- Opowiadanie: Blue_Ice - Smutek Karrollity

Smutek Karrollity

No to przywracam... bo były błędy techniczne przy przechodzeniu ze starej strony. Poniżej tekst wraz z komentarzami. Miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Smutek Karrollity

 

 

 

Pewnego dnia Karrollita obudziła się i zobaczyła, że jest sama. Jej ostatni towarzysz, Atakamit, kuzyn z daleka – nie oderwał się od Olbrzymiej Góry. Nie zastanawiała się, dlaczego. Olbrzymy z Trolldalen zawsze umierały nagle. Ich wiek nigdy nie został do końca określony, ich życie nie zapisane nawet w gwiazdach.

Kilka nastepnych dni niewiele jadła, prawie nie ruszała się z miejsca, z nikim nie rozmawiała, tylko płakała. Ale przez to zdenerwował się Morze (“Więcej soli mi nie trzeba!” – wołał) i rozpętał sztorm. Karrollita tak się przestraszyła, że przestały jej cieknąć łzy. Żaden człowiek nie uwierzyłby, że można przestać płakać ze strachu, a jednak to właśnie przydarzyło się olbrzymce. Suchym już okiem patrząc na świat, powoli wróciła do olbrzymiego dnia codziennego: porządkowała dno morskie przy brzegu, jadła ryby z ośćmi i owoce morza w skorupkach, rozmawiała ze Słońcem, przekomarzała się z Morzem, słuchała śpiewających traw. I znów więcej myśli miała na temat dni następnych, niż tych, które już upłynęły.

Jeśli zaś płakała, to tak, by nie zdenerwować Morza – tylko kilka dużych łez dziennie. Ukradkiem.

Po cichu.

A więc była teraz jedyną olbrzymką w całym Trolldalen, a kto wie, może w ogóle ostatnią z gatunku. Czuła się bardzo samotna. Nie znała tego uczucia i zupełnie nie wiedziała, co zrobić, by minęło. “Och, gdyby tylko niektóre uczucia można było zatapiać w Morzu” – westchnęła głośno. Morze się wzburzył: “Dziękuję, nie trzeba mi więcej fal!”. Morze to surowy i bezwzględny sędzia. Czasem też nieco zrzędliwy i natrętny.

Tymczasem Karrollita potrzebowała optymizmu. Postanowiła, że zasięgnie rady Słońca. Musiała tylko poczekać, aż przysiądzie ono na chwilę na Szklanej Górze. Pamiętała też, by podczas rozmowy nie patrzeć mu prosto w oczy, bo to groziło ślepotą.

Słońce wysłuchało zwierzeń Karrollity i poradziło jej, żeby zaprzyjaźniła się z ludźmi z wioski.

– Tylko jak mam to zrobić? Przecież ich prawie nie znam!

– Hm… – zamyśliło się Słońce. – Zacznij od wyświadczenia im jakiejś przysługi.

– Ale jakiej? Skąd mam wiedzieć, czego potrzebują ludzie, poza owocami morza, oczywiście?

– Domyśl się – od czego masz olbrzymią intuicję? To powinno być coś mądrego, dobrego, albo pięknego. Nie radzę łączyć tych cech, bo pomyślą, że jesteś geniuszem i stracisz ich przyjaźń, zanim ją zyskasz. Mogą też wziąć cię za Boga – a wtedy ryzykujesz: albo będą cię wielbić, albo na zawsze się ciebie wyprą.

Pięknym, różowym świtem, kiedy gęste trawy wokół śpiewały tak głośno, że tłumiły dźwięk fal rozbijających się o Szklaną Górę – Karrollita wybrała się do Litestad, które leżało kilka kroków od Olbrzymiej Góry. Starała się stąpać delikatnie, aby nie przestraszyć całej wioski. A kiedy tak szła miarowym krokiem, piękne, białe kolczyki z rybich ości bujały się na jej uszach niczym zegarowe wahadła.

Gdy tylko postawiła wielką stopę w samym środku sennego jeszcze Litestad i spojrzała na ludzi, uświadomiła sobie, że o czymś na śmierć zapomniała. Zapomniała, że nie rozróżnia ludzkich twarzy. Dla niej wszyscy wyglądali jednakowo. Zawsze kiedy porozmawiała z człowiekiem, już za chwilę nie potrafiła wskazać swojego rozmówcy wśród innych. Zapamiętywała tylko słowa, dźwięki, ruch. Czyż można zadzierzgnąć nić sympatii z kimś, kogo już za chwilę się nie rozpoznaje? Jak miała pomóc ludziom, jeśli byli dla niej niczym mrówki dla człowieka – wszyscy tacy sami?

Olbrzymka wróciła prosto pod Szklaną Górę, aby nie przegapić następnego momentu, kiedy Słońce, w drodze powrotnej z nieboskłonu, przysiądzie na szklanym wierzchołku, żeby odpocząć. Niestety, owego dnia schodziło swoimi tajemnymi korytarzami z chmur i nie było z nim żadnego kontaktu. Karrollita, olbrzymią siłą powstrzymując łzy, stopiła się ze skałą i zasnęła kamiennym snem.

Kiedy jeszcze spała, wstające Słońce zawisło nad nią na chwilę, delikatnie głaszcząc jej zaspany, stwardniały policzek pierwszymi promieniami – i szepnęło: “Odwagi, Karrollito!”, po czym ruszyło w swoją dalszą drogę.

I zniknęło na długo.

 

Smutek Karrollity pogłębiał się. Wciąż rozmyślała nad tym, co dobrego może zrobić dla ludzi, skoro ich nie rozróżnia, aż pewnego dnia obudziła się ze złotą myślą: “To musi być coś, co dotyczy wszystkich. Każdego mieszkańca Litestad”. Była szczęśliwa, że posunęła się choć jeden kamień milowy naprzód. Kiedy Słońce wreszcie pokazało się na szczycie Szklanej Góry, postanowiła wypytać je o ludzkie marzenia.

– Ty na pewno wiesz, czego potrzebują ludzie z Litestad. Przecież wszystko, co się dzieje, dzieje się pod twoim jasnym okiem.

– Tak, Karrollito, wiem. Ktoś wiedzieć musi. Otóż cechą wspólną wszystkich mieszkańców wioski jest wyolbrzymianie swoich problemów. Przynajmniej, cóż, z mojego punktu widzenia. Jak to mówią – z dystansu. Z lotu ptaka. Ale z twojego też, myślę.

– To jasne! Masz rację! Zawsze, gdy obserwowałam ludzi, wydawało mi się, że ich problemy są małe. Gdy zaś z nimi rozmawiałam, ogromniały ze słowa na słowo. Oni patrzą na to z bardzo małej perspektywy, mogę więc służyć im jako szkło pomniejszające. Mogę oddalać zmartwienia na taką odległość, żeby zobaczyli, jakie są naprawdę.

– Czyli – podjęło Słońce – ludzkim językiem mówiąc, zaoferujesz im umniejszanie trosk w ich własnych oczach. Brawo, moja Karrollito. To bardzo dobry pomysł. Powodzenia!

W nocy Olbrzymka nie mogła zasnąć. Stopiła się co prawda ze skałą, jak zawsze, ale w oczekiwaniu na sen musiała liczyć śpiące na zboczu barany.

Z samego rana znów powędrowała do wioski, wystrojona w kilka chmurek. Im bliżej celu, tym delikatniej stąpała po ziemi, żeby się nie trzęsła.

Litestad było cichą osadą rybacką regionu Trolldalen i na co dzień niewiele tam się działo. Ostatni raz olbrzymy rozmawiały z mieszkańcami całe miesiące temu, podczas dorocznej wymiany wyłowionych przez nie ryb oraz innych morskich skarbów, na zrobione przez żony rybaków ozdoby z rybich ości i kolorowych muszli. Obie strony bardzo chwaliły sobie tę wymianę, ponieważ żaden kuter rybacki nie był tak skuteczny w połowach jak dłonie olbrzyma, natomiast olbrzymie palce, rodem ze skały, przydatne do chwytania ryb, nie nadawały się z kolei do misternej roboty artystycznej.

Zawołała ich głośno, ale nie za głośno – tak, by nie wzbudzić echa. Przybyli tłumnie, spragnieni wrażeń.

Olbrzymka powoli pochyliła głowę nad małym tłumkiem, który zebrał się u jej stóp. Pamiętała, aby nie robić zamaszystych ruchów. Drobny gest dla olbrzyma to wielki ruch dla człowieka.

– Na początku chciałam wam obwieścić, że jestem ostatnią żyjąca olbrzymką Trolldalen. – rzekła Karrollita. Ludzie stali z zadartymi głowami, wpatrując się w nią, jakby wypatrywali deszczu.

– Ostatni z moich olbrzymich przyjaciół, Atakamit – kontynuowała – został kilka dni temu pokonany przez szlachetną starość. Stopił się z górami na zawsze.

Przerwała i wzięła głęboki oddech, bo poczuła na skraju rzęsy ogromną łzę. Ostrożnie uniosła rękę, aby ją obetrzeć. Tłum zafalował, ale nie ruszył się z miejsca.

– Dzisiaj przychodzę do was bliżej, ponieważ chciałam wam coś podarować.

Na te słowa rozległ się szmer i zapanowało poruszenie. Karrollita nadstawiła ucha, patrząc w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Musiała skupić się na muzyce ludzkiego głosu, wyłapywać poszczególne słowa i frazy. Ludzie się rozgadali, a ona słuchała, zafascynowana. Uśmiechała się promiennie i delikatnie kiwała głową. Już za chwilę jednak uśmiech zgasł na jej ustach, gdy zwracając się ku swoim przyszłym przyjaciołom na próżno usiłowała dostrzec w ich twarzach jakieś cechy charakterystyczne. “Nic nie widzę – pomyślała w panice – jestem jak ślepa, zamiast pojedynczych osób widzę jedność, bezkształtną, kolorową plamę. Potrafię wysłyszeć głos, lecz nie potrafię go przypisać do twarzy”.

W pewnym momencie usłyszała coś, co brzmiało jak krople deszczu, padające na wysokie trawy, rosnące u podnóża Olbrzymiej Góry. Zrozumiała, że to oklaski. “Dlaczego mnie oklaskują? Jeszcze nic nie zrobiłam.” Ostrożnie uniosła dłoń. Oklaski umilkły.

– Otóż moim podarunkiem dla was będzie wzięcie waszych problemów w moje ręce. Oferuję wam moją, olbrzymią perspektywę. Każdego, kto ma problem, z którym sobie nie radzi, zapraszam pod Olbrzymią Górę. Ogarniam wzrokiem więcej, niż wy, a w dodatku mam bliski kontakt z niewyczerpanym źródłem optymizmu, czyli naszym wspólnym przyjacielem Słońce.

Rozległy się radosne okrzyki i podniósł się miły dla ucha Karrollity hałas, który jej wrażliwe uszy odbierały jako kolorowy gwar, pełen coraz to wyłaniających się z tła melodii poszczególnych zdań. Słyszała, jak mówią, że zawsze wiedzieli, że olbrzymy są dobre, że dzięki nim zawsze mieli obfitość ryb, że jej ufają, że będą ją odwiedzać, przynosząc swoje łzy, ujęte w słowa. Byli wdzięczni. Szczęśliwi.

Horyzont w Litestad pojaśniał.

“To ten twój szeroki uśmiech na początku przełamał pierwsze lody” – miało później powiedzieć Słońce ze szczytu Szklanej Góry.

Wkrótce zaczęły się wędrówki pod Olbrzymią Górę. Droga mierzona w stopach ludzkich zajmowała dobrych kilka godzin, więc decydowali się na to tylko ci, którzy mieli poważny problem.

Podczas spotkań Karrollita siedziała oparta o górę i uważnie słuchała, co mają do powiedzenia synowie i córy Litestad, następnie zaś przemawiała głosem jak najmniej grzmiącym.

 

Najłatwiej szło jej w sprawach kłótni. Czasem wystarczyło opisać, jak śmiesznie wyglądają ludzie, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd – pomimo tego, że świat wokół nie zmienił się ani na jotę i nic strasznego się nie wydarzyło – zaczynają się ruszać, jakby ktoś oblał ich wrząca wodą. Jak żałośnie i bezsensownie wymachują rękami, jak kanciaste stają się ich ruchy, jakby zmienili się w lalki zrobione z klocków na sprężynkach, jak skaczą wokół siebie niczym raz po raz porażani prądem, albo jak po prostu sztywnieją z otwartymi buziami, a wokół nich gęstnieje hałas, rozprzestrzenia się, niczym brzydki zapach. I jak dziwnie beznamiętnie wplecione w otoczenie i kuriozalnie niepotrzebne wydają się takie scenki, kiedy tuż za rogiem ludzie spokojnie pracują, rozmawiają, bawią się, jedzą, tak samo, jak prędzej czy później oni sami również będą znowu spokojnie pracować, rozmawiać, bawić się i jeść.

Najtrudniejsze zaś były rozmowy o śmierci.

Któregoś jasnego popołudnia przyszedł do niej mężczyzna cierpiący na nieuleczalną chorobę. Jego dni były policzone. Jorg, bo tak się nazywał ów nieszczęśnik, i Karrollita spędzili ze sobą dwie godziny, w tym prawie połowę czasu po prostu milczeli. Olbrzymkę rozbolał kręgosłup i kark od pochylania się nad tą udręczoną istotą ludzką. Próbowała przekonać Jorge, że nic, co jest naturalnym kierunkiem rzeczy, nic, co dotyczy każdej istoty na Ziemi, nie powinno wzbudzać strachu. Że różnice w długości życia nie są istotne, skoro kierunek jest ten sam, ból ten sam, a chwila rozstania z dniem codziennym zawsze nieodpowiednia. Wciąż jednak czuła w głosie Jorga nieopisany strach, a jednocześnie bunt.

Wtedy to właśnie Karrollita pierwszy raz w życiu przeniosła człowieka na grzbiet Góry Olbrzymów.

Jorge, któremu zbliżająca się śmierć odebrała jakiekolwiek inne lęki poza strachem przed nią samą, dzielnie zniósł tę dziwną, wspomaganą katapultę. Gdy stanął na szczycie, mógł wreszcie spojrzeć prosto w wielkie, łagodne oczy Karrollity.

– Patrz. – Olbrzymka wskazała hałdę śniegu, błyszczącą w słońcu niczym kopczyk diamentów. – Są tu wszystkie razem. Gwiazdki śniegu. Przyglądałeś się kiedyś padającemu śniegowi, Jorge? Nieskończona ilość gwiazdek podąża razem w dół. Ku ziemi. Tam się łączą ze sobą na zawsze. To ich przeznaczenie. Są jak ludzie, tylko, że ludzie pokonują odwrotną drogę – w górę. Łączą się tam, stapiają i stają się wszystkimi naraz. Stają się wszystkim. To cudownie być wszystkim. Czuć wszystko. Doświadczać wszystkiego. Jorge. To pełnia. Tak naturalna, jak pełnia księżyca nad Litestad.

Jorge stał jak urzeczony, drobna, przygarbiona postać, niestara, niemłoda. Nie czuł wysokogórskiego chłodu. Przestrzeń i wszechogarniające tutaj światło słoneczne zaparło mu dech w piersi. Czuł coś zupełnie nowego, coś, czego nie doświadczył nigdy, ani przez chwilę, w ciągu całego życia. Upadł na kolana, zanurzył obie ręce w lodowatej bieli, zaczerpnął pełne garście i uniósł je do oczu. Topiący się śnieg spływał po bruzdach jego zmęczonej twarzy, niczym rzęsiste łzy.

Lecz mężczyzna nie płakał.

Oczy Karrollity zwęziły się w uśmiechu i zabłysły. Wiedziała, że kiedy Jorge wróci do wioski, do końca swoich dni będzie śnił o górze, o tym, co na niej zobaczył. Że będzie śnił o tym, co ponad nią. Może nie uśmierzy to jego bólu całkowicie, ale zamieni horyzont na bezkres.

 

Po wizycie Jorge, tuż przed zejściem za Szklaną Górę, Słońce powiedziało do Karrollity: “Jeśli pomogłaś w tym, pomożesz we wszystkim, ponieważ dla człowieka wszystko inne jest niczym ziarenko piasku wobec całej Olbrzymiej Góry, niczym muszla dla morza i niczym ptak dla horyzontu.

Olbrzymka, siedząc na brzegu morza, pomyślała, że już nie musi bać się łez. “Zyskałam tylu przyjaciół” – pomyślała – “że starczy mi ich do końca życia”.

Nagle poczuła zimny, słony powiew. Wraz z agresywnym porywem wiatru, garścią mokrych, pokruszonych muszelek ciśniętych jej w twarz, przyszła niechciana myśl, ciemna jak chmura sztormowa. “A co będzie, kiedy ludzie nauczą się widzieć swoje sprawy z olbrzymiej perspektywy i nie będę już im potrzebna?” Zaczęła trząść się z zimna. “Jestem mała. Mała i słaba” – dręczyła się. Próżno wypatrywała Słońca, niebo było puste. Martwe. Jej oczy zaszły mgłą, a kolczyki z ości halibuta kolebały się na olbrzymich uszach smutno, drażniąc ziemistą skórę policzków olbrzymki. Morze coraz wścieklej smagał falami brzeg. Każde takie uderzenie było dla Karrollity bolesne. Każde było krzykiem. Gromem. Wstała i powoli zaczęła wchodzić między nabrzmiewające fale. “Co ty wyprawiasz?” – Morze zareagował od razu. “Tu się nie wchodzi, niszczysz moje owoce” – wrzasnął. Olbrzymka jednak zacisnęła usta i kroczyła dalej. “Wychodź natychmiast! Po co urządzasz sceny? Wy, olbrzymy, nic się nie zmieniliście przez miliardy lat. Jesteście tacy sami, jak ludzie, wszystko wyolbrzymiacie! Trzeba kogoś jeszcze większego od was, bo tylko on potrafi otworzyć wam oczy. Dobrze, że istnieje Słońce, bo bym miał na dnie same olbrzymie grobowce!”

Karrollita zatrzymała się wpół kroku. Podniosła głowę gwałtownie, zamachnęła się prawą ręką, aż świsnęło – i wycelowała palcem wskazującym w spienione fale.

– Oleigstyr? (Mówisz?) – zapytała go gwarą Trolldalen.

– Olaigstur! (Mówię!) – zaszumiał gniewnie Morze.

Wyszła z morskich odmętów tak szybko, jak tylko pozwoliły jej ciężkie nogi olbrzymki. Podniesiona na duchu, spojrzała na dom Słońca – Szklaną Górę o niezwykle gładkich zboczach, zatopioną w krwawej czerwieni zachodu.

“Już dziś nie zobaczę Słońca. Za to jutro będę mu miała mnóstwo do powiedzenia” – pomyślała, po czym miękko wtopiła się w zacieniony, górski stok.

 

Tej nocy Karrollita miała sny pełne ludzkich pieśni, które rozbrzmiewały nie tylko w jej głowie. Ich słowa i melodie śniły się również wszystkim innym olbrzymom z Trolldalen, które zasnęły głębiej, ale tylko po to, by żyć dalej niematerialnym życiem dźwięków, krążących wokół razem z ptakami, szumiących w muszlach i grzebieniach turni, wtórujących śpiewającym trawom, rozszemranym potokom – i ludzkim głosom, niesionym przez wiatr z samego Litestad. Dusze olbrzymów tańczyły z echem, wystarczyło tylko nadstawić ucha.

Były wszystkim.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy i nietypowy tekst. Napisany prosto, ale to jest raczej zrozumiałe, jeśli adresatami mają być dzieci. Jednak, jeśli tekst faktycznie adresowany jest do dzieci, jako nauka i moralizatorstwo, chyba dość kontrowersyjnie jest pisać w nim, że bycie dobrym w wielu rzeczach jest złe, bo wezmą cię za geniusza, a geniusze nie mają przyjaciół. Choć to tylko moja subiektywna opinia.

Bardzo ładna, całkiem porządnie napisana bajka. Chłodna, surowa i mimo że nie można o niej powiedzieć „wesoła”, z pewnością jest mądra i optymistyczna.  

 

…kuzyn z daleka – nie oderwał się do Olbrzymiej Góry. – Czy nie powinno być: …kuzyn z daleka – nie oderwał się od Olbrzymiej Góry. Odrywa się co coś od czegoś/z czegoś.

 

– Zacznij od wyświadczenia im jakiejś przysługi. – Ale jaką? Skąd mam wiedzieć… Zacznij od wyświadczenia im jakiejś przysługi. – Ale jakiej? Skąd mam wiedzieć… 

 

Każdy, kto ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi, zapraszam pod Olbrzymią Górę. Każdego, kto ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi, zapraszam pod Olbrzymią Górę. Lub: . Każdy, kto ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi, jest zaproszony/może przyjść/niech przyjdzie pod Olbrzymią Górę.

 

…sztywnieją z otwartymi buziami, a wokół nich gęstnieje hałas, jak rozprzestrzenia się wokół, niczym brzydki zapach. – Powtórzenie.

Może: …sztywnieją z otwartymi buziami, a wokół nich gęstnieje hałas, rozprzestrzenia się, niczym brzydki zapach.

 

Któregoś jasnego popołudnia przyszedł do niej mężczyzna chory na nieuleczalną chorobę. – Powtórzenie.

Może: Któregoś jasnego popołudnia przyszedł do niej mężczyzna cierpiący na nieuleczalną chorobę. Lub: Któregoś jasnego popołudnia przyszedł do niej nieuleczalnie chory mężczyzna.

 

Jorge, któremu zbliżająca się śmierć odebrała jakiekolwiek inne lęki poza lękiem przed nią samą… – Ja napisałabym: Jorge, któremu zbliżająca się śmierć odebrała jakiekolwiek inne lęki poza strachem przed nią samą

 

Czuł coś zupełnie nowego, coś, czego nie czuł nigdy, ani przez chwile, całe swoje życie – Ja napisałabym: Czuł coś zupełnie nowego, coś, czego nie doświadczył nigdy, ani przez chwilę, w ciągu całego życia.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jedno z najpiękniejszych opowiadań jakie przeczytałem na tym portalu. Autorko, na pewno nie jesteś bardzo młoda. Jesteś pisarką i poetką jednocześnie. Jeżeli możesz, wpisz się do mnie na skrzynkę, wymienimy uwagi. Pozdrawiam i

czekam.

Witam - i dziękuję za komentarze.

@Vyzart - Dzięki. W zasadzie traktuję nazwę gatunku tego tekstu -  "bajka" - dość swobodnie, bardziej jako zaznaczenie klimatu...jeśli w ogóle, to raczej bajka dla dorosłych...dzieci ;) Przyznam więc, że nawet nie zwracałam uwagi na treść pod kątem małego czytelnika - może faktycznie powinnam, a wtedy przytoczone przez Ciebie kwestie rzeczywiście nie byłyby na miejscu.

@Regulatorzy - dziękuję za te uwagi - poprawiłam! Przepraszam za takie niechlujstwa, w końcowej fazie ponownych czytań tekstu chyba mam za mało cierpliwości i nie wyłapuję wszystkiego, a czasem jakiś błąd się wkradnie tylko dlatego, że poprawiam zdanie w jednym miejscu i nie zauważam, że w innej części trzeba też zmienić, adekwatnie...

@Ryszard - dziękuję za miłe słowa :) Oczywiście, że jestem Bardzo Młoda! Ktoś twierdzi inaczej? ;)))))

Bardzo dobrze się to czyta, ta bajka jest taka jak powinna być  - dobrze zbalansowana, niebanalna i wciągająca.

 

Więcej takich proszę!

Rzeczywiście -- bajka ładna i niby mimochodem poruszająca ważne egzystencjalne kwestie. Bardzo przyjemna lektura.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dziękuję Wam - bardzo się cieszę! :)

Wciąż tam gdzieś jestem - niedaleko Litestad, pod Olbrzymią Górą...:)

Bardzo mi się podobało. Szkoda, że trochę spóźnione, bo idealnie nadałoby się na GIGANTA 2013 :)

Antona Ego - dziękuję! Zorientowałam się, że jest konkurs "GIGANT 2013" ponad tydzień przed upływem terminu, obmyśliłam zarys fabuły, ale właściwie już wiedziałam, że nie zdążę - praca. W końcu napisałam to w trzy dni, ale już po terminie...Pozdrawiam!

Dziękuję za komentarze wszystkim. Przepraszam za niezwrócenie się do każdego z osobna, wynikało to z braku wprawy w komentowaniu na stronie. Teraz już załapałam reguły gry :) Pozdrawiam!

Skoro Karrollita dostała drugie życie, z radością posyłam ją do Biblioteki. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

*** Regulatorzy: Dzięki wielkie! :) :)

Cieszę się, że dałaś radę! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka