- Opowiadanie: podstuwak - O zbrodni i niebycie

O zbrodni i niebycie

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

O zbrodni i niebycie

 

 

I

 

 

 

– Bar­dzo za­le­ży nam na dys­kre­cji. Spra­wa jest dość… oso­bli­wa. – Jan od­wró­cił wzrok od okna. Nie od razu spoj­rzał na mar­twe­go przy­ja­cie­la. Wspar­ty o pa­ra­pet błą­dził wzro­kiem po po­ko­ju, tylko ukrad­kiem spo­glą­da­jąc na ciało. Nie dzi­wi­ło mnie to. Sam uni­ka­łem tego wi­do­ku.

Szkli­ste oczy le­żą­ce­go na pod­ło­dze trupa wpa­try­wa­ły się w nie­do­strze­gal­ną dal, jakby wy­so­ki sufit otwo­rzył się nad nimi, od­sła­nia­jąc nie­koń­czą­cą się prze­strzeń. Coś w tym mar­twym spoj­rze­niu po­wo­do­wa­ło nie­opi­sa­ne uczu­cie pust­ki.

Zwło­ki były nagie. Uło­żo­ne na środ­ku na­kre­ślo­ne­go wę­glem okrę­gu, wy­glą­da­ły jak wi­tru­wiań­ski czło­wiek wy­ry­so­wa­ny przez sa­me­go Dia­bła. Skórę zdo­bi­ły licz­ne cię­cia ukła­da­ją­ce się w skom­pli­ko­wa­ne, geo­me­trycz­ne wzory. Wię­cej w nich było obłę­du niż ma­te­ma­tycz­nej kal­ku­la­cji. Bio­rąc swój po­czą­tek na wy­so­ko­ści splo­tu sło­necz­ne­go, roz­cho­dzi­ły się kon­cen­trycz­nie, opla­ta­jąc wszyst­kie człon­ki sze­re­giem rdza­wo krwa­wych figur.

Jan ucie­kał od nich wzro­kiem, jakby w oba­wie, że od sa­me­go pa­trze­nia może mu się stać krzyw­da. Wi­dzia­łem jak jego tłu­sta twarz na­pi­na się. Zna­łem ten objaw. Za­wsze tak wy­glą­dał w cza­sie in­ten­syw­ne­go my­śle­nia. Nie­kie­dy nada­wa­ło to dość za­baw­ny wy­gląd jego sutym bo­ko­bro­dom, roz­dzie­lo­nym na pod­bród­ku wy­go­lo­nym pa­skiem. Choć nigdy by się do tego nie przy­znał, Jan Jakub Dęb­ski nosił taki za­rost, by ukryć pierw­sze ozna­ki sta­ro­ści.

Sto­jąc w mil­cze­niu, znów wyj­rzał na nik­ną­ce w mroku ulice.

Stycz­nio­wy wie­czór niósł po chod­ni­kach mroź­ne po­wie­trze pełne płat­ków śnie­gu. Nie­licz­ni prze­chod­nie, z gło­wa­mi wbi­ty­mi w ra­mio­na, prze­bie­ga­li ukrad­kiem, go­niąc za swo­imi spra­wa­mi. Za­sta­na­wia­łem się, któ­rzy z nich idą na uro­czy­stość.

Rocz­ni­ca była nie­mal pełna. Ci­chych i po­ta­jem­nych ob­cho­dów było w tym dniu wiele. Nie tylko w War­sza­wie. Choć mi­nę­ło ponad dwa­dzie­ścia lat, wspo­mnie­nie tam­te­go ostat­nie­go po­wsta­nia wciąż bu­dzi­ło w nas żywe emo­cje. Jed­nak tylko nie­licz­ni my­śle­li o nowym.

Wpa­tru­jąc się w uśpio­ną War­sza­wę wy­ją­łem z kie­sze­ni płasz­cza pa­pie­ro­śni­cę. Do­strze­głem na twa­rzy Jana gry­mas, któ­re­go nie udało mu się ukryć. Wie­dzia­łem, że gar­dzi pa­pie­ro­sa­mi. Był to wy­na­la­zek jesz­cze zbyt świe­ży, by mógł zo­stać za­ak­cep­to­wa­nym przez naszą ary­sto­kra­cję. Jeśli Jan ku­po­wał wy­ro­by fa­bry­ki „La­fer­me", były to tylko cy­ga­ra. Uda­jąc, że nie do­strze­ga tego, co robię za­czął pytać:

– Czy pro­fe­sor Wa­gner…

– Mój drogi – prze­rwa­łem mu, od­ga­du­jąc, do czego zmie­rza– pro­fe­sor Wa­gner jest je­dy­ną osobą w całej War­sza­wie, a może i całym za­bo­rze ro­syj­skim, która jest w sta­nie po­ra­dzić sobie z tą spra­wą.

– Chyba masz rację – od­po­wie­dział, po­now­nie wy­glą­da­jąc przez okno. – Sły­sza­łem o nim. Po­dob­no to on roz­wią­zał za­gad­kę za­gi­nię­cia hra­bi­ny Mo­dze­lew­skiej.

– Nie tylko tę, zresz­tą.

Od­wró­cił się w moją stro­nę.

– Muszę cię prze­pro­sić, Wi­tol­dzie – po­wie­dział. – Chcę jed­nak, abyś zro­zu­miał moje po­ło­że­nie. Nie cho­dzi tu tylko o śmierć mo­je­go przy­ja­cie­la, ale o przy­szłość ca­łe­go po­wsta­nia! Jeśli ro­syj­skie wła­dze roz­pocz­ną śledz­two, cała nasza praca może le­gnąć w gru­zach. Czy zda­jesz sobie spra­wę, ja­ki­mi kon­se­kwen­cja­mi może to gro­zić?

Nie od­po­wie­dzia­łem. Za­cią­ga­jąc się ni­ko­ty­no­wym dymem spoj­rza­łem za sie­bie. Już od dłuż­sze­go czasu czu­łem na ple­cach zimny wzrok Alek­san­dra Ko­ście­jew­skie­go.

Sie­dząc w kącie po­ko­ju na roz­kle­ko­ta­nym krze­śle, palił w mil­cze­niu fajkę. Odkąd tu przy­sze­dłem nie ode­zwał się ani razu. Zdą­ży­łem nawet za­po­mnieć o jego obec­no­ści. Jed­nak teraz jego prze­ni­kli­we oczy przy­po­mi­na­ły mi, że cały czas przy­słu­chu­je się na­szej roz­mo­wie. Jego ka­mien­na twarz, ob­ro­śnię­ta bujną brodą, nik­nę­ła pod czu­pry­ną gę­stych wło­sów. Za­to­pio­ny w dłu­gim, czar­nym ko­żu­chu wy­glą­dał jak cień spo­glą­da­ją­cy z cze­lu­ści bez­kre­snej pust­ki. Po­wie­dzieć o nim, że jest po­nu­ry to tak, jakby na­zwać śmierć nie­peł­ną życia.

– Przy­szłość po­wsta­nia leży w woli ludu, a nie władz ro­syj­skich. Jeśli jedno śledz­two ma zła­mać waszą kon­spi­ra­cję, to może le­piej by wam było wciąż czę­sto­wać kawą na czwart­ko­wych obia­dach. – Każde jego słowo było jak ude­rze­nie mło­tem. W przej­mu­ją­cej ciszy, jaka na­sta­ła, usły­sza­łem zgrzyt za­ci­ska­nych przez Jana zębów. Opa­no­wa­nie się mu­sia­ło go dużo kosz­to­wać. Od­dy­cha­jąc cięż­ko zwró­cił głowę na Ko­ście­jew­skie­go.

– Prze­stań mi tu agi­to­wać jak Wa­ryń­ski na kółku ro­bot­ni­czym! – Jego twarz za­ci­ska­ła się w ner­wo­wych spa­zmach. – Zgi­nął czło­wiek i żadna idea tego nie wy­tłu­ma­czy!

– Walka bez ofiar nigdy nie pro­wa­dzi do zwy­cię­stwa. Jeśli nie je­ste­ście na nie go­to­wi, po­win­ni­ście zre­zy­gno­wać. Nasze kaj­da­ny mo­że­my zrzu­cić i bez was.

– Prze­cież tutaj nie cho­dzi o wasze kaj­da­ny, tylko o wol­ność na­sze­go kraju!

– Wol­ność albo jest pełna, albo nie ma jej wcale.

– Na kłót­nie bę­dzie­cie mieli dość czasu, kiedy utwo­rzą wam par­la­ment. – Spoj­rza­łem na nich wy­pusz­cza­jąc kłąb dymu. – Teraz mu­si­my zająć się waż­niej­szy­mi rze­cza­mi.

Lo­do­wa­ty wzrok Ko­ście­jew­skie­go nie­mal fi­zycz­nie uci­skał mi krtań. Jed­nak wie­dzia­łem, że jego mil­cze­nie ozna­cza apro­ba­tę.

– Masz rację, Wi­tol­dzie – zwró­cił się w moją stro­nę Dęb­ski. – Mu­si­my teraz zna­leźć mor­der­cę. Nie dla­te­go, że zgi­nął mój bli­ski przy­ja­ciel. Mu­si­my go zna­leźć, bo to on naj­bar­dziej za­gra­ża na­szym pla­nom.

Jan od­szedł od okna i za­czął prze­mie­rzać pokój ze sple­cio­ny­mi z tyłu rę­ko­ma. Ko­ście­jew­ski zer­kał na niego po­gar­dli­wie spo­nad swo­jej fajki. W in­nych oko­licz­no­ściach wy­glą­da­li­by za­baw­nie. Może nawet sami zda­li­by sobie z tego spra­wę i zo­sta­li przy­ja­ciół­mi? Jed­nak teraz ni­ko­mu nie było do śmie­chu.

Jan przy­sta­nął wpa­tru­jąc się w zwło­ki.

– Czy znasz zda­nie pro­fe­so­ra od­no­śnie okul­ty­zmu? – zwró­cił się do mnie.

– Py­tasz mnie, czy pro­fe­sor Wa­gner wie­rzy w wi­ru­ją­ce sto­li­ki?

– Pytam, czy pro­fe­sor za­kła­da ist­nie­nie po­za­ma­te­rial­ne­go uni­wer­sum.

– Mój drogi Janie, pro­fe­sor Wa­gner nie za­kła­da ist­nie­nia ni­cze­go.

– Można by to ująć bar­dziej zgrab­nie, ale je­stem gotów pod­pi­sać się pod tym stwier­dze­niem.

Zwró­ci­li­śmy się w stro­nę wej­ścia. W drzwiach stała smu­kła po­stać pro­fe­so­ra Wa­gne­ra. Zdej­mu­jąc cy­lin­der skło­nił się i wszedł do środ­ka.

– Widzę, że w końcu zdo­ła­łem dojść do tego, by moją obec­ność po­prze­dza­ła le­gen­da.

– Jak za­wsze skrom­ny pro­fe­sor Wa­gner! Cie­szę się, że cię widzę – po­wie­dzia­łem.

– Ja też, Wi­tol­dzie. Chciał­bym jed­nak wie­dzieć, dla­cze­go już do mnie nie za­cho­dzisz?

Uda­łem, że się za­sta­na­wiam. Że na­praw­dę tego nie wiem. W tym cza­sie pro­fe­sor scho­wał trzy­ma­ną w dło­niach rę­ka­wicz­kę i za­czął witać się z po­zo­sta­ły­mi. Rę­ka­wicz­ka wy­pcha­ła mu kie­szeń, przez co wy­glą­dał mniej dys­tyn­go­wa­nie. Nie zdą­ży­łem się jed­nak za­sta­no­wić nad tak u pro­fe­so­ra nie­spo­ty­ka­ną cechą, gdyż koń­cząc witać się z Janem ob­rzu­cił mnie krót­kim spoj­rze­niem.

– Po sta­nie two­je­go odzie­nia – po­wie­dział – i nie­rów­nym za­ro­ście wnio­sku­ję, że pytać o mał­żon­kę na tę chwi­lę mi nie wy­pa­da?

Za­cią­gną­łem się pa­pie­ro­sem i spoj­rza­łem na moje wy­mię­te ubra­nie. Nie było sensu za­prze­czać. Dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­na nigdy nie słu­ży­ła ro­dzi­nie. Taka ak­tyw­ność jest w sta­nie ze­psuć każde mał­żeń­stwo.

Ale o pro­fe­so­rze też można było po­wie­dzieć co nieco. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, dla­cze­go jedni mają go za nie­zwy­kle otwar­tą i przy­ja­zną po­stać, na­to­miast inni widzą w nim eks­cen­try­ka i gbura go­to­we­go do agre­syw­nych za­cho­wań.

Wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do tego, czy pro­fe­sor ma do­stęp do strzy­kaw­ki typu Re­cord, igły nr 17 i roz­two­ru z ma­to­wych krysz­ta­łów, ze słod­kim wy­ra­zem „Mor­phium" na ety­kie­cie.

Są­dząc po jego dzi­siej­szym sta­nie, któ­ryś z war­szaw­skich ap­te­ka­rzy oka­zał się dla niego ła­ska­wy.

– Nie­by­wa­łe! – Pro­fe­sor po­chy­lił się nad nagim cia­łem. – Do­strze­gli pa­no­wie, że przed­sta­wio­ne tutaj fi­gu­ry są ele­men­ta­mi wcho­dzą­cy­mi w skład po­wierzch­ni Rie­man­na?

Nie wiem, czy py­ta­nie pro­fe­so­ra było re­to­rycz­ne, czy nie. Nie zwró­cił on jed­nak uwagi na nasz brak od­po­wie­dzi. Wciąż spo­glą­da­jąc na zdo­bią­ce bladą skórę cię­cia kon­ty­nu­ował:

– Nigdy nie wi­dzia­łem ich w tak do­sko­na­łej for­mie. Są nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne.

Jakby w od­po­wie­dzi na nasze mil­cze­nie prze­niósł swój wzrok w naszą stro­nę i wy­ja­śnił: – Bern­hard Rie­mann jest twór­cą geo­me­trii wie­lo­wy­mia­ro­wej. Wi­docz­ne tutaj ry­sun­ki są dwu­wy­mia­ro­wą próbą jej od­wzo­ro­wa­nia. Ostat­ni raz wi­dzia­łem coś ta­kie­go pod­czas jego słyn­ne­go wy­kła­du w 1859 r.

– Więc to nie są sym­bo­le okul­ty­stycz­ne? – spy­tał Dęb­ski.

– Ma­te­ma­ty­ka to magia po­tęż­niej­sza niż ja­ka­kol­wiek inna forma cza­rów. Dla wielu te sym­bo­le mają więk­szą moc, niż wszel­kie ry­so­wa­ne kurzą krwią pen­ta­kle.

– A pan wie­rzy w ist­nie­nie wielu wy­mia­rów?

– Nie, nie wie­rzę w ist­nie­nie żad­ne­go z nich. Mówię tylko, co w tej ma­te­rii stwier­dza ma­te­ma­ty­ka.

Dęb­ski chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, jed­nak pro­fe­sor nie zwra­cał na niego uwagi. Z cy­lin­drem trzy­ma­nym w sple­cio­nych na ple­cach dło­niach po­czął roz­glą­dać się po po­ko­ju.

W ni­kłym świe­tle ste­ary­no­wych świec nie­licz­ne meble kła­dły na na­giej, drew­nia­nej pod­ło­dze dłu­gie cie­nie. Pro­fe­sor Wa­gner błą­dził wśród nich wzro­kiem, cza­sa­mi po­chy­la­jąc się by obej­rzeć z bli­ska in­te­re­su­ją­ce go rze­czy. Przej­rzał książ­ki usta­wio­ne na znisz­czo­nym re­ga­le, klam­ki drzwi i okien, wy­so­kie, owal­ne lu­stro, aż za­trzy­mał się na wi­szą­cej na ścia­nie strzel­bie.

– Me­cha­nizm broni jest ze­psu­ty – po­wie­dział nie ob­ra­ca­jąc się w naszą stro­nę. – Strzel­ba ma uszko­dzo­ny ko­mi­nek. Po wy­strza­le wy­buch pio­ru­nia­nu rtęci za­pa­la­ją­cy proch z ko­mo­ry na­bo­jo­wej może do­pro­wa­dzić do małej eks­plo­zji. Mam na­dzie­ję, że nikt nie pla­nu­je uży­wać tej broni.

– Kto miał­by jej uży­wać?

– Prze­pra­szam panów za spóź­nie­nie. – Do po­ko­ju wszedł szyb­kim kro­kiem Lu­dwik Gorz­kow­ski, od­ry­wa­jąc naszą uwagę od py­ta­ją­ce­go Jana. Wi­ta­jąc się z każ­dym z osob­na tłu­ma­czył swoje póź­niej­sze przyj­ście.

– Pro­fe­sor Wa­gner! Nie­zmier­nie miło jest mi pana po­znać – po­wie­dział ści­ska­jąc ser­decz­nie dłoń pro­fe­so­ra.

– Pana dło­nie są nie­zwy­kle zimne. Czy aż tak spa­dła tem­pe­ra­tu­ra? – spy­tał pro­fe­sor pusz­cza­jąc rękę Gorz­kow­skie­go.

– Tak, jest dia­blo zimno. – Cho­wa­jąc ręce w kie­sze­niach swo­je­go płasz­cza Gorz­kow­ski spoj­rzał na pro­fe­so­ra. – Pro­szę mi po­wie­dzieć – za­czął nie­pew­nie – czy to nie pan po­mógł od­na­leźć tę za­mu­ro­wa­ną w ścia­nie hra­bi­nę? Spra­wa była gło­śna w całej War­sza­wie.

– Nie­ste­ty, to nie moja za­słu­ga. Do tam­te­go suk­ce­su przy­czy­nił się kot.

– Czy to któ­ryś z war­szaw­skich ase­so­rów?

Pro­fe­sor nie od­po­wie­dział. Po­chy­la­jąc się nad tru­pem przyj­rzał się mu uważ­nie.

– Kiedy wasz mar­twy przy­ja­ciel wró­cił z Chin? Czy było to na po­cząt­ku ze­szłe­go roku?

– Czy Wi­told opo­wia­dał panu o tej spra­wie? – Za­in­te­re­so­wał się Jan.

– Dość in­for­ma­cji mam pod nosem, by nie mu­sieć go fa­ty­go­wać. Aż nad to widać, że zmar­ły przez dłu­gie lata pra­co­wał cięż­ko w trud­nych wa­run­kach. Bli­zny po ku­lach świad­czą o wo­jen­nej prze­szło­ści. Nie trud­no więc do­my­śleć się, że denat zo­stał ska­za­ny na ze­sła­nie, naj­praw­do­po­dob­niej po po­wsta­niu stycz­nio­wym. Je­dy­ne zdję­cie znaj­du­ją­ce się w tym po­ko­ju przed­sta­wia ko­bie­tę z ple­mie­nia Ajnów. Jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, by ją sfo­to­gra­fo­wać, mu­sia­ła być dla niego ważna. Stąd wnio­sek, że miej­scem ze­sła­nia był Sa­cha­lin, a wię­zień mu­siał spę­dzić tam dość czasu, by zwią­zać się z któ­rąś z tam­tej­szych ko­biet.

– A Chiny? – za­py­tał Jan.

– Z Sa­cha­li­nu ła­twiej jest uciec przez Chiny niż Rosję – wy­ja­śnił pro­fe­sor. – A dwie znaj­du­ją­ce się w bi­blio­tecz­ce książ­ki, które trak­tu­ją o tym kraju pełne są od­ręcz­nych no­ta­tek po­le­mi­zu­ją­cych z nie­któ­ry­mi in­for­ma­cja­mi. Cha­rak­ter pisma od­po­wia­da za­pi­skom na fo­to­gra­fii. Zmar­ły mu­siał więc być w Chi­nach, a swoje spo­strze­że­nia za­no­to­wał na po­sia­da­nych wo­lu­mi­nach po­świę­co­nych temu miej­scu.

– To nie­by­wa­łe! – Jan nie krył zdu­mie­nia. – Teraz, kiedy bli­żej po­zna­łem pana me­to­dy dzia­ła­nia je­stem pe­wien, że roz­wią­że pan tę za­gad­kę!

– Już to zro­bi­łem.

– Słu­cham? – Dęb­ski otwo­rzył z nie­do­wie­rza­niem usta.

– Już wiem, co się tutaj stało.

– Więc chyba nie bę­dzie nas pan dłu­żej trzy­mał w nie­pew­no­ści? – Wtrą­cił się Gorz­kow­ski.

– Nie­ste­ty, je­stem do tego zmu­szo­ny. Roz­wią­za­nie odło­żę do jutra, żeby móc wszyst­ko do­kład­niej wy­ja­śnić.

– Nie może pan tego zro­bić – po raz pierw­szy za­brał głos Ko­ście­jew­ski. – Jeśli zna pan mor­der­cę pro­szę nam go wska­zać teraz.

– To wbrew moim re­gu­łom, by po­da­wać wynik bez na­le­ży­te­go do­wo­du.

– A więc nic pan nie wie. Przy­znam, że je­stem roz­cza­ro­wa­ny. – Alek­san­der prze­niósł swój cięż­ki wzrok na Jana. – Zwło­ki na­le­ży stąd za­brać, miesz­ka­nie oczy­ścić i przy­sto­so­wać do dal­szych dzia­łań kon­spi­ra­cyj­nych. Już dość zmar­no­wa­li­śmy czasu na to śledz­two.

– Kim ty je­steś, by wy­da­wać mi roz­ka­zy? – Jan nie krył obu­rze­nia.

– A kim ty je­steś, by ich nie przyj­mo­wać? Kiedy przyj­dzie dzień walki nikt nie bę­dzie oglą­dał się na wasze ty­tu­ły.

– Kiedy przyj­dzie dzień walki wszy­scy bę­dzie­my zgu­bie­ni! – włą­czył się do dys­ku­sji Gorz­kow­ski. – Po­win­ni­ście w końcu zro­zu­mieć, że walka nie jest roz­wią­za­niem!

– Spo­łe­czeń­stwo bez walki to mar­twe spo­łe­czeń­stwo.

– Można wal­czyć nie uży­wa­jąc broni.

– Za­cho­waj takie sen­ten­cje na wie­czor­ki u Świę­to­chow­skie­go. Ja wole po­słu­gi­wać się pi­sto­le­tem niż pió­rem. – Alek­san­der za­cią­gnął się fajką, co miało zna­czyć, że po­wie­dział już wszyst­ko.

Sto­ją­cy obok pro­fe­sor od­cze­kał chwi­lę, po czym skło­nił się i ru­szył w stro­nę wyj­ścia.

– Pro­fe­so­rze – zwró­cił się w jego stro­nę Gorz­kow­ski – pro­szę mi w takim razie po­wie­dzieć coś in­ne­go.

– Słu­cham. – Wa­gner przy­sta­nął nie ob­ra­ca­jąc się.

– Nie mógł­bym nie za­py­tać…

– Mógł­by pan.

– Więc pro­szę mi po­wie­dzieć…

– Chcia­łem po­wie­dzieć, że mógł­by pan nie pytać.

– Ale jeśli mógł­bym prze­pro­sić…

– To ja muszę pań­stwa prze­pro­sić. – Pro­fe­sor skło­nił się raz jesz­cze i wy­szedł.

Gorz­kow­ski stał dłuż­szą chwi­lę, spo­glą­da­jąc za nim z nie­do­wie­rza­niem.

– Pro­fe­sor nie jest z tych Wa­gne­rów – od­po­wie­dzia­łem na jego nie­za­da­ne py­ta­nie.

 

 

II

 

 

Tego dnia dzień był sło­necz­ny i nic nie za­po­wia­da­ło póź­niej­szych, tra­gicz­nych wy­da­rzeń. Je­cha­li­śmy małą, dwu­kon­ną do­roż­ką pro­wa­dzo­ną przez wy­so­kie­go dryn­dzia­rza w pia­sko­wej li­be­rii, z czap­ką w kształ­cie ro­ga­tyw­ki.

Zje­chaw­szy z mostu Kier­be­dzia po­zo­sta­wia­li­śmy za sobą sze­ro­ką wstę­gę Wisły, świe­cą­cą u brze­gów po­strzę­pio­ny­mi krami. Do­roż­karz skie­ro­wał po­jazd na Nowy Zjazd i dalej na Kra­kow­skie Przed­mie­ście.

Sie­dzą­cy na­prze­ciw mnie Jan wy­glą­dał na nie­spo­koj­ne­go. Wier­cąc się na swoim miej­scu, co chwi­lę na­pi­nał mię­śnie twa­rzy, jakby roz­grze­wa­jąc je do pan­to­mi­micz­ne­go spek­ta­klu. Mię­dzy wło­sa­mi jego bo­ko­bro­dów grały drob­ne re­flek­sy słoń­ca, co nada­wa­ło mu chwi­la­mi dość nie­po­waż­ny wy­gląd.

– Szko­da, że pro­fe­sor nie mógł zjeść z nami – rzekł po dłuż­szej chwi­li. – Chcia­łem zadać mu jesz­cze kilka pytań.

– Pro­fe­sor wy­ja­śni wszyst­ko wie­czo­rem. Mo­żesz być tego pe­wien, mój drogi Janie.

– Oba­wiam się jed­nak, że pro­fe­sor może nie brać pod uwagę wszyst­kich aspek­tów tej spra­wy.

– Co masz na myśli?

– Nie można prze­cież wy­klu­czyć, że było to mor­der­stwo ry­tu­al­ne. A jeśli tak, może stać za tym jakaś tajna or­ga­ni­za­cja.

– My­ślisz, że Adama za­bi­ło brac­two na­wie­dzo­nych ma­te­ma­ty­ków?

– Nie kpij z tego, pro­szę. Sam wi­dzia­łeś, jak to wy­glą­da­ło. Jeśli nie miało to zna­mion okul­ty­zmu, to co miały zna­czyć te wszyst­kie sym­bo­le?

– Nie wiem. Wo­lał­bym po­cze­kać z wy­da­wa­niem sądów do wer­dyk­tu pro­fe­so­ra.

Jan wyj­rzał na za­sy­pa­ną śnie­giem ulicę. Mi­ja­li­śmy wą­skie ka­mie­ni­ce i pla­cyk z po­mni­kiem Ko­per­ni­ka. Chrzęst gnie­cio­ne­go przez nas śnie­gu za­głu­szał roz­mo­wy prze­chod­niów, nie­prze­rwa­nie na­pły­wa­ją­cych od stro­ny Placu Zam­ko­we­go.

– Adam już przed śmier­cią bu­dził mój nie­po­kój. – ode­zwał się Dęb­ski, wpa­trzo­ny w mi­ja­nych ludzi. – Za­cho­wy­wał się dziw­nie, wręcz ob­se­syj­nie. Był opę­ta­ny ideą, któ­rej isto­ty nie zdo­ła­łem pojąć. A wszyst­ko wią­za­ło się z tą książ­ką.

Się­gnął za pa­zu­chę i wyjął po­tar­ga­ny wo­lu­min w for­ma­cie mniej­sze­go octa­vo. Książ­ka była dość gruba i wy­glą­da­ła na wie­ko­wą.

– Długo za­sta­na­wia­łem się, czy ci ją po­ka­zać – po­wie­dział po chwi­li, wpa­tru­jąc się w znisz­czo­ną okład­kę. – Chcia­łem dać ją pro­fe­so­ro­wi. Może bę­dzie mogła pomóc w śledz­twie.

Prze­ka­zał mi z wa­ha­niem sfa­ty­go­wa­ną księ­gę. Jej wiek było trud­no okre­ślić. Nie wie­dzia­łem, czy znisz­cze­nia biorą się ze sta­ro­ści, czy z czę­ste­go uży­wa­nia. Nie mo­głem też od­gad­nąć, w jakim ję­zy­ku zo­sta­ła na­pi­sa­na. Jej stro­ny jed­nak na­pa­wa­ły mnie nie­okre­ślo­nym lę­kiem. Na kilku ostat­nich roz­po­zna­łem sze­reg figur, które wczo­raj wi­dzia­łem wy­cię­te na skó­rze zmar­łe­go Adama Chmiel­ni­ka.

– Co to za książ­ka? – spy­ta­łem za­my­ka­jąc wy­tar­te karty.

– Nie wiem. Nie wiem też, gdzie Adam ją zna­lazł.

Scho­wa­łem wo­lu­min do kie­sze­ni.

– Czy po­dej­rze­wasz, co może za­wie­rać?

– Myślę, że książ­ka ma zwią­zek z ma­so­ne­rią.

– Adam był ma­so­nem?

Jan spoj­rzał na mnie, jak na na­iw­ne dziec­ko.

– Pra­wie cała pol­ska szlach­ta jest w któ­rejś z lóż – po­wie­dział. – Jed­nak o tej książ­ce nikt nie sły­szał.

– My­ślisz, że to przez nią zgi­nął Adam?

– Je­stem tego pe­wien. Jej zwią­zek ze spra­wą jest aż na­zbyt oczy­wi­sty. Od kiedy Adam za­czął ją badać od­ciął się od wszyst­kie­go. Je­dy­ne, czemu po­świę­cał czas, to ta­jem­ni­ca tej książ­ki. Nawet myśl o po­wsta­niu nie roz­bu­dza­ła w nim już żad­nych emo­cji. W pew­nym mo­men­cie jego po­sta­wa stała się za­gro­że­niem dla na­szych pla­nów.

– Więc może zro­bił to ktoś, komu na nich za­le­ża­ło?

– My­ślisz o Alek­san­drze?

Usły­sza­łem prze­raź­li­wy huk. Mi­ja­li­śmy wła­śnie po­czą­tek ulicy Berga. W chwi­lę potem moją głowę wy­peł­nił ogłu­sza­ją­cy pisk. Nasza do­roż­ka prze­chy­li­ła się, po­czym upa­dła na jeden z boków. Zdą­ży­łem jesz­cze za­uwa­żyć, że Jan usi­łu­je mi coś po­wie­dzieć, zanim wy­pa­dłem na za­śnie­żo­ną ulicę. Spło­szo­ne konie, ze­rwa­ne z uprzę­ży, po­gna­ły przed sie­bie. Ko­łom­nie le­ża­ło ciało mar­twe­go dryn­dzia­rza. Kiedy udało mi się pod­nieść do­strze­głem, że śnieg wokół nas za­bar­wio­ny jest na czer­wo­no. To była krew.

Nie­opo­dal nie­przy­tom­ne­go Jana le­ża­ła wy­wró­co­na ka­ro­ca. Jej roz­trza­ska­ne szcząt­ki były po­roz­rzu­ca­ne wokół. Mię­dzy dy­mią­cy­mi de­ska­mi ster­cza­ły ludz­kie koń­czy­ny.

Spo­glą­da­jąc przez nik­ną­cy dym za­uwa­ży­łem zma­sa­kro­wa­ne ciała wy­sta­ją­ce z wraku. Nie spo­sób było od­gad­nąć ile tru­pów jest we­wnątrz. Nie za­mie­rza­łem zresz­tą tego pró­bo­wać.

Do­pie­ro póź­niej do­wie­dzia­łem się, co się stało. Do ka­ro­cy ge­ne­ra­ła Za­cha­rie­wa ktoś wrzu­cił szkla­ną kulę wy­peł­nio­ną ni­tro­gli­ce­ry­ną. Ge­ne­rał je­chał w to­wa­rzy­stwie ad­iu­tan­ta i dwóch ofi­ce­rów niż­sze­go stop­nia.

Miej­sce nie było przy­pad­ko­we. War­sza­wa chcia­ła upa­mięt­nić imię Fio­do­ra Berga na swój wła­sny spo­sób.

Kiedy pró­bo­wa­łem pod­nieść wra­ca­ją­ce­go do przy­tom­no­ści Jana, usły­sza­łem strza­ły. Nie od razu zda­łem sobie spra­wę z tego, że są one wy­mie­rzo­ne w naszą stro­nę. Czoł­ga­jąc się w krwa­wym bło­cie do­strze­głem zmie­rza­ją­ce­go ku nam męż­czy­znę. W bla­sku bi­ją­cym z od­bi­te­go od śnie­gu słoń­ca nie mo­głem do­strzec jego twa­rzy. Wi­dzia­łem tylko rosłą po­stać w czar­nym ko­żu­chu.

Się­gną­łem po pi­sto­let.

 

 

III

 

 

Pro­fe­sor Wa­gner za­ci­snął kil­ka­krot­nie dłoń, aby uwy­pu­klić żyłę na zgię­ciu przed­ra­mie­nia. Sie­dząc przy swoim dę­bo­wym biur­ku opie­rał rękę o ma­syw­ny blat. Kiedy igła prze­bi­ła jego skórę, po­wo­li na­ci­snął tłok szkla­nej strzy­kaw­ki. Jej za­war­tość szyb­ko znik­nę­ła, za­to­pio­na w pul­su­ją­cym krwio­bie­gu. Muszę przy­znać, iż jej ilość była im­po­nu­ją­ca. Kogoś nie­przy­wy­kłe­go do tego spe­cy­fi­ku taka dawka z pew­no­ścią po­zba­wi­ła­by życia.

Po za­koń­czo­nej in­iek­cji pro­fe­sor opadł na opar­cie fo­te­la, po­zwa­la­jąc, by nar­ko­tyk wziął w po­sia­da­nie jego układ ner­wo­wy. Wy­glą­dał przy tym, jakby z ciała usu­nię­to mu wszyst­kie kości.

Pro­fe­sor za­ży­wał mor­fi­nę, aby uzy­skać kla­row­ność myśli. Teraz po­trze­bo­wał jej do prze­ana­li­zo­wa­nia tego, co opo­wie­dzia­łem mu o dzi­siej­szym po­ran­ku.

Nigdy nie lu­bi­łem, kiedy robił to w mojej obec­no­ści. Ale to nie przez to prze­sta­łem go od­wie­dzać.

Kiedy Wa­gner przy­zwy­cza­jał się do dzia­ła­nia nar­ko­ty­ku ro­zej­rza­łem się po jego ga­bi­ne­cie. Przy­tul­ne po­miesz­cze­nie, ze ścia­na­mi w obi­ciach ko­lo­ru Bor­de­aux, pełne było nie­spo­ty­ka­nych ku­rio­zów, po­usta­wia­nych na ma­syw­nych, acz es­te­tycz­nie wy­glą­da­ją­cych me­blach od Sim­m­le­ra. Spo­śród wszel­kich znaj­du­ją­cych się w nim rze­czy naj­więk­sze wra­że­nie ro­bi­ła bi­blio­tecz­ka. Wie­dzia­łem, że nie są to wszyst­kie książ­ki ze zbio­rów pro­fe­so­ra, ale już ten wybór wy­star­czył, aby nie­jed­ne­go bi­blio­fi­la przy­pra­wić o drże­nie za­zdro­ści.

Naj­więk­sze dzie­ła fi­lo­zo­fii, nauki i re­li­gii ze­bra­ne w jed­nym miej­scu, bez prawa pierw­szeń­stwa dla żad­ne­go z nich. Pla­ton, Ory­ge­nes, Kar­te­zjusz, Ke­pler, New­ton. Nie zdzi­wił­bym się nawet wi­dząc tutaj pisma So­kra­te­sa. A wszyst­ko to zwień­czo­ne zbio­rem za­ka­za­nych wo­lu­mi­nów z dzie­dzi­ny magii. Klucz Sa­lo­mo­no­wy, Szma­rag­do­wa Ta­bli­ca, Księ­ga Dzyan i przede wszyst­kim ta­jem­ni­czy Kitab al – Azif, dzie­ło przed wie­ka­mi spi­sa­ne przez sza­lo­ne­go Araba, Ab­du­la Al – Ha­zra­da, które od nie­pa­mięt­nych lat roz­pa­la umy­sły kul­ty­stów z ca­łe­go świa­ta.

Nagle z za­my­śle­nia wy­rwał mnie głos pro­fe­so­ra.

– Nie pa­trzysz na isto­tę rze­czy. To nie ma związ­ku z tą spra­wą. Twoje my­ślo­we dy­gre­sje pro­wa­dzą tylko do prze­rwa­nia wła­ści­we­go toku ro­zu­mo­wa­nia.

– Co masz na myśli?

– To, że ta spra­wa nie jest tym, czym się zdaje. Roz­wią­za­nie jest o wiele prost­sze i nie ma w nim nic ta­jem­ni­cze­go.

– Nie ro­zu­miem.

– Bo to, co wi­dzisz bie­rzesz za pewne, pod­czas gdy nic z tego nie ist­nie­je.

To wła­śnie był powód ze­rwa­nia moich kon­tak­tów z pro­fe­so­rem. Jego swo­ista fi­lo­zo­fia. Trud­no jest przy­jaź­nić się z kimś, kto za­kła­da, że je­steś je­dy­nie jego wy­obra­że­niem.

– Po­dejdź do tam­te­go sto­li­ka. – Pro­fe­sor wska­zał mi sto­ją­cy w kącie mebel. Speł­ni­łem jego proś­bę. To, co zna­la­złem na bla­cie przy­pra­wi­ło mnie o drże­nie.

– To mój mały eks­pe­ry­ment – po­wie­dział Wa­gner. – Przy­kład dla wszyst­kich zdzi­wio­nych moim spo­so­bem my­śle­nia.

Na stole leżał bez­no­gi szczur. Jego bez­wład­ny ka­dłub przy­mo­co­wa­ny był sze­re­giem prze­wo­dów do dziw­nej apa­ra­tu­ry. Zwie­rzę mu­sia­ło być żywe, gdyż jego pier­si uno­si­ły się mia­ro­wo, a szkla­na rurka za­cze­pio­na przy pyszcz­ku za­pew­ne tło­czy­ła weń po­ży­wie­nie.

– Zna­la­złem go na ulicy. Był już w takim sta­nie. Jed­nak dzię­ki mnie otrzy­mał nowe życie. – Pro­fe­sor przy­pa­try­wał mi się chwi­lę, ba­da­jąc moją re­ak­cję. – Te prze­wo­dy pro­wa­dzą do spe­cjal­ne­go ge­ne­ra­to­ra, który za spra­wą al­go­ryt­mu prze­ka­zu­je do ukła­du ner­wo­we­go zwie­rzę­cia lo­so­wo wy­bra­ne bodź­ce, in­ter­pre­to­wa­ne w jego mózgu jako bodź­ce ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Każdy z nich od­dzia­łu­je na inną część mózgu, przez co łączy się z inną re­ak­cja. Szczur jest ślepy i nie może się po­ru­szać, jed­nak jego mózg wy­twa­rza złu­dze­nie bie­ga­nia, je­dze­nia, współ­ży­cia a nawet cier­pie­nia. Choć nie ru­szył się z tego stołu od kilku mie­się­cy, w swo­jej gło­wie od­by­wa po­dró­że, o ja­kich nigdy wcze­śniej nie ma­rzył.

Przyj­rza­łem się dziw­ne­mu urzą­dze­niu. Nie mo­głem pojąć spo­so­bu jego dzia­ła­nia. Kiedy zbli­ża­łem do niego dło­nie czu­łem w nich przej­mu­ją­ce mro­wie­nie.

– Co je na­pę­dza? – spy­ta­łem.

– Prąd elek­trycz­ny.

– Skąd, u dia­bła, wzią­łeś tutaj prąd elek­trycz­ny?

– To za­słu­ga mo­je­go przy­ja­cie­la, Ni­ko­la­ja Tesli. Po­zna­łem go jesz­cze przed jego wy­jaz­dem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Był bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny moim pro­jek­tem, dla­te­go po­mógł mi przy bu­do­wie tej kon­struk­cji.

Jesz­cze raz zba­da­łem cały me­cha­nizm. Skła­da­ją­cy się na niego sys­tem prze­wo­dów, szpul i zę­ba­tek był jed­nak zbyt skom­pli­ko­wa­ny, bym mógł go zro­zu­mieć.

– Ale jaki ma to zwią­zek z całą spra­wą?

– Taki sam, jak ta książ­ka. – Pro­fe­sor wziął z biur­ka wo­lu­min, który do­sta­łem dziś od Jana.

– Co o niej wiesz?

– To stare dzie­ło. Szu­ka­łem go od lat.

– Wiesz, kto jest jej au­to­rem?

– Gor­giasz, Bacon, New­ton, Bar­ke­ley… Każdy z nas. Ta książ­ka nie ma jed­ne­go au­to­ra. Może nawet nie ma go wcale. Kto­kol­wiek na nią na­tra­fił, jeśli był w sta­nie ją zro­zu­mieć, spi­sy­wał za­war­te w niej rze­czy na nowo, przy­bli­ża­jąc ko­lej­ne­go czy­tel­ni­ka do roz­wią­za­nia za­war­tej w niej ta­jem­ni­cy.

– Co jest tą ta­jem­ni­cą?

Pro­fe­sor za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

– W swoim dzie­le O na­tu­rze albo nie­by­cie – za­czął – Gor­giasz stwier­dził, że nie ma nic, że gdyby jed­nak coś było, to by­ło­by to nie­po­zna­wal­ne i że gdyby nawet było to po­zna­wal­ne, to i tak wie­dzy o tym nie by­li­by­śmy w sta­nie prze­ka­zać ko­mu­kol­wiek in­ne­mu. Jed­nak potem zmie­nił zda­nie. – Pro­fe­sor odło­żył książ­kę na biur­ko. – Wedle Gor­gia­sza świat mu­siał­by re­ali­zo­wać się tylko w na­szym umy­śle i wraz z za­ni­kiem na­szej świa­do­mo­ści prze­sta­wać ist­nieć. Jed­nak potem do­szedł do wnio­sku, że moż­li­wym jest, by nasza świa­do­mość od­ży­ła, choć nie miała pa­mię­ci o swoim po­przed­nim ist­nie­niu. Byłby to swo­isty ro­dzaj fi­lo­zo­ficz­nej me­temp­sy­cho­zy. Dla za­cho­wa­nia cią­gło­ści mię­dzy tym jed­nym, ale po­rwa­nym bytem, Gor­giasz na­pi­sał tę książ­kę. Sądzę, iż to pod jej wpły­wem Ber­ke­ley wy­my­ślił klu­czo­we za­ło­że­nia swo­jej fi­lo­zo­fii.

– Ale czy takie dzie­ło nie by­ło­by wła­śnie do­wo­dem na ist­nie­nie świa­ta obiek­tyw­ne­go?

– Znów po­słu­gu­jesz się nie­wła­ści­wy­mi ka­te­go­ria­mi, mój drogi Wi­tol­dzie. Ta książ­ka to tylko idea, zbiór myśli, ona nie ist­nie­je na­praw­dę. Wraca w świa­do­mo­ści któ­re­goś z nas, jako wspo­mnie­nie ulot­nej re­flek­sji. A to, że wi­dzi­my to w ten spo­sób wy­ni­ka je­dy­nie z bu­do­wy na­sze­go mózgu. Gdyby nie jego ułom­no­ści, umysł nie mu­siał­by się ucie­kać do ta­kich za­bie­gów.

Spoj­rza­łem na pro­fe­so­ra.

– I w świa­do­mo­ści któ­re­go z nas ma ona po­wra­cać? – spy­ta­łem.

Pro­fe­sor za­milkł. Wie­dział, że jest to dla mnie temat draż­li­wy. Wpa­tru­jąc się w blat, długo na­my­ślał się, zanim od­po­wie­dział.

– Nie wiem. Kie­dyś po­wie­dział­bym, że w mojej, ale teraz nie je­stem tego pe­wien. – Uniósł na mnie swą głowę. – Wi­dzisz, jeśli świat rze­czy­wi­ście jest czy­imś wy­obra­że­niem, to my wszy­scy, jako ima­gi­na­cja, je­ste­śmy jed­no­cze­śnie tą samą osobą. Dla­te­go za­pi­ski z tej książ­ki mają sens. Uświa­da­mia­ją każ­de­go, kto do nich do­trze o takim sta­nie rze­czy, przez co ten, który nas sobie wy­obra­ża też zbli­ża się do praw­dzi­we­go po­zna­nia. Sądzę, iż tak na­ro­dzi­ła się li­te­ra­tu­ra.

– I co sta­nie się, kiedy doj­dzie już do tego po­zna­nia?

– Wła­śnie tego chciał się do­wie­dzieć Adam Chmiel­nik.

Pro­fe­sor znów opadł na opar­cie fo­te­la. Jego wzrok wbity w moją po­stać zda­wał się świ­dro­wać wnę­trze mojej czasz­ki. Za­ję­ło mi chwi­lę, zanim zdo­ła­łem po­ukła­dać myśli.

– Chcesz po­wie­dzieć, że Adam po­peł­nił sa­mo­bój­stwo?

– Nie. Przy­naj­mniej nie w do­słow­nie.

– Jak mam to ro­zu­mieć?

– Adam nie chciał się za­bi­jać. Pew­nie prze­żył­by, gdyby ktoś mu w tym nie po­mógł.

– Więc kto to zro­bił?

Pro­fe­sor rzu­cił na biur­ko skó­rza­ną rę­ka­wicz­kę. Była to ta sama rę­ka­wicz­ka, która wy­pcha­ła jego kie­szeń pod­czas na­sze­go wczo­raj­sze­go spo­tka­nia.

– Po­wą­chaj – po­wie­dział.

Z ocią­ga­niem się­gną­łem do biur­ka i przy­tkną­łem okry­cie do nosa. Miało słod­ki za­pach.

– To słod­ki za­pach eteru – wy­ja­śnił pro­fe­sor.

– Chcesz po­wie­dzieć, że ktoś uśpił Adama, a potem zabił go w tak okrop­ny spo­sób?

– Nie. Adam zro­bił to wszyst­ko sam. Jed­nak nie po to by umrzeć. Gdyby ktoś nie po­zba­wił go przy­tom­no­ści, nie wy­krwa­wił­by się na śmierć.

– Skąd to wiesz?

– Na pod­ło­dze był wy­raź­ny ślad od­po­wia­da­ją­cy kształ­tem brzy­twie. Adam mu­siał ją tam po­ło­żyć, kiedy wy­ciął już wszyst­kie sym­bo­le. Potem ktoś ją za­brał. Do tego wi­szą­ca na ścia­nie strzel­ba była na­bi­ta. Adam mu­siał wie­dzieć, że broń jest ze­psu­ta. Za­ła­do­wał ją więc ktoś inny. Ktoś, kto chciał mieć pew­ność, że uda mu się uśmier­cić do­świad­czo­ne­go żoł­nie­rza i za­bez­pie­czył się na wszel­kie moż­li­we spo­so­by.

– Kto?

– Ten, kto zgu­bił tę rę­ka­wicz­kę. Po­da­ło mi ją wczo­raj ja­kieś dziec­ko, kiedy zo­ba­czy­ło, do któ­re­go miesz­ka­nia zmie­rzam. Po­wie­dzia­ło, że zgu­bił ją ktoś ze zna­jo­mych lo­ka­to­ra.

– I ty pew­nie wiesz, kto to zro­bił?

Pro­fe­sor spoj­rzał na wy­so­ki, sto­ją­cy przy ścia­nie zegar. Prze­no­sząc wzrok w moją stro­nę po­wie­dział:

– Mu­si­my już je­chać. My­śla­łem, że zdą­ży­my jesz­cze zjeść ko­la­cję, ale, nie­ste­ty, roz­ma­wia­li­śmy zbyt długo. Mam na­dzie­ję, że nie je­steś głod­ny?

 

 

IV

 

 

– Teraz mo­że­my być pewni, kto jest winny – po­wie­dział Gorz­kow­ski spla­ta­jąc ręce na pier­si. Stał na środ­ku po­ko­ju rzu­ca­jąc wokół grom­kie spoj­rze­nia. Nigdy go jesz­cze takim nie wi­dzia­łem. Zda­wał się ema­no­wać jakąś nie­wy­ja­śnio­ną ener­gią.

– Cie­kaw je­stem, kogo masz na myśli? – zwró­cił się w jego stro­nę pro­fe­sor.

– To jasne. Tego, kogo bra­ku­je.

W po­ko­ju prócz nas był tylko Jan Dęb­ski. Alek­san­der Ko­ście­jew­ski wciąż się nie po­ka­zy­wał. Cze­ka­li­śmy już ponad go­dzi­nę.

– Gdyby o winie wy­ro­ko­wa­no tylko na pod­sta­wie nie­obec­no­ści, to wy­miar spra­wie­dli­wo­ści byłby na­pra­wę za­baw­ną in­sty­tu­cją – po­wie­dział pro­fe­sor długo spo­glą­da­jąc Gorz­kow­skie­mu w oczy. Lu­dwik zno­sił jego wzrok dłuż­szą chwi­lę, jed­nak po­bi­ty mu­siał od­wró­cić głowę.

– Więc cie­kaw je­stem, jakie pan ma zda­nie na ten temat? – spy­tał od­zy­sku­jąc nieco re­zo­nu.

– Pan zna moje zda­nie, mój drogi.

– Co mam przez to ro­zu­mieć?

– A co pan zro­zu­miał?

Lu­dwik mil­czał. Na jego gło­wie bły­snę­ły zło­co­ne świa­tłem świec kro­pel­ki potu.

– Pa­no­wie – zwró­cił się do nas Jan. – Chyba już pora wy­ja­śnić całą spra­wę.

– Ma pan rację, panie Janie. Już dość to wszyst­ko się prze­dłu­ży­ło. – Pro­fe­sor spoj­rzał na nas prze­cią­gle. – Na wstę­pie chciał­bym za­uwa­żyć, że za­bój­stwo Adama bar­dziej było łutem szczę­ścia, niż za­pla­no­wa­ną zbrod­nią. Oczy­wi­ście, mor­der­ca chciał go zabić, jed­nak nie do końca wie­dział jak to zro­bić. Kiedy przy­szedł tutaj tej fe­ral­nej nocy pew­nie sam mu­siał być za­sko­czo­ny za­sta­ną sy­tu­acją.

Pro­fe­sor za­czął prze­mie­rzać pokój z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi na ple­cach.

– Mor­der­ca znał Adama bar­dzo do­brze. Wie­dział, jak się po­ru­szać po całym miesz­ka­niu – kon­ty­nu­ował. – Nie było też śla­dów wła­ma­nia.

Wa­gner przy­sta­nął, przy­glą­da­jąc się przez chwi­lę każ­de­mu z nas.

– A dla­cze­go Adam zgi­nął? – za­py­tał nagle. – Adam Chmiel­nik był osobą szcze­gól­ną. W za­sa­dzie całe po­wsta­nie za­le­ża­ło od niego. On był łącz­ni­kiem po­mię­dzy szlach­tą a ro­bot­ni­ka­mi i lud­no­ścią chłop­ską. Jeśli tym razem walkę miało pod­jąć całe spo­łe­czeń­stwo, to tylko dzię­ki niemu było to moż­li­we. – Pro­fe­sor zwró­cił się w stro­nę Gorz­kow­skie­go. – Nawet pan, jako zwo­len­nik pracy or­ga­nicz­nej i za­go­rza­ły prze­ciw­nik wy­stą­pie­nia zbroj­ne­go pro­wa­dził z nim roz­mo­wy. Zda­nie ludzi, któ­rych pan po­pie­ra było dla niego ważne. Adam był świa­dom tego, że tylko siłą ca­łe­go na­ro­du ten kraj może dźwi­gnąć się z po­pio­łów, że w prze­ciw­nym razie po­wsta­nie upad­nie tak, jak upa­dły wszyst­kie po­przed­nie.

– To po­wsta­nie i tak by upa­dło – ode­zwał się Lu­dwik. – Jeśli włą­czy­li­by się do niego lu­dzie Ko­ście­jew­skie­go za­pa­no­wa­ła­by kom­plet­na anar­chia. To by­ła­by naj­więk­sza klę­ska, jaka kie­dy­kol­wiek na nas spa­dła.

– Mój drogi Lu­dwi­ku – pro­fe­sor ode­zwał się ła­god­nym gło­sem. – Pro­szę mi po­wie­dzieć, czy do co­dzien­nych czyn­no­ści używa pan obu rąk?

– Co ma zna­czyć to py­ta­nie?

– Po­dob­no Alek­san­der Wie­lo­pol­ski do końca życia nie uży­wał pra­wej ręki, by uka­rać się za pod­pi­sa­nie roz­po­rzą­dze­nia o przy­mu­so­wym wcie­le­niu Po­la­ków do woj­ska. Roz­po­rzą­dze­nie to było bez­po­śred­nią przy­czy­ną przy­spie­sze­nia wy­bu­chu po­wsta­nia stycz­nio­we­go i po­śred­nią przy­czy­ną jego upad­ku. A prze­cież zro­bił to, bo był pe­wien, że nowe po­wsta­nie przy­nie­sie tylko stra­ty. Dla­te­go chciał mu za­po­biec.

– Jaki to ma zwią­zek z tą spra­wą?! – Gorz­kow­ski po­czer­wie­niał nagle, by po chwi­li cał­kiem zbled­nąć.

– Za­sta­na­wiam się tylko, któ­rej ręki pan nie używa – od­po­wie­dział pro­fe­sor.

Nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, Gorz­kow­ski chwy­cił wi­szą­cą na ścia­nie strzel­bę. Mie­rząc to w pro­fe­so­ra, to w nas, po­wo­li łapał od­dech.

– Jak pan widzi, pro­fe­so­rze, uży­wam obu. – po­wie­dział pod­cho­dząc do Wa­gne­ra. – Nie pan bę­dzie mnie są­dził, ale hi­sto­ria.

– Zdaje pan sobie spra­wę z tego, że to nie­zwy­kle srogi sę­dzia? – za­py­tał pro­fe­sor. Jego spo­kój był za­praw­dę im­po­nu­ją­cy.

– Niech się pan le­piej za­sta­na­wia nad wła­snym losem, a o mnie pro­szę się nie mar­twić. – Gorz­kow­ski oparł palec na cyn­glu.

– Nie­ste­ty, jeśli pan wy­strze­li, wszy­scy bę­dzie­my mieli kło­po­ty. Pan oczy­wi­ście naj­więk­sze, ale i nam się do­sta­nie. Całe mia­sto aż huczy po dzi­siej­szym za­ma­chu. Wy­star­czy jeden strzał, a w chwi­lę potem będą tutaj wszy­scy żoł­nie­rze ro­syj­scy, jacy sta­cjo­nu­ją w War­sza­wie.

– Sam pan widzi, do czego do­pro­wa­dził Alek­san­der. To on stoi za dzi­siej­szym za­ma­chem. – Gorz­kow­ski spoj­rzał na mnie. – Pan chyba to wie – po­wie­dział. – Wi­dzia­łem, jak po­mógł panu uciec. Szko­da, że mój pi­sto­let nie był bar­dziej celny.

– Więc to pan strze­lał? – spy­ta­łem.

– Chyba pan nie my­ślał, że re­du­ta Or­do­na? Mia­łem na­dzie­ję, że bę­dzie z wami pro­fe­sor. Wie­dzia­łem, że tylko on może po­krzy­żo­wać mi plany. Jak widać, nie po­my­li­łem się.

– Pan uśpił tylko na wpół przy­tom­ne­go czło­wie­ka, który naj­praw­do­po­dob­niej osza­lał i do­ko­nał sa­mo­oka­le­cze­nia. Po­zwo­lił pan wy­krwa­wił mu się na śmierć – rzekł ła­god­nym tonem pro­fe­sor. – Kara, jaka pana za to czeka nie musi być duża.

– Nie czeka mnie za to żadna kara. Nie je­stem ni­cze­mu winny. Nie ja do­pro­wa­dzi­łem do serii dzi­siej­szych aresz­to­wań. To nie prze­ze mnie War­sza­wa znów bę­dzie żyła w stra­chu. Na szczę­ście ten, który jest za to od­po­wie­dzial­ny tra­fił już do celi. – Gorz­kow­ski spoj­rzał na pro­fe­so­ra. – Je­stem pe­wien, że zdą­żył się pan umó­wić z nim na ja­kieś spek­ta­ku­lar­ne roz­wią­za­nie całej spra­wy. Alek­san­der bar­dzo lubi takie roz­wią­za­nia. Nie­ste­ty, teraz po­zo­sta­je mu je­dy­nie pisać do cara bła­gal­ne listy, jak jego przy­ja­ciel, Ba­ku­nin, któ­re­go tak chęt­nie cy­to­wał.

– Oba­wiam się, że w swo­jej walce o dobro kraju kom­plet­nie stra­cił pan rozum – po­wie­dział pro­fe­sor spo­koj­nym gło­sem.

– To walka jest utra­tą ro­zu­mu! Je­że­li kie­dy­kol­wiek War­sza­wa pod­nie­sie się do ko­lej­ne­go po­wsta­nia bę­dzie to klę­ska ca­łe­go na­ro­du i ruj­na­cja ca­łe­go mia­sta!

– Tego nie może pan wie­dzieć – ode­zwał się Dęb­ski. Jego głos drżał, co Jan za wszel­ką cenę sta­rał się ukryć.

– To już nie ważne. Ura­to­wa­łem kraj przed ko­lej­ną klę­ską. Mogę teraz umrzeć spo­koj­nym. – Gorz­kow­ski po­now­nie skie­ro­wał swój wzrok na pro­fe­so­ra. – I pan pój­dzie ze mną – po­wie­dział.

Pro­fe­sor nawet nie drgnął. Nie wiem, czy w cza­sie wy­strza­łu po­ru­szył się choć odro­bi­nę. Na sku­tek huku za­mkną­łem od­ru­cho­wo oczy. Kiedy je otwo­rzy­łem pro­fe­sor stał nie­wzru­szo­ny, przy­glą­da­jąc się drob­nym plam­kom krwi, jakie zdo­bi­ły teraz jego płaszcz.

Gorz­kow­ski za­ta­czał się, bro­cząc krwią po całej pod­ło­dze. Ści­ska­jąc ner­wo­wo kikut pra­wej dłoni, spo­glą­dał nań z nie­do­wie­rza­niem. Jego oszpe­co­na twarz za­sty­gła w gro­te­sko­wym gry­ma­sie. Po nad­pa­lo­nym po­licz­ku spły­wa­ło pęk­nię­te oko. Nie mogąc zła­pać rów­no­wa­gi upadł na czer­wie­nią­ce się deski pod­ło­gi, tar­ga­ny śmier­tel­nym spa­zmem. Obok niego le­ża­ła ro­ze­rwa­na strzel­ba.

Pro­fe­sor sta­nął nad nim, rzu­ca­jąc przy jego urwa­nej dłoni skó­rza­ną rę­ka­wicz­kę.

– Po­my­śleć, że mu­sia­ło się to stać aku­rat wtedy, kiedy zna­lazł drugą – po­wie­dział z bez­tro­ską.

Jan spo­glą­dał to na mnie, to na Wa­gne­ra, nie wie­dząc, co zro­bić. Wy­glą­dał, jakby był w szoku. Było to dość nie­po­ko­ją­ce.

– Chyba mu­si­my ucie­kać – po­wie­dział po chwi­li.

– Nie mamy wyj­ścia – pod­su­mo­wał pro­fe­sor.

– Zanim pój­dzie­my – roz­po­czął Jan nie­pew­nie – czy mógł­by mi pan po­wie­dzieć jedną rzecz?

– Słu­cham.

– Mam w So­uth­sea, w Angli, przy­ja­cie­la. Wła­śnie za­czy­na pisać po­wieść. Czy mógł­bym mu opo­wie­dzieć o pana przy­go­dach? By­ły­by one z pew­no­ścią in­spi­ru­ją­ce.

Spoj­rza­łem na niego z nie­do­wie­rza­niem. Nie był to od­po­wied­ni czas na tego ro­dza­ju py­ta­nia.

Pro­fe­sor jed­nak zda­wał się nie za­uwa­żać ca­łe­go ab­sur­du tej sy­tu­acji. Zwra­ca­jąc się do Jana z za­do­wo­le­niem po­wie­dział:

– Oczy­wi­ście, mój drogi. Mogę tylko spy­tać, jak się na­zy­wa pań­ski przy­ja­ciel?

Jan uniósł dum­nie głowę.

– Sir Ar­thur Conan Doyle – po­wie­dział.

 

 

V

 

 

Kiedy na­stęp­ne­go ranka przy­sze­dłem do ga­bi­ne­tu pro­fe­so­ra Wa­gne­ra, za­sta­łem go sie­dzą­ce­go przy biur­ku, nad ster­tą za­pi­sa­nych dziw­ny­mi sym­bo­la­mi pa­pie­rów. W nie­któ­rych z nich roz­po­zna­łem fi­gu­ry, które przed dwoma dnia­mi wi­dzia­łem na skó­rze mar­twe­go Adama Chmiel­ni­ka. Pro­fe­sor sie­dział nie­ru­cho­mo, z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi za głową. Le­żą­ca na bla­cie strzy­kaw­ka świad­czy­ła o tym, że zdą­żył już zażyć swój ulu­bio­ny spe­cy­fik. Obok niej le­ża­ła otwar­ta książ­ka. Ta sama, którą do­sta­łem wczo­raj od Jana.

– Alek­san­der Ko­ście­jew­ski nie żyje – po­wie­dzia­łem. – Pod­czas próby ko­lej­ne­go za­ma­chu stra­cił rękę, a dziś rano wy­sko­czył przez okno wię­zien­ne­go szpi­ta­la.

– Więc chyba War­sza­wa rze­czy­wi­ście bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać na swoje po­wsta­nie.

Głos pro­fe­so­ra był nie­obec­ny. Pu­stym wzro­kiem spo­glą­dał przed sie­bie, w ogóle mnie nie za­uwa­ża­jąc.

Wśród le­żą­cych na biur­ku pa­pie­rów do­strze­głem za­ko­pa­ną mię­dzy nimi brzy­twę.

– Na­praw­dę chcesz to zro­bić? – spy­ta­łem.

– Cała moja praca się do tego spro­wa­dza­ła. Wszyst­ko to, w co się an­ga­żo­wa­łem przez te dłu­gie lata miało mnie do tego do­pro­wa­dzić. Chyba nie my­śla­łeś, że te śledz­twa były je­dy­nie gim­na­sty­ką dla mo­je­go umy­słu?

Wa­gner spoj­rzał na mnie pierw­szy raz, odkąd tu wsze­dłem. W jego oczach wi­dzia­łem jakąś nie­opi­sa­ną pust­kę. Tak muszą wy­glą­dać lu­dzie, któ­rzy zre­ali­zu­ją już wszyst­kie swoje plany.

– Żeby to zro­zu­mieć, mu­sisz pojąć pewne rze­czy – za­czął pro­fe­sor. – Zbrod­nia jest wy­ło­mem po­zwa­la­ją­cym na­szej świa­do­mo­ści po­znać praw­dę o sobie. Zbrod­nia i wszyst­ko, co wy­my­ka się ra­cjo­nal­nym sądom służy stwa­rza­ją­cej jaźni do samo oświe­ce­nia. To dla­te­go z taką pasją od­da­łem się ba­da­niom nad nią. To dla­te­go tak skru­pu­lat­nie zbie­ra­łem wszel­kie in­for­ma­cje o przy­pad­kach, przy wy­ja­śnie­niu któ­rych nauka po­zo­sta­wa­ła bez­sil­na. – Pro­fe­sor chwy­cił jeden z za­pi­sa­nych ar­ku­szy. – Teraz mam ostat­nią wska­zów­kę. Od­po­wie­dzią jest wie­lość wy­mia­rów.

– Prze­cież ty nie wie­rzysz w żaden z nich.

– Bo żaden z tych wy­mia­rów nie ist­nie­je w zna­cze­niu obiek­tyw­nym. Ale jeśli je­stem w sta­nie je sobie uświa­do­mić, to zna­czy, że moje myśli nie są uza­leż­nio­ne od ciała, w któ­rym żyję. Moje oczy ich nie widzą, a jed­nak można wy­ka­zać je przy po­mo­cy ma­te­ma­ty­ki. Dla­te­go je­stem pe­wien, że po­wtó­rze­nie tego, co zro­bił Chmiel­nik po­mo­że mi do­wie­dzieć się, jak na­praw­dę wy­glą­da struk­tu­ra ist­nie­nia.

– A jeśli nie?

– Wtedy ty mu­sisz do­koń­czyć moje dzie­ło.

– Do­brze wiesz, że nigdy tego nie zro­bię.

– Mówię o czymś innym. Spi­szesz to, co ci po­wie­dzia­łem i czego byłeś świad­kiem.

– Dla­cze­go chcesz bym to zro­bił? Prze­cież nie wie­rzysz w ist­nie­nie ni­ko­go poza tobą.

Pro­fe­sor oparł dło­nie na bla­cie biur­ka i przyj­rzał mi się przez chwi­lę.

– Mó­wi­łem ci – za­czął – że nie je­stem już pe­wien, która świa­do­mość stwa­rza nasz świat. Kie­dyś po­wie­dział­bym, że moja. Ale od tam­tej pory wiele się zmie­ni­ło. Jed­nak jeśli mam rację, jeśli wszyst­ko, co nas ota­cza jest je­dy­nie czy­jąś ima­gi­na­cją, to tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy jed­no­cze­śnie tą samą osobą. To my je­ste­śmy tą świa­do­mo­ścią. Po­myśl. – Pro­fe­sor wziął głęb­szy od­dech. – Jeśli opi­szesz to, o czym teraz mó­wi­my, to ten, kto to prze­czy­ta stwo­rzy nas nie­ja­ko na nowo. Jed­nak jeśli my zda­je­my sobie spra­wę z tej sy­tu­acji, to w mo­men­cie od­twa­rza­nia na­szych osób, osoba ta stwo­rzy jed­no­cze­śnie sie­bie, ist­nie­ją­ce­go w na­szej gło­wie. Jeśli przy­jąć, że czas nie pły­nie, tylko ist­nie­je w każ­dym swoim punk­cie jed­no­cze­śnie, to w tym samym mo­men­cie ten kto czyta stwa­rza nas i my jed­no­cze­śnie stwa­rza­my jego, na­to­miast w tle je­steś ty, który pi­szesz.

– Więc kto z nas rze­czy­wi­ście ist­nie­je? Ten kto czyta, ten kto pisze, czy ten, kto zo­stał opi­sa­ny?

– Oba­wiam się, że żaden. – Wa­gner spu­ścił ze smut­kiem głowę, przy­pa­tru­jąc się le­żą­cej na biur­ku brzy­twie. – Jed­nak muszę spró­bo­wać się tego do­wie­dzieć – po­wie­dział.

– Chyba ni­cze­go już nie ro­zu­miem.

Pro­fe­sor uśmiech­nął się do mnie. Spo­glą­da­jąc przed sie­bie nie­obec­nym wzro­kiem po­wie­dział:

– Mój drogi Wi­tol­dzie, je­dy­na ra­cjo­nal­na rzecz, jaką jest w sta­nie zro­bić czło­wiek, to pod­dać w wąt­pli­wość swój wła­sny rozum.

 

Koniec

Komentarze

Bar­dzo in­te­re­su­ją­cy tekst. Nie tylko prze­my­śla­ny, ale warsz­ta­to­wo w wy­śmie­ni­tej formie.Przynaj­mniej jak dla mnie. Pozdr.serdecz­nie

Jak na razie, dobre.  No, jak jesz­cze dalej bę­dzie o PPS-ie, bę­dzie wy­śmie­ni­cie.
Ale, w tym zda­niu jest błąd i jest nie­zro­zu­mia­łe.  " Mło­tek kurka jest w nie­od­po­wied­niej po­zy­cji. Po wy­strza­le ka­pi­szon nie wej­dzie w prze­zna­czo­ne mu za­głę­bie­nie, przez co wy­buch pio­ru­nia­nu rtęci za­pa­la­ją­cy proch z ko­mo­ry na­bo­jo­wej może do­pro­wa­dzić do małej eks­plo­zji."
Ka­pi­szon  / pi­ston  kla­dzio­no w ko­min­ku ( "za­głę­bie­niu", niech bę­dzie)  i w nic już nie mu­sial  wcho­dzić. Ude­rze­nie kurka po­wo­do­wa­ło eks­plo­zję ka­pi­szo­nu, a plo­mień eks­plo­zji po­przez ka­na­lik ognio­wy prze­ni­kal do lufy i po­wo­do­wal de­to­na­cję pro­chu. Na­stę­po­wał wy­strzal. 
Zda­nie bez sensu.

No, no. Pro­fe­sor Wa­gner z War­sza­wy jako pier­wo­wzór Scher­loc­ka Chol­me­sa. Po­gra­tu­lo­wać wy­obraź­ni. Jedna uwaga Jan Jakub naj­pierw na­zy­wa się Demb­ski a potem już Dęb­ski. Ogól­nie opo­wia­dan­ko cał­kiem cał­kiem. po­do­ba­ło mi się. za­li­czam je do ka­te­go­rii hi­sto­rii Al­trer­na­tyw­nych. Po­zdra­wiam

Zo­ba­czy­łam nick pod­stu­wak obok tek­stu i od razu przy­po­mnia­ło mi się opo­wia­da­nie Cor­pus no­bi­le, które zro­bi­ło na mnie spore wra­że­nie. A potem za­czę­łam czy­tać, akcja dzie­je się w War­sza­wie w XIX wieku i zła­pa­łam się za serce od­dy­cha­jąc cięż­ko, bo zu­peł­nie jak w moim kon­kur­so­wym tek­ście no i myślę sobie, w po­rów­na­niu z Tobą to w ogóle nie mam szans ;) W każ­dym razie po prze­czy­ta­niu myślę, że mamy zwy­cięz­cę Sher­loc­ki­sty, bo jak dotąd na lep­szy tekst nie tra­fi­łam. Teo­re­tycz­no­li­te­rac­ko­fi­lo­zo­ficz­na dys­pu­ta pod ko­niec bar­dzo przy­pa­dła mi do gustu :)

Czy zwy­cię­ży ten tekst, nie wiem, ale jest na­praw­dę dobry. :)

"Cor­pus no­bi­le" było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej w moich kli­ma­tach, ale to też jest prima sort. 

I jako nie­za­leż­ny czy­tel­nik mogę bez wąt­pie­nia stwier­dzić, że nie macie co po­rów­ny­wać z Dre­am­my swo­ich tek­stów, bo są zu­peł­nie różne, choć oby­dwa świet­ne :) 

www.portal.herbatkauheleny.pl

Bar­dzo dobre opo­wia­da­nie. Jedno z trzech naj­lep­szych prze­czy­ta­nym prze­ze mnie w kon­kur­sie. Rze­czy­wi­ście miej­sce i czas po­dob­ne do tego, w któ­rym dzie­je się hi­sto­ria opo­wie­dzia­na przez Dre­am­my. I to nie­je­dy­ne po­do­bień­stwo - oba tek­sty są bar­dzo dobre:).
Po­zdra­wiam

Ma­stiff

Je­stem pod wra­że­niem. Gra­tu­lu­ję warsz­ta­tu i po­my­słu. Bez wąt­pie­nia jeden z naj­lep­szych tek­stów w kon­kur­sie.

Ocena (tylko na po­trze­by Sher­lo­ci­sty) - 9/10.

Po­zdra­wiam.

Cie­ka­wa hi­sto­ria, nie­złe śledz­two, cu­dow­ne na­wią­za­nia do SH. Ale jak na piór­ko­wy tekst sporo nie­do­cią­gnięć ję­zy­ko­wych.

Stał na środ­ku po­ko­ju rzu­ca­jąc wokół grom­kie spoj­rze­nia.

Tu już nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Ale te spoj­rze­nia same z sie­bie były takie ha­ła­śli­we czy do­pie­ro po rzu­ce­niu two­rzył się ło­skot? I prze­cin­ka bra­ku­je.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Cie­ka­wą i ta­jem­ni­czą hi­sto­rię pew­nej śmier­ci przed­sta­wi­łeś, Pod­stu­wa­ku, w nader zaj­mu­ją­cy spo­sób, przy oka­zji ujaw­nia­jąc źró­dło in­spi­ra­cji  pew­ne­go czo­ło­we­go twór­cy opo­wie­ści de­tek­ty­wi­stycz­nych. ;)

Bar­dzo sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca lek­tu­ra i tylko szko­da, że przy­jem­ność ob­co­wa­nia z nią cią­gle psują błędy i uster­ki, jak m.in. w tym zda­niu: Pro­fe­sor spoj­rzał na wy­sko­ki, sto­ją­cy przy ścia­nie zegar.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Ma­te­ma­ty­ka kró­lo­wą. ‘Ule­czy’ nawet z pa­rok­sy­zmów so­lip­sy­zmu. ;)

Nowa Fantastyka