Nowy dzień. Kolejny wschód życiodajnego Słońca. Kolejny dzień, taki jak inne. Taki przynajmniej miał być. Nic nie wskazywało, że będzie się tak różnił od dotychczasowych. Podobnie jak w każdy inny dzień w okresie od wiosny do wczesnej jesieni słoneczne promienie oparły się o okna mojego skromnego mieszkania usytuowanego na drugim piętrze w bloku, na jednym z blokowisk rodzinnego miasta. Tamtego dnia pierwsze promienie rozświetliły moją sypialnię tuż po piątej rano. Ponieważ ze zmęczenia zapomniałem poprzedniego dnia wieczorem przed snem o opuszczeniu okiennych rolet toteż skutecznie i sprawnie mnie obudziły nie pozwalając już spać dalej. Mimo zaledwie kilku godzin czułem się wypoczęty. Było to dziwne. Zwykle moja pora wstawania przypadała w okolicach godziny ósmej lub nawet po niej. Nawet wstając o zwykłej porze nierzadko czułem się senny i dopiero poranna kąpiel, szybki letni bądź wręcz zimny prysznic był w stanie doprowadzić mnie do stanu pełnej świadomości. Tego dnia jednak byłem rześki, tak jak rzadko kiedy. Nie odczuwałem także potrzeby wylegiwania się w łóżku po przebudzeniu. Zazwyczaj rano od momentu pobudki do powstania z łoża mijało jeszcze z 10 do 20 minut. Wtedy, inaczej niż co dzień, wstałem niemalże od razu i szybko przystąpiłem do tradycyjnych porannych czynności. Skierowałem się więc do łazienki. Jedynie na moment pojawiłem się w kuchni aby włączyć czajnik z wodą na poranną kawę, tudzież herbatę. Szybka poranna toaleta wraz z goleniem się poszła sprawnie. Już po wszystkim ubrany w płaszcz kąpielowy wyszedłem, kierując się z powrotem w stronę kuchni przygotować pierwsze śniadanie. Zagotowana woda już tam na mnie czekała. Zwykle zawsze rano piłem kawę, aby w pełni się dobudzić, tym razem jednak to nie było konieczne. Wybór padł więc na duży kubek gorącej herbaty. Prawdziwy porcelanowy, duży, pojemny na niemal 0,4 litra. Torebka ulubionego herbacianego napoju, wrzątek, trzy kostki cukru i gotowe. Do tego świeży rogal z ulubionym dżemem z truskawek. Po prostu pyszności. Smaczny i pożywny posiłek na początek dnia. Poszedłem do drugiego pokoju, pełniącego rolę salonu i położyłem przygotowany posiłek na stole. Zanim jeszcze zasiadłem przy stole wziąłem do ręki leżącego całą noc na kanapie laptopa i włączyłem go. Chciałem sprawdzić poranne wiadomości na popularnych serwisach informacyjnych. Komputer się zaczął uruchamiać. Postawiłem go na stole czekając na uruchomienie systemu. Po odmówieniu krótkiej modlitwy przed posiłkiem zacząłem posiłek. Dwa kęsy, trzy łyki herbaty, po czym kolejne dwa. Tymczasem mój komputer zdążył w pełni załadować system operacyjny i uruchomić przeglądarkę wraz z niezbędnymi aplikacjami.
Niemal odruchowo zaglądam na przeglądarkę i strony głównych serwisów informacyjnych. Widzę tytuły takie jak: „Nadciąga piąta fala globalnego kryzysu finansowego. Tym razem nikogo nie ominie”, „Chiny grożą atakiem jądrowym na Mekkę” i „Australia anektuje Indochiny”. Cóż, polityka, gospodarka i ekonomia już od lat zaskakują i wszyscy przyzwyczaili się już, że można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Dalej czytam takie „rewelacje” jak: „Eutanazja dla nastolatków w południowej Afryce” czy „USA: Aborcja 3-latków jednak legalna. Orzekł Sąd Najwyższy”. Też nic nowego. Dla każdego obserwatora światowych wydarzeń, niezależnego dziennikarza i publicysty takiego jak ja również te tytuły nie są żadną niespodzianką. Światowe tendencje „cywilizacji śmierci”, jak ją nazwał już Ś.P. Papież Jan Paweł II, były już jasno widoczne niemal na każdym kroku. Dział „nauka” serwował nawet informację o otwarciu pierwszego w Europie i trzeciego na świecie „ogrodu zoologicznego” z ludzko-zwierzęcymi hybrydami. Jednak o dziwo informacja o tym nie była na pierwszym miejscu w dziale. Zaskakujące, ale na górze umieszczono wiadomość o odkryciu zbliżającego się do Ziemi nieznanego wcześniej dużego ciała kosmicznego. Z ciekawości przyjrzałem się temu bliżej. Faktycznie informacja wydała jest ciekawa. Opisano krótko historię odkrycia, jakie dokonała grupa niezależnych astronomów amatorów w różnych miejscach globu. Podano przybliżone parametry owej planety i jej orbity, z czego wywnioskowano, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy zbliży się ona na niespełna dwukrotną odległość Ziemia-Księżyc i będzie, w związku z tym widoczna gołym okiem. Wspomniane zostało też, że zakłóci ona orbitę ziemskiego satelity oraz najprawdopodobniej i samej naszej planety. Zdjęcie zamieszczone przy informacji pokazywało jedynie małą beżowo – bordową plamę. Jak zapewniała agencja ISA wyraźne fotografie miały się pojawić gdy tylko zbliży się do niej wysłana niedawno sonda. W komentarzach pod artykułem, jak się spodziewałem, nie brakowało oczywiście wypowiedzi wszelkiej maści „specjalistów” w każdej dziedzinie, zarówno dotyczącej tematu jak i nie. Druga pokaźna grupa to rozmaici wieszcze i „prorocy” zapowiadający po raz kolejny „koniec świata”. Nic się nie przejmowali, że poprzednie zapowiadane „końce” przeminęły bez echa. Każdy „znawca” i „prorok” musiał wtrącić swoje trzy grosze, a najciekawsze, co trzeba przyznać, były zażarte spory między tymi obozami, z których każdy uważał, że wie wszystko najlepiej. Czytając komentarze pod tekstem, stanowiące niewątpliwie satyryczny i humorystyczny dodatek do tej jak i niemal każdej innej wiadomości publikowanej w mediach elektronicznych, naprawdę miałem niezły ubaw. Kiedy dotarłem do końca, pojawiła się lekka konsternacja, że tylko tyle, że już koniec. Nic dziwnego, pora była jeszcze wczesna i zdecydowana większość „specjalistów” i „wieszczów” jeszcze spała. „Prawdziwy wysyp rozmaitych „perełek” w komentarzach pojawi się pewnie w ciągu dnia” pomyślałem z nadzieją postanowiłem zajrzeć tu później. Zerknąłem po chwili jeszcze na inne portale informacyjne. Wszystkie przedrukowywały tę samą wiadomość wprost ze strony ISA. Praktycznie w każdym z serwisów, mimo tak wczesnej pory, nie brakowało komentarzy, które w większości porażały „inteligencją” ich autorów. Gdy żenująco – tandetne wypowiedzi zaczynały przeważać uznałem, że czas zakończyć poranny przegląd elektronicznej prasy.
Zamknąłem pokrywę laptopa, wstałem z krzesła, otworzyłem drzwi na niewielki taras przylegający do mojego salonu. Następnie biorąc do jednej ręki talerz do drugiej kubek z herbatą stanąłem na chwilę w progu Słońce natychmiast oświetliło twarz, poczułem też powiem letniego porannego wiatru. Zrobiłem kolejne dwa kęsy i kilka łyków po czym postawiłem oba naczynia, jeszcze wraz z zawartością na zewnętrznym parapecie okna na tarasie. Kilka kroków i już byłem przy barierce. Wiatr nadal lekko wiał i choć był chłodny to jednak przyjemny. Słońce, wschodzące powoli coraz wyżej i wyżej grzało mocniej z każdą chwilą. Rozejrzałem się po okolicy. Cisza i spokój. O tej porze panuje jeszcze niewielki ruch. Niewielu ludzi widać na ulicach i śpieszy się do pracy. Jeszcze kilka lat wcześniej byłoby to dziwne, wtedy zdecydowana większość zakładów przemysłowych pracowała na 2 lub 3 zmiany. Wówczas w okolicach godziny 6, 14 i 22 panował duży ruch. Jednak od czasu trzeciej fali wielkiego kryzysu zdecydowana większość firm produkcyjnych, a głównie takie pracowały w systemie zmianowym, z racji zmniejszających się zamówień zmuszona była ograniczać także godziny pracy i, co za tym idzie, zatrudnienie. Większość z nich pracowała teraz na jedną pełną 8-godzinną zmianę bądź co najwyżej dwie niepełne po 6 godzin. W obu przypadkach zaczynały się o 8 rano i wtedy też panował największy ruch. Wtedy na ulicach pojawiało się najwięcej rowerów, różnej maści busów oraz samochodów. Tych ostatnich pojawiało się zdecydowanie najmniej. Przy cenie paliwa rzędu 18-20 zł za litr, autogazie za 15 zł, tuzinie najdziwaczniejszych opłat za posiadanie i użytkowanie własnych czterech kółek mało kogo stać było na taki luksus. Dodać do tego należy znaczący spadek realnej wartości wynagrodzeń i szalejące bezrobocie sięgające 35 %. Daje to iście makabryczny obraz sytuacji. Wszystko to efekt destrukcyjnej i zabójczej polityki prowadzonej w tym kraju przez aż 14 lat przez rząd Sknerusa Pluska i jego Patologii Obywatelskiej. Swoją polityką doprowadzili kraj do ruiny. Teraz, po ich odejściu już od dwóch lat rządzi krajem koalicja RON-ONP-PKN. Ruch Odbudowy Narodowej, Obóz Narodowo Patriotyczny i Prawicowy Kongres Narodowy, po pierwszych prawdziwie wolnych, po odsunięciu dyktatury Pluska od władzy, wyborach sprawnie zawiązał koalicję, która usiłuje ogarnąć sytuację, jednak skutki działań poprzedników będą odczuwalne jeszcze przez długie lata.
Ostatnie lata generalnie były burzliwe. Kryzysy finansowe przechodzące jeden po drugim przez świat dokonały ogromnego spustoszenia. Ostatnia jak na razie 4 fala sprzed 3,5 roku zmiotła z powierzchni ziemi przede wszystkim znienawidzony przez Europejczyków socjalistyczny Związek Euroradziecki (ZEUR), co przyniosło wolność uciemiężonym narodom kontynentu. Nie zakończyło jednak kłopotów, gdyż po wszystkim poszczególne na nowo odrodzone i suwerenne kraje musiały samodzielnie zacząć sobie radzić ze skutkami, co nie było łatwe i nadal nie jest. Poza chronionymi enklawami od kilku lat panuje ogólny chaos. Ja mam to szczęście, że mieszkam w mieście, które całe znajduje się wewnątrz takiej enklawy, jest więc względnie bezpiecznie i stabilnie, jednak kilkanaście kilometrów dalej sytuacja jest zgoła odmienna. Stojąc tak na tarasie i delektując się tą ciszą i spokojem aż trudno było wtedy i teraz w to uwierzyć, ale to prawda.
Stałem tak wtedy, pamiętam, dobre pół godziny jeśli nie dłużej. W którymś momencie skierowałem wzrok z kierunku Słońca. Nagle mój wzrok zwrócił uwagę na coś dziwnego, coś czego nie powinno być gdy gwiazda dzienna jest już tak wysoko. Około 20-25 stopni na południowy wschód od niej znajdował się jakiś obiekt. Wiedziałem, że nie może to być żadna z planet, jakie są normalnie widoczne. Jowisz i Saturn nie bywają w tych okolicach o porannej porze. Z kolei na Merkurego jak i Wenus o tej godzinie i tyle czasu po wschodzie już zdecydowanie za późno i już powinny dawno być niewidoczne. Została więc tylko jedna możliwość: nieznana planeta, o której przeczytałem tego poranka. Postanowiłem to zweryfikować.
Stałem tak oparty o barierkę mojego tarasu wpatrując się w ten niezwykły widok. W tle cicho grała muzyka z mojego domowego odtwarzacza. Nie były to jakieś najnowsze przeboje, bowiem takich wówczas było niewiele. W tamtych latach szeroko rozumiana pop-kultura miała bowiem mocny zastój. Ludzie zajęci ważnymi życiowymi problemami nie mieli zwyczajnie czasu na zbyt wiele rozrywki. Z braku zapotrzebowania nie powstawało wiele tworów tzw. kultury masowej. Dotyczyło to wszystkich dziedzin nie tylko muzyki. Także filmu, teatru, literatury. Nie oznaczało to iż sztuka jako taka przestała wówczas istnieć. Istniała nadal, lecz zmieniła się jej funkcja. Jej główną rolą nie było dawanie taniej rozrywki. W czasach dekadencji całej kultury zachodniej rozrywka była wiodącą rolą szeroko rozumianej sztuki masowej. Gdy zachód, a wraz z nim cały świat runął z hukiem sztuka stricte rozrywkowa straciła rację bytu. Musiała szybko przejąć inne funkcje. Miała stać się sztuką użytkową i dającą nadzieję i pokrzepienie w trudnych czasach ludziom przyzwyczajonym dotąd do stabilności i luksusów. Nie było łatwo. Państwo nie spełniało żadnej ze swoich funkcji w tym zakresie, w zasadzie istniało tylko na papierze i niewiele mogło w praktyce zrobić. Zostawiło zwykłych ludzi samych sobie. W tym momencie sztuka podjęła na nowo funkcję edukacyjną. W kinach tanie rozrywkowe efekciarskie produkcje wielkich wytwórni szybko zostały zastąpione przez filmy obyczajowe bądź wręcz dokumenty fabularyzowane ukazujące życie w trudnych zmienionych realiach. Podobnie literatura i teatr, które teraz istniały „ku pokrzepieniu serc” aby dawać nadzieję na lepszą przyszłość. W muzyce, której zdecydowanie najtrudniej było się odnaleźć w nowej sytuacji, dominowały teraz nurty i gatunki uważane jeszcze kilka lat wcześniej za awangardowe, niszowe, skierowane do wąskiego grona odbiorców takie jak np. blues i jazz. Typowe pop i rock, metale i heavy metale odeszły do lamusa i nikt praktycznie nic nie tworzył. Dużą popularność dalej miał szerokorozumiany folk z różnych stron świata. Ten gatunek jakby nie poddał się ogólnoświatowej melancholii. Nadal był żywiołowy, choć w różnych regionach globu wyglądało to różnie i w miejscach dotkliwie poszkodowanych przez kryzysową nawałnicę był trochę stonowany.
Stojąc tak na balkonie w końcu zerknąłem na zegarek. To już był najwyższy czas zakończyć poranny posiłek. Dokończyłem więc rogala i wypiłem pozostałą część herbaty, po czym ostatni na razie raz spojrzałem w kierunku Słońca i dziwnego obiektu. „Czym jesteś ?” zadałem sobie w myślach pytanie. Sprawa mnie zaintrygowała na tyle iż postanowiłem się jej bliżej przyjrzeć. Po chwili mając w rękach oba używane naczynia opuściłem taras kierując się w stronę kuchni, gdzie od razu je szybko i sprawnie umyłem. Tak niepostrzeżenie czas szybko płynął, że ani się spostrzegłem a już zbliżała się godz. 7.30. Kolejne minuty zeszły na ubranie się i przygotowanie do wyjścia. Choć wstałem wcześniej niż zwykle i miałem więcej czasu to uznałem, że jednak także wyjdę wcześniej. Miałem więcej czasu i uznałem, że na spokojnie pozałatwiam ważne w tym dniu sprawy, których miałem naprawdę sporo. Gdy byłem już gotowy do wyjścia sprawdziłem czy wszystko już mam. Dokumenty, klucze, telefon, podręczny palmtop, wszystkie urzędowe papierki miałem przy sobie. Szybkie wejście do salonu – o mało co zapomniałbym zamknąć drzwi tarasu i wyłączyć komputer. Zrobiłem więc co trzeba, po czym skierowałem się w stronę wyjścia. Drzwi zamknięte. Dla bezpieczeństwa miałem w nich dwa różne typy zamków, zarówno elektroniczny na kartę chipową jak i dwa stare dobre tradycyjne na klucz. Uznałem, że ostrożności nigdy za wiele, choć okolica była dobrze, jak na ogólnie panujące warunki chroniona. Szybkim krokiem zszedłem klatką schodową dwa piętra dzielące mnie od parteru i ani się spostrzegłem znalazłem się na dole przy wyjściu. Windy w moim bloku, z racji tego że był on niski nie było. Jednakże nawet w tych, które je posiadały najczęściej były one w fatalnym stanie technicznym i zazwyczaj były wyłączone z użycia. Tymi nielicznymi działającymi też nikt za bardzo nie chciał jeździć i ryzykować.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, słońce już mocno dawało się we znaki i z każdą minutą grzało coraz mocniej. Typowy letni dzień. Skierowałem swój wzrok w stronę, gdzie uprzednio na niebie widziałem nieznaną planetę. Teraz już jednak nic nie było widać. Stwierdziłem, że najprawdopodobniej także i ów obiekt, podobnie jak inne planety, ginął już o tej porze w blasku słonecznego światła. „Trudno” – pomyślałem – „Może wieczorem będą dogodniejsze warunki do obserwacji” i ruszyłem przed siebie.
Tamten dzień, pamiętam szybko minął na załatwianiu spraw. Najpierw urzędy później wizyta w mojej redakcji, dla której pracowałem. Następnie wyruszyłem w teren zbierać materiały. Byłem też umówiony na spotkania z informatorami. Jako że zacząłem dzień wcześniej niż zwykle miałem przed nimi zapas czasu. Mimo tego jednak okazało się że część przewidzianych na ten dzień spraw zabrała więcej czasu niż przewidywałem i ów zapas czasowy się szybko samoistnie stracił. Plan dnia w związku z tym musiałem korygować na bieżąco. Zmieniła się też przewidywana pora powrotu do domu. Planowałem, że wrócę wcześniej i na spokojnie zjem kolację, po której zajmę się spokojnie porządkowaniem nowych materiałów i rozpocznę pisanie zleconych mi artykułów i felietonów. Wróciłem jednak tak późno, że jedynie zdążyłem wykonać tą pierwszą z nich i to na dodatek jedząc równocześnie naprędce przygotowaną kolację. Gdy wieczorem wróciłem już nic więcej oprócz tego nie zdążyłem zrobić. Po całym pracowitym dniu po prostu padałem z nóg. Skończywszy to co robiłem wziąłem szybki prysznic i czym prędzej poszedłem spać.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Uznałem, że w związku z dużą ilością pracy będę jednak wstawał wcześniej, aby ze wszystkim zdążyć. Często, niemal codziennie z rana co najmniej chwilę przeznaczałem na obserwację wypatrzonej nieznanej planety. Ta z czasem zaczęła być coraz wyraźniej widoczna. Temat nie widniał ówczas jeszcze na czołowych stronach gazet i portali informacyjnych, toteż niewielu ludzi się o sprawie dowiadywało, a obiekt, mimo iż był już widoczny gołym okiem nie zwracał szczególnej uwagi. Wszyscy byli zajęci i pochłonięci codziennymi sprawami i nie mieli specjalnie czasu na spoglądanie w niebo, a nawet jeśli to mało kto był tak rozgarnięty żeby zauważyć anomalię. Mnie po kilku pierwszych dniach udało się zainteresować tematem kilku sąsiadów, którzy zapewne w większości nie zwróciliby na nic uwagi. Jednak, gdy w rozmowach napomknąłem coś na ten temat większość, jak nietrudno zgadnąć wstrząsnęła ramionami, jednak kilka z mieszkających w moim bloku osób zaintrygowało i odtąd, mniej lub bardziej uważnie śledzili temat oraz prowadzili własne obserwacje. Tak się złożyło, że jeden z nich był emerytowanym nauczycielem fizyki i astronomii. Z kilkuletniego uśpienia obudził się w nim wówczas istny zapaleniec astronomii. W celu poczynienia obserwacji wyciągnął i doprowadził do stanu używalności leżący w jego szafie od kilku lat niewielki teleskop. Po wyczyszczeniu i zainstalowaniu na własnym tarasie rozpoczął regularne oglądanie nieznanej planety. Wraz nim i paroma innymi sąsiadami w kolejne weekendy spotykaliśmy się u niego na popołudniowo – wieczornych rozmowach. Poruszaliśmy różne tematy, jednak obserwacja nieznanego obiektu, szybko stała się stałym punktem programu, o ile tylko umożliwiały to warunki pogodowe i lokalizacja globu na nieboskłonie. Należy wyjaśnić, iż ów sąsiad miał taras usytuowany na ostatnim piętrze bloku, i z tej pozycji rozciągał się widok na południowo – wschodnią, południową i południowo – zachodnią część nieba. Dawało do dogodne możliwości obserwacji o ile tylko w godzinach wieczornych i nocnych planeta znajdowała się akurat w tej części nieba.
Mijały tygodnie. Te zmieniały się w miesiące. Zgodnie z wyliczeniami astronomów przez ten czas wielkość obiektu na niebie rosła i stawał się on coraz bardziej widoczny. Coraz więcej ludzi zaczynało zwracać na niego uwagę. Różne jednak były reakcje. Od spokojnych do panicznych i katastroficznych. Fora internetowe i komentarze pod różnymi artykułami zapełniały się w ogromnym tempie „wieszczami”, „prorokami” i „znawcami” i z każdym dniem ich liczba rosła. W końcu do planety dotarła zapowiadana już kilka miesięcy temu sonda badawcza znanej agencji kosmicznej i po raz pierwszy można było ujrzeć nowy glob ze szczegółami. Uzyskane zdjęcia miały naprawdę wysoką jakość. Nikt, w przeciwieństwie do dawnej NASA nie stosował taktyki retuszowania fotografii czy zatajania informacji. Nowa międzynarodowa agencja została od tego typu postępków uwolniona. Nawet, gdyby jednak ktokolwiek usiłował cokolwiek cenzurować to na dłuższą metę byłoby to bezcelowe. Obiekt był już na tyle blisko, iż każdy kto posiadał odpowiednio mocny sprzęt optyczny mógł prowadzić własne obserwacje i każdy ewentualny przekręt lub oszustwo wyszłoby szybko na jaw kompromitując instytucję badającą kosmos. Przesłane zdjęcia ukazały glob którego zdecydowana większość powierzchni miała beżowo – pomarańczowy kolor. Około 60 % jednej z pólkul zajmował jednolity i płaski obszar w kolorze bordowo – fioletowym. Obserwowana z Ziemi jaśniejsza część miała bardziej odcień zbliżający się do różowego a ciemny podchodzący pod lekko brązowy. Wszystko to było spowodowane przez obecność atmosfery, zarówno ziemskiej jak i tej otaczającej nowy glob. Ta choć rzadsza niż nasza to jednak też miała wpływ na widoczną kolorystykę. Przeprowadzone badania i pomiary potwierdziły wcześniejsze szacunkowe wymiary. Planeta miała około 8,5 tysiąca kilometrów średnicy, czyli w przybliżeniu 2/3 ziemskiej i około 3/4 masy naszej Ziemi.
W momencie gdy nieznany glob stał się już wyraźnie widoczny i dawał się łatwo odróżnić od pozostałych gwiazd i planet, po podaniu w mediach głównego nurtu tej informacji, temat stał się nadzwyczaj popularny i to nie tylko wśród znawców i amatorów astronomii, ale i zwyczajnych ludzi. Nowa planeta nie dawała już zresztą wyboru ludziom i sama zwracała na siebie uwagę obecnością na niebie wieczorną i nocną porą. Wzrosła jej wielkość, gdyż widoczna z Ziemi tarcza miała już wówczas około 1/3 średnicy widocznej tarczy naszego Księżyca. Co więcej, rosła z tygodnia na tydzień, a wszystko przez to, iż nadal na swojej ekscentrycznej orbicie zbliżała się do naszego rodzinnego świata.
Wbrew temu co możnaby przypuszczać, że potencjalne zagrożenie z kosmosu powinno zjednoczyć ludzkość, nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej jeszcze wtedy. Konflikty w różnych częściach globu jak były tak trwały dalej w najlepsze, ludzie dalej walczyli, zabijali i ginęli. W innych regionach umierali z głodu bądź chorób. Znak na niebie w postaci nieznanej planety nie wpłynął na globalną sytuację ludzkości w jakimś zasadniczym stopniu – przynajmniej jeszcze wtedy nie, choć, jak miało się później okazać, wpłynął i to zdecydowanie, a kto wie, czy nawet nie zaważył na dalszej historii ludzkości.
Nietypowy widok na nieboskłonie to jedno, a codzienne życie to drugie. Ono toczyło się nadal swoim torem. Jak każdy był zabiegany załatwianiem codziennych spraw, pracą bądź rodziną, tak i ja nie narzekałem na brak obowiązków. Jesień i zima minęły mi bardzo szybko, a na przełomie zimy i wiosny kolejnego roku miałem masę zamieszania w związku ze służbowym trzytygodniowym wyjazdem do stolicy do centralnej redakcji mojej gazety. Ten czas jak i poprzedzający go kres przygotowań i załatwiania niezbędnych dokumentów był dla mnie konkretnie wyrwany z życiorysu. Należało wyrobić przepustkę uprawniającą do wyjazdu poza moją bezpieczną, chronioną strefę, sporządzić i przedłożyć urzędowi listę zabieranych ze sobą przedmiotów. Samodzielnie też musiałem się zatroszczyć o bezpieczeństwo podczas transportu. Niestety w takich a nie innych czasach jakie ówczas były żaden pracodawca nie organizował pracownikom dojazdu ani powrotu na szkolenia, bądź konferencje, o co trzeba się było zatroszczyć samemu. Chlebodawca jedynie zwracał poniesione na ten cel wydatki. Mój był na tyle solidny, że przed wyjazdem wypłacił mi w postaci zaliczki część kwoty na podróż i wszelkie niezbędne opłaty. Ewentualna różnica miała zostać rozliczona po powrocie na podstawie faktycznie poniesionych wydatków. Przez te wyrwane z życia kilka tygodni nie miałem specjalnie czasu na obserwowanie mojego nowego ulubionego obiektu na niebie. Szybkie i zabiegane życie w stolicy, do którego byłem zmuszony w związku z wyjazdem nie dawało mi czasu wolnego na zajęcie się moim ulubionym w ostatnim czasie hobby. Ponadto warunki i możliwości obserwacji nieba w stolicy pozostawiały naprawdę wiele do życzenia. Stwierdziłem, że za nic nie chciałbym w tym mieście mieszkać na stałe. Zbyt duża tempo jak dla mnie, hałas, słowem – szaleństwo. Byłem wdzięczny Bogu za miasto na południu, z którego pochodziłem, w którym się urodziłem i od zawsze mieszkam. Kiedy więc służbowa delegacja wraz z zakończonym egzaminem szkoleniem dobiegła końca a nieukrywaną ulgą czym prędzej spakowałem swoje rzeczy i wymeldowałem się ze stołecznego hotelu po czym wsiadłem w pierwszy pociąg jadący na południe przez moje rodzinne miasto.
Podróż minęła szybko, bez większych komplikacji i po około pięciu godzinach byłem u siebie na dworcu. Ponieważ nie mieszkałem daleko do domu dotarłem pieszo. Była już pora wczesno wieczorna. Idąc tak przed siebie dostrzegłem we wschodniej części nieba wschodzącą obcą planetę. Przystanąłem na chwilę, lecz zaraz ruszyłem dalej przed siebie od spoglądając tylko od czasu do czasu na nią. Mówię obcą, ale tak naprawdę przecież przywykłem już do jej widoku, choć nie ukrywam, że będąc na delegacji brakowało mi tego. Silne zanieczyszczenie powietrza jak i mocne stołeczne oświetlenie skutecznie utrudniałyby jakąkolwiek obserwację nawet gdybym miał ku temu czas i sposobność. Wtedy po powrocie, idąc jednym z deptaków dotarłem po 20 minutach na moje osiedle. Położone na rozległym wzniesieniu dawało dużo lepsze warunki na oglądanie nieba. Deptak, którym szedłem zmierzał w stronę niewielkiej polany na obrzeżach mojego blokowiska. Jego niżej położona część, którą przemierzałem od strony centrum była zadrzewioną aleją. Zarówno po lewej jak i prawej stronie rosły kilkunastoletnie drzewa. Te jednak się kończyły około 100 metrów przed szczytem wspomnianego miejskiego wzniesienia. W tym momencie zaczynała się polanka, którą deptak przecinał niemalże po przekątnej. Szedłem dalej docierając na sam jej środek. Zwolniłem kroku, w końcu stanąłem i spojrzałem w górę. Teraz już nie było drzew, które wcześniej zasłaniały widok wiec nic mnie wizualnie nie ograniczało. Dodatkowo byłem poza centrum i na większej wysokości co też działało na korzyść. To co wówczas ujrzałem było do prawdy niezwykłe i nie zapomnę tego, co wówczas widziałem do końca życia. Około 25 – 30 stopni nad wschodnim horyzontem widniał Księżyc w pełni. Gdyby tylko to, to nic by w tym szczególnego nie było. Dodatkowo około 15 stopni wyżej i lekko w kierunku południowym widniała nowa planeta. Przez ostatnie tygodnie znacząco zbliżyła się do Ziemi, a przez to „urosła” na nieboskłonie do niemal 2/3 wielkości naszego naturalnego satelity. Byłem lekko zaskoczony, że przez ten czas, kiedy nie mogłem prowadzić obserwacji tak znacząco urosła. Pamiętam, była wówczas w całości oświetloną stroną skierowana w stronę naszej planety, dzięki czemu także była w pełni. Później dopiero zdałem sobie sprawę faktu, że przecież z racji tego, że jej orbita przebiega dalej od Słońca to nigdy nie będzie widoczna w innej fazie jak właśnie w pełni, bo to po prostu niemożliwe. Patrząc tak w górę mogłem bez trudu rozpoznać i odróżnić od reszty ciemniejszy obszar na widocznej części tarczy. Jako, że miałem przy sobie całe podręczne służbowe wyposażenie w tym sprzęt fotograficzny bez wahania wyciągnąłem moją lustrzankę i zrobiłem całą serię ujęć tej niezwykłej scenerii. Słońce ledwo co zaszło po zachodniej stronie, toteż nie było jeszcze całkowicie ciemno. Choć przeciwna wschodnia część nieba zaczynała się już pogrążać w mroku to nie przeszkodziło mi jednak w wykonaniu profesjonalnej sesji zdjęciowej.
-> dokończenie niebawem