- Opowiadanie: mimesis - Szlachetność

Szlachetność

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szlachetność

 

– Zdejmij.

 

Zamrugał kilka razy. Zanim oczy przyzwyczaiły się do jaskrawego światła pochodni, przez chwilę widział tylko wielkie, pomarańczowe koła. Rozpoczął obserwację zgromadzonych– czterech mężczyzn w obszernych, karminowych płaszczach i kapturach naciągniętych głęboko, i czterech kobiet… kobiet bez cienia wątpliwości. Za to z dużą ilością krągłości, zakrytymi pod płaszczami koloru dojrzałych wiśni. On sam miał płaszcz w kolorze pąsowym, oznaczającym nowicjusza. Rzucił okiem na swoją przewodniczkę– spod kaptura wypadł jej pukiel rudych włosów. Milcząco porozumiała się z jednym z mężczyzn, gestem zaprosiła go do kręgu. Gdy podszedł, spróbował jeszcze dokładniej przyjrzeć się zakapturzonym mężczyznom. Jeden z nich musiał być jego ojcem– nie potrafił ocenić, który. Kobiety zainicjowały donośną pieśń, która, wydawało się, na chwilę wstrząsnęła murami. Do głosów kobiet dołączyli mężczyźni, łagodząc dźwięki pieśni. Melodia rozniosła się po zakamarkach, załomach i pustce katakumb. Pradawne kamienie zbierały dźwięki i zatrzymywały je w sobie, na wieczną pamiątkę. Byli tu absolutnie bezpieczni, mogli odprawić nabożeństwo i rozejść się, tak, jak to czynili już wiele razy– nikt nie mógł ich widzieć ani słyszeć, nawet szukanie magów kończyło się na murach budowli, wieki temu osłoniętej zaklęciami. Przez tyle lat największym zagrożeniem byli nowicjusze, ludzie, którzy dopiero pragnęli być członkami zgromadzenia. Jednak sama myśl o tym, że ktokolwiek mógłby chcieć zdradzić zgromadzenie była po prostu niedorzeczna. Lata prób i wyrzeczeń skutecznie przepędzały myśli o zdradzie.

Zgromadzenie było więc bezpieczne– tak od wewnątrz, jak i od zewnątrz.

Pieśń kończyła się cichymi, głębokimi dźwiękami, pozwalającymi uspokoić rozedrgane ciała. Obecni podnieśli głowy i skierowali zaciemnione twarze w kierunku pąsowego płaszcza.

 

– Lucusie, dostępujesz teraz najwyższego wtajemniczenia. W zamian za twoją mądrość i szlachetność zostaniesz naszym bratem, staniesz się częścią wspaniałej tradycji. Jesteśmy przekonani, że możemy ci powierzyć nasze tajemnice i plany. Dziś poznasz drogę do katakumb, i będziesz mógł sam przychodzić na spotkania. Następne spotkanie to zebranie całego zgromadzenia, wtedy poznasz nas wszystkich. A teraz, w dowód najwyższego zaufania, ujawnimy ci nasze twarze.

 

Zdjęli kaptury. Ten, który przemawiał, to jego ojciec. Był pewny, że– mimo tak zwanego „dowodu najwyższego zaufania”– kilkoro z obecnych zmieniło delikatnie rysy twarzy. Na wszelki wypadek. Ale on i tak potrafił przenikać przez te zaklęcia. Jeden z mężczyzn to chyba książę Burchardt, przez plebs uznawany– z resztą słusznie– za alchemika. Obok niego stał książę Wickinsdale, arystokrata o zapędach– podobno– nekromanckich, a tak naprawdę zdolny lekarz. Uśmiechająca się łagodnie kobieta to z pewnością hrabina Staenzl, najstarsza żyjąca czarodziejka, a obok niej stał nieznany Lucusowi mężczyzna, o wzroku jastrzębia tropiącego zwierzynę. Lucus był pewny, że mężczyzna to wampir. Kobietą stojącą obok nieznanego była madame de Cortfinox, swatka i specjalistka od magii miłosnej; między nią a księżną Wickinsdale, wampirzycą i żoną obecnego tu księcia, stała Ruda, czyli córka barona Sllythffa, Tiriana Sllythff, czarodziejka i aktorka. Najmłodsza uczestniczka zgromadzenia, nieledwie dziewczyna, stała zamyślona między ojcem Lucusa i księżną. Lucus spojrzał na ojca, próbując wyczytać z jego twarzy, czy to ma być jakaś kolejna próba, czy kiepski żart na nowicjuszu. Próbował też przeniknąć delikatną mgłę otaczającą dziewczynę, ale była to tylko jasna mgiełka zamyślenia, a nie dym zaklęcia maskującego. Nie było mowy o pomyłce. Nie mógł uwierzyć, że patrzy na tę dziewczynę i nie musi klękać. Stała przed nim Silia, córka i jedyny potomek Imperatora, Silia, dla której rozrywki Imperator organizuje krwawe widowiska, Silia, dla której istnieją w Burthangu specjalne szwalnie, pralnie, sklepy jubilerskie i ogrody, Silia, która ma być następczynią Wielkiego Władcy, która ma utrzymać na jego ziemiach terror, gdy ojciec odejdzie w chwale. I Imperator chciał, by jego następcą była kobieta. Imperator był okrutny, tak, był bardzo okrutny i zepsuty, ale nie można mu odmówić mądrości. I mądrość podpowiadała mu, że kobieta potrafi być bardziej okrutna od mężczyzny. Potrafi zabić za krzywe spojrzenie, potrafi skazać na śmierć bo wydało jej się, że ktoś mówił nieszczerze… Imperator wiedział, że wystarczy nakierować córkę na odpowiedni tor, a natura zrobi resztę. Wystarczy, że będzie widziała w ojcu ideał, wystarczy, że zasieje w niej chęć kontynuowania jego dzieła… to wystarczy, by Silia stała się następnym Imperatorem. Ale Lucusowi Silia wydała się mniej groźna niż dziecko. I, trzeba przyznać, bardziej bezbronna.

 

Stłumione chrząknięcie wyrwało go z zamyślenia.

 

– Spodziewam się, że mój widok tutaj jest dosyć… niecodzienny– powiedziała Silia, nad podziw mocnym i stanowczym głosem.– Wiem, że jestem ostatnią osobą, oprócz samego chyba Imperatora, która ma prawo zasiadać w gronie Kongregacji Wybranych. Niemniej jednak– jestem tu, Lucusie, i obawiam się, że będziesz musiał dokonać rewolucji w myśleniu o dworze władcy. Być może… być może nie powinnam tu być dzisiaj, podczas twojego przyjęcia do zgromadzenia, być może lepiej by było, gdybyś dowiedział się o mnie później, ale… Lucusie, podnieś twarz i spójrz na mnie.

 

Lucus posłusznie podniósł wzrok. Wpajane zasady opuszczania wzroku przed twarzą Jej Wysokości nie dały się wykorzenić od razu.

 

– Pani Silio…

 

– Lucusie!- powiedziała mocno Silia.– Jesteśmy teraz w jednym zgromadzeniu. Jesteś teraz moim bratem. Nie ma już między nami hierarchii, bracie. Podaj mi dłoń.

 

Lucus wyciągnął rękę w kierunku córki Imperatora. Jej uścisk był po męsku krzepki. Widział już, jak wielki błąd popełnił, uznając ją za niegroźną i bezbronną. To mogła być jej największa broń. Ich… największa broń. Silia powiodła wzrokiem po zebranych.

 

– Pomogę wam rozsadzić dwór od środka. Jeszcze raz przyrzekam wam, że kiedyś, niedługo, na dworze Imperatora nie pozostanie ani jeden czarodziej przeciwny Kongregacji Wybranych.

 

I

 

Łagodny świt rozjaśniał mroki Burthangu. Miasto zaczynało kolejny ciężki dzień pod jarzmem Imperatora. Lucus przemykał uliczkami, uważając, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Imperatorowi nie potrzeba było wiele, by skazać poddanego na lochy. Czasami wystarczyły podejrzenia aptekarza czy żołnierza wracającego z warty. A czasem, jeśli była potrzeba zamanifestowania władzy, i to nie było potrzebne. Ale Lucus był ostrożny. Zbyt wielu jego znajomych skończyło w lochach zamku, by i on miał do nich dołączyć. Zwłaszcza, że dostąpił tej nocy wtajemniczenia, na które czekał przez dwadzieścia lat swojego życia. Skoro już jest w zgromadzeniu… to nie może zmarnować takiej szansy.

 

Postanowił przejść przez plac targowy, dowiedzieć się kilku plotek od miejscowych kupców. Spodziewał się, że większość z nich zastanie w ich drewnianych budach, w czasie świąt zbyt wcześnie pojawiali się pierwsi, i zbyt późno odchodzili ostatni klienci, by kupcom chciało się wracać na kilka chwil do domów, by zaraz wracać na plac. Szukał głównie jednego kupca, znanego w całym Burthangu, Mistrza w Handlu Bronią, a do tego estety i altruisty. Goldberg był kupcem, który mógł pozwolić sobie na więcej. W razie stręczycieli zwracał się do odpowiednich osób, które w dyskretny i skuteczny sposób likwidowały stręczycielskie zamiary opryszków. Goldberg żył spokojnie, nie wadząc nikomu, miał miłą żonkę i gromadkę dzieci, której nigdy nie mógł się doliczyć. A poza tym znał ludzi, którzy nie widnieli na kartach spisu powszechnego.

 

– Goldberg, stary zdzierco, otwieraj!- Lucus zastukał w drzwi drewnianej budki. W drzwiczkach odsunięto zasuwę, a zza skrzypiących podwoi wychynęła najpierw starannie ułożona fryzura, a następnie umięśniona figura kupca. Ten uśmiechnął się szeroko, pokazując szereg równych, białych zębów.

 

– Lucus, dzieciaku, dawno cię nie było! Wejdź, rozkładam już towar, wyciągnę ci krzesło, pogadamy.

Lucus wszedł do środka. Zapewne przerwał kupcowi poranne przygotowania– na ladzie leżały towary, jedne gotowe do sprzedaży, wyczyszczone i poukładane, inne dopiero w przygotowaniu. Goldberg był Mistrzem w Handlu Bronią, a jego mistrzostwo brało się nie tylko z wysokich zarobków, ale chyba głównie z wysokiej jakości proponowanych usług. Jeśli raz kupiło się u niego, zawsze się wracało.

– Gdzie bywałeś, Lucusie? Podobno zabijałeś smoki i inne legendy, a do tego ratowałeś księżniczki przed złymi ogrami. Podejrzewam, że raczej zbijałeś bąki gdzieś w objęciach księżniczek domu uciech, ale nie będę cię ubiegać. Opowiadaj, opowiadaj!

Lucus zaśmiał się szczerze. Rozmowa z Goldbergiem zawsze była bardzo odprężająca.

 

– A poza tym, dawno nie było cię w moich skromnych progach!- Kupca trudno było przegadać.– Moja mała pyta czasem o ciebie, czyś zdrów, czy cię znów gdzieś wywiało, czy już którąś wybrałeś… Przyszedłbyś, dzieciaku, porozmawiał z nią… Jej to wystarczy.

 

Ale Lucus wiedział, że nie wystarczy. Kiedyś próbował wytłumaczyć córce Goldberga, Anji, że nie jest dla niej dobrą partią. Ale mała Anja zawsze miała nadzieję. A on miał nadzieję, że kiedyś się z niego wyleczy.

 

– Jej to wystarczy, Lucusie, nie chcę, żebyś dawał jej fałszywą nadzieję, bo ona rozumie, że ty nie dla niej, a ona nie dla ciebie, ale jej taką radość sprawia rozmowa z tobą… Przyjdziesz? Jutro Święto Wiosny, Sara zaprosiła znajomych, posiedzimy, porozmawiamy… porozmawiasz z małą, a Sara też się ucieszy, jak cię zobaczy… Przyjdziesz?

 

– Chciałbym, ale nie chcę, żeby twoją córkę męczyła moja obecność. Jej to nie wystarczy, nigdy nie wystarczało, wolę się nie pojawiać i nie sprawiać jej więcej bólu ponad ten, którego już byłem przyczyną.

 

Kupiec zasępił się na chwilę. Rodzinę stawiał ponad wszystko, każde dziecko było dla niego skarbem, i nie mógł znieść myśli, że jego mała Anja od wielu lat trwa w beznadziejnym zauroczeniu Lucusem.

 

– Ach, cóż, trudno!- Mężczyzna rozpogodził się.– Mów, co cię przygnało. Chcesz może jakieś nowe cacko? Mam kilka nowych sztyletów, bardzo ładne, wyciągnąć?

 

– Później, Goldberg. Teraz plotki. O mnie, ojcu i Imperatorze. Bo smoki i księżniczki to mało. Nie wierzę, że nikt nie plotkował o tym, że wyjechałem stąd dzień przed rzezią przeciwników.

 

– Hmm, racja, były jakieś podejrzenia, kilka osób zamierzało nawet iść z nimi do zamku, ale zanim tam doszli, zmienili zdanie. Uznali, że to po prostu zbieg okoliczności.

 

Goldberg traktował Lucusa jak syna. A rodzinę stawiał ponad wszystko.

 

– Dziękuję ci. Pamiętaj jednak, że nie zgadzam się na chronienie mnie ponad konieczność. Znam też odpowiednie osoby, w razie potrzeby mogę…

 

– Synku, dobrze wiesz, że odpowiednie osoby znam ja– Goldberg niedbale machnął ręką.– I zanim ty dotrzesz na górę piramidy zależności, to będziesz zwiedzał zamek Burthangu. Od spodu. Nie radzę ci dotykać smrodliwych substancji palcem. Smrodliwe substancje dotyka się kijem, a kijem jestem ja. W razie problemów, kij jest tylko głupim kijem i nic nie wie. A w razie dalszych problemów, kij zna inne kije.

 

Mężczyzna popatrzył uważnie na Lucusa.

 

– Lucus… nie możesz usiąść na miejscu i przeczekać? Znajdź sobie żonkę, rozmnóżcie się, bądź dobrym obywatelem, oczywiście w miarę możliwości… Przestań grzebać się w tym bagnie, bo jak wpadniesz, to ja cię nie będę wyciągać. Po co ci ta krecia robota, dzieciaku? Widzisz, że nic z tego! Jaśnie Panujący ma już przy sobie ośmiu czarodziei, którzy uznali, że przy nim mogą się rozwinąć, Imperator daje im pieniądze i miejsce, a poza tym– daje im bezpieczeństwo. Wiesz, co w dzisiejszych czasach oznacza bezpieczeństwo?

 

– Nie wierzysz już w to wszystko, co, Goldberg? Nie wierzysz, że trzeba? Że to ma sens?– Lucus złapał kupca za ramię i potrząsnął nim gwałtownie.– Gdzie się podział ten stary Goldberg, który drwił z Intruza, co? Widzisz, dziś już nazywasz go Imperatorem, a kiedyś był dla ciebie Intruzem na świętym tronie Burthangu, kiedyś miałeś zapał, kiedyś pomagałeś, kiedyś…

 

– Lucus, synu– Goldberg był spokojny i opanowany– widzę sens w walce o wolność, w walce o bezpieczeństwo i spokojny sen. Ale nie widzę sensu w walce bez szans. Musielibyście mieć po swojej stronie czarodziei z zamku, a szczerze wątpię, żeby mieli ochotę przyłączyć się do was– im jest tam dobrze jak u bogów za piecem, zrozum, że kiedyś, kiedy jego władza dopiero się umacniała, były szanse, duże szanse, ale nie było odwagi… byliśmy złamani ciągłymi walkami, a teraz… teraz, kiedy pojawiło się nowe, chętne do walki pokolenie… teraz nie mamy szans, synu.

 

– Więc co? Chcesz przeczekać? Aż umrze?

 

– Plotka… Plotka głosi, że Imperator co wieczór wypija do kolacji eliksir, przygotowany przez znanego alchemika…

 

„Burchardt!”– pomyślał Lucus, zaciskając pięści. Twarz księcia nie wydawała się już tak przyjazna.

 

– … i czarodzieja, Strogonoffa– dokończył Goldberg. Lucus zagryzł wargi ze wstydu. Prawie oskarżył o zdradę jednego z członków zgromadzenia. Kupiec ciągnął dalej.– Nawet, jeśli Imperator zginie, to pozostaje jego nasionko, słodka i niewinna Silia. Podobno serce ma zgniłe jak ojciec. Nawet nie wymiotuje, kiedy na jej oczach rozcinają człowieka. Wiesz, wydaje się, że dziewczyna, to powinna płakać, mdleć, a ona… nic. Patrzy, i podobno czasem się śmieje. Tak ją sobie wychował. Godna następczyni. Beznamiętna i okrutna. Nigdy nie płacze i nie prosi o litość dla skazanych… Tego się nie da przeczekać, Lucusie. Potrzebujemy interwencji bogów, żeby mieć jakiekolwiek szanse. Ja jestem już stary, wiele widziałem, więcej niż bym chciał… Chcę dożyć spokojnie do końca i zostawić dzieciakom majątek, który będzie można podzielić tak, żeby każde było szczęśliwe…

 

– A czy nie będą bardziej szczęśliwe żyjąc w wolnym kraju? Bez groźby lochów i tortur za nazwanie władcy Intruzem?

 

– Lucusie, spójrz na to trzeźwo. Jakie mamy szanse? Ilu nas jest? Ilu do nas przyjdzie, a ilu odejdzie?

 

– Mylisz się, Goldberg, mamy ogromne szanse. Powiem nawet, że mamy pewność zwycięstwa.

 

– A co daje nam taką pewność, Lucusie? Może sam Imperator dał nam kogoś, kto chce go zniszczyć?

 

Lucus uśmiechnął się. Miał nadzieję, że Goldberg nie będzie musiał długo czekać na potwierdzenie swoich słów.

 

– Tę pewność daje nam słuszność naszej sprawy– powiedział Lucus w zamian– i o tę słuszność warto zawalczyć.

 

II

 

Plotki dotyczące jego wyjazdu okazały się niegroźne. Wprawdzie wyjechał wtedy w tajemnicy, a tajemnice w Burthangu rozchodzą się szybciej niż zapach świeżego chleba, i wyjechał dzień przed rzezią dokonaną na domniemanych zdrajcach, ale wszyscy, którzy mieli zamiar zadenuncjować Lucusa, zostali uciszeni przez znajomych Goldberga. A Goldberg… cóż, Goldberg znał i odpowiednich ludzi, i odpowiednie plotki. Odpowiednie plotki głosiły, że ostatnimi tygodniami Imperator cierpi na nagłe zmiany nastroju, bóle głowy i ataki paniki. Jedne plotki głosiły, że to wpływ tajemniczego eliksiru, który wywołuje zmiany w ciele władcy. Inne plotki głosiły, że Imperator po prostu się starzeje.

 

Prawdą jednak było, że humory Imperatora zmieniały się w ostatnim czasie częściej, niż poddani by chcieli. Zdarzało się, że jednego dnia ułaskawił kilku podejrzanych o dywersję, a wieczorem tego samego dnia skazywał ich na śmierć. Przebłyski łaskawości były tyle niespodziewane, co krótkie. Lucus chciał oderwać się od tego, choćby na chwilę, dlatego wyjechał do posiadłości rodzinnych oddalonych o wiele dni drogi od Burthangu. Prowincja przedstawiała sobą rozpaczliwy widok: większość młodych ludzi, zachęcona perspektywą zarobku, wyniosła się do Burthangu, miasta, gdzie można było całkiem nieźle żyć, jeśli nie wchodziło się w drogę Imperatorowi.

 

Prowincja dogorywała w starości.

 

Imperator już jakiś czas temu miał plany odebrania możnym posiadłości. Zamierzał uwięzić ich wszystkich w Burthangu, aby nie mieli możliwości oddychania bardziej wolnym powietrzem. Zaufani doradcy odradzali mu to, dając do zrozumienia, że arystokracja to taki typ człowieka, który potrzebuje chociażby namiastki władzy– a pozaburthandzkie posiadłości dawały arystokracji pozory, że nad czymś jeszcze panują, co z kolei sprawiało, że byli bardziej posłuszni. Oczywiście, jeśli tylko Imperator zechce, to będą oni absolutnie posłuszni, ale czemu Imperator ma sobie spędzać sen z powiek, prawda? Zmuszenie takiego Wickinsdale’a do posłuszeństwa i oddania posiadłości jest dla Imperatora dziecinną igraszką, ale po co, po co, skoro ten nekromanta będzie się opierał, prosił i zajmował Imperatorowi czas? Tak więc możni zachowali swoje posiadłości, a wśród nich z pewnością znalazło się kilku doradców, których niegdyś, jeszcze nie Imperator, kupił, a którzy teraz bali się utracić to, za co sprzedali duszę diabłu…

 

Lucus spędził kilka tygodni w prawie zupełnym odosobnieniu, studiując księgi, które nie mogły pojawić się w mieście. Próbował nawiązać kontakt przez lustra z czarodziejami spoza granic. Na próżno. Przekroczyć granice można było tylko fizycznie, za specjalnym pozwoleniem. Kiedy Imperator zasiadł na tronie Burthangu, zamknął granice na wszelkie kontakty magiczne. Chyba tylko sama hrabina Staenzl mogła sforsować bariery, nałożone przez czarodziei Imperatora, ale to, co by osiągnęła, nie było warte takiego poświęcenia. Dlatego hrabina działała w ukryciu, tak jak Burchardt, Wickinsdale’owie, madame de Cortfinox i wielu, wielu innych, których Lucus miał poznać przy najbliższej pełni, na wielkim zebraniu Kongregacji Wybranych. Nareszcie, po tylu latach wyrzeczeń stał się członkiem tej najwyższej i najszlachetniejszej grupy, złożonej z wybitnych i obdarzonych często ciężkimi darami jednostek. Jej istnienie było zakodowane głęboko w podświadomości wszystkich mieszkańców kraju, ale nigdy ta nazwa nie została wymówiona głośno. Na przesłuchania zabierano nawet dzieci, jeśli podczas zabawy nieopatrznie wyraziły chęć odegrania roli wampira z Tajnego Zgromadzenia. Z pewnością Imperator również wiedział, że czarodzieje, którzy nie są z nim, a takich nadal było kilku, są przeciwko niemu, ale dowodów nie miał. I o ile prostych obywateli mógł skazywać i męczyć bez obawy o konsekwencje, o tyle bał się tknąć znanych i silnych czarodziei, niebezpieczne byłyby również próby uwięzienia któregoś z wampirów czy wilkołaków. Dopóki nie miał dowodów, nie chciał wprawić w ruch maszyny, która, rozpędzona, mogła przygnieść jego samego. Imperator czekał. Zbierał i przekonywał wahających się. A tym, którzy nadal nie deklarowali się jako uniżeni słudzy, pokazywał, że władza jego sięga wysoko, jak poprzedni król leży głęboko.

 

I jak głęboko leżeli domniemani zdrajcy, których spotkał sromotny koniec w dzień po wyjeździe Lucusa. Tajne oddziały wymordowały bardziej i mniej znanych obywateli miasta, pod zarzutem planowanego zamachu. Żaden z zamordowanych nie był czarodziejem, wilkołakiem ani wampirem. Z reguły nie mieli też za wiele wspólnego z przeciwnikami Imperatora. Lucus sądził, że rzeź była rozpaczliwą próbą pokazania władzy człowieka, który nie cofnie się przed niczym. Sądził, że człowiek ten czuje, że coś się zbliża. Że obywatele podnoszą głowy i wstają z klęczek. W panice rozglądał się dokoła, szukając tego, kto chce wbić mu potajemnie sztylet. Wprawdzie był chroniony zaklęciami, które działały jak tarcza, ale skąd może mieć pewność, że będą one działały wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba? Nie wiedział, że sztylet zamierza wyjść z rękawa jego jedynej nadziei.

 

III

 

Lucus wracał niespiesznie z placu. Rozmowa z Goldbergiem uspokoiła go, mimo, że wyczuł w głosie przyjaciela cienie rezygnacji. Porozmawiał z kilkoma innymi kupcami, nie dowiedział się nic wartościowego, więc wracał zadowolony do domu. Ojciec z pewnością wrócił już dawno. On został jeszcze chwilę po Obrzędzie Inicjacji, wdał się w rozmowę z nieznajomym mężczyzną o wzroku jastrzębia. Nieznajomy był jednym z żołnierzy Imperatora, nazywał się Tristan, i spieszył się do ukochanej. Miał ją odwiedzić przed swoją wartą. Powrót do zamku nie stanowił dla niego problemu, upiorny wygląd budowli wiązał się z wielką ilością nietoperzy, które okrążały ją dniem i nocą. Podejrzewano, że nietoperze za dnia to iluzja czarodziei, stworzona na życzenie Imperatora. I bez nietoperzy zamek budził przerażenie.

 

Wchodząc do domu poczuł zapach pieczonego mięsa. Ojciec ostatnio wyszedł z formy, jego przemiany zaczynały się wcześniej niż kiedyś i były dużo bardziej bolesne. Ojciec przywitał go chrząknięciem. Nie powinni rozmawiać o tym, co stało się dzisiejszej nocy. Sprawy zgromadzenia powinny zostać tam, gdzie się je zostawiło. Zwłaszcza, że nie wiadomo, czy w ich domu nie węszy jakaś magiczna szuja.

 

Koszula ojca, wcześniej idealna i schludna, była pęknięta na plecach. Z dziury, spomiędzy białego materiału, wystawał kawałek porośniętego sierścią kręgosłupa. Ojciec, schylony nad sztuką mięsa, doprawiał ją i obracał. Był to potężny kawał wieprzowiny.

 

– Doprawić i obrocik, doprawić i obrocik– mamrotał zadowolony. Jego głos stał się niższy i bardziej charczący. – Ech, mój mały, kiedyś to było! Mogłem wyjść i zjeść taką, o! taką nawet! A teraz… ech, doprawić, upiec, tyle pracy, żeby przygotować mały posiłeczek…

 

W tej kwestii Lucus nie rozumiał ojca. Nigdy nie miał w ustach surowego mięsa.

 

– Synu, sprawdź łańcuch. Chyba ostatnio go poluzowaliśmy.

 

Lucus zszedł do piwnicy. Zgodnie z zarządzeniem Imperatora każdy wilkołak miał się zgłaszać na kilka dni przed swoją miesięcznicą. I każdy wilkołak miał w swoim domu piwnicę z łańcuchami, do których miał być przywiązany na czas przemiany. Może to i lepiej– mniej słychać teraz o niewyjaśnionych morderstwach.

 

Król najbardziej nie lubił wilkołaków. Ich sierść i dzika natura obrzydzały go. Wampirem jest się cały czas, a wilkołakiem się staje, co miesiąc, w miesięcznicę urodzenia. Wampira poznasz z daleka. Wilkołaka tylko w ten jeden dzień. To wszystko sprawiało, że król traktował wilkołaków z rezerwą. W swojej świcie miał dwóch wampirów, do tego kilku jako żołnierzy, ale żadnego wilkołaka. Wilkołak był nieobliczalny. Wilkołak w czasie przemiany żył własnym, dzikim życiem.

 

I jadł jak barbarzyńca, czego Imperator nie znosił.

 

Lucus sprawdził łańcuchy. Jeden z nich stanowczo miał za luźną obręcz. Zakładanie łańcuchów w piwnicach nadzorowali czarodzieje. Rzucali na nie zaklęcia, które miały wzmocnić ich wytrzymałość. Lucus wskoczył na drabinę. Czarodzieje czarodziejami, ale młotek jest niezawodnym zaklęciem wzmacniającym.

 

IV

 

Zmierzchało, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. W progu stała Anja.

 

– Ojciec mówili, że wróciliście… – szepnęła. Żałowała teraz, że przyszła. Lucus był taki, jak go zapamiętała, gdy widziała go ostatnio. Chłodny i niedostępny.– Wygońcie mnie albo każcie usiąść!- krzyknęła w końcu.– Zawsze tak! Ani w te, ani we wte! Ani ziębisz, ani grzejesz, Lucusie! Albo mi powiedz, że mam iść albo…

 

– Witaj, Anja!- przerwał ojciec Lucusa. W ręku trzymał dwa niedokończone udka kurcząt, którymi zapraszał dziewczynę, by weszła dalej. Ta jednak opierała się. Ojciec znacząco urósł. Głowę miał pochyloną do przodu, szczęka zaczynała wyraźnie wyprzedzać czoło… Kępki rudo-czarnych włosów przysłaniały mu już oczy.

 

– Nie boję się!- krzyknęła hardo dziewczyna, prostując się.– Nawet, jeśli ty tak wyglądasz – powiedziała spoglądając na Lucusa– to… to się nie boję! Ani trochę!

 

– Taaak?– powiedział przeciągle ojciec Lucusa, uśmiechając się.– To wiedz, moja mała, że Lucus wygląda jeszcze gorzej niż ja!- po czym kłapnął zębiskami, rozgryzając kości trzymane w łapie.

 

Dziewczyna spojrzała prosząco na Lucusa.

 

– Powinnaś iść, i nie przychodzić już do mnie, Anju. Nie będę tym, kim chcesz.

 

Anja odwróciła się gwałtownie i wyszła. Pobiegła do domu płacząc na swoim upokorzeniem. Kłamała– bała się, tak strasznie się bała tego człowieka, ale była pewna, że dałaby radę z nim żyć. Byłaby mu wierna i dałaby mu szczęście, a z resztą, czy dziad z rynku nie opowiadał historii, w których zły czar pryskał pod wpływem miłości? Zacisnęła mocniej płaszcz. Cienkie krople deszczu mieszały się z jej łzami.

 

Tymczasem Lucus przygotowywał piwnicę. Wizyta dziewczyny rozdrażniła go, poczuł ponowne ukłucie winy, że kilka lat temu dał tej dziewczynie nadzieję, a potem ją odebrał. Czuł się parszywie. Miał nadzieję, że uda jej się w końcu o nim zapomnieć i ułoży sobie życie z jakimś dobrym mężczyzną. Nie z wilkołakiem, który wymaga comiesięcznego przykuwania do ściany.

 

Spojrzał na swoje dłonie. Do jego miesięcznicy pozostał tydzień, ale pojawiały się już pierwsze symptomy przemiany– mrowienie w dłoniach i dłuższe włosy. Aż do trzeciego dnia miesiąca, kiedy o północy jego umysł wypełni pragnienie krwi. Aż do świtu będzie szarpał łańcuchy, będzie wył i próbował odgryźć wżynającą się w ciało stal… ale aż do północy będzie musiał czekać na zbawienny odgłos odsuwanej zasuwy, i wtedy z góry spłynie jak magiczna nić drabina, po której zejdzie ojciec i odkuje go z kajdan. I wejdą razem po tej drabinie, i przez cały miesiąc nie będzie myślał o piwnicy i swoich łańcuchach. Aż do trzeciego dnia następnego miesiąca.

 

Ostatni raz sprawdził umocowanie łańcuchów. Gdy skończył i był pewien, że, jak co miesiąc, ojciec wytrzyma dobę szaleństwa, zawołał go. Gdy nałożył zabezpieczenia, usłyszał, że ojciec próbuje coś powiedzieć. Monstrualne zęby i postępujące zmiany strun głosowych uniemożliwiły mu dokładną artykulację słów, ale obaj wiedzieli, co mówi. Obaj mówili to, gdy na dobę zostawali sami w piwnicy, tylko z rozszalałą naturą i niepohamowanymi żądzami, na dobę cierpienia, ciemności i samotności.

 

– Do zobaczenia po drugiej stronie– powiedział ojciec Lucusa, wyszczerzając zęby.

 

V

 

Lucus nasłuchiwał. Gdyby tylko usłyszał cos niepokojącego, musiał reagować. Mieli z ojcem dobre, solidne miecze od Goldberga na wypadek, gdyby zaklęcia i młotek okazały się nieskuteczne. Jednak oprócz tego, co słyszał co miesiąc, czyli wycia i rzucania się na ścianę, nie słyszał nic wyjątkowego. Bawił się przez chwilę kulami światła, które wyciągał z wnętrza dłoni. Był synem wilkołaka i czarodziejki, a to niezwykłe połączenie dało mu szansę poznania natury dwóch istot o przeciwnych charakterach. Czarodzieje traktowali wilkołaki jako pomyłkę natury, dawniej zajmowano się nawet tworzeniem eliksirów mających zapobiegać przemianom lecz… żaden z wilkołaków nie chciał ich próbować. Nie znalazł się ani jeden, który chciałby potwierdzić, że jest potworem, którego należy ograniczyć w jego bestialskiej naturze. I tak wilkołak stał się pogardzanym przez czarodziei wybrykiem. Rada czarodziei zebrana wokół Imperatora podsunęła mu plan dekretu ograniczającego swobodę wilkołaków. Nie mogli oni zdobywać większości cenionych stanowisk, musieli w dobę swej przemiany zamykać się w piwnicach lub podziemiach… Przeciwko dekretowi była tylko jedna czarodziejka, zasiadająca w Radzie Imperatora. Wyraziła swój sprzeciw wobec władcy tylko ten jeden raz. A władca Burthangu nie tolerował nawet jednokrotnych sprzeciwów. Czarodziejka trafiła do jednej celi z mężczyzną na dzień przed jego przemianą. Podobno mężczyzna spędził cały dzień, aż do północy, przepraszając ją za to, co zrobi. Patrzyła na jego przemianę i nie reagowała. Nie mogła użyć magii, nie mogła się obronić swoją jedyną bronią, bo dawni przyjaciele skrępowali jej ręce zaklęciami blokującymi. Zaklęcia te wytrzymywały do dwunastu godzin, ale nikt nie sądził, żeby tyle przeżyła.

 

Lucus pamiętał wyraźnie, mimo młodego wtedy wieku, gniew ojca, gdy jej ciało oddano do pogrzebania. Bał się, że będzie musiał przywiązać ojca do łańcuchów, mimo, że nie była to jego miesięcznica. Zdarzało się, że nagły przypływ gniewu wyzwalał przemianę. Ale ojciec się opanował. I z całego serca znienawidził Imperatora, który zabrał mu wolność, godność i żonę. To było wiele lat temu, i stało się katalizatorem działań ojca. Odszukał on ostatnich członków Kongregacji Wybranych, tych, którzy byli w niej przed nastaniem tyranii. Odnowił zgromadzenie, poszerzył je o nowych członków i zaprzysiągł, że za jego życia Burthang ujrzy klęskę Imperatora. Kongregacja stała się dziełem jego życia. Przywrócił jej dawną świetność i obrzędy… wprowadził do niej swojego syna. I córkę Imperatora.

 

Lucus westchnął. Coś takiego się nie zdarza. Był pewien, że jego ojciec to najszlachetniejszy człowiek, jakiego zna. Nawet nie potępił matki za to, że stała się czarodziejką Imperatora. Skoro on zaufał tej dziewczynie, to powinien mieć pewność, że tej dziewczynie można ufać. Powinien mieć pewność… Dziewczyna w szeregach buntowników to nie tylko pewność zwycięstwa, ale i sztandar dla ludzi. Jeśli ona jest z nami, to któż przeciwko nam? Nawet ci, którym nie przeszkadza takie życie muszą przyznać, że kraj był i będzie o wiele lepszy bez tego podłego Intruza, jakim jest Furthus. Furthus Imperator. Furthus, Jaśnie Oświecony Pan i Władca Burthangu. Lucus był dzieciakiem, gdy przyszła wojna, w której przekupstwem i zdradą zapanował na słodkiej ziemi Oolivare ten tyran i okrutnik. Ziemia była znękana najazdami Furthusa, który przez wiele lat wyniszczał kraj, przekupując chętnych i mordując opornych. Stary król Ool, który chciał tylko spokoju, powierzył władzę namiestnikowi, a ten… cóż. Namiestnik już dawno był przekupiony. I tak zapanował Furthus, co w języku jego kraju znaczy „polny”, a że władca nie może być kojarzony z prostactwem, kazał siebie tytułować Imperatorem. Ziemia Oolivare stała się ziemią obiecaną wszelkich oprychów i łajdaków, którzy ściągali do niej w poszukiwaniu łatwego zarobku. A było na czym zarabiać. Zanim Imperator wytrzebił swoich przeciwników, narodziła mu się córka. Zdążył przeciągnąć na swoją stronę czarodziei, skuszonych możliwością badań, które poprzedni władcy uznawali za nieetyczne. Imperator dał im wolną rękę… byleby byli przy nim. I byli. W końcu zostało przy nim ośmiu czarodziei. Wystarczająco dużo, by móc panować nad tym niedużym krajem. Zbyt mało, by podporządkować sobie wszystkich.

 

Wsłuchał się w bicie dzwonów zamkowych. Wiedział, że nie nadeszła jeszcze północ. Zegar zamkowy zawsze jest za wcześnie. Wilkołak jest najdokładniejszym ze znanych ludziom zegarów.

 

Przeraźliwy jęk dobiegł go spod podłogi. Zaczęła się doba ojca.

 

VI

 

Lyco usłyszał zgrzyt odsuwanej zasuwy. Przez głowę przemknęła mu myśl– „Ile jeszcze wytrzymam takich miesięcznic?”. Z otworu ponad nim wysunęła się głowa syna. Sprawdził, czy ojciec wrócił już do stanu dobrego ojczulka. Nigdy nic nie wiadomo.

 

– Zeskakuj tu, synu. Zjadłbym coś. Najchętniej coś dużego.

 

Lucus zeskoczył z drabiny i podszedł do ojca. Wprawnym ruchem sprawdził mu zęby i paznokcie. Wszystko wskazywało na to, że przemiana doszła do końca.

 

– Za tydzień ty, synu. Mam nadzieję, że obciąłeś pazurki.– Lyco rozmasował nadgarstki– Ja tak długo nie wytrzymam. Kiedyś będę musiał wyjść na miesięcznicę, zobaczyć księżyc… Biec przez las, i tak, zeżreć dwie krowy i miałbym spokój! Ech, męczy się tylko wilczek, w kajdanach… ale już niedługo. Mamy kruka, który wydziobie oczy starego tyrana.

 

Weszli na górę i opatrzyli rany. Lucus odłożył miecz do pokoju ojca i podał mu przygotowane wcześniej mięso. Upieczone i odpowiednio doprawione.

 

Za sześć dni miesięcznica Lucusa. Za dwanaście dni zgromadzenie wszystkich członków Kongregacji. Pozna wtedy wszystkich, którzy w Burthangu i okolicy nienawidzą Imperatora i chcą odzyskać dawne Oolivare.

 

– Wiesz, co widzę, synku?– powiedział Lyco, oblizując wyborny kawałek pieczeni.– Widzę, że ludzie się przyzwyczajają. Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Tylko ja się boję, że ludzie przyzwyczają się tak bardzo do tego, co jest teraz, że nie będą wiedzieli, co zrobić z tym, co… będzie później. Wiesz, to tak jak z wilkołakiem. Jak dasz mu sztućce, to powie, że wygodniej palcami. Wprawdzie bardziej się brudzisz, ale o tym się zapomina, prawda? I tak się boję, mój synu, że ludzie powiedzą „Hej, wy! Po co wpychacie nam widelce? My się tym pozabijamy! Wolimy to, co było!”. Tak myślę, synu.

 

– Cóż, ojcze, zawsze istnieje możliwość, że powiedzą „Ach, dziękujemy, jesteśmy zaszczyceni państwa hojnością i dobrym sercem, chcemy jeszcze! Tak, sztućce to wynalazek bogów, tak, nie chcemy tych starych, brudnych palców!”

 

– Wierzysz w to, synu? Że wyrzekną się łatwego jedzenia palcami, wprawdzie brudzącego, ale jednak w jakimś sensie bardziej stabilnego niż taki widelec? Myślisz, że rzucą się nam na szyję? Przekonuję się, że prędzej rzucą w nas widelcem.

 

– Warto zaryzykować, bo damy braciom świadomość, że już nigdy nie muszą się brudzić.

 

Lyco uśmiechnął się szeroko. Mając Silię i Lucusa, mógł wszystko.

 

– Odprowadź staruszka pod pierzynkę, Lucusie. Miałem ciężką noc.

 

Weszli na górę. Mimo ciemności nie potrzebowali świec. Widzieli doskonale. Jeden z kilku atutów bycia wilkołakiem.

 

Ojciec zasnął momentalnie. Miewał ciężkie sny po przemianie. Lucus został jeszcze chwilę.

 

Z odbicia w lustrze patrzyły na niego jaskrawoczerwone oczy wilkołaka.

 

VII

 

Tydzień później Lyco sprawdzał łańcuchy. Ostatnio obawiał się, że na młodego wilkołaka mogą być niedługo niewystarczające. Wprawdzie nie było szans wydostania się z tak głębokiej piwnicy, zwłaszcza, że drzwiczki znajdowały się pod sufitem, wyżej, niż wilkołak mógłby doskoczyć…

 

Jednak Lucus nie był zwykłym wilkołakiem.

 

Gdyby Lyco wiedział, że dziewczyna była czarodziejką… i gdyby ona wiedziała, że on jest wilkołakiem… Stworzyli dziecko, które nie miało prawa przeżyć. Było wilkołakiem ze zdolnościami magicznymi. Nigdy nie ujawniły się one w trakcie przemiany, ale Lyco był pewien, że kiedyś się to stanie. I będzie to bardzo, bardzo krwawa miesięcznica.

 

Matka Lucusa nie chciała go nauczyć niczego, co mogłoby być niebezpieczne podczas przemiany. Żadnych zaklęć rozbrajających i niszczących.

 

Więc uczył się sam.

 

Lyco dowiedział się o tym, gdy syn wyjechał ostatnio z Burthangu. Przez chwilę szalał i miał zamiar go przykuć na wieczność (nieznacznie urosły mu wtedy zęby), ale uznał, że skoro do tej pory Lucus nie wykorzystywał tego w czasie przemiany, to nie powinien mu przerywać. Ale Lyco obawiał się, że kiedyś nastąpi moment, gdy się nie opanuje.

 

Łańcuchy trzymały mocno.

 

Lucus napełniał się kolejnymi porcjami mięsa. Szczęka i żuchwa pracowały jak najlepszy zespół. Żołądek przyjmował posiłki z ochotą, i prosił o więcej.

 

– Nie wiem, jak możesz jeść surowe mięso– wymamrotał Lucus, wpychając całego kurczaka do rozrośniętej paszczy.– Dobrze upieczone mięsko… Taaa, upieczone i przyprawione…

 

– Gdybyś, synu, miał taki apetyt za króla Oola, dałbym ci posmakować świeżo upolowanej sarenki. Niestety, kiedy byliśmy wolni, ciebie można było utrzymać na smyczy podczas przemiany. Jeszcze poznasz polowanie, synu. I krwiste mięso!- Ojciec uśmiechnął się, obserwując syna. Przemiana była blisko, na samo wspomnienie krwistego mięsa mięśnie Lucusa zadrżały.– Idziemy na dół. Już czas.

 

Lucus oderwał się z niechęcią od stołu, na którym zostawił stos resztek. Zeskoczył do piwnicy. Był w stanie euforii, nie potrzebował już drabiny. Rozpierała go energia.

 

– I pomyśleć, że jesteśmy traktowani jak ohydny wybryk natury.

 

– Do zobaczenia po drugiej stronie– wymamrotał Lucus, opanowując oddech. Próbował okiełznać pędzące porywy siły. Rzucił okiem na ojca. Patrzył na niego, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Drzwiczki jęknęły cicho. Zgrzytnęła zasuwa.

 

Pół godziny później usłyszał jęczące dzwony z zamku. Były ciche… za głośne.

 

Rozpoczęła się doba Lucusa.

 

VIII

 

Przez głowę przemknęła mu myśl– zasuwa powinna już zgrzytnąć. Pomyślał, że ból i cierpienie sprawiły, że stracił wyczucie czasu.

 

Po pewnym czasie zdał sobie sprawę z tego, że po jego przemianie nie został ślad.

 

Wytężał słuch, ale na górze było głucho.

 

Napiął mięśnie. Łańcuchy, które oparły się sile wilkołaka, ani drgnęły.

 

Wprawdzie zostały wzmocnione również magicznie, ale… nie przeciwko magii.

 

Spojrzał na swoje dłonie. Był taki zmęczony…

 

Skoncentrował się i wypowiedział formułę. Nie było to nic specjalnego, ale miał nadzieję, że zadziała. Po chwili obręcze otaczające jego nadgarstki, kostki, szyję i biodra rozszerzyły się.

 

Już nigdy ich nie użyją. Miał nadzieję, że nie będą musieli. Miał przeczucie, że zaczęło się to, na co jego ojciec czekał wiele lat.

 

Stanął pod drzwiczkami. Próbował użyć znanych mu prostych zaklęć, ale żadne nie zadziałało. Próbował nawet wezwać drabinę do siebie, ale nie miała zamiaru się pojawić. Próbował wspiąć się po ścianie, ale nawet z magicznymi przylepkami był zbyt ciężki. Gdyby tylko ćwiczył więcej zaklęć ratujących życie, zamiast tych demaskujących zmiany, przebijających blokady magiczne… gdyby zajmował się zaklęciami przemian, mógłby zamienić łańcuchy w drabinę, a tak… miał do wykorzystania kilka zaklęć obezwładniających, kilka przenikających ubranie, jedno rozpalające ogień… Rzucił rozżarzoną kulą w drzwiczki. Otworzyły się. Z otworu wypadł rudy pukiel włosów.

 

– Na górę, wilku. Mam dobre wieści. Albo złe, zależy jak spojrzeć.

 

IX

 

Lucus jadł szybko, słuchając relacji Tiriany.

 

W dzień jego przemiany Imperator zaprosił do siebie kilku ważnych obywateli miasta. Osobno. Tak, że nie mogli się porozumieć.

 

– Burchardt, Wickinsdale’owie, Staenzl, Cortfinox, Lyco. Byli tam też inni… nasi.

 

– Myślisz, że wie, że są członkami zgromadzenia?– powiedział, przełykając szybko.– Wie o nas?

 

Kobieta zaśmiała się.

 

– Oczywiście, że wie o nich. Zawsze wiedział. Ale nie wie o mnie. I o kilku innych dywersantach, których by się nie spodziewał znaleźć w swoich szeregach, chociażby o Tristanie. Wezwał ich, bo w nich można strzelać w ciemno. Kto inny chciałby go wyrzucić z siodła, jeśli nie Wickinsdale’owie, Staenzl czy twój ojciec? On myśli, że wskażą mu resztę. Stary głupiec! Prędzej się skichają, wybacz wyrażenie. Jestem cała w nerwach, ojciec opowiadał mi dzisiaj o torturach, jakim będą poddani… Lucus. Ojciec kazał mi cię wydostać z tej cholernej piwnicy. Wybacz, że tak późno, nie mogłam wyjść z zamku przed świtaniem, nie chciałam się teleportować, bo ten cholerny Smirnoff wzmocnił ochronę zamku… boi się, że mu Staenzl ucieknie. Ale ona nie ucieknie. Zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił ten stary drań? Zaprosił kota do norki. Dziś ruszamy na zamek. Rozsadzimy go od środka, jeszcze bardziej od środka, niż chciała tego Silia. Nie, nie uciszaj mnie. Nikt nas nie podsłuchuje, zajęci są Staenzl i Cortfinox… Wiesz, że nasza madame uwiodła już jednego ze strażników? Prawie ją wypuścił. Więc… znasz jakieś zaklęcia rozbrajające?

 

X

 

Droga do zamku dłużyła się. W bramie powitał go Tristan. Pozwolił wejść. Był niespokojny. Lucus zastanawiał się, czy informacja o puczu dotarła też do niego. Jeśli nie, to wzrok Lucusa wyjaśnił mu resztę.

 

Plac przed zamkiem składał się z szeregu kolumn i fontann, połączonych trawiastymi i żwirowymi alejkami. Na końcu północnej alejki czekał już na niego baron Sllythff, dowódca więziennictwa Jego Królewskiej Mości. Osobiście zaprowadził Lucusa do lochów.

 

Krętymi tunelami wydrążonymi pod zamkiem dotarli do części zwanej Miejscem Cieni. Przed Imperatorem w podziemiach zamku znajdowały się królewskie piwnice. Więźniów trzymano w ustronnym miejscu, gdzieś na prowincji. Dopiero nowy władca uznał, że będzie mu się lepiej spać, mając więźniów pod sobą. I z winnych piwnic uczynił lochy.

 

Lucus rozglądał się dokładnie.

 

Plan był prosty. Czarodzieje byli blokowani zaklęciami, wampiry– srebrem. Wilkołaków przed przemianą nie powstrzymywało nic. Musieli zgromadzić w sobie tak duży ładunek zła, agresji i gniewu, by wyzwolić przemianę. Wilkołak jest wtedy dużo słabszy, ale zarazem może bardziej kontrolować swoje działania. Nigdy tego nie próbowali, ale dziś mieli niepowtarzalną szansę zakończenia lat upokorzeń. Wystarczyło wpaść w złość. W zamku nadal panowało stare przekonanie, że wilkołak może się przemienić tylko w czasie swojej miesięcznicy.

 

Korytarz zwęził się nieznacznie. Minęli celę Staenzl i Wickinsdale’ów. Reszta więźniów nie była Lucusowi znana. Byli to brudni i zmaltretowani ludzie, czekający końca męki, ostatniej tortury, ostatniego koła, na którym będą mogli wykonać ostatni oddech.

 

– Pożegnaj się z ojczulkiem, wilku, i nie próbuj sztuczek. Wiemy, że wczoraj miałeś przemianę. Twój ojciec miał tydzień temu, więc niczym nas nie nastraszysz. Pamiętaj, że tutaj łatwiej wejść niż stąd wyjść. Jeśli tylko zrobisz coś, co mi się nie spodoba…– Sllythff wykonał gest przekręcania klucza w zamku– …będziesz się widział z tatkiem po jednej stronie krat.

 

Lucus podszedł do celi ojca. Stanęli naprzeciw siebie. Nie było czasu. Czerwone oczy wilków skoncentrowały się głównie na jednym obrazie, który wywołali z pamięci. Nigdy nie myśleli o tym tak intensywnie. Nawzajem potęgowali swoją złość na tyrana i zabójcę ich żony i matki. Sllythff, widząc, że dzieje się coś niedobrego, kazał jednemu ze strażników biec po pomoc. Na końcu korytarza zatrzymała go Tiriana. To, co później stało się w lochach, okryć należy mgłą tajemnicy. Wystarczy powiedzieć, że oprawcy dostali to, co dawali.

 

XI

 

W głównej sali zamku czekali już na nich czarodzieje Imperatora, on sam i jego córka. Lucus, Lyco, Tiriana i reszta sprzymierzeńców stanęła na jednym końcu sali. Głos Imperatora przerwał ciszę.

 

– Chcecie zniszczyć dzieło mojego życia? Chcecie zabrać mi to, co zdobyłem? Głupcy! Myślicie, że jesteście ode mnie lepsi? Zdobyłem to wszystko zdradą, przekupstwem i mordem. A wy? Czym zdobędziecie swoją, tak zwaną, wolność? Zdradą, przekupstwem i mordem. Więc w czym jesteście lepsi? Uważacie, że walczycie w słusznej sprawie? Otóż powiem wam coś, co powinniście zapamiętać. Ty, Burchardzie, który chciałeś być moim alchemikiem, ale wolałem Strogonoffa, i ty, pani Wickinsdale, której odmówiłem względów, i ty, mała panno Sllythff, która nie zasiadłaś w mojej radzie, mimo, że bardzo chciałaś… i wy, cała reszto… nie jesteście ode mnie lepsi ani o cal! Wszyscy chcemy tylko własnego dobra!

 

– To kłamstwo!- krzyknęło kilka osób.

 

– To prawda!- odkrzyknął Imperator.– Znam wasze niecne myśli. Widziałem zawód w oczach Burcharda i Wickinsdale, widziałem gniew pana Lyco, widzę gniew jego syna… Wszystko to robicie dla własnej korzyści! Bo chcecie mieć satysfakcję, że uśmierzyliście gniew i skąpaliście miecze w mojej krwi… Ale ta bajka się tak nie skończy. Jesteście większymi potworami niż ja, bo nie chcecie się do tego przyznać! Każdy z was pragnie mojej śmierci nie dla kogoś innego, ale dla siebie! Nawet taki Tristan, żołdak, którego raczę teraz zaszczycić spojrzeniem, chce mojej śmierci by móc już bez ukrywania się spotykać z moją Silią! Dlatego przepraszam, ale wszystkie te wasze spotkania w katakumbach, wasze dumne rozmowy kończą w tej chwili swój fałszywy żywot. Nie ma zwycięstwa. Wszyscy jesteśmy przegrani. Wszyscy jesteśmy potworami.– Imperator odwrócił się do córki.– A ty, mała żmijko? Jesteś lepsza od nich? Przyznaj, czemu chciałaś to wszystko zrobić?

 

Lucus spojrzał na Silię. Była stanowcza i silna. I był pewien, że już wie, co ta mała Imperatorka powie.

 

– Bo chcę rządzić, ojcze. Im prędzej cię nie będzie, tym prędzej będę ja.– Odwróciła się do tych, którzy jej zaufali.– I tak, chciałam wam pomóc. Zawsze. Zawsze chciałam zastąpić ojca. A potrzeba mi było do tego tylko kilku lat, zanim umrze. Tylko… skoro mogłam zostać królową jako uwielbiana przez tłum, a nie gardzona przezeń, to wolałam dołączyć do was i grać… grać jak wy wszyscy. Wszyscy kłamaliśmy i zdradzaliśmy. Wszyscy. I ojciec jest najszlachetniejszy z nas wszystkich, bo mimo całej ohydy jego poczynań, on jeden przyznaje się do tego, że jest egoistą. A, cóż, każdy jest. Po trochu. Ale żeby się do tego przyznać… trzeba być kimś naprawdę wielkim.

 

Lucus spojrzał na ojca. Jego ciało wracało do normalnych rozmiarów. Unikał jego wzroku.

 

– Pragnęliście wolności dla siebie, a nie dla niej samej. Pokonać tyranię można albo drugą tyranią, albo czystą szlachetnością. Wy nie chcecie się przyznać do pierwszego, a drugiego nie macie. I powiedzcie mi teraz, zdobywając się choć na odrobinę prawości– czy taka chęć mordu, jaka była w was kilka chwil temu, przystoi człowiekowi szlachetnemu?

 

Cisza, jaka zapadła, pełna była namysłu. Wstydu. I upokorzenia.

 

– Kto jest bez winy, niech wyjdzie. A kto uważa, że jest winien, niech wyciągnie ręce i da się skuć.

 

Pierwsza wyciągnęła ręce Silia. Zadrżała, gdy ciężkie łańcuchy oplotły jej półnagie ramiona.

 

A potem słychać było tylko dźwięk łańcuchów, oplatających półnagie ciała.

Koniec

Komentarze

Dźwięczny chrzęst łańcuchów? Sprzeczość...

To można zainicjować pieśń? Jakoś mi nie odpowiada ten zwrot :(

Powiedz mi jeszcze tylko jaki to kolor pąsowy, bo niestety jestem tylko facetem :D

Narazie nie skończyłem czytania, ale w najbliższym czasie się z tym uporam i z pewnością zostawię swą skromną opinię ;)

RogerRedeye'u, dziękuję za uwagę. Będę wdzięczna za nieco dłuższy komentarz- chyba, że zdecydowałeś się na przeczytanie tylko ostatniego zdania :)
kudłaczu, pąsowy to taki... mniej czerwony niż karminowy. I zostanę przy inicjowaniu pieśni, bo to przecież tyle, co "zaczynać", "dawać początek". Czekam na opinię :)

nie podobało mi się, nawet nie chodzi o brak happy end'u, ale o te głupoty jakie wygadywali na końcu. Przyznać się do egoizmu to hwała? Nie przekonałaś mnie, a środek nudny jak flaki z olejem i prowadzi do niczego. Mam wrażenie, że końcówkę pisałaś na szybko. Wiem bo sam tak często mam :P

Od razu widać, że lato i upały - najpierw pływanie, teraz krągłości, we wrześniu będzie nawał angstu.

I znowu wampiry?

 

Chociaż jestem miło zaskoczona, że autor/ka używa karminu, zamiast purpury. (Purpura to odcień fioletu, nie czerwieni - tak na wszelki wypadek napiszę).

Zaczęło się dobrze, naprawde ciekawie. Klasyczne fantasy z zajawką intrygi. Ale im dalej, tym było gorzej. Ostatecznie okazalo się, że to absolutnie przegadana powieść obyczajowa lekko podkolorowana fantasy, w dodatku z totalnie pompatycznym zakończeniem. Tekst dałoby się skrócić co najmniej o połowę, bo nei dość, ze masz tu mnóstwo zupełnie niepotrzebnych i nic nie wnoszących scen (np. sceny z tą Anją sa od czapy), to w dodatku w kółko powtarzasz te same informacje (np. jaki to tyran jest zły i bla bla bla...).

 

Jednak patrzac bardzije ogólnie, to i tak tekst jest lepszy od średniej portalowej. Widać, że się starałaś, próbowałaś budować klimat i tworzyć bohaterów, historia pokazuje już jakiś stopień umiejetności. Język też jest całkiem przyjemny. Bez przynudzania i bez patosu, a bedzie tylko lepiej.

www.herbatkauheleny.pl

Zaczyna się dosyć obiecująco. Potem przez pół tekstu nic się nie dzieje. Potem dowiadujemy się, kim jest bohater i jego ojciec. Dalej już tylko klasyczna walka klas w wersji fantasy. Patos, wredny tyran, obowiązkowy wątek miłosny. No, przynajmniej ten tylko połowicznie…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka