- publicystyka: Naukowe inspiracje

publicystyka:

felietony

Naukowe inspiracje

Można zetknąć się z opinią, iż fantasy pisze się łatwiej niż science-fiction, ponieważ czary i nieludzie nie wymagają od autora przeprowadzania uciążliwych badań, zanim zacznie on przelewać swe wiekopomne pomysły na papier lub inny nośnik. Niby racja, ale… Nie tak łatwo wymyślić nową rasę, nowe zastosowania dla magii, nowe motywy kierujące bohaterami.

W rezultacie czytelnicy otrzymują nadmiar historyjek zaczynających się w karczmie, a kończących ogólną rąbanką, w której udział biorą czarodzieje, demony, duchy, elfy, krasnoludy, orki, smoki, trolle, wampiry i wilkołaki (niepotrzebne skreślić) płci obojga, walczący dla złota lub idei.

A jak wygląda sytuacja w dziedzinie SF? O wiele przyjemniej. Każdy tekst (popularno)naukowy może stać się źródłem inspiracji. Wystarczy zadać sobie jedno z prostych zwykle pytań: A co, jeśli to prawda? Jak wyglądałby (wszech)świat, gdyby hipoteza okazała się fałszywa? Jak zmieni się życie codzienne, jeśli opisywany wynalazek się rozpowszechni? Czy istnieją grupy społeczne zyskujące na jego wprowadzeniu? Jakie działania mogą podjąć ludzie, którym nowinka techniczna w jakiś sposób zagraża? Czym od swoich pobratymców różniłby się człowiek posiadający daną umiejętność od urodzenia? Jak można wykorzystać tę ideę wbrew intencjom twórcy? I pomysł na co najmniej opowiadanie gotowy. Świeży, nieoklepany, dziewiczy nawet (jeśli tylko tekst naukowy niedawno powstał). A lista pytań przecież nie jest zamknięta; to raczej przykłady niż wyczerpujący wykaz.

Warto podkreślić, że nie tylko fizyka może przyczynić się do wykreowania nowego świata. Nie trzeba uwielbiać kwantów, aby szukać natchnienia w mądrych rozprawach. Równie dobrze można zainteresować się genetyką, astronomią lub geologią. Nawet poza naukami przyrodniczymi kryją się źródła porywających koncepcji. Każda dziedzina wiedzy, od matematyki przez socjologię, archeologię, psychologię i semantykę do filozofii, może zainspirować. Dowód? Wystarczy spojrzeć na półkę z książkami. Szczególnie ciekawe wnioski płyną z tego kącika zajmowanego przez dzieła Lema lub Dukaja.

Co więcej, korzyści płynące z książek i artykułów naukowych lub popularyzatorskich nie ograniczają się do pomysłów. Zawsze jeszcze można spożytkować uzyskaną wiedzę do wzbogacenia i uwiarygodnienia kreowanego uniwersum. Nie tylko jeśli na warsztacie leży SF. Informacje na temat fizjologii zwierząt przydają się choćby przy smokach, o metalurgii – podczas opisywania krasnoludów, z dziedziny teologii i najróżniejszych mitologii – jak znalazł przy tworzeniu angel fantasy czy legend wymyślonego świata.

Dlaczego więc w zakładce obok nie widać zbyt wielu opowiadań inspirowanych literaturą mniej lub bardziej naukową? Natrętnie pcha się odpowiedź pesymistyczna, lecz niestety pasująca do wszystkich faktów: bo niemal nikt ich nie czyta. Czy jest prawdziwa? Oby nie, oby istniało inne wyjaśnienie. W przeciwnym wypadku – szkoda by było całego zmarnowanego potencjału.

Komentarze

Wszystkim Czytelnikom życzę co najmniej czternastu inspirujących książek w nowym roku. :-)

Babska logika rządzi!

brakuje mi konkretnego przykładu wykorzystania jakiejś dziedziny nauki w literaturze. i wydaje mi się, że przesadziłaś z kolei z przykładami fantastycznych istot i pytań. w takim natłoku one się rozmywają. moim zdaniem, lepiej dać maksymalnie 3,4 przykłady, ale wyraziste. też może bardziej konkretne. zamiast: co zmieni jakiś wynalazek? dać coś w stylu: czy w przyszłości upowszechnią się latające szczoteczki do zębów? czytelnik może sobie to lepiej wyobrazić, więc tekst bardziej do niego przemawia. to tyle jeśli chodzi o porady techniczne. porady od kogoś z zerową ilością artykułów w publicystyce…  sam felieton (czy artykuł, czy jak to nazwać :D) spodobał mi się, bo zawiera cenne uwagi. niestety wielu początkujących autorów to młodzi ludzie, którzy mają wąski zakres wiedzy. nie znają też dorosłego świata, więc lepiej im umieścić akcję w podróbie Śródziemia lub w przyszłości. a z kolei dorośli często zapominają podstawowych wiadomości… no i pojawia się pytanie, czy warto opierać literaturę w dużej mierze na nauce? im bardziej hard jest SF, tym mniejsze zainteresowanie. wystarczy, że autor sięgnie po dziedzinę nauki, która może nudzić sporą część odbiorców. a sztuką jest umiejętnie połączyć naukowe informacje z fabułą i wszystkim.  jest dużo artykułów popularnonaukowych, jest internet, więc można łatwo sięgnąć po jakąś wiedzę. Forsyth do swoich sensacyjnych powieści przygotowuje się bardzo długo. nie przeczytałem żadnej, choć jednej się podjąłem – znudziła mnie. ale znajdą się na to czytelnicy. wydaje mi się, że da się też stworzyć dobrą literaturę bez dogłębnego researchu. 

Dziękuję za komentarz. Cieszę się, tekst przypadł Ci do gustu. Brak konkretnych przykładów. Hmmm, może to błąd, ale (niemal) powstrzymałam się od nich celowo. Zakładam, że Czytelnicy nie muszą czytać tych samych książek, co ja. Ale w komentarzach… Najpiękniejszy przykład kreacji świata na podstawie nauki, jaki przychodzi mi do głowy, to zrodzone z filiozofii (IMO) "Inne pieśni" Dukaja. Wiele pytań kontra wybrane konkretne. Chciałam pisać uniwersalnie, a nie rzucać przemawiającymi do wyobraźni przykładami. Młodzi ludzie nie znają dobrze dorosłego świata. Racja. Ale czy tolkienowski znają lepiej? A na wąski zakres wiedzy można zaradzić. Czytaniem. :-) Dorośli zapomnieli. Na to nic już im nie poradzę. Pewnie robię się monotematyczna, ale: mogli czytać. ;-) Hard SF. Wcale nie namawiam (acz i nie zniechęcam). Wspomniałam o pomyśle i dbałości o szczegóły. Przykład: czytamy tekst o telefonach nagrywających wszystko, co się dzieje z właścicielem. Stawiamy sobie pytanie: czy po ich upowszechnieniu, małżonkowie nadal będą się zdradzać? A dalej możemy opisywać cuda, jakich dokonuje nasze wybrane stadło, żeby jednak zbyt wiele się nie nagrało, zmiany w pracy detektywa śledzącego niewiernych, hakera podmieniającego pliki, skorumpowanego polityka próbującego zapobiec wprowadzeniu wynalazku, księdza zawzięcie propagującego nowe telefony… Wyjdzie trudne w odbiorze hard SF? Wątpię. Przykład szczegółów: czytaliśmy coś o genetyce, teraz piszemy o przyszłości. Wstawmy jakiś epizodzik ze zmodyfikowanym kotkiem, który dzięki zmianom potrafi zidentyfikować i zwalczyć wirusy atakujące skomputeryzowany dom. Albo żyje dłużej. Albo jest na tyle mądry, że można go zostawić na dwie godziny z malutkim dzieckiem. Dobrą literaturę bez dogłębnego researchu zapewne da się stworzyć. Ale bez absolutnie żadnego chyba ciężko.

Babska logika rządzi!

Ciekawe. Sam uważam, że oglądanie popularnonaukowych programów telewizyjnych czy lektura dobrego merytorycznie czasopisma może podsunąć ciekawy pomysł. A jeśli nie podsunąć, to chociaż przydać się w pogłębieniu sugestywności. Przyczepię się do słówka "tudzież". Nie wiem, być może się mylę, ale mam wrażenie, że zostało użyte w złym, kontekście. Bo "tudzież" to i a nie albo. ;)

Dzięki za komentarz. No to zgadzamy się co do zastosowania nauki w fantastyce. A nad "tudzieżem" jeszcze się zastanowię. :-)

Babska logika rządzi!

Z wykorzystywaniem wiedzy w literaraturze można łatwo przegiąć, popadając w tzw nadmierną erudycję, czy tez popisywanie się wiedzą, które w konsekwencji nie służą niczemu innemu, poza połechtaniem Autora, który będzie mógł przeczytać recenzję, że posiada ogrmoną wiedzę w temacie. Dla mnie takim wzorcowym przykładem przegięcia jest twórczość Umberto Eco, który popisując się wiedzą przekracza cienką granicę pomiędzy wykładem a powieścią. Zwłaszcza widoczne był to przy okazji powieści "Wahadło Foucoulta", tak przeładowanej niepotrzebną wiedzą i informacją, że przebrnąć przez nią graniczy z cudem. Jest po porostu dogłębnie i definitywnie nudna.  Ale ktos może stwierdzić, że jemu się podoba, to tez rzecz gustu. Ja sam bardzo cenię hard s-f, lubię wiedzieć i mieć przeświadczenie, że autor wie co piszę, a nie stapa po omacku. Najlepszymi przykładami niesmiertelny Pan Lem, którego wiedza na wszelkie tematy była wprost porażająca, ale nie popisywał się nią do tego stopnia, by jego powieści niebezpiecznie zbliżały się do wykładów.  Ze wpółczesnych trzeba wymienić Petera Wattsa, którego przygotowanie, czy jak też wolicie reaserch jest godny podziwu. Żeby daleko nie szukać – Ślepowidzenie – na końcu powieści znajduję się bibliografia obejmująca 144 pozycję, z których autor korzystał. To naprawdę imponujące i wksazuję na ogromny szacunek pisarza do czytelnika. ( Swoją drogą Ślepowidzenie ewidentnie zostało zainspirowane inną genialną powieścią "Fiasko" Stanisława Lema – począwszy od schematu fabularnego poprzez inne bardziej szczegółowe inspirację – odżegnuję się od słowa zapożyczenia, bo zbyt  cenię dokonanie Pana Wattsa i zakładam, że nie chciał zapożyczać, ale raczej złozyć hołd Mistrzowi. Jak się inspirować, to najlepszymi ;)).  Równie ogromną wiedzę musiał mieć Charles Stross pisząc Accelerando, czy Dukaj tworząc swoje dzieła. I to jest fajne. Bo wiem, że autor nie robi mnie w bambuko i przygotowuję się do pisania. Jednym zdaniem – wie co robi. Mi to imponuję, a powieści z takim przygotowaniem, mimo poruszania tematów iście fantastycznych, zyskują na wiarygodności. 

"I needed to believe in something"

Swoją drogą fajny temat i fajny eseik ;)

"I needed to believe in something"

Dzięki, Juniorze. Zapewne masz rację z przeginaniem. Jak w każdej dziedzinie – dobrze trzymać się złotego środka. Z Twoją opinią na temat Umberto Eco też się zasadniczo zgodzę. Czytałam kilka jego książek i chyba tylko "Imię róży" z prawdziwą przyjemnością. "Historia piękna" i "Historia brzydoty" wciąż czekają na swoją kolejkę. Może tam erudycja autora znajdzie właściwe zastosowanie?

Babska logika rządzi!

Juniorze, ja z kolei lubię ekstremen… ekstrema ;) Umberto cenię, podobnie zresztą jak Dukaja, który, można powiedzieć, popisuje się na potęgę. Ktoś jest erudytą, ok. Dla mnie problem jest tylko wtedy, gdy podczas lektury dochodzę do wniosku, że słowna ekwilibrystyka jest sztuką dla sztuki. Przykładowo taki John M. Harrison. O ile jego "Światło" bardzo mi się podobało, to już "Viriconium", jakkolwiek podziwiam je za stronę językową, od strony treści troszkę mnie zawiodło. Przypomniało mi się jeszcze, że dobrym przykładem dopasowania sprawności i bogactwa językowego do treści jest kilka książek Iana McDonalda.

IMO, jeśli Dukaj też się popisuje, to przynajmniej robi to z ogromnym wdziękiem. Nie pod transparentem "Patrzcie, jaki ja jestem mądry", tylko "Ciekawe, czy znajdziecie wszystkie smaczki". Czyli więcej smakowitych szczególików niż wykładu. Na przykład, bodajże w "Czarnych oceanach", ludzkość używała narkotyku o nazwie kevorkianka. Zrozumiałam, skąd się to wzięło dopiero, kiedy przeczytałam jakiś artykuł o śmierci Jacka Kevorkiana. I szacunek dla Dukaja wzrósł. A wcześniej używce nie poświęcałam jakiejś szczególnej uwagi. No jakoś ją należało nazwać, a słowo "heroina" już było zajęte…

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawy artykuł. Wyrażę moje zdanie, być może się mylę, ale wydaje mi się, że wykorzystania literatury popularnonaukowej w tzw. fantasy brak, bo trzeba się nieżle nagimnastykować, by coś z osadzonej mocno w rzeczywistości nauki przenieść umiejętnie na grunt nie-SF. Magia i cudaczne stwory są efektowne, a poddane naukowej obóbce mogą stracić sporo ze swego czaru. Wspomniałaś o fizjologii zwierząt. Zawsze fascyowało mnie, na przykład, jak w logiczny sposób uzasadnić zianie ogniem albo opisać centaura (toż ta stwora ma trzy pary kończyn, a co z narządami wewnętrzymi? Zdublowane? Ludzkie, zwierzęce?). Czy autorom nie wydaje się po prostu, że lepiej w "to", czyli naukę, nie wnikać za głęboko?

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie zgodzę się, że brak wykorzystania nauki w fantasy. Zależy, jakiej nauki. Owszem, trudno uzasadnić centaura i zianie ogniem, ale znajdą się prostsze rzeczy. Na przykład: ile może udźwignąć smok? Stosunkowo niewiele. Dlaczego? Bo siła mięśni jest wprost proporcjonalna do pola przekroju, a ich ciężar – do objętości. Im większe zwierzę, tym wyższy odsetek tkanki mięśniowej wykorzystuje po prostu do utrzymywania i poruszania właściciela. Mrówka może wziąć w zęby, przepraszam, żuwaczki obiekt ważący dwukrotnie więcej niż ona sama i jeszcze radośnie podskakiwać (jeśli mrówki w ogóle skaczą). Słoń – nie ma szans. Zdaje się, że nawet drugiego słonia nie uporadzi. Ogromny smok tym bardziej (no tak – przy okazji wychodzi kwestia latania i raczej nie powinno mu się to udawać). Ludzki jeździec czy krowa w szponach to nie problem, ale nie wrzucajmy na biednego jaszczura dwóch wagonów pakunków, bo zrobimy mu krzywdę. Albo tekstowi. Za to krasnolud – oooo, ten może zaskakiwać siłą i swobodnie machać wielgachnym toporem. A psychologia? Dlaczego niby postaci rodem z fantasy nie powinny zachowywać się wiarygodnie? Tylko zastanów się, Autorze drogi, jak długowieczność/ nieśmiertelność wpłynie na psyche Twoich elfów i wampirów, a jak na środkku rynku będą się zachowywać krasnoludy żyjące pod ziemią.

Babska logika rządzi!

Aha, zapomniałam o głębokim wnikaniu. Powtórzę – złoty środek. Jeśli ten cudowny punkt leży poza naszym zasięgiem (bo wciąż mamy za mało wiedzy i doświadczenia i w tym roku już nie zdołamy znacząco tego stanu zmienić), to chociaż podejdźmy do niego najbliżej jak się da. Ale masz, Marianno, rację – jeśli zaczniemy zastanawiać się, jak naukowo uzasadnić zianie ogniem, albo co zobaczy patolog dokonujący sekcji centaura, to zapewne w rezultacie nic nie napiszemy.

Babska logika rządzi!

Finklo, artykuł bardzo mi się spodobał, jednak nie mogę zgodzić się z Twoim ostatnim twierdzeniem: jeśli zaczniemy zastanawiać się, jak naukowo uzasadnić zianie ogniem, albo co zobaczy patolog dokonujący sekcji centaura, to zapewne w rezultacie nic nie napiszemy

Tego typu działanie mogłoby uczynić tekst wyjątkowym, pozwolić autorowi stworzyć coś więcej, niż tylko sprawnie opowiedzianą historię, która wzbudzi w czytelniku jakieś emocje lub nie. To staranne przygotowanie tła, długie godziny rozmyslań czy sprawdzania informacji przed napisaniem jednego zdania mogę pozwolić autorowi wznieść się na wyższy poziom literatury fantastycznej.

Dziękuję, Zatrakusie. W porządku – uznaję poprawkę. JA zapewne nic bym nie napisała. Przynajmniej tego dnia. No, nie mam chwilowo żadnej koncepcji na żywy miotacz ognia. Chociaż, gdybym się zainteresowała, jak działa ten mechaniczny, może dałoby się jakoś przenieść. Ale z czego wtedy zrobić paszczę? Z azbestu? Jak sprawić, żeby płomień buchał dopiero na zewnątrz paszczy (wszak w wydychanej mieszaninie sporo tlenu wciąż jest)? I tak pytania mnożą się radośnie. Albo autor polegnie, albo stworzy coś rzeczywiście wyjątkowego. Podoba mi się Twoja wersja i naprawdę chciałabym, żeby jak najczęściej okazywała się prawdziwa, ale prawdopodobieństwo związane z moją wydaje się jakby wyższe. :-/ Jeśli jednak autor przebrnie zwycięsko przez wszystkie przeszkody, to jeszcze powinien uważać, żeby nie pochwalić się całemu światu, jak trudno było. Powstrzymać się od długich i nieciekawych wyjaśnień, skąd smoki biorą ten rzadki minerał niezbędny do wytworzenia ognioodpornego pyska, w jaki sposób przebiegała ewolucja… Za to jeśli zdoła jakoś naturalnie wpleść te informacje do tekstu, zainteresować czytelnika, powstanie arcydzieło. Czego jemu (i sobie) życzę.

Babska logika rządzi!

Finklo, zgodzę się, że pole do wykorzystania elementów naukowych jest. I poletko to powinno być rzetelnie zapełniane.  Inna sprawa, że z mojego punktu widzenia – czytelniczki, której różne magiczne cudowności w tekstach fantasy niestety przeszkadzają w lekturze – to, że elf będzie zachowywał się wiarygodnie jak na swoją nieśmiertelność, nie zmieni faktu, że mi ta nieśmiertelność ogólnie "zgrzyta". Ale to ja tak mam, pewnie jestem wyjątkiem ;) To, o czym pisze Zatrakus, mogłoby nosić nazwę science-fantasy ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Dobra, nie upieram się przy nieśmiertelności. ;-) Ale to chyba istotny element w fantastyce. Dla mnie ten gatunek ma w sobie coś z bajek opowiadanych dla poprawy nastroju albo postraszenia. A człowiekowi od tysięcy lat marzyło się pokonanie śmierci. I wielu pewnie gdzieś tam w zakamarkach świadomości snuje sobie fantazje na temat. W różnych wersjach: z Peleusem, Łazarzem, elfem czy przeniesieniem świadomości do komputera…

Babska logika rządzi!

To, o czym pisze Zatrakus, mogłoby nosić nazwę science-fantasy ;)

Niech nikt się nie rusza! Skoczę tylko do urzędu patentowego ;)

Czekaj! Wiki podaje, że taki podgatunek już istnieje. Wiem, że to kiepskie źródło, ale w tej akurat sprawie chyba można jej zaufać… Co? Zatrakusa już nie ma? Poleciał? Trudno…

Babska logika rządzi!

Finklo, bo nastawienie chyba odgrywa istotną rolę ;) Zatrakusie, dziś raczej urzędy zamknięte :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Już jest taki podgatunek? Czego się człowiek nie tknie, inni już dawno wymyślili :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

A z tym twierdzeniem polemizować nie będę. I nawet zgodzę się, że każdy ma prawo do własnego nastewienia i prywatnych oczekiwań od lektury. ;-)

Babska logika rządzi!

Ano jest. Jako rzecze Wiki: "Science fantasy – podgatunek fantastyki, który zawiera elementy zarówno fantastyki naukowej, jak i fantasy, a czasem również horroru" Toteż polecam świeże teksty naukowe. ;-)

Babska logika rządzi!

Żeby to… całkiem jak wtedy, gdy doszedłem do wniosku, iż świadomość jest zbędna, a wręcz szkodliwa z ewolucyjnego punktu widzenia, i że gatunki dojrzałe powinny się jej wyzbywać. Z poczuciem samozadowolenia usiadłem, otworzyłem "Ślepowidzenie", poczytałem… po czym zadowolenie prysło. Bo Matt Watts już to wymyślił :( Chociaż opowiadanie ilustrujące tą koncepcję i tak napiszę, aczkolwiek mniej science fiction niż pierwotnie planowałem.

No to trzymamy za słowo i czekamy na opowiadanie. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla, jeśli ten tekst był pisany jako esej, to może faktycznie dobrze mu robi brak obrazowych przykładów. ja tam bardziej obeznany z felietonami :) Marianno, skoro ci nieśmiertelność zgrzyta, to dobrze, że nie czytałaś mojego "Love", bo zostałbym chyba zjechany z góry do dołu. Choć elfów nie ma!    czytałem kiedyś, że "Gwiezdne Wojny" to właśnie science fantasy. ale o tym, co jest science, a co fantasy, mówi definicja Clarke'a, którą można sparafrazować: SF – to co się nie może spełnić, na szczęście. fantasy – to co się nie może spełnić, niestety. zgodzicie się? ;)  jak dla mnie ciekawa definicja, ale się nie zgadzam. 

A niech tam, przyznam się. Nie mam pojęcia o publicystyce. Nie odróżniłabym eseju od felietonu, nawet gdybym o jeden się potknęła, a drugi wrzuciła do garnka. Ja po prostu napisałam tekst na temat pewnego problemu. Bez zastanawiania się nad etykietką, z bardzo mętnym wyobrażeniem, jak ma wyglądać. Definicja rzeczywiście ciekawa. A czy się zgadzam? Nie chciałabym, żeby los mojego świata zależał od tego, czy jeden młody hobbit zdoła wrzucić stary pierścionek do wulkanu. Jeśli "Pana Lodowego Ogrodu" uznamy za science fantasy, to chyba nie miałabym nic przeciwko temu, żeby taki świat sobie istniał. Nawet odwiedziny mogłyby okazać się przyjemne. Ale sądzę, że należałoby chronić taką planetę przed mieszkańcami Ziemi. Summa summarum – z definicją chyba się nie zgadzam. Ale jako przybliżenie może być.

Babska logika rządzi!

Napisałaś, Finklo, że powodem zwracania się przez młodych aspirujących ku fantasy jest myśl, iż pisze się teksty w tego podgatunku łatwo i przyjemnie, ponieważ nie trzeba przy tym pamiętać o rzeczach tak dziwnych, jak na przykład stała grawitacji lub związek przyczynowo-skutkowy. Machnie się laseczką, coś zamamrocze w dziwacznym języku i  hop, portal przeniósł nas do krainy, w której smoki dysponują udźwigiem czterech zeppelinów.   :-)   Zapomniałaś o jednym jeszcze powodzie takiego przekonania, żywionego przez adeptów klawiszoklepania. Przejrzyj uważnie oferry wydawców i zastanów się, co może myśleć o fantasy ktoś przekarmiony popłuczynami po Tolkienie i Sapkowskim, żeby daleko nie szukać.

Tak właściwie to nie starałam się analizować przyczyn zwrotu w stronę fantasy. Sama przeciwko temu gatunkowi nic nie mam (byle, na laskę Merlina, powstawały dzieła w miarę oryginalne). Co myśli ktoś przekarmiony – zgadnąć nietrudno. A jeszcze popłuczynami… Dobra, nie chcę wchodzić w obrzydliwe szczegóły. Analiza rynku książki, na co jest popyt, i dlaczego – to już odrębny temat. I nawet nie wiem, czy ciekawy.

Babska logika rządzi!

Othersun, znowu nie zgrzyta mi aż tak bardzo, żeby Autora objeżdzać, zwłaszcza że elfów nie ma ;).

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Vis a vis: "Przypomniało mi się jeszcze, że dobrym przykładem dopasowania sprawności i bogactwa językowego do treści jest kilka książek Iana McDonalda."

Zgadzam się w pełni i podpisuję pod tym. Mcdonald idealnie zachował złoty środek pomiędzy wiedzą z danej dziedziny, a historia literacką. Chociaż słysząłem tez opinię, że Mcdonald nadmiernie operuję dziwnymi nazwami i obcymi pojęciami z innych kultur, przez co jego literatura jest niestrawna. To tak propo dukaja i Eco ;) 

"I needed to believe in something"

Ale w fantasy tez wiedze jakąs trzeba mieć. Na przykład militarną – z zywych przykładów vide Kres lub Wegner. 

"I needed to believe in something"

Jeśli opisuje się bitwy…

Babska logika rządzi!

To prawda. Ale chyba w większości tolkienowskiej fantasy jakies bitwy się zdarzają, to i trzeba cos wiedzieć.  Do tego na przykład Sapkowski pisząc trylogie husycką, musiał posiłkowac sie ogromna wiedza historyczną, do tego znajomością heraldyki i tym podobnych rzeczy. A to tez fantasy była – może mniejn fantastyczna niż wiedźmin, ale jednak.  reasumując jednak, trzeba zaznaczyć dobitnie, że wiedza potrzebna do pisania fantasy na pewno nie musi być tak szeroka jak do sc-fi, zwłaszcza tej z przedrostkiem hard. 

"I needed to believe in something"

W większości ktoś się tłucze z innymi. Może to taki sposób na budowanie napięcia? Zawsze jest ryzyko, że bohater zginie. Ale, wbrew pozorom, naparzanka to nie element obowiązkowy. W "Tkaczu iluzji" Białołęckiej jest chyba tylko jedna scena szermierki, i to Autorka raczej o niej wspomina niż opisuje. W "Róży Selerbergu" niby jest jakaś walka, ale na poziomie intelektualnym – jak zrobić kuku niecierpianej koleżance, nie podpadając jednocześnie nauczycielom. W

"Prawach i powinnościach" Piankowej tylko jedna scena walki dwóch smoków i to pisana głownie z punktu widzenia jednego uczestnika (zahaczył mnie pazurami i bardzo boli). Zdaje się, że chłopcy i dziewczynki mają diametralnie różne podejścia do tematu. :-) Może i SF wymaga większej wiedzy, ale (jak dla mnie) to wiedza łatwiejsza. Fizyki uczyłam się w szkole i mogę te wiadomości wykorzystywać, coś tam doczytać, jeśli zabraknie danych. A militaria? Uuuu, terra incognita i to niespecjalnie interesująca.

Babska logika rządzi!

Dlaczego nie lubimy science fiction? http://esensja.stopklatka.pl/ksiazka/publicystyka/tekst.html?id=6998

@junior_13j   Wiedza militarna u Kresa i Wegnera? W szczególności u tego ostatniego. Wiedziałem, że to jest portal o tematyce fantastycznej ale nie wiedziałem, że aż tak.

Achika, czyli nie lubimy SF przez Lema? Hmmm… Coś tam w szkole przerabiałam i to mi się spodobało. Aż zapamiętałam guziki "z trójcy szlachetnych gazów rżnięte". A na "Katarze" uczyłam się prawdopodobieństwa. Chyba człowiek albo to lubi, albo nie i lektury szkolne tylko umacniają przekonania. Ja tak miałam. MS80, nie czytałam, więc nijak się nie wypowiem. A zresztą, i tak do Juniora pisałeś.

Babska logika rządzi!

MS80 – nie znam się na militariach ( bo tez nigdy nie lubiłem tego typu literatury ), ale założyłem, że autor wie o czym piszę. Dlatego też się nie będę spierał. 

"I needed to believe in something"

Sam tekst ciekawy – a dyskusja pod nim jeszcze lepsza. A to dobrze znaczy o tekście ;)

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Dziękuję. Dyskusja była niezła, ale coś zdechła. Pewnie okres przydatności tekstu do spożycia się skończył. ;-)

Babska logika rządzi!

Jestem chętny do podjęcia! :D Wczoraj w tekście Martina przeczytałem, że jeszcze w latach 60 fantasy było kompletnie niepopularne, nigdzie nie chcieli przyjmować takich opowiadań. Wszędzie SF, SF, SF. Tak było na rynku amerykańskim. A na polskim dominuje teraz fantasy. Ktoś wie jak jest za granicą? Albo jak wyglądały początki literatury fantastycznej w Polsce? Właśnie pod kątem gatunków? 

Jak jest za granicą, można się zorientować po tłumaczeniach, chociaż takie badanie nie musi być nadzwyczaj miarodajne. Początki fantastyki (zwłaszcza na naszym podwórku) znam słabiutko, ale wydaje mi się, że raczej SF – podróże na Księżyc, te rzeczy. Chyba smoki, wróżki i krasnoludki kojarzono wtedy z bajkami dla dzieci. Dorosłym nie wypadało traktować takich głupot poważnie. ;-)

Babska logika rządzi!

O to to, moja Anielciu. Nie wypadało…  :-)  A serio: na początku był wodór – no nie, znów jakieś żarty dla wtajemniczonych? Panie Adamie, opanuj się pan! :-) Na początku był Verne i jego naśladowcy. Wiek triumfów nauki i techniki zwyczajnie kierunkował znakomitą większość autorów i odbiorców na te preSF. To się utrwaliło na czas dłuższy – optymizm, że nauka, że technika, bla bla bla; urozmaiceniem swego rodzaju były motywy wojen, przeniesionych w kosmos. Potem był niejaki Ballard z kumplami, Dick i jego naśladowcy, i nadeszła epoka wciskania kitu coraz młodszym odbiorcom, a ponieważ oni, ci młodzi, jakoś nie zachwycali się teorią chromodynamiki kwantowej, dano im czary, mary, bajkowe stwory.   U nas też tak sprawy się toczyły. Póki braliśmy (lekko wymuszony) przykład z fantastyki wschodnich sąsiadów, gdzie dominował wspominany hurraoptymizm (ale nie u już dojrzałych Strugackich), z którym skończył Lem, póki pod płaszczykiem fantastyki krytykowano panujący ustrój, fantasy nie było. Tolkiena wydano bodajże raz jeden jedyny, bo nie wypadało nie wydać wielkiego dzieła… A potem poszło jak na Zachodzie, czyli masówka gromko reklamowana, przetykana pojedynczymi przypadkami czegoś, co warto czytać.   To tak w telegraficznym skrócie i lekko, przyznaję, złośliwie.

Finklo – właśnie nie wierzyłbym w "orientacji po tłumaczeniach". Przecież nie tłumaczą wszystkiego, jak leci, tylko najpierw oceniają, co się w Polsce sprzeda.  Adamie, nie chodziło mi o prekursorów gatunku, tylko o czasy, kiedy w księgarniach pojawiały się pierwsze półki z fantastyką. 

Na początku był chaos. ;-) Adamie, słusznie prawisz – chyba faktycznie fantasy słabo wpisywała się w założenia socjalizmu i w plany pięcioletnie. Jak hartowała się stal, jak zrobiono z niej rakietę, jak poleciano zaprowadzać jedynie słuszny system w bratnich galaktykach – o to jest godna i właściwa tematyka. Ale zdaje się, że Tolkienów było więcej: ja słyszałam o dwóch tłumaczeniach. Othersunie, kiedy zaczęłam w księgarniach wydawać samodzielnie zarobione pieniądze, półki z fantastyką już tam były, więc nie mogę wiele powiedzieć. Nie tłumaczą wszystkiego, ale prawdziwe hity i najlepsze selery chyba lecą z automatu…

Babska logika rządzi!

othersunie, półek przeznaczonych na fantastykę bardzo długo nie było. Powody dwa: przeważnie wszystko znikało w oczach, wydawano niewiele pozycji. Po co osobna półka? Dopiero kiedy fantastyka, szczególnie fantasy, stała się literaturą wydawana i często, i – początkowo – w sporych nakładach, pojawiły się osobne półki, a za nimi regały. Kiedy to było? Zgadnij  :-) .

O cholera , ominęła mnie ciekawa dyskusja. Pozdrawia Leonardę jej wierny fan..

Ryszardzie, ciągle możesz się włączyć i reanimować dyskusję. Dziękuję, również pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka