
Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
Czekam… Czekam na nią. Wiem, że do mnie wróci. Nie opuści mnie po tym, co między nami istniało i co nigdy nie przestało istnieć. Nie po tym, czego razem dokonaliśmy. Wróci, gdyż wie, czego jeszcze jesteśmy w stanie wspólnie dokonać i nie oprze się tej pokusie. Może nie pojawi się od razu, ale w końcu przybędzie, przyciągana ponadzmysłowym, niepojętym magnetyzmem. Chce tylko, abym bardziej za nią tęsknił, bardziej jej pragnął. Tak jak ja chcę, aby ona pragnęła mnie jeszcze bardziej. Muszę, więc tylko być cierpliwy. Czekam…
Po raz pierwszy spotkałem ją nieco ponad cztery lata temu, późnym latem albo wczesną jesienią, któż to może dokładnie pamiętać? W każdym razie było jeszcze ciepło.
George Farnsworth, mój przyjaciel jeszcze z czasów szkolnych, z którym przez cały okres swoich studiów i później, po znalezieniu pracy w szanowanym biurze maklerskim, utrzymywałem bliski kontakt (ach te wszystkie pijackie piątkowe i sobotnie noce spędzone w klubach studenckich i barach na podrywaniu panienek, zawieraniu nowych i utrwalaniu starych znajomości oraz oczywiście na wlewaniu w siebie niezmierzonych ilości piwa i whisky, pobudki następnego dnia u boku często całkowicie nieznajomych dziewczyn, ból głowy i wzajemne uzupełnianie relacji z minionej nocy – tak, mogę powiedzieć, że George był naprawdę bliskim kumplem), zaprosił mnie na imprezę – ktoś w jego wieku i na jego stanowisku powinien to chyba nazwać przyjęciem, ale nie George – którą organizował z okazji swojego awansu. Awans był, w oczywisty sposób, tylko pretekstem, gdyż przyjaciel ów mój pracował w firmie komputerowej swojego ojca i kiedyś miał się nieuchronnie stać jej właścicielem (sam tak mawiał – „nieuchronnie"), lecz ojciec uznał, że musi on na to „zasłużyć" przechodząc kolejne stopnie wtajemniczenia. Ale jak wspomniałem, George lubił się rozerwać i zwykle nie potrzebował nawet pretekstów. Pomyślałem wręcz, że chyba musiał spoważnieć, aby szukać pretekstu do zabawy. Może pod wpływem swojej ostatniej dziewczyny – Alice, z którą spotykał się już od kilku miesięcy i aż zaczynało to wyglądać serio? Stanowczo jednak odrzuciłem te przypuszczenia – to znaczy te dotyczące spoważnienia, a nie Alice. Nie George.
Na imprezę pojechałem taksówką. Nigdy nie jeździłem na imprezy własnym samochodem, w szczególności, jeśli jechałem sam, tak jak tego dnia – też lubiłem się rozerwać, chociaż byłem w wieku George'a i, jak na tenże wiek, też pracowałem na poważnym stanowisku, a przynajmniej lubiłem tak myśleć.
Przybyłem mocno spóźniony – w eleganckiej dzielnicy zachodniego Londynu, w której mieszkał mój przyjaciel, zapadał już zmrok, chociaż jadąc widziałem jeszcze na zachodzie resztki szkarłatnej kuli słońca. Wieczór był ciepły i bardzo przyjemny, w powietrzu unosił się duch weekendu, a ja, po denerwującym dniu, z radością oczekiwałem odrobiny rozrywki i odprężenia.
Taksówka zatrzymała się i wtedy dostrzegłem błysk ciemnych włosów i wspaniałe nogi w siatkowych pończochach i krótkiej czerwonej sukience znikające w masywnych drzwiach prowadzących do holu wejściowego budynku, w którym mieścił się apartament George'a. Pomyślałem, że to pewnie żona lub kochanka któregoś z bogatych sąsiadów mojego kompana od występku, lecz zastanawiając się nad tym później doszedłem do wniosku, że już wtedy pokochałem te nogi.
Zapłaciłem taksówkarzowi i wbiegłem na schody wiodące do drzwi stylowego budynku. Liczyłem, że zdążę zabrać się windą z niezwykłą nieznajomą, lecz zanim powiedziałem portierowi, do kogo przychodzę, winda odjechała. Przez moment byłem zły, że portier nie poznał mnie jeszcze na tyle dobrze, aby wpuszczać bez żadnych pytań (a to tylko dlatego, że George mieszkał tam od niedawna), ale po chwili pomyślałem: „Trudno. Żaden problem. Idę przecież na imprezę, na której będzie mnóstwo świetnych panienek."
Dotarłem na czwarte piętro. Odgłosy imprezy były już na korytarzu nie do pomylenia z żadnymi innymi odgłosami. Drzwi otworzył mi sam gospodarz. Miał już trochę wypite, ale trudno było mu się dziwić, zabawa trwała przecież od dobrych dwóch godzin. Zamierzałem jak najszybciej pójść w jego ślady.
– Cześć, stary! – powitał mnie wylewnie i zaczął obściskiwać – Co tak późno!?
– Przepraszam, ale wiesz, musiałem jeszcze załatwić parę spraw w firmie, potem w drodze do domu utknąłem w korku i tak jakoś się zeszło.
– Nie przepraszaj tylko chodź i się ze mną napij! Mike i Colin też na ciebie czekają.
Mike Scott i Colin Travis – kolejni towarzysze nocnych eskapad.
– Jasnowidz, czy co? Właśnie chciałem, żebyś mi pokazał drogę do barku.
– A od kiedy tobie trzeba pokazywać drogę do barku? Cha, cha, cha! Chyba nie jesteś chory?
– Dobra, dobra. Chodź. Aha, gratulacje z powodu awansu.
– Nie chrzań. Kogo obchodzi awans?
– Wiem, wiem. I tak nieuchronnie…
– Właśnie.
Wszedłem do salonu mówiąc „cześć" lub „dzień dobry" mijanym ludziom. Salon George'a, wielkości przeciętnego boiska do koszykówki, urządzony znaczną, lecz nie przesadną liczbą nowoczesnych mebli oraz kilkoma dywanami w odcieniach żółci i beżu, i komponującymi się z nimi zasłonami, robił spore wrażenie. Największe jednak było udziałem kryształowego żyrandola mieniącego się tęczą barw pod sufitem. W salonie przebywało ponad trzydzieści osób. Drugie tyle, sądząc po odgłosach, tańczyło w kolejnym, niewiele mniejszym pomieszczeniu pełniącym tego dnia rolę bawialni.
Natychmiast dostrzegłem Colina i Mike'a. Siedzieli na sofie najbliżej barku. Bardziej jednak niż chęcią napicia się ze starym przyjacielem, zajęci byli dwiema ładnymi blondyneczkami usadowionymi na tejże sofie. Jedną z nich znałem, chociaż niezbyt dobrze, drugiej – niestety wcale. Pomimo tych niesprzyjających okoliczności, już miałem podejść do nich i tym samym do barku, gdy kątem oka dostrzegłem coś, co odwróciło moją uwagę od wszystkich innych spraw, jak się miało okazać na cały wieczór i na o wiele dłużej. Plama czerwieni. Nie od razu uświadomiłem sobie, c o widzę. Plama czerwieni pod oknem po przeciwnej stronie salonu. Odwróciłem się. Od razu wiedziałem, k o g o widzę. Stała tam. Odwrócona do mnie tyłem, z kieliszkiem czerwonego wina w ręce, spoglądała w zapadający za oknem zmrok. Kaskada kruczoczarnych włosów spływała na jej plecy, częściowo zakrywając odważny dekolt sukni. Słowo „krucze" nie było właściwie odpowiednie dla określenia koloru jej włosów. Były one czarne najgłębszym możliwym odcieniem czerni, zdawały się być tak ciemne, że pochłaniały wszystkie padające na nie promienie światła. Ale musiało to być tylko złudzenie. Od razu pokochałem jej włosy.
Stałem i gapiłem się na nią. Nadal nie widziałem jej twarzy, ale wiedziałem, że jest piękna. Nie chodzi o to, że tak mi się wydawało czy, że tego pragnąłem. Ja to wiedziałem. Z całkowitą i niepodważalną pewnością.
W pierwszym odruchu chciałem natychmiast do niej podejść. Bez względu na wszystko. Poczułem jednak, że George ciągnie mnie w stronę naszych przyjaciół i, aczkolwiek niechętnie, poddałem się temu. Ale nie odrywałem od niej wzroku. Stała tam nadal, nieporuszona i cudowna, jak alabastrowy grecki posąg. Po zdawkowych powitaniach z chłopakami George nalał mi drinka. Wypiłem go jednym haustem, nie wiedząc nawet, co piję. Nalał następnego. Próbował zacząć rozmowę, ale ledwie go słyszałem.
I wtedy się odwróciła. O mało nie ścięło mnie z nóg. Już wcześniej, jakimś niepojętym sposobem, wiedziałem, że jest piękna, ale to, co zobaczyłem sprawiło, iż na moment przeniosłem się do innego świata – świata, w którym anioły żyją pomiędzy ludźmi, a boginie spacerują letnimi wieczorami po piasku rozgrzanych plaż. Była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziały ludzkie oczy. I najpiękniejszą, jaką zobaczą aż do skończenia świata. Patrzyłem na wspaniałą linię jej twarzy. Na delikatnie wystające kości policzkowe. Na pełne usta o krwawym odcieniu purpury. Na ogromne czarne oczy, w których płonął ogień. W tym właśnie momencie te oczy spojrzały na mnie i utonąłem w nich na zawsze. Na wieki. Uśmiechnęła się lekko. I chociaż było to przecież niemożliwe, uśmiech ten sprawił, że stała się jeszcze piękniejsza. Nogi znowu o mało nie odmówiły mi posłuszeństwa, ale mężnie starałem się odwzajemnić uśmiech. Ona jednak odwróciła się, podeszła do jakiejś młodej kobiety w niebiesko-srebrnej sukni (kobiety, którą jeszcze przed chwilą uznałbym za bardzo atrakcyjną, ale po tym, gdy moje poczucie piękna uległo kilka chwil temu tak nagłemu przewartościowaniu, wyglądała dla mnie przy Niej jak szara myszka) i zaczęła z nią rozmawiać. Gwałtownie wychyliłem drinka.
George musiał dostrzec moje spojrzenie, gdyż w pewnej chwili usłyszałem jego dochodzący z oddali głos:
– Świetna dupeczka, nie?
Miałem ochotę go uderzyć, ale tego nie zrobiłem. Zamiast tego spytałem:
– Kto… to? – głos mi się łamał.
– Panienka mojego kumpla z pracy, Kevina Caldwella.
„Co mnie obchodzi jakiego Kevina?"
– Kevin coś się ostatnio rozchorował…
„Biedny Kevin."
– … i chyba dlatego przyszła sama.
„Cholernie biedny Kevin."
– Imię… – pytałem dalej. – Jak ma na imię?
– A wiesz, nie pamiętam… Ale jakoś tak dziwnie. Morgana czy Mortelia…
– Nieważne. Sam się dowiem.
– Wyluzuj, Nicky.
– Dobra, Georgie.
– Wiesz, Kevin…
– Kto to jest Kevin?
– He, he! Kawalarz z ciebie, Nicky. Nalać ci jeszcze?
– Jasne.
Stałem i rozmawiałem z George'm, Mike'm, Colinem i dwiema blondyneczkami – Cyndi i Debbie. Przyszła też Alice, bardzo miła osóbka, a po pewnym czasie blondyneczki i ich partnerzy poszli tańczyć. Usiedliśmy na sofie. Nie wiem, ile to trwało, ale chyba niezbyt długo, bo zdążyłem wypić bardzo niewiele. Nie spuszczałem z niej oka ani na sekundę i w pewnej chwili zauważyłem, że zmierza w stronę sali tanecznej. Sama. Boże, jak ona się poruszała…
– Przepraszam – powiedziałem do moich rozmówców.
Wstałem i podążyłem za nią odprowadzany zdziwionym spojrzeniem Alice i nikłym uśmieszkiem George'a. Przeszła przez salę, odmawiając komuś, kto chciał ją porwać do tańca, otworzyła drzwi po przeciwnej stronie i weszła do następnego pomieszczenia. Tak się składało, że wiedziałem, iż była to sypialnia. Po chwili dotarłem do drzwi i, nie speszony, wszedłem za nią. Ujrzałem falujące firanki i uchylone drzwi prowadzące na długi, biegnący wzdłuż całego frontu budynku balkon. Wcześniej uważałem, że to bardzo niewygodne, że na tak duży balkon prowadzi tylko jedno wejście i nie omieszkałem o tym wspomnieć gospodarzowi, ale w tej chwili byłem głęboko wdzięczny architektowi za to, że balkon jest odcięty od intruzów z salonu i bawialni.
Zamknąłem ostrożnie drzwi. Widziałem ją poprzez firanki, stojącą z odchyloną do tyłu głową i zamkniętymi oczami, na tle wieczornego nieba, oświetlaną miękkim, zimnym światłem księżyca. Stałem tam przez chwilę niczym w transie, podziwiając ten nadzwyczajny widok, który na wieczność utrwalił się w mojej pamięci.
Nawet teraz widzę go oczyma duszy…
Po chwili wyrwałem się jakoś z tego transu i z wysiłkiem poruszyłem. Uchylając nieco bardziej drzwi, wyszedłem na balkon. W tym momencie otworzyła szeroko oczy i spojrzała prosto w moje. W jej spojrzeniu było coś mrocznego i nieokreślonego, po chwili jednak zniknęło, pozostawiając wyraz niewinności i smutku.
– Nie chciałem cię przestraszyć – powiedziałem.
Uśmiechnęła się lekko z kokieteryjnym błyskiem w oku.
– Nie przestraszyłeś mnie – odrzekła melodyjnym, aksamitnym głosem z ledwie wyczuwalnym (francuskim?) akcentem, dzięki któremu brzmiał on jeszcze bardziej seksownie.
Jej głos sprawił, że ponownie zadrżałem z podniecenia. Tak idealnie pasował do jej doskonałej urody!
Odwróciła ode mnie wzrok.
– Spójrz, ile gwiazd! – powiedziała.
Spojrzałem w górę i niemal westchnąłem – dałbym głowę, że nigdy nie widziałem tak rozgwieżdżonego nieba, nawet w czasie bezchmurnych zimowych nocy w Alpach! Patrzyłem zafascynowany przez dłuższą chwilę, a gdy wreszcie opuściłem głowę, ona spojrzała na mnie pytająco. Po powrocie z międzygwiezdnej wędrówki nie od razu zaskoczyłem, o co jej chodzi.
– Bardzo przepraszam, ofiara ze mnie. Mam na imię Nick.
– Morella.
„Morella!"
Podała mi dłoń. Ucałowałem ją rozkoszując się dotykiem delikatnej, pachnącej skóry. Kilkakrotnie powtórzyłem w myślach jej imię.
– Lubisz obserwować niebo? – spytałem.
– Uwielbiam! Robię to co noc. Najpiękniejsze jest podczas pełni księżyca.
– To prawda. Niestety, nie zawsze znajduję czas na spoglądanie w gwiazdy.
– Szkoda. Nie można sobie odmawiać drobnych przyjemności, bo jak wtedy będzie wyglądało nasze życie?
Stało się to takie oczywiste, gdy to powiedziała!
Na chwilę zapadła cisza.
– W każdym razie dzisiaj postanowiłeś to zmienić.
– Słucham?
– Postanowiłeś obserwować gwiazdy – w jej oczach dostrzegłem delikatną ironię.
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Tak… To znaczy nie. Zobaczyłem, że wychodzisz i …
– …?
– …i musiałem cię poznać.
– A czemuż to?
– Gdyż, aż do dzisiejszego wieczoru, nie przypuszczałem nawet, że może istnieć tak piękna kobieta – starałem się powiedzieć to lekkim tonem, musiało jednak wyjść pompatycznie. I wyszło.
Roześmiała się. Dostrzegłem jej doskonale równe, białe zęby.
– Miły jesteś, ale co na to twoja dziewczyna?
– Nie mam dziewczyny.
Znowu się roześmiała.
– Mam uwierzyć, że taki przystojniak nie ma dziewczyny?
Ja także się uśmiechnąłem.
– Teraz ty jesteś miła, ale wiesz, jakie są kobiety – jednego dnia mówią, że cię kochają, a następnego odchodzą bez słowa.
– Nie wszystkie są takie.
– Wiem. Przepraszam.
Wzruszyła ramionami.
– Nie masz za co przepraszać.
Odwróciła się w stronę morza londyńskich świateł i migoczącej w oddali rzeki. Poszedłem za jej przykładem i przez jakiś czas staliśmy niemal stykając się ramionami.
Pomimo, iż dzień był bardzo ciepły, wraz z zapadnięciem zmroku nieco się ochłodziło i w pewnej chwili wydało mi się, że lekko zadrżała. Bez słowa delikatnie ją objąłem. Nie próbowała się odsunąć, przeciwnie – przytuliła się do mnie i oparła mi głowę na ramieniu.
Staliśmy tak dość długo.
– Może zatańczymy? – zapytałem po pewnym czasie.
Skinęła głową. Odwróciłem się, aby poprowadzić ją do środka, lecz powstrzymała mnie.
– Nie – powiedziała. – Tutaj.
Patrzyła mi prosto w oczy. Nasze twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Schyliłem się i pocałowałem jej lekko rozchylone usta. Oddała pocałunek z niezwykłą namiętnością. Jej usta były gorące i wilgotne. I tak słodkie, że chciałem całować je do końca świata! Potem objąłem ją mocno, a ona przylgnęła do mnie całym ciałem, opierając głowę na moim ramieniu. Jej włosy pachniały mieszanką nieznanych mi kwiatów i korzeni. Napawałem się tym wspaniałym zapachem. Jej ciało było cudownie ciepłe i miękkie. Ucisk jej piersi był wręcz nieznośny.
Tańczyliśmy. Wszechświat wokół nas także wirował w szalonym tańcu. Gwiazdy łączyły się ze światłami miasta w oniryczne wzory. Rzeka, rozpalona tajemniczym, niebieskim światłem zdawała się wzbijać w przestworza i znikać w bezkresnych głębinach kosmosu. Księżyc tonął w niej, a potem eksplodował oślepiającym blaskiem.
Nie wiem jak długo to trwało, gdyż czas płynął innym rytmem. A może w ogóle nie płynął, tylko poszedł gdzieś sobie, aby wrócić w bardziej odpowiednim momencie?
Potem wróciliśmy do środka i nadal tańczyliśmy, objęci mocno. Wszystko było takie nierzeczywiste. Ona była taka nierzeczywista. A jednak tuliłem ją silnie w ramionach. I nic więcej nie istniało. Tańczyliśmy przez całą noc i byłem przekonany, że tak będzie już na zawsze.
Czekało mnie jednak rozczarowanie. W pewnej chwili zatrzymała się i odsunęła ode mnie.
– Muszę już iść – powiedziała. Czy tylko mi się zdawało, że ze smutkiem?
Chciałem protestować, ale zaniechałem tego. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałem się po mocno opustoszałej sali. Musiał już zbliżać się ranek, chociaż za oknem nie było jeszcze widać oznak nadciągającego świtu.
– Odprowadzę cię.
– Nie – tym razem ton jej głosu był twardy.
Znowu nie zaprotestowałem.
– Wezwać ci taksówkę?
– Nie trzeba.
Przeszliśmy do salonu. Tu też było mniej ludzi. Gospodarz drzemał w jednym z foteli, a my go nie budziliśmy. Z kuchni dochodziły odgłosy rozmowy.
Odprowadziłem ją do przedpokoju, znalazłem w szafie jej torebkę oraz żakiet i wyszliśmy na korytarz.
– Spotkamy się jeszcze? – zapytałem.
– Na pewno.
– Kiedy?
– Nie mam daru przepowiadania przyszłości – na jej twarzy odmalował się lekki uśmiech, ale nie było to stwierdzenie ironiczne. Powiedziała to z taką powagą, że aż nasuwało się pytanie „A jakie dary posiadasz?". Nie zadałem go jednak.
Patrzyłem tylko, jak wchodzi do windy, a drzwi zasuwają się za nią. Stałem zdezorientowany. Bez fałszywej skromności mogłem powiedzieć, że byłem naprawdę atrakcyjnym mężczyzną i zwykle nie miałem kłopotów ze zdobywaniem interesujących mnie kobiet. Tak, tylko, że ona nie była zwyczajną kobietą… W każdym razie byłem nieco zaskoczony i mocno skołowany wszystkimi wydarzeniami kończącej się właśnie nocy.
Usłyszałem jak winda zatrzymuje się na dole i w tym momencie, tknięty nagłym impulsem, zacząłem zbiegać po schodach. Droga na dół nie zajęła mi nawet minuty, lecz gdy wybiegłem przed budynek, jej już nie było. Przecież to niemożliwe! Nawet, gdyby natychmiast złapała taksówkę, w co jednak nie wierzyłem o tej nocnej porze. Stałem, bezradnie się rozglądając. Panowały jeszcze zupełne ciemności, ale nie chciałem wracać na górę. Ruszyłem, więc pieszo do domu. Było to co prawda kilka kilometrów, ale jakie to miało znaczenie?
Dobra, zdecydowałem się, puściłem moją "twórczość" do neta:). Bardzo się wahałem. To nie jest nowy tekst. Napisałem go kilka ładnych lat temu i tylko grupka znajomych go zna do tej pory. Ale cóż, może komuś się spodoba, a jak nie to będę wiedział, ze mam się schować i nie wychylać... Wiem, że to trochę taka literacko początkowa surowizna, ale uczucia w to kupę włożyłem swego czasu:). Aha, to jest początek, opowiadanie ma kontynuację, jakby kogoś zainteresowało. I wiem też, że na razie mało fantastyczne jest ;) .
Panienka znika podejrzanie szybko, więc można zacząć się czegoś domyślać. Dwie mikroscenki w trakcie przyjęcia też coś mogą sugerować.
To już kiedyś było ... Oczywiście nie opowiadanie, tylko ten ( ta ? ) nieszczęsny / na " part 1". Opowiadanie opublikowałem w dwóch " partach " czy jednak cżęściach? A moe po prostu " partiach"? W pierwszym " parcie" czy w pierwszej części ? A dlaczego " part" z małej litery? Wielki naród Partów, walczący skutecznie z Rzymianami, lekko by sie obrazil. Zmienić, szanowny Autorze, i to prędko, i nie wprowadzać okropnych anglicyzmów.
Brr ...
OK, zmieniam, masz rację, po polsku! :)
"OK" w sumie też jest złe. W porządku więc... :)
W stylu amerykańskiej story, ale niestety, przegadane. Długie, dlugie zdania, które powodują, ze przy końcu zapomna się , co bylo na początku ( zdania). Maluteńko akcji. Słusznie Adam zuwazyl, że nie wiadomo, po co dziewczyna przychodzi, a potem zaraz wychodzi ( a jeszcze tak ekstra ubrana ... ).Po prostu -- nielogiczne. Niestety, wstęp nie zachęca czytelnika ( czyli mnie ) do poznania dalszego ciągu. Po co pierwszy akapit pisany kursywą? Wystarczało oddzielić go od drugiego trzema gwiazdkam i zlikwidować kursywę.
Tekst do przerobienia. Od razu trzeba byloby też wprowadzic do publikowanego tekstu element tajemnicy, intrygujacy czytelnika.
Pozdro.
No tak jak pisałem, pierwsze moje "dzieło", nie twierdzę, że wybitne (bo nie), ale kursywa absolutnie zamierzona i z tego się nie wycofam, bo to jest zabieg absolutnie zamierzony, w całym opowiadaniu ważny. Hmm, a to, po co dziewczyna przychodzi, i to tak ubrana, też jest zamierzone:). I wcale tak szybko nie wychodzi - pół nocy tańczyli, aż do bladego świtu niemal... :)
Poza tym, no niestety mam tak, że lubię długie zdania pisać, a gorzej z dialogami. Celnie, i ciężko mi to poprawić...
Ale dzięki za krytykę, jeszcze raz może spojrzę i coś zrobię, ale to opowiadanie, to jest dla mnie skończone i zamknięte:).
Kurczę, obawiam się, że o reszcie to samo powiesz, bo jest w podobnym stylu... :( (tj. jeśli wyślę na stronę, ale chyba to zrobię ze zwykłej ciekawości:)))
pół nocy tańczyli, aż do bladego świtu niemal
To powinno być w tekście, nie w komentarzu pod nim.
Poza tym, no niestety mam tak, że lubię długie zdania pisać, a gorzej z dialogami.
A jako, że jesteś całkowicie ukształtowanym pisarzem z olbrzymim dorobkiem i rzeszami wiernych czytelników, nie musisz już pracować nad stylem. Wiadomo. Jak każdy tutaj.
to opowiadanie, to jest dla mnie skończone i zamknięte
Rzesze wielkich pisarzy do śmierci poprawiały swoje opowiadania, do końca nie uznając ich za skończone. Zawsze jest coś, co można poprawić.
George Farnsworth, mój przyjaciel jeszcze z czasów szkolnych, z którym przez cały okres swoich studiów i później, po znalezieniu pracy w szanowanym biurze maklerskim, utrzymywałem bliski kontakt (ach te wszystkie pijackie piątkowe i sobotnie noce spędzone w klubach studenckich i barach na podrywaniu panienek, zawieraniu nowych i utrwalaniu starych znajomości oraz oczywiście na wlewaniu w siebie niezmierzonych ilości piwa i whisky, pobudki następnego dnia u boku często całkowicie nieznajomych dziewczyn, ból głowy i wzajemne uzupełnianie relacji z minionej nocy - tak, mogę powiedzieć, że George był naprawdę bliskim kumplem), zaprosił mnie na imprezę - ktoś w jego wieku i na jego stanowisku powinien to chyba nazwać przyjęciem, ale nie George - którą organizował z okazji swojego awansu.
To zdanie (jedno zdanie -- sic!) jest idealnym przykładem tego, jak nie pisać (z bardzo silnym naciskiem na "nie"). Zalewasz czytelnika przytłaczającą ilością zbędnych informacji, zmuszasz do zapamiętwania kolejnych poziomów konstrukcji, co odciąga uwagę od sensu. Roger słusznie zauważył, że pod koniec nie pamięta się, od czego zdanie się zaczęło -- czyli o co faktycznie chodzi. Wybacz, ale nie przywykłem do robienia notatek podczas czytania, nie chce mi się wyłuskwać i zapisywać na boku co ważniejszych fragmentów horrnedalnie długiego i idiotycznie poskładanego zdania, żeby zrozumieć jego sens.
Chyba już załapałeś, dlaczego w opowiadaniach nie stosuje się tak rozbudowanych zdań? Spróbuj przeformułować zbyt te długie, zapisać je w kilku prostszych. Tekst zyska na przejrzystości.
Ubawiłem się, widząc sposób, w jaki zapisałeś odmienione imiona: "George'm, Mike'm". Ani to estetyczne, ani poprawne i naprawdę nie mam pojęcia, skąd wziął Ci się pomysł z apostrofami. Szczególnie, że następne odmienione imię zapisałeś już normalnie.
Dialogi wydają mi się sztywne i to bynajmniej nie przez skrępowanie bohaterów.
Nadużywasz wielokropków, stosujesz je w miejscach, gdzie są całkowicie zbędne. Nie rozumiem też zastosowania linii dialogowej:
- ...?
Pytające spojrzenie, bo podejrzewam, że o to chodzi, to nie dialog.
@exturio
Po pierwsze - faktycznie nieco się zagalopowałem z tym, że nie zamierzam już poprawiać opowiadania; to prawda, że zawsze jest miejsce i pora na poprawki.
Po drugie - dzięki za konstruktywną krytykę. Masz zasadniczo rację we wszystkich swoich uwagach - i co do tego długaśnego zdania - nie jest to rzeczywiście stylistyczny majstersztyk (oto co znaczy spojrzenie z zewnątrz, ja się z nim już tak zżyłem, że pomimo, iż dostrzegałem, jakie jest długie i wielokrotnie poskładane, to specjalnie mnie to nie raziło; ale masz całkowitą słuszność - za dużo chciałem w nim upchnąć i trochę gubi się sens), i co do tych apostrofów (nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć...), i co do kilku wielokropków. Natomiast pytajnik w miejsce pytającego spojrzenia wydał mi się ciekawym zabiegiem, ale chyba faktycznie nie jest to zbyt "literackie" i kilka słów w jego miejsce będzie się lepiej komponowało.
Jedynie z poniższą uwagą się nie zgodzę:
"pół nocy tańczyli, aż do bladego świtu niemal
To powinno być w tekście, nie w komentarzu pod nim."
No przecież to jest w tekście, np. w zdaniu:
"Tańczyliśmy przez całą noc i byłem przekonany, że tak będzie już na zawsze."
lub chwilę później:
"Musiał już zbliżać się ranek, chociaż za oknem nie było jeszcze widać oznak nadciągającego świtu."
i ogólnie jest to chyba wyraźnie dane do zrozumienia (a nie jest?).
Pozdrawiam!
Zaintrygowao mnie na tyle, że będę czekał na ciąg dalszy.
Nie wiem dlaczego, ale stylem przypomiona mi gangsterskie romanse stylizowane na lata 30-te. Może przez charakterystykę głównego bohatera.
Dla mnie wątek tajemnicy istnieje- dziewczę nieziemsko piękne, ma tajemnicze imię, lubi patrzeć w gwiazdy, daje do zrozumienia, że ma jakieś nadnaturalne dary i znika w windzie.
Można się w ogólonym zarysie domyślić, co z niej za istota; a ciekawy jestem jak poprowadzisz akcję.
Opisy mocno poetyzowane, przeskakiwałem nad nimi wzrokiem, osobiście wolę więcej akcji a mniej poetyki.
Może wielbicielkom harlequinów się spodobają.