
Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
Zapadał zmierzch. Erriel pędził przez las, co chwilę oglądając się za siebie. Na jego twarzy malowało się zmęczenie. W ciemnoniebieskich ślepiach znajdował się niepokój. Pod jego krokami głośno trzaskały gałęzie i szeleściły różnokolorowe liście. W oddali słychać było krzyki oraz stukot końskich kopyt. Chłopak biegł ile sił. Dyszał głośno ze zmęczenia. Na jego czole widniały liczne krople potu. Odwrócił głowę. Wiatr zdmuchnął jego brudne blond włosy na oczy. Upadł potykając się o wystający korzeń wielkiego, rozłożystego dębu. Wylądował skronią na niewielkim kamieniu. Podniósł się ociężale z sykiem i przycisnął dłoń do rany. Spomiędzy palców wypływała krew. Krzyki były coraz bliżej. Spojrzał pomiędzy drzewa. Ujrzał tam łysego mężczyznę na karym koniu. Człowiek ten miał paskudną bliznę na policzku. Ubrany był w brązowe futra. W uniesionej dłoni trzymał miecz. Popędził konia okrzykiem i uderzeniem ostróg. Klamra długiego, skórzanego buta blondyna zaczepiła się o krzew. Najeźdźca rzucił swą bronią w chłopaka. Ten natomiast oderwał klamrę ostrym pociągnięciem i odskoczył w bok. Nie zdołał jednak w pełni uniknąć ostrza, które przecięło jego czarne spodnie na udzie i lekko drasnęło ciało. Konny zaklął po czym wyjął zza pasa sierp z długą rękojeścią. Ponownie zaatakował. Młodzieniec podbiegł do leżącego nieopodal brzeszczotu. Chwycił go pewnie i przyjął pozycję do walki. Napastnik był już blisko. Niebieskooki skulił się i zrobił przewrót w bok. Po wykonaniu manewru błyskawicznie stanął na nogi i ciął poziomo ostrzem przecinając twardą skórę na żebrach konia. Zwierzę zarżało. Krew spływała powoli po jego ciele. Po bliznach widać było, że ów wierzchowiec nie raz znajdował się w podobnej sytuacji. Łysy zaatakował. Dźwięk metalu przeszył uszy. Chłopak sparował z trudem jego potężny cios, następnie ponownie przeturlał się na bezpieczniejszą odległość.
Krzyki kompanów zbójnika były coraz bliżej.
Najeźdźca zawrócił wierzchowca i znów zaatakował. Erriel ruszył mu naprzeciw. Przypływ adrenaliny sprawił, że jego oddech nie był już ciężki.
Przykucnął przed koniem i pchnął ostrze w krtań. Zwierzę zatrzymało się natychmiast, rżąc przeraźliwie i unosząc przednie pęciny. Blondyn wyciągnął swą broń. Jucha trysnęła obficie na jego twarz. Rumak upadł przygniatając swojego jeźdźcę. Łysy wygramolił się spod ciała. Zacisnął pięść na rękojeści. Zaczął szaleńczo krzyczeć i biec w stronę niebieskookiego.
Uderzenie. Unik. Zwód. Parowanie. Przeraźliwy odgłos zderzających się ostrzy. Zbliżające się krzyki.
Młodzieniec zaczepił mieczem o wyszczerbienie w broni przeciwnika. Wykorzystując sytuację wyrwał mu ją z dłoni szybkim zamachnięciem i wyrzucił w zarośla. W brązowych oczach zbójcy ukazało się przerażenie. Głos zamarł w gardle. Erriel uniósł miecz oburącz nad prawe ramię. Zrobił pół-piruet i przeciął potężnym uderzeniem kark wroga. Głowa, z której nie zniknął grymas strachu, osunęła się na ziemię wraz z ciałem. Chłopak wyprostował się ciężko oddychając. Patrzył na krew tryskającą w rytmie ostatnich uderzeń serca.
Krzyki. Wrogowie byli niecałe sto stóp od chłopaka.
– Zaraza – zaklął Erriel, po czym zasadził miecz za pas i wszedł żwawo na pobliskie drzewo, ukrywając się na gałęzi, pomiędzy liśćmi.
Trójka konnych ubranych jak ich wspólnik zatrzymała się obok truchła konia oraz ich druha. Jeden z nich zeskoczył ze swojego wierzchowca. Miał kruczoczarne włosy i krótką brodę. Był z nich najwyższy i najgrubszy. Popatrzył na zwłoki po czym odezwał się drżącym barytonem:
– Zarżnął nam Zwiadowcę… Pieprzony szczeniak zarżnął mojego brata… Gonić skurwiela! Niechaj utopi się w smole! – Zakrzyknął unosząc miecz.
Kompani zaczęli dziko krzyczeć. Czarnowłosy klęknął przed ciałem, spuścił głowę i uderzył się pięścią w pierś. Pozostawał w tej pozycji przez około minutę. Nagle poczuł, jak jakaś ciecz spada z góry na jego kark. Uniósł głowę i spojrzał na koronę drzewa, pod którym leżał jego brat. Przymrużył oczy. Erriel wstrzymał oddech. Jego serce zaczęło szybciej bić. Zmysły się wyostrzyły.
Zawiał silny wiatr, który zrzucił część pożółkłych liści maskujących młodzieńca.
– Tam jest! – krzyknął wódz. – Włazić na drzewo psie syny! Zarżnąć go! Pojmać!
– Zdecyduj się. – Odparł blondyn po czym zeskoczył z gałęzi i pognał przed siebie.
Wódz z trudem wszedł na swojego konia i ruszył za nim wraz ze swoją załogą. Pościg nie trwał długo. Po kilku sekundach przywódca doścignął niebieskookiego chłopaka, złapał go za włosy i zaczął ciągnąć po ziemi. Gałęzie i kamienie leżące na podłożu rozcinały jego lnianą tunikę kalecząc ciało. Młodzieniec wrzeszczał i stękał z bólu. Starał się uwolnić bijąc pięściami w rękę wroga. Sięgnął do pasa. Wyciągnął zza niego miecz i ciął nim w nadgarstek brodacza odcinając mu dłoń.
Upadł. Napastnik zaczął ryczeć. Chwilę później spadł ze swojego siwego ogiera. Erriel energicznym ruchem stanął na nogi. Podbiegł do wijącego się na ziemi nieprzyjaciela i wbił mu brzytwę w krtań. Wyciągnął ją. Wyjął zza pasa martwego wroga nóż i zmienił pozycję wskakując między gęste krzaki.. Za nim pędzili kolejni jeźdźcy, którzy byli już blisko swej ofiary. Konie tratowały wszystko co stanęło na ich trodze. Wróg jadący na przedzie uniósł swój sierp. Blondyn natomiast wykonał piruet i przeciął szyję dla klaczy wroga. Zwierzęcie zarżało i padło martwe. Młodzieniec przeturlał się w krzaki i rzucił w najeźdźcę skradzioną od trupa zdobyczą. Stal odnalazła swe miejsce w jego oku. Ostatni z nich patrzył na ciała z przerażeniem. Gdy Erriel przyjął pozycję do walki, on zawrócił konia i uciekł.
Chłopak zaśmiał się cicho. Schował miecz za pas i podszedł do wierzchowca bandyty, który zginął poprzez cios nożem. Pogłaskał piękne zwierzę po brązowej sierści na grzbiecie i wskoczył nań z wyraźną wprawą. Poprawił się w siodle, chwycił pewnie za wodze, skierował się na północ i ruszył w dalszą drogę znikając za drzewami.
-------------
Z góry przepraszam za błędy w interpunkcji, jeśli takowe się trafiły.
Nazwa opowiadania ogółem odnosi się do całej powieści, jaką mam zamiar pisać.
Witaj!
Twój warsztat nie jest fatalny, ale dobry też nie. Przytrafiły Ci się błędy nie tylko interpunkcyjne. Kilka razy mignęło mi źle odmienione słowo.
przygniatając swojego jeźdźcę - tu, na przykład, powinno być "jeźdźca". Rozumiem, że to fragment, który w założeniu ma przedstawić zalążek fabuły, ale nie widzę tu niczego błyskotliwego. Jest jakiś Erriel i są zbójcy, którzy go napadli. Erriel okazuje się być dobry w mieczu (i nie tylko, bo sztyletem też rzuca skutecznie), a mimo to ucieka co sił w nogach przed zgrają bandytów, których chwilę później pokonuje bez wiiększego wysiłku. Takich nielogiczności jest więcej. Na przykład w jednej z nielicznych kwestii dialogowych badyta najpierw zwraca uwagę, że zabito im zwiadowcę (dlaczego tam jest wielka litera?), a dopiero potem, że brata. Chyba nie cenił zabitego bardziej jako zwiadowcę, niż jako swojego brata?
Rozumiem, że tak krótkie zdania miały oddać dynamikę chwili. Po części Ci się udało, ale nie możesz z tym przesadzać, bo wpadasz w dziwną prostotę. Postaraj się też pisać bardziej obrazowo, a mniej opisowo. Generalnie warsztat do przeszlifowania, a o reszcie nie można zbyt wiele powiedzieć, bo fabuły w tym malutko.
Pozdrawiam
Naviedzony
Niechaj utopi się w smole! - Zakrzyknął ,+ unosząc miecz. --- zakrzyknął małą.
- Zdecyduj się. - Odparł blondyn ,+ po czym zeskoczył z gałęzi i pognał przed siebie. ---> odparł małą.
W ciemnoniebieskich ślepiach znajdował się niepokój. ---> czyżby? Piszesz o chłopaku, człowieku... Znajdował się? Ciekawe...
Najeźdźca rzucił swą bronią w chłopaka. ---> najeźdźca? Może zaledwie atakujący, ścigający, napastnik... Swą? Dobrze, że nie cudzą...
Konny zaklął ,+ po czym wyjął (...).
Rumak upadł ,+ przygniatając swojego jeźdźcę. ---> Kogo? No i całe szczęście, że tylko swojego, a nie wszystkich jak popadło...
(...) ciecz spada z góry (...). ---> Ciecze zwykle skapują, spływają... Czyżby niektóre czyniły to pod górę, skoro uznałeś za konieczne zaznaczenie, że w tym przypadku spadała z góry?
Włazić na drzewo ,+ psie syny!
(...) ruszył za nim wraz ze swoją załogą. ---> sprawdź w dobrym słowniku, co znaczy 'załoga'.
(...) przywódca doścignął niebieskookiego chłopaka, złapał go za włosy i zaczął ciągnąć po ziemi. Gałęzie i kamienie leżące na podłożu rozcinały jego lnianą tunikę kalecząc ciało. ---> zwizualizuj sobie ten opis i nie pisz takich niedorzeczności.
Sięgnął do pasa. Wyciągnął zza niego miecz i ciął nim w nadgarstek brodacza ,+ odcinając mu dłoń. ---> to ten idiota nie pomyślał o zabraniu chłopakowi broni? Dobrze mu tak... A chłopak cyrkowiec, ciągną go po ziemi, a on sobie mieczem macha...
(...) wbił mu brzytwę w krtań. ---> a skąd wytrzasnął brzytwę??
(...) przeciął szyję dla klaczy wroga. ---> przeciął dla. Ha ha ha...
(...) skradzioną od trupa zdobyczą. ---> skradzioną od. Hi hi hi...
(...) który zginął poprzez cios nożem. ---> poprzez cios. He he he...
(...) ruszył w dalszą drogę ,+ znikając za drzewami.
---------------------------------
Nie chcę Ciebie smucić, ale tak pisanej powieści raczej nikt nie wyda. Przecinki jak przecinki, ale cała reszta...
Widzę, że nie muszę już przeprowadzać łapanki i całe szczęście, bo nie bardzo mi się chce. Uderzyła mnie jednak jedna - moim zdaniem - nielogiczność:
- Zdecyduj się. - Odparł blondyn po czym zeskoczył z gałęzi i pognał przed siebie
Mogę się mylić, ale przedtem jakaś "ciecz spadła" na bandytę (?), zatem domyślam się, iż "spadła" ona z chłopaka, a więc musiał on znajdować się bezpośrednio nad swym niedoszłym oprawcą i skoro zeskoczył z gałężi, to powinien znaleźć się tuż obok, jeśli nie "w objęciach" bandyty (?)
No i jeszcze jedno. Z samego początku. Absurdem wydaje mi się rzucanie w kogoś mieczem, ale w tym temacie nie jestem specjalistą.
No, to mi jakoś uciekło... Ale zaraz, mógł przed zeskoczeniem przesunąć się na gałęzi. Więc od biedy ujdzie --- ale byłoby świetnie, gdyby Autor o tym pomyślał i napisał.
Jeszcze jedno rzuciło mi się w oczy, mianowicie "zwierzęcie". Cóż to jest za forma?
Moje ulubione zdanie to "Stal odnalazła swe miejsce w jego oku." Ogólnie całkiem w porządku
W kwestii pisania krotkimi zdaniami: sprawiają wrażenie pewnej zadyszki, co oczywiście pasuje do sytuacji bohatera biegnącego przez las, ale w nadmiarze - meczy. Rzuć okiem na "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego: scena łowienia suma-giganta jest napisana całkiem dlugimi zdaniami, a mimo to ile w niej dynamiki!
"Nagle poczuł, jak jakaś ciecz spada z góry na jego kark." - czy Erriel się zsikał?...
Co do reszty, przedpiścy powiedzieli już wszystko. Ogólnie kiepsko u Ciebie z językiem - widać, że nie znasz znaczenia lub kontekstu słów których używasz (brzytwa, poprzez, najeźdźca itp) albo właściwych wyrażen (nie mówi się, że koń podnosi przednie nogi [zauważ - nogi, nie pęciny, przecież mając kogoś na muszce nie krzyczymy "Nadgarstki do góry"], tylko, że staje dęba). Kolokwializmy i regionalizmy ("skradziony od trupa", "przeciął szyję dla klaczy" - zgaduję, żeś z Podlasia?).
Dużo czytaj. Ale to naprawe dużo. jesli chesz pisać fantasy - Sienkiewicz i Bunsch na pierwsze danie, zagryźć można Komudą i Sapkowskim.
Zgadłeś/aś Achika. Nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy też i nie.
Ogółem dzięki za rady. Samemu ciężej mi dostrzec wszystkie błędy. (a jak widzę, jest ich od cholery.)
Kto wie. Może nie mam do tego talentu? Ale cóż... Próbować warto. Dzięki raz jeszcze. Będę was męczył kolejnymi wypocinami, aż w końcu coś będzie dobre :D
Słuszne podejście. Czekamy na bardziej dopracowane "wypociny", najlepiej stanowiące zamkniętą całość.
To samo pomyślałem wcześniej od Achiki, ale nie pytałem.
Jestem tutaj "elementem napływowym" i pamiętam, jak mnie jednoczesnie cholera brała i śmiać mi się chciało. Mówię dla Ciebie! Zabrałem od Bronka... Plus mówienie o sobie w trzeciej osobie. Poszedł na przystanek i czekał a czekał... Ale cicho sza, dziób na kłódkę, regionalizm to regionalizm, wlazłeś między wrony...
Sęk w tym, że regionalizmów można i czasem trzeba użyć w dialogach, lecz nie w opisach, nie w partiach narratorskich.
Ja na szczęśćie nie mówię o sobie w 3 osobie xD Wstyd mi za ludzi, którzy to robią...
Cieszę się, że są ludzie, którzy mogą fachowym okiem ocenić moją pracę i dać jakieś rady. Nauczycielka Polskiego niestety tego nie robi xP
I zastanawiam się, czy przypadkiem nie kontynuować poprzedniego planu, co do historii moich "wypocin" :D Jest bardziej przejrzysta i chyba bardziej mi się podoba. Chyba jednak do niej wrócę xP
Ale to ma swój urok, Srogo.
Problem tylko w tym, o czym dwa razy pisałem: wiedzieć, kiedy można, kiedy wręcz trzeba, a kiedy piszemy jezykiem literackim. Aha --- i chyba nie tylko Ty masz taką sobie nauczycielkę... Nie ma rady: samokształcenie. Z pomocą przyjaciół i "wrogów", czyli czepliwych czytelników, też.
Moim poprzednicy powiedzieli już chyba wszystko. Ja tylko dodam – po tytule nie stawiamy kropki – co usilnie wbijał do głowy mój promotor – Widziałeś: Wprost. Potop. ?
A co do powieści – chyba pomysł napisania książki przewinął się każdemu, kto zaczynał przygodę z pisaniem.
Daje 3.
Pozdrawiam,
Adam
Przeczytałam.
Cóż. Zastosuję się do wszelkich rad i podeślę Wam moją kolejną pracę.