- Opowiadanie: An-Elenel - Wieczna wędrówka (SHORT)

Wieczna wędrówka (SHORT)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Wieczna wędrówka (SHORT)

Chłonęłam świeże powietrze, wiedząc, że zaraz wrócę do dusznego, śmierdzącego pomieszczenia. Stałam na granicy dwóch światów ze wzrokiem skierowanym w puszczę zdającą się być tylko na wyciągnięcie ręki. Już czułam zapach delikatnych kwiatów i ziół, już słyszałam szelest liści, w wyobraźni już dłonią dotykałam jednocześnie szorstkiej oraz przyjemnej kory drzew… Niestety, dziś nie mogłam odejść w tę ostoję spokoju i bezpieczeństwa. Jeszcze nie.

 

– Sara! Gdzie ty się podziewasz?

 

Westchnęłam, gdy usłyszałam zgryźliwy głos właściciela przydrożnej karczmy, w jakiej pracowałam. Z lekkim żalem zawróciłam do tego drugiego świata – świata ludzi. W głównej sali drewnianego budynku mimo wybitego okna uderzył we mnie panujący zaduch. Smród spoconych, niemytych ciał oraz mocnego alkoholu drażnił nos, ale szybko ponownie się do niego przyzwyczaiłam. Także wzrok musiał dostosować się do lekkiego półmroku spowodowanego zapadającym szybko zmierzchem. Właśnie w tym czasie karczma rozbrzmiewała największym gwarem, kiedy zmęczeni pracą ludzie szukali odpoczynku w kuflu piwa.

 

– Zanieś to tamtemu w rogu – polecił mi karczmarz, podając talerz gęstej zupy.

 

Zapach potrawy przypomniał mi o własnym głodzie, lecz kolację miałam zjeść dopiero za kilka godzin. Zerknęłam ciekawie w stronę zamawiającego i spostrzegłam postać okrytą ciemnym płaszczem. Coś we mnie drgnęło, choć zignorowałam niepokój. Postawiłam danie przed tajemniczym gościem. Pod kapturem dojrzałam czujne oczy osadzone w srogiej twarzy z kilkudniowym zarostem. Miałam dziwne wrażenie, że kiedyś go widziałam. I miałam jeszcze większe wrażenie, że on mógł mnie rozpoznać. Te ciemne oczy wpatrzyły się w moje, ale odwróciłam się zdecydowanie. Czułam na sobie wzrok nieznajomego, co wzmagało we mnie irracjonalny strach. Rzuciłam mu jeszcze ukradkowe spojrzenie. Zabrał się wreszcie za zupę, a ja przyjrzałam mu się. Dopiero teraz rozpoznałam kształt miecza skryty pod grubą tkaniną płaszcza.

 

– Sara! Nie śpij! Zapytaj tamtych, czy im czego nie potrzeba. Bądź miła!

 

Z reguły stary Perod nie dbał tak o klientów, jednak wygląd wskazanej grupki przywodził na myśl sporą zawartość sakiewek. Może i mi coś skapnie? Zalotnie kołysząc biodrami, podeszłam do kupca w średnim wieku. Odgarnęłam z twarzy długie, ciemnorude włosy i uśmiechnęłam się.

 

– Czy czegoś pan sobie życzy? – zaświergotałam.

 

– Przynieś nam dzban wina – zażądał mężczyzna, zmierzywszy mnie wzrokiem. – Byle szybko – dodał, a w mojej dłoni wylądowała zachęcająca do pośpiechu srebrna moneta.

 

– Ależ oczywiście, proszę pana – przytaknęłam skwapliwie.

 

Nieźle jak na razie… Już chwilę później wróciłam z zamówieniem. Niestety, zanim mogłam stworzyć okazję do zarobienia jeszcze paru groszy, przywołała mnie hałaśliwa grupka obok. Jeden z pijaków namierzył się, by mnie do siebie przygarnąć, jednak uchyliłam się. Pijaczyna stracił równowagę, przez co padł do mych nóg. Inni zaśmiali się hałaśliwie.

 

– Piwa! – zawołali.

 

Kiedy szłam z powrotem do baru, doszły do mnie strzępki rozmowy kupca i jego towarzyszy.

 

– Straszny nieurodzaj w tym roku. Jakby bogowie chcieli się na nas zemścić…

 

– …słyszałeś o tej nowej sekcie? Twierdzą, że to kara za grzechy…

 

– Biczowaniem się nie nakarmią dzieci. Nic, tylko głód nas czeka… Wymarcie… Zakon Świętego Drzewa przysiągł odkupić winy…

 

– A jeśli to się utrzyma? Już panuje śmierć…

 

Nie pierwszy raz słyszałam nowiny tego typu. Każdy przyjezdny żalił się na klęski żywiołowe. Jedynie w tej okolicy wszystko normalnie rosło, a nawet wydawało niezwykłej wielkości plony. W ten sposób biedna wieś w krótkim czasie zdołała się całkiem nieźle wzbogacić. Potrząsnęłam głową, skupiając się na pracy. Zaniosłam kufle piwa stałym bywalcom karczmy. Krzątałam się po sali, chociaż nie zawsze nadążałam ze wszystkim. Stary Perod nie zamierzał zatrudnić nikogo do pomocy, więc cała robota spadała na mnie. Cierpliwie ignorowałam zaczepki podpitych wieśniaków, ale nie potrafiłam zignorować uważnego wzroku obcego w ciemnym płaszczu. Za każdym razem, gdy na mnie patrzył, przebiegał po mnie mimowolny dreszcz.

 

Niespodziewanie drzwi otworzyły się, a do karczmy zdecydowanym krokiem wkroczył mężczyzna w szarym płaszczu. Tym razem szybko spostrzegłam, że ma miecz przy pasie, co tylko wzmogło mój niepokój. Nieznajomy rozejrzał się, po czym usiadł w kącie, gdzie skrywał go cień. Teraz obu niecodziennych klientów oddzielała cała sala, ponieważ każdy zajął przeciwległy kąt. Każdy też skrywał twarz pod kapturem, jednak podświadomie czułam, że się sobie przyglądają. Postarałam się na żadnego nie zwracać większej uwagi i odeszłam, by przyjąć zamówienie.

 

Po paru godzinach ledwo trzymałam się na nogach, więc żona karczmarza pozwoliła mi odpocząć na kilkanaście minut. Łapczywie zjadłam zupę z kawałkiem chleba, a potem usiadłam w miarę wygodnie na krześle w kuchni. Fakt, ta praca nie należała do najłatwiejszych. Męczyłam się, jednak… lubiłam ją. Dawała mi wytchnienie. Nigdy do tej pory nie poznałam takiego życia, a ja bardzo lubiłam nowe wyzwania. Ziewnęłam szeroko. Zza okna usłyszałam wycie wilka kontrastujące z głośnymi, sprośnymi piosnkami prostaków, jakie właśnie teraz przybrały na sile.

 

– Jeszcze tylko parę godzin – mruknęłam do siebie dla otuchy.

 

Przeciągnęłam się, kiedy dochodzące dźwięki zmieniły się. Piosnka zamilkła. Narastały przerażone krzyki, huki… Brzęczało tłuczone szkło. Coś mocno przywaliło o podłogę – stół albo… człowiek. Wrzask. Tupot stóp…

 

Wbiegłam do pomieszczenia, chociaż właściwie powinnam się stąd wynieść. Ludzie uciekli, a na środku karczmy mierzyło się wzrokiem dwóch zakapturzonych przybyszów. Częściowo połamane stoły zostały odepchnięte pod same ściany. Dwóch mężczyzn odgarnęło kaptury, ukazując misterne tatuaże na twarzach. Znałam te tatuaże i znałam ich symbolikę. Pierwszy z obcych nosił liściasty znak przywódcy Zakonu Świętego Drzewa. Drugi natomiast mógł pochwalić się kierowaniem Zakonem Srebrnego Wilka. Nie dostrzegli mnie, więc stanęłam pod ścianą. Zazgrzytały wyciągane z pochew miecze i zalśniły w świetle zapalonych świec.

 

– Przysięgałem cię zabić, demonie – oznajmił donośnie świętodrzewiec. – Uchronię przed tobą świat i przywrócę urodzaj!

 

– To ty nasłałeś na lud klęski. Nie kłam, bękarcie piekieł! – odparł jadowicie srebrnowilk. – Tropiłem cię długo. Dziś wypełnię mą świętą przysięgę!

 

Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem. Oba Zakony wprost uwielbiały takie patetyczne mówki, a gawiedź chciwie chłonęła każde zdanie. Ludzie bynajmniej nie uciekli, ale teraz zaglądali ciekawie przez okna. W każdym razie ze słów dwóch przywódców wywnioskowałam jedno: oskarżali się wzajemnie o katastrofalny nieurodzaj ostatniego roku, a co za tym idzie – postanowili zabić rzekomego sprawcę zła. Niedobrze. Nie spodziewałam się tego.

 

Wojownicy starli się w fascynującej walce, za którym przebiegiem nie byłam w stanie nadążyć. Jak urzeczona wpatrywałam się w taniec ciał połączonych z mieczami. Ostrza wirowały, błyszcząc odbitym światłem. Nagle jedno z nich zostało splamione czerwoną krwią, a ja zrozumiałam, że oni się pozabijają. Dlaczego dwaj wielcy ludzie mają zginąć bez żadnego sensownego powodu? Muszę to przerwać!

 

Wyzwoliwszy swoją wewnętrzną moc, usłyszałam przytłumione okrzyki gawiedzi. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak to dla nich wygląda. Oto zwykła, niepozorna dziewka z karczmy przemieniła się w wysoką pannę o głębokich oczach, lśniących, długich włosach oraz odzianą w długą suknię z liści i kwiatów. Jakby tego było mało, bił ode mnie blask śmiało konkurujący ze słabymi płomykami świec. Pochłonięci pojedynkiem zakonnicy nie zwrócili na mnie uwagi.

 

– Zaniechajcie walki. – Mój głos nabrał dostojnej siły, jakiej nikt nie śmiał zignorować.

 

Wojownicy padli na kolana, a za ich przykładem poszli także wieśniacy za oknami. To było takie nudne…

 

– Dlaczego zawsze ze sobą walczycie? – zapytałam ostro. – Zakon Świętego Drzewa i Zakon Srebrnego Wilka powinny ze sobą współpracować tak jak roślinność stanowi jedność ze światem zwierząt.

 

– Ale pani… – wyjąkał srebrnowilk. – Czy to nie przez nich zesłałaś na nas klątwę?

 

Uniosłam brew.

 

– Jaką klątwę?

 

– Czyż nieurodzaj nie jest karą za nasze grzechy? – przyłączył się świętodrzewiec. – A raczej… za ich grzechy. – Zerknął na przeciwnika.

 

– Nie, nie – zaprzeczyłam szybko. – To… – Zawahałam się, próbując wymyślić sensowny powód. – To próba.

 

Dobra, w rzeczywistości nie było żadnej próby. Chyba chociaż raz na jakiś czas należy mi się odpoczynek, nie?

 

– O, pani. Czy zlitujesz się nad głodującymi dziećmi? Przyjmiemy karę, lecz pozwól żyć naszemu ludowi.

 

Poczułam leciutkie wyrzuty sumienia. Szczerze mówiąc, nie pomyślałam, że moja decyzja może powodować śmierć. To mój brat pragnął ludzkich śmierci, a ja zawsze uwielbiałam robić mu na złość.

 

– Sami możecie im pomóc – rzekłam zdecydowanie. – Macie jeszcze zapasy w waszych zakonnych spiżarniach. Podzielcie się z ludem, a uznam, że przeszliście próbę.

 

– Tak zrobimy, święta pani – przyznali zgodnie. – Uczynimy, co nam rozkażesz.

 

Westchnęłam ukradkiem. Czyli mój odpoczynek uległ znacznemu skróceniu, niestety. Cóż, nie pozostawało mi już nic innego, jak wrócić do pracy. Przeszłam pomiędzy klęczącymi bogobojnie zakonnikami, roznosząc wokół siebie zapach świeżych ziół. Ruszyłam przed siebie, by znów sprawiedliwie ofiarowywać każdemu z regionów błogosławione życie i doprowadzać brata – a boga śmierci zarazem – do wściekłości. Ruszyłam przed siebie, by kontynuować swoją wędrówkę. Wędrówkę przez całą wieczność.

Koniec

Komentarze

Jakiś długi ten short:). Przeczytałem, ale opowiadanie niespecjalnie mnie porwało. Przunudzające trochę. Po drodze zauważyłem kilka niezgrabności językowych, ale ogólnie nie jest źle.

Mastiff

Już czułam zapach delikatnych kwiatów i ziół, już słyszałam szelest liści, w wyobraźni już dłonią dotykałam jednocześnie szorstkiej oraz przyjemnej kory drzew… - na pewno bez pogrubionego już, a opcjonalnie obyłoby się i bez dłoni. W jakim sensie kora jest przyjemna?

 

Właśnie w tym czasie karczma rozbrzmiewała największym gwarem, kiedy zmęczeni pracą ludzie szukali odpoczynku w kuflu piwa. – To musieli być chyba liliputy, że się do kufla zmieścili :P Przy kuflu piwa.

 

Spod kaptura dojrzałam czujne oczy osadzone w srogiej twarzy z kilkudniowym zarostem. – Strasznie kaprawo to brzmi. I do tego szwankuje logicznie. Skoro dojrzała coś spod kaptura, to ona musiała go mieć na głowie. A jakby tak : Pod kapturem dojrzałam srogą twarz pokrytą kilkudniowym zarostem oraz czujne oczy – czy jakoś podobnie.

 

Spod kaptura dojrzałam czujne oczy osadzone w srogiej twarzy z kilkudniowym zarostem. Miałam dziwne wrażenie, że kiedyś go widziałam. – Do kogo/czego odnosi się to „go”? Z kontekstu wynika, że do kaptura. Lepiej w ten sposób: Miałam dziwne wrażenie, że kiedyś już widziałam tego typa.

Kiedy szłam z powrotem do baru, doszły do mnie strzępki rozmowy kupca i jego towarzyszy. – powtórzenie

 

Po paru godzinach ledwo trzymałam się na nogach, więc żona karczmarza pozwoliła mi odpocząć na kilkanaście minut. – bez „na”

 

Wojownicy starli się w fascynującej walce, za którym przebiegiem nie byłam w stanie nadążyć. – której

 

Nagle jedno z nich zostało splamione czerwoną krwią, a ja zrozumiałam, że oni się pozabijają. – Heh, a co myślała, że się będą przytulać? (To taki wtręt osobisty :P)

 

. Oto zwykła, niepozorna dziewka z karczmy przemieniła się w wysoką pannę o głębokich oczach, lśniących, długich włosach oraz odzianą w długą suknię z liści i kwiatów. – bez oraz

 

Jakby tego było mało, bił ode mnie blask śmiało konkurujący ze słabymi płomykami świec. – To lichutki ten blask był. Nie lepiej czymś mocniejszym wypalić, np. konkurujący z blaskiem słońca na bezchmurnym niebie?

 

Takie sobie jak dla mnie. Sporo niejasności w tym tekście, sporo błędów. Jako wprawka pisarska ok, ale jedynie tyle.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

„Westchnęłam, gdy usłyszałam zgryźliwy głos właściciela przydrożnej karczmy, w jakiej pracowałam.” - w której, a nie w jakiej. To różnica.

 

„Spod kaptura dojrzałam czujne oczy osadzone w srogiej twarzy z kilkudniowym zarostem.” - Nie. Powinno być: pod kapturem dojrzałam... „Spod kaptura” sugeruje, że to dziewczyna ma na głowie kaptur.

 

„...wygląd wskazanej grupki przywodził na myśl sporą zawartość sakiewek.” - To niezbyt naturalne sformułowanie. Spora zawartość? Co to właściwie znaczy? Raczej coś w rodzaju „wypchanych sakiewek”, „pękatych sakiewek”, po prostu zamożności?

 

„Jeden z pijaków namierzył się, by mnie do siebie przygarnąć, jednak uchyliłam się.”

Według słownika PWN:

namierzyć się

1. «zmęczyć się długotrwałym lub wielokrotnym mierzeniem»

2. «poświęcić wiele czasu na sprawdzanie, czy coś jest odpowiednie»

Niewłaściwe użycie słowa. Zamierzył się, czy o to chodziło? Wyciągnął rękę?

 

„Jedynie w tej okolicy wszystko normalnie rosło, a nawet wydawało niezwykłej wielkości plony.” - kolejne niezręczne stwierdzenie.

 

„Za każdym razem, gdy na mnie patrzył, przebiegał po mnie mimowolny dreszcz.” - Na małych nóżkach, ten dreszcz? Dreszcz czasem przebiega po plecach, w odniesieniu do całego ciała jednak raczej używa się określenia „przeszedł mnie dreszcz”.

 

„Drugi natomiast mógł pochwalić się kierowaniem Zakonem Srebrnego Wilka.” - znowuż niezręczne sformułowanie...

 

„Pochłonięci pojedynkiem zakonnicy nie zwrócili na mnie uwagi.”

Ach tak...

 

„- Ale pani… - wyjąkał srebrnowilk – Czy to nie przez nich zesłałaś na nas klątwę?” - kropka po srebrnowilk.

 

„- Nie, nie – zaprzeczyłam szybko. – To… - Zawahałam się, próbując wymyślić sensowny powód – To próba.” - kropka po powód.

 

„- O, pani. Czy zlitujesz się na głodującymi dziećmi? Przyjmiemy karę, lecz pozwól żyć naszemu ludowi.” - nad dziećmi, literówka.

 

Również pozostaję bez emocji. Rozumiem, że bogini urodzaju robi sobie przerwę jako dziewka służebna w karczmie, przez co panuje nieurodzaj wszędzie, tylko w okolicy jest ok? No ok, a kim jest jej brat, co ma do ludzi i czemu siostra chce go wkurzyć? O co chodzi z tymi zakonami? Bez tła, scenka zawieszona w próżni. Napisana z grubsza poprawnie, ale jakoś tak bez duszy, raczej jak wypracowanie, a nie opowiadanie.

 

Powodzenia przy następnych tekstach i pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Święta pani Sara, czarodziejka jakaś, rozsiewająca wokół zapach świeżych ziół, w wolnych chwilach dorabia w karczmie, a w międzyczasie czyni na złość swemu złemu bratu, zapewne też magowi. Nie wiem co chciałaś opowiedzieć.

Jak na niezbyt długie opowiadanie, zadziwiająco dużo błędów. Część omówili wcześniej komentujący, teraz moje uwagi:

 

"Ze wzrokiem skierowanym w puszczę..." - Można w coś wbić wzrok, ale kierujemy go na puszczę, ewentualnie w stronę puszczy.

 

"...nie mogłam odejść w tę ostoję spokoju i bezpieczeństwa." - Ostoja, z definicji, jest spokojna i bezpieczna.

 

"Może i mi coś skapnie?" - Osobiście wolę: Może i mnie coś skapnie?

 

"Kiedy szłam z powrotem do baru..." - Uważam, że w karczmie zamiast baru był szynkwas.

 

"Niespodziewanie drzwi otworzyły się, a do karczmy zdecydowanym krokiem wkroczył mężczyzna w szarym płaszcu." - Cóż niespodziewanego jest w tym, że drzwi karczmy otwierają się i wchodzi do niej mężczyzna. Jest to jak najbardziej naturalne, wręcz pożądane. Bardzo źle wygląda natomiast, gdy ktoś krokiem wkracza.

 

"...sprośnej piosnki prostaków, jakie właśnie teraz przybrały na sile." - Piosnka jest śliczna i liryczna. Sprośna może być śpiewka. ...które właśnie teraz przybrały na sile.

 

"Zalśniły w świetle zapalonych świec." - A mogły lśnić w świetle świec nie zapalonych?

 

"Ludzie bynajmniej nie uciekli, ale teraz zaglądali ciekawie przez okna." - Skoro partykułą bynajmniej  podkreślasz, że ludzie nie uciekli, to jakim sposobem znaleźli się na zewnątrz i teraz zaglądają przez okna?

 

"Ostrza wirowały..." - Jak bąki. Aż wszystkim zakręciło się w głowach. Jak wiruje ostrze miecza?

 

"...zostało splamione czerwoną krwią..." - I już wiadomo, że zraniony był niskiego rodu, bo inaczej ostrze splamiłaby krew błękitna.

 

"...dostojnej siły, jakiej  nikt nie śmiał zignorować." - ...której nikt nie śmiał zignorować. Proszę o wyjaśnienie, jak rozpoznać "dostojną siłę".

 

"...roznosząc wokół siebie zapach świeżych ziół. Ruszyłam przed siebie." Kolejne zdanie rozpoczyna się od "Ruszyłam przed siebie..." - Aż gęsto od powtórzeń.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sara to nie jest jej prawdziwe imię, tylko przybrane, a ona nie jest czarodziejką, tylko boginią życia, z kolei jej brat - bogiem śmierci, co zresztą dodałam już w tekście. Właśnie celem tego opowiadania było, by czytelnicy najpierw sądzili, że to tylko jakaś zbiegła księżniczka, czarodziejka czy coś, a by potem okazało się, że jest kimś jeszcze potężniejszym.

Cóż, sporo błędów znaleźliście, więc przepraszam za moją nieuwagę. Czytałam ten tekst sporo razy w różnych odstępach czasu, ale ich nie spostrzegłam. Jak będę miała dłuższą chwilę, to je jeszcze dokładnie zaanalizuję z nadzieją, że nie będę ich powtarzała w przeszłości (co znając mnie, przyniesie mizerny skutek).

Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie oraz pozdrawiam!

Przeczytałem, zgadzam się z poprzednimi komentarzami. To jedno z takich opowiadań, po których przeczytaniu człowiek myśli sobie "aha." i drapie się po nosie.

An-Elenel, Twoje opowiadanie, moim zdaniem słabe, nie jest jednak beznadziejne. Miałaś pomysł, przetworzyłaś myśli w słowa i zaprezentowałaś opowiadanie. I tu wyłazi problem. Czytelnik może nie przejrzeć Twoich zamiarów. Gorzej, może je odczytać w zupełnie inny sposób, po swojemu. Skąd czytający ma wiedzieć, np. że "Sara" to przybrane imię? Mnie zupełnie nie mieści mi się w głowie, że Bogini Życia jest tak niemądra - powoduje nieurodzaj, i nie zdaje sobie sprawy, jakie mogą być konsekwencje tego czynu! Że sprowadza na ludzi głód, a co za tym idzie, śmierć. Ale dokuczyła bratu!

Napisałaś, że nie dostrzegłaś niedostatków w opowiadaniu, mimo że wielokrotnie je przeczytałaś. Nastepnym razem daj swój tekst do przeczytania komuś innemu, niekoniecznie życzliwemu. Niech to będą nawet dwie lub trzy osoby. Będziesz zdumiona różnymi opiniami, ale wtedy możliwa będzie solidna korekta.  

Nie zniechęcaj się pierwszymi niepowodzeniami, pisz nadal. Pamietaj jednak, że choć pisanie sprawia Ci niewątpliwą przyjemność, są jeszcze czytelnicy. A w czytelnikach (i komentatorach) drzemią potwory.

Pozdrawiam i życzę coraz lepszych opowiadań. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie.

Nowa Fantastyka