- Opowiadanie: Flavia - Rycerze Światła

Rycerze Światła

Au­to­rze! To opo­wia­da­nie ma sta­tus ar­chi­wal­ne­go tek­stu ze sta­rej stro­ny. Aby przy­wró­cić go do głów­ne­go spisu, wy­star­czy do­ko­nać edy­cji. Do tego czasu moż­li­wość ko­men­to­wa­nia bę­dzie wy­łą­czo­na.

Oceny

Rycerze Światła

Przy­by­li o świ­cie. Było ich trzech, jakby żyw­cem wy­ję­tych z ja­kiejś kiep­skiej hip­no­gry. Pierw­szy wy­so­ki, bar­czy­sty, po samą szyję za­ku­ty w wy­po­le­ro­wa­ną jak lu­stro zbro­ję, z ol­brzy­mim ka­wał­kiem że­la­stwa prze­wie­szo­nym przez plecy. Drugi – smu­kły, o drob­nych dło­niach z dłu­gi­mi pal­ca­mi i szczu­płej twa­rzy o pta­sich ry­sach. Ten miał tylko lekką, ale pra­wie rów­nie lśnią­cą kol­czu­gę, a na ple­cach łuk i koł­czan pełen strzał. Trze­ci w ogóle nie miał zbroi, je­dy­nie cho­ler­nie nie­wy­god­ną – na oko – szatę w ko­lo­rze in­dy­go, prze­ty­ka­ną zło­ty­mi nićmi. U jego pasa wi­siał ka­wa­łek drew­na, który Dyah Ni ko­ja­rzył się z pry­mi­tyw­ną różdż­ką, ale czy nią był – nie mogła stwier­dzić. Wszy­scy mieli jasną skórę, złote włosy oraz ciem­ne oczy i Dyah Ni za nic nie mogła okre­ślić, z ja­kie­go Pie­kła wy­peł­zli. No i wszy­scy je­cha­li wierz­chem na wiel­kich, dwu­gło­wych be­stiach po­kry­tych kost­ny­mi pan­ce­rza­mi, wy­po­sa­żo­nych w ma­syw­ne dzio­by, rogi, kolce i wszel­kie inne nie­zbęd­ne ele­men­ty Wiel­kich Groź­nych Be­stii.

Nad­je­cha­li z pół­no­cy, co ozna­cza­ło, że po dro­dze od prze­ni­ku* za­ha­czy­li co naj­mniej o Keban i Bor­mię. Dyah Ni nie miała po­ję­cia, czego mogli tam szu­kać, ale od­nio­sła wra­że­nie, że nie chcia­ła­by, aby zna­leź­li to wła­śnie u niej. Cóż, nie za­wsze do­sta­je­my to, czego chce­my.

Czuj­ni­ki ze­wnętrz­ne wy­ka­zy­wa­ły zbyt wy­so­kie stę­że­nie pył­ków w at­mos­fe­rze, więc za­ło­ży­ła maskę ochron­ną i wy­szła ze swo­je­go ste­ryl­ne­go la­bo­ra­to­rium na spo­tka­nie prze­zna­cze­nia.

Był pięk­ny, rześ­ki po­ra­nek, jeśli ktoś lubi takie rze­czy. Brama sło­necz­na, otwar­ta na oścież, za­le­wa­ła Lli­riuk ja­do­wi­cie-żół­tym świa­tłem, wokół niej zaś krą­ży­ły dwa księ­ży­ce, biały i bla­do­zło­ty, roz­ma­zu­jąc po Ko­pu­le Nie­bios sre­brzy­ste smugi. Mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi Ram­pii uno­si­ły się chmu­ry pył­ków, od czasu do czasu bły­ska­jąc od­bi­tym pro­mie­niem słoń­ca. Na szczę­ście osadę szczel­nie ota­cza­ły drze­wa o wiel­kich, zło­tych li­ściach wy­ra­sta­ją­cych nie z ga­łę­zi, ale bez­po­śred­nio z pni, toteż nie­le­czal­na u Dal­l­sjan ago­ra­fo­bia nie ude­rza­ła z taką mocą. Mimo to Dyah Ni nie czuła się kom­for­to­wo i od wej­ścia do la­bo­ra­to­rium od­da­li­ła się za­le­d­wie na dwa kroki. I tak za dużo.

– Tak? – spy­ta­ła, gdy jeźdź­cy zbli­ży­li się na od­le­głość głosu.

– Pro­wadź nas, nie­wia­sto, do przy­wód­cy tej osady – oznaj­mił ten w lśnią­cej zbroi, nie za­szczy­ca­jąc jej nawet spoj­rze­niem. Oho, po­my­śla­ła, opie­ra­jąc ręce na bio­drach. Bę­dzie za­baw­nie.

– Wła­śnie z nim roz­ma­wiasz. Je­stem Dyah Ni-Da­va­ra, sil-ka­har** Ram­pii.

Ry­cerz wresz­cie ra­czył na nią spoj­rzeć, z mie­sza­ni­ną nie­do­wie­rza­nia i po­gar­dy wy­ma­lo­wa­ną na szla­chet­nym ob­li­czu. Na­praw­dę, na­praw­dę za­baw­nie.

– Mę­skie­go przy­wód­cy – po­wie­dział takim tonem, jakby roz­ma­wiał z osobą nie­do­ro­zwi­nię­tą. Dyah Ni tylko prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Naj­bliż­szy męski przy­wód­ca jest sto mir­li­tów*** stąd, w Al-Fe­ren. To mal-ka­har Lli­riuk, Ana­sen Al-An­karn, ale jego wła­dza w tym miej­scu ogra­ni­cza się do ścią­ga­nia po­dat­ków i wska­zy­wa­nia drogi po­dob­nym wam pa­ja­com. Jeśli chce­cie za­ła­twić coś w Ram­pii, przy­kro mi, ale mu­si­cie roz­ma­wiać ze mną.

Męż­czy­zna ścią­gnął brwi, jakby prze­tra­wie­nie tego, co wła­śnie usły­szał zmu­si­ło jego mózg do uru­cho­mie­nia za­so­bów re­zer­wo­wych.

– Nie mamy czasu na te wy­głu­py… – za­czął, ale Dyah Ni nie dała mu do­koń­czyć.

– Ja też – prze­rwa­ła. – Jako sil-ka­har Ram­pii mam obo­wiąz­ki, a za­ba­wia­nie gości jest tylko jed­nym z nich, wcale nie naj­waż­niej­szym. Więc albo mó­wi­cie, czego chce­cie, albo się wy­no­ście.

Ry­cerz Świa­tła spoj­rzał naj­pierw na jed­ne­go to­wa­rzy­sza, potem na dru­gie­go. Miny mieli nie­tę­gie, ale chyba po­wo­li za­czy­na­ło do nich do­cie­rać.

– Imię me Ra­lakh Szla­chet­ny – za­czął ry­cerz i prze­rwał, by upew­nić się, czy wy­warł od­po­wied­nie wra­że­nie, Dyah Ni jed­nak nadal mie­rzy­ła go bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem, co zresz­tą i tak nie miało wiel­kie­go zna­cze­nia, gdyż zza maski jej twarz była pra­wie nie­wi­docz­na. – Je­stem czwar­tym synem wiel­kie­go księ­cia Anu­ra­ka, pana na Kar­thi, w od­le­głym świe­cie Asa­ar­nen, człon­kiem Za­ko­nu Świa­tła. – W tym mo­men­cie Dyah Ni par­sk­nę­ła śmie­chem, ale udało jej się za­ma­sko­wać to jako atak kasz­lu. Nie­mniej Ra­lakh po­słał jej pełne wy­rzu­tu spoj­rze­nie, zanim kon­ty­nu­ował: – Moi to­wa­rzy­sze to mistrz łucz­ni­cy Derek i wiel­ki mag Sa­la­amin. Przy­by­li­śmy do tego za­po­mnia­ne­go przez bogów świa­ta kie­ro­wa­ni na­szym świę­tym po­słan­nic­twem. Do­szły nas słu­chy, że w ko­lo­niach Dalls za­lę­gło się zło, rasa plu­ga­wa a zło­śli­wa roz­pa­no­szy­ła się w wa­szych do­mach. Przy­by­li­śmy, by ją wy­ple­nić.

– Aha – pod­su­mo­wa­ła tylko. Ra­lakh po­słał jej zdu­mio­ne spoj­rze­nie, jed­nak naj­wy­raź­niej za­koń­czył już prze­mo­wę i nie miał po­my­słu, co dalej mówić, więc tylko cze­kał. Wes­tchnę­ła zre­zy­gno­wa­na. – A cóż to za plu­ga­wa rasa?

Ry­cerz roz­pro­mie­nił się. Roz­mo­wa wra­ca­ła na znane mu tory. Od­po­wie­dział z na­masz­cze­niem:

– Go­bli­ny.

Dyah Ni po­czu­ła, że rów­nie do­brze mógł­by wal­nąć ją tym że­la­stwem przez łeb. Jasna i pie­przo­na cho­le­ra.

Ode­tchnę­ła głę­bo­ko. I jesz­cze raz. Gdy miała pew­ność, że głos jej nie za­drży, spy­ta­ła:

– A co do­kład­nie wam te go­bli­ny zro­bi­ły, że tak ich nie­na­wi­dzi­cie?

Ry­cerz spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem.

– Umysł nie­wie­ści tego nie poj­mie. Po­wiedz nam le­piej, czyż praw­dą jest, że kre­atu­ry te prze­by­wa­ją w Lli­riuk.

– Umysł męski tego nie poj­mie.

Ry­cerz spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny. Wy­glą­dał przy tym tak głu­pio, że z tru­dem po­wstrzy­ma­ła wy­buch śmie­chu. Za­miast tego sta­nę­ła w roz­kro­ku, opie­ra­jąc ręce na bio­drach i pa­trząc na niego hardo. Co nie miało zna­cze­nia, gdyż przez tę cho­ler­ną maskę i tak nie mógł zo­ba­czyć jej oczu. Ale li­czył się gest i ten chyba zro­zu­miał, bo już po chwi­li jego twarz wy­krzy­wił gry­mas wście­kło­ści. Dłoń w cięż­kiej rę­ka­wi­cy z chrzę­stem za­ci­snę­ła się na rę­ko­je­ści że­la­stwa. To był chyba miecz.

– Prze­stań kpić, nie­wia­sto! – huk­nął. – Albo klnę się na Inisa, zaraz na­uczę cię mo­re­su! Mówże, ino pręd­ko, gdzie ukry­wa­ją się te plu­ga­we mon­stra!

– Nie, do­pó­ki nie usły­szę, czego od nich chcesz. I zo­staw ten miecz, nie robi na mnie wra­że­nia.

Woj za­ci­snął swoją sze­ro­ką, męską szczę­kę i za­zgrzy­tał zę­ba­mi, aż iskry po­szły. Dyah Ni sko­ja­rzył się z prze­żu­wa­ją­cym ph'ar­skiem. Cie­ka­we, czy są gdzieś w Pie­kłach ph'arski o srebr­nej łusce?

– Toć nawet dzia­twie wia­do­mo, że go­bli­ny to naj­plu­gaw­sze z istot stą­pa­ją­cych po po­wierzch­ni Pie­kieł. – Ska­pi­tu­lo­wał w końcu, ale w jego gło­sie wciąż po­brzmie­wa­ła wście­kłość kiep­sko ma­sko­wa­na przez mie­szan­kę li­to­ści i po­gar­dy, jaką tacy jak on oka­zu­ją zwy­kle oso­bom, w ich mnie­ma­niu, słab­szym. – Zdol­ne jeno do czy­nie­nia zła i nie­wy­obra­żal­nych pod­ło­ści…

– Na przy­kład ja­kich? – prze­rwa­ła znie­cier­pli­wio­na.

– No… – za­wa­hał się wi­docz­nie. – Nie­wy­obra­żal­nych!

Tym razem się nie po­wstrzy­ma­ła i wy­bu­chła mu śmie­chem pro­sto w twarz.

– Oj, brat­ku, z taką ar­gu­men­ta­cją to ty da­le­ko nie zaj­dziesz. Żądam kon­kret­nych przy­kła­dów! Dla­cze­go go­bli­ny są takie złe? No, dalej, mu­si­cie mieć cho­ciaż jeden dobry powód, żeby nie­na­wi­dzić ca­łe­go ga­tun­ku.

Ry­ce­rze po­pa­trzy­li po sobie. Dyah Ni łu­dzi­ła się jesz­cze, że cho­ciaż to­wa­rzy­sze tego Ra­la­kha czy jak mu tam, okażą się roz­sąd­niej­si, ale na­stęp­ne słowa po­zba­wi­ły ją złu­dzeń.

– Mówią, że po­wsta­ją ze splu­ga­wio­nych zwłok… – za­czął Sa­la­amin.

– No patrz, a mnie uczo­no, że są pro­duk­tem ewo­lu­cji – prze­rwa­ła mu drwią­co. – Jak zresz­tą wszyst­kie inne żywe isto­ty.

– Czę­sto wcho­dzą w szko­dę na wsiach – do­rzu­cił Derek. – Po­ry­wa­ją dzie­ci, zsy­ła­ją cho­ro­by i nie­po­go­dę, krad­ną żyw­ność, psują na­rzę­dzia…

– Szcza­ją babom do mleka – do­rzu­cił raźno Ra­lakh, znów od­zy­skaw­szy rezon. Widać nie­wie­le po­trze­bo­wał do szczę­ścia.

Tym razem Dyah Ni nawet nie miała siły się śmiać.

– Dobra – rze­kła, siląc się na po­wa­gę. – Słu­chaj­cie, chłop­cy. Ro­zu­miem po­trze­bę zrzu­ce­nia na kogoś win za wszel­kie nie­szczę­ścia, ale za­pew­niam was, że więk­szość z nich da się ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić. Cho­ro­by i nie­po­go­da to na­tu­ral­ne zja­wi­ska, nie po­trze­bu­ją po­mo­cy. Dzie­cia­ki ucie­ka­ją, jak się je zmu­sza do pracy nad siły i tłu­cze ki­ja­mi. Na­rzę­dzia się zu­ży­wa­ją. A jeśli ktoś psuje wam to… mleko, czym­kol­wiek ono jest, to ra­dzi­ła­bym spoj­rzeć na za­wist­nych są­sia­dów, za­miast zwa­lać na go­bli­ny, tym bar­dziej, że jeśli do­brze ro­zu­miem, w swoim świe­cie wy­tę­pi­li­ście je wieki temu.

Na po­licz­ki Ra­la­kha wpełzł nie­zdro­wy ru­mie­niec.

– Nie spo­cznie­my, póki ta za­ra­za nękać bę­dzie Pie­kła – ryk­nął wście­kle. Zanim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać wy­cią­gnął że­la­stwo – fak­tycz­nie miecz! – i po­gnał wierz­chow­ca, który ru­szył na Dyah Ni…

I za­trzy­mał się w pół kroku, kwi­cząc z bólu i szar­piąc tak mocno, że w końcu zrzu­cił bied­ne­go ry­ce­rza. Do­brze, że ten pajac nie na­dział się na wła­sny miecz. Dyah Ni nie bar­dzo po­do­ba­ła się wizja zdra­py­wa­nia fla­ków z bruku, tym bar­dziej, że osadę jak i oko­li­cę wy­ło­żo­no nie­zwy­kle chłon­nym two­rzy­wem. Gdyby to wsią­kło, ca­pi­ło­by do końca Pie­kieł.

– A, tak – po­wie­dzia­ła swo­bod­nie, jakby roz­ma­wia­ła o po­go­dzie. – Ram­pia jest chro­nio­na za­klę­cia­mi.

– Nic to – wrza­snął Ra­lakh, któ­re­go upa­dek nie po­zba­wił re­zo­nu. – Sa­la­amin wnet roz­pra­wi się z waszą plu­ga­wą magią, a gdy cię do­pad­nie­my, ad­wo­ka­cie dia­bła, za­pła­cisz nam, tak, jak twoi plu­ga­wi pod­opiecz­ni.

Dyah Ni spoj­rza­ła z po­wąt­pie­wa­niem na maga: nie­prak­tycz­ną szatę i ten śmiesz­ny kijek. Ale Sa­la­amin nawet go nie tknął. Za­miast tego wyjął z sakwy za­wie­szo­nej u sio­dła mniej­szy wo­re­czek, z któ­re­go za­czerp­nął garść bia­łe­go pyłu i rzu­cił na wiatr, szep­cząc słowa mocy. Za­klę­cie roz­bi­ło się na tar­czach Ram­pii.

– Słu­chaj go­ściu – po­wie­dzia­ła, gdyż cała za­ba­wa za­czy­na­ła ją nieco nu­dzić. W do­dat­ku od­sło­nię­ta skóra na szyi i dło­niach za­czy­na­ła świerz­bić od tych cho­ler­nych pył­ków. Kurwa, ty­sią­ce lat nie­ustan­ne­go roz­wo­ju, a nadal nie wy­na­le­zio­no leku na tą cho­ler­ną aler­gię! – Tylko się kom­pro­mi­tu­jesz. Le­piej odejdź stąd, póki po­zwa­lam. I zo­staw te nie­szczę­sne go­bli­ny w spo­ko­ju. Znajdź sobie ja­kieś bar­dziej pro­duk­tyw­ne za­ję­cie, za­cznij upra­wiać gro­szek czy coś.

Ale Ra­lakt nie za­re­ago­wał. Sa­la­amin wciąż od­pra­wiał te swoje czary i w końcu mu się udało. Dyah Ni prze­wró­ci­ła ocza­mi. No dobra, skoro chce­cie…

Ra­lakh ryk­nął z ra­do­ści i po­gnał w jej stro­nę, znów dzier­żąc ten swój miecz. Ko­bie­ta się­gnę­ła do przy­mo­co­wa­nej do uda ka­bu­ry i wy­ję­ła różdż­kę – ale nie jakiś ba­dy­lek ze świę­te­go drze­wa, o nie. Jej różdż­ka była naj­now­szym osią­gnię­ciem dal­l­skiej ma­go­tech­no­lo­gii: dwa gwia­sta­lo­we rdze­nie prze­cho­wu­ją­ce razem ponad setkę za­klęć, za­mknię­te w izo­lu­ją­cej war­stwie ni­klo­wa­ne­go że­la­za, ca­bo­dio­no­wy kon­den­sa­tor, a na czub­ku – so­czew­ka ze sta­ran­nie oszli­fo­wa­ne­go krysz­ta­łu nym. Nie mu­sia­ła nawet wy­po­wia­dać za­klę­cia: urzą­dze­nie jakby tylko cze­ka­ło na oka­zję, na­tych­miast wy­rwa­ło od niej wy­ma­ga­ną ilość ener­gii, za­drża­ło, za­bły­sło i ry­cerz po­le­ciał niby sel­pha – jeden z tu­tej­szych skocz­no-la­ta­ją­cych gadów, który nie­jed­ne­go Dal­l­sja­ni­na do­pro­wa­dził na skraj za­wa­łu, wy­ska­ku­jąc nie­spo­dzie­wa­nie spo­mię­dzy za­ro­śli – i za­trzy­mał się do­pie­ro na pniu drze­wa kar­do­no­we­go, wci­śnię­ty mię­dzy ol­brzy­mie, zło­ci­ste li­ście.

Derek chciał coś zro­bić – nie wie­dzia­ła, co – więc rów­nież po­szy­bo­wał w dal, razem ze swoim wierz­chow­cem. Na końcu po­le­ciał Sa­la­amin, dla to­wa­rzy­stwa.

– A teraz słu­chaj­cie, pa­dal­ce, bo nie będę po­wta­rzać – huk­nę­ła, uprzed­nio ma­gicz­nie wzmac­nia­jąc swój głos. – Je­dy­ne go­bli­ny prze­by­wa­ją­ce w Ram­pii mają w Dalls i jego ko­lo­niach sta­tus oby­wa­tel­ski. To ozna­cza, że są Dal­l­sja­na­mi i jak Dal­l­sja­nie będą trak­to­wa­ni. I chro­nie­ni. I ja, jako kahar tej wio­ski przy­się­gam na Wiel­ką Sferę, że im tej ochro­ny udzie­lę – wszel­ki­mi środ­ka­mi, ja­ki­mi dys­po­nu­ję, a jak wi­dzi­cie, wy­star­czą one, aby po­słać was wszyst­kich na Zie­mię. Więc, po­wta­rzam po raz ostat­ni, wy­pier­da­laj­cie, pókim dobra.

– Ja tak tego nie zo­sta­wię! – za­skrze­czał Ra­lakh, który zdą­żył już wy­grze­bać się spo­mię­dzy liści, ale gdy Dyah Ni skie­ro­wa­ła na niego różdż­kę, od­wró­cił się i po­mknął w dal, grze­cho­cząc zbro­ją, a za nim jego, po­żal­cie się bo­go­wie, kom­pa­ni.

Do­pie­ro wtedy Zyjl'Kah­rit od­wa­żył się opu­ścić mrok la­bo­ra­to­rium i sta­nąć obok niej.

– Sil-ka­har?

Spo­glą­dał na nią z nie­mym py­ta­niem w wiel­kich, żół­tych oczach. Dyah Ni uśmiech­nę­ła się lekko. Go­bli­ny! Z pew­no­ścią nie wy­na­la­zły­by różdż­ki, ale po od­po­wied­nim tre­nin­gu, mogły jej uży­wać. Czy były zło­śli­we? Cza­sa­mi, ale rzad­ko nie­bez­piecz­ne. Okrut­ne? Nie bar­dziej, niż dra­pież­ne zwie­rzę­ta. Kra­dły, ow­szem, ale tylko dla­te­go, że lu­dzie za­ję­li te­re­ny, które od wie­ków na­le­ża­ły do nich, spy­cha­jąc ich na pu­sty­nie i ugory. Nie mieli wy­bo­ru.

Ale czy to czy­ni­ło ich złymi?

– Wra­caj­cie do pracy, Zyjl – po­wie­dzia­ła mięk­ko, pro­tek­cjo­nal­nie kle­piąc go po gło­wie. Jej szczu­pła dłoń ide­al­nie wpa­so­wy­wa­ła się mię­dzy wiel­kie, nie­to­pe­rzo­we uszy stwo­ra. – Te oszo­ło­my nie będą was już nie­po­ko­ić.

Zyjl'Kah­rit uśmiech­nął się, a jego twarz wy­glą­da­ła przy tym, jakby pękła na pół, wy­pusz­cza­jąc białe i ostre jak szpil­ki zęby. Potem za­wró­cił i po­czła­pał do la­bo­ra­to­rium, aby jak co dzień po­pro­wa­dzić po­bra­tym­ców w las. Dyah Ni uśmiech­nę­ła się lekko.

Tak, może go­bli­ny nie były do­sko­na­łe, ale miały jedną za­le­tę, która sku­tecz­nie usu­wa­ła w cień wszyst­kie wady.

Nie trze­ba im pła­cić tyle, co lu­dziom.

 

*Prze­nik to punkt, w któ­rym ist­nie­ją jed­no­cze­snie dwa świa­ty. Wcho­dzi się w jed­nym, wy­cho­dzi w dru­gim. Prak­tycz­ne, jeśli się wie, co robić. Jeśli nie – iry­tu­ją­ce i nie­bez­piecz­ne a de­li­kwent, który tra­fił "tylko" do dżun­glii peł­nej di­no­zau­rów, może się uwa­żać za szczę­ścia­rza.

**"kahar" to po dal­l­sku "przy­wód­ca". W za­leż­no­ści od przed­rost­ka, może ozna­czać co­kol­wiek, od człon­ka rządu, po szefa firmy a nawet przy­wód­cę szaj­ki. Mal-ka­har to gu­ber­na­tor sko­lo­ni­zo­wa­ne­go świa­ta, sil-ka­har – przy­wód­ca osady.

*** W do­my­śle: da­le­ko, ale jeśli ktoś ko­niecz­nie po­trze­bu­je kon­kret­nych liczb, mir­lit to dal­l­ska jed­nost­ka miary wy­no­szą­ca w przy­bli­że­niu 1580 m

Koniec

Komentarze

Nawet za­baw­na hi­sto­ria. Na po­cząt­ku tro­chę mnie draż­ni­ły dziw­ne wtrą­ce­nia w nar­ra­cji, np:

 

Do­brze, że ten pajac nie na­dział się na wła­sny miecz.


Ale ro­zu­miem, że to ce­lo­wy za­bieg. Po­mysł też dość fajny. Także, mi się po­do­ba­ło.

Po­zdra­wiam

Ma­stiff

Te ostat­nie słowa nie miały być na­pi­sa­ne kur­sy­wą:).

Ma­stiff

Pierw­szy wy­so­ki, bar­czy­sty, po samą szyję za­ku­ty w lśnią­cą jak lu­stro zbro­ję, z ol­brzy­mim ka­wał­kiem że­la­stwa prze­wie­szo­nym przez plecy. – Kiep­skie po­rów­na­nie. W lu­strze wszyst­ko się od­bi­ja. Fakt, jak pro­mie­nie sło­necz­ne na nie padną, to za­lśni, ale ja bym na Twoim miej­scu to usu­nął. Zo­staw samą lśnią­cą i bę­dzie ok.

 

Drugi – smu­kły, o drob­nych dło­niach z dłu­gi­mi pal­ca­mi i szczu­płej twa­rzy o lekko pta­sich ry­sach. Ten miał tylko lekką, ale pra­wie rów­nie lśnią­cą kol­czu­gę, a na ple­cach łuk i koł­czan pełen strzał. – Lśnie­nie też było w zda­niu wyżej. A może by tak dać ‘błysz­czą­cą”?

 

U jego pasa wi­siał ka­wa­łek drew­na, ma­ją­cy chyba słu­żyć jako cza­ro­dziej­ska różdż­ka. – Ekhm. Jak nar­ra­tor nie wie, to kto ma wie­dzieć? Albo zo­staw, że patyk słu­żył jako różdż­ka, jeśli fak­tycz­nie tak było, albo jeśli nie wia­do­mo do czego słu­żył, to niech osta­nie się tylko in­for­ma­cja, że zwi­sał ka­wa­łek drew­na. Naj­wy­żej póź­niej uświa­do­misz czy­tel­ni­ka, że oka­zał się on być tym, czy tam­tym.

 

Wszy­scy mieli jasną skórę, złote włosy i ciem­ne oczy i Dyah Ni za nic nie mogła okre­ślić, z ja­kie­go Pie­kła wy­peł­zli. – za­miast pod­kre­ślo­ne­go „i” wstaw „oraz”.

 

Ach, no i wszy­scy je­cha­li wierz­chem na po­twor­nych, łu­sko­wa­tych be­stiach o dwóch gło­wach uzbro­jo­nych w po­tęż­ne dzio­by, kost­nych pan­cer­zach, ro­gach, kol­cach i wszyst­kich in­nych nie­zbęd­nych ele­men­tach Wiel­kich Groź­nych Be­stii. – Zda­nie do prze­rób­ki. – No i wszy­scy je­cha­li wierz­chem, na po­twor­nych dwu­gło­wych be­stiach odzia­nych w kost­ne pan­ce­rze, uzbro­jo­nych w po­tęż­ne dzio­by, rogi, kolce i wszyst­kie inne ele­men­ty nie­zbęd­ne u Wiel­kich Groź­nych Be­stii. – To tak na szyb­ko.

 

Był pięk­ny, rześ­ki po­ra­nek, jeśli ktoś lubi takie rze­czy. – takie rze­czy, czyli jakie? Pięk­ne, rześ­kie po­ran­ki? Wywal to.

 

po­le­ciał niby sel­pha - jeden z tu­tej­szych skocz­no-la­ta­ją­cych gadów, który nie­jed­ne­go Dal­l­sja­ni­na do­pro­wa­dził na skraj za­wa­łu, wy­ska­ku­jąc nie­spo­dzie­wa­nie spo­mię­dzy za­ro­śli - za­trzy­mu­jąc się do­pie­ro na pniu drze­wa kar­do­no­we­go, wci­śnię­ty mię­dzy ol­brzy­mie, zło­ci­ste li­ście. – Żeby się za­trzy­mać, mu­siał NAJ­PIERW po­le­cieć. Le­cieć i za­trzy­my­wać się jed­no­cze­śnie nie był w sta­nie, więc zmień dru­gie po­gru­bie­nie na: i za­trzy­mał się.

 

Jej szczu­pła dłoń ide­al­nie wpa­so­wy­wa­ła się mię­dzy wiel­kie, nie­to­pe­rze uszy stwo­ra. – Te oszo­ło­my nie będą was już nie­po­ko­ić. - nie­to­pe­rzo­we

 

 

Sym­pa­tycz­ne i za­baw­ne. Mnie się po­do­ba­ło, po­pra­wi­ło mi humor. Bo­ha­ter­ka nie­źle cha­rak­ter­na :P

Za­ufaj Al­la­ho­wi, ale przy­wiąż swo­je­go wiel­błą­da.

Uśmia­łam się, jak norka. je­dy­ne miej­sce gdzie mnie sie po­tknę­ło, to zbyt dłu­gie do­py­ty­wa­nie o nie­pra­wo­ści Go­bliń­skie. Tak ze trzy wy­mia­ny dań od­ru­cho­wo prze­sko­czy­łam. (Ale wró­ci­łam!)

Co do po­wtó­rzeń, li­te­ró­wek i tych in­nych gadów nie wy­po­wia­dam się, bo to mi umyka i dobra w tem nie je­stem.

Się na wra­że­niach i po­my­słach sku­piam.

Lu­bi­my Prat­chet­ta? :)

Sym­pa­tycz­ne. Nie­złe jako wpraw­ka pi­sar­ska.

Cie­szę się, że się po­do­ba­ło.

Fa­so­let­ti - dzię­ki za wy­tknię­cie błę­dów, po­praw­ki wpro­wa­dzi­łam, przy­naj­mniej tam, gdzie się z nimi zga­dzam. Zanim wy­zwiesz od naj­gor­szych i po­ło­żysz krzy­żyk, po­zwól, że się wy­tłu­ma­czę. ;) W opo­wia­da­niu uży­łam nar­ra­cji per­so­nal­nej i to tylko dla­te­go, że w li­te­ra­tu­rze, w prze­ci­wień­stwie do gier, pre­fe­ru­ję trze­cią osobę. Nie­mniej ca­łość pi­sa­na jest de facto z per­spek­ty­wy Dyah Ni - stąd wąt­pli­wo­ści, czy rze­czo­ny patyk to różdż­ka czy tylko de­ko­ra­cja. Mamy wszak pięć­dzie­sią­ty trze­ci wiek, kto jesz­cze używa drew­nia­nych róż­dżek?! Tym bar­dziej, że nor­mal­ną, z Ma­gi­Te­chu można do­stać za je­dy­ne 199 du­ka­tów i 99 pen­sów, a jak się trafi na pro­mo­cję w Ma­gi­Mark­cie, to drugą dają za po­ło­wę ceny x)

Rześ­kie po­ran­ki to też rzecz gustu. Pa­trząc z per­spek­ty­wy Dal­l­sjan­ki: ol­brzy­mia prze­strzeń, słoń­ce na­wa­la w przy­zwy­cza­jo­ne do sztucz­ne­go świa­tła oczy, wszę­dzie te cho­ler­ne pyłki. W do­da­ku nikt nie ma prawa bu­dzić mnie przed po­cząt­kiem zmia­ny! Do dia­bła z rześ­ki­mi po­ran­ka­mi!

 

Riboq - ponoć prze­ska­ki­wa­nie dań jest za­le­ca­ne przy od­chu­dza­niu ;P Prze­pra­szam, mu­sia­łam.

Prat­chet­ta kie­dyś czy­ta­łam na umór, ale jakoś dawno nie mia­łam oka­zji.

 

Dzię­ki wszyst­kim za opi­nie.

Nie­mniej ca­łość pi­sa­na jest de facto z per­spek­ty­wy Dyah Ni - stąd wąt­pli­wo­ści, czy rze­czo­ny patyk to różdż­ka czy tylko de­ko­ra­cja. Mamy wszak pięć­dzie­sią­ty trze­ci wiek, kto jesz­cze używa drew­nia­nych róż­dżek?!  

Moim skrom­nym, nie li­czą­cym się (cza­sa­mi z nikim i ni­czym) zda­niem, nie po­win­naś mie­szać nar­ra­cji. Per­so­nal­na z per­spek­ty­wy? Ni pies, ni wydra, coś na kształt świ­dra... Sama wi­dziśż po re­ak­cjach czy­tel­ni­czych, jakie to nie­po­ro­zu­mie­nia wy­wo­łu­je. No i gdzie jest po­wie­dzia­ne, na­pi­sa­ne, po czym można po­znać, że to LIII wiek? Po opi­sie różdż­ki Dyah? Tylko po tym?  

Samo opo­wia­dan­ko przy­jem­ne, lek­kie, wy­wo­łu­ją­ce uśmiech.

Może nie­for­tun­nie to uję­łam. Cho­dzi o to, że nie prze­pa­dam za nar­ra­to­rem wszech­wie­dzą­cym i wolę ogra­ni­czyć go tym, co w danej chwi­li widzi i od­czu­wa dana po­stać. To chyba do­pusz­czal­ne w li­te­ra­tu­rze?

po czym można po­znać, że to LIII wiek? - po ni­czym, to pierw­sza licz­ba, jaka przy­szła mi do głowy pod­czas pi­sa­nia ko­men­ta­rza. Jed­nak opis różdż­ki, obec­ność la­bo­ira­to­rium, czuj­ni­ków itd. chyba wy­star­cza­ją­co wska­zu­ją na to, że to już nie ta epoka co smoki, ry­ce­rze, Wiel­ka Walka Dobra ze Złem i magia czy­nio­na za po­mo­cą po­świę­co­nych ba­dyl­ków.

Dzię­ki za opi­nię.

Fla­vio, Ko­le­żan­ko droga... Jeśli plą­czą się po świe­cie tro­pi­cie­le go­bli­nów, to nie jest to świat "tech­no­lo­gicz­ny", ale "ma­gicz­ny", w któ­rym ważne są po­swie­co­ne(?) ba­dyl­ki. Jeśli do różdż­ki, za­ku­pio­nej w Ma­gi­Te­chu, do­da­ją drugą za pół ceny, to jest to świat "tech­no­lo­gicz­ny" nie "ma­gicz­ny". Scyl­la i Cha­ryb­da się kła­nia­ją... Na Twoim miej­scu wy­ko­rzy­stał­bym moż­li­wo­ści, stwa­rza­ne przez "prze­ni­ki". Wtedy można by było ład­nie to zgrać, ro­ze­grać... Zgod­nie z pra­wem: każda do­sta­tecz­nie roz­wi­nię­ta tech­ni­ka jest nie­odróż­nial­na od magii.

Oso­bi­ście za­wsze po­strze­ga­łam "mój" świat jako ma­gicz­ny, to zna­czy taki, w któ­rym dzia­ła jakaś wszech­po­tęż­na i bli­żej nie­okre­ślo­na siła, którą przy odro­bi­nie wy­sił­ku można skło­nić, żeby "zro­bi­ła wszyst­ko". Dzia­ła też jed­nak druga siła, taka, któ­rej w fan­ta­sy zwy­kle bra­ku­je: po­stęp. I tak, drew­nia­ne różdż­ki były w uży­ciu i nawet się spraw­dza­ły, przy­naj­mniej do­pó­ki nie zja­wił się jeden mądry i nie udo­wod­nił, że to tylko ze wzglę­du na dużą za­war­tość pew­ne­go mi­kro­ele­men­tu. A potem zro­bił różdż­kę wy­łącz­nie z owego ele­men­tu, który jak sie oka­za­ło, do­sko­na­le prze­wo­dził ener­gię ma­gicz­ną, a kilka wie­ków póź­niej jej zmo­dy­fi­ko­wa­ną wer­sję nosił każdy sza­nu­ją­cy się oby­wa­tel.

W cza­sach Dyah Ni wciąż ist­nie­ją lu­dzie za­wo­do­wo pa­ra­ją­cy się magią, cho­ciaż szko­li ich się na tej samej uczel­ni, co fi­zy­ków kwan­to­wych i ge­ne­ty­ków. Wiele rze­czy ma swoje od­po­wied­ni­ki w na­szym świe­cie, ale ich dzia­ła­nie opie­ra się o magię (hip­no­gry, ilu­zje re­kla­mo­we, dwur­dze­nio­we różdż­ki za­miast no­wych iCo­siów itp.).

Więc w spra­wie Scyl­li i Cha­ryb­dy... chyba sie­dzę po­środ­ku ;>

U jego pasa wi­siał ka­wa­łek drew­na, ma­ją­cy chyba słu­żyć jako cza­ro­dziej­ska różdż­ka. - U jego pasa wi­siał ka­wa­łek drew­na, który Dyah Ni przy­po­mi­nał różcz­kę, ja­ki­mi po­słu­gi­wa­li się ma­go­wie sprzed trzech stu­le­ci. - W ten choć­by spo­sób mo­żesz roz­wią­zać pro­blem z nar­ra­to­rem i wąt­pli­wo­ścia­mi bo­ha­ter­ki co do ba­dy­la ;)

Za­ufaj Al­la­ho­wi, ale przy­wiąż swo­je­go wiel­błą­da.

Cie­ka­we opo­wia­da­nie, pro­ste, ow­szem (in­te­li­gent­na nie­wia­sta wer­sus głu­pa­wi, z deka mi­zo­gy­ni­stycz­ni "po­szu­ki­wa­cze przy­gód i guzów"), ale faj­nie mi się je czy­ta­ło. Fajny twist na końcu: bo­ha­ter­ka niby oświe­co­na fe­mi­nist­ka i wal­czy z uprze­dze­nia­mi, a jed­nak swoje za usza­mi ma i dba o wła­sne in­te­re­sy, szla­chet­no­ścią się cza­sem za­sła­nia­jąc (choć mimo wszyst­ko nie za­cho­wu­je się jak ktoś, przez kogoś prze­ma­wia wy­łącz­nie cy­nizm.) Fajna, po­lu­bi­łam ją.

 

Nie ej­stem zwo­len­nicz­ką wy­ja­śnia­nia ter­mi­no­lo­gii świa­ta przed­sta­wio­ne­go w przy­pi­sach. Le­piej po­ka­zać, opis rzo­rzu­cić po tek­ście albo wpleść w dia­log, niż dawać przy­pis. Dla mnie prze­pi­sy były zbęd­ne, z tek­stu łatwo się do­my­śleć, czym są wszyst­kie uży­wa­ne ter­mi­ny - poza "prze­ni­kiem", ale to, jak pi­sa­łam: moż­na­by jakoś faj­nie w nar­ra­cji za­su­ge­ro­wać.

Fa­so­let­ti - dobra, wy­gra­łeś ;P Zda­nie zmie­nio­ne.

An-Nah - cie­szę się, że się po­do­ba­ło. Też nie je­stem fanką przy­pi­sów, ale kie­dyś strasz­nie do­sta­łam po uszach za sto­so­wa­nie nie­zro­zu­mia­łej ter­mi­no­lo­gii i teraz mi się od­bi­ja. Też uwa­żam, że opisy le­piej wpleść w tekst, ale tego aku­rat nie chcia­łam zbyt­nio roz­wle­kać; zresz­tą po dwu­dzie­stu opo­wia­da­niach, w któ­rych tłu­ma­czę, co to prze­nik mam wra­że­nie, że jesz­cze jedno, a rzucę to w cho­le­rę i za­cznę pisać o stat­kach ko­smicz­nych xP

Po lek­tu­rze „Czar­ne­go Pana” mia­łam lek­kie opory, czy za­cząć czy­tać Twój ko­lej­ny tekst, ale moje obawy oka­za­ły się, na szczę­ście nie­uza­sad­nio­ne. Opo­wia­da­nie po­do­ba mi się. Jest dość krót­kie, acz tre­ści­we. Zna­la­złam w nim wszyst­ko, co po­zwa­la za­koń­czyć dzień w do­brym na­stro­ju.

 

„– Pro­wadź nas, nie­wia­sto, do przy­wód­cy tej osady – oznaj­mił ten w lśnią­cej zbroi, nie za­szczy­ca­jąc jej nawet spoj­rze­niem.” – Skoro nie za­szczy­cił jej nawet spoj­rze­niem, to skąd wie­dział, że mówi do nie­wia­sty?

 

„Moi to­wa­rzy­sze to mistrz łucz­ni­cy Derek…” - …mistrz łucz­ni­czy Derek…

 

„…naj­wy­raź­niej za­koń­czył już prze­mo­wę i nie miał po­my­słu, co dalej mówić…” – Takie małe po­wtó­rze­nie. Może: …co dalej po­wie­dzieć

 

Po­zdra­wiam.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Praw­dzi­wie i żywo na­pi­sa­ne. To lubię!

Nowa Fantastyka