- Opowiadanie: Unfall - Lądowanie awaryjne

Lądowanie awaryjne

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Lądowanie awaryjne

Po całym statku niósł się ryk wszystkich możliwych alarmów. Pulsujące, czerwone lampy regularnie oświetlały kłęby gęstego dymu. Przez małe iluminatory wdzierało się nieprzyjemnie jasne światło. Był to znak, że pole ochronne zmagało się właśnie z wysoką temperaturą, powstałą przy wejściu w atmosferę planety. Nieznanej planety.

Zan i Not, ubrani w skafandry, siedzieli głęboko wciśnięci w fotele i z zapartym tchem czekali na rozwój wydarzeń. Sami nie mogli nic zrobić. Wszystko w ich pojeździe było zautomatyzowane. Nawet gdyby chcieli, statkiem zwiadowczym rzucało tak, że nie byliby w stanie utrzymać się w pionie.

Na pełnych obrotach pracował natomiast komputer pokładowy, mozolnie przeszukując układ po układzie i wyszukując obejścia uszkodzonych przez ogień połączeń. Powoli odzyskiwał władzę nad kolejnymi systemami. Wreszcie udało mu się wypompować powietrze z pomieszczeń załogi, gasząc w ten sposób trawiące elektronikę płomienie. Szybkie sprawdzenie uszkodzeń i ponowne poszukiwania możliwości zastąpienia uszkodzonych modułów. Czasu było niewiele. Powierzchnia planety zbliżała się nieubłaganie.

Blask w iluminatorach zastąpiła rozgwieżdżona czerń. Bez dymu, surowe wnętrze kabiny, w pulsującym, czerwonym świetle, wyglądało bardziej upiornie. Zespół alarmowych sygnałów ustąpił jednemu, brzmiącemu jeszcze mniej przyjemnie, niż uprzednia kakofonia.

Nagłe szarpnięcie uwolniło z astronautów westchnienie ulgi. Uruchomiony napęd grawitacyjny dawał realną szansę na miękkie lądowanie, bez formowania krateru. Wyglądało na to, że zwiadowcy ponownie staną oko w oko z obcym globem, choć nie w sposób, do którego przywykli.

 

*

 

Wylądowali szczęśliwie kilka godzin temu. Okazało się, że z powodu nieszczelności odrobina antymaterii wydostała się z układu zasilania, powodując rozległe uszkodzenia. Stało się to podczas przeskoku nadprzestrzennego. W efekcie pojawili się w odległym zakątku galaktyki i na tyle blisko jednej z planet, że ich uszkodzony statek nie był w stanie wydostać się z pułapki grawitacyjnej.

Mieli jednak wiele szczęścia. Nie rozbili się. Statek, po dokonaniu koniecznych napraw, będzie nadawał się do użytku. W dodatku planeta, na której się przez przypadek znaleźli, nie była kawałkiem martwej skały czy lodu, ale pełnym życia światem. Dokładnie takim, jakich szukali.

– Co myślisz, Zan? – Not pierwszy odezwał się do swojego towarzysza.

– Strzał w dziesiątkę. Z pomiarów wynika, że jest wielokrotnie większa od naszej, ale niezbyt masywna, więc zwiększona grawitacja nie stanowi problemu. Atmosfera zawiera tlen. Trochę odbiega składem od naszej, ale da się tu żyć. Aparatura nie wykryła żadnych trujących związków. Myślę, że czas na krótki rekonesans.

– Nigdy nie badaliśmy powierzchni bez uprzednich obserwacji z orbity.

– Lądowaliśmy w takim tempie, że trudno było cokolwiek zaobserwować – zarechotał dowódca. – Statek dokonuje autonaprawy. Potrwa to jeszcze ładnych kilkanaście godzin. Chcesz siedzieć bezczynnie?

– No nie, ale procedury…

– Obserwacje z orbity zostawimy sobie na później, a teraz przyjrzymy się z bliska, skoro i tak tu utknęliśmy.

– A co, jak spotkamy inteligentnych tubylców?

– Jak do tej pory nie natrafiliśmy na bardziej rozwinięte od nas istoty. Jeśli spotkamy agresywnych tubylców, to zaprezentujemy im to, co mamy najlepszego – stwierdził Zan, wskazując na swój dezintegrator.

– Racja. Więc chodźmy.

Pewność siebie tych dwóch starych wiarusów nie była bezpodstawna. Historia ich cywilizacji była ciągiem nieustannych wojen i podbojów. Gdy opanowali umiejętność podróży międzygwiezdnych, ich terytorium zaczęło powiększać się o kolejne układy planetarne. Do tej pory mieszkańcy żadnego z kolonizowanych światów nie oparli się ich zaawansowanej broni. Zan i Not byli weteranami inwazji na Nexus 8, członkami elitarnych załóg zwiadowczych, wyszukujących wśród bezmiaru wszechświata ciała niebieskie, zdatne do zamieszkania.

Włożyli kombinezony i stanęli przed drzwiami śluzy, a te rozwarły się z cichym mlaśnięciem, ukazując prawie nieprzeniknioną ścianę zieleni. Od jakiegoś już czasu promienie okolicznej gwiazdy rozświetlały sąsiedztwo ich statku.

 

*

 

Zwiadowcy wrócili ze swojej wyprawy w świetnych humorach. Napotkana przez nich roślinność była bardzo bujna, choć zaskakująco jednorodna. Dominującą rośliną wydawał się być gatunek, wyglądający jak wąskie pasy zielonej materii, pnące się wysoko w górę. Organiczne płachty zdawały się zwężać ku górze, ale podróżnicy nie byli pewni, czy nie jest to tylko złudzenie wywołane perspektywą. Sporadycznie napotykali inne gatunki o bardziej skomplikowanej budowie. Fauna była zróżnicowana. Zwierzęta przez nich spotykane, choć często znacznych rozmiarów, były roślinożerne i nie wykazywały najmniejszego zainteresowania przybyszami. Nie mogły raczej stanowić dla nich realnego zagrożenia. Oczywiście nie wiedzieli, czy tak wygląda cały ten glob, czy tylko jego wycinek. To miały wykazać dopiero obserwacje, które przeprowadzą z orbity. Byli jednak pewni, że dowództwo będzie zachwycone ich znaleziskiem. W międzyczasie systemy naprawcze ich pojazdu nie próżnowały i poza kilkoma mniej istotnymi systemami wszystko zdawało się działać poprawnie.

Siedli w fotelach, chcąc rozprostować członki po trudach wędrówki. Wtedy usłyszeli ten dźwięk, jednostajny i nieprzyjemny, dochodzący z oddali i trudny do określenia, niepodobny do czegokolwiek, z czym się do tej pory spotkali. Patrzyli na siebie i nasłuchiwali przez chwilę wzmagającego się odgłosu.

– Zwierzę? – zaczął Not.

– Nie sądzę… musiałoby być ogromne.

– Może jakieś zjawisko pogodowe, albo sejsmiczne?

– Pewnie się przekonamy. Wyraźnie się zbliża.

Wyszli obaj na zewnątrz. Tu zbliżający się ryk, nie tłumiony przez ściany ich statku, był wyraźnie ostrzejszy, chropawy, drażniący. Ruszyli w kierunku jego źródła.

Hałas stawał się nie do zniesienia, ziemia drżała, a powietrze wokół nich wirowało, niosąc drobne skrawki zielonej materii. I wtedy TO przeszło tuż obok nich. Ogromny, czerwony, stalowy potwór przetoczył się na potężnych kołach, z których każde było większe od ich całego statku, by po chwili zniknąć za ścianą roślinności. Silny podmuch powalił ich na ziemię.

Not wstał jako pierwszy i, niewiele myśląc, sprawnym ruchem odpiął dezintegrator od kombinezonu.

– Stój! – W panującym zgiełku ledwo usłyszał głos przyjaciela. Opuścił broń i odwrócił się w jego stronę. Ryczące monstrum wyraźnie się oddalało.

Zan pozbierał się z ziemi i podszedł do kompana.

– Co chciałeś zrobić? – zapytał.

– No, wiesz…

– Zwariowałeś! Widziałeś, jakie to wielkie. Nie starczyło by ci antymaterii w magazynku, aby wypalić w tym przyzwoitą dziurę. W dodatku błysk zdradziłby naszą obecność. Żeby zniszczyć machinę o takich rozmiarach, trzeba by chyba wypalić do niej z niszczyciela. Myślę, że nawet dezintegratory naszego statku na niewiele się … – dowódca nagle zamilkł, a jego źrenice znacznie się rozszerzyły.

– Co jest?

– Sam zobacz – wyszeptał Zan, wskazując Notowi kierunek wyciągniętą macką.

Od miejsca, przez które przed chwilą przejechała maszyna, aż po horyzont rozpościerał się zupełnie inny krajobraz. Jak okiem sięgnąć, cała roślinność została równo ścięta na jednej wysokości, nieco powyżej ich głów.

Szypułki, na których mieli osadzone oczy, zaczęły powoli zapadać się w głąb głowy, a ich fioletowa i zazwyczaj wilgotna skóra zdawała się wyschniętą na wiór. Nieczęsto zdarzało się widzieć przerażonych Helicidów. Dwaj przedstawiciele rasy, która mieniła się być zdobywcami światów, święcie przekonani o potędze swej plującej antymaterią broni, trzęśli się teraz ze strachu.

– Statek! – wrzasnął Not i obaj puścili się biegiem w kierunku lądowiska.

 

*

 

Zan i Not, ubrani w skafandry, siedzieli głęboko wciśnięci w fotele. Surowe wnętrze kabiny rozświetlały czerwone lampy procedury awaryjnego startu. W iluminatorach błękit nieba powoli ustępował rozgwieżdżonej czerni.

– Aaaa! – zawyli jednocześnie obaj zwiadowcy na widok szybko rosnącego na monitorach, dziwnego obiektu. Komputer pokładowy zmienił tor lotu, aby uniknąć kolizji. Astronauci natomiast z osłupieniem przyglądali się konstrukcji o rozmiarach helicidiańskiego miasta. Miała ona, przypięte po obu stronach, długie i płaskie płyty oraz wielką, wklęsłą misę wycelowaną w kierunku powierzchni planety.

– Na kolce dorena! Co to było? – Not pierwszy odzyskał głos.

– Jakiś… krążownik? Nie wiem. Nigdy nie widziałem tak olbrzymiego statku. Poczekaj – dodał Zan wklepując swoimi czterema mackami odpowiednie komendy na kolorowej klawiaturze. Na głównym ekranie pojawił się obraz kuli i gęsta siatka otaczającej ją obiektów o różnych rozmiarach.

– Ich… ich są setki – wyjąkał dowódca. – to wygląda jak inwazja.

– Lepiej spieprzajmy stąd. Może są na tyle zajęci podbojem, że jeszcze nas nie zauważyli.

Przekonani o tym, że ledwo uszli z życiem, dwaj Helicidowie udali się w kierunku znanej sobie części galaktyki. Chcieli jak najszybciej zakomunikować swoim pobratymcom, że być może nie są najpotężniejszą rasą w Drodze Mlecznej. Chcieli też ostrzec ich, aby żaden nie zapuszczał się w rejony, które przez przypadek odwiedzili.

 

*

 

Nicolas wyłączył kosiarkę i popatrzył na równo przystrzyżony trawnik przed swoim domem. Ostatnio trochę go zapuścił. Zbyt wiele czasu spędzał w instytucie, wsłuchując się w gwiazdy. Od dziecka zafascynowany był historiami o kosmitach. Od kilku lat pracował przy programie SETI. Jako dziecko marzył o spotkaniu z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji. Teraz chciał już tylko znaleźć jakiś najmniejszy, radiowy ślad, że nie jesteśmy sami w kosmosie. Jak dotąd nie znalazł.

Koniec

Komentarze

Ukłony i szacunek wielki, zabawna rzecz w klasycznym stylu. Motyw takiego groteskowego "spotkania trzeciego stopnia", dobrze napisany, tak jak tutaj, zawsze będzie smakowitym kąskiem. Czy imię Zan na cześć jednego z bohaterów komiksowej serii "Bogowie z kosmosu"?

Pozdrawiam

Przyczajony użyszkodnik

Dowcipne.

Dzięki za dobre słowo. :)

@Mechaniszkin - Przyznam się bez bicia, że imiona dobrałem trochę przypadkowo, bo spieszyło mi się, aby zapisać całość. Miały spełniać dwa kryteria: być krótkie i niekoniecznie od razu zdradzać pozaziemskie korzenie noszących je istot. Potem przy korektach już nie zmieniałem. 

Pozdrawiam

@Mechaniszkin - Dopiero teraz przypomniało mi się o jakich komiksach piszesz. To była seria zrobiona w oparciu o teorie von Dänikena, świetnie narysowana. Od razu zadzwoniłem do mojego ojca, czy jeszcze się to gdzieś w rodzinnym domu zachowało. Jest, tak jak i moje stare Alfy! Będę u rodziców na święta, to zabiorę ;)

Dzięki za przypomnienie serii, na której się wychowywałem.

Czyta się gładko, chociaż znalazłem kilka powtórzeń.

Krater nie może być nagrobkiem. Sama nazwa wskazuje, że znajduje się na grobie, a krater to taki wielki dół :)

Moim zdaniem trochę za szybko zdradzasz rozmiar przybyszów. Opis trawy jest zbyt oczywisty.

Ale i tak nie jest złe niezłe.

Daaawno temu czytałem opowiadanie, w którym kosmici wylądowali w szklance na fusach po kawie. To tak dla formalności, gdyż Twoje opowiadanie, pomijając pożar na pokładzie i nieszczelność w rurociągu(?), przez który płynie antymateria (uhaha, tum się obśmiał), jest najzwyczajniej ciekawsze i lepsze. Z jednym wyjątkiem: aż tak kurduplaści kosmici zostaliby przykuci do podłoża ziemską grawitacją. Ale pal to licho, odpuszczam, większa wiarygodność zniszczyłaby całe opowiadanie.

@AdamKB
- "Okazało się, że z powodu nieszczelności, odrobina antymaterii wydostała się z układu zasilania, powodując rozległe uszkodzenia." Nigdzie nie napisałem że ten układ zasilania miał formę rurek. Osobiście wyobrażam sobie przechowywanie i transportowanie nieobojętnych elektrycznie cząstek antymaterii w silnym polu elektromagnetycznym. Takie pole też może być nieszczelne, a przynajmniej tak mi się wydawało. 
- jeśli chodzi o grawitację, zależy ona od masy planety, a nie od jej rozmiaru. Można więc sobie wyobrazić planetę o bardzo masywnym jądrze (przykładowo ołowianym a nie żelaznym), która mimo znacznie mniejszych od Ziemi rozmiarów będzie miała zbliżone pole grawitacyjne. Dlatego napisałem: "Z pomiarów wynika, że jest wielokrotnie większa od naszej, ale niezbyt masywna, więc zwiększona grawitacja nie stanowi problemu." 

Te wyjaśnienia, to tylko tak, żeby nie wyjść na ignoranta. W sumie opowiadanie w zamierzeniu miało być zabawne, więc jeśli jest więcej powodów do uśmiechu, to chyba dobrze ;)

@Homar - masz rację z tym kraterem. Przeważnie w przypadku kraterów zderzeniowych szczątki ciała, które upadło na powierzchnię planety znajdują się pod dnem krateru. Tyle, że jest to efekt długotrwałego wypełniania dna krateru materiałem naniesionym później. Zaraz po kolizji szczątki znajdowałyby się na dnie krateru.

Wielkie dzięki wszystkim za recenzje. 
Pozdrawiam

 

1. To nie Twoja, lecz moja wina. Dziwnym trafem wiem, pułapka elektromagnetyczna --- ale widzisz, nieszczelność kojarzy się z naczyniem, rurą, przewodem materialnym jednym słowem, i oczyma wyobraźni ujrzałem, jak antymateria przecieka na rozszczelnionym złączu kolanek rury. Dlatego pośmiałem się --- bardziej z tego wyobrażenia, niż Twojego opisu.  

Swoją drogą takie pytanie: pole może się rozszczelnić czy raczej zaniknąć, osłabnąć na, dajmy na to, attosekundę? Stawiam na to drugie...  

2. Atmosfera tlenowa. Coś jakoś wydaje mi się, że bliższe przyjrzenie się warunkom, w jakich mogłaby powstać planeta z jądrem z ołowiu, i jak w tych warunkach przebiegałaby bioewolucja, zakwestionowałoby taką koncepcję. Ale to już gwoli pomarudzenia jedynie...

"pole może się rozszczelnić czy raczej zaniknąć"

Antymateria wykorzystywana jako paliwo musiałaby być transportowana z jakiegoś zbiornika do jakiegoś napędu. Ja wyobrażam to sobie jak miniaturkę zderzacza hadronów, czyli coś w rodzaju tunelu z elektromagnesów, które nie tylko utrzymują antymaterię z dala od wszelkiej materii, ale także powodują jej ruch w odpowiednim kierunku. Niepoprawne zadziałanie jednego z wielu elektromagnesów mogłoby doprowadzić do czegoś, co ja określiłem jako wyciek, a miejscowe zaburzenie pola nazwałem, może niefortunnie, nieszczelnością. 

Obie uwagi przyjmuję jako zasadne, a z każdego tego typu komentarza bardzo się cieszę i jestem za nie wdzięczny. Czytając opowiadania sf sam zwracam uwagę na błędy logiczne i niezgodności z prawami fizyki i dostępną wiedzą. Pisząc, staram się ich unikać. Dlatego wszelkie tego typu uwagi mile widziane.

Jeśli chodzi o to opowiadanie, miało być krótkie i lekkie, dlatego zrezygnowałem ze zbyt szczegółowych opisów. Mimo to chciałem zachować maksimum wiarygodności.

No i takie jest, krótkie (ale bez przesady) i lekkie. Poza tym sympatyczne, że tak to nazwę.

Dokładnie takim, jakich szukali. - Powinno być: Dokładnie takiego, jakiego szukali.

- Co myślisz Zan? – Not pierwszy zagadnął "do" swojego towarzysza. - brakuje "do"

 

Atmosfera tlenowa (?) - że co?! Jaka? Nie ma czegoś takiego: Tlen jest jednym z skladników naszej ziemskiej atmosfery. Więc powinno być tak: tlen w atmosferze. (bo inaczej nie mogli ściągnąć hełmów i swobodnie oddychać!)

 

Skończyli właśnie wciągać na siebie kombinezony - Skafander można na siebie włożyć, a nie wciągnąć, czyli "włożyli na siebie kombinezony/skafandry. No i bez tego "właśnie", bo razi po gałkach.

 

No i nadużywasz zaimków.

 

Ale ogólnie tekst jest sympatyczny. Sprawnie napisany, zwięzły i ciekawy. Podobał mi się.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Nigdzie nie napisałem że ten układ zasilania miał formę rurek. Osobiście wyobrażam sobie przechowywanie i transportowanie nieobojętnych elektrycznie cząstek antymaterii w silnym polu elektromagnetycznym.

I tu leży pies pogrzebany! Ja to z lasu jestem, więc trudno mi było sobie konkretnie wyobrazić takowy układ zasilania. Krótki opisik na pewno by mi w tym pomógł i zapobiegł dyskusji o wyciekającej z czegoś tam antymaterii. Taka moja dygresja - osobiście podchodzę do tworzenia opowieści z perspektywy przyszłego ojca. Nie wiem, czy gdziekolwiek opublikuje swoje teksty, ale na pewno będę je czytał moim dziecią przed snem. Nowe, niespotykane na codzień sprzęty muszą więc być w opowiadaniu jako tako opisane, co by malec następnego dnia potrafił skonstruować z braćmi statek kosmiczny z elektromagnetycznnym polem do transportowania antymaterii....

No i zdanie w sam na dobranoc: 

Siedli w fotelach, chcąc rozprostować członki po trudach wędrówki.

Nie wiem jak Wy, ale jest już późno, wiec ja pójdę pod kołderkę rozprostować członka po trudach dnia wczorajszego... 

Opowiadanie, niestety, dość przewidywalne. Od "ściany zieleni" miałam wrażenie, że to obcy przylecieli na Ziemię i nie pomyliłam się. Niemniej zabawnie poprowadzone, a przy końcówce można się uśmiać (choć trochę "przez łzy" ;]).

Warsztatowo zazwyczaj ładnie, zgrabnie, sympatycznie... ale czegoś mi brakowało. Ot, kolejne poprawne, ale raczej niewyróżniające się opowiadanie.

Ogółem: sympatycznie, ale nie specjalnie.

@mkmorgoth

- "...światem. Dokładnie takim, jakich szukali." - użyłem liczby mnogiej, bo kosmici nie szukali jednej planety, tylko wyszukiwali i kolonizowali jedną po drugiej.

- "Not pierwszy zagadnął "do" swojego towarzysza." - zawsze wydawało mi się, że zagadnąć, tak jak zaczepić można kogoś, a do kogoś to już zagadać. Ale ja szkołę kończyłem daaawno temu, więc mogę być w błędzie. Na wszelki wypadek zmieniłem na "odezwał się do".

- To z atmosferą i wciąganiem zmieniłem.

@J.B.

- gdybym znał dokładną konstrukcję napędu na antymaterię, pisałbym wnioski patentowe, a nie opowiadania ;)

A tak na poważnie - chciałem w jednym zdaniu podać przyczynę awaryjnego lądowania, bo jakaś musiała być, nie wdając się w szczegóły. 

- "rozprostować członki po trudach wędrówki" - członki to inaczej kończyny (nie tylko ta jedna :P). Nie mogłem napisać, że rozprostowali nogi, bo nóg nie mieli. Nie mogłem też opisać, co dokładnie sobie rozprostowali, bo bym zbyt wcześnie zdradził, jak wyglądali.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim i dobrej nocy.

Szalenie miłe opowiadanko. Bardzo mi się podoba i cieszę się, że właśnie je przeczytałam. W sam raz na dobry sen.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mogłem też opisać, co dokładnie sobie rozprostowali... Ja też tego nie opiszę, chyba, że na wyraźne życzenie, hihihi ;) Nie czepiam się, bom się domyślił. Dwuznacznie brzmi, ale chyba poprawnie. Ja bym użył kończyny, bo takim zwyrodnialcom jak ja, to od razu 'członek' poprawia humor ;) zwłaszcza przed snem ;)

Odnośnie  zagadnął "do" swojego towarzysza - także uważam że zagadnąć kogoś, a nie "do" kogoś...

"poprawia humor" - taka była ogólna koncepcja ;)

Byłem, przeczytałem, nie obśmiałem się, nie zapamiętam.
A siląc się na nieco mniej ogólności: opisy jakoś mnie nie przekonały, na pewno nieco nadużyłeś zaimków. Pomysł przyjemny, ale czy ja kiedyś czegoś podobnego nie czytałem...? Gdzieś na pewno. No i nie było zaskoczenia - naprawdę dało się domyślić, że przybysze dotarli do Ziemi. A już wcześniej, że nie są ludźmi (zwroty takie jak "większa niż nasza" zamiast "większa od Ziemi" dały do myślenia). Stąd opowiadanie zapewne nie wywarło na mnie zamierzonego wpływu. Ale wychodzi na to, że tylko na mnie, a skoro innym się podobało, to Twój sukces ; )

Stanowczo zagaduje się kogoś, a nie do kogoś.

 

Przeczytałam, uśmiechnęłam się, choć w sumie zaskoczona nie zostałam.

 

Jeden solista - o matko, ale masło maślane.

Formowanie w formie również brzmi fatalnie.

Powtarza się w jednym miejscu bujna x 2 i roślinność x 3.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@Joseheim

- za "jednego solistę" się wstydzę - wyciąłem, skoro jeszcze mogłem poprawiać.

- formę też wyrzuciłem, razem z kontrowersyjnym nagrobkiem, o którym wspomniał Homar

- bujną roślinność nieco przyciąłem :)

@Beryl - jakby jeszcze Tobie się spodobało, to popadłbym w samozachwyt i spoczął na laurach, a tak mam motywację, żeby się rozwijać ;)

Komplementem jest dla mnie, że tyle osób przeczytało i komentowało, w tym kilku Mistrzów Loży. W dodatku w czasie tak krótkim, że mogłem jeszcze wprowadzić kilka sugerowanych poprawek. Dziękuję.
Pisać zacząłem niedawno i mam świadomość, że jeszcze daleka droga przede mną.
Pozdrawiam.

PO raz kolejny - temat ograny bardzo, za bardzo. Ale napisane nieźle, czekam na coś innego.

Drogi kolego. Przeczytałem z uwagą. Antymateria --- wpływy Lema (Niezwyciężony), Różnice w wielkości organizmów - Im większa grawitacja, tym prawdopodobnie --- mniejsze rozmiary. Nadprzestrzeń --- też pomysł starego lema ---"Fiasko" Opowiadanie lekkie, nie predentujące do zbytniej fachowości. Przechowywanie antymaterii --- w polu --- najbliższe możliwościom. Zapraszam do mego opowiadania "Asteroida", gdzie znajdziesz kawałek s.

f. na poważnie. Pozdrawiam uśmiechnięty po lekturze.

Fajny tekst! Malutkie ufoludki lądujące na Ziemi są sympatyczne. ;-)

Babska logika rządzi!

zapadać się wgłąb głowy, --> wbijesz spację? Trafiłem na to przypadkiem, więc sygnalizuję.

Miło było odświeżyć!

Adamie – dzięki za wychwycenie błędu. Poprawiony.

Finklo – dzięki za komentarz.

 

Pomysł chyba się spodobał, ale wykonanie (jest to jedne z moich najstarszych opowiadań) mogłoby być lepsze. Myślałem, czy nie pozostawić tego tekstu w roboczych i nie napisać od nowa, wykorzystując wskazówki z komentarzy. Doszedłem jednak do wniosku, że pomysłów na nowe teksty nie brakuje, w przeciwieństwie do czasu na pisanie, więc na tę chwilę zostawię jak jest. Nie sądziłem, że ktoś to wygrzebie w starociach i zaproponuje do biblioteki. Dzięki.

 

Po całym statku niósł się ryk alarmów. Nie jednego, ale wszystkich możliwych naraz.

>> Proponuję zmianę, polegająca na połączeniu zdań w jedno i skróceniu. Ryk alarmów – liczba mnoga – sprawia, że słowa ‘nie jednego, ale wszystkich’ są zbędne.

[…] choć nie w sposób [,+] do którego przywykli.

Okazało się, że z powodu nieszczelności [,-] odrobina antymaterii […].

– Co myślisz [,+] Zan? – Not pierwszy odezwał się do swojego towarzysza.

[…] najlepszego – stwierdził Zan [,+] wskazując na swój dezintegrator.

>> Może nie stwierdził, lecz zapowiedział?

Włożyli na siebie kombinezony.

>> Skasowałbym ‘na siebie”.

[…] nie do zniesienia, ziemia dudniła [,+] a powietrze wokół nich wirowało […]

>> Może nie dudniła, lecz drżała, wibrowała, trzęsła się?

I wtedy to przeszło tuż obok nich.

>> Wyróżniłbym ‘to’ dla zaakcentowania, że kosiarka nie kojarzy się kosmonautom z niczym znanym, możliwym do nazwania, i jednocześnie budzi lęk.

Not wstał jako pierwszy i [,+] niewiele myśląc, sprawnym ruchem […].

– Sam zobacz – wyszeptał Zan [,+] wskazując Notowi kierunek wyciągniętą macką.

Przerażeni Helicidowie to nie był częsty widok we wszechświecie. Dwaj przedstawiciele rasy,która mieniła się być zdobywcami światów […]

>> Dałbym: Nieczęsto zdarzało się widzieć przerażonych Helicidów. Spacja między rasą a którą.

– Aaaa! – zawyli jednocześnie obaj zwiadowcy, na widok szybko rosnącego na monitorach, dziwnego obiektu.

>> Pierwszy przecinek na złom. ;-)

[…] helicidiańskiego miasta, Miała […].

>> Kropka, nie przecinek. ;-)

Notowi pierwszemu wróciło głos.

>> Wróciła zdolność mówienia / Not pierwszy odzyskał głos.

Przepraszam, że nadal marudzę, ale, ponieważ także noszę się z zamiarem zarekomendowania do Biblioteki, myślę, że tekst zyskałby na kilku poprawkach, tych, które Ty też uznasz za potrzebne.

Wielkie dzięki, Adamie. Nigdy nie mam nic przeciwko takiemu "marudzeniu", a wręcz jestem wdzięczny. Poprawki wprowadzone.

Miło, że nie masz nic przeciw :-) 

Zaraz kliknę w zgłoszenie.

Ale fajne ufolki :) Zabawnie przedstawiona arogancja zdobywców kosmosu w starciu z… a nie będę spoilerował :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Rybko.

Fajne :)

Nowa Fantastyka