- Opowiadanie: Blue_Ice - Smutek Karrollity

Smutek Karrollity

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Smutek Karrollity

Pew­ne­go dnia Kar­rol­li­ta obu­dzi­ła się i zo­ba­czy­ła, że jest sama. Jej ostat­ni to­wa­rzysz, Ata­ka­mit, kuzyn z da­le­ka – nie ode­rwał się od Ol­brzy­miej Góry. Nie za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go. Ol­brzy­my z Trol­l­da­len za­wsze umie­ra­ły nagle. Ich wiek nigdy nie zo­stał do końca okre­ślo­ny, ich życie nie za­pi­sa­ne nawet w gwiaz­dach.

Kilka na­step­nych dni nie­wie­le jadła, pra­wie nie ru­sza­ła się z miej­sca, z nikim nie roz­ma­wia­ła, tylko pła­ka­ła. Ale przez to zde­ner­wo­wał się Morze (“Wię­cej soli mi nie trze­ba!” – wołał) i roz­pę­tał sztorm. Kar­rol­li­ta tak się prze­stra­szy­ła, że prze­sta­ły jej ciek­nąć łzy. Żaden czło­wiek nie uwie­rzył­by, że można prze­stać pła­kać ze stra­chu, a jed­nak to wła­śnie przy­da­rzy­ło się ol­brzym­ce. Su­chym już okiem pa­trząc na świat, po­wo­li wró­ci­ła do ol­brzy­mie­go dnia co­dzien­ne­go: po­rząd­ko­wa­ła dno mor­skie przy brze­gu, jadła ryby z ośćmi i owoce morza w sko­rup­kach, roz­ma­wia­ła ze Słoń­cem, prze­ko­ma­rza­ła się z Mo­rzem, słu­cha­ła śpie­wa­ją­cych traw. I znów wię­cej myśli miała na temat dni na­stęp­nych, niż tych, które już upły­nę­ły.

Jeśli zaś pła­ka­ła, to tak, by nie zde­ner­wo­wać Morza – tylko kilka du­żych łez dzien­nie. Ukrad­kiem.

Po cichu.

A więc była teraz je­dy­ną ol­brzym­ką w całym Trol­l­da­len, a kto wie, może w ogóle ostat­nią z ga­tun­ku. Czuła się bar­dzo sa­mot­na. Nie znała tego uczu­cia i zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, co zro­bić, by mi­nę­ło. “Och, gdyby tylko nie­któ­re uczu­cia można było za­ta­piać w Morzu” – wes­tchnę­ła gło­śno. Morze się wzbu­rzył: “Dzię­ku­ję, nie trze­ba mi wię­cej fal!”. Morze to su­ro­wy i bez­względ­ny sę­dzia. Cza­sem też nieco zrzę­dli­wy i na­tręt­ny.

Tym­cza­sem Kar­rol­li­ta po­trze­bo­wa­ła opty­mi­zmu. Po­sta­no­wi­ła, że za­się­gnie rady Słoń­ca. Mu­sia­ła tylko po­cze­kać, aż przy­sią­dzie ono na chwi­lę na Szkla­nej Górze. Pa­mię­ta­ła też, by pod­czas roz­mo­wy nie pa­trzeć mu pro­sto w oczy, bo to gro­zi­ło śle­po­tą.

Słoń­ce wy­słu­cha­ło zwie­rzeń Kar­rol­li­ty i po­ra­dzi­ło jej, żeby za­przy­jaź­ni­ła się z ludź­mi z wio­ski.

– Tylko jak mam to zro­bić? Prze­cież ich pra­wie nie znam!

– Hm… – za­my­śli­ło się Słoń­ce. – Za­cznij od wy­świad­cze­nia im ja­kiejś przy­słu­gi.

– Ale ja­kiej? Skąd mam wie­dzieć, czego po­trze­bu­ją lu­dzie, poza owo­ca­mi morza, oczy­wi­ście?

– Do­myśl się – od czego masz ol­brzy­mią in­tu­icję? To po­win­no być coś mą­dre­go, do­bre­go, albo pięk­ne­go. Nie radzę łą­czyć tych cech, bo po­my­ślą, że je­steś ge­niu­szem i stra­cisz ich przy­jaźń, zanim ją zy­skasz. Mogą też wziąć cię za Boga – a wtedy ry­zy­ku­jesz: albo będą cię wiel­bić, albo na za­wsze się cie­bie wyprą.

Pięk­nym, ró­żo­wym świ­tem, kiedy gęste trawy wokół śpie­wa­ły tak gło­śno, że tłu­mi­ły dźwięk fal roz­bi­ja­ją­cych się o Szkla­ną Górę – Kar­rol­li­ta wy­bra­ła się do Li­te­stad, które le­ża­ło kilka kro­ków od Ol­brzy­miej Góry. Sta­ra­ła się stą­pać de­li­kat­nie, aby nie prze­stra­szyć całej wio­ski. A kiedy tak szła mia­ro­wym kro­kiem, pięk­ne, białe kol­czy­ki z ry­bich ości bu­ja­ły się na jej uszach ni­czym ze­ga­ro­we wa­ha­dła.

Gdy tylko po­sta­wi­ła wiel­ką stopę w samym środ­ku sen­ne­go jesz­cze Li­te­stad i spoj­rza­ła na ludzi, uświa­do­mi­ła sobie, że o czymś na śmierć za­po­mnia­ła. Za­po­mnia­ła, że nie roz­róż­nia ludz­kich twa­rzy. Dla niej wszy­scy wy­glą­da­li jed­na­ko­wo. Za­wsze kiedy po­roz­ma­wia­ła z czło­wie­kiem, już za chwi­lę nie po­tra­fi­ła wska­zać swo­je­go roz­mów­cy wśród in­nych. Za­pa­mię­ty­wa­ła tylko słowa, dźwię­ki, ruch. Czyż można za­dzierz­gnąć nić sym­pa­tii z kimś, kogo już za chwi­lę się nie roz­po­zna­je? Jak miała pomóc lu­dziom, jeśli byli dla niej ni­czym mrów­ki dla czło­wie­ka – wszy­scy tacy sami?

Ol­brzym­ka wró­ci­ła pro­sto pod Szkla­ną Górę, aby nie prze­ga­pić na­stęp­ne­go mo­men­tu, kiedy Słoń­ce, w dro­dze po­wrot­nej z nie­bo­skło­nu, przy­sią­dzie na szkla­nym wierz­choł­ku, żeby od­po­cząć. Nie­ste­ty, owego dnia scho­dzi­ło swo­imi ta­jem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi z chmur i nie było z nim żad­ne­go kon­tak­tu. Kar­rol­li­ta, ol­brzy­mią siłą po­wstrzy­mu­jąc łzy, sto­pi­ła się ze skałą i za­snę­ła ka­mien­nym snem.

Kiedy jesz­cze spała, wsta­ją­ce Słoń­ce za­wi­sło nad nią na chwi­lę, de­li­kat­nie głasz­cząc jej za­spa­ny, stward­nia­ły po­li­czek pierw­szy­mi pro­mie­nia­mi – i szep­nę­ło: “Od­wa­gi, Kar­rol­li­to!”, po czym ru­szy­ło w swoją dal­szą drogę.

I znik­nę­ło na długo.

 

Smu­tek Kar­rol­li­ty po­głę­biał się. Wciąż roz­my­śla­ła nad tym, co do­bre­go może zro­bić dla ludzi, skoro ich nie roz­róż­nia, aż pew­ne­go dnia obu­dzi­ła się ze złotą myślą: “To musi być coś, co do­ty­czy wszyst­kich. Każ­de­go miesz­kań­ca Li­te­stad”. Była szczę­śli­wa, że po­su­nę­ła się choć jeden ka­mień mi­lo­wy na­przód. Kiedy Słoń­ce wresz­cie po­ka­za­ło się na szczy­cie Szkla­nej Góry, po­sta­no­wi­ła wy­py­tać je o ludz­kie ma­rze­nia.

– Ty na pewno wiesz, czego po­trze­bu­ją lu­dzie z Li­te­stad. Prze­cież wszyst­ko, co się dzie­je, dzie­je się pod twoim ja­snym okiem.

– Tak, Kar­rol­li­to, wiem. Ktoś wie­dzieć musi. Otóż cechą wspól­ną wszyst­kich miesz­kań­ców wio­ski jest wy­ol­brzy­mia­nie swo­ich pro­ble­mów. Przy­naj­mniej, cóż, z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia. Jak to mówią – z dy­stan­su. Z lotu ptaka. Ale z two­je­go też, myślę.

– To jasne! Masz rację! Za­wsze, gdy ob­ser­wo­wa­łam ludzi, wy­da­wa­ło mi się, że ich pro­ble­my są małe. Gdy zaś z nimi roz­ma­wia­łam, ogrom­nia­ły ze słowa na słowo. Oni pa­trzą na to z bar­dzo małej per­spek­ty­wy, mogę więc słu­żyć im jako szkło po­mniej­sza­ją­ce. Mogę od­da­lać zmar­twie­nia na taką od­le­głość, żeby zo­ba­czy­li, jakie są na­praw­dę.

– Czyli – pod­ję­ło Słoń­ce – ludz­kim ję­zy­kiem mó­wiąc, za­ofe­ru­jesz im umniej­sza­nie trosk w ich wła­snych oczach. Brawo, moja Kar­rol­li­to. To bar­dzo dobry po­mysł. Po­wo­dze­nia!

W nocy Ol­brzym­ka nie mogła za­snąć. Sto­pi­ła się co praw­da ze skałą, jak za­wsze, ale w ocze­ki­wa­niu na sen mu­sia­ła li­czyć śpią­ce na zbo­czu ba­ra­ny.

Z sa­me­go rana znów po­wę­dro­wa­ła do wio­ski, wy­stro­jo­na w kilka chmu­rek. Im bli­żej celu, tym de­li­kat­niej stą­pa­ła po ziemi, żeby się nie trzę­sła.

Li­te­stad było cichą osadą ry­bac­ką re­gio­nu Trol­l­da­len i na co dzień nie­wie­le tam się dzia­ło. Ostat­ni raz ol­brzy­my roz­ma­wia­ły z miesz­kań­ca­mi całe mie­sią­ce temu, pod­czas do­rocz­nej wy­mia­ny wy­ło­wio­nych przez nie ryb oraz in­nych mor­skich skar­bów, na zro­bio­ne przez żony ry­ba­ków ozdo­by z ry­bich ości i ko­lo­ro­wych musz­li. Obie stro­ny bar­dzo chwa­li­ły sobie tę wy­mia­nę, po­nie­waż żaden kuter ry­bac­ki nie był tak sku­tecz­ny w po­ło­wach jak dło­nie ol­brzy­ma, na­to­miast ol­brzy­mie palce, rodem ze skały, przy­dat­ne do chwy­ta­nia ryb, nie nada­wa­ły się z kolei do mi­ster­nej ro­bo­ty ar­ty­stycz­nej.

Za­wo­ła­ła ich gło­śno, ale nie za gło­śno – tak, by nie wzbu­dzić echa. Przy­by­li tłum­nie, spra­gnie­ni wra­żeń.

Ol­brzym­ka po­wo­li po­chy­li­ła głowę nad małym tłum­kiem, który ze­brał się u jej stóp. Pa­mię­ta­ła, aby nie robić za­ma­szy­stych ru­chów. Drob­ny gest dla ol­brzy­ma to wiel­ki ruch dla czło­wie­ka.

– Na po­cząt­ku chcia­łam wam ob­wie­ścić, że je­stem ostat­nią ży­ją­ca ol­brzym­ką Trol­l­da­len. – rze­kła Kar­rol­li­ta. Lu­dzie stali z za­dar­ty­mi gło­wa­mi, wpa­tru­jąc się w nią, jakby wy­pa­try­wa­li desz­czu.

– Ostat­ni z moich ol­brzy­mich przy­ja­ciół, Ata­ka­mit – kon­ty­nu­owa­ła – zo­stał kilka dni temu po­ko­na­ny przez szla­chet­ną sta­rość. Sto­pił się z gó­ra­mi na za­wsze.

Prze­rwa­ła i wzię­ła głę­bo­ki od­dech, bo po­czu­ła na skra­ju rzęsy ogrom­ną łzę. Ostroż­nie unio­sła rękę, aby ją obe­trzeć. Tłum za­fa­lo­wał, ale nie ru­szył się z miej­sca.

– Dzi­siaj przy­cho­dzę do was bli­żej, po­nie­waż chcia­łam wam coś po­da­ro­wać.

Na te słowa roz­legł się szmer i za­pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie. Kar­rol­li­ta nad­sta­wi­ła ucha, pa­trząc w prze­strzeń nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Mu­sia­ła sku­pić się na mu­zy­ce ludz­kie­go głosu, wy­ła­py­wać po­szcze­gól­ne słowa i frazy. Lu­dzie się roz­ga­da­li, a ona słu­cha­ła, za­fa­scy­no­wa­na. Uśmie­cha­ła się pro­mien­nie i de­li­kat­nie ki­wa­ła głową. Już za chwi­lę jed­nak uśmiech zgasł na jej ustach, gdy zwra­ca­jąc się ku swoim przy­szłym przy­ja­cio­łom na próż­no usi­ło­wa­ła do­strzec w ich twa­rzach ja­kieś cechy cha­rak­te­ry­stycz­ne. “Nic nie widzę – po­my­śla­ła w pa­ni­ce – je­stem jak ślepa, za­miast po­je­dyn­czych osób widzę jed­ność, bez­kształt­ną, ko­lo­ro­wą plamę. Po­tra­fię wy­sły­szeć głos, lecz nie po­tra­fię go przy­pi­sać do twa­rzy”.

W pew­nym mo­men­cie usły­sza­ła coś, co brzmia­ło jak kro­ple desz­czu, pa­da­ją­ce na wy­so­kie trawy, ro­sną­ce u pod­nó­ża Ol­brzy­miej Góry. Zro­zu­mia­ła, że to okla­ski. “Dla­cze­go mnie okla­sku­ją? Jesz­cze nic nie zro­bi­łam.” Ostroż­nie unio­sła dłoń. Okla­ski umil­kły.

– Otóż moim po­da­run­kiem dla was bę­dzie wzię­cie wa­szych pro­ble­mów w moje ręce. Ofe­ru­ję wam moją, ol­brzy­mią per­spek­ty­wę. Każ­de­go, kto ma pro­blem, z któ­rym sobie nie radzi, za­pra­szam pod Ol­brzy­mią Górę. Ogar­niam wzro­kiem wię­cej, niż wy, a w do­dat­ku mam bli­ski kon­takt z nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem opty­mi­zmu, czyli na­szym wspól­nym przy­ja­cie­lem Słoń­ce.

Roz­le­gły się ra­do­sne okrzy­ki i pod­niósł się miły dla ucha Kar­rol­li­ty hałas, który jej wraż­li­we uszy od­bie­ra­ły jako ko­lo­ro­wy gwar, pełen coraz to wy­ła­nia­ją­cych się z tła me­lo­dii po­szcze­gól­nych zdań. Sły­sza­ła, jak mówią, że za­wsze wie­dzie­li, że ol­brzy­my są dobre, że dzię­ki nim za­wsze mieli ob­fi­tość ryb, że jej ufają, że będą ją od­wie­dzać, przy­no­sząc swoje łzy, ujęte w słowa. Byli wdzięcz­ni. Szczę­śli­wi.

Ho­ry­zont w Li­te­stad po­ja­śniał.

“To ten twój sze­ro­ki uśmiech na po­cząt­ku prze­ła­mał pierw­sze lody” – miało póź­niej po­wie­dzieć Słoń­ce ze szczy­tu Szkla­nej Góry.

Wkrót­ce za­czę­ły się wę­drów­ki pod Ol­brzy­mią Górę. Droga mie­rzo­na w sto­pach ludz­kich zaj­mo­wa­ła do­brych kilka go­dzin, więc de­cy­do­wa­li się na to tylko ci, któ­rzy mieli po­waż­ny pro­blem.

Pod­czas spo­tkań Kar­rol­li­ta sie­dzia­ła opar­ta o górę i uważ­nie słu­cha­ła, co mają do po­wie­dze­nia sy­no­wie i córy Li­te­stad, na­stęp­nie zaś prze­ma­wia­ła gło­sem jak naj­mniej grzmią­cym.

 

Naj­ła­twiej szło jej w spra­wach kłót­ni. Cza­sem wy­star­czy­ło opi­sać, jak śmiesz­nie wy­glą­da­ją lu­dzie, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd – po­mi­mo tego, że świat wokół nie zmie­nił się ani na jotę i nic strasz­ne­go się nie wy­da­rzy­ło – za­czy­na­ją się ru­szać, jakby ktoś oblał ich wrzą­ca wodą. Jak ża­ło­śnie i bez­sen­sow­nie wy­ma­chu­ją rę­ka­mi, jak kan­cia­ste stają się ich ruchy, jakby zmie­ni­li się w lalki zro­bio­ne z kloc­ków na sprę­żyn­kach, jak ska­czą wokół sie­bie ni­czym raz po raz po­ra­ża­ni prą­dem, albo jak po pro­stu sztyw­nie­ją z otwar­ty­mi bu­zia­mi, a wokół nich gęst­nie­je hałas, roz­prze­strze­nia się, ni­czym brzyd­ki za­pach. I jak dziw­nie bez­na­mięt­nie wple­cio­ne w oto­cze­nie i ku­rio­zal­nie nie­po­trzeb­ne wy­da­ją się takie scen­ki, kiedy tuż za ro­giem lu­dzie spo­koj­nie pra­cu­ją, roz­ma­wia­ją, bawią się, jedzą, tak samo, jak prę­dzej czy póź­niej oni sami rów­nież będą znowu spo­koj­nie pra­co­wać, roz­ma­wiać, bawić się i jeść.

Naj­trud­niej­sze zaś były roz­mo­wy o śmier­ci.

Któ­re­goś ja­sne­go po­po­łu­dnia przy­szedł do niej męż­czy­zna cier­pią­cy na nie­ule­czal­ną cho­ro­bę. Jego dni były po­li­czo­ne. Jorg, bo tak się na­zy­wał ów nie­szczę­śnik, i Kar­rol­li­ta spę­dzi­li ze sobą dwie go­dzi­ny, w tym pra­wie po­ło­wę czasu po pro­stu mil­cze­li. Ol­brzym­kę roz­bo­lał krę­go­słup i kark od po­chy­la­nia się nad tą udrę­czo­ną isto­tą ludz­ką. Pró­bo­wa­ła prze­ko­nać Jorga, że nic, co jest na­tu­ral­nym kie­run­kiem rze­czy, nic, co do­ty­czy każ­dej isto­ty na Ziemi, nie po­win­no wzbu­dzać stra­chu. Że róż­ni­ce w dłu­go­ści życia nie są istot­ne, skoro kie­ru­nek jest ten sam, ból ten sam, a chwi­la roz­sta­nia z dniem co­dzien­nym za­wsze nie­od­po­wied­nia. Wciąż jed­nak czuła w gło­sie mężczyzny nie­opi­sa­ny strach, a jed­no­cze­śnie bunt.

Wtedy to wła­śnie Kar­rol­li­ta pierw­szy raz w życiu prze­nio­sła czło­wie­ka na grzbiet Góry Ol­brzy­mów.

Jorg, któ­re­mu zbli­ża­ją­ca się śmierć ode­bra­ła ja­kie­kol­wiek inne lęki poza stra­chem przed nią samą, dziel­nie zniósł tę dziw­ną, wspo­ma­ga­ną ka­ta­pul­tę. Gdy sta­nął na szczy­cie, mógł wresz­cie spoj­rzeć pro­sto w wiel­kie, ła­god­ne oczy Kar­rol­li­ty.

– Patrz. – Ol­brzym­ka wska­za­ła hałdę śnie­gu, błysz­czą­cą w słoń­cu ni­czym kop­czyk dia­men­tów. – Są tu wszyst­kie razem. Gwiazd­ki śnie­gu. Przy­glą­da­łeś się kie­dyś pa­da­ją­ce­mu śnie­go­wi, Jorg? Nie­skoń­czo­na ilość gwiaz­dek po­dą­ża razem w dół. Ku ziemi. Tam się łączą ze sobą na za­wsze. To ich prze­zna­cze­nie. Są jak lu­dzie, tylko, że lu­dzie po­ko­nu­ją od­wrot­ną drogę – w górę. Łączą się tam, sta­pia­ją i stają się wszyst­ki­mi naraz. Stają się wszyst­kim. To cu­dow­nie być wszyst­kim. Czuć wszyst­ko. Do­świad­czać wszyst­kie­go. Jorg. To peł­nia. Tak na­tu­ral­na, jak peł­nia księ­ży­ca nad Li­te­stad.

Jorg stał jak urze­czo­ny, drob­na, przy­gar­bio­na po­stać, nie­sta­ra, nie­mło­da. Nie czuł wy­so­ko­gór­skie­go chło­du. Prze­strzeń i wszech­ogar­nia­ją­ce tutaj świa­tło sło­necz­ne za­par­ło mu dech w pier­si. Czuł coś zu­peł­nie no­we­go, coś, czego nie do­świad­czył nigdy, ani przez chwi­lę, w ciągu ca­łe­go życia. Upadł na ko­la­na, za­nu­rzył obie ręce w lo­do­wa­tej bieli, za­czerp­nął pełne gar­ście i uniósł je do oczu. To­pią­cy się śnieg spły­wał po bruz­dach jego zmę­czo­nej twa­rzy, ni­czym rzę­si­ste łzy.

Lecz męż­czy­zna nie pła­kał.

Oczy Kar­rol­li­ty zwę­zi­ły się w uśmie­chu i za­bły­sły. Wie­dzia­ła, że kiedy Jorg wróci do wio­ski, do końca swo­ich dni bę­dzie śnił o górze, o tym, co na niej zo­ba­czył. Że bę­dzie śnił o tym, co ponad nią. Może nie uśmie­rzy to jego bólu cał­ko­wi­cie, ale za­mie­ni ho­ry­zont na bez­kres.

 

Po wi­zy­cie Jorga, tuż przed zej­ściem za Szkla­ną Górę, Słoń­ce po­wie­dzia­ło do Kar­rol­li­ty: “Jeśli po­mo­głaś w tym, po­mo­żesz we wszyst­kim, po­nie­waż dla czło­wie­ka wszyst­ko inne jest ni­czym zia­ren­ko pia­sku wobec całej Ol­brzy­miej Góry, ni­czym musz­la dla morza i ni­czym ptak dla ho­ry­zon­tu.

Ol­brzym­ka, sie­dząc na brze­gu morza, po­my­śla­ła, że już nie musi bać się łez. “Zy­ska­łam tylu przy­ja­ciół” – po­my­śla­ła – “że star­czy mi ich do końca życia”.

Nagle po­czu­ła zimny, słony po­wiew. Wraz z agre­syw­nym po­ry­wem wia­tru, gar­ścią mo­krych, po­kru­szo­nych mu­sze­lek ci­śnię­tych jej w twarz, przy­szła nie­chcia­na myśl, ciem­na jak chmu­ra sztor­mo­wa. “A co bę­dzie, kiedy lu­dzie na­uczą się wi­dzieć swoje spra­wy z ol­brzy­miej per­spek­ty­wy i nie będę już im po­trzeb­na?” Za­czę­ła trząść się z zimna. “Je­stem mała. Mała i słaba” – drę­czy­ła się. Próż­no wy­pa­try­wa­ła Słoń­ca, niebo było puste. Mar­twe. Jej oczy za­szły mgłą, a kol­czy­ki z ości ha­li­bu­ta ko­le­ba­ły się na ol­brzy­mich uszach smut­no, draż­niąc zie­mi­stą skórę po­licz­ków ol­brzym­ki. Morze coraz wście­klej sma­gał fa­la­mi brzeg. Każde takie ude­rze­nie było dla Kar­rol­li­ty bo­le­sne. Każde było krzy­kiem. Gro­mem. Wsta­ła i po­wo­li za­czę­ła wcho­dzić mię­dzy na­brzmie­wa­ją­ce fale. “Co ty wy­pra­wiasz?” – Morze za­re­ago­wał od razu. “Tu się nie wcho­dzi, nisz­czysz moje owoce” – wrza­snął. Ol­brzym­ka jed­nak za­ci­snę­ła usta i kro­czy­ła dalej. “Wy­chodź na­tych­miast! Po co urzą­dzasz sceny? Wy, ol­brzy­my, nic się nie zmie­ni­li­ście przez mi­liar­dy lat. Je­ste­ście tacy sami, jak lu­dzie, wszyst­ko wy­ol­brzy­mia­cie! Trze­ba kogoś jesz­cze więk­sze­go od was, bo tylko on po­tra­fi otwo­rzyć wam oczy. Do­brze, że ist­nie­je Słoń­ce, bo bym miał na dnie same ol­brzy­mie gro­bow­ce!”

Kar­rol­li­ta za­trzy­ma­ła się wpół kroku. Pod­nio­sła głowę gwał­tow­nie, za­mach­nę­ła się prawą ręką, aż świ­snę­ło – i wy­ce­lo­wa­ła pal­cem wska­zu­ją­cym w spie­nio­ne fale.

– Ole­ig­styr? (Mó­wisz?) – za­py­ta­ła go gwarą Trol­l­da­len.

– Ola­ig­stur! (Mówię!) – za­szu­miał gniew­nie Morze.

Wy­szła z mor­skich od­mę­tów tak szyb­ko, jak tylko po­zwo­li­ły jej cięż­kie nogi ol­brzym­ki. Pod­nie­sio­na na duchu, spoj­rza­ła na dom Słoń­ca – Szkla­ną Górę o nie­zwy­kle gład­kich zbo­czach, za­to­pio­ną w krwa­wej czer­wie­ni za­cho­du.

“Już dziś nie zo­ba­czę Słoń­ca. Za to jutro będę mu miała mnó­stwo do po­wie­dze­nia” – po­my­śla­ła, po czym mięk­ko wto­pi­ła się w za­cie­nio­ny, gór­ski stok.

 

Tej nocy Kar­rol­li­ta miała sny pełne ludz­kich pie­śni, które roz­brzmie­wa­ły nie tylko w jej gło­wie. Ich słowa i me­lo­die śniły się rów­nież wszyst­kim innym ol­brzy­mom z Trol­l­da­len, które za­snę­ły głę­biej, ale tylko po to, by żyć dalej nie­ma­te­rial­nym ży­ciem dźwię­ków, krą­żą­cych wokół razem z pta­ka­mi, szu­mią­cych w musz­lach i grze­bie­niach turni, wtó­ru­ją­cych śpie­wa­ją­cym tra­wom, roz­szem­ra­nym po­to­kom – i ludz­kim gło­som, nie­sio­nym przez wiatr z sa­me­go Li­te­stad. Dusze ol­brzy­mów tań­czy­ły z echem, wy­star­czy­ło tylko nad­sta­wić ucha.

Były wszyst­kim.

 

Koniec

Komentarze

Witajcie. Mam nadzieję, że wkrótce uda się wkleić tu komentarze ze starej strony NF. Tak czy inaczej – miłej lektury :)

Pamiętam, że mi się bardzo podobało. Chyba nawet komentowałam, co wtedy rzadko mi się zdarzało. Śliczna bajka, może jak trafi na listę ostatni komentowanych, to ktoś jeszcze przeczyta. Bo warto:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

To jedno z tych opowiadań, które, mimo upływu czasu, a chyba trochę go już minęło, nadal dobrze pamiętam. Choć bajka, jak na bajkę, dość chłodna, to pełna innych zalet. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@AlexFagus, @regulatorzy -– wielkie dzięki! :) Tęsknię za fantasy, jeśli czas pozwoli, to zabiorę się za to znowu, a nóż nie będzie gorzej … ;)

No tak… i w końcu nie wiem, jak i kto mógłby, umiałby wstawić tutaj komentarze ze starej strony. Nie wiem, co robić. Tekst umarł, a ja płaczę po nim…

Blue_Ice, Karrollita żyje! ;-D

Tamten tekst wcale nie umarł. Jest tutaj: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/9135 i czeka na przebudzenie. Obudź go czym prędzej!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy – Dzięki!

…ale on podobno jest i w archiwum i w poczekalni… co ja nie do końca rozumiem, bo nie wrzucałam sama niczego dwukrotnie.

… a załóżmy, że ten powyżej, czyli bez większości komentarzy, będzie można będzie usunąć po ukazaniu się tamtego… Co mam zrobić najpierw? Co to znaczy ‘wystarczy dokonać edycji’ ? Dosłownie? Tzn., mam kliknąć ‘edytuj’ – i co dalej? I czy to ja później usuwam te tekst tutaj?

Przepraszam za dopytywanie się, po prostu, zwyczajnie, nie chcę czegoś sknocić…

W Archiwum opowiadanie jest dlatego, że zostało tam automatycznie umieszczone po przeniesieniu ze starej strony, a ponieważ nigdy go stamtąd nie wyciągnęłaś, tkwi tam nadal.

Może ktoś, kto już przywracał do życia archiwalne teksty, podzieli się doświadczeniem.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hm… no przywróciłam, a przynajmniej myślałam, że przywracam… edytowałam wersję archiwalną, dodałam tagi, słówko na niedzielę… i nic. W poczekalni i tak się nie pojawiło, a na swoim profilu mam razy dwa… ech…talentu to ja do takich rzeczy nie mam… Co teraz? :P

Z tekstami, które “wydobyłem” z archiwum, postępowałem tak, jak podaje informacja od brajta. Edytuj – przy okazji poprawiłem czeski błąd i jeszcze coś drobnego – i status publikacja, gotowe, cześć pieśni masowej.

Obie wersje figurują w Poczekalni. Ta tutaj jest “młodsza”, tzn. nosi późniejszą datę, czyli datę powtórnego wstawienia. Druga jest z datą pierwotnej publikacji.

Wiesz co? Zostaw tę tutaj, sprawdź tylko, czy masz lead i fragment reprezentatywny.

Tuptam na górę w celu – a, potem zobaczysz…

ech…talentu to ja do takich rzeczy nie mam… Co teraz? :P

Nie umiem pomóc, bo ja mam jeszcze mniej tego, czego Ty nie masz. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@AdamKB – lead? … znaczy co: tag? tam jest kiepsko z tymi tagami…prawie nic nie pasowało, dobierałam na siłę. Fragment reprezentatywny? O rany… :((((

A komenty stare da się jakoś przełożyć???

Dziękuję!

 

Widzę, że opowiadanie trafiło do Poczekalni. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy: Ja nie widzę tego w poczekalni… ?

Dzięki za BLB!! :))))

@AdamKB: gdzie się wpisuje fragment reprezentatywny? w “przedmowie”? i co to jest ten “lead” jeśli nie tag. I też ogromne dzięki za BLB!

@AlexFagus – dziękuję również za dodanie do biblioteki! :))) Pozdrawiam!

 

 

Tagi to tagi, a leadem nazywam odautorski wstępniaczek, kilka słów do czytelników. Natomiast fragment reprezentatywny to maksimum pięć linijek tekstu, zacytowanego z opowiadania. Na zachętę, dla zaciekawienia… Popatrz na teksty, niemal dowolne, sama błyskiem zorientujesz się, co inni umieszczają w leadach; natomiast fragment reprezentatywny wstawiasz w ostatnim okienku na dole, gdy dokonujesz edycji tekstu. Widać go dopiero na stronie startowej, w zajawce o nowym tekście w bibliotece.

Adamie – dzięki, już zrobione. To teraz skasować tę drugą wersję?

Współistnienie dwóch wersji tekstu byłoby łatwo uzasadnić, ale ten sam i taki sam “w dwóch osobach” stwarza nieco dziwną sytuację. Z jednej strony szkoda tamtych komentarzy, z drugiej – tutaj masz punkty biblioteczne…

Na Twoim miejscu zastanowiłbym się, czy zależy mi na tamtych starszych komentarzach. Jeżeli nie, sprawa prosta, jeden klik i wszystko leci w kosmos. Jeżeli tak, to skopiowałbym do Worda same komentarze i zachował je na dysku, bądź wkleiłbym je tutaj, ze stosownym objaśnieniem oczywiście.

Gdybyś zdecydowała się na takie rozwiązanie, uważaj, który tekst otwierasz do edycji i kasujesz, bo to nieodwracalna operacja.

 

Urokliwy tekst. Sympatyczne jest także to, że i olbrzymi mają ludzkie problemy. Ciekawe, jakie kłopoty ma Morze…

Babska logika rządzi!

@Finkla – dzięki :)

No to wychodzi na to, że olbrzymy mają ludzkie problemy, a ludzie mają olbrzymie problemy ;)))

Czy morze też ma kłopoty … Ha, właśnie wrzuciłam na fejsa wiersz, który można rozumieć, że traktuje właśnie o tym … ;)

Pozdrowienia!

@AdamKB – próbowałam przenieść komentarze do doc. w moim OpenOffice – niestety nie wiem jak to zrobić. Kopiowanie kończy się istnym “kodem wkreskowym” na całości….Zresztą, ten sam problem jest, kiedy chcę sobie skopiować własny tekst do dokumentu. Czasem ostateczna wersja tworzy się dopiero tutaj. Jeszcze, jeszcze raz dzięki za poradę. Pozdrawiam :)

Wydaje mi sie, że wiem, co nazywasz “kodem wkreskowym”. Pojawiają się, potrzebne jak dziury w moście, łączniki opcjonalne. Ja radzę sobie z nimi w bardzo prosty sposób:

– znajdź / zamień ---> więcej ---> znaki specjalne.

– w wierszu “znajdź” wstawiam łącznik opcjonalny

– w wierszu “zamień na” wykonuje drobną kombinację: klawisz spacji, klawisz back (strzałka w lewo) 

– zamień wszystkie

i mam tekst bez rojowiska tych choler.

Na moje oko Open Office powinien oferować dokładnie to samo, tylko nie wiem, w jakim dziale głównego menu.

Adamie – ‘kod kreskowy’ miało być, sorry – ale i tak chyba zrozumiałeś ;) W każdym razie chodzi o to, że nie umiem kopiować tekstu stąd bez, jak rozumiem, zabezpieczeń przeciwko kradzieży… nawet jak zedytuję własny tekst, to i tak go nie mogę skopiować do dokumentu, a tego już w ogóle nie pojmuję. 

Próbowałam to dopasować powyższe Twoje instrukcje do mojego programu – i nie umiem, nic z tego nie kumam. A może jednak poproszę kogoś biegłego kompowo, żeby mi tamte komentarze przeniósł. Czy myślisz, że Beryl mógłby? Mogłabym niby sobie już darować tę sprawę, trudno… ale jakoś mam sentyment do tamtych komentarzy też…

Pozdrawiam i dzięki za pomoc! :)

“Och, gdyby tylko niektóre uczucia można było zatapiać w Morzu” – westchnęła głośno. Morze się wzburzył: “Dziękuję, nie trzeba mi więcej fal!”. Morze to surowy i bezwzględny sędzia.

Może na końcu zamień Morze na “Był surowym i bezwzględnym sędzią?”. Inaczej toniemy w morzu powtórzeń : >

 

Potrzebowała optymizmu

To żaden błąd, ale “optymizm” w narracji trochę mi nie współgra – zastąpiłbym to czymś bardziej pasującym do języka używanego w pozostałej części opowiadania.

 

Jorg, bo tak nazywał się ów nieszczęśnik

Dalej konsekwentnie piszesz Jorge, może można wymiennie – nie znam zwyczajów nazewniczych Trolldalen.

 

Pięknym, różowym świtem, kiedy gęste trawy wokół śpiewały tak głośno, że tłumiły dźwięk fal rozbijających się o Szklaną Górę

A to zdanie jest po prostu ładne : ).

 

Spodobał mi się nastrój tekstu. W ciekawych rolach obsadziłaś Słońce i Morze, a z pozostałych elementów natury uczyniłaś malownicze tło. Największe uznanie wzbudza u mnie jednak proste i mądre przesłanie. O tendencji nas wszystkich do wyolbrzymiania własnych problemów, z którym zdecydowanie się zgadzam i o tym jak spojrzenie z innej perspektywy może nam pomóc. Oprócz tego, co wymieniłem wyżej, raczej nie mam żadnych określonych zastrzeżeń. 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

@Nevaz – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że to była dla Ciebie miła lektura. Jestem ogromnie wdzięczna za zwrócenie uwagi na kwestię imienia Jorg/Jorge. Oczywiście przeprawiłam wszystkie Jorge na Jorg, a nie odwrotnie, bo to miało być imię skandynawsko brzmiące, a Jorge kojarzy się raczej z Ameryką Łacińską ;) Pozdrawiam! :)

Nowa Fantastyka