- Opowiadanie: Karol Gumowski - Rajfur

Rajfur

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Rajfur

 

„Późno… – pomyślał – świtać poczyna.”

Ospale odrzucił pierzynę i zwlekł się z siennika. Na wpół otwarte jeszcze powieki przetarł kilkakrotnie. Omiótł wzrokiem całą izbę.

Jedyne światło rzucały tu dwie łojowe świece, tlące się leniwie na parapecie. Krivonos podszedł do okiennicy i wsadzając dłonie między dwa złączone kobierce, rozsunął je zamaszyście. Blada jasność wdarła się do pokoju atakując jego oczy. Odwrócił się, nogawice których szukał zwisały luźno przewieszone na krześle. Widać było, iż ściągnął je w pośpiechu. Podszedł do nich i począł gmerać usilnie w kieszeniach.

– Co robisz? – kobiecy głos wydobył się spod pierzyny.

– Nic, nic… Szukam tylko… O, jest…

W dłoniach mężczyzny znalazła się misternie zdobiona tabakiera. Wykonana była z ciemnego rogu, a jej ścianki pokrywała masa perłowa w postaci wypukłych, srebrnych kuleczek. Przedmiot silnie iryzował, hipnotyzując na swój sposób właściciela.

Po chwili przemieścił zasuwkę i nadstawił drugą dłoń. Z pojemnika, sypał się wodospadem czarny jak smoła proszek. Krivonos poganiał go, uderzając lekko palcem w ściankę. Gdy już pokaźny kopiec spoczywał w zagłębieniu poniżej kciuka, zamknął i schował tabakierę. Nachylił się, a jego nos z lubością chłonął słodką, waniliową woń. Wciągnął wszystko z wprawą. Odchylił się, trąc energicznie swój nos, by za chwilę wypuścić z ulgą powietrze.

– Tego mi trza było… – powiedział, wyraźnie zaowolny.

– Idziesz już? – Czarne loki dziewczyny rozpostarły się na pierzynie, a głowa przekrzywiła się niczym u pieska.

– Idę – On już się ubierał. – Wiesz przecie, że muszę zoczyć co w przybytku. Dzisiaj ważny dzień.

Przyodziewek szedł mu topornie. Mięśnie miał zwiotczałe i słabe. Towarzyszyło mu wrażenie, jakby stawy w kolanach miały mu się zaraz same zgiąć jak scyzoryki. „Wymęczyła mnie ta młódka, nie ma co – zauważył zapinając koszulę – „Może za stary jestem na takie harce?”. Ta myśl boleśnie przypomniała mu o jego wieku. On sam czuł się młodo, lecz te czterdzieści trzy przeżyte roki coraz częściej dawały o sobie znać.

Ubrany, usiadł na drewnianym zydlu. Ciemnowłosej kobiecie naga pierś wystawała spod pierzyny i sterczała kusząco. Niewiasta przeciągnęła się niczym kocica zrzucając okrycie całkowicie. „Jest piękna – westchnął – „Tyle już ich miałem, a mimo to, ona tak na mnie działa…”. Jej skóra miała barwę zachodzącego słońca, a włosy były poskręcane niby wstążeczki. Twarz i duże, błękitne oczy uśmiechały się do niego lekko. Dotknął jej piersi.

– Chcesz jeszcze raz? – spytała zwyczajnie.

„Tak – pomyślał”.

– Nie mogę, dziecinko. – Dotknął przelotnie jej twarzy i wstał. – Pośpij sobie jeszcze, masz dyspense dzisiaj.

– Dziękuje Krivonosie.

– Panie Krivonosie – upomniał ją, choć sam wiedział że to głupie. – Nie zapominaj że jesteś moją podopieczną, i że to ja ci płacę.

– Ale za to ulubioną podopieczną, to ze mną się rżniesz.

„Wyszczekana Ytoshijka – zauważył chwytając za klamkę”.

 

***

 

To była jego dzielnica. Tu się wychował i dorobił wszystkiego.

Znał ją jak własną kieszeń, wszystkie jej sekretne przejścia oraz alejki. Wiedział które miejsca są bezpieczne a gdzie lepiej się nie zapuszczać, . Może nie było tu najpiękniej, ale lubił ów „chaos” panujący w tej okolicy. Czuł się bezpieczny słysząc gwar rozmów i nieustanny ruch na ulicach.

Drest – ostatecznie stolica Egvaldu – od zawsze jawił mu się jako miasto rozległe. „Nędzarnia” była – obok doków – jego najbiedniejszą dzielnicą. Zabudowania były tu szare, często popękane i naznaczone licznymi skazami. W małych, niskich kamienicach znajdowało się dużo obskurnych kwater, w których często mieszkały całe rodziny, gnieżdżąc się niczym mrówki. Slumsy ciągnęły się milami, żyły tu biedota i uboższe mieszczaństwo. Ta część miasta nazwę swą zawdzięczała wprost monstrualnej liczbie żebrzących. Na każdym rogu stali z wyciągniętymi rękami, zaczepiając przechodniów. Roiło się tu od wszelkiej maści oszustów i typów, którzy pod byle pretekstem gotowi byli wsadzić nieostrożnemu przechodniowi nóż pod żebro. W prawie każdej piwniczce znajdował się jakiś szmalcownik, bimbrownik czy inny „kupiec” sprzedający określone wyroby. Były to swego rodzaju podziemne kramy oferujące nielegalny towar. Oprócz tego, „Nędzarnia” pełna była miejsc, w których można było zaznać rozrywki. Licznie rozsiane szynki i zamtuzy oferowały szereg atrakcji.

Krivonos, lawirując między ludźmi pokonywał kolejne ulice. W idącej ludzkiej masie czuł się najlepiej. Prawie z nostalgią rozmyślał o tym miejscu. Na pewno nie zamieniłby go na żadne inne – za bardzo w nie „wrósł”. Dzięki temu, że Drest był stolicą i dużym portem, nie narzekał na brak klientów, często mawiał: „Jestem rajfurem. Czy może gdzieś istnieć lepsze miejsce dla kogoś takiego, jak ja?”.

Z rozmyślań wydarł go znajomy widok. Zamtuz „Córy nocy” odróżniał się od reszty budynków. Dumny był z fasady z szarego piaskowca, która nadawała budowli – jak na tę część miasta ­– dostojny wyraz. Wejście znajdowało się pod zadaszeniem i było raczej niepozorne, tak by ewentualni klienci mogli w dyskrecji dostać się do środka. Nad drzwiczkami wisiał niewielkich rozmiarów drewniany szyld. Po jego bokach, na postumentach, spoczywały pomniki sukkubów, które niczym milczący strażnicy pilnowali przybytku. Przykrywający go dach był dwuspadzisty, o schodkowych szczytach dekorowanych blendami. Przez rzędy ostrołukowych okiennic wpadały promienie słoneczne oświetlając użytkowe poddasze. Rajfur skierował swe kroki do wejścia. Po chwili ujrzał znajomą postać.

– Snash, jak tam, spokój?

– Spokój panie. – Kudłaty wykidajło o zwalistej budowie zdawał się spać jak zawsze. Słowa z jego ust płynęły leniwie. – Mały ruch dzisiaj, za to dziewuchy latają jak opętane.

– Nie frasuj się, sam im kazałem – Krivonos klepnął go uspokajająco w plecy. – Kilku wielmoży wnet nas odwiedzi, będą sypali honorami na lewo i prawo, obaczysz. Pomnij tylko, by ich przyjąć jak należy i zawiadomić mnie zrazu, jak tylko przybędą.

– Tak panie.

Sługa skierował swój ciężki chód w stronę ulicy. Przypominał kołyszącą się na nogach cegłę.

Wewnątrz rajfur zauważył uwijające się przy różnych czynnościach kobiety – „Snash miał racje, robią aż miło – przyznał w duchu”. Nie zwróciły na niego uwagi. Dopiero gdy najtęższa z nich, o wybitnie okrągłych kształtach, o mało nie wylała na niego wody z miski, zorientowały się że przyszedł.

– Gdzieżeś był? Niedługo mają przyjechać – Najgrubsza prawie warczała.

No tak, przewidywał, że tak będzie.

– Spałem – odparł spokojne.

– Nie łżyj, byłeś z tą kurwą Ivel!

– Wszystkie jesteście kurwami, Roselyn, pamiętasz? – żachnął się – A poza tym, co ci do tego?

– Pieprzysz się z nią co wieczór, ona się w ogóle nie szanuje – wtrąciła wysoka i szczupłą Reia, stojąca na drabinie i zawieszająca zasłony.

– Właśnie…

– Tak, i wy to mówicie… – Spojrzał z ukosa.

– A właśnie tak. Ja na przykład, robię to z przyjemności, monety nie są najważniejsze – rzekła Igab.

– Czyli, nie muszę ci oddawać twej doli za ten miesiąc? – zapytał ze śmiechem Krivonos.

Tamta tylko prychnęła, aż jej się grzywka na chwilę z podmuchu uniosła.

– Ech, dziewczynki… Co wy, zazdrosne? – starał się, by jego głos brzmiał przymilnie. – Na jednym wózku jedziemy przecie, żadna nie ma lepiej ni gorzej.

Ich rozmowy często tak wyglądały. Rajfur napominał się wielokrotnie, że za łagodnie traktuje swe kurtyzany. W innych zamtuzach – jak słyszał – często bito i przymuszano kobiety do nierządu. Były one bardziej niewolnicami, niż pracownicami. U niego było inaczej, panowała rodzinna atmosfera, wszyscy znali się od dawna. Niewiasty mieszkały w zamtuzie, a Krivonosa traktowały bardziej jak ojca, niż swego przełożonego. „Tyle, że do ojca winno się mieć szacunek, a nie robić awantury, o byle co…” – pomyślał z przekąsem. ­ ­

– Dobra, koniec tego biadolenia – nakazał, ucinając temat Ivel. –Wysprzątajcie tu, co by wstyd mi nie było za lokal. Igab, zapalże kadzidła, te z szafranem, ambrą i oculiną. Ma pachnieć świeżo i zmysłowo.

Kobieta, z ociąganiem poczęła wykonywać polecenie.

– A wino kupiłyście? – przypomniało się mu.

– Tak, Sandaskie jak kazałeś, po honorze za butelkę.

– Nic to, elegancja musi kosztować. Liczą się szczegóły, Roselyn. Trza zagwarantować im jak najlepsze warunki, jak im się spodoba, może wracać do nas będą częściej.

Wydawszy jeszcze kilka poleceń, Krivonos udał się sprawdzić jak wyglądają komnaty na piętrze, wszystkiego chciał dopilnować sam.

 

***

 

Dłużyło się to. Oprowadzał ich już od dobrych dwóch dzwonów. Pokazał już prawie wszystko, wielką świątynie Aturiona, zamek królewski i główny targ. Zmęczenie dawało mu się już we znaki, ale musiał grać swą rolę gospodarza.

– A tu, mości panowie, widzicie Wielki Noturn – wzkazał na ogromny gmach za swymi plecami. – To w tym budynku zasiada rada „sześciu”.

Trzej wielmożowie zadarli głowy do góry i po chwili pokiwali nimi w uznaniu.

– Zaiste, okazały – rzekł jeden nich. – I pomyśleć, że to właśnie tu zapadają najważniejsze decyzje na archipelagu…

– Tak, tak… – niecierpliwił się najstarszy. – Jednakowoż, może udalibyśmy się już do pana, Krivonosie? – Znużonym już nieco.

„Nareszcie” – ucieszył się, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Naturalnie, naturalnie… Pójdźmy zatem, to niedaleko.

 

***

 

– Urodziwe dzierlatki, jak malowanie. – mlaskał starzec.

Krivonos przysiągłby, że widzi strużki śliny, cieknące z wyschniętych warg tamtego.

– Dziękuje, lordzie Darledzie – odparł dwornie rajfur. – Miła to rzecz, słyszeć pochwały od tak zacnej persony.

– Samą prawdę tylko mówię – zapewniał lord, a głowa jego kręciła się we wszystkie strony, podążając wzrokiem za kurtyzanami. – Tyle piękna w jednym miejscu… aż gorąco się człekowi w środku robi. Już czuję, żem ze czterdzieści roków młodszy – nie trza do medyka łazić po specyfiki żadne…

Lord Ekram, przybierając uczoną minę, rzekł:

– Wiadoma, nic tak sercem mężczyzny nie kołata, jak niewiasta – czy to z nerw, czy z pożądania.

Uśmiechnęli się wszyscy i chwycili za kielichy. Wino, które Roselyn, co rusz im szczodrze dolewała, miało cierpki smak. Ale przyjemnie cierpki. Krivonos patrzył na wielmożów, starając się odgadnąć ich nastrój. Z zadowoleniem przyznał, że sprawiali wrażenie odprężonych i zrelaksowanych. Lord Darled posadził sobie krągłą kurtyzanę na swych patykowatych kolanach i szeptał jej coś do ucha. Jego rozczapierzone palce niczym szpony u jastrzębia, wędrowały po całym jej ciele. Duży, złoty sygnet, błyszczał na środkowym palcu, zwracając uwagę rajfura.

Groteskowo wyglądała ta – jakże fizycznie odmienna – para.

Pozostali lordowie, Ekram i Ugg, również zajmowali się dziewczętami, choć w sposób bardziej stonowany. „Niebywałe szczęście – Krivonos wiedział o tym doskonale – że bawią u mnie, w zamtuzie”. Wszyscy majętni, z pozycją i monetami do wydania. Mógł się naprawdę obłowić, wystarczyło rozegrać wszystko jak należy. „Tauro się spisał – musiał przyznać Krivonos – nie wierzyłem mu, ale mówił prawdę, pierwszy raz chyba”.

Teraz było mu trochę głupio, że z taką nieufnością podchodził do pomocy kuzyna. Ale miał powody, nie raz już, okazywało się, że ów najpierw coś mówił, a potem robił zupełnie inaczej. Takich sytuacji było dużo, stanowczo zbyt dużo jak dla Krivonosa. Na szczęście, w tym przypadku wszystko okazało się prawdą, tak jak tamten obiecywał.

Sprawa była prosta: jego kuzyn – drobny kramarz mieszkający na południu – miał pewne znajomości. Kilku ludzi, którzy kupowali od niego towary, pracowało dla lordów. Od słowa do słowa, zawiązała się między nimi współpraca, a gdy Tauro się dowiedział, że lordowie mają zamiar przybyć do Drestu z interesami, od razu zaproponował iż jego kuzyn ugości ich i pokaże stolicę. I tak oto, nadarzyła się dogodna sposobność do zarobku.

Krivonos zamierzał z niej skorzystać.

– Przednia to była myśl, by tu przybyć, panowie. – Lord Ekram odłożył kielich. – Żeśmy wcześniej na pomysł nie wpadli, by w tych rejonach szukać klienteli. Wszak tu ludzi więcej, jak kamieni.

Starzec, nie przestając miętosić tyłka Roselyn, odparł:

– Ty, Ekram, jak zawsze o interesach. Jutro będziem wszystko załatwiać, póki co, korzystajmy z gościny pana Krivonosa.

– Skorzystamy, a jakże, ale trza będzie bez zwłoki z kilkoma osobami pomówić – odezwał się Ugg, pierwszy raz dzisiaj. – Znaleźć przewoźników nie będzie trudno. Jeno kogoś, co by chętny był towar w obieg puścić, i żeby to tanio zrobił – to sztuka będzie!

Darled odparł tylko:

– Poradzim, nie bój się. – po czym, zwrócił się do rajfura: – Może, pan zna kogo takiego?

Milczał chwilę, zastanawiając się.

– Ktoś by się znalazł… – odpowiedział w końcu wymijająco.

– Widzicie? Nie będzie problemu, ale to jutro… A teraz – wina!

***

Rytmiczne skrzypienie łóżek, znał ten dźwięk aż za dobrze, wiedział, co oznacza, „chędożą się, jak króliki – zauważył nasłuchując – wszystko idzie jak trzeba”. Poprawił swój brązowo-zielony dublet i poszedł na górę. Stopnie, wysłużone już znacznie, trzeszczały żałośnie przy każdym kroku, jednak odgłosy dochodzące z komnat i tak były głośniejsze.

Jego mała uczta się udała. Tak jak się spodziewał, lordowie popili się straszliwie. Krivonos dziwował się, że mają jeszcze siłę na miłosne harce. Byli już na górze dość długo, tylko z komnaty lorda Darleda dało się słyszeć dźwięki nie budzące wątpliwości.

Był we wąskim korytarzu, gdy nagle usłyszał krzyk Roselyn.

Sięgnął do pochwy i wyjął ostrze. Kord był w dotyku zimny. Ruszył biegiem w kierunku komnaty. Gdy już miał otwierać drzwi, wypadła z niej Roselyn, owinięta jedynie ręcznikiem.

– I co, kutwo! Igraszek ci się zachciało, co?!! – Rajfur usłyszał damski głos. Ostrożnie zajrzał do środka.

– To nie tak, kochana, zaraz ci wyjaśnię…

– Stól pysk!

Stanął w przejściu. Jego oczom ukazał się następujący widok: półprzezroczysta, niebieskawa postać kobiety goniła nagiego lorda Darleda. Ten uciekał gdzie popadnie, za łóżko, pod okno, do jednego kąta, potem do drugiego. Wszystko to robił w podskokach, nie opuszczając szczelnej gardy stworzonej z rąk. Jego przyrodzenie majtało radośnie na wszystkie strony, a kościste pośladki straszyły bladością.

– Tyle roków razem… – z niedowierzaniem mówiła kobieta. –Jak mogłeś?

W końcu go dopadła. Próbowała zadawać ciosy pieścami, lecz przechodziły one przez ciało starca, nie czyniąc mu szkody. Ten, zrazu zorientował się w sytuacji i wyprostował się.

– Ha! Nic mi nie zrobisz – rzekł, prawie z tryumfem.

– Twoje szczęście, bo jak bym cię miała w swych rękach…

Lord odzyskawszy nieco rezon, spytał:

– Jak się dowiedziałaś?

– Sygnet, tępaku… – powiedziałą jakby to było oczywiste. – Pamiętasz, jakżeś dostał go na zaślubiny od mego ojca? On cię nigdy nie lubił, zawsze mawiał mi żeś kurwiarz. Stworzył więc go, bym kontrolę jakowąś miała nad tobą. I, rzeczywiście, nie mylił się.

Krivonos tylko przerzucał wzrok, to na nią, to na niego – w zależność, kto akurat mówił.

– Więc tak… – Darled pokraśniał. – Ojczulek, wielki czarodziej trzeciego szczebla, zadbał, by córeczka mogła szpiegować męża.

Kobieta, a raczej jej wizualizacja, nie wytrzymała i znów rzuciła się na niego, i tak jak poprzednio, bez skutku. Widząc swą niemoc, spojrzała w stronę drzwi i ujrzała Krivonosa, nadal dzierżącego miecz w dłoni.

– A ty? Coś za jeden?

– Ja…?

– …on? Nikt ważny… – wtrącił lord.

– Zamknij się! Nie do ciebie mówię – wydarła się kobieta. – Najlepiej zejdź mi z oczu… A tyś, pewnie właściciel tej budy, co?

– Tak, pani, – odpowiedział, chowając klingę. – Zapewniam, że całą sytuacyję idzie łatwo wyjaśnić.

Kobieta, wzięła się pod boki.

– Doprawdy? A to ciekawe…

– Kochanie…– ton głosu starca był błagalny.

– Milcz, stary capie!

Krivonos chwycił lorda za barki i delikatnie pociągnął w stronę drzwi.

– Może ja z nią pomówię – rzekł spokojnie. – Spróbuję załagodzić jakoś całe zajście. Na waszą lordowską mość, żona teraz cięta, jak widzę.

Lord chciał zostać, ale widząc minę małzonki, dał się namówić i wyszedł z komnaty.

Rajfur zatrzasnął za nim drzwi.

 

***

 

Słońce świeciło z całą mocą, Krivonos czuł przyjemne ciepło na policzkach. Karoca z tyłu była już załadowana, Orgg i Ekram siedzieli w jej zabudowanej skrzyni.

– Cóż, czas jechać – westchnął lord Darled. – Cztery dni… I tak za długo tu zabawiliśmy. Nie wiem, jakżeś ją przekonał rajfurze, ale dłużnikiem twoim jestem.

– Nic to, wasza lordowska mość. Starczyło krzynę przeprosin i obietnic.

– Tak czy owak, dzięki serdeczne żeś pomógł, Gdybyśmy się rozstali, połowę majątku bym stracił.

– Tylko – napomniał Krivonos. – Proszę pamiętać, by o sprawię nic nie wspominać, nawet mimochodem – mówiła, że nie chce tego pamiętać, że zaczynacie od początku.

– Nie trza mi tego mówić, sprawa zamknięta. – Starzec spoczął już na siedzeniu, we wozie.

– Jeszcze jedno – przypomniało się rajfurowi. – Sygnet. To był jej warunek, musi waszmość go nosić, by pewność miała, że sytuacja się nie powtórzy…

– No tak, jak mus to mus – słychać było nutę żalu w głosie lorda. – Dzięki za to, i za pomoc w interesach. Bywaj Krivonosie.

Drewniane drzwiczki szczęknęły zamykane, woźnica strzelił batem i powóz ruszył w kierunku głównej bramy miasta.

Krivonos ruszył wzdłuż uliczki. Gdy dotarł do budynku przypominającego wieże, wyciągnął jedną z kilku sakiewek z wnętrza swego dubletu.

– Byłby z ciebie niezły aktorzyna, Ike – powiedział z uśmiechem, wchodząc jak do siebie – Gadałżeś, niczym prawdziwa, zdradzona żona.

Grubszy, łysiejący mężczyzna obrócił się w stronę rajfura. Długa szata zafalowała w powietrzu.

– Śmiej się – odparł od razu z wyrzutem – wiesz, jaki musiałem rytuał przeprowadzić, by sekwencję zdublowania sylwetki uczynić? Potem jeszcze iluzja, by mnie w kobietę zmienić i postać widma przybrać – drogo cię to wyniesie, Kriv.

Rajfur, w odpowiedzi rzucił tylko sakiewkę na drewnianą ladę, monety zabrzmiały uroczyście, informując o swej sporej liczbie.

– Jak długo się znamy, co Ike? – Krivonos zawadiacko spojrzał. – Czyś był ty kiedy stratny ze mną?

Czarodziej, przybliżył się do lady i z obawą, jakby w sakwie ukrytych było z tuzin jadowitych węży, począł powoli rozwiązywać rzemień.

– Ile tego jest?

– Pięćdziesiąt honorów i dwadzieścia nędzników – twoja część.

Grubasowi, oczy świeciły się bardziej, niż monety, które oglądał.

– Nie spodziewałem się, że aż tyle…

– A widzisz. – zjadliwie odrzekł – mówiłem że się wzbogacimy.

– A Tauro?

– Jego część mam tutaj – Odchylił połę dubletu i wskazał na kolejną sakwę. – Bez jego informacji nic by z tego nie było.

Ike pokiwał głową, zgadzając się z tym

– Tak więc, wszystko się udało: jestem bogatszy, niż jeszcze wczoraj, a do tego podratowałem małżeństwo – podsumował, zadowolony z siebie Krivonos.

– Tak, łeb to ty masz, Kriv…

– Muszę mieć, ostatecznie jestem rajfurem – odparł, poklepując się po kieszeni w której znajdowała się tabakiera.

Koniec

Komentarze

Karolu, przeczytałem.   Myśle, że nad historią nie ma co się zbyt wiele rozwodzić. Jak rozumiem, nie miała być specjalnie głęboka, ale miała rozbawić – udało się. Uśmiechnąłem się.   Jako dużo ważniejsze i bardziej ambitne zadanie odbieram zmierzenie się ze stylizacją językową. Z góry muszę ostrzec, że nie przepadam za mocno stylizowanymi tekstami, więc mogę być lekko uprzedzony.

Historia jest opowiadana barwnie i jeśli chodzi o ogólne wrażenie – nieźle. Jednocześnie uważam, że stylizowane teksty wymagają niestety absolutnej perfekcji. Za ten utwór chyba nie jestem gotów dać więcej niż 4-, w skali szkolnej. Potknięć nie jest wiele, ale za ich brak byłoby 4. Na wyższe oceny potrzeba jakiegoś błysku. Na razie, jeszcze, tego nie ma.

 

Różne słowa budzą moje wątpliwości, ale może niesłusznie. Wypisuję na wszelki wypadek wszystkie:

– Przyodziewek – używasz go na określenie czynności, a mnie dużo mocniej się kojarzy po prostu ze strojem.

 

– Dyspensa – słowo ściśle związane z kościołem katolickim, nie znam Twojego świata, więc sam musisz sobie odpowiedzieć na pytanie czy powinno zostać

 

– Slums – słowo raczej współczesne

 

– Szmalcownik – jak rozumiem, miał to być żart, myślę jednak, że nie pasujący do konwencji. Słowo wszak XX wieczne.

 

– Okiennica – tutaj kwestia niezręcznego użycia. Okiennica, w jedynym znanym mi znaczeniu, nie może niczego oświetlać.   Nie znam się na historycznym języku, ale nie podoba mi się określenie czterdzieści roków. Dużo ładniej brzmi według mnie czterdzieści wiosen lub czterdzieści zim. No ale to już tylko widzimisię.   Z innych uwag:

– Mi trochę przeszkadzają wyrażenia wzięte w cudzysłów przy opisie miasta. Ten zabieg zawsze mnie denerwuje. Myślę, że sprawnie pisząca osoba, jak Ty, nie musi ich nigdy używać. Może na ten temat wypowie się jeszcze ktoś inny. – Pomniejsze wyłapane potknięcia: – Wszystkie jesteście kurwami Roselyn, pamiętasz?  - Imię chyba powinno być wtrącone, więc brakuje przecinka.   Przykrywający go dach, był dwuspadzisty, o schodkowych szczytach dekorowanych blendami. - Tu pierwszy przecinek wydaje się zbędny.

Wewnątrz, rajfur zauważył uwijające się przy różnych czynnościach kobiety - Tu chyba też zbędny

Dumny był z fasady z szarego piaskowca, która nadawała budowli – jak na tę część miasta ­– dostojny wyraz - Zaryzykuję stwierdzenie, że wtrącona część powinna sie jednak znajdować już po określeniu (dostojny). Nie wiem, czy wyraz na pewno jest właściwym słowem. Może jednak bezpieczniej wygląd.  

Może za słabo wybrzmiało to wśród rad – czas spędzony przy tym tekście to miłe kilka minut.

 

Pozdrawiam 

Waranie Komentarz krzepiący i wnikliwy zarazem. Tekst nie jest długi, nie ma w nim epickość, wojny itd. Chciałem pokazać fortel głównego bohatera. Jeżeli się uśmiechnąłeś, to mi bardzo miło. Przyodziewek – chodziło o czynność. Mi to pasuje jakoś, no nie wiem… Może niech inni się wypowiedzą. Slumsy – Określenie wystąpiło w grze baldurs gate 2, która, że tak powiem, ma podobny świat do mojego. Szmalcownika i okiennicę przemyślę. Ze styl      

Ze stylizacją nie chcę przesadzać. Muszę znaleźć gdzieś ten złoty środek. Przecinki, wiem, umieszczam za często. dzięki jeszcze raz za miłe słowo, pozdro.

Wydaje mi się, że robisz postępy z językiem. Tak trzymaj. Dla odmiany przyczepię się do więc do czegoś innego. Na samym początku Krivonos budzi się i widzi płonące świece. Po pierwsze, jak długo świeca może się palić? Po drugie, chyba unikano spania przy zapalonych – ze względu na ryzyko pożaru i zwykłe koszty. Ale ogólnie, sympatyczna i niebanalna historyjka. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuje Finklo. Taki komplement, z twoich ust. To naprawdę dla mnie cenna rzecz. Świece, w moim wyobrażeniu miały być duże ( może nie jak gromnice, ale duże). A bohaterowie zupełnie nie mieli głowy by myśleć o marnotrawstwie i ewentualnym zagrożeniu ;) Pozdrawiam

Miłe, łatwe i przyjemne – jak zamtuz :). Nie wystawiasz rachunku, wiec pozostaje podziękować i pytać o więcej.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Karolu Przeczytałem z uśmiechem. Co do "przyodziewku", to nie masz racji. To rzeczownik powstały od czasownika – "odziewać". A więc przyodziewek oznacza odzież, a nie czynność "odziewania się".Tak na przykład "kłusak", oznacza konia umiejącego dobrze "kłusować". Nogawice w średniowieczu nie posiadały kieszeni. Ze świecami Finkla ma raccję, a Ty się nie upieraj. Masz, podobnie jak ja zwyczaj kończenia zdań przymiotnikami. Nadużywanie tego zwyczaju psuje tekst. Poza tym opowiadanie lekkie i dowcipne. Jak się domyślasz, lubię trochę poświntuszyć i podobał mi się zamtuz jako scena opowiadania i dziewczynki jako drugoplanowe bohaterki. Tak w ogóle zauważam zawiązki literackiego talentu. Pozdrawiam i życzę za dwa, trzy miesiące piórka.

Russ – miło mi niezmiernie. Ryszardzie drogi, dziękuje za przeczytanie i miłe słowo. Jakoś tak miałem przeczucie że ci się spodoba;) Z niczym się nie będę upierał. Zdaje mi się, że gdzieś już "przyodziewek" jako czasownik widziałem, tylko nie pamiętam w jakiej książce. W każdym razie, pokornie zdaję się na rady bardziej doświadczonych kolegów i koleżanek – ja dopiero zaczynam w sumie. Pozdrawiam.

Karolu Napisz mi na skrzynkęjakikolwiek pocztowy adres, a przyślę Ci niespodziankę, która zachęci Cię do pisania. Pozdrawiam.

Jedyne światło rzucały tu dwie łojowe świece, tlące się leniwie na parapecie. Krivonos podszedł do okiennicy i wsadzając dłonie między dwa złączone kobierce, rozsunął je zamaszyście – powtórzenie.   Wiedział które miejsca są bezpieczne a gdzie lepiej się nie zapuszczać, . Może nie było tu najpiękniej, ale lubił ów „chaos” panujący w tej okolicy. Czuł się bezpieczny słysząc gwar rozmów i nieustanny ruch na ulicach.   „Nędzarnia” była – obok doków – jego najbiedniejszą dzielnicą. Zabudowania były tu szare…   I tu znudziło mi się wyłapywanie powtórzeń :) Inne błędy też były, ale może będziesz miał szczęście i wpadnie Regulatorzy, po czym zrobi konkretną listę. ;)   Opowiadanie nawet, nawet. Uśmiechnąłem się kilka razy i przy żadnym fragmencie nie naszła mnie głęboka myśl o treści: „co to, kurwa, ma być?” (która to myśl pojawia się przy lekturze wielu, wielu tekstów publikowanych tutaj). Nad stylizacją dialogów – jeśli zamierzasz stosować ją w kolejnych tekstach – musisz sporo popracować, bo w tym dziele niektóre wypowiedzi brzmiały po prostu sztucznie. Przychylam się do uwag Waranzkomodoma. Poza tym było miło, lekko i całkiem przyjemnie. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Miło że zajrzałeś Seth. Aż mi wstyd, że tyle tych powtórzeń, koszmarnie to wygląda i brzmi – postaram się poprawić w przyszłości. Pewnie jak regulatorzy wpadnie to znajdzie tego więcej, no nic – zobaczymy czy tu zawita. Co do stylizacji, jesteś kolejną osobą, która pisze, że coś z nią nie tak. A skoro sporo czytających tak uważa, to musi coś w tym być. Dzięki wielkie za opinię. Ryszardzie, adres prześlę z miłą chęcią, tylko mi nie wyślij mi jakiego wąglika, albo innego tałatajstwa ;)    

Fajne :)

Dziękuje ci, Anet.

Przyjemne opowiadanie, Karolu :) Gratuluję! Przeczytałam za jednym posiedzeniem. Stylizacja sama w sobie jest w porządku, pomaga budować klimat, popieram zabawy z tą panią. A wprawa, jak to wprawa, w końcu przyjdzie. Przynajmniej ja tak sobie wmawiam ;)

Miło mi, że się podobało. Z tym wmawianiem sobie, mam tak samo;) Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka