło­wie­ka w brzu­chu. Ko­bie­ty tutaj mają już puste brzu­chy. Daw­niej było ina­czej… Wy­star­cza im to co jest.

 

Dżela znów się­gnę­ła za pa­zu­chę i wy­cią­gnę­ła ka­wa­łek szczu­rze­go mięsa. Po­da­ła go dłu­go­wło­sej gło­wie, która łap­czy­wie przy­su­nę­ła się ku niej, a uroda jej twa­rzy, ob­la­nej bla­dym świa­tłem, po­ra­zi­ła Dżelę.

 

-Ucie­kaj tam, gdzie nie wi­dzisz końca i drogi do­tknąć nie mo­żesz…

 

Isto­ta za­nu­rzy­ła się w ciem­nej pod­wod­nej gro­cie.

*

 

-Chcę tam ucie­kać! – krzy­cza­ła Dżela i szar­pa­ła ramię śpią­ce­go Pro­to­ra, który szyb­ko oprzy­tom­niał.

 

-Cie­bie też oma­mił? Nie je­steś pierw­sza.

 

-Nie ob­cho­dzi mnie to. Chcę tam uciec i tyle.

 

-Ta cała kwar­ko­lan­dia to jego ko­lej­na fik­cja.

 

-Wszyst­ko dla cie­bie za­wsze jest fik­cją. Tylko żar­cie jest praw­dzi­we, żar­cie, które wy­twa­rza­ją nie wia­do­mo gdzie i z czego! To żar­cie ode­bra­ło ci rozum. My­ślisz tak jak oni chcą.

 

-Masz rację, wszyst­ko. Nie uciek­niesz przed…

 

-Uciek­nę! Jeśli nie pój­dziesz ze mną to pójdę sama.

 

Co się z nią dzie­je?, po­my­ślał i za­snął.

*

 

Ina­czej niż zwy­kle, drzwi nie otwo­rzy­ły się same. Otwo­rzył je Neu­tro. Tuż za nim stało czte­rech pan­ce­rza­ków; jeden z nich po­pro­sił by po­szli za nim. Sala była jasna. Po­środ­ku znaj­do­wał się okrą­gły, ma­gne­tycz­ny stół, a wokół niego uno­si­ło się ponad pod­ło­gą kilka ma­gne­tycz­nych kul, które były fo­te­la­mi; naj­pierw ob­ni­ży­ły się, a gdy już wszy­scy wy­god­nie usie­dli, unio­sły się i mia­ro­wo ob­ra­ca­ły wokół stołu jak pla­ne­ty wokół gwiaz­dy lub elek­tro­ny wokół jądra.

 

-Jak dotąd udało nam się wy­eks­pe­dio­wać tam około ty­siąc osób. – Pro­tor nie lubił pan­ce­rza­ków, uwa­żał ich za gor­szych, dla­te­go z nie­do­wie­rza­niem słu­chał tego co mówił jeden z nich.

 

-Dziś jesz­cze nie wia­do­mo jak długo Zie­mia bę­dzie bom­bar­do­wa­na desz­czem elek­tro­nów i pro­to­nów o wiel­kiej ener­gii. W tych wa­run­kach tak skom­pli­ko­wa­ny pro­ces jak życie bio­lo­gicz­ne, które znamy, musi ulec ja­kiejś ad­ap­ta­cji lub zgi­nąć. Eks­plo­zje su­per­no­wych zda­rza­ły się już w prze­szło­ści, w za­sa­dzie dzię­ki nim po­wsta­li­śmy, my– lu­dzie…

 

Pro­tor z tru­dem po­wstrzy­mał się, żeby nie po­wie­dzieć pan­ce­rza­ko­wi co o nim myśli jako o czło­wie­ku, ale od razu po­czuł kar­cą­ce spoj­rze­nie Dżeli. Dla­cze­go jej znowu uległ? Nigdy ni­ko­mu nie ule­gał tylko jej.

 

-Zna­my nie­wiel­ką część ma­te­rii, z któ­rej zbu­do­wa­ny jest Wszech­świat i my, czyli ma­te­rię opar­tą na elek­tro­nach i pro­to­nach. Ta ma­te­ria jest wtór­na, nie pier­wot­na. Życie przy­bie­ra na swoje po­trze­by roz­ma­ite formy. Wy­da­je się, że praw­dzi­wa na­tu­ra zja­wisk tkwi w świe­cie mi­kro­sko­po­wym, w któ­rym życie mu­sia­ło zna­leźć jakąś formę. Nasz świat można po­rów­nać do kro­pel­ki wody, wody spły­wa­ją­cej wolno po ścian­ce jed­nej z wielu bu­te­lek, po­ło­żo­nej na jed­nym z wielu sto­li­ków, w jed­nej z wielu re­stau­ra­cji, w jed­nym z wielu miast, na jed­nej z wielu pla­net, w jed­nym z wielu wszech­świa­tów, albo kro­pli… W za­sa­dzie co to za róż­ni­ca?

 

-Ja­kie są szan­se, że się uda?

 

-Co się uda?

 

-Prze­żyć! – wrza­snął Pro­tor i pra­wie wy­padł z fo­te­la.

 

Do­pie­ro teraz Dżela za­czy­na­ła coś ro­zu­mieć.

*

 

Długo nie mogli za­snąć. Pra­wie nie­sły­szal­ny szmer z ka­na­łów wen­ty­la­cyj­nych wy­da­wał im się teraz nie­zno­śnym hu­kiem.

 

-Dla­cze­go nie mo­żesz za­snąć? – spy­ta­ła Dżela.

 

-Nie wie­rzę w to, że zna­lazł nas tak przy­pad­kiem… Nie on.

 

-Nie myśl o tym, naj­waż­niej­sze że mamy wresz­cie szan­sę.

 

-Na co? Gdzie mamy do cho­le­ry ucie­kać? Za­miesz­ka­my tak po pro­stu w ato­mie, w ja­kiejś próż­ni na stole tego prze­mą­drza­łe­go pan­ce­rza­ka? Z tego co mówił wy­ni­ka, że i tak już miesz­ka­my na ja­kimś stole. Tutaj nie jest aż tak źle. By­naj­mniej wiem co mnie czeka.

 

-I masz co jeść! Czy nie ma dla cie­bie waż­niej­szych spraw?

 

-Niby ja­kich? To jest naj­waż­niej­sze. A przed czym mam ucie­kać? Przez całe życie mam ucie­kać przed śmier­cią? Chcę na nią cze­kać tutaj, gdzie się uro­dzi­łem.

 

-Czy ty nie ro­zu­miesz, że śmier­ci nie ma!?

 

Pro­tor wstał po­pa­trzył na nią z prze­ra­że­niem, jakby w ogóle jej nie znał. Jej oczy pło­nę­ły jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle.

 

-Osza­la­łaś? Co ty wy­ga­du­jesz? Dżela! Cie­bie też już prze­ro­bi­li? – Dżela pa­trzy­ła przed sie­bie, jakby nie było ścia­ny dwa metry przed jej nosem, jakby jej tu już w ogóle nie było.

Koniec

Komentarze

…Do­sko­na­łe opo­wia­da­nie. Je­stem pod wra­że­niem. Po­zdra­wiam au­to­ra.

…O błę­dach warsz­ta­to­wych niech piszą inni.

Bar­dzo cie­ka­wy świat wy­kre­owa­łeś. Aż się prosi o ko­lej­ne opo­wia­da­nia w tej samej rze­czy­wi­sto­ści. Warsz­tat, fak­tycz­nie, jesz­cze do do­sko­na­le­nia. Na przy­kład – licz­by pi­sze­my słow­nie. Wy­ja­śnie­nia ziem­skiej ka­ta­stro­fy nie bar­dzo do mnie prze­mó­wi­ły. Nie mam po­ję­cia, czy wy­ni­ka to z mojej wie­dzy, czy nie­wie­dzy, ale coś mi nie gra. Po­zdra­wiam. :-)

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Noooo! Rzu­tem na taśmę mam no­mi­na­cję na paź­dzier­nik. A już się bałem, bo ogól­nie ten mie­siąc słabo wy­glą­dał.

 

Jed­nym sło­wem – bar­dzo dobre. Pisz dalej.

In­fun­dy­bu­ła chro­no­syn­kla­stycz­na

Cał­kiem nie­złe opo­wia­da­nie, ale na­pi­sa­ne byle jak, a to zna­ko­mi­cie utrud­nia lek­tu­rę. Trud­no o sku­pie­nie, kiedy co chwi­lę muszę się za­sta­na­wiać, czy aby do­brze ro­zu­miem za­mysł Au­to­ra. Wiele zdań wy­ma­ga po­pra­wie­nia. Znacz­nie wię­cej, niż te wy­tknię­te w ła­pan­ce.

Bra­kło mi kilku wia­do­mo­ści o Pro­to­rze i Dżeli. Nie wiem np. czym się zaj­mu­ją, jak wy­glą­da ich dom, życie co­dzien­ne…

Mam na­dzie­ję, że to jesz­cze nie ko­niec, że jesz­cze masz co nieco do opo­wie­dze­nia.

 

 

„-Gor­szej nory chyba nie mo­głeś już zna­leźć?” –– Brak spa­cji po dy­wi­zie. Uwaga od­no­si się do  błędu po­wta­rza­ją­ce­go się w całym opo­wia­da­niu.

 

„W ko­ry­ta­rzu było coraz wię­cej wejść, przez które wcho­dzi­ło coraz wię­cej ludzi…” –– Czy to ce­lo­we po­wtó­rze­nie?

 

„…gdyby nie no­si­li spe­cy­ficz­nych dla sie­bie ka­mi­ze­lek…” –– …gdyby nie no­si­li cha­rak­te­ry­stycz­nych dla sie­bie ka­mi­ze­lek

 

„…w ich klat­ce można by­ło­by do­strzec bi­ją­ce serca i tęt­nią­ce pa­ję­czy­ny na­czyń krwio­no­śnych”. –– …w ich klat­kach można by­ło­by do­strzec bi­ją­ce serca i pa­ję­czy­ny tęt­nią­cych na­czyń krwio­no­śnych.

 

„…ale i two­rzyć spe­cy­ficz­ną sztu­kę, zro­zu­mia­łą tylko dla nich. Bie­la­ki wy­two­rzy­ły na­miast­ki od­ręb­nej kul­tu­ry”. –– Po­wtó­rze­nie.

Może w dru­gim zda­niu: Bie­la­ki wy­kre­owa­ły na­miast­kę od­ręb­nej kul­tu­ry.

 

„Ko­ry­tarz pusty, biegł ide­al­nie pro­sto”. –– Wo­la­ła­bym: Pusty ko­ry­tarz pro­wa­dził ide­al­nie pro­sto.

 

„…na nie­bie­skich, sze­ro­ko otwar­tych oczach, znie­wa­la­ją­cych za­ufa­niem”. –– Nie wiem, czy można znie­wa­lać za­ufa­niem.

Może: …na nie­bie­skich, sze­ro­ko otwar­tych oczach o znie­wa­la­ją­co ufnym spoj­rze­niu.

 

Za­wsze nie­ogła­dzo­ny Pro­tor, mając dosyć…” –– Wo­la­ła­bym: Pro­tor, jak zwy­kle po­zba­wio­ny ogła­dy, mając dosyć

 

„Dżela kop­nę­ła go pod sto­łem nogą”. –– Dżela kop­nę­ła go pod sto­łem.

Czy można kop­nąć ina­czej, niż nogą? ;-)

 

„-Tym razem kon­te­ne­ro­wiec może wziąć na po­kład 3000 osób”. –– Tym razem kon­te­ne­ro­wiec może wziąć na po­kład trzy ty­sią­ce osób.

Licz­by za­pi­su­je­my słow­nie. Uwaga od­no­si się do wszyst­kich przy­pad­ków źle za­pi­sa­nych liczb, w całym opo­wia­da­niu.

 

„Pro­tor po­że­rał na­stęp­ną sztu­kę mięsa…” –– Wo­la­ła­bym: Pro­tor po­że­rał na­stęp­ną por­cję mięsa

 

„Bę­dzie­cie pra­ko­leb­ką nowej ludz­ko­ści.Miło pa­trzeć…” –– Brak spa­cji po krop­ce. Ten błąd też wy­stę­pu­je wo­elo­krot­nie.

 

Mam in­tu­icję, że prze­ro­bi­li­by nas na karmę dla jakiś zwie­rza­ków”. –– Wo­la­ła­bym: Mam prze­czu­cie, że prze­ro­bi­li­by nas na karmę dla jakiś zwie­rza­ków. Lub: In­tu­icja pod­po­wia­da mi, że prze­ro­bi­li­by nas na karmę dla jakiś zwie­rza­ków.

 

„Mimo wiel­kiej pręd­ko­ści, ka­bi­na we­wnątrz po­sa­do­wio­na na ży­ro­sko­pach, kula mknę­ła wy­drą­żo­nym ko­ry­ta­rzem w głębi ziemi na ma­gne­tycz­nych ło­ży­skach mając na po­kła­dzie co naj­mniej trzy­dzie­ści osób”. –– Nie po­tra­fię zro­zu­mieć tego zda­nia.

 

„…mo­gą­cej z ła­two­ścią po­mie­ścić czte­ry wiel­kie ka­te­dry, a gdy nagle wiel­ka, ma­gne­tycz­na scena…” –– Po­wtó­rze­nie.

 

„Każdy ruch do­wol­nej czę­ści ciała ar­ty­sty po­wo­do­wał dźwięk. W za­leż­no­ści od szyb­ko­ści ru­chów, ilo­ści po­ru­sza­nych czę­ści ciała - do­bie­ga­ły róż­no­rod­ne tony i miary. Każdy z dźwię­ków emi­to­wał inne widmo świa­tła. Białą grotę wy­peł­ni­ły nie­zwy­kłe ilu­mi­na­cje świa­teł i hip­no­tycz­ne ka­ska­dy dźwię­ków. Do­pa­mi­ner za­po­wia­dał się nie­źle. W miarę jak ta­niec sta­wał się gwał­tow­niej­szy, fe­erie świa­teł i gir­lan­dy dźwię­ków, wy­peł­nia­ły”. –– Po­wtó­rze­nia.

 

„Kiedy wy­cho­dzi­li każdy udał się do wyj­ścia we­dług…” –– Po­wtó­rze­nie.

 

„Pro­tor i Dżela szli za rękę”. –– Pro­tor i Dżela szli, trzy­ma­jąc się za ręce.

 

Gdzie nie­gdzie rosły naj­praw­dziw­sze drze­wa o ja­sno­zie­lo­nych li­ściach i róż­no­ko­lo­ro­we kwia­ty w geo­me­trycz­nych klom­bach”. –– Gdzie­nie­gdzie rosły naj­praw­dziw­sze drze­wa o ja­sno­zie­lo­nych li­ściach, a na klom­bach o geo­me­trycz­nych kształ­tach, róż­no­ko­lo­ro­we kwia­ty.

 

„…a nie­opo­dal w sta­wie pły­wa­ły białe ła­bę­dzie”. –– …a nie­opo­dal, na/ po sta­wie pły­wa­ły białe ła­bę­dzie.

 

„Zja­wiasz się nie­spo­dzie­wa­nie na do­pa­mi­ne­rze dla mo­tło­chu, wo­zisz nas swoją kulą za­strze­żo­ny­mi trak­cja­mi, bie­rzesz nas w miej­sce, na które nor­mal­ni lu­dzie cze­ka­ją pół życia, po­ka­zu­jesz nam te na­krę­ca­ne za­ba­wecz­ki, gdy nasz świat skwier­czy na pa­tel­ni i każdy pró­bu­je prze­raź­li­wie stąd uciec”. –– Nad­miar za­im­ków.

Może: Zja­wiasz się nie­spo­dzie­wa­nie na do­pa­mi­ne­rze dla mo­tło­chu, wo­zisz nas swoją kulą za­strze­żo­ny­mi trak­cja­mi, za­bie­rasz w miej­sce, na zo­ba­cze­nie któ­re­go nor­mal­ni lu­dzie cze­ka­ją pół życia, po­ka­zu­jesz te na­krę­ca­ne za­ba­wecz­ki, pod­czas gdy nasz świat skwier­czy na pa­tel­ni i każdy roz­pacz­li­wie pró­bu­je stąd uciec.

 

„Zie­mia spali się jak skwa­rek, gdy kul­mi­na­cyj­na fala pro­mie­nio­wa­nia nad­cią­gnie”. –– Wo­la­ła­bym: Zie­mia spali się jak skwa­rek, gdy nad­cią­gnie/ na­dej­dzie kul­mi­na­cyj­na fala pro­mie­nio­wa­nia.

 

„Ko­ry­tarz był wy­ło­żo­ny ma­ho­nio­wy­mi ka­se­to­na­mi na ścia­nach i czar­ną, po­ły­skli­wą deską na pod­ło­dze. Skąpy stru­mień świa­tła pro­wa­dził pa­ro­ma za­krę­ta­mi do środ­ka pięk­ne­go po­miesz­cze­nia. Ścia­ny wy­ło­żo­ne szli­fo­wa­ny­mi mar­mu­ra­mi, w któ­rych znaj­do­wa­ły się ska­mie­nia­łe szcząt­ki życia kam­bru, sy­lu­ru, kar­bo­nu…”. –– Czy pod­ło­gę wy­ło­żo­no jedną deską? ;-)

Może: Ścia­ny ko­ry­ta­rza wy­ło­żo­no ma­ho­nio­wy­mi ka­se­to­na­mi, na pod­ło­dze po­ły­ski­wa­ły czar­ne deski. Skąpy stru­mień świa­tła pro­wa­dził pa­ro­ma za­krę­ta­mi do środ­ka pięk­ne­go po­miesz­cze­nia zbu­do­wa­ne­go ze szli­fo­wa­ne­go mar­mu­ru, in­kru­sto­wa­ne­go ska­mie­li­na­mi z okre­su kam­bru, sy­lu­ru, kar­bo­nu

 

„Je­ste­ście brać­mi? – zdzi­wio­na ode­zwa­ła się Dżela”. –– Je­ste­ście brać­mi? – ode­zwa­ła się zdzi­wio­na Dżela.

 

„Ale życie każe życ”. –– Wo­la­ła­bym: Ale in­stynkt każe żyć.

 

„…pan­ce­rzak przy­szedł za­brać na­czy­nia i po­ło­żyć bu­tel­ki”. –– Ra­czej: …pan­ce­rzak przy­szedł za­brać na­czy­nia i po­sta­wił bu­tel­ki.

 

„Tacy jak wy na pewno wie­cie gdzie można stąd uciec!” –– Tacy jak wy, na pewno wie­dzą dokąd można stąd uciec!

 

„Te dwa mniej­sze mają taką samą po­jem­ność, ale ten trze­ci ma dwa razy więk­szą niż jeden mały”. –– Te dwa mniej­sze mają taką samą po­jem­ność, ale to trze­cie ma dwa razy więk­szą niż jedno małe.

Pi­szesz o na­czy­niach. Na­czy­nie jest ro­dza­ju ni­ja­kie­go.

 

„Po­czu­ła, ze można stąd jed­nak uciec, cho­ciaż nie ro­zu­mia­ła gdzie”. –– Po­czu­ła, że jed­nak można stąd uciec, cho­ciaż nie ro­zu­mia­ła dokąd.

 

„…i jak za­wsze prze­chy­lił do otwar­tej buzi nie­do­je­dzo­ny pół­mi­sek za­ką­sek”. –– …i jak za­wsze, wprost z prze­chy­lo­ne­go pół­mi­ska, zsu­nął do ust nie­do­je­dzo­ne za­ką­ski.

 

Do góry wzno­si­ła się ścia­na mor­skiej głę­bi­ny, kłę­biąc się fa­li­sty­mi kształ­ta­mi i tur­ku­so­wy­mi ko­lo­ra­mi…” –– Wzno­sze­nie się do góry jest ma­słem ma­śla­nym. Nie można wzno­sić się w dół.

Pro­po­nu­ję: Wzno­si­ła się ścia­na mor­skiej głę­bi­ny, pełna skłę­bio­nych, fa­li­stych kształ­tów i tur­ku­so­wych od­cie­ni

 

„Trud­no jej było zro­zu­mieć, gdzie tak wła­ści­wie ma ucie­kać…” –– Trud­no jej było zro­zu­mieć, dokąd tak wła­ści­wie ma ucie­kać

 

„…tylko po­je­dyn­cze mia­ro­wo ka­pią­ce kro­ple z po­wa­ły su­fi­tu od­mie­rza­ły…” –– Po­wa­ła to sufit. Kro­ple mogą kapać albo z su­fi­tu, albo z po­wa­ły.

Może: …tylko po­je­dyn­cze kro­ple, mia­ro­wo ka­pią­ce z su­fi­tu, od­mie­rza­ły

 

Pi­szesz o isto­cie, o „…prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu ma­to­wych oczu”, a zaraz potem czy­tam „…ob­wą­chi­wa­ła już brzuch dziew­czy­ny, pa­trząc błysz­czą­cy­mi ocza­mi…”.

Czy oczy isto­ty były ma­to­we, czy błysz­czą­ce?

 

„…wy­cią­gnę­ła ka­wa­łek szczu­rze­go mięsa. Po­da­ła go dłu­go­wło­sej gło­wie…” –– …wy­cią­gnę­ła ka­wa­łek szczu­rze­go mięsa. Po­da­ła je dłu­go­wło­sej gło­wie

Mięso jest ro­dza­ju ni­ja­kie­go.

 

„…a wokół niego uno­si­ło się ponad pod­ło­gą kilka ma­gne­tycz­nych kul…” –– Skoro uno­si­ły się, to zro­zu­mia­łe, że ponad pod­ło­gą.

 

„Dżela pa­trzy­ła przed sie­bie, jakby nie było ścia­ny dwa metry przed jej nosem, jakby jej tu już w ogóle nie było”. –– Wo­la­ła­bym: Dżela pa­trzy­ła przed sie­bie, jakby dwa metry przed jej nosem nie było ścia­ny, jakby jej tu już w ogóle nie było.

Czy Dżela pa­trzy­ła tak, jakby jej już tu w ogóle nie było, czy jakby w ogóle nie było ścia­ny?

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

By­naj­mniej wiem co mnie czeka. http://sjp.pwn.pl/lista.php?co=bynajmniej http://sjp.pwn.pl/slownik/2512323/przynajmniej Znajdź dwie róż­ni­ce ;) Uczu­lo­ny na to "by­naj­mniej" je­stem jak cho­le­ra, dla­te­go się cze­piam :D Poza tym,, jak już się ode­zwa­łem, to przy­znam się bez bicia, że prze­czy­ta­łem w końcu całe i do końca :D Po­do­ba mi się po­mysł i re­alia.

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

Cie­ka­we

Przy­no­szę ra­dość :)

Bę­dzie bez nie­do­mó­wień, czy, jak kto woli, nie­do­pi­sań.   Bar­dzo dobra, głę­bo­ka kon­cep­cja, spi­to­lo­na wy­ko­na­niem. Po­mysł to nie wszyst­ko, re­ali­za­cja też ma swoją i to nie małą wagę… Nie wszy­scy muszą, nawet nie wszy­scy mogą być mi­strza­mi słowa i frazy, ale przez zwy­kłe po­rów­na­nie z po­rząd­niej na­pi­sa­ny­mi tek­sta­mi chyba da się za­uwa­żyć, że coś tu nie tak. A potem po­pro­sić lep­szych w te kloc­ki o pomoc…  

dzię­ki za wszyst­kie uwagi. szcze­gól­nie re­gu­la­to­rów. warto po­słu­chać mą­drzej­szych. Mam ko­lej­ną częśc przy­gód Dżeli i Pro­to­ra, po­pra­cu­ję jed­nak nad wy­ko­na­niem, choć mam dziw­ną re­flek­sję że dobra forma nie jest tym samym co dobra treść i od­wrot­nie. Mia­now­nik jest inny niż 1. By­naj­mniej :) opty­ma­li­za­cja jest trud­na "w te kloc­ki", mó­wiąc sło­wa­mi kla­sy­ka-po­przed­ni­ka.  

Nie wiem, czy je­stem mą­drzej­sza, pew­nie nie, ale bar­dzo się cie­szę. że po­mo­głam. A kiedy po­ukła­dasz wsyzst­kie kloc­ki, z przy­jem­no­ścią prze­czy­tam o da­szych lo­sach Dżeli i Pro­to­ra…

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Chyba mogę się pod­pi­sac pod sło­wa­mi Adama.  Mnie oso­bi­ście słabe wy­ko­na­nie sku­tecz­nie utrud­nia­ło lek­tu­rę, przez co i sam po­mysł zszedł na dal­szy plan. Życzę po­wo­dze­nia i po­zdra­wiam.

A ja gra­tu­lu­ję fan­ta­zji, nie­zły świat wy­my­śli­łeś. 

dzię­ki,Twój login pa­so­wał­by do dru­giej czę­ści :)

Nie krę­puj się ;)

Nowa Fantastyka