- Opowiadanie: Yorlana - Vertdell

Vertdell

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Vertdell

Opo­wieść jest na­pi­sa­na przez dwóch au­to­rów, co ozna­cza że będą zmia­ny w oso­bie opo­wia­da­ją­cej.

 

 

 

Za­rzu­ci­łem torbę na ramię i wy­sze­dłem z domu. Nie wie­dzia­łem wła­ści­wie dokąd się udać, nie było to jed­nak dla mnie istot­ne – chcia­łem się tylko wy­rwać z dworu Caed Dhu i zo­ba­czyć świat, jak kie­dyś mój oj­ciec. Zde­cy­do­wa­łem się wy­ru­szyć w mą po­dróż bez celu, przy świe­tle księ­ży­ca, gdy wszy­scy miesz­kań­cy po­grą­że­ni byli we śnie, a zimno prze­ni­ka­ło mnie do szpi­ku kości. Uni­ka­łem tak zbyt­nie­go roz­gło­su – rzad­ko bo­wiem kto­kol­wiek prze­miesz­czał się z kra­iny do kra­iny, chyba w przy­pad­ku zu­peł­nej prze­pro­wadz­ki. Wy­jąt­kiem byli lu­dzie trud­nią­cy się przyj­mo­wa­niem wsze­la­kich misji zwani wiedź­mi­na­mi. Oni po­dró­żo­wa­li bez ustan­ku. Wła­ści­wie mógł­bym przy­jąć tę pracę – gdy­bym tylko nie mu­siał wtedy za­bi­jać, czy na­ra­żać swego życia.

Opa­tu­li­łem się moc­niej płasz­czem, gdyż zimno za­czy­na­ło mi praw­dzi­wie do­skwie­rać i za­czą­łem iść. Nie po­trze­bo­wa­łem po­chod­ni, spe­cjal­nie bo­wiem wy­bra­łem tą noc, gdy księ­życ świe­cił naj­ja­śniej, a więk­szość mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go w tym wsze­la­cy skry­to­bój­cy i zło­dzie­jasz­ki ukry­wa­li się, bojąc się iż przy tak ja­snym nie­bie ich czyny nie ujdą tym razem prawu. Co praw­da bramy od dawna już były za­mknię­te, jed­nak­że nie sta­no­wi­ło to dla mnie pro­ble­mu. Mury Caed Dhu zo­sta­ły wznie­sio­ne w od­le­głych cza­sach, i o ile kie­dyś sfor­so­wa­nie ich wią­za­ło się z nie­moż­li­wym, o tyle teraz nawet dzie­ci po­tra­fi­ły bez pro­ble­mu wdra­pać się na nie. Czas oraz klę­ski ży­wio­ło­we zro­bi­ły swoje, wy­szczer­bia­jąc nie­gdyś nie­zdo­by­te for­ty­fi­ka­cje i two­rząc mnó­stwo chwy­tów ide­al­nych do wspi­nacz­ki. Sam mur także nie był zbyt wy­so­ki – le­d­wie osiem me­trów wy­so­ko­ści, które na do­da­tek prze­być można było w kil­ka­dzie­siąt minut. Wi­dzia­łem nie­raz jak małe dzie­ci, ma­ją­ce po 6-7 lat po­tra­fi­ły już do­ko­nać tego wy­czy­nu, czę­sto też ro­bi­ły to pod­czas swo­ich zabaw. Za­ci­sną­łem pię­ści, my­śląc o dzie­ciach i dzie­ciń­stwie. Prze­cież ja także mógł­bym bawić się razem z nimi, nie przej­mu­jąc się ni­czym gdyby nie ma matka. Cie­szy­łem się, iż ta podła, ego­istycz­na osoba znik­nę­ła na­resz­cie z mo­je­go życia i mia­łem na­dzie­ję, że nigdy już nie wróci, a je­że­li już po­ja­wi się znowu w swym dwo­rze, to iż mnie tam wtedy nie bę­dzie.

Zna­la­złem od­po­wied­nie chwy­ty na ręce i wsu­ną­łem jedną z nóg do wnęki, po czym pod­cią­gną­łem się w górę, znaj­du­jąc na­tych­miast opar­cie dla dru­giej stopy. Ten frag­ment muru był pro­sty do po­ko­na­nia – mi­lio­ny mło­dych elfów gra­ją­cych tu w prze­róż­ne gry, parę bun­tów i ty­sią­ce wan­da­li przy­czy­ni­ło się do­brze do tego pro­ce­su – pro­blem za­czy­nał się do­pie­ro na wy­so­kość 6 me­trów i trwał aż do końca. Je­że­li po­ko­na­ło się ten od­ci­nek, sta­no­wi­ło to je­dy­nie po­ło­wę suk­ce­su, nie­raz już bo­wiem dzie­ciom ob­su­wa­ła się stopa czy ręka wła­śnie na tym koń­co­wym eta­pie. Się­gną­łem ręką naj­wy­żej jak mo­głem, znaj­du­jąc tam ko­lej­ny chwyt dla mej dłoni i pod­cią­gną­łem się o dobre 30 cen­ty­me­trów w górę. Na­stęp­nie prze­su­ną­łem lewą rękę tuż obok i zna­la­złem wnęki, da­ją­ce opar­cie mym sto­pom. Po­wtó­rzy­łem te czyn­no­ści kil­ka­na­ście razy, po­su­wa­jąc się po­wo­li w górę. Prawa ręka, prawa noga, lewa ręka, lewa noga – na­uczy­łem się tych pod­staw wspi­nacz­ki od jed­ne­go z nie­wie­lu elfów z ja­ki­mi się za­przy­jaź­ni­łem. Zwał się on Bay­la­ro i utrzy­my­wał się z pil­no­wa­nia muru. Choć od kilku setek lat nikt nie ata­ko­wał dworu Caed Dhu, for­ty­fi­ka­cje nadal były ob­sta­wio­ne przez kil­ka­set istot, które je­dy­nie cho­dzi­ły w kółko czy obi­ja­ły się w wie­żach straż­ni­czych. Ta praca rów­nież wy­da­wa­ła się stwo­rzo­na dla mnie, za­sta­na­wia­łem się nawet parę razy nad jej przy­ję­ciem, znie­chę­ca­ło mą osobą jed­nak ko­niecz­ność przy­wią­za­nia do jed­ne­go miej­sca. Naj­lep­sza pracę po­sia­dał mój oj­ciec – mógł po­dró­żo­wać bez ogra­ni­czeń, za­wsze do­sta­jąc wspa­nia­łe wło­ści jako swe tym­cza­so­we miej­sca za­miesz­ka­nia, za­wsze oto­czo­ny mnó­stwem ludzi, da­ją­cym mu po­dar­ki za parę nic nie­zna­czą­cych słów. Szko­da tylko, iż mnie nikt nie trak­to­wał z takim samym sza­cun­kiem.

Do­tar­łem bez więk­szych pro­ble­mów na szczyt muru i po­zwo­li­łem na­sy­cić oczy wi­do­kiem jaki się przede mną roz­po­ście­rał. Ty­sią­ce drzew two­rzą­ce roz­le­głe lasy Caed Dhu, sze­le­ści­ły li­ść­mi, gdy wiatr dmu­chał mię­dzy nie, roz­po­ście­ra­jąc też przy oka­zji poły mego płasz­cza, przez co drża­łem z zimna. Na bez­chmur­nym pra­wie nie­bie roz­po­ście­rał się ogrom­ny księ­życ, niby straż­nik nad tym świa­tem, wier­niej­szym od każ­de­go ze straż­ni­ków jacy kie­dy­kol­wiek ist­nie­li na tym świe­cie – strzegł bo­wiem tej ziemi od ty­się­cy już lat, ani razu nie żą­da­jąc jesz­cze za­pła­ty. Po­wie­trze było tak rześ­kie i pach­ną­ce lasem, jak jesz­cze nigdy w mym krót­kim życiu. A w od­da­li…W od­da­li widać było zarys je­dy­nie, słaby kon­tur na tle ho­ry­zon­tu pa­ła­cu Vert­del­lu, wi­docz­ne­go ponoć z każ­de­go miej­sca tego świa­ta. Dla ta­kich wi­do­ków warto było ist­nieć, choć­by będąc na­sto­lat­kiem bez żad­nej prze­szło­ści czy za­trud­nie­nia, bez wy­kształ­ce­nia i do­świad­czeń.

Gdy tak sta­łem, sycąc me oczy tym co roz­po­ście­ra­ło się przed nimi, po­czu­łem na mym ra­mie­niu cięż­ką rękę, przez którą me ko­la­na ugię­ły się, a na mych ple­cach po­czu­łem ostrze szty­le­tu.

– A co my ro­bi­my na murze o tej porze? Czyż­byś był po­cząt­ku­ją­cym zło­dzie­jem, chło­pacz­ku? – wy­szep­tał głos, tuż obok mego ucha.

 

 

 

*

 

 

 

– Po­wo­li pod­nieś ręce na wy­so­kość głowy. Tylko pa­mię­taj. Zro­bisz jakiś nagły ruch,

 

a ja upew­nię się że to bę­dzie twój ostat­ni. Kiw­nij głową jeśli ro­zu­miesz. – Ostrze­głam go pew­nym gło­sem. Chło­pak lekko kiwną głową i po­wo­li pod­niósł ręce. Za­czę­łam prze­szu­ki­wać mu torbę i kie­sze­nie by spraw­dzić czy nie ma przy sobie żad­nej broni lub skra­dzio­nych kosz­tow­no­ści. O dziwo, chło­pak miał przy sobie je­dy­nie kilka drob­nych rze­czy.

 

– Dobra, ni­cze­go nie masz. Mo­żesz się od­wró­cić. Niech no zo­ba­czę coś ty za jeden.

 

Za­bra­łam rękę z ra­mie­nia chło­pa­ka i szty­let z jego ple­ców po czym od­su­nę­łam się o krok by mógł się od­wró­cić. Gdy chło­pak się od­wró­cił i zo­ba­czył mnie, wy­glą­dał na zdzi­wio­ne­go, może nawet tro­chę wy­stra­szo­ne­go. Ale się nie dzi­wi­łam. Byłam przy­zwy­cza­jo­na do ta­kich re­ak­cji. W końcu byłam wy­so­kim wil­kiem na dwóch ła­pach.

 

– Co ro­bisz na murze o ta­kiej porze chło­pacz­ku? Spy­ta­łam go obo­jęt­nie.

 

– Mógł bym cię spy­tać o to samo. Od­po­wie­dział chło­pak.

 

Uśmiech­nę­łam się. Gdyby nie to że bym wszyst­kich obu­dzi­ła, może nawet bym się ro­ze­śmia­ła.

 

– Wiele się jesz­cze mu­sisz na­uczyć, chło­pacz­ku.

 

Chło­pak nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go, gdy go na­zy­wa­łam chło­pacz­kiem.

 

– Dobra chło­pacz­ku. A po­wiesz mi cho­ciaż jak się na­zy­wasz?

 

– Cel­thu­rion. Ale wolę Celth.

 

– Celth. Cie­ka­we imię.

 

– Po­wie­dzia­łem ci moje imię. Teraz twoja kolej.

 

– Nie ważne jak mam na imię. Nie przy­da ci się, bo nie chcesz mnie znów spo­tkać. – Ostrze­głam chło­pa­ka. – Ale jak mnie byś kie­dy­kol­wiek spo­tkał. To mo­żesz mi mówić po pro­stu Kyv.

 

Chło­pak wy­glą­dał na za­my­ślo­ne­go gdy usły­szał me imię.

 

– Mała rada. Skoro je­steś na murze to pew­nie chcesz stąd skie­ro­wać się na las. Uwa­żaj na sie­bie. W lesie mo­żesz spo­tkać sporo gor­szych istot ode mnie.

 

Po ostrze­że­niu chło­pa­ka, rzu­ci­łam mu szty­let pod nogi, z gra­cją ze­sko­czy­łam z muru i wbie­głam w las, już na czte­rech ła­pach.

 

 

 

*

 

 

 

Przez dłuż­szą chwi­lę nie mo­głem otrzą­snąć się z za­sko­cze­nia, jakie wy­war­ła na mnie ta isto­ta. Ten mur był czę­ścią mojej osoby, zży­li­śmy się bar­dziej niż mąż i żona pod­czas roku miesz­ka­nia w Caed Dhu. Nigdy nie wy­ciął mi przy­krej nie­spo­dzian­ki, nigdy ni­czym nie za­sko­czył. Zimne ka­mie­nie pra­wie nie czu­ją­ce upły­wu czasu, nie za­uwa­ża­ją­ce nawet obec­no­ści miesz­kań­ców. Stały tu od dawna, a kto wie ile jesz­cze stać będą? Na pe­wien spo­sób nie­śmier­tel­ne. Nie­śmier­tel­ność… Jak chciał­bym to osią­gnąć!

A dzi­siaj po­zwo­li­ły wejść na mur ja­kiejś isto­cie, która za­sko­czy­ła mnie i prze­stra­szy­ła! Po­czu­łem się wręcz jak zdra­dzo­ny ko­cha­nek. Po­wi­nie­nem chyba ogra­ni­czyć kon­tak­ty z tymi ka­mie­nia­mi. Tak, to dobry po­mysł. Od­po­wied­nio dobry, by wpro­wa­dzić go w życie.

Roz­pa­mię­ty­wał­bym dłu­żej zdra­dę muru – toż­sa­mość ta­jem­ni­czej osoby jakoś umknę­ła mojej uwa­dze – gdyby nie straż­nik, który po­ja­wił się w polu wi­dze­nia. Ja chyba także zo­sta­łem przez niego za­uwa­żo­ny, bo­wiem za­czął krzy­czeć i wy­gra­żać mi pię­ścią. Mózg straż­ni­ków zaj­mo­wał mniej­szą chyba po­jem­ność niż umysł mej matki. Wszak gdyby ten chu­dzie­lec w zbyt dużej zbroi nie zdra­dził swej obec­no­ści krzy­kiem, pew­nie nadal stał­bym na murze, roz­pa­mię­tu­jąc jego zdra­dę. A tak mia­łem dość czasu na uciecz­kę. Nie za­sta­na­wia­łem się dłu­żej nad bez­na­dziej­no­ścią straż­ni­ków, wy­chy­la­jąc się i prze­ła­żąc nad ka­mie­nia­mi. Zej­ście za­ję­ło mi mniej jesz­cze czasu, niż wdra­pa­nie się. Z pew­no­ścią za­wa­żył fakt, iż w po­ło­wie wy­so­ko­ści ze­sko­czy­łem, bez uszczerb­ku lą­du­jąc na ziemi. Jed­nak miast od razu udać się do lasu, od­cze­ka­łem chwi­lę przy­le­pio­ny do muru. Je­śli­by straż­nik zde­cy­do­wał się mnie szu­kać, nie miał­by żad­nych szans na zo­ba­cze­nie sa­mot­nej po­sta­ci w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Na do­da­tek z do­świad­cze­nia wie­dzia­łem, iż wszyst­kie isto­ty nie pa­trzą się bez­po­śred­nio w dół, ni do góry. Tak więc szan­se na zo­ba­cze­nie mnie były do­praw­dy nikłe, jeśli nie nie­moż­li­we.

Po od­cze­ka­niu paru chwil, po­bie­głem przed sie­bie. Sta­ną­łem do­pie­ro gdy kon­dy­cja za­czę­ła od­ma­wiać mi po­słu­szeń­stwa, to jest po do­brym ki­lo­me­trze. Od czasu kiedy zgu­bi­łem się w lesie, bez je­dze­nia i picia, po­zna­łem je do­brze. Teraz mo­głem od­na­leźć drogę do więk­sze­go mia­sta nawet po ciem­ku. Sta­łem się praw­dzi­wym le­śnym elfem.

Wła­ści­wie nie po­trze­bo­wa­łem nawet uży­wać wzro­ku. Za­mkną­łem oczy, wsłu­chu­jąc się w od­gło­sy lasu. Po paru mi­nu­tach sku­pie­nia wy­chwy­ci­łem krzy­ki, które wydać mogło tylko kilka ust istot ob­da­rzo­nych in­te­li­gen­cją i skie­ro­wa­łem się w ich stro­nę. Choć sze­dłem po omac­ku, nie po­tkną­łem się ani razu o ko­rzeń, ni o inną prze­szko­dę jaka cza­iła się w lesie. Fakt, iż do­tar­cie do gło­sów, jakie usły­sza­łem za­ję­ło mi pa­ro­krot­nie czasu wię­cej, lecz ile do­świad­cze­nia przy tym zdo­by­łem! Nie wy­chy­li­łem się jed­nak zza krza­ków, ale cze­ka­łem w cie­niu, ob­ser­wu­jąc cie­ka­wą scenę.

Oto wy­so­ka osoba w ciem­nym płasz­czu, który sku­tecz­nie za­sła­niał całą syl­wet­kę, stała nad pa­ro­ma wil­ka­mi z nie­moż­li­wie brud­ną sier­ścią. Z mojej po­zy­cji wi­dzia­łem, iż wy­ma­chi­wa­ła nad nimi mie­czem, za­krwa­wio­nym już. Le­d­wie chwi­lę za­ję­ło mi od­kry­cie skąd też krew zna­la­zła się na orężu. Otóż jeden z wil­ków po­sia­dał na swym ciele ogrom­ną ranę, która ob­fi­cie krwa­wi­ła. Sio­stra mó­wi­ła mi chyba coś o tego typu ska­le­cze­niach. Trze­ba było za­ban­da­żo­wać je jak naj­szyb­ciej, o ile nie chcia­ło się zbyt szyb­ko zejść z tego świa­ta. Dwa wilki jed­nak przy­lgnę­ły ple­ca­mi do wozu, bojąc się naj­wi­docz­niej po­ru­szyć. Na ich miej­scu także nie my­ślał­bym o ja­kiejś ranie, gdy nad moją głową za­kap­tu­rzo­na po­stać wy­ma­chi­wa­ła­by mie­czem.

Tuż obok stał męż­czy­zna, ko­bie­ta i dziew­czyn­ka, może dzie­się­cio­let­nia. Nie­trud­no było do­my­ślić się sceny jaka tu za­szła, zwłasz­cza gdy za­uwa­ży­ło się, iż obie przed­sta­wi­ciel­ki płci pięk­nej były w po­ło­wie nagi. Wi­docz­nie za­kap­tu­rzo­na po­stać przy­by­ła w ostat­niej chwi­li. Lecz czy na­praw­dę była wy­baw­cą? Mimo pa­nu­ją­cych ciem­no­ści wi­dzia­łem strach w oczach tych istot, tak wy­raź­nie jak krew na mie­czu wy­baw­cy, mie­nią­cej się szkar­ła­tem w świe­tle księ­ży­ca. Pew­nie bały się, iż za­kap­tu­rzo­na po­stać po­gro­zi przez chwi­lę na­past­ni­kom, a gdy to jej się znu­dzi, przej­dzie do nich. Po­wi­nien chyba ru­szyć się ze swo­je­go miej­sca i wkro­czyć do akcji, tak jak to kie­dyś zro­bił Snil­lin­gur ze zbi­ra­mi, któ­rzy na­pa­dli las mej matki. Lecz on po­sia­dał nosił na swym ręku stwo­rzo­ną przez się broń i nigdy nie użył jej po­tę­gi do zdo­by­cia Vert­del­lu. Ja nie zdo­był­bym się na to w żad­nym wy­pad­ku. Na nie­szczę­ście wszyst­kich wokół nie byłem swoim ojcem.

Roz­my­ślał­bym pew­nie tak w nie­skoń­czo­ność, gdyby za­kap­tu­rzo­na po­stać nie spoj­rza­ła na krza­ki, w któ­rych się ukry­wa­łem i nie po­wie­dzia­ła:

– Bę­dziesz się tam ukry­wać w nie­skoń­czo­ność chło­pacz­ku?

Choć nie­prze­nik­nio­na czerń za­kry­wa­ła twarz tej po­sta­ci, wie­dzia­łem już kto to.

 

 

 

*

 

 

 

Wy­szłam z lasu i za­uwa­ży­łam że drogą je­cha­ła ro­dzi­na na wozie wy­peł­nio­nym róż­ny­mi ro­śli­na­mi, praw­do­po­dob­nie kie­ru­ją­ca się do Caed Dhu by wcze­snym ran­kiem sprze­dać swe pro­duk­ty na tar­go­wi­sku. Nagle, z lasu wy­biegł czar­no­wło­sy męż­czy­zna z grup­ką wil­ków. Praw­do­po­dob­nie czy­hał przy dro­dze na łatwy za­ro­bek. Pa­trzy­łam jak chło­pak, ze­ska­ku­je z sie­dze­nia by obro­nić swą ro­dzi­nę. Stad­ko wil­ków od razu roz­dzie­li­ło go od ro­dzi­ny, a ich wła­ści­ciel, wszedł do wozu. Obie ko­bie­ty wy­lą­do­wa­ły na ziemi. Męż­czy­zna sta­nął obok nich i po­wo­li za­czął zdej­mo­wać z nich ubra­nia. Do­szłam do wnio­sku że to już prze­sa­da i po­sta­no­wi­łam za­in­ter­we­nio­wać. Zdję­łam swój miecz z ple­ców i szyb­ko zwró­ci­łam na sie­bie ich uwagę. Sta­ra­łam się prze­ko­nać wilki by nie ata­ko­wa­ły, lecz były zbyt po­słusz­ne swemu panu. Nie zo­sta­ło mi nic in­ne­go niż za­ata­ko­wać je by obro­nić ro­dzin­kę. Nigdy nie czu­łam się zbyt szla­chet­na ale nie po­zwo­lę mym krew­nia­kom na takie trak­to­wa­nie ludzi. Nie będą kon­tro­lo­wa­ni przez ja­kie­goś zło­dzie­ja. Tak więc za­czę­łam mój ta­niec. Pół obrót, lewa stopa w przód i cię­cie. Pierw­szy wilk padł. Lekki galop, pod­skok, cię­cie. Drugi wilk padł. Prze­bie­głam na około wozu i z pół ob­ro­tu głę­bo­ko prze­cię­łam bok na­stęp­ne­go wilka. Zło­dzie­ja­szek chyba za­uwa­żył z kim przyj­dzie mu wal­czyć, więc za­czął ucie­kać w stro­nę lasu. Wilki po­now­nie się na mnie rzu­ci­ły. Za­gro­zi­łam im mie­czem i jesz­cze raz sta­ra­łam się im prze­mó­wić do roz­sąd­ku. Dwa mło­dzi­ki mnie usłu­cha­ły i za­czę­ły się cofać. Nagle po­czu­łam zna­jo­my za­pach. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam chło­pa­ka z muru sie­dzą­ce­go w krza­kach. Chyba miał na imię Celth.

 

– Bę­dziesz się tam ukry­wać w nie­skoń­czo­ność chło­pacz­ku?

 

Za­śmia­łam się i zwró­ci­łam swój wzrok w stro­nę wil­ków, lecz te na ich szczę­ście za­czę­ły ucie­kać. Nie chcia­łam ich gonić. Nie czu­łam po­trze­by by je za­bi­jać. Zdję­łam swój płaszcz i okry­łam nim obie ko­bie­ty. Po zo­ba­cze­niu mej twa­rzy, męż­czy­zna szyb­ko wy­szep­tał po­dzię­ko­wa­nia, po­mógł ko­bie­tom wejść do wozu, a sam wsko­czył na sie­dze­nie z przo­du po­pę­dza­jąc konie, zo­sta­wia­jąc mnie samą…pra­wie samą.

 

– Mo­żesz już wyjść -po­wie­dzia­łam do chło­pa­ka nie od­wra­ca­jąc się – Nic ci się nie sta­nie

 

Bałam się do niego od­wró­cić, gdyż nie byłam pewna jego re­ak­cji na mój wy­gląd. Po od­da­niu płasz­cza, sta­łam w sa­mych spodniach do kolan i rę­ka­wi­cach. Nigdy nie no­si­łam wię­cej ubrań, gdyż gęste futro po­kry­wa­ło całe me ciało. Usły­sza­łam jak chło­pak wy­cho­dzi z krza­ków i kie­ru­je się w moją stro­nę. Wsa­dzi­łam miecz na plecy i za­czę­łam ukła­dać ciała w linię. W sumie po­ko­na­łam czte­ry, trzech sam­ców i jedną sa­mi­cę. Wilk, któ­re­mu za­da­łam głę­bo­ką ranę, o ile nikt nie opa­trzy jego ran, wy­krwa­wi się gdzieś w lesie. Po­pa­trzy­łam na mar­twe wilki. Nie chcia­łam je zo­sta­wiać tak przy dro­dze, ani nie mia­łam czasu by wy­ko­pać dla nich dołu. Uży­wa­jąc swej mocy, za­pa­li­łam ich nie­ru­cho­me ciała i po chwi­li za­sta­no­wie­nia od­wró­ci­łam się do Cel­tha.

 

 

Koniec

Komentarze

Nie­ste­ty, o wszyst­kim i o ni­czym... Do na­pi­sa­nia od nowa. I czymś trze­ba za­in­try­go­wać czy­tel­ni­ka... Sporo nie­lo­gicz­no­sci . Jak mur sobie kru­szal w spo­ko­ju, po co utrzy­my­wa­no mro­wie straż­ni­ków? Nie le­piej było go wy­re­mon­to­wać i uczy­nić nie­do­stęp­nym - osiem me­trów wy­so­ko­ści, mur, że ho, ho... 

Po­zdrów­ko.

Nie­ste­ty, zga­dzam się z Ro­ge­rem. Cho­ciaż w moim prze­ko­na­niu jest już le­piej, niż po­przed­nio. Nie­wie­le, ale le­piej. Wciąż jed­nak dużo pracy nad warsz­ta­tem. Pod­sta­wo­wych błę­dów się tro­chę prze­inę­ło, ale nie będę ich wy­mie­niał. Po­ra­zi­ło mnie tylko:
kiwną -  Wy­ty­ka­łem Ci to już, Au­tor­ko, przy po­przed­nim opo­wia­da­niu więc mam na­dzie­ję, że tym razem to tylko li­te­rów­ka.

Mimo wszyst­ko cie­szę się, że nie usu­nę­łaś konta i zde­cy­do­wa­łaś się po­wal­czyć.

Po­zdra­wiam.

Ładny i przy­jem­ny w od­bio­rze za­bieg zmia­ny nar­ra­to­rów. Jak dla mnie, dy­na­mi­zu­je opo­wieść i jej od­biór. No ale te błędy...

Yor­la­no, też uwa­żam, że do­brze o Tobie świad­czy po­zo­sta­nie na tej stro­nie, ale weź, pro­szę, pod uwagę, że po­stę­pów nie czyni się z dnia na dzień. Czy to na­praw­dę takie trud­ne, po­wstrzy­mać się od na­tych­mia­sto­we­go wsta­wie­nia, spraw­dzić tekst, po­pra­wić?

Byłem, prze­czy­ta­łem i prze­cho­dzę do czę­ści dru­giej.

Nie­ste­ty muszę się zgo­dzić z pierw­szym przed­mów­cą "...o wszyst­kim i o ni­czym"

Kto to jest? Skąd się wziął? Jakaś pro­fe­sja?

Wspo­mi­nasz szcząt­ko­wo o matce, nie wiem wła­ści­wie po co.

Ale tre­no­wać mu­sisz, może coś z tego bę­dzie.

Co do tre­ści --- jak w ko­men­ta­rzach po­wy­żej. Po­nad­to strasz­na za­im­ko­za. Na­to­miast prze­mie­sza­nie per­spek­tyw wy­szło nawet cie­ka­wie, jak się weź­mie pod uwagę dwóch au­to­rów.

po­zdra­wiam

I po co to było?

Nowa Fantastyka