- Opowiadanie: Nidril - Wspomnienia legendarnych magów

Wspomnienia legendarnych magów

Opowiadanie dedykuję Georgie Henley i pewnej bardzo ważnej dla mnie kobiecie.
Bo za każdym razem, gdy idę do swojego garażu, mam nadzieję, że spotkam którąś z nich po drodze.
 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wspomnienia legendarnych magów

Pamiętnik Jeffreya Scotta

 

Pamiętam dokładnie dzień, w którym ją poznałem. Przez Anglię przechodził wtedy potężny huragan, niosący ze sobą mroźne powietrze znad Półwyspu Skandynawskiego. Pamiętam, że gdy tylko otworzyłem drzwi zacząłem drżeć z zimna. Głównie dlatego, że miałem na sobie tylko cienką bluzę oraz jeansowe spodnie sięgające niewiele poza kolana. Jeżeli chodzi o moje skąpe ubranie, to musicie wiedzieć, że nie wybierałem się wówczas w żadną daleką podróż, ale tylko do garażu, skąd miałem przynieść ciasto na przyjęcie urodzinowe odbywające się w właśnie w moim domu. Rodzice umieszczając je tam kierowali się oczywiście ideą mówiącą, że nie ma sensu marnować cennego miejsca w lodówce, skoro na zewnątrz jest o wiele zimniej, a i miejsca raczej nie brakuje. Nikt nie patrzył na to, że ktoś będzie musiał zadać sobie tę odrobinę trudu i wejść prosto w paszczę szalejącej na zewnątrz śnieżnej bestii.

To nic. Uwielbiałem zimę. Każdy moment, który mogłem spędzić na śniegu wzmagał we mnie tylko romantyczny nastrój. Nie było bowiem dla mnie nic bardziej magicznego, niż świeży, delikatny śnieg.

Wracając jednak do opowieści. W pierwszej chwili nie było mi wcale zimno, ponieważ huragan wiał od strony zachodniej, podczas gdy wyjście z domu było po stronie przeciwnej, wschodniej. Byłem więc przed wiatrem osłonięty. Jednak, gdy tylko wyszedłem za róg domu (garaż znajdował się od strony północnej) to uderzyło mnie wietrzysko tak okropnie nieprzyjemne, że resztę drogi do garażu przebyłem w długich, co najmniej metrowych susach. Następnie mocowałem się z pokaźnym pękiem kluczy, próbując znaleźć ten właściwy, otwierający wejście do ciepłego Elizjum. Podskakiwałem z nogi na nogę, trzęsącymi się dłońmi przerzucając klucze i powtarzając pod nosem rozpaczliwe błagania typu: ,,No otwórz się wreszcie", albo ,,Zlituj się".

W końcu jeden z kluczy zadziałał. Przekręciłem gałkę w prawo i pociągnąłem klapę do góry, otwierając portal do niebios. Ciepłe powietrze wydobyło się na zewnątrz zalewając mnie falą przyjemności. Miałem wrażenie, że gdzieś w głębi śnieżycy słyszę motyw z Rydwanów Ognia.

Szybko podszedłem do szafki stojącej w głębi pomieszczenia i z najwyższej półki ściągnąłem dwie brytfanki, które następnie położyłem na dachu samochodu.

Już szykowałem się do ucieczki z tego mroźnego, nieprzyjaznego miejsca kiedy zauważyłem, że na ulicy stoi dziewczyna.

Miała na sobie czerwony, sięgający kolan płaszcz, czarne rajstopy, opinające jej zgrabne nogi i dziewczęce czarne skórzane buty. Szalik także był czarny, a czapka… Czapki nie było. Ciemnobrązowe włosy powiewały chaotycznie na wietrze.

Była bardzo zmarznięta. Widać to było po jej skulonej postawie i niespokojnych ruchach, które były desperacką próbą podniesienia temperatury panującej pod jej ubraniem.

Nie mogłem na to patrzeć, więc w przypływie litości wybiegłem przed garaż, odsunąłem bramę i podbiegłem do dziewczyny.

– CHODŹ DO ŚRODKA, ZAMARZNIESZ TU NA ŚMIERĆ!! – krzyknąłem próbując przebić się przez ogłuszający zew śnieżycy.

Spojrzała na mnie zaskoczona i zmarszczyła brwi. Przez chwilę stała, nie odzywając się, tylko wpatrywała się we mnie zdziwionym wzorkiem.

Uznałem to za charakterystyczną, dziewczęcą negację, zazwyczaj powodowaną przez najzwyklejszą skromność, czy wstydliwość. Złapałem ją więc za skostniałą dłoń i pociągnąłem za sobą do garażu.

Dziewczynie przyniosło to wyraźna ulgę, ponieważ zamknęła oczy i niemal natychmiast przestała dygotać.

– Dzięki. Już ledwo stałam na tym mrozie – powiedziała dziewczyna. – Jestem Elsa.

– Cześć – odpowiedziałem. – Mów mi Jeff. Chcesz trochę ciasta?

Wskazałem na brytfanki stojące na samochodzie. Elsa odrobinę się zawstydziła i mógłbym przysiąc, że w cieplejszych okolicznościach zalałaby się rumieńcem. Niestety jej twarz była już zaczerwieniona od mrozu.

– Co właściwie robisz w tych okolicach? – zapytałem kiedy oboje jedliśmy już sernik.

Naprawdę byłem ciekawy. Nie było tu wiele domów, ani przejezdnych. Czasami do sąsiadów przyjeżdżali goście, ale nigdy nie były to osoby w wieku Elsy.

– Hm? Ja… – zająkała się dziewczyna – byłam u…koleżanki.

Skłamała. Nie było tu dziewczyn w jej wieku. Czego zresztą zawsze żałowałem.

Poczułem ciekawość, chęć dotarcia do rozwiązania zagadki, co było normalne w moim przypadku. Zawsze lubiłem pakować swój ciekawski tyłek w przygody i nie potrafiłem przepuścić okazji do zabawy w detektywa.

– U której? U Karen? – zapytałem biorąc spory kęs ciasta. Oczywiście, nie mieszkał tu nikt o imieniu Karen. Chciałem zobaczyć z jak dobrym kłamcą mam do czynienia, a nie było na to lepszego sposobu, od zmuszenia rozmówcy do błądzenia po labiryncie własnych łgarstw. Prędzej czy później pojawiała się jakaś sprzeczność, albo inna wersja zdarzeń – coś co pozwalało jednoznacznie określić czy dana osoba kłamie.

Elsa spojrzała na mnie i udała, że dobre wychowanie nie pozwala jej mówić z pełną buzią. Sprytnie kupiła sobie dowolną ilość czasu, ponieważ wiedziała, że nie będę od niej wymagał odpowiedzi dopóki nie przełknie.

– Nie znam Karen -odpowiedziała w końcu. – Moja koleżanka mieszka niedaleko stąd, w małym domku jednorodzinnym. Robiłyśmy razem projekt na geografię o glebach.

Nieźle. Nie zagłębiała się w szczegóły, co dawało jej większe możliwości przy tworzeniu odpowiedzi na następne pytania. Gdyby podała imię koleżanki, podjęłaby zbyt duże ryzyko. Mogłem przecież znać każdą osobę w promieniu dwóch kilometrów. Co do domku to podała mi najbardziej ogólny opis jaki się dało. Wszystkie domki tutaj są małe i jednorodzinne.

Kiedy tak analizowałem kłamstewka dziewczyny, zobaczyłem, że ta pociera energicznie zmarznięte dłonie. Postanowiłem dać jej moje rękawiczki.

Oczywiście na początku odmówiła.

– Nalegam – powiedziałem. – Zobacz jakie masz zmarznięte dłonie.

Przybliżyłem się i zacząłem wciskać jej swoje rękawiczki na ręce, lecz w tym właśnie momencie zza rogu wyszedł mój ojciec i zatrzymał się, patrząc ze skrajnym zdziwieniem. Elsa opuściła wzrok i odskoczyła do tyłu wpadając na szafkę.

– Ciebie to nawet do garażu wysłać nie można – powiedział mój ojciec z szerokim uśmiechem mówiącym, że przez najbliższy miesiąc mogę się spodziewać lawiny docinków typu: ,,Następnym razem jak zaprosisz kobietę do garażu to zapal chociaż świeczki. Będzie romantyczniej".

Ojciec wciąż chichocząc i mrucząc coś pod nosem opuścił pomieszczenie i zostawił mnie sam na sam z dziewczyną i nowym, nieproszonym gościem, którym była niezręczna cisza. Elsa ku mojemu zdziwieniu była jeszcze czerwieńsza niż przedtem.

Na szczęście udało mi się wybrnąć z tej sytuacji i następne dziesięć minut zleciało nam na przyjemnej rozmowie. Nie próbowałem już podchodzić jej, ani przyłapywać na kłamstwach, bowiem ochota na to przeszła mi bezpowrotnie. Dowiedziałem się za to, że jest z Ilkley i tak jak ja ma 16 lat. Uczyła się w liceum z bardzo wysokim poziomem, co nie było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ już na samym początku zauważyłem, że mam do czynienia z osoba inteligentną. Wielokrotnie dochodziło między nami do wymiany myśli, które sprawiły, że zaczęła się tworzyć między nami delikatna nić przyjaźni.

– Wiesz… – zacząłem. – Od kilku lat zakuwam wszystko co mi każą. Mam świetne oceny, wysoką frekwencję i wszystko wskazuje na to, że spełni się marzenie mojej mamy – będę studiował medycynę. Jednak od pewnego czasu czuję coś co nie daje mi spokoju…

– Czujesz, że nie to jest ci pisane – wtrąciła Elsa.

Spojrzałem na nią i pokiwałem głową.

– Bo widzisz… Ja wychowałem się na filmach i książkach. Zawsze byłem rządny przygód, rzeczy niezwykłych, zawsze miałem głowę w chmurach. Wpadałem na szyldy idąc chodnikiem, potykałem się o własne sznurówki – bo zawsze w mojej głowie ubijałem właśnie jakieś smoki. I ciarki przechodzą mi po plecach na myśl, że miałbym skończyć jako… zwykły człowiek!

Wywołało to na niej dziwne wrażenie. Mógłbym przysiąc, że moje słowa miały dla niej większe znaczenie niż mogłoby się zdawać. Spojrzała na mnie zamyślonym wzrokiem.

Nie zdążyła jednak nic powiedzieć, bowiem pod mój dom zajechał czarny, bardzo elegancki samochód.

– To po mnie. Muszę już iść powiedziała z uśmiechem Elsa.

Powiedziawszy to podeszła do mnie i dała mi zwyczajnego całusa w policzek na pożegnanie. Dostawałem takie na co dzień od każdej dziewczyny w klasie, lecz ten… Ten był inny. Ten sprawił, że serce stanęło mi na ułamek sekundy, że w piersi zabrakło mi w tchu, a w nogach sił, by stać. Poczułem nagły przypływ emocji, tak piękny i tak niezwykły, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie czułem.

– Hej, Elsa – wyszeptałem i wtedy ona odwróciła się i odeszła.

Patrzyłem jak odchodzi, jak jej piękne włosy znów powiewają chaotycznie na wietrze. Widziałem piękno w tym jak stawia kroki, nawet w tym jak ściska dłonie w moich rękawiczkach.

Zobaczyłem jeszcze jak jakiś siwy mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat otwiera jej drzwi, a potem ze smutkiem patrzyłem jak czarny samochód znika w odmętach zamieci.

Poczułem jak serce ściska mi się z nieopisanego żalu. Opuściłem głowę i zamknąłem oczy. W mojej głowie niczym echo odbijała się tylko jedna myśl. Myśl, która rozpruwała moje serce na kawałki, która doprowadzała mnie do szału i niemej rozpaczy. Myśl, która była tak trudna do zniesienia, że musiałem wyrzucić ją z siebie. Z pękniętego serca spłynęły na moje wargi arcybolesne słowa:

– Już nigdy Cię nie zobaczę?

Nagle jednak usłyszałem jak przez wycie wichury przebija się hałas silnika samochodowego. Przed moim domem zatrzymała się czarna, elegancka terenówka.

Wysiadł z niej siwy mężczyzna, który pospiesznie podbiegł do mojej bramy i przywołał mnie gestem. Wyszedłem mu na spotkanie, a kiedy obaj staliśmy już wystarczająco blisko siebie, wyciągnął do mnie rękę. Były w nich moje rękawiczki.

– Panienka prosiła, by oddać to Panu. Przesyła także, proszę pozwolić, że zacytuję, gorące całusy.

– Dziękuję – odpowiedziałem wpatrując się w przyciemniane szyby samochodu. Niestety nie dało się dostrzec, kto siedział w środku.

Chwilę później samochód odjechał pozostawiając mnie samego.

Otrząsnąłem się już z rozpaczy i teraz ganiłem siebie za chwilę słabości. Chciałem włożyć rękawiczki, lecz wówczas poczułem, że w jednej z nich tkwi jakiś niewielki przedmiot. Zajrzałem do środka.

Była to czerwona karteczka, wielkości pudełka od zapałek. Przez mała dziurkę przewleczona była złota, brokatowa niteczka, a na samej kartce, zapisany był numer telefonu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W domu panował przyjemny hałas. Z wieży wydobywały się skoczne dźwięki utworów Abby, ciotki rozmawiały o najprzeróżniejszych chorobach świata, a wujkowie o sprawach politycznych. Ja usiadłem sobie na kanapie, kradnąc wcześniej ze stołu garść jasnych, soczystych winogron.

Zastanawiałem się, czy z dzwonieniem do Elsy mam zaczekać dzień, dwa, a może cały tydzień. Nie miałem doświadczenia w tych sprawach, a wielokrotnie słyszałem, że to, kiedy się oddzwoni do kobiety, ma duże znaczenie. Wyjąłem swój telefon i zapisałem numer w kontaktach, żeby mieć pewność, że jest bezpieczny.

Dosiadła się do mnie ciotka. Była to przeraźliwie chuda kobieta po czterdziestce. Miała charakterystyczne, rude, kręcone włosy. Nie naturalnie rude, oczywiście, ale farbowane i to na odcień tak jaskrawy, że mógłbym się założyć, że jej włosy świecą w ciemnościach.

– Powiedz no, Jeffi. Słyszeliśmy, że spotkałeś się tam z jakąś dziewczyną przed chwilą – powiedziała skrzeczącym głosem, który powinien być umieszczany w każdej encyklopedii przy haśle ,,wścibska".

– No podziel się z ciocią, nie bądź taki wstydliwyyy.

– To była tylko koleżanka z klasy – skłamałem.

– Ach, koleżanka z klaasy – zawiodła się ciocia. Najwyraźniej miała nadzieję, że doszło w garażu do burzliwego romansu, o którym to mogłaby wymyślać serie plotek i rozpuszczać je wśród innych ciotek. Postanowiłem nie dawać jej tej satysfakcji.

– Tak. Podrzuciła mi pendrive'a z projektem o glebach. Na geografie.

Osiągnąłem upragniony efekt, o czym świadczył fakt, że ciotka zadała mi jeszcze tylko kilka rutynowych badań o studia, po czym oddaliła się pośpiesznie. Ja natomiast porwałem kolejną garść winogron oraz butelkę coca-coli i udałem się na piętro, do swojego pokoju.

Usiadłem za biurkiem i spojrzałem na fototapetę przedstawiającą tropikalny las.

Dzwonić, czy nie dzwonić?

Nie wytrzymałem. Wziąłem telefon do ręki i napisałem sms-a. ,,Hej, Elsa. Stęskniłaś się?"

Po wysłaniu pacnąłem się jednak otwartą dłonią w czoło. Poczułem, że w treści smsa, którego napisałem, dosłownie wszystko było nie takie jak być powinno.

– Ty idioto – mruknąłem do siebie.

Usłyszałem sygnał przychodzącej wiadomości.

,,Bardzo!!! Sorki, za kradzież rękawiczek"

Nie istnieją słowa, które mogłyby opisać jaką radość poczułem w tym momencie. Padłem plackiem na łóżko i zacząłem się zastanawiać, co powinienem odpisać. Ostatecznie zapytałem się, czy spotkamy się jeszcze kiedyś.

,,Jasne, może pójdziemy jutro na łyżwy? 16 pasuje?" – zaproponowała.

,,Tak, byłoby cudownie" – odpowiedziałem.

Na tym nasza rozmowa się nie zakończyła. Pisaliśmy ze sobą do późnej nocy, aż do momentu kiedy przestała mi odpisywać, co mogło oznaczać tylko jedno. Elsa zasnęła.

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Istota Mocy

,,Początek"

 

Jeff i Elsa spotkali się następnego dnia na lodowisku. Dziewczyna okazała się być całkiem niezła w jeździe na łyżwach. Kilkukrotnie udało się jej nawet wykonać ósemkę, czy inną nietrudną figurę. Jeff nie mógł pozostać jej dłużny i także próbował popisać się swoimi umiejętnościami. Kilka razy wylądował na tyłku – ku uciesze przyjaciółki.

– Brawo! – krzyczała Elsa, chichocząc i klaszcząc dłońmi.

Po dwóch godzinach uznali jednogłośnie, że mają dość jeżdżenia na łyżwach.

– Może pojedziemy do mnie? – zaproponowała dziewczyna.

Jeff spojrzał na zegarek. Była dopiero godzina 18, a więc nic nie stało na przeszkodzie.

Spod lodowiska odebrał ich ten sam czarny, elegancki samochód, którym wczoraj Elsa wróciła do domu. Kierowcą był siwy mężczyzna, którego dziewczyna nazywała ,,Samuelem". Uwagę Jeffa przykuł fakt, że ten tytułował Elsę ,,panienką". Zupełnie jakby była księżniczką lub szlachcianką, a przynajmniej kimś pochodzącym z arystokratycznej rodziny. Cóż, to przynajmniej tłumaczyłoby taki drogi samochód pomyślał Jeff.

– Samuelu, poznaj Jeffreya – powiedziała Elsa kiedy wszyscy siedzieliśmy już wewnątrz pojazdu.

– Witam, panie Jefferey – rzekł mężczyzna uroczystym, bardzo wyrachowanym tonem.

Chłopak odpowiedział grzecznie i przez chwilę jechali w milczeniu. W końcu Jeff nie wytrzymał i nachylił się do Elsy. Szeptem zadał jej pytanie:

– Czy to jest twój lokaj, czy mi się zdaje?

Elsa zachichotała i spojrzała na towarzysza z niedowierzaniem.

– A jeśli tak, to co? – zapytała z uśmiechem.

Jeff wydął policzki i wzruszył ramionami, po czym wykonał ukłon w stronę przyjaciółki.

Kilka minut później wszystko było już dla Jeffreya oczywiste, bowiem zaraz po tym jak minęli wielką, czarną furtkę zdobioną ornamentami w kształcie łabędzi i kwiatów zajechali przed najprawdziwszy dwór. Jeff nie krył zdziwienia i ku uciesze Elsy wysiadłszy z samochodu, zamarł z półotwartymi ustami i oczami rozszerzonymi niemal do granic możliwości.

Stałby tak i przyglądałby się gmachowi pałacu, gdyby nie został złapany przez swoją towarzyszkę za rękę i pociągnięty w stronę wejścia.

Drzwi otworzyła im kobieta w białym fartuchu i drobną miotełką do kurzu w ręce. Przeleciała wzrokiem Jeffreya i kiedy ten nie patrzył porozumiewawczo puściła oko Elsie.

– Dobry wieczór – odezwał się tymczasem chłopak starając się, aby jego ton choćby odrobinę sprawiał wrażenie dobrego wychowania. Starał się zbytnio nie rozglądać po wnętrzu domu, aby nie dać po sobie poznać, że jest zszokowany.

– Aniu, przyniesiesz nam po kubku gorącej czekolady? – zwróciła się Elsa do pokojówki.

– Oczywiście, Ellie – odpowiedziała z uśmiechem kobieta.

Dziewczyna stanęła za Jeffem, zaparła się i popchnęła go przed siebie jak wielką, kamienną kulę.

– No ruszże się wreszcie!

Wnętrze pałacyku onieśmieliło jednak chłopca do reszty. Z zachwytem przyglądał się szerokim, drewnianym schodom wychodzącym z dwóch przeciwnych stron przestronnego pomieszczenia i spotykającym się w połowie, gdzie razem tworzyły dalszą drogę na pierwsze piętro. Z dachu zwisał wielki, żółto-kryształowy żyrandol, rzucający ciepłe światło na portrety zawieszone na ścianach, które przedstawiały oblicza przodków Elsy. Tu i ówdzie stała rzeźba, w jednej rozpoznał replikę Wenus z Milo, w innej zaś małego Kupidyna. Drewnianą, wypucowaną podłogę pokrywał w większości jasny dywan z gęsto wyszywanymi wzorami. Był on milszy dla stóp niż piasek z wybrzeża którejś z tropikalnych, karaibskich wysepek. Wszystko to było dla Jeffreya niezwykłe, jak w bajce, dlatego stał i przyglądał się z niemym zachwytem wnętrzu mieszkania swojej nowo poznanej przyjaciółki.

– Tutaj jest przepięknie… – wyszeptał. – Czemu nie powiedziałaś, że jesteś…

– Bogata? – obruszyła się Elsa. – Dlatego, że zbyt wiele razy okazywało się, że moi przyjaciele kochali tylko moje pieniądze, a nie mnie samą.

Jeff pokiwał głową na znak, że rozumie.

– Ale wiesz, że ja… – zaczął.

– Tak, wiem – uśmiechnęła się dziewczyna. – A teraz chodź. Nie będziemy przecież tu stać cały wieczór.

Pociągnęła go za sobą w stronę schodów. Weszli po nich na pierwsze piętro, gdzie po obu stronach rozciągał się korytarz. Elsa poprowadziła go w prawą stronę, aż do samego końca, gdzie zastali uchylone drzwi. Wewnątrz stała pokojówka i rozstawiała już parującą czekoladę na pięknym, drewnianym stoliku.

Pokój Elsy był niesamowity. Każdy element, każdy przedmiot wskazywał na zamiłowanie dziewczyny do przygód i podróży. Jedna z półek wypełniona była książkami od ziemi, aż po sam sufit, zaś tuż obok niej stał piękny, spory globus stylizowany na czas Kampanii Wschodnioindyjskiej. Pod przeciwległą ścianą, na kredensie stało małe drzewko bonzai, a tuż obok niego suszyły się krwistoczerwone róże. Na ich widok Jeff poczuł lekkie ukłucie zazdrości, ponieważ nawiedziła go myśl, że Elsa dostała je od jakiegoś adoratora.

– Wow. Tu jest ekstra – powiedział.

– A co? Spodziewałeś się fioletowej tapety w kwiatki, góry kosmetyczek i szuflady pełnej kolorowych sukienek?

– Szczerze mówiąc… – wzruszył ramionami w odpowiedzi.

Następną godzinę spędzili popijając gorącą czekoladę i rozmawiając o książkach, bowiem okazało się, że chłopak był równie wielkim pasjonatem dalekich krajów i podróży co jego przyjaciółka. Czasami kiedy przyglądał się mapom, Elsa mogła przysiąc, że widzi w jego rozmarzonych, niebieskich oczach wzburzone morze, tropikalne lasy i świątynie starożytnych cywilizacji.

– Chciałabym, żeby w moim życiu zdarzyło się coś niezwykłego – powiedziała dziewczyna. – Coś o czym można by napisać książkę, nakręcić film i stworzyć legendę, opowiadającą o moich czynach.

Jeff spojrzał na nią z uwagą i uśmiechnął się, bowiem czuł to samo.

– Moi znajomi – ciągnęła Elsa – są tacy zwykli. Do szczęścia potrzebują laptopa, trochę telewizji i kilka godzin snu. Dlatego jestem raczej typem samotniczki. Wolę spędzać czas w moim pokoju, przeglądając atlasy, słuchając muzyki i czytając książki.

Jeffrey wstał z pufy w piaskowym kolorze, aby przyjrzeć się z bliska kolekcji figurek przedstawiających Terakotową Armię, którą stworzono na rozkaz chińskiego cesarza Qin Shi. Według legendy, figury żołnierzy miały strzec swojego pana i pomóc mu odzyskać władzę w życiu pozagrobowym.

– Pradziadek przywiózł je z podróży do Chin – oznajmiła Elsa widząc zainteresowanie przyjaciela – Był podróżnikiem, legendą wśród niektórych kręgów zajmujących się tajemnicami historii. Za czasów II wojny światowej wykładał na Oxfordzie, potem zniknął w tajemniczych okolicznościach. Pradziadek miał syna, który jest moim dziadkiem. On też interesował się swojego czasu podróżami, dziś para się raczej polityką. Zresztą jak chcesz to mogę cię do niego zaprowadzić. Zajmuje pokój po drugiej…

– Nie wydaje ci się, że te figurki są jakieś dziwne? – przerwał jej Jeff. – Kupiłem sobie takie same, kiedy byłem na wystawie w Londynie. Moje jednak wyglądają zupełnie inaczej. Te są jakby starsze i nie mają napisu ,,made in Tajwan". Sama zob…

Odwracając się Jefrrey zahaczył nogą o kant fotela i stracił równowagę. Przez chwilę rękami zataczał w powietrzu koła, jakby chciał odepchnąć się od jakiejś niewidzialnej szafki lub ściany, lecz nie napotykając żadnej z nich, runął z hukiem na podłogę.

– Nic ci nie jest?! – krzyknęła zmartwiona dziewczyna podbiegając do przyjaciela.

Jeff pokręcił głową i wstał czując jak rumieniec zalewa jego twarz. Szybko zorientował się jednak, że w jego dłoni brakuje małego, delikatnego przedmiotu. Figurka leżała tuż obok jego nogi, w postaci pyłu i odłamków.

– Przepraszam… – jęknął chłopak.

Uklęknął, aby posprzątać resztki terakotowego żołnierza, lecz wtedy zauważył drobny, jasny element wystający spomiędzy odłamków. Sięgnął po niego i wyciągnął go. Okazał się to być rulonik pergaminu, wyglądający na bardzo stary i kruchy.

Jeff spojrzał na Elsę, która z wyrazem zdziwienia przyglądała się kawałkowi papieru, który trzymał w dłoniach.

– Na co czekasz? Rozwiń go! – ponagliła go dziewczyna.

Usłuchał się jej i rozwinął papier. Okazało się, że był to list napisany najprawdopodobniej przez jej pradziadka, tego samego, który był sławnym podróżnikiem i który przepadł bez wieści. Jeff usiadł na ramieniu fotela i zaczął czytać na głos treść wiadomości:

 

Droga Elso,

nie mam czasu, by wyjaśnić Ci wszystko. Mam do dyspozycji tylko ten skrawek papieru, dlatego muszę się streszczać. Skoro figurka się rozbiła, to znaczy, że znalazłaś kogoś kto jest godny poznać tę tajemnicę. W mojej rzeźbie znajdziesz ukryte przejście, prowadzące do sekretnego pomieszczenia. Znajdź Istotę Mocy. Za żadne skarby jej nie zgub, ani nie pozwól by ktoś Ci ją odebrał. Udaj się z nią do Marcusa Flineby, mieszkającego w Beerton Town pod adresem 13 Lullaby Steet. Znajdziesz u niego odpowiedzi na wszystkie pytania.

Kochający,

Komandor Alfred Winterstorm

 

Elsa wzięła list od Jeffa i przez jakiś czas chodziła po pokoju wodząc oczami po słowach napisanych przez jej zaginionego pradziadka.

– Nie wiem co mam o tym myśleć – odezwała się w końcu – Nigdy go nie poznałam. Zaginął kilka tygodni przed moimi narodzinami. Skąd miałby wiedzieć jakie będę miała imię? Skąd miałby wiedzieć, że figurka się stłucze akurat wtedy, gdy poznam Ciebie?

Jeff wzruszył ramionami i pokręcił głową na znak, że nie zna odpowiedzi na te pytania. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem i energicznym krokiem wyszła z pokoju. Jeff dogonił ją w połowie korytarza i złapał za ramię, odwracając ją twarzą do siebie.

– Gdzie idziesz? – zapytał.

– Jeśli to wszystko miałoby być prawdą – powiedziała Elsa wymachując zwitkiem papieru w powietrzu – to jest tylko jedno miejsce, w którym możemy się o tym przekonać.

– Gdzie?

– W gabinecie dziadka, gdzie stoi rzeźba jego taty, a mojego pradziadka, czyli komandora Winterstorm.

Powiedziawszy to odwróciła się i puściła biegiem w stronę schodów, którymi następnie oboje dostali się na parter. Elsa przeprowadziła ich przez labirynt pokoi, aż w końcu zatrzymała się się przed dużymi, hebanowymi drzwiami.

Odwróciła się do swojego towarzysza i przycisnęła palec do ust nakazując mu zachować bezwzględną ciszę.

Uchyliła drzwi, zajrzała do środka, po czym wsunęła się zwinnie do środka. W jej ślad poszedł Jeffrey. Znaleźli się w sporym, eleganckim pokoju, w którym wszystko niemal lśniło od czystości. Po lewej stronie stało masywne biurko, takie za jakimi zasiadali wpływowi politycy oraz szefowie wielkich korporacji. Po drugiej stronie pokoju stały oszklone szafki, na półkach leżały zaś książki w skórzanych, ozdobnych okładkach. Na ścianach Jeff zauważył dyplomy i certyfikaty największych angielskich uczelni, takich jak Oxford, Cambridge, czy University College London.

– Rusz się! – ponagliła go Elsa, sama zaś podeszła do kamiennej rzeźby, przedstawiającej mężczyznę w kapeluszu safari oraz krótkich spodenkach z szelkami i włożoną w nie koszulą. Zaczęła obmacywać posąg od stóp, aż po czubek kapelusza, lecz mimo to, nie znalazła żadnego wypuklenia, ani przycisku, który mógłby otwierać tajemne przejście. Stanęła obok i podparła brodę dłonią.

– Cokół – powiedział Jeff.

Elsa spojrzała się na niego pytająco.

– Spróbuj na cokole – powtórzył chłopak.

Dziewczyna nachyliła się i przesunęła dłonią po złotym napisie ,,Komandor Alfred Winterstorm". Rzeczywiście, litera ,,o" okazała się wystawać nieco z cokołu, a gdy Elsa spróbowała ją przekręcić, ta wydała z siebie cichy stukot. Dopiero w pełni obrócona, zagłębiła się kilka centymetrów w drewnie.

Nagle zza krawędzi szafki stojącej obok pomnika, wydobył się z impetem kurz, a sam mebel począł powoli odsuwać się na bok, odsłaniając ciemną wnękę ze schodami w podłodze. Elsa bez słowa ruszyła przed siebie, zniknęła w ciemności, a jedyne co świadczyło jeszcze o jej obecności, to cichy odgłos stąpania po kamiennej posadzce. Jeff postanowił nie pozostawać w tyle i ruszył w ślad towarzyszki.

Schody były ciasne i kręte, a na dodatek nie było żadnej pochodni, czy latarni, która mogłaby oświetlić im drogę. Jednakże, gdy zeszli na sam dół, docierając do drewnianych, okutych żelazem drzwi, jedna z pochodni na ścianie zapaliła się samoistnie.

Dziewczyna odskoczyła do tyłu, wpadając na Jeffa.

– Jak… – wyszeptał zdziwiony chłopak.

Drzwi były zamknięte, co gorsza, nie widać było żadnej dziurki od klucza, ani nawet klamki. Wszelkie próby wyważenia ich także nie miały sensu, były one bowiem najprawdopodobniej zaryglowane od środka.

– Jakiś pomysł? – zapytała Elsa.

– Może gdzieś znajduje się następny przełącznik – zamyślił się chłopak – No jasne! Pochodnia!

Jeff złapał za żelazny uchwyty pochodni i pociągnął go w dół. Podziałało, potężne drzwi wydały z siebie głośny stukot i uchyliły się.

Oboje weszli do niewielkiej komnaty, oświetlonej szeregiem lamp. Wnętrze niemal w całości wypełniały sterty książek, obrazów i map. W całym tym bałaganie tylko jedno miejsce wyróżniało się i rzucało niemal natychmiast w oczy Był to kamienny piedestał, stojący na końcu komnaty, na którym leżał jakiś przedmiot, zbyt mały, by można było stwierdzić czym jest. Jeff i Elsa podeszli do niego i przyjrzeli mu się z bliska. Była to nefrytowa piramidka, wielkości pudełka od zapałek. Na jej powierzchni złotą farbą namalowane zostały jakieś dziwne znaki, których znaczenia nie sposób było odgadnąć.

Dziewczyna ujęła artefakt w dłonie i przystawiła bliżej światła, aby móc się mu dokładniej przyjrzeć.

– Myślisz, że to jest Istota Mocy, o której pisał twój pradziadek? – zapytał Jeff.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Spodziewałam się raczej księgi… Powinniśmy to zabrać do tego Marcusa z Beerton Town i dowiedzieć się czegoś więcej.

– Oszalałaś? – wzburzył się Jeffrey. – To po drugiej stronie Anglii! Nie zamierzasz chyba jechać tak daleko, tylko i wyłącznie z powodu jakiegoś listu i pamiątki, najpewniej kupionej na straganie przez twojego pradziadka w czasie wycieczki do Egiptu, czy Indii!

Elsę najwyraźniej rozzłościły te słowa, bowiem odgarnęła włosy z twarzy i podparła się rękami w biodrach.

– Ach tak? Więc taki z ciebie wielki podróżnik? – powiedziała z ironią.

Jeff załamał ręce.

– Ja naprawdę marzę o podróży! Ale gdy będę trochę mniej uzależniony od rodziców. Jak sobie to wyobrażasz? ,,Cześć, mamo! Wpadłem po najważniejsze rzeczy, bo wyruszam w świat z dziewczyną, która poznałem wczoraj. Dlaczego? Bo znaleźliśmy piramidkę w jej piwnicy!".

Elsa pokręciła głową i westchnęła.

– Jak chcesz. Ja nie zamierzam ślęczeć całe życie w bezpiecznym domu przy rodzicach – powiedziała dziewczyna, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.

Kiedy znaleźli się z powrotem w eleganckim gabinecie, do ich uszu dobiegł rwetes i ludzkie krzyki. Dziewczyna spojrzała na Jeffa przestraszonym wzrokiem i rzuciła się biegiem w stronę korytarza. Zatrzymało ją silne szarpnięcie.

– Czekaj! – syknął Jeffrey. – Nie wiadomo co się dzieje. Lepiej będzie jeśli nie będziemy zwracać na siebie niczyjej uwagi.

Elsa pokiwała głową i oboje ruszyli na palcach w stronę wyjścia. Minęli pusty salon i aneks, lecz, gdy mieli wejść do komnaty, w której znajdowały się wielkie schody, usłyszeli kobiecy krzyk:

– Nie wiem o czym Pan mówi! Błagam! – szlochała pokojówka klęcząc na ziemii przed mężczyzną, który celował do niej z pistoletu.

– To Anna! Musimy jej pomóc! – szepnęła Elsa.

Jeff rozejrzał się wokół, aby sprawdzić, czy nie ma jakiegoś użytecznego przedmiotu pod ręką. Na długim, zastawionym stole stał spory, ciężki świecznik. Chłopak pochwycił go oraz jeden z noży, po czym zaczaił się przy wejściu do przedpokoju. Elsa z przerażeniem spojrzała na nóż, trzymany przez towarzysza.

– Nie! – szepnęła rozpaczliwie, myśląc, że chłopak planuje zamordować bandytę. Jeff jednak jej nie słuchał. Odetchnął głęboko kilka razy i nagle rzucił z zamachem ostrym narzędziem, który przeleciał za plecami uzbrojonego mężczyzny i wylądował hałaśliwie na posadzce po drugiej stronie przedpokoju. Bandyta odwrócił się natychmiast w tamtą stronę i krzyknął:

– Kto tam jest?!

Był teraz tyłem do Jeffa, więc ten nie tracąc czasu wybiegł z ukrycia. Długimi susami dostał się za plecy mężczyzny i rąbnął go świecznikiem w tył głowy. Oprawca osunął się na kolana, a potem padł na posadzkę nieprzytomny.

Uratowana pokojówka rozpłakała się jeszcze bardziej i przez łzy dziękowała Jeffowi, nazywając go bohaterem i wybawcą.

– Nie możemy tu zostać, ktoś mógł nas usłyszeć – powiedział do niej chłopak i pociągnął za rękę z powrotem do salonu, gdzie czekała na nich Elsa.

– Myślałam przez chwilę, że chcesz go zabić – powiedziała cicho dziewczyna. – Dziękuję ci za to, co zrobiłeś.

Powiedziawszy to wspięła się na palce i pocałowała chłopaka w policzek.

Nie było jednak czasu do stracenia, więc cała trójka pędem rzuciła się ku tylnemu wyjściu. Na szczęście nie było ono zajęte jeszcze przez rabusiów. Wybiegli zatem na zewnątrz.

– Którędy teraz? – zapytał Jeff.

– Możemy biec do lasu, albo spróbować wykraść samochód z garażu.

Dobiegło ich szczekanie psów, które musiały wyczuć ich zapach. Niewątpliwe z każdą sekundą oprawcy byli coraz bliżej, więc musieli szybko podjąć decyzję.

– Mają psy – oznajmiła Anna. – Jeśli uciekniemy do lasu wytropią nas.

– Zatem garaż – powiedziała Elsa. – Za mną!

Ruszyli na tył domu, gdzie znajdować się miało wejście do przybudówki z pojazdami. Po drodze nie spotkali nikogo, kto mógłby ich zatrzymać, więc już po krótkiej chwili stanęli z uśmiechami pełnymi tryumfu przed otwartą bramą garażu, gdzie stał czarny, błyszczący samochód marki Standart Vanguard, taki jakimi jeżdżono pięćdziesiąt lat temu, a jakie teraz kupuje się tylko i wyłącznie z pobudek kolekcjonerskich.

– Ani kroku dalej – usłyszeli nagle ochrypły głos zza pleców, po którym nastąpił wyrazisty szczęk odblokowywanej broni.

Odwrócili się powoli i spostrzegli trójkę oprychów mierzących do nich z karabinów maszynowych.

– Bez żadnych sztuczek! I na kolana! – wrzasnął obdartus w żółtej, rybackiej kurtce.

Sytuacja była beznadziejna, nie było sensu stawiać oporu, ponieważ bandyci mieli broń cały czas w pogotowiu i mogli nafaszerować ich ołowiem, gdyby ktoś spróbował zrobić coś, w ich mniemaniu, podejrzanego.

Obdartus w marynarskiej kurtce podszedł bliżej i stuknął lekko kolbą w czoło Jeffa.

– Hej, gnojku. Odpowiesz mi teraz na kilka pytań.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował:

– Gdzie jest Istota Mocy?

Jeff wysilił się jak tylko mógł, aby nie dać po sobie poznać, że ta nazwa jest mu znajoma. Zmarszczył brwi i zdziwiony zapytał:

– Gdzie jest CO?

– Istota Mocy, szczylu! Wiesz o czym mówię. Nie udawaj!

– Nie wiem o czym mówisz.

– Ach tak? To w takim razie zapytam jeszcze raz, w nieco inny sposób.

– Będziesz bił szesnastolatka? – nie wytrzymała i odezwała się pokojówka.

Obdartus odwrócił się w stronę kobiety i nachylił się tak, że niemal dotykał czołem jej twarzy. W końcu zarechotał i wyprostował się.

– Bił?! Ależ skąd! – zaśmiał się. Wycelował karabin w stronę Elsy i już bez uśmiechu wycedził przez zęby:

– Mów, gdzie jest Istota Mocy, bo rozwalę dziewczynę!

Jeff poczuł jak serce zaczyna bić mu w szalonym tempie. Nie mógł pozwolić, aby dziewczyna zginęła. Ten przedmiot nie był tyle wart.

– Liczę do trzech! Raz…

Jeśli mu powiem i tak nas zabije myślał gorączkowo chłopak.

– Dwa… – odliczał nieubłagalnie oprych.

Dla Jeffa ta sekunda była najdłuższą w życiu. Czas jakby zwolnił, podczas gdy on rozważał wszystkie stojące przed nim możliwości. Już widział jak oprych nabiera powietrza do płuc, aby wypowiedzieć ostatnią cyfrę, śmiertelną dla Elsy. Nie mógł pozwolić, by dziewczyna zginęła w ten sposób. Nie wiedział, czy zabiją ich, gdy dowiedzą się, gdzie znajduje się artefakt, ale za to wiedział, że jeśli im nie powie, to jego przyjaciółka zginie.

– Istota Mocy jest w… – zaczął mówić gorączkowo chłopak, lecz przeszkodził mu w tym ryk odpalanego silnika. Nagle reflektory samochodu zapaliły się, oślepiając wszystkich wokół. Chwilę potem pojazd ruszył i z impetem wjechał w trzech oprychów.

To co się stało graniczyło z cudem. Pomoc spłynęła na nich w chwili największej potrzeby, wybawiając ich od niechybnej śmierci. Jeff zastanawiał się, kto mógł być kierowcą samochodu.

Tymczasem drzwi otworzyły się, a ze środka wysiadł starszy, siwy mężczyzna! Elsa podskoczyła z radości i ze łzami w oczach podbiegła do swojego lokaja, po czym przytuliła go.

– Samuel… – wyszeptała.

– Panienko, jestem pewien, że znajdziemy czas na radość, kiedy będziemy już w bezpiecznym miejscu – powiedział mężczyzna.

Wszyscy się z nim zgodziliśmy, ponieważ od bezpieczeństwa dzielił nas jeszcze wielki plac pełen uzbrojonych po zęby zbirów. Musieliśmy jakoś przebić się do furtki, bowiem nie było innej drogi ucieczki.

– Samuelu, masz jakiś plan? – zapytała Elsa, gdy wszyscy siedzieli w już wewnątrz samochodu.

– Naturalnie, panno Winterstorm. Jak zwykłem mówić za czasów mojej młodości… gaz do dechy!

W tym momencie ruszyliśmy gwałtownie z miejsca i pognaliśmy przed siebie. Ze sporą prędkością wypadliśmy przed front pałacu, gdzie naszym oczom ukazał się szereg aut i spora grupa oprychów, ubranych w żółte, marynarskie kurtki.

Rozległ się odgłos pierwszych strzałów, kule ze stukotem odbijały się od karoserii, a tu i ówdzie przechodziły na wylot, pozostawiając kilka dziur.

– Proszę się schylić – powiedział spokojnie Samuel.

Przejechaliśmy przez podwórze i wypadliśmy przez furtkę, za którą z piskiem opon skręciliśmy w drogę prowadzącą do szosy. Jednak ucieczka drogą byłaby pomysłem beznadziejnym, ponieważ oprychy, posiadające samochody o wiele szybsze niż czarny Standard Vanguard, szybko by ich dogonili i ostrzelali.

Samuel i tym razem okazał się nadzwyczaj pomysłowy, ponieważ zanim pojawił się pościg zgasił światła i skręcił w las. Zatrzymał się kila metrów od drogi i nakazał wszystkim siedzieć cicho.

Kilkanaście sekund później, trzy samochody przemknęły drogą, mijając ich kryjówkę. Odczekawszy chwilę, Samuel z powrotem wyjechał na drogę i spokojnie skręcił w szosę, nie mając już powodów by spodziewać się jakiegokolwiek pościgu.

 

 

 

Czarny, podziurawiony jak ser Standard Vanguard toczył się powoli po brukowanej ulicy, omijając gęsty tłum ludzi, hamując przed niesfornie wybiegającymi pod maskę dziećmi oraz trąbiąc na roztargnionych lub zagadanych przechodniów, którzy nie chcieli zejść z drogi. Co jakiś czas wzrok ciekawskich gapiów zatrzymywał się na ubytkach w karoserii, ewidentnie wskazujących na to, że samochód został wcześniej ostrzelany. Pasażerowie mieli jednak szczęście, ponieważ w mieście Beerton Town odbywał się tego dnia festyn piwa, dzięki czemu samochód wydawał się być po prostu atrakcją dla mieszkańców.

Tymczasem Jeff i Elsa wyglądali z zaciekawieniem przez okna, zawieszając wzrok na malowniczych girlandach i plakatach przedstawiających kufle wypełnione po brzegi złotym, spienionym alkoholem. Tu i ówdzie zauważyć można było uroczo i szczerze uśmiechnięte kobiety, ubrane w tradycyjne, kolorowe stroje. W rękach niosły wielkie tace, z których poczęstować mógł się każdy kromką pachnącego, mięciutkiego chleba z zadowalającą warstwą smalcu oraz ogórkiem i kiełbasą.

Wjechali na rynek miasta, gdzie rozstawiona była duża scena, wokół której ludzie tańczyli w rytm skocznej muzyki. Elsa westchnęła widząc piękne stroje i wymyślne fryzury tancerek. Obok roztańczonej grupy stała spora grupa ludzi, przyglądających się widowisku i rozmawiających wesoło, śmiejąc się i podrygując. Przez chwilę Jeff i Elsa zapomnieli o wydarzeniach zeszłego wieczora i uśmiech znów zawitał na ich twarzach.

Nagle ktoś zapukał w szybę. Zaraz po tym, do okna nachylił się rozpromieniony, puszysty mężczyzna z lekką siwinką na głowie.

– Samuelu! – przywitał się serdecznie z lokajem, gdy ten otworzył okno. – Tyle lat, mój drogi Samuelu…

– Witaj, witaj Marcusie – odpowiedział Samuel.

– A to pewnie panienka Elsa! Jakaż uroczona dama, wykapana matka, chociaż nie, oczy ma po ojcu. Ale uśmiech piękny jak u matki. O! I rumieniec także! – zaśmiał się serdecznie mężczyzna.

– Do prawdy, jest pan bardzo miły, panie Flineby – powiedziała Elsa, uśmiechając się wstydliwie.

– A któż to? – zamyślił się Marcus przyglądając się Jeffowi. – Ciebie młodzieńcze, zdaje mi się, nie kojarzę…

– To mój przyjaciel, panie Flineby. Jefferson…

– Clinton – wtrącił szybko chłopak wyciągając dłoń w stronę mężczyzny – Jefferson Clinton.

Jeff pomyślał sobie, że bezpieczniej będzie dla jego rodziny jeśli będzie korzystał z fałszywego nazwiska.

– Wiesz może gdzie tu można zaparkować? – zapytał lokaj.

– Najprościej będzie, gdy zaparkujesz na moim podwórku – odpowiedział Marcus. – Całe szczęście mieszkam niedaleko.

Wtedy pan Flineby wsiadł do ich samochodu i razem pojechali do jego domu. Okazało się, że mieszkał kilka ulic dalej, w małym, ceglastym domku, wokół którego rozciągało się niewielkie, ale za to bardzo malownicze podwórko. Z płotu witały przechodniów złote nasturcje i fioletowe orchidee, w głębi podwórka zaś stały dwa stare dęby, na gałęzi jednego z nich zawieszona była huśtawka. Na parapetach stały świeże dynie, pod nimi zaś, po ścianie piął się soczyście zielony bluszcz. Marcus zaprosił ich do środka. Wnętrze domu okazało się równie niezwykłe co podwórze, bowiem urządzone było w bardzo klimatycznym, staroangielskim stylu. Nie zabrakło zatem kominka, ani sufitu z drewnianych belek. W salonie stała piękna sofa z wyszywanymi, złotymi kwiatami, dokładnie takimi jakie można było dotknąć stopą na dywanie. Wszystkie pozostałe meble, były oczywiście wykonane z ciemnego, lakierowanego drewna.

Był już wieczór, zatem pan Flineby zapalił światła, które dawały ciepłe, żółtawe światło, czyniące pokój jeszcze bardziej klimatycznym.

Kiedy wszyscy siedzieli popijając ze zdobionych filiżanek herbatę, Marcus zapytał:

– Więc… co was sprowadza do mnie?

Jeff i Elsa spojrzeli po sobie. W końcu dziewczyna skinęła głową, dając znak przyjacielowi, że może mówić. Jeff sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zawiniątko, które położył na stole, a następnie rozpakował.

– Co pan wie o tym przedmiocie? – zapytał odsłaniając nefrytową piramidkę.

Marcus Flineby zrobił wielkie oczy i zakrztusił się herbatą.

– Skąd to macie? – zapytał kaszląc i klepiąc się w klatkę piersiową.

Wtedy Elsa opowiedziała mu o tym jak znaleźli list w terakotowej figurce, o tym jak zeszli do tajemnej komnaty ukrytej w gabinecie dziadka, oraz o tym jak chwilę po tym jej dom najechali bandyci.

– Mój Boże… – zmartwił się pan Flineby. – Nikomu nic się nie stało?

– Całe szczęście nie – odpowiedział Samuel. – W domu byliśmy jedynie my i pokojówka, która uratowała się razem z nami. Odwiozłem ją jednak do domu, aby biedaczka trochę ochłonęła.

– A państwo Winterstorm? Czy nie było ich wtedy w domu?

Samuel zesztywniał nagle, nie odpowiedział. Spojrzał kątem oka na Elsę, która siedziała nieruchomo ściskając w dłoniach filiżankę wpatrując się smutno w płomień kominka.

– Moi rodzice nie żyją – powiedziała w końcu.

Jeff i Marcus osłupieli. Chłopak przysunął się do niej i objął się ramieniem, ponieważ zauważył jak dziewczynie szklą się oczy.

– Jak to… Jak to możliwe? – dopytywał się zszokowany gospodarz.

– Matka zginęła zeszłej zimy, w wypadku samochodowym. Ojciec się załamał i wyjechał. Kilka miesięcy później do domu przyszedł list z Peru, w którym napisane było, że tata dostał nagle gorączki i kilka dni później zmarł. Musiała to być jakaś tropikalna choroba.

W pomieszczeniu zapadło milczenie. Tylko Elsa co chwilę pociągała nosem.

Tymczasem pan Flineby zajął się przyglądaniem Istoty Mocy. Musiał się nad czymś głęboko zastanawiać, ponieważ mamrotał coś do siebie pod nosem i marszczył czoło. Nagle wstał i wyszedł z pokoju. Po chwili pojawił się znów, niosąc dużą księgę. Przetarł ją z kurzu, otworzył precyzyjnie na stronie, której szukał, przeleciał po niej wzrokiem i westchnął.

– Niewiarygodne… Wasza dwójka nie ma pojęcia jak cenny artefakt trafił w wasze ręce. Zdajecie sobie sprawę z tego, jaką moc ma ten przedmiot?

Jeff i Elsa pokręcili głowami.

– Nie, proszę Pana.

– To jest Istota Mocy. Artefakt ten stworzyli najpotężniejsi magowie w historii i to…

– Chwilę – przerwał mu Jeff. – Pan powiedział ,,magowie"?

Spojrzał na starego lokaja i przyjaciółkę, lecz ku swojemu zdziwieniu nie odnalazł w ich minach ani krztyny zaskoczenia.

– Czy on… – zapytał Marcus kiwając głową w stronę Jeffreya.

– Nie ma o niczym pojęcia – potwierdziła dziewczyna. – Nie miałam czasu, żeby wprowadzić go w szczegóły – powiedziała Elsa, a Jeffowi przeszły dreszcze po plecach.

– Jak to ,,nie miałaś czasu"? – zapytał.

– Planowałam, ale najemnicy zjawili się zbyt wcześnie. Możemy porozmawiać o tym później?

Chłopak z ociąganiem pokiwał głową. Głos zabrał znów plan Flineby:

– Wracając do Istoty Mocy. Daje ona możliwość wyssania talentu magicznego z ciała żyjącego lub zmarłego czarodzieja i przywłaszczenia go sobie. Potrzebne są do tego jednak odpowiednie rytuały, także odpowiednio umieszczone w czasie. Aby naładować Istotę Mocy należy przeciąć dowolne miejsce na swoim ciele i świeżą krwią wysmarować usta maga.

– Potem – ciągnął Marcus – należy umieścić w dłoniach magika Istotę Mocy, wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie i wreszcie wbić Istotę we własne serce. Kroniki mówią o nieopisanym bólu towarzyszącym temu rytuałowi. Nie każdy kandydat na maga go przetrwał, byli tacy co zmarli, nawet wielu. Jeżeli zaś chodzi o sam rytuał to jest on w moim zdaniu niemożliwy do zrealizowania, ponieważ nie dość, że musielibyście odnaleźć magicznego trupa, to jeszcze skądś musielibyście wiedzieć, w którym dniu on zyskał swoją moc. Bo tylko w tym dniu można ją także mu odebrać. Dlatego jakąkolwiek próbę odprawienia rytuału uważam za szaleństwo i stratę czasu. Które z was chce się tego podjąć?

– Ja – powiedziała stanowczo Elsa. Jeffowi znów wydało się, że dziewczyna wie znacznie więcej od niego.

– Elso, czy ty wierzysz w te wszystkie bzdury? – wymamrotał.

Dziewczyna spojrzała na niego, a jej wzrok mówił wszystko. Wierzyła.

Wstał i wyszedł z pokoju. Wyszedł przed dom i usiadł na schodkach. Nie zauważył, kiedy obok niego pojawiła się drobna osoba. Oparła głowę na jego ramieniu.

– Pamiętasz jak kilka dni temu poznaliśmy się? Ja stałam przemarznięta, a ty zawołałeś mnie do swojego domu, mimo, że mnie nie znałeś. Ale…jest coś, czego ci nie powiedziałam. Nie byłam wtedy u koleżanki robić prezentacji na geografię.

Jeff parsknął gniewnie.

– Wiem, domyśliłem się, że kłamiesz – powiedział trochę zbyt agresywnie.

– Jesteś zły…

– Jestem zły. Okłamałaś mnie, ze wszystkim. Twoi rodzice nie żyją, twój dom najechali – jak ty ich nazwałaś?… Najemnicy! A mimo to zaprosiłaś mnie do swojego domu, wciągnęłaś w środek tego bagna, moją rodzinę, a teraz jeszcze przyprowadzasz mnie do jakiegoś wariata, który opowiada bzdury o magii. Elso, on jest niespełna rozumu!

Dziewczyna pokiwała głową i złapała jego dłonie.

– Jeff, on mówi prawdę. Proszę, musisz mi uwierzyć… Jeff, tego dnia, gdy się poznaliśmy, ja byłam tam, ponieważ…

– Przestań! – przerwał jej chłopak. – Byłoby lepiej gdybyśmy nigdy się nie poznali.

Powiedziawszy to odszedł zostawiając ją samą. Kiedy dziewczyna patrzyła jak jej przyjaciel znika w jednej z ulic, po jej policzku spłynęła pojedyncza, lśniąca łza.

 

 

 

Szedł szybkim, nerwowym krokiem, zaciskał pięści i przeklinał świat za wszystko co go w ostatnim tygodniu spotkało. Był zawiedziony, ponieważ lubił Elsę i nie spodziewał się, że nagle ta okaże się wariatką. Był zły, bo mógł zginąć przez coś tak niemożliwie głupiego.

Nie zauważył kiedy wszedł w tłum ludzi, wciąż bawiących się na festynie. Co prawda słońce już zaszło, ale godzina nie była jeszcze tak późna, więc jak na razie z rynku poznikały tylko najmłodsze dzieci.

– Hej, przystojniaku – zawołała go kelnerka niosąca wielką tacę z dzwoniącymi, chlupiącymi piwem na lewo i prawo kuflami. – Wyglądasz na kogoś, komu przydałoby się coś do picia. Częstuj się!

Jeff wzruszył ramionami i złapał jedno z naczyń. Jednak kelnerka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i puściła mu oko.

– Nie żałuj sobie! Szkoda, żeby na takiej twarzyczce był smuteczek

Chłopak sięgnął zatem po drugi kufel, bardziej po to, żeby kobieta dała mu spokój, aniżeli z pragnienia. Ale gdy tak przechadzał się między śmiejącymi się, bawiącymi w najlepsze w ludźmi, wnet jeden z kufli opustoszał, a zaraz potem także drugi. I wówczas rzeczywiście, na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech.

Szybko zaaklimatyzował się i zapoznał z grupką ludzi w jego wieku. Z nimi opróżnił jeszcze kilka kufli. To dodało mu odwagi, zdobył się zatem na podejście do jednej z tancerek i poproszenie jej do tańca. Kiedy wirował z piękną kobietą i podskakiwał w rytm muzyki, kątem oka zauważył stojącą w oddali Elsę. Przystanął wtedy i zamrugał. Tancerka pociągnęła go za sobą, lecz on wyrwał się jej z objęć i spojrzał jeszcze raz na miejsce, w którym przed chwilą stała jego przyjaciółka. Jednak jej już tam nie było…

 

Jakąś godzinę później, będąc pod wpływem znacznej ilości alkoholu postanowił wrócić do domu Marcusa Flineby. Wraz z rosnącym promilem w jego krwi cała ta historia z magią zdawała mu się coraz bardziej wiarygodna. Kiedy dotarł przed drzwi był już stanowczo przekonany, że chce posiąść moc magiczną i z jej pomocą szerzyć dobro, a zwłaszcza zdobyć pieniądze dla bezdomnych szczeniaczków z telewizyjnej reklamy schroniska.

Drzwi były uchylone, a zamek roztrzaskany. Jeff oprzytomniał natychmiast i odzyskał zdrowy rozsądek. Czując narastający strach o los Elsy i Samuela, pchnął drzwi i po cichu wszedł do środka. Na ziemi rozciągał się długi, szeroki ślad krwi. W tym miejscu ciągnięto martwego człowieka. Jeff krzyknął i dalszą drogę przebiegł nie zważając na hałas jego kroków. Wpadł do salonu i wtedy jego oczom ukazał się straszliwy widok. Tuż pod jego stopami leżał jeden z najemników, tych samych, którzy zaatakowali willę ich w ubiegłym tygodniu. Był martwy – nie oddychał, a po jego żółtym sztormiaku spływała krew. Po drugiej stronie pokoju leżał Marcus Flineby…

Nie poruszał się, a Jeff postanowił nie podchodzić bliżej, by oszczędzić sobie widoku rany po ciosie, od którego zginął starszy mężczyzna. O jej obecności świadczyła kałuża krwi, rozciągająca się aż do ściany.

Wtedy ujrzał Samuela. Podbiegł do niego i złapał dłońmi jego twarz. Ten otworzył oczy i spojrzał na Jeffa z wyraźną ulgą.

– Zawiodłem ją Panie Jeffrey. Zabrali ją… – wyszeptał.

Jeff poczuł jak serce ściska mu żal.

– Nie. To ja zawiodłem. – powiedział. – Dokąd ją zabrali?

Samuel pokręcił głową i spojrzał w dół na swój brzuch. Odsunął lekko dłoń. Była pokryta krwią. Jeff złapał lokaja w pasie i z trudem się uniósł. Chwiejnym krokiem, sapiąc wyszedł przed dom, do czarnego, podziurawionego samochodu i położył lokaja na tylnym siedzeniu. Sam usiadł na miejscu kierowcy. Na szczęście kluczki były w stacyjce.

Odpalił silnik i z piskiem opon wyjechał przed bramę. Minął dwie przecznice i zatrzymał się przy parze spacerującej sobie spokojnie chodnikiem.

– Którędy do szpitala?! – zapytał wychylając się przez okno.

Para spojrzała po sobie, a potem zatrzymała wzrok na leżącym na tylnym siedzeniu Samuelu. – Jedź prosto, aż wyjedziesz na główną drogę. Potem musisz przejechać nią kilka kilometrów, aż trafisz do miasta Ollkley. Po prawej stronie, budynek z dużym, świecącym, czerwonym krzyżem!

Jeff ruszył natychmiast i znacznie przekraczając dozwoloną prędkość przejechał wspomnianą przez przechodnia drogę.Dojechał do skrzyżowania, nad którym wisiała tablica z napisem Ollkley i strzałką w lewą stronę.

Nagle minęły go dwa samochody, zatrzymały się przed skrzyżowaniem, a następnie skręciły w prawo. Jeff rozpoznał w nich pojazdy najemników, takie same widział przed domem Elsy. Zacisnął mocno ręce na kierownicy i już miał ruszać w pogoń za porywaczami, gdy nagle uświadomił sobie, że ci skręcili w przeciwną stronę do tej, po której znajdował się szpital. Gdyby ruszył teraz w pościg, Samuel bez wątpienia umarłby z wykrwawienia.

– Co ona zrobiłaby na twoim miejscu… – powiedział do siebie chłopak.

Znał odpowiedź. Czarny pojazd z piskiem opon ruszył z miejsca.

Koniec

Komentarze

Mam mieszane odczucia. Z jednej strony coś w tych wersach się kryje, a z drugiej strony coś zgrzyta. Pozwolę sobie zacząć od rzeczy, które mnie ubodły/zdziwiły/zakłopotały: "Uczyła się w liceum z bardzo wysokim poziomem" – poziomem czego? Wydaje mi się, że przydałoby się przeredagowanie tego zdania. "– Hej, Elsa – wyszeptałem i wtedy ona odwróciła się i odeszła." – rozbiłbym to. ,,Bardzo!!! Sorki, za kradzież rękawiczek" – ta kwestia nie pasuje mi do Elsy, który od pierwszych linijek kreowana jest jako młoda lady na przepustce. – "Witam, panie Jefferey – rzekł mężczyzna uroczystym, bardzo wyrachowanym tonem." – chyba nie chodziło o wyrachowanie, prawda? Narrrrracja! Zaczynasz w pierwszej osobie, potem przechodzisz na trzecią osobę, a potem znowu nagle pierwsza osoba! Coś nie zagrało z przepływem czasu od strzelaniny pod rezydencją do festiwalu piwa. W pałacu byli po 18, tam bodajże 2 godziny pili czekoladę, podejrzewam, że penetrowanie lochów i rozprawa z najemnikami też swoje zajęła. Następnie przejeżdżają na drugą stronę Anglii i natrafiają na środek imprezy. No chyba, że jest to już dzień następny – w takim razie mógłbyś to zaznaczyć. "– Całe szczęście nie – odpowiedział Samuel. – W domu byliśmy jedynie my i pokojówka, która uratowała się razem z nami." – a dziadek polityk? „Dlatego jakąkolwiek próbę odprawienia rytuału uważam za szaleństwo i stratę czasu. Które z was chce się tego podjąć?” – odniosłem wrażenie, że Marcus mówi o rzeczy całkowicie niedorzecznej i potem, jak gdyby nigdy nic, pyta "no to kto ma ochotę wyssać trochę mocy?". Jeżeli nie taki był zamiar, to trzeba coś tu podziałać. „Nie zauważył kiedy wszedł w tłum ludzi, wciąż bawiących się na festynie. Co prawda słońce już zaszło, ale godzina nie była jeszcze tak późna, więc jak narazie z rynku poznikały tylko najmłodsze dzieci.” – to odnośnie moich rozterek dotyczących czasu. Było też trochę literówek, ale wiadoma sprawa, zawsze się jakieś przemycą. i jeszcze przymiotnik "klimatyczny". Nie przepadam za tym określeniem, bo w sumie coś mówi, a jak się przyjrzeć to okazuje się puste. Teraz rzeczy, które mi się podobały: Klimat. Czytało się jak fragment przygodowej powieści dla młodzieży. Dozowanie akcji. Do pewnego momentu stopniowałeś napięcie. Mniej więcej od strzelani troszkę się to posypało, ale i tak plus. Opisy. Wnętrza, rzeczy i osoby które opisywałeś mogłem sobie z łatwością wyobrazić. Na coś takiego mówi się chyba "plastyczny opis". Bohaterowie. Twoi bohaterowie gadają, myślą i zachowują się jak szesnastolatkowie. Styl. Abstrahując od ww. potknięć, czytałem tekst płynnie. Nie miałem sytuacji, w której musiałem parokrotnie przeczytać zdanie, żeby je zrozumieć. Starałem się szczerze wyrazić swoje odczucia i pewnie przeczytam ciąg dalszy. Pozdr.

@PostrachKlawiatury – Dzięki za wszelkie uwagi. Rzeczywiście największym błedem jaki popełniam jest dobór niewłaściwych określeń, ale cały czas w tej kwestii się dokształcam. Czytam książki, zapamiętuję słowa – tak aby jak najskuteczniej poszerzyć swój słownik.

Jeśli chodzi o ramy czasowe to rzeczywiście festiwal piwa odbywał się już następnego dnia. Zapamiętam, aby w przyszłości zaznaczać takie rzeczy i nie popełniać więcej błędów tego typu.

I dzięki za dobre słowa!

Miałem sen, ale już mnie odszedł...

Nie jest źle, jeśli chodzi o samą atmosferę opowieści: trochę przygody, sporo tajemniczości – to na plus. Natomiast napisane jednak nierówno. A to brakuje przecinków, a to błędnie zapisany dialog lub zupełnie zbędny zaimek. Mimo wszystko czytało się nie najgorzej, a w przyszłości będzie pewnie jeszcze lepiej. Pozdarwiam

Mastiff

Hmmm. Takie jakieś… prostoliniowe ich przygody. Same jasne wskazówki; posąg, idź do tego faceta. Bohaterowie niewiele robią, bo tak chcą, tylko są popychani we właściwym kierunku.

No i trochę naiwne to wszystko – samochód ostrzelany, ale nikt nawet nie draśnięty. Idą na wyprawę do tajemniczego miejsca, ale nawet latarki nie biorą. Najemnicy atakują akurat chwilę po odnalezieniu artefaktu. Lokaj ma ranę brzucha, mocno krwawi, ale nic to, na pewno da się go przenieść i dowieźć do szpitala. Zalatana kelnerka częstuje chłopaka piwem…

No i zakończenie strasznie urwane. Nic nie wyjaśniasz, żaden wątek nie domknięty. A i kompozycja zachwiana – dopiero w połowie zaczyna się coś dziać, dowiadujemy się, o co chodzi. Wcześniej bohaterowie gawędzą w garażu, popijają czekoladę…

Kto organizuje święto piwa zimą?

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie. Narracja skacze między pierwszo– i trzecioosobową.

Zawsze byłem rządny przygód,

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządny”. Możesz się zdziwić.

Dostawałem takie na co dzień od każdej dziewczyny w klasie, lecz ten…

Wyjątkowo całuśna klasa mu się trafiła.

– Już nigdy Cię nie zobaczę?

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą.

jasny dywan z gęsto wyszywanymi wzorami.

Dywanów chyba się nie wyszywa.

Jedna z półek wypełniona była książkami od ziemi, aż po sam sufit,

Półka od podłogi do sufitu?

W rękach niosły wielkie tace, z których poczęstować mógł się każdy kromką pachnącego, mięciutkiego chleba z zadowalającą warstwą smalcu oraz ogórkiem i kiełbasą.

A ogórek świeży czy kiszony? Bo świeży jakoś słabo pasuje do smalcu, a kiszonych się w Anglii raczej nie jada.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka