- Opowiadanie: sadzik - Tempus

Tempus

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Tempus

Świad­ko­wie ze­zna­li, że nie było żad­nej eks­plo­zji. Nie roz­bły­sło ato­mo­we, ośle­pia­ją­ce świa­tło. Nie po­ja­wi­ły się pió­ro­pu­sze ognia i pyłu. Mimo to w środ­ku mia­sta zro­bi­ło się cicho. Lu­dzie wy­pa­ro­wa­li, po­zo­sta­wia­jąc po sobie je­dy­nie frag­men­ty me­ta­lo­wych przed­mio­tów, tak jak by siła nie szczę­dzą­ca ludzi brzy­dzi­ła się bez­dusz­nym do­ty­kiem me­ta­lu.

 

Bez krzy­ków, jakby do­bro­wol­nie, znik­nę­ły ty­sią­ce ludzi. Tam skąd nie­daw­no for­pocz­ty po­stę­pu wy­gra­ża­ły dawno za­po­mnia­nym bogom, stało się coś czego nauka nie mogła opi­sać, ani lu­dzie zro­zu­mieć. Choć stało się nagle, długo było nie­zau­wa­żo­ne. Po­zo­sta­li żyli nor­mal­nie, po­chło­nię­ci uże­ra­niem się z co­dzien­no­ścią. Do­pie­ro gdy wła­sne spra­wy za­czę­ły ścią­gać ich do cen­trum, na­ra­sta­ło zdzi­wie­nie. Po­je­dyn­cze, nie­licz­ne te­le­fo­ny roz­le­ga­ją­ce się w ko­mi­sa­ria­tach, sta­cjach te­le­wi­zyj­nych i szpi­ta­lach, po­wo­li za­mie­nia­ły się w potok krzy­ków i pytań, za­le­wa­ją­cych świat wie­ścią: Nie ma! Znik­nę­li!

 

Osłu­pie­nie, Zamęt. Dziw­na cisza.

 

Lu­dzie nie­pew­nie, po­wo­li, ze stra­chem wcho­dzi­li do pu­stej stre­fy. Po­wo­li, dwa razy spo­glą­da­jąc za sie­bie po każ­dym kroku wprzód, chcąc się upew­nić czy nie zni­ka­ją idący za nimi.

 

Kilka go­dzin potem teren ogro­dzo­no. Po­li­cja, po­miesz­cze­nie po po­miesz­cze­niu, pię­tro po pię­trze prze­szu­ki­wa­ła każdy bu­dy­nek. Inne od­dzia­ły spraw­dza­ły sta­cje metra, ka­na­ły. Nie było ludzi, szczu­rów. Drze­wa, trawa, ro­śli­ny, były wy­bu­ja­łe. Chod­ni­ki za­ro­sły trawą, drze­wa po­kry­wał mech. Wszyst­ko było dziw­nie… stare.

 

***

 

Dzień jak co dzień. Nudny jak każdy po­przed­ni i ża­ło­śnie prze­wi­dy­wal­ny jak każdy ko­lej­ny. Pi­skli­wy wi­bru­ją­cy głos bu­dzi­ka, smak mię­to­wej pasty do zębów, za­stę­po­wa­ny go­ry­czą kawy. Prze­kleń­stwa pod­czas sta­nia w korku, cią­gle te same. Krót­ka chwi­la wy­ci­sze­nia na re­flek­sje nad na­tu­ra wul­ga­ry­zmów. W końcu to zwy­kłe słowa, ale dzię­ki swej złej sła­wie, na­ce­cho­wa­ne emo­cja­mi, albo maja złą sławę przez emo­cja. Myśl znika wraz z po­ja­wie­niem się ma­łe­go, zie­lo­ne­go kółka. Chwi­la sku­pie­nia, ko­lej­ny korek i roz­wa­ża­nie nad wpro­wa­dze­niem do ję­zy­ka no­we­go prze­kleń­stwa. Znowu czas ru­szać. Bez­na­mięt­ne wy­mie­nia­nie po­zdro­wień w dro­dze z par­kin­gu do holu. Wy­mu­szo­ny uśmiech do zna­jo­me­go por­tie­ra. Zi­gno­ro­wa­nie za­lot­ne­go spoj­rze­nia se­kre­tar­ki z dru­gie­go pie­tra i nie­zno­śna cisza w prze­peł­nio­nej win­dzie.

 

Bo­le­śnie ru­ty­no­wa praca była lep­sza niż nudna rze­czy­wi­stość bez pracy. Uła­twia­ła prze­ży­cie w spo­łe­czeń­stwie i utrud­nia­ła prze­trwa­nie dnia. Biuro pro­jek­to­we sta­no­wi­ło dla niego sta­cje po­śred­nią, mie­dzy złymi wspo­mnie­nia­mi z cza­sów suk­ce­sów, a eme­ry­tu­rą. Pierw­sze było wspo­mnie­niem sprzed kilku lat, dru­gie, ideą, która sta­nie się rze­czy­wi­sto­ścią za kil­ka­dzie­siąt.

 

– Cześć Fram. Są­dząc po minie jak zwy­kle w świet­nym na­stro­ju.

 

– Tak, nie ma jak dzie­więć go­dzin za biur­kiem. Nic tak nie po­pra­wia na­stro­ju jak nuda.

 

– Nuda? Nie wiesz co się stało wczo­raj w cen­trum?

 

– Wiem, sły­sza­łem.

 

– I?

 

– I co?

 

– Nie­waż­ne, idź do PP, bar­dzo chce Cię wie­dzieć.

 

Fram wstał. Co­dzien­ne wi­zy­ty w ga­bi­ne­cie „Pani Pre­zes” były przy­gne­bia­ją­cym obo­wiąz­kiem. Każdy pra­cow­nik mu­siał sta­wiać się by zdać ra­port z okre­ślo­ne­go prze­dzia­łu czasu. On cie­szył się szcze­gól­ny­mi wzglę­da­mi, mu­siał cho­dzić na od­pra­wy co­dzien­nie. Wi­zy­ty były ra­czej dość krót­kie i nudne.

 

– Można?-Spy­tał.

 

– Wejdź.

 

– Dzień dobry pani pre­zes.

 

– Dzień dobry. Tak wiem, jak na mnie mówią w biu­rze. Skoń­czy­łeś ana­li­zę pro­jek­tów po wy­ko­naw­czych?

 

-Tak , wczo­raj po go­dzi­nie nie­wia­ry­god­nie nud­nej pracy. Nie ma to jak spraw­dzać rze­czy spraw­dzo­ne już dzie­sięć razy.

 

-Wiem, wiem, ale to nasze zda­nie, da­wa­nie lu­dziom pew­no­ści i…

 

-Daj spo­kój. Nie cytuj mo­ty­wa­cyj­nej gadki z Dnia Pra­cow­ni­ka. Była że­nu­ją­ca.

 

W oczach PP po­ja­wił się błysk.

 

-Była. W końcu jest coś na po­zio­mie. W sam raz dla wiel­kie­go Frama. Je­dziesz dziś wie­czo­rem do In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gii Za­wan­so­wa­nych.

 

-Nie jadę.

 

-Je­dziesz. Ka­za­li kogoś przy­słać, więc je­dziesz.

 

-Nie jadę, wy­ślij kogoś in­ne­go.

 

-Nie mogę, w proś­bie o kon­sul­ta­cje padło twoje na­zwi­sko. Nie masz wyj­ścia. Pakuj się.

 

-Nie…

 

-Ciiiii. Nie py­ta­łam czy chcesz. Za 8 go­dzin zjawi się po Cie­bie trans­port. Do zo­ba­cze­nia.

 

Pani pre­zes po­ma­cha­ła mu na po­że­gna­nie i za­trza­snę­ła drzwi.

 

Fram nie­na­wi­dził współ­pra­cy z In­sty­tu­tem Tech­no­lo­gii Za­wan­so­wa­nych. Za­wsze trak­to­wa­li go z lekką po­gar­dą, jak jakąś tanią siłę ro­bo­czą, któ­rej uży­cie było ko­niecz­ne ze wzglę­du na prawo. Ktoś z ze­wnątrz mu­siał kon­tro­lo­wać wy­ko­ny­wa­ne przez nich pro­jek­ty. Sami pra­cow­ni­cy in­sty­tu­tu tego nie­na­wi­dzi­li. Uwa­ża­li się za ści­śle wy­se­lek­cjo­no­wa­nych ge­niu­szy, wiec kon­tro­la przez „słab­sze umy­sły” sta­no­wi­ła dla nich jawną obe­lgę. Obie stro­ny ta­kiej współ­pra­cy da­rzy­ły się wza­jem­ną nie­chę­cia. Koń­czy­ło się na tym, że nie wcho­dzi­li sobie w drogę, a kon­tro­la była tak na­praw­dę ilu­zją.

 

Fram za­brał swoje rze­czy i wró­cił na par­king. Je­dy­ną po­cie­chą była na­dzie­ja na brak kor­ków w dro­dze po­wrot­nej. Szyb­ko się oka­za­ło, że przez wy­łą­cze­nie z ruchu „stre­fy zero” wczo­raj­sze­go in­cy­den­tu, ulice były pełne sfru­stro­wa­nych kie­row­ców.

 

Po go­dzi­nie był znowu w domu. Uświa­do­mił sobie, że nie ma po­ję­cia gdzie je­dzie i na jak długo. Do­tych­czas były to kil­ku­dnio­we wi­zy­ty w lo­kal­nym cen­trum, od­da­lo­nym o kilka go­dzin lotu. Nie miał po­wo­du by po­dej­rze­wać, że tym razem może być ina­czej. Wrzu­cił do wa­liz­ki tro­chę ko­sme­ty­ków, czy­stych ubrań. Po­sta­wił ją pod drzwia­mi. Przez sześć go­dzin nie miał co ze sobą zro­bić. Nu­dze­nie się w biu­rze wy­da­wa­ło się sen­sow­nym spo­so­bem spę­dza­nia dnia. Ro­bie­nie tego sa­me­go za darmo w domu, było bez­na­dziej­ne.

 

***

 

Po sze­ściu go­dzi­nach, dwu­na­stu mi­nu­tach i czter­dzie­stu pię­ciu se­kun­dach roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

 

-Wi­tam. Je­stem tu z po­le­ce­nia In­sty­tu­tu…

 

-Tak, tak. I jest pan spóź­nio­ny. Ze stro­ny ITZ’u li­czy­łem na więk­szą, hmmm, od­po­wie­dzial­ność.

 

-Prze­pra­szam, ale wszę­dzie korki, to przez te wy­da­rze­nia w cen­trum…

 

-Nie­waż­ne, chodź­my.

 

Po pięt­na­stu mi­nu­tach jazdy Fram za­uwa­żył, że nie kie­ru­ją się w stro­nę portu lot­ni­cze­go.

 

-Nie je­dzie­my na lot­ni­sko? –za­py­tał.

 

-Je­dzie­my do jed­nost­ki woj­sko­wej pod mia­stem. Tam ma pan do­wie­dzieć się wię­cej.

 

-Niech zgad­nę, pan jest nie upraw­nio­ny do udzie­la­nia in­nych in­for­ma­cji…

 

Kie­row­ca mil­czał. Fra­mo­wi coraz mniej po­do­bał się ten wy­jazd.

 

***

 

Po kilku go­dzi­nach byli na miej­scu. Zwy­czaj­na kon­tro­la toż­sa­mo­ści przy szla­ba­nie i sa­mo­chód wje­chał na teren bazy. Za­trzy­mał się przed wej­ściem do jed­ne­go z bun­krów. Cze­ka­ła tam trój­ka ludzi. Jed­nym był żoł­nierz, po­zo­sta­li dwaj no­si­li białe kitle. Wy­glą­da­li na na­ukow­ców.

 

– Na­resz­cie pan jest. –po­wie­dział jeden z nich. – W środ­ku cze­ka­ją.

 

Fram nie od­po­wie­dział. Ma­syw­ne sta­lo­we drzwi otwo­rzy­ły się prze­raź­li­wie skrzy­piąc. Widać armia miała pie­nią­dze na amu­ni­cje, a bra­ko­wa­ło jej na odro­bi­ne smaru. Ciem­ny ko­ry­tarz przed nim był pusty i cichy. Na jego końcu były wą­skie, kręte scho­dy. Pro­wa­dzi­ły dwa, może trzy pię­tra w głąb ziemi do ko­lej­nych, cięż­kich sta­lo­wych drzwi. W rogu nad nimi wi­sia­ła mała ka­me­ra, trud­na do do­strze­że­nia w ciem­no­ściach. Jej obec­ność zdra­dza­ło je­dy­nie mi­ga­nie czer­wo­nej diody. Po chwi­li drzwi otwo­rzy­ły się, za­le­wa­jąc klat­kę scho­do­wą ja­snym świa­tłem.

 

– Pro­szę wejść, nie mamy zbyt wiele czasu.

 

Fram wszedł do środ­ka. Zna­lazł się w dość roz­le­głej hali. Przed nim znaj­do­wa­ły się rzędy biu­rek, sto­łów la­bo­ra­to­ryj­nych i kom­pu­te­rów.

 

– Nie­ste­ty w wy­ni­ku obec­nej sy­tu­acji je­ste­śmy zmu­sze­ni do pracy w ta­kich wa­run­kach.

 

Obok Frama stał czło­wiek ubra­ny w gra­fi­to­wy gar­ni­tur.

 

-Wi­tam, je­stem dy­rek­to­rem tego ba­ła­ga­nu.

 

-Wi­taj Slamt. Spo­dzie­wa­łem się kogoś in­ne­go w ko­mi­te­cie po­wi­tal­nym. Kogoś, mniej waż­ne­go…

 

-Sy­tu­acja wy­ma­ga byś był nad­zo­ro­wa­ny prze­ze mnie, oso­bi­ście. Nie bę­dzie­my roz­ma­wiać tutaj. Chodź do dru­giej czę­ści han­ga­ru.

 

***

 

-Nie mogę zdra­dzić Ci zbyt wielu szcze­gó­łów. Trzy dni temu jedna z jed­no­stek pa­tro­lo­wych na­tknę­ła się na dry­fu­ją­cy okręt na­sze­go in­sty­tu­tu. Był pusty, w opła­ka­nym sta­nie, ale bez żad­nych uszko­dzeń. Żad­nych śla­dów walki, eks­plo­zji. Nie było też znaku po za­ło­dze. Brak pa­li­wa, za­si­la­nia. Zo­stał sam ka­dłub. Wal­czy­my o od­two­rze­nie za­pi­su z dzien­ni­ka po­kła­do­we­go, ale nie ma pew­no­ści, że to coś da.

 

-Peł­no jest dry­fu­ją­ce­go złomu, nie ro­zu­miem gdzie jest tu miej­sce dla mnie…

 

-Ten okręt wszedł do służ­by trzy mie­sią­ce temu. Znasz tego typu kon­struk­cji, poza tym masz wciąż ważne cer­ty­fi­ka­ty do­stę­pu do in­for­ma­cji nie jaw­nych.

 

-Nie wy­da­je mi się…

 

-Nie istot­ne, de­cy­zje już za­pa­dły. Pod han­ga­rem znaj­du­je się la­bo­ra­to­rium z po­miesz­cze­nia­mi miesz­kal­ny­mi. Tam zo­sta­niesz za­kwa­te­ro­wa­ny. Na miej­scu są już prób­ki po­bra­ne na „stat­ku-wid­mo”. Okręt jest ak­tu­al­nie spro­wa­dza­ny z or­bi­ty. Bę­dzie tu jutro o świ­cie. Po do­peł­nie­niu pro­ce­dur zba­dasz okręt.

 

-Da­lej nie wy­ra­zi­łem zgody. Nie chce brać udzia­łu…w tym wszyst­kim.

 

-Wy­ra­zi­łeś. Od­cho­dząc pod­pi­sa­łeś klau­zu­le 97a i 84c. Obie jasno mówią, że prze­cho­dzisz w stan spo­czyn­ku w razie za­gro­że­nia, pod groź­bą śmier­ci, mu­sisz nam po­ma­gać.

 

-Pie­przo­ny biu­ro­kra­ta.– za­mru­czał pod nosem Fram.

 

-Mó­wi­łeś coś?

 

-Tyl­ko, że nie mam wyj­ścia, i muszę wam po­ma­gać.

 

-Wi­dać zda­wa­ło mi się… Nie­za­leż­nie do tego czy je­stem pie­przo­nym biu­ro­kra­tą, czy nie, to po­waż­na spra­wa. Oto prze­pust­ka i iden­ty­fi­ka­tor.

 

Sta­nę­li przed lśnią­cą, sta­lo­wą śluzą pil­no­wa­ną przez dwóch żoł­nie­rzy w czar­nych uni­for­mach. Obaj po­dejrz­li­wi pa­trzy­li na Frama, ale żaden nie śmiał się ode­zwać przy Slamt­zu. Drzwi się otwo­rzy­ły uka­zu­jąc wnę­trze windy. Zje­cha­li nią kilka pię­ter w dół. Tak przy­naj­mniej przy­pusz­czał Fram.

 

-Po pra­wej są po­ko­je miesz­kal­ne, po lewej la­bo­ra­to­rium, ma­ga­zy­ny na końcu ko­ry­ta­rza. W la­bo­ra­to­rium czeka na cie­bie dwój­ka asy­sten­tów. Po­wo­dze­nia i do jutra.

 

Slamt nie cze­ka­jąc re­ak­cji Frama wró­cił do windy.

 

Po­ko­je miesz­kal­ne w rze­czy­wi­sto­ści przy­po­mi­na­ły cele. Małe, cia­sne i mak­sy­mal­nie funk­cjo­nal­ne. Ni­skie, nie­mal równe z pod­ło­gom łóżko, nad któ­rym znaj­dy­wa­ły się półki. Nie­wiel­ka szafa w rogu i nie­pro­por­cjo­nal­nie duże biur­ko z krze­słem, wy­glą­da­ją­cym na nie­wy­god­ne. Fram po­sta­wił torby przy sza­fie. Za­ło­żył biały far­tuch który zna­lazł na łóżku i po­szedł do la­bo­ra­to­rium. Za­stał w nim dwój­kę mło­dych ludzi. „ Jak miło wie­dzieć, że przy­sła­li szpic­li, ale czemu tylko dwój­kę?” po­my­ślał.

 

Męż­czy­zna, bru­net, na pierw­szy rzut oka nie­wie­le młod­szy do Frama, stał z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi i gapił się w prze­strzeń. Ko­bie­ta była o wiele młod­sza. Gdy wszedł była za­ję­ta prze­glą­da­niem ja­kichś pa­pie­rów.

 

-Dzień dobry.

 

Oboje spoj­rze­li na Frama. Pierw­szy ode­zwał się męż­czy­zna.

 

-Wi­ta­my. Cze­ka­li­śmy na pana. Je­stem Tre­ist, będę pań­skim oso­bi­stym asy­sten­tem.

 

Fram uści­snął jego dłoń. W tej chwi­li po­de­szła do niego ko­bie­ta.

 

-Mam na imię Koma i je­stem opie­kun­ką tego la­bo­ra­to­rium. Jak ro­zu­miem jest pan obe­zna­ny z za­sa­da­mi pracy w ta­kich miej­scach?– Po­wie­dzia­ła pro­tek­cjo­nal­nym tonem.

 

-My­ślę, że tak. Znają pań­stwo nasze obec­ne cele?

 

-Tak. –od­po­wie­dzie­li jed­no­cze­śnie.

 

-Do­brze. Czy przy­stą­pi­li­ście do ana­li­zy pró­bek?

 

Koma otwo­rzy­ła usta, jakby chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale Tre­ist ją ubiegł:

 

-Nie, po­le­co­no nam cze­kać na pana. Prób­ki są w ma­ga­zy­nie. Chce je pan obej­rzeć?

 

-Tak. Pani Ewo, pro­szę ze mną do ma­ga­zy­nu. A pan, panie Tre­ist, niech zrobi mi pan kawę, czar­na, z cu­krem.

 

Męż­czy­zna po­czer­wie­niał na twa­rzy, ale po chwi­li znik­nął za drzwia­mi mru­cząc coś pod nosem.

 

***

 

Ma­ga­zyn był dłu­gim wą­skim po­miesz­cze­niem z rzę­da­mi re­ga­łów usta­wio­ny­mi przy ścia­nach. Ścia­ny, pod­ło­ga, świa­tło, nawet półki re­ga­łów były nie­zno­śnie białe. Po­trze­ba było dłuż­szej chwi­li czasu by przy­zwy­cza­ić się do ośle­pia­ją­cych re­flek­sów.

 

Koma za­pro­wa­dzi­ła go na ko­niec po­miesz­cze­nia.

 

– Tu są prób­ki. Ska­ta­lo­go­wa­ne al­fa­be­tycz­nie.

 

– Do­brze. Jest pani bar­dzo młoda jak na kie­row­ni­ka taj­ne­go rzą­do­we­go la­bo­ra­to­rium.

 

– To nie­istot­ne dla spra­wy. – Wy­mow­nie ro­zej­rza­ła się po po­miesz­cze­niu, po czym spoj­rza­ła mu w oczy.

 

„Więc nie tylko szpic­le, ale i pod­słu­chy, może mo­ni­to­ring.”

 

***

 

Frama obu­dzi­ło stu­ka­nie w drzwi.

 

-Pa­nie Fram, pro­szę wsta­wiać, wła­śnie przy­zna­no nam do­stęp do stat­ku. Mo­że­my go zba­dać.

 

-Już, już pani Komo.

 

Choć sta­tek był w han­ga­rze nad la­bo­ra­to­rium do ty­go­dnia, ale prze­pi­sy bez­pie­czeń­stwa, pro­ce­du­ry i tym po­dob­ne ce­re­gie­le zaj­mo­wa­ły wiele cen­ne­go czasu. Naj­pierw ska­no­wa­nie na obec­ność form życia i pro­mie­nio­wa­nie, potem „test klat­ko­wy”. W środ­ku ba­da­ne­go obiek­tu umiesz­cza­no kilka skrzyń z ssa­ka­mi, gry­zo­nia­mi i tym po­dob­ny­mi. Ob­ser­wo­wa­no ich funk­cje ży­cio­we. Jeśli prze­ży­ły, było bez­piecz­nie. Za­ska­ku­ją­co ba­nal­ne jak na in­sty­tut na­zy­wa­ny awan­gar­dą po­stę­pu, ale sku­tecz­ne i tanie.

 

***

 

Kom­pu­te­ry i biur­ka zaj­mu­ją­ce do nie­daw­na han­gar stło­czo­no pod ścia­na­mi, by zro­bić miej­sce dla stat­ku. Sam okręt nie wy­róż­niał się ni­czym szcze­gól­nym. Sta­ro­daw­na kon­struk­cja zbli­żo­na kształ­tem do pierw­szych pro­mów ko­smicz­nych, z do­dat­ko­wy­mi sil­ni­ka­mi na koń­cach pła­tów trój­kąt­nych skrzy­deł. Fram mu­siał przy­znać ze roz­mia­ry jed­nost­ki były cał­kiem im­po­nu­ją­ce. Ponad sto pięć­dzie­siąt me­trów dłu­go­ści, w każ­dym calu wy­peł­nio­ne naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­ni­ką. Wspa­nia­ły.

 

Jed­nak było w nim coś dziw­ne­go, nie­po­ko­ją­ce­go. Cały ka­dłub był po­kry­ty licz­ny­mi drob­nym pęk­nię­cia­mi, ry­sa­mi, szczer­ba­mi w izo­la­cji ter­micz­nej. Odra­pa­ne i po­za­cie­ra­ne nu­me­ry na skrzy­dłach i ogo­nie. Wszyst­ko zsza­rza­łe i stare. Zu­ży­te.

 

Wnę­trze nie spra­wi­ło lep­sze­go wra­że­nia. Fo­te­le w kok­pi­cie po­kry­wa­ła wy­bla­kła, spę­ka­na skóra. Taka sama jak te które była na ka­na­pach w kan­ty­nie, peł­nej roz­dę­tych sa­sze­tek je­dze­nia.

 

– Panie Slamt, widzi pan te sa­szet­ki? One po­win­ny tak wy­glą­dać?

 

– Nie. To je­dze­nie jest po­psu­te, prze­ter­mi­no­wa­ne.

 

Tre­ist wziął do ręki jedną z to­re­bek.

 

-Data waż­no­ści mija za kil­ka­na­ście lat…

 

-Wi­dać w cza­sie pro­duk­cji mu­sia­ło dojść do ja­kie­goś ska­że­nia. – Wtrą­ci­ła się Koma. – To by mogło wy­ja­śniać brak za­ło­gi. W trak­cie po­dró­ży oka­za­ło się, że za­pa­sy żyw­ność są nie zdat­ne do spo­ży­cia, dla­te­go opu­ści­li okręt.

 

-Nie ma kap­suł?

 

-Nie ma, wszyst­kie zo­sta­ły wy­strze­lo­ne.

 

-Je­śli prze­ży­li, to ko­lo­nia lub okręt który ich ura­to­wał zgło­si­li by to. Trze­ba za­ło­żyć, że nie żyją.– Wy­po­wia­da­jąc osta­nie zda­nie, Fram po­czuł jak za­sy­cha mu w gar­dle.

 

***

 

-Cze­mu wy­be­be­szy­li­ście sta­tek? Co chce­cie ukryć?!- Krzy­czał Fram

 

-Uspo­kój się. Re­ak­to­ry były wy­pa­lo­ne i nie­sta­bil­ne. Po­zo­sta­wia­nie ich w po­jeź­dzie było zbyt wiel­kim ry­zy­kiem.– Slamt ro­zej­rzał się do­ko­ła.– Nie pod­noś wię­cej głosu. To bar­dzo nie­zdro­wo, zwłasz­cza tutaj.

 

-Nie groź mi.

 

-Nie grożę. Od­wo­łu­ję się do ra­cjo­nal­nej czę­ści cie­bie. Przy­zna­je, sta­tek przed tobą do­kład­nie zba­da­no, prze­szu­ka­no, za­bez­pie­czo­no, by cy­wil­ni kon­sul­tan­ci mogli pra­co­wać bez­piecz­nych wa­run­kach.

 

-Pro­szę Cię. Nie chrzań. Li­czy­li­ście, że nie zo­ba­czę ze było tam dzie­sięć re­ak­to­rów? Może nie py­tał­bym wtedy jakie było prze­zna­cza­nie tego stat­ku? Albo, że nie za­uwa­żę nie­na­tu­ral­nie czy­stej ła­dow­ni? W co grasz ze mną.

 

– W nic. Na­praw­dę. Masz spo­rzą­dzić ra­port, to wszyst­ko.

 

– Ra­port? O czym? O tym jak czy­sto tam było i jak świet­nie po­tra­fi­cie sprzą­tać?

 

– Mu­sie­li­śmy, pro­to­ko­ły dalej obo­wią­zu­ją. – Slamt znowu ro­zej­rzał się ner­wo­wo.– We wnę­trzu, jesz­cze na or­bi­cie zna­le­zio­no ciała za­ło­gi, a ra­czej to co z nich zo­sta­ło. Małe kupki pyłu. Po­pio­łu. Do­słow­nie tak jakby roz­pa­dli się w pył. Test życia i ska­no­wa­nie po­twier­dzi­ło, że nie ma tam nawet bak­te­rii, no za wy­jąt­kiem..

 

-…po­psu­tej żyw­no­ści.

 

– Do­kład­nie. Nasi spe­cja­li­ści uwa­ża­ją, że za­ło­go za­tru­ła się ja­kimś drob­no­ustro­jem. Chcie­li zwal­czyć ska­że­nie, wy­łą­cza­jąc na jakiś czas pole elek­tro­ma­gne­tycz­ne, co nie­ste­ty znisz­czy­ło także ich.

 

– Macie gdzieś przy­go­to­wa­ne sce­na­riu­sze na my­dle­nie oczu, czy wy­my­śla­cie je na bie­żą­co?

 

-Fram, krót­ko, ze­bra­ne przez was ma­te­ria­ły do­pro­wa­dzą Cię do zbli­żo­nych, jeśli nie ta­kich sa­mych wnio­sków. Roz­sąd­nie bę­dzie przy­jąć je za wła­ści­we.

 

Fram od­wró­cił się bez słowa i od­szedł.

 

***

 

W la­bo­ra­to­rium była tylko Koma. Od kilku dni za­wzię­cie ba­da­ła sa­szet­ki z żyw­no­ścią, znaj­du­jąc je­dy­nie nie­groź­ne, ziem­skie bak­te­rie. Z każdą ko­lej­ną prób­ką widać było jak staje się coraz bar­dziej sfru­stro­wa­na.

 

-Ja­kiś po­stęp?

 

Po­krę­ci­ła prze­czą­co głową. Do środ­ka wszedł Tre­ist.

 

-Za­rząd ma dziś być w mie­ście. Pro­szą pana o przy­by­cie.

 

„Pro­szą, dobre sobie, chcą usły­szeć na­pi­sa­ną przez sie­bie śpiew­kę.”

 

Po­szedł do swo­je­go po­ko­ju by się prze­brać. Oka­za­ło się Tre­ist ma mu to­wa­rzy­szyć. To tylko po­głę­bi­ło jego iry­ta­cje.

 

***

 

Media nie mó­wi­ły praw­dy. Żaden z opi­sów nie był zgod­ny z praw­dą. Stre­fa zero była o wiele bar­dziej przy­gnę­bia­ją­ca. Chod­ni­ki po­kry­te kę­pa­mi ni­skiej, twar­dej trawy. Drze­wa wy­bu­ja­łe, do­stoj­ne, stare, z pnia­mi po­kry­ty­mi po­ro­sta­mi. Zu­peł­nie jakby nie wy­ro­sły w tym miej­scu, ani w tym cza­sie. Nie­by­wa­le od­mien­ne od sce­ne­rii, w któ­rej się zna­la­zły. Jakby wy­rwa­ły się spod kon­tro­li. Jakby nie było ni­ko­go kto by mógł je pie­lę­gno­wać i ogra­ni­czać. Nie­by­wa­le od­mien­ne bu­dyn­ków z szkła i stali, wy­pię­trzo­nych siłą woli i mię­śni czło­wie­ka. Skoń­czo­nych, za­mknię­tych kon­struk­cji. Mar­twych i bier­nych. Z po­zo­ru po­dob­nych do drzew. Wszyst­ko inne było stare, ma­to­we, za­nie­dba­ne. Opusz­czo­ne od dawna. Sa­mo­cho­dy stały za­par­ko­wa­ne na po­bo­czach, drzwi skle­pów były otwar­te. Wszyst­ko opusz­czo­ne nagle, w ciszy. Leczy czy było wtedy rze­czy­wi­ście cicho? Czy brak świad­ków po­zwa­lał na takie za­ło­że­nie? Nikt nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć. Mijał ko­lej­ne prze­czni­ce. Wszyst­kie były do sie­bie po­dob­ne. Usły­szał skrzyp­nię­cie pę­ka­ją­ce­go szkła. Oka­za­ło się, że na­dep­nął ze­ga­rek. Przez chwi­lę pa­trzył na znisz­czo­ne urzą­dze­nie. Schy­lił się i je pod­niósł.

 

***

 

-Szu­ka­łem pana po całej stre­fie.

 

-Zna­lazł mnie pan. W czym rzecz?

 

-Rada przy­ję­ła pana spra­woz­da­nie jako wią­żą­ce. Co wię­cej jest bar­dzo za­do­wo­lo­na z wy­ko­na­nej przez nas pracy.

 

-Nas? – Spy­tał Fram.

 

Tre­ist spu­ścił wzrok. Widać było jego za­kło­po­ta­nie. Po chwi­li od­po­wie­dział:

 

-Wszy­scy człon­ko­wie ze­spo­łu otrzy­ma­ją na­gro­dy.

 

„Do­sko­na­le, nic tak nie ku­pu­je wdzięcz­ność i mil­cze­nia jak ła­pów­ka wrę­czo­na w świe­tle prawa.”-Po­my­ślał Fram.

 

-A i jesz­cze jedno panie Fram. Jako, że pań­ska praca na rzecz in­sty­tu­tu za­koń­czy­ła się, jutro zo­sta­nie pan od­wie­zio­ny we wska­za­ne przez sie­bie miej­sce. Teraz wra­ca­my do la­bo­ra­to­rium, by miał pan czas na spa­ko­wa­nie się.

 

***

 

Fram miał świa­do­mość, że wcho­dzi do tego la­bo­ra­to­rium pew­nie po raz ostat­ni w życiu. Poza ulgą po­czuł nie­wiel­kie ukłu­cie żalu. Po raz pierw­szy od lat mógł wró­cić do tego, co lubił. Do badań, do­cie­ka­nia, ana­liz. Po­mi­mo, że był oto­czo­ny do­no­si­cie­la­mi i kon­tro­lo­wa­ny na każ­dym kroku, czuł sa­tys­fak­cje.

 

Gdy skoń­czył upy­chać rze­czy w wa­liz­kach usiadł przy biur­ku. Ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu by upew­nić się, że wszyst­ko za­brał. Ostat­nią nie spa­ko­wa­ną rze­czą był ze­ga­rek ze stre­fy „zero”. Nie­wiel­ki, dam­ski, zdo­bio­ny wy­myśl­nym gra­we­run­kiem zło­żo­nym z naj­róż­niej­szych sym­bo­li re­li­gij­nych. Może wy­ra­ża­ły jakąś dobrą wróż­bę, lub miały chro­nić wła­ści­cie­la? To jed­nak nie to zwró­ci­ło uwagę Frama. Ze­ga­rek był po­psu­ty, ale za­trzy­mał się na kon­kret­nej go­dzi­nie, dwu­dzie­stej pierw­szej sie­dem­na­ście. In­cy­dent w cen­trum miał miej­sce ran­kiem. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia był gotów uznać, że ba­te­ria wy­czer­pa­ła się już po tra­ge­dii. Jakaś cząst­ka jego duszy nie mogła prze­stać o tym my­śleć przez cały wie­czór. Po kilku bez­sen­nych go­dzi­nach wstał z łóżka, wziął ze­ga­rek i po­szedł do la­bo­ra­to­rium. Ku swo­je­mu za­sko­cze­niu zna­lazł tam Kome.

 

– Co pani tu robi?

 

– Mo­gła­bym spy­tać o to samo. Nie po­wi­nien pan już spać?

 

– Chcia­łem się jesz­cze ro­zej­rzeć… Spraw­dzić kilka… po­mia­rów…

 

– O tej porze? To musi być bar­dzo ważne…

 

– A pani?

 

– Słu­cham?

 

– Co pani tu robi.

 

– A, zna­czy… Sprzą­tam, za­bez­pie­czam sprzęt. O ni­czym pan nie wie?

 

Fram po­ki­wał prze­czą­co głową.

 

– Za­my­ka­ją mnie. Zna­czy la­bo­ra­to­rium. Nie ma fun­du­szy, nie­opła­cal­ne.

 

– Kiedy się pani do­wie­dzia­ła?

 

– Dziś, po pre­zen­ta­cji. Do­sta­je awans jadę do cen­tra­li, ale jakoś cięż­ko mi się z tym wszyst­kim roz­stać.

 

– Mogę mieć do pani proś­bę?

 

– Tak, słu­cham. Czy może mi pani przy­nieść z ma­ga­zy­nu ja­kieś prób­ki z wnę­trza stat­ku?

 

– Tak. A można wie­dzieć po co one panu?

 

Fram ro­zej­rzał się wy­mow­nie po po­miesz­cze­niu po czym po­wie­dział:

 

-Wy­da­je mi się, że część mogła źle ska­ta­lo­go­wa­na.

 

– Już idę.

 

Miał na­dzie­je, że się nie po­my­lił co do niej. Po chwi­li Koma była z po­wro­tem, na tacce było kilka frag­men­tów jakiś tka­nin. Po­ło­ży­ła tackę i nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

 

-Pro­szę ze mną do kom­pu­te­ra.– Po­wie­dział Fram. Za­czął pisać na kla­wia­tu­rze.

 

„ Prze­pro­wadź da­to­wa­nie ra­dio­izo­to­po­we na prób­kach ze stat­ku. Chcę wy­zna­czyć wiek ma­te­ria­łów z jak naj­więk­szą do­kład­no­ścią”

 

Koma prze­czy­ta­ła i spoj­rza­ła mu w oczy.

 

-Jak pani widzi, są pewne roz­bież­no­ści. Trze­ba to upo­rząd­ko­wać.

 

Pod­czas gdy ona przy­go­to­wy­wa­ła prób­ki ze stat­ku, Fram zajął się ze­gar­kiem.

 

***

 

Z za­du­my wy­rwa­ło go skrzy­pie­nie kar­tek wy­plu­wa­nych przez dru­kar­kę. Nim zdą­żył wstać, Koma ze­bra­ła je wszyst­kie. Z każ­dym ko­lej­nym prze­czy­ta­nym wy­ni­kiem jej twa­rzy po­ja­wia­ło się coraz więk­sze zdzi­wie­nie. Przez chwi­lę pa­trzy­ła nie­przy­tom­nie w prze­strzeń, jakby to­czy­ła we­wnętrz­ną walkę. Na pierw­szej stro­nie szyb­ko na­pi­sa­ła coś dłu­go­pi­sem.

 

-Pro­szę, pań­skie wy­ni­ki. Teraz ka­ta­log jest kom­plet­ny.

 

Zaraz po tym wy­szła. Na kart­ce był do­pi­sek: „W moim po­ko­ju, na­tych­miast”.

 

***

 

Pokój Komy był nieco więk­szy od jego. Z cała pew­no­ścią o wiele le­piej urzą­dzo­ny. Ktoś wło­żył nie­ma­ło sił i czasu w prze­kształ­ce­nie su­ro­wej kwa­te­ry w coś na kształt domu. Nieco wię­cej mebli, rzędy równo po­wie­szo­nych fo­to­gra­fii na ścia­nach. Przy biur­ku stał wiel­ki skó­rza­ny fotel. Fram szyb­ko do­szedł do wnio­sku, że Koma pra­co­wa­ła tu dłu­żej niż mu się wy­da­wa­ło, i rze­czy­wi­ście była bar­dzo zwią­za­na z tym miej­scem.

 

Za­stał ją sie­dzą­cą na łóżku.

 

– Wy­ja­śnij to. Jak to moż­li­we?

 

Fram spoj­rzał na nią.

 

– Mów, tu nas nie pod­słu­cha­ją.-Do­da­ła.

 

– Skąd wiesz?

 

– Sama za­bez­pie­czy­łam wszyst­kie plu­skwy, tro­chę to trwa­ło. Teraz pew­nie słu­cha­ją ja­kichś od­gło­sów chra­pa­nia, albo skrzy­pie­nia ma­te­ra­ca.

 

– Cie­ka­we, że nie za­ło­ży­łaś, że to ma­szy­na po­peł­ni­ła błąd. – Od­po­wie­dział.

 

– Za­ło­ży­łam. Ba­da­nie zro­bi­łam dwu­krot­nie.

 

Za­pa­dła cisza.

 

– Więc jak, wy­ja­śnisz mi to?

 

– To dłu­gie, skom­pli­ko­wa­ne i nie­bez­piecz­ne. Masz za wiele do stra­ce­nia.

 

– Mów. Wiem, że pra­co­wa­łeś w na­szym in­sty­tu­cie. Wiem, że od­sze­dłeś, i wiem, że z ja­kichś po­wo­dów, do taj­nej ope­ra­cji przy­sła­no Cie­bie a nie ludzi z cen­tra­li.

 

– Więc wiesz wszyst­ko.– Koma już otwie­ra­ła usta by cos po­wie­dzieć, ale szyb­ko dodał.– Usiądź. Za­cznę od po­cząt­ku. Gdy za­czy­na­łem prace w in­sty­tu­cie, w la­bo­ra­to­rium po­dob­nym do tego, zgło­sił się do mnie inny sta­ży­sta, z pro­po­zy­cja wzię­cia udzia­łu w pew­nym pro­jek­cie, „Taj­nym jak dia­bli”, jak to w tedy okre­ślił. Z czy­stej próż­no­ści zgo­dzi­łem się. W końcu taka szan­sa zda­rza się rzad­ko. Szyb­ko oka­za­ło się, że nie bę­dzie tak ró­żo­wo. Za­mknę­li nas na ja­kimś od­lu­dziu. Na po­cząt­ku my­śle­li­śmy, że bę­dzie­my pro­jek­to­wać nowe stat­ki. Pra­wie rok spę­dzi­li­śmy na stu­dio­wa­niu bu­do­wy okrę­tów, nie wie­dząc po co to ro­bi­my. Potem pra­co­wa­li­śmy od­dziel­nie, bez moż­li­wo­ści kon­tak­tu, wy­ko­nu­jąc po­je­dyn­cze, bez­sen­sow­ne za­da­nia. Wtedy za­czą­łem się do­my­ślać, że sta­no­wią one cześć więk­sze­go pro­jek­tu, i każdy robi nie­po­wią­za­ne z sobą za­da­nia, po to, że­by­śmy się nie do­my­śli­li co się tak na­praw­dę dzie­ję. Po ko­lej­nym roku udało mi się tylko usta­lić, że ma to zwią­zek z mi­sja­mi ko­smicz­nym, fi­zy­ką kwan­to­wą i re­la­ty­wi­stycz­ną. My­śla­łem ze bę­dzie tak do końca pię­cio­let­nie­go kon­trak­tu. Szyb­ko oka­za­ło się, że się my­li­łem, po­wo­li od­sy­ła­no in­nych zo­sta­wia­jąc nie­licz­nych, by po­skła­da­li to co zro­bi­li po­zo­sta­li. W końcu oka­za­ło się, że to pro­jekt ja­kie­goś stat­ku, o ge­ne­ra­to­rach o mocy wy­star­cza­ją­cej do za­si­le­nia po­ło­wy pla­ne­ty.

 

-Ale jaki to ma zwią­zek z tym.– Wska­za­ła na wy­ni­ki.

 

-A co one mówią?

 

-Sta­tek ma kil­ka­set lat, a ze­ga­rek coś koło stu. Oba wy­pro­du­ko­wa­no nie dalej niż rok temu. To nie ma sensu.

 

– Ma. Wtedy też mi się wy­da­wa­ło, że to nie­moż­li­we.

 

– Mów ja­śniej.

 

– Czas.

 

– Co? Czas? Chcesz mi po­wie­dzieć, że sta­tek i ze­ga­rek po­dró­żo­wa­ły w cza­sie?

 

– I tak i nie. Celem pro­jek­tu w któ­rym bra­łem wtedy udział było spraw­dze­nie pew­nej ano­ma­lii. Mia­no­wi­cie, jakiś fizyk uznał, że czas nie jest trwa­le zwią­za­ny z prze­strze­nią, że można je roz­ry­wać.

 

-Cze­kaj, cze­kaj, chce po­wie­dzieć, że cho­dzi tu o ma­ni­pu­la­cje cza­sem? To nie­moż­li­we. Na­gry­wasz to? To po­że­gnal­ny żart?

 

-Koma, uspo­kój się. To nie żart. Cała spra­wa nigdy nie uj­rza­ła świa­tła dzien­ne­go. Po skoń­czo­nym pro­jek­cie, uzna­no, że to moż­li­we, ale to bar­dziej cie­ka­wost­ka, niż coś co można prak­tycz­nie wy­ko­rzy­stać. Do­my­śla­łem się, że nie za­mknę­li pro­gra­mu, tylko ode­sła­li nas i przy­ję­li ko­lej­ną turę. Teraz mam dowód.

 

– Ale jak? Jak coś ta­kie­go może mieć miej­sce?

 

– Po to były te ol­brzy­mie ge­ne­ra­to­ry. Z do­sta­tecz­nie dużą ilo­ścią ener­gii mo­żesz zro­bić wszyst­ko. Nawet ukraść czas.

 

– Ukraść czas?

 

– Tak. Za­bie­rasz go z jed­ne­go miej­sca i prze­no­sisz w inne.

 

– Ale po co? To bez sensu.

 

– Wojna.

 

– Wojna?-Spy­ta­ła zdzi­wio­na.

 

– Wojna to sil­nik który na­pę­dza ludz­ki po­stęp od wie­ków. Ja­ski­nio­wiec rzu­ca­jąc ka­mie­niem w in­ne­go pry­mi­ty­wa nie czy­nił na­tu­rze żad­nej krzyw­dy, co naj­wy­żej nie odło­żył uży­tej skały na swoje miej­sce. Z bie­giem czasu me­to­dy nie sta­wa­ły się bar­dziej wy­szu­ka­ne. Cho­dzi­ło o szy­bie, bo­le­sne, sku­tecz­ne, tanie, ma­so­we eli­mi­no­wa­nie in­nych ludzi. Do roz­po­czę­cia rzezi wy­star­czył drob­ne róż­ni­ce w kul­tu­rze i w kilka chwil wszę­dzie było pełno krwi. Naj­za­baw­niej­sze były wojny o cenne złoża za­so­bów na­tu­ral­nych. Dwie armie wal­czą­ce o pola ro­po­no­śne, spały dwa razy wię­cej pa­li­wa niż znaj­do­wa­ło się w zło­żach. Jak na iro­nie naj­bar­dziej pry­mi­tyw­na bro­nią oka­za­ło się szczyt moż­li­wo­ści tech­nicz­nych tam­tych cza­sów, bomba ato­mo­wa. Dużo ha­ła­su, dużo krwi, na długo zo­sta­wia ślady. Broń ide­al­na. Do­pie­ro pa­ro­krot­ne jej uży­cie uświa­do­mi­ło lu­dziom, ze nie można wiecz­nie nisz­czyć ziemi, bo w końcu nie bę­dzie już nic do roz­wa­le­nia. Wtedy wy­ścig zbro­jeń zmie­nił kie­ru­nek. Prio­ry­tet wciąż było za­bi­ja­nie, ale nie ko­niecz­nie już ma­so­we, nie naj­szyb­sze, po pro­stu kon­tro­lo­wa­ne. Ważne było pa­no­wa­nie nad całym pro­ce­sem. Broń wy­so­kich lotów.

 

Dawne Ce­sar­stwo do­to­wa­ło pro­jek­ty broni bio­lo­gicz­nej. Szcze­gól­nym upodo­ba­niem dą­ży­li se­lek­tyw­ne wi­ru­sy, ata­ku­ją­ce „tylko wro­gów”. Gdy od­po­wied­ni szczep był już go­to­wy do zmie­ce­nia z po­wierzch­ni ziemi wszyst­kich wro­gów ce­sa­rza, nad­szedł czas na za­bez­pie­cza­nie po­pu­la­cji kraju. Naj­prost­szym spo­so­bem było do­star­cze­nie szcze­pion­ki przez żyw­ność. Zmu­to­wa­no wiec kilka ga­tun­ków pod­sta­wo­wych ro­ślin spo­żyw­czych i prze­my­sło­wych, tak by kon­takt z nimi za­pew­niał od­por­ność. Ska­że­nie na­tu­ral­nych upraw prze ge­ne­tycz­ne mu­tan­ty po­stę­po­wa­ła to szyb­ko, ze po paru la­tach od­por­ny na wi­ru­sa był już cały świat. Chciał­bym zo­ba­czyć minę ce­sa­rza gdy się o tym do­wie­dział. Nie­dłu­go po tym ce­sar­stwo upa­dło. Wszyst­ko przez małe psz­czo­ły, które roz­prze­strze­ni­ły mu­tan­ty poza kon­tro­le na­ukow­ców.

 

– Czemu upa­dło? Prze­cież było uwa­ża­ne ze eko­no­micz­ną pod­sta­wę świa­ta.

 

– Jego im­pe­ria­li­stycz­ne za­pę­dy dla świa­ta nie były ni­czym nowym. Spo­sób ich re­ali­za­cji na­to­miast, cóż, za­sko­czył wszyst­kich. Wszyst­kie kraje zjed­no­czy­ły się prze­ciw no­we­mu wro­go­wi. Ko­lej­ne pro­win­cje ogła­sza­ły nie­pod­le­głość i ONZ od razu brało je pod swoje skrzy­dła. Z wiel­kie­go im­pe­rium, zo­stał ogry­zek, ro­ba­czy­wy na do­da­tek. Dzia­ła znisz­cze­nia do­peł­ni­ła we­wnętrz­na walka o wła­dze. W dzie­sięć lat było po wszyst­kim. Oka­za­ło się, że od po­ci­sków sku­tecz­niej­sza jest po­li­ty­ka i eko­no­mia.

 

– Ale co z cza­sem?

 

– Czas to broń ide­al­na. Można znisz­czyć całe armie bez na­ru­sza­nia te­re­nu. Żad­ne­go skrze­nia, pełna sku­tecz­ność. – od­po­wie­dział Fram.

 

Za­pa­dła cisza. Koma pa­trzy­ła w róg po­ko­ju. Po chwi­li po­wie­dzia­ła.

 

– Jak… jak można zabić kogoś cza­sem?

 

– Wi­dzisz, gdy uwol­nisz taki skra­dzio­ny czas, to w miej­scu w któ­rym to zro­bisz jest go… hmm wię­cej. Tak, wię­cej. To chyba naj­mniej nie­do­kład­ne słowo. Pod­czas gdy wszę­dzie mi­ja­ją se­kun­dy, to tam mi­ja­ją lata, całe de­ka­dy. I tak w parę chwil lu­dzie za­mie­nią się w pył.

 

– To miało miej­sce w cen­trum? W stre­fie?

 

– Tak.

 

– Minoł tam ledwo wiek, po­win­ny zo­stać kości, co­kol­wiek.

 

– Sto lat to cho­ler­nie dużo. Wszy­scy umar­li po ty­go­dniu, z głodu i pra­gnie­nia. Po ty­go­dniu dla nich, u nas była to mniej niż se­kun­da.

 

Przez dłuż­szą chwi­lą Koma nie mogła wy­do­być głosu.

 

– To… Okrut­ne… Nie­hu­ma­ni­tar­ne…

 

– Moja droga, broń za­wsze jest okrut­na i nie­hu­ma­ni­tar­na.

 

– Ale skąd to wzię­ło się w mie­ście? Jak?

 

– Nie wiem, po­dej­rze­wam, że to był wy­pa­dek, może atak. Nie ma pew­no­ści.

 

– A co ze stat­kiem?

 

– Wy­pa­dek.

 

Gdy wy­po­wie­dział to słowo z ko­ry­tarz do­biegł ich dźwięk szyb­ko od­da­la­ją­cych się kro­ków. Koma spoj­rza­ła prze­ra­żo­na na Frama.

 

– Za­po­mnia­łaś o jed­nej plu­skwie.– Po­wie­dział spo­koj­nie.– Szko­da, że sam o nim nie po­my­śla­łem.

 

– Co teraz?

 

– Nic. Zna­czy dla cie­bie. Zo­stań tu. Pra­cu­jesz w in­sty­tu­cie. Nic Ci nie zro­bią.

 

***

 

Han­gar był zu­peł­nie pusty. Znik­nę­ły kom­pu­te­ry, sta­tek, nie było straż­ni­ków przy win­dzie. W uchy­lo­nej bra­mie han­ga­ru stał Slamt. Od­wró­co­ny ple­ca­mi do Frama pa­trzył na nocne niebo.

 

– Wspa­nia­ły widok. W mie­ście nie widać już nawet naj­ja­śniej­szych gwiazd, tylko księ­życ. Tu jest o wiele le­piej. Takie wi­do­ki przy­po­mi­na­ją mi dla­cze­go to, co ro­bi­my ma sens.

 

Fram pod­szedł do niego ale dalej mil­czał.

 

-Tyle gwiazd, tyle ga­lak­tyk do zba­da­nia. Eks­plo­ra­cji. Wszyst­ko z dnia na dzień bar­dziej „moż­li­we”. Wszyst­ko w na­szych rę­kach. Do nas na­le­ży pedał gazu po­stę­pu. Ste­ru­je­my świa­tem jak nikt przed nami.

 

-Po­wiedz tylko dla­cze­go?

 

-Dla­cze­go wy­ko­rzy­stu­je­my naukę? – Spy­tał nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od gwiazd Slamt.

 

-Dla­cze­go znisz­czy­li­ście cen­trum mia­sta?

 

-Wy­pa­dek. Nie­szczę­śli­wy, kosz­tow­ny wy­pa­dek. Tak samo jak na stat­ku. Jeśli to ma ja­kieś zna­cze­nie to ostrze­ga­łem ich…

 

-Nie ma zna­cze­nia. Stało się. Co w ogóle „czas” robił w cen­trum mia­sta?

 

-Rzą­do­wa płaca jest ża­ło­śnie mała…

 

-Dla pie­nię­dzy?!

 

-Fram, dla ol­brzy­mich pie­nię­dzy. Nawe nie wy­obra­żasz sobie ile płacą za kurwe z „bańką” czasu wy­pusz­czo­ną w od­po­wied­nim mo­men­cie. Tak samo jak ćpuny, jak wszy­scy, któ­rzy chcą choć przez chwi­le oszu­kać świat. Bo­ga­ci myślą, że mogą kupić sobie wiecz­ność. My im da­je­my czas. Co z nim robią to nie nasza spra­wa.

 

-To ża­ło­sne. Jak mo­głeś tak znisz­czyć… to.. to od­kry­cie.

 

-Nie ja. Wszy­scy na około. Bóg. Tyle miej­sca, tyle czasu, ale cią­gle go dla nas za mało. Więc czemu nie wy­cią­gnąć ręki i nie zła­pać go tro­chę wię­cej. Tyle by mru­gnię­cie okiem trwa­ło nieco dłu­żej. Nie, nie oszu­ka­my śmier­ci, ale wy­ci­śnie­my z życia wię­cej niż inni, niż kto­kol­wiek wcze­śniej.

 

-Mó­wisz jak sza­le­niec.

 

Slamt spoj­rzał na niego.

 

-Mó­wisz jak głu­piec.-cią­gnął dalej Fram.– Nie mo­żesz bez­kar­nie wy­ry­wać ze świa­ta ochła­pów czasu. To musi mieć kon­se­kwen­cje.

 

-Sta­ry, dobry Fram. To przez takie ga­da­nie roz­sta­łeś się z pro­jek­tem. Jesz­cze więk­sza szko­da, że po po­zna­niu praw­dy nie po­tra­fi­łeś trzy­mać ję­zy­ka za zę­ba­mi.

 

-To musi się skoń­czyć!

 

Krót­kie roz­błysk świa­tła i nagły, pie­ką­cy ból w klat­ce pier­sio­wej.

 

-Masz racje Fram. Musi.

 

Ko­lej­ny roz­błysk i Fram po­czuł jak osuwa się w ciem­ność.

Koniec

Komentarze

Fa­bu­lar­nie cie­ka­we, tylko zna­la­zło się sporo wpa­dek typu li­te­rów­ki, in­ter­punk­cja, lo­gi­ka nie­któ­rych zdań.

I jesz­cze cze­goś tu jed­nak bra­ko­wa­ło. Ja­kichś szer­szych opi­sów przy­bli­ża­ją­cych pracę w la­bo­ra­to­rium, przy­bli­że­nia re­aliów opi­sa­ne­go świa­ta czy do­kład­niej­szych zasad dzia­ła­nia ma­szy­ny do kra­dzie­ży czasu.

Fajne, ale nie­dpo­ra­co­wa­ne.

Za­ufaj Al­la­ho­wi, ale przy­wiąż swo­je­go wiel­błą­da.

Od stro­ny tec­nicz­nej: Zja­dłeś dró­gie A w za­awan­so­wa­nych i mu­sisz ręcz­nie zli­kwi­do­wać "roz­trze­le­nie" dia­lo­gów, taka na­tu­ra tego edy­to­ra nic nie po­ra­dzisz.

Jeśli cho­dzi o za­war­tość: Dy­la­ta­cja czasu stwa­rza pro­ble­my już dzi­siaj więc tro­che za­póź­no się skap­ne­li że jest coś na rze­czy. Lu­dzie któży zna­leź­li się w" stre­fie zrzu­tu czasu" po­win­ni sta­rać się z niej wy­do­stać. Frag­męt roz­mo­wy na temat ce­ser­stwa jest tro­che na­cią­ga­ny- dziś o upad­ku IR i ZSRR roz­ma­wia­my ina­czej.

 Po za tym  to opo­wia­da­nie cie­ka­we i wcią­ga­ją­ce.

 

Lu­dzie wy­pa­ro­wa­li, po­zo­sta­wia­jąc po sobie je­dy­nie frag­men­ty me­ta­lo­wych przed­mio­tów, tak jak by siła nie szczę­dzą­ca ludzi brzy­dzi­ła się bez­dusz­nym do­ty­kiem me­ta­lu.

Bez krzy­ków, jakby do­bro­wol­nie, znik­nę­ły ty­sią­ce ludzi. Tam skąd nie­daw­no for­pocz­ty po­stę­pu wy­gra­ża­ły dawno za­po­mnia­nym bogom, stało się coś czego nauka nie mogła opi­sać, ani lu­dzie zro­zu­mieć.”

Uh. Taki krót­ki frag­ment, a czte­ry razy po­wtó­rzy­łeś słowo lu­dzie. Poza tym już ten metal da­ło­by się znieść, ale daw­no-nie­daw­no nie wy­glą­da naj­le­piej.

 

Poza tym widzę, że zja­dasz nie­któ­re prze­cin­ki, ale wy­mie­niać ich nie będę.

 

„Osłu­pie­nie, Zamęt.” - Albo krop­ka za­miast prze­cin­ka, albo „z” małą li­te­rą.

 

Drze­wa, trawa, ro­śli­ny, były wy­bu­ja­łe. Chod­ni­ki za­ro­sły trawą, drze­wa po­kry­wał mech.”

Walcz z po­wtó­rze­nia­mi. Da się kon­stru­ować zda­nia tak, by dać do zro­zu­mie­nia, o co cho­dzi, nie eks­plo­atu­jąc cię­giem tych sa­mych słów...

 

„...refleksje nad na­tu­ra wul­ga­ry­zmów.” - Li­te­rów­ka: na­tu­rą.

 

„W końcu to zwy­kłe słowa, ale dzię­ki swej złej sła­wie, na­ce­cho­wa­ne emo­cja­mi, albo maja złą sławę przez emo­cja.” - O co cho­dzi w tym zda­niu?

 

„se­kre­tar­ki z dru­gie­go pie­tra” - Li­te­rów­ka: pię­tra.

 

„sta­no­wi­ło dla niego sta­cje po­śred­nią” - Li­te­rów­ka: sta­cję.

 

Za­zna­czam tylko zja­wi­sko, resz­tę ogon­ków łap, pro­szę, sam.

 

„- Można?-Spy­tał.” - W dia­lo­gach w ta­kich przy­pad­kach, kiedy po kwe­stii mó­wio­nej na­stę­pu­ją słowa typu „po­wie­dział”, „rzekł”, „spy­tał”, „za­wo­łał” itp. (czyli przy­sło­wio­wy już nie­mal „od­głos pasz­czą”), po myśl­ni­ku za­czy­na­my małą li­te­rą. W po­zo­sta­łych dia­lo­gach ana­lo­gicz­nie.

 

Pa­mię­taj po­nad­to, że tak w dia­lo­gach, jak i wszę­dzie in­dziej, spa­cja wy­stę­pu­je po obu stro­nach myśl­ni­ka!

 

„- Cześć Fram.”

„- Dzień dobry pani pre­zes.”

Przed bez­po­śred­nim zwro­tem do osoby sta­wia­my prze­ci­nek. Cześć, Fram. Dzień dobry, pani pre­zes.

 

„In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gii Za­wan­so­wa­nych.” - Za­iste, zja­dłeś a, po­win­no być zA­Awan­so­wa­nych.

 

„Za 8 go­dzin zjawi się po Cie­bie trans­port.”

W kwe­stiach dia­lo­go­wych bez­po­śred­nie zwro­ty typu ty, tobie, ci, cie­bie pi­sze­my za­wsze małą li­te­rą. Za­wsze. No i tekst li­te­rac­ki wy­glą­da o wiele bar­dziej li­te­rac­ko, kiedy cyfry i licz­by za­pi­su­je się li­te­ra­mi. Osiem go­dzin, nie 8.

 

„...pan jest nie upraw­nio­ny...” – nie­upraw­nio­ny łącz­nie

 

„- Na­resz­cie pan jest. –po­wie­dział jeden z nich. – W środ­ku cze­ka­ją.”

Po „jest” nie po­win­no być krop­ki. W po­zo­sta­łych dia­lo­gach ana­lo­gicz­nie.

 

„Znasz tego typu kon­struk­cji...” - ra­czej: kon­struk­cje?

 

„-Nie istot­ne, de­cy­zje już za­pa­dły.” - Nie­istot­ne łącz­nie.

 

„Obaj po­dejrz­li­wi pa­trzy­li” - Po­dejrz­li­wie.

 

„-Wi­taj Slamt.”

„Obaj po­dejrz­li­wi pa­trzy­li na Frama, ale żaden nie śmiał się ode­zwać przy Slamt­zu.”

To jak on w końcu ma na na­zwi­sko? Jeśli jed­nak Slamt, to od­mia­na ra­czej: przy Slam­cie A jeśli Slamtz, to „Slamt­zu” pa­su­je. Zde­cy­duj się.

 

„Slamt nie cze­ka­jąc re­ak­cji Frama wró­cił do windy.” - Czeka się NA re­ak­cję.

 

„Ni­skie, nie­mal równe z pod­ło­gom łóżko” - Z pod­łogą.

 

„-Tak. Pani Ewo, pro­szę ze mną do ma­ga­zy­nu.”

Skąd wie­dział, jak ona ma na imię?

 

Choć sta­tek był w han­ga­rze nad la­bo­ra­to­rium do ty­go­dnia, ale prze­pi­sy bez­pie­czeń­stwa, pro­ce­du­ry i tym po­dob­ne ce­re­gie­le zaj­mo­wa­ły wiele cen­ne­go czasu.”

Albo jedno, albo dru­gie. Albo „Choć sta­tek był... prze­pi­sy za­bra­nia­ły...”, albo „Sta­tek był... ale prze­pi­sy za­bra­nia­ły...” Nie oba jed­no­cze­śnie.

 

„...kolonia lub okręt który ich ura­to­wał zgło­si­li by to.” - Zgło­si­li­by łącz­nie.

 

„Oka­za­ło się Tre­ist ma mu to­wa­rzy­szyć.” - Oka­za­ło się, że...

 

„Nie­by­wa­le od­mien­ne bu­dyn­ków z szkła i stali...” - Od­mien­ne OD, poza tym ZE szkła.

 

„Do­sko­na­le, nic tak nie ku­pu­je wdzięcz­ność i mil­cze­nia” - wdzięcz­ności

 

„- Mogę mieć do pani proś­bę?
- Tak, słu­cham. Czy może mi pani przy­nieść z ma­ga­zy­nu ja­kieś prób­ki z wnę­trza stat­ku?”

Po­plą­ta­ny dia­log. Kwe­stia za­czy­na­ją­ca się od „Czy może” po­win­na być od no­we­go myśl­ni­ka, bo prze­cież mówi to Fram, a nie Koma.

 

„-Wy­da­je mi się, że część mogła źle ska­ta­lo­go­wa­na.” - mogła zo­stać źle ska­ta­lo­go­wa­na.

 

„na tacce było kilka frag­men­tów jakiś tka­nin” - jakichś tka­nin.

 

„Dwie armie wal­czą­ce o pola ro­po­no­śne, spały dwa razy wię­cej pa­li­wa niż znaj­do­wa­ło się w zło­żach.” - Spa­la­ły, nie spały.

 

„ale nie ko­niecz­nie już ma­so­we” - nie­ko­niecz­nie łącz­nie.

 

„Szcze­gól­nym upodo­ba­niem dą­ży­li se­lek­tyw­ne wi­ru­sy” - Da­rzy­li a nie dą­ży­li... O.o

 

„Ska­że­nie na­tu­ral­nych upraw prze ge­ne­tycz­ne mu­tan­ty po­stę­po­wa­ła to szyb­ko” - przez. Po­stę­po­wało. Tak szyb­ko, a nie to szyb­ko.

 

„Dzia­ła znisz­cze­nia” - Dzieła...

 

„- Minoł tam ledwo wiek” - MINĄŁ!

 

„Jak mo­głeś tak znisz­czyć… to.. to od­kry­cie.” - Wie­lo­kro­pek za­wsze ma trzy krop­ki, nie dwie.

 

„Krót­kie roz­błysk świa­tła” - Krótki.

 

 Fa­bu­lar­nie rze­czy­wi­ście cał­kiem cie­ka­we, ale Fa­so­let­ti ma rację - wy­pa­da­ło­by trosz­kę dłu­żej po­sie­dzieć, przy­bli­żyć kilka rze­czy, po­zwo­lić się czy­tel­ni­ko­wi bar­dziej wczuć w re­alia.

 

Warsz­ta­to­wo - nawet nie pi­szesz źle, tylko okrop­nie nie­chluj­nie. Wszyst­kie te li­te­rów­ki, zgu­bio­ne ogon­ki i krop­ki nad ż, prze­cin­ki, za­nie­dba­ne dia­lo­gi... no i takie kwiat­ki jak "pod­ło­gom" albo "minoł"... O.o Sza­nuj swo­ich czy­tel­ni­ków, po­święc na­stęp­nym, razem wię­cej czasu na przej­rze­nie tek­stu pod tym kątem, do­brze?

"Nigdy nie re­zy­gnuj z celu tylko dla­te­go, że osią­gnię­cie go wy­ma­ga czasu. Czas i tak upły­nie." - H. Jack­son Brown Jr

jo­se­he­im (jak zwy­kle) wska­za­ła naj­bar­dziej ra­żą­ce kiksy. a one fak­tycz­nie rażą, gdyż opo­wia­da­nie jest cie­ka­we, ale stro­na tech­nicz­na bar­dzo je osła­bia.

ale nawet ide­la­nie wy­czysz­czo­ne z li­te­ró­wek i błę­dów, mia­ło­by jedną, po­waż­na skazę - bo­ha­te­ro­wie oraz opi­nia pu­blicz­na, ale zwłasz­cza niż­szy per­so­nel la­bo­ra­to­rium wy­ka­zu­ją się tak ra­żą­cą głu­po­tą (od­kła­da­nie "wiel­kie­go od­kry­cia" na sam ko­niec tek­stu), że można zadać py­ta­nie, czy przed bro­nią ma­ni­pu­lu­ją­cą cza­sem nie użyto broni za­bi­ja­ją­cą szare ko­mór­ki.

6/10

Ma­ni­pu­la­cje cza­sem to od­wiecz­ne ma­rze­nie i nie­śmier­tel­ny temat.

Brawa dla Au­to­ra za po­sta­wie­nie na fi­zy­kę, a nie na fa­ce­ci­ków w spi­cza­stych cza­pach. Ale to, nie­ste­ty, je­dy­na po­chwa­ła. Ce­sar­stwo (?) padło, więc kto prze­ciw komu miał­by mi­li­tar­nie wy­ko­rzy­sty­wać broń cza­so­wą? La­bo­ra­to­rium opi­sa­ne jak woj­sko­we, Slamt mówi o wy­ko­rzy­sta­niu ko­mer­cyj­nym, bo­ga­cze ku­pu­ją sobie do­dat­ko­wy czas... Frama, uczest­ni­czą­ce­go w pra­cach prak­tycz­nie od po­cząt­ku, na końcu "sca­la­ją­ce­go" pro­jekt, a więc mo­gą­ce­go zo­rien­to­wać się w cha­rak­te­rze i prze­zna­cze­niu ca­ło­ści, tak sobie prze­su­nię­to do ja­kiejś innej pracy poza la­bo­ra­to­ria­mi? Tro­chę to nie gra, ludzi, fi­na­li­zu­ją­cych spra­wy tajne, czymś tam skła­nia się do mil­cze­nia, w krań­co­wych przy­pad­kach li­kwi­du­je.

 

Zga­dzam się z przed­mów­ca­mi, że tekst o do­pra­co­wa­nie do nieba woła. Tak od stro­ny lo­gicz­nej, jak i warsz­ta­to­wej. Ale że do­pra­co­wać go warto, bądź, Au­to­rze, naj­zu­peł­niej pe­wien. Po­wo­dze­nia i do zo­ba­cze­nia pod wer­sją po­pra­wio­ną.:)

Nowa Fantastyka