- publicystyka: IPCC, lewackie AGW i profesor Jarczewski, czyli fantastyka naukowo-zarobkowa

publicystyka:

artykuły

IPCC, lewackie AGW i profesor Jarczewski, czyli fantastyka naukowo-zarobkowa

„Traktat o globalnym ociepleniu musi być wdrożony, nawet jeśli nie ma dowodów na poparcie efektu cieplarnianego." Dr. Richard Benedick, naukowiec, dyplomata, były zastępca sekretarza stanu USA

 

„Nie ma miejsca na wątpliwości. Ziemia znajduje się pod wpływem gwałtownie postępującego ocieplenia.” WWF

 

Dziesięć lat temu kierownik Zakładu Chemii Ogólnej UAM – profesor Arnold Jarczewski – opowiedział studentom pierwszego roku, o pewnym skoku na kasę, czyli o Antropogenicznym Globalnym Ociepleniu. Byłem wśród nich i słuchałem z zapartym tchem, jak to uczeni robią takich szaraczków jak my w trombocyty (tak zwane płytki Bizzozera – pasuje do Bizarro!). Stworzył niejednego sceptyka, a to w pewnych kręgach brzmi prawie jak ateizm.

Dzisiaj wiem, że nie każdemu uczonemu warto zaufać. A może jako fantasta i naukowiec spojrzę na całość zagadnienia podwójnie uzbrojonym okiem? Przecież efekt cieplarniany poznałem również dzięki powieści „To” Kinga – pamiętacie wiecznie przytulną część biblioteki miejskiej Derry? Pomijając wizytę Pennywise’a…

Po tygodniu nurkowania w rozgrzanym temacie wiem więcej, ale czy zbliżyłem się do prawdy? Niekoniecznie, ale co do jednego nabrałem pewności. Zamglili nam umysły medialnym dymem i niezależnie od lewackiego czy wręcz przeciwnego spojrzenia na świat jestem w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przekonany, że smrodzi tu coś niemiłosiernie. Jeden procent zawsze zostawiam sobie na wątpliwości. Zazwyczaj nawet więcej.

 

Straszenie – dobra rzecz! Przecież chętnie sięgamy po znaczone strużkami krwi powieści, czekamy na koszmarne filmy. To się sprzedaje – nie tylko najciemniejszym masom. Tak silna emocja ma zdolność przemieniania wszystkiego w zielone…

Nawet w reklamach występuje mnóstwo niebezpieczeństw, począwszy od magnezu z syntezy chemicznej, kosztów pogrzebu aż po pijanych kierowców, wąsatych pedofilów z nieciekawym tatuażem, matek Madź czy ojców kościoła.

A czy pamiętacie najwspanialsze koszmary sprzed lat? Uczcijmy minutą ciszy dziurę ozonową, ptasią grypę, roztocza, chorobę wściekłych krów, koty toksoplazmujące w piaskownicy, kwaśne deszcze, AIDS, a nawet (sic!) globalne ochłodzenie, o którym amerykański „Newsweek” trąbił w 1975 roku. Dawano nam wszystkim – nie pierwszy i nie ostatni raz – góra dziesięć lat życia bez głodu. Brrr…! Dlaczego nikt już nikt nie straszy nieszczęściem wnucząt czy wymieraniem gatunków? Od teraz mamy na sumieniu zdrowie przyszłych, zmutowanych przez naszą głupotę pokoleń.

 

Na początku dwudziestego wieku odnotowano wzrost rocznej amplitudy temperatur – mniej więcej do 1940 roku. Po nim przyczłapało ochłodzenie – do połowy lat siedemdziesiątych – a od początku osiemdziesiątych znany nam wszystkim globalny straszak. Saldo końcowe za całe stulecie to +0,74oC. Ochłodzenie odnotowane w ciągu zeszłego roku (o 0,75oC) załatwia sprawę, to o co chodzi? Czy też słyszycie szelest banknotów?

By uniknąć tysięcy raportów z podejrzanych niejednokrotnie źródeł, ćwierć wieku temu powołano specjalne ciało ONZ do spraw badania ocieplonego upiora (IPCC). I zaczęło się! Pierwsze meldunki poleciały do stolicy Unii Europejskiej.

Każdy ma swoje świętości. Dla wielu liczy się to, co napisze tygodnik „Nature”, dla innych, co powie papież lub sąsiad z parteru, a dla Brukseli zamówione raporty – oparte na modelach komputerowych, które nie brały pod uwagę wszystkich potrzebnych do oceny klimatu składowych – chociażby czynnika kosmicznego, czyli wpływu samego Słońca.

Poza tym zdarzają się zaskakujące nieścisłości, o których poinformowało „Nature”. Malediwy (postraszmy zachodnich turystów) podawane są za typowy przykład archipelagu zagrożonego wzrostem poziomu mórz. "W ostatecznym rozrachunku odpowiedzialność leży po stronie krajów, które odpowiedzialne są za globalne ocieplenie" – straszy tamtejszy wiceprezydent.

 

Problem w tym, że jak na złość poziom wód obniżył się tam o trzydzieści centymetrów w ciągu ostatnich trzech dekad… (według badań Nilsa-Axela Mornera – szwedzkiego badacza, byłego prezydenta INQUA). Brzydkie Malediwy! A takie piękne… Kiribati za to toną. Zagadnienie zmian poziomu wód to jednak temat na osobny artykuł. Zmiany te zależne są od zbyt wielu czynników, by – po pierwsze – uzyskać wiarygodne wyniki pomiarów – a po drugie – jednoznacznie stwierdzić, że stoją za nimi topniejące lodowce.

Tygodnik idzie nawet o krok dalej i zarzuca organizacji ignorowanie faktu, że dla fauny i flory – trochę pogeneralizujmy – podwyższona zawartość dwutlenku węgla jest korzystniejsza, ekosystemy rozwijają się lepiej, następuje wzrost liczebności roślin i zwierząt, choć niekoniecznie tych najmniejszych…

Emisja oczernionego gazu – pomimo medialnego orkanu – wciąż jednak rośnie i nie ma to raczej wpływu na temperaturę atmosfery. Z tego, co widzimy, nie jest cieplej. Nie wierzycie?

 

Macie do tego prawo, nikt przecież nie lubi sceptyków. W dodatku nasza polska zima w tym roku przypominała raczej francuską jesień, ale w skali globalnej troszkę się Ziemi dostało. Stratosfera w styczniu powiała chłodem – o pół stopnia silniej niż rok temu. Nad samymi lądami temperatura globu okazała się być niższą od średniej dla tego miesiąca w całym poprzednim wieku, a powierzchnia pokrywy śnieżnej na północy jest największa od przeszło czterdziestu lat (wg GISS i NCDC).

Mówiąc krótko – lodu w Arktyce przybywa i to ponoć od trzydziestu lat. Chiny zmagały się z najsroższą zimą od lat, śnieg ośmielił się sypnąć w Bagdadzie i w Buenos Aires, a w Nowej Zelandii odnotowano rekordy chłodu.

A teraz najciekawsze: przymrozki w Arabii Saudyjskiej! W Australii odnotowano najzimniejszy czerwiec w historii pomiarów (nadrobili latem). I tak można przez następne parę kartek, pewnie w obie strony – jak zwykle przy tego typu potyczkach.

 

To kto komu i ile?

 

Siedem lat temu oszacowano, że opłaty za nadwyżki limitów emisji dwutlenku węgla – czyli sprzedaż zezwoleń na zadymianie – to przychód w wysokości sześćdziesięciu miliardów rocznie (w marcu zeszłego roku uchwalono nową decyzję Komisji Europejskiej na ten temat, opierając się na raportach IPCC). Przykładowo wg oceny Pellervo Economic Research Institute Finlandia do końca dekady będzie zmuszona zapłacić dziesięć miliardów wspomnianych zielonych szelestów.

A Polacy aż dziewięćdziesiąt pięć procent energii czerpią z węgla… Już wykłócaliśmy się przed Trybunałem Sprawiedliwości w Luxemburgu za poprzednie lata. Udało się (nam i Estonii – tym drugim komisja dopiero wtedy dowaliła, przyznając limit niemal o połowę mniejszy od tego, o który zabiegali). Nie znaleziono podstawy prawnej do narzucania przez KE takowych progów. We wniosku znalazł się zapis, w którym nasz rząd oszacował, że roczne koszty zakupu dodatkowych zezwoleń przez przedsiębiorstwa znad Wisły to blisko dwieście milionów euro. I jak tu być konkurencyjnym?

 

Co mają zrobić biedniejsze kraje?

 

Mogą wykupić technologie od bogatszych, wypożyczyć za wzgórza kasy unijnych ekspertów lub zamówić urządzenia służące użytkowaniu alternatywnych źródeł energii. Energetyką jądrową wszystkich nas postraszono – po Czarnobylu, gdzie zawiniło wschodnioeuropejskie podejście do czasu i przeprowadzania testów oraz Fukushimie, z paskudnym tsunami. Można raczej o jej powszechności zapomnieć. Nawet Niemcy rezygnują z tego typu elektrowni (do końca 2022 roku), a porządek pracy przecież u nich jest i o trzęsienia ziemi raczej trudniej niż o uroczą szatynkę.

Handel emisjami kwitnie. Zobaczcie, co wyczytałem z raportu USB Investment Research: „Koszt systemu handlu emisjami dla gospodarki unijnej to na dzisiaj dwieście osiemdziesiąt siedem miliardów dolarów, a jego wpływ na ograniczenie emisji dwutlenku węgla był bliski zeru.” (The Australian 2011)

Ceny wzrastają, a produkcję przenosimy z Europy do krajów, gdzie takich opłat nie ma. IPCC przysługuje się tej idei jak tylko może. Od ich badań zależy bardzo wiele: poziom podatków paliwowych, wspomniane limity czy finansowanie badań nad alternatywnymi źródłami energii.

A że czasami zdarzyło się naukowcom z IPCC troszkę przesadzić lub upiększyć dane… Sam główny klimatolog IPCC, dr. P.C. Jones (afera Climategate z 2009 roku) mieszał paluszkami w wynikach, zakazywał ujawniania niewygodnych faktów, publikowania w nieprzychylnych organizacji magazynach i propagował drobne… korekty pomiarów. W mailach chwalił się sztuczkami statystycznymi – legendarnymi trikami. Oficjalnie komisje – bogate w naukowców – nie dopatrzyły się formalnych uchybień i sprawa ucichła. Okazało się jednak, że to nie lata dziewięćdziesiąte poprzedniego stulecia, tylko trzydzieste są zwycięzcą na najgorętszą dekadę dwudziestego wieku.

 

Wyczytałem kiedyś we „Wproście”, że w niektórych częściach świata temperatura jest taka sama jak przed rewolucją przemysłową, czyli przed mniej więcej tysiącem lat. O te ciekawostki wypytałem koleżankę ze studiów, której udało się doktoryzować w tej dziedzinie.

Cytuję: „Dewastacja planety jest prawdziwym problemem. Mam na myśli lokalne zmiany – jak wycinanie lasów czy zaburzenia gospodarki wodnej, odbijające się czkawką również w globalnej skali. A wahania stężeń dwutlenku węgla w atmosferze zdarzały się i wcześniej. Podobnie jak cykliczne ocieplenia czy oziębienia.”

Mówimy o czasach, gdy na wyspach brytyjskich sadzono winnice. Sprawdzić tego według mnie nie ma jak, a o modelach komputerowych nie chcę już słyszeć.

Zmiany klimatyczne wielu naukowców wiąże z cyklicznymi fazami solarnymi (badania Svensmarka i Frissa-Christensena, potwierdzone przez Terry Sloana i Arnolda W. Wolfendale'a oraz, w szerszym zakresie czasowym, przez V. Rusova z NCA w Kijowie). Wykryli oni zależność między wielkością zachmurzenia, nasłonecznieniem i natężeniem promieniowania kosmicznego.

Najprościej rzecz ujmując mała aktywność naszej gwiazdy (minimum solarne) ma wpływ na ilość chmur (odpowiada za powstanie nawet dwudziestu trzech procent ich pokrywy), a co za tym idzie za ochłodzenie – a to dzieje się od paru lat.

 

Do walki o nasze… bezpieczeństwo stanęli najwięksi. Albert Gore – polityk, kongresmen, wiceprezydent USA – ruszył z kolejną kampanią na rzecz walki z globalnym ociepleniem, a swego czasu raczył wszystkich Oskarowym filmem „Niewygodna prawda”.

Samo IPCC skupia wokół siebie zbyt wielu wpływowych polityków, doradców rządowych, opiniotwórczych publicystów i pieniędzy, by niepokoić. Firma GIM, której właścicielem jest Gore, zyskuje na pośrednictwie sprzedaży kredytów emisji dwutlenku węgla nawet pięćdziesiąt milionów dolarów rocznie (dane z 2007 roku). Przyznano mu również pokojową nagrodę Nobla – taką wisienkę na klimatycznym niczym steampunk torcie.

Nawet WWF na swojej stronie internetowej stara się „przekonać sceptyka” (oczywiście opierając się na raportach IPCC i podkreślając ich wiarygodność Noblem).

Niektórzy „niewierni” uczeni milczą, by nie psuć sobie karier. Inni wręcz przeciwnie, coraz częściej finansowani przez wielkie korporacje (koncerny węglowe i naftowe), którym zależy na powrocie do swobodnego dymienia, przez co jeszcze trudniej o przejrzystość… Ani ja, ani moja znajoma nie mamy tego… szczęścia?

Wielu podpisało Petycję Oregońską – przeszło trzydzieści jeden tysięcy naukowców amerykańskich. Stwierdzono w niej, że nie ma dowodów na to, by przemysłowe emisje dwutlenku węgla mogły powodować zmiany klimatu. Wezwano do odrzucenia przez USA Protokołu z Kioto (mowa o traktacie międzynarodowym i jednocześnie porozumieniu dotyczącym przeciwdziałania globalnemu ociepleniu). Z czasem spora część sygnatariuszy prosiła o usunięcie z listy. Po obu stronach barykady dochodzi do nieczystych zagrywek.

 

Dla równowagi istnieje jeszcze pozarządowy zespół NIPCC, zrzeszający naukowców, takich jak profesor Frederick Seitz – były prezes Amerykańskiej Akademii Nauk czy profesor Georg Mason (swego czasu gruba ryba w NASA), a i wielu innych.

I o ile nie rozstrzygniemy tu i teraz, kto ma rację, o tyle uczeni z NIPCC nacisnęli nóżką na drugą szalę wagi. Nie liczyłbym jednak na szybkie przejście globalnego ocieplenia w medialne szarości. Pieniądze do ośrodków badania zmian klimatycznych płyną wartkim i szerokim strumieniem, dając utrzymanie wielu firmom, jak i zwykłym – w grubym cudzysłowie – ludziom.

Pierwsze miejsce na liście strachów przejął terroryzm, tuż za nim przycupnęła przestępczość, a klimatyczne kiksy wrzucane są do brudnego worka z dziurą ozonową.

Wszystkie kraje UE ratyfikowały jednak Protokół z Kioto i nawet sto tysięcy sceptycznych profesorów niewiele według mnie teraz zdziała. Przykładowo: trzy lata temu Komisja Europejska przeznaczyła ponad sześć miliardów euro na finansowanie projektów związanych z tym zagadnieniem. Fantastycznie! Należy się przebranżowić!

 

Czy faktycznie robi się cieplej?

 

Myślę, że tak – w ogólnym rozrachunku, a przynajmniej na biegunach, ale należałoby rzetelnie porównać między sobą chłodniejsze okresy – wspomniane minimalne cykle solarne, a tego się fizycznie zrobić nie da. Pozostają modele klimatyczne…

Niewykluczone, że przyrost czap lodowych związany jest właśnie z ociepleniem i ze zwiększonymi opadami. Należałoby ujednolicić metodologię pozyskiwania pomiarów, oprzeć się na prawidłowych obliczeniach i odsunąć od wszystkiego polityków i korporacje. Niemożliwe, wiem. A szkoda, bo o nasze zdrowie chodzi. A IPCC – konkretnie raportom od nich pochodzącym – nie potrafię zaufać. Zasłanianie się nagrodą Nobla nie pomoże.

Dwutlenek węgla, jako gaz cieplarniany (w jakim stopniu on w ogóle absorbuje energię promieniowania słonecznego?) to Pan Pikuś wobec pary wodnej. Jest za to niepokojąco brzmiącym stworkiem (H2O posiada około dziewięćdziesiąt osiem procent udziałów w tej rozgrzanej imprezce – dwa procent przypada na inne gazy, w tym ćwiartkowy ułamek procenta na CO2 pochodzący od człowieka).

Dwutlenek węgla do świętych jednak nie należy. Rozpuszcza się w oceanach i wpływa na ich zakwaszenie, przez co stworzonka wykorzystujące węglan wapnia do budowy skorupek nie są zadowolone…

„Co nas ten plankton?!”, krzykniecie, ale warto pamiętać, że na początku łańcuchów pokarmowych też coś musi się błąkać. Nie od razu paróweczki umielono.

Na szczęście lata mają to do siebie, że przeminą i nowe strachy wylezą, popychane przez uczonych z uniwersyteckich szaf. A może postraszą nas sadzą, która zaciemnia lodowce, przez co nie odbijają już tak skutecznie promieni słonecznych? Hm… Tym już się w zasadzie zajęli.

W takich przypadkach sprawdza się stara zasada: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to my już dobrze wiemy! A prawda ma pewną słabość: uwielbia się legnąć pośrodku.

A jak chcecie się bać, to poczytajcie Kinga! Prawdziwych fantastów tylko on przestrasza.

I uważajcie na portfele. Nie obejdzie się bez limitów.

Komentarze

Ja już czytałem i chwaliłem. Mnie się tekst podoba chociażby z uwagi na tematykę. Ktoś w końcu podejmuję rękawice na polu walki z wszechobenym w mediach globalbym ociepleniem, którego ja już mam pełną dupę. Brawo za wiedzę i za erudycje, bo zgrabnie napisane. 

"I needed to believe in something"

Opinię moją też znasz – podobało się ;)

Mee!

A mojej nie znasz. Ale poznaj – także bardzo mi się podobało, sporo się też dowiedziałem.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Uff :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Świetne! Jako laik chciałbym jeszcze zapytać, jaki wpływ na obecne zjawiska pogodowe mógł mieć fakt erupcji tego wulkanu na Islandii w pamiętnym 2010 roku? Czy te skutki już wodać, czy w ogólnym rozrachunku nie mają większego znaczenia?

Mnie też się podobał ten artykuł i tez już o tym wiesz.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki :)

@Szoszoon– mam na wstępie cytat (typowo sceptyczny) dla Ciebie: „Trzeba spojrzeć na ludzki wkład w zasoby atmosferycznego dwutlenku węgla. W ciągu ostatnich 250 lat ludzie dodali do atmosfery tylko jedną cząsteczkę CO2 na 10000 cząstek. Wulkan wyrzuca tyle jednym kaszlnięciem.” (Ian Plimer) W internecie często podawane są dane za profesorem Jaworowskim: EMISJA (mld ton węgla rocznie)

Naturalna:

oceany – 106

lądy i wulkany – 69 Ludzki:

przemysł i rolnictwo – 7,6

samochody – 0,57

oddychanie ludzi – 0,65 EFEKT CIEPLARNIANY (%)

H2O – ~98

CO2 naturalny + ludzki + inne gazy – 2

CO2 ludzki – 0,25 Pamiętaj jednak, że te liczby, choć porażające, są również naturalnie zbalansowane przez przyrodę.

Wulkanem nikt nie straszy ani też pyłem wulkanicznym (najwyżej delikatnie bąkną coś o zatrucaich, a linie lotnicze dostają po kieszeni – ponoć ok. 200 mln zielonych dziennie…). Ten z 2010 (Eyjafjallajokull) niektórym naukowcom się jednak przysłużył :) Prof. Achterberg (z UK) zmontował grupkę blisko 30 naukowców i się bujają po morzach i oceanach na RRS Discovery (pewnie już wrócili BTW), by badać wpływ pyłu wulkanicznego na fitoplankton :) Uczeni z Uniwersytetu Islandzkiego też nie są w ciemię bici i już od dawna badają krater(wnętrze kaldery, by być fachowo-ścisłym). Jeziorko tam chyba nawet już jakieś jest, albo pokrywa śnieżna? :) Być może zacznie się jakieś straszenie, ale nie sądzę. Węgiel, żelazo – mało koszmarne nazwy :) Chociaż materiał piroklastyczny już bardziej… Poczekamy, zobaczymy :)

A tutaj masz link: wulkan a środowisko – jakbyś chciał sobie o tym poczytać, tylko się nie zdziw, bo będą ochłodzeniem klimatu straszyć (taki paradoks…) ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Wspaniały tekst! Bardzo mi się podobał, do kroćset, toż to wyśmienity materiał na piórko za publicystykę :)

Dziękuję, Zatrakus <rumienię się> ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Też się przyłączę do postulatu Zatrakusa. Sporo tu przecież, mimo wszystko, ekosf:)

Jak w tytule: fantastyka naukowo-zarobkowa :) Dzięki, Panowie.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Rzeczywiście, artykuł bardzo przyjemny, choć nie wiem, czy będę obiektywny. Daleki jestem od wierzenia w raporty i cuda, i jakieś inne machinacje, bo jeśli ktoś sądzi, że cokolwiek w ludzkim świecie nie jest robione dla pieniędzy, to jest głupcem. Ale leży mi na sercu los przyrody,a wyczułem trochę, że tenże los przyrody razem z tymi raportami jest przez koika wykpiony. A tak ogólnie: nie podoba mi się rozsnąca znieczulica i skierowanie wzroku tylko na ludzkie potrzeby, jak gdyby świat był stworzony wyłącznie dla ludzi; ostatnio nawet oglądałem coś na Discovery Science i facet mówił prosto w oczy, że wszechświat stworzył się tak, żeby mogli być w nim ludzie. To zakrawa, według mnie, na jakieś chore wyobrażenie wielkości, której w rzeczywistości nie ma nigdzie indziej, niż w naszych głowach. Bez sensu panikować, że cały świat się zamrozi albo spłonie, ale na pewno jestem jak najbardziej za tym, żeby ograniczać sprzęty/placówki generujące zanieczyszczenia i dbać o środowisko. Może nie w sposób narzucania, brutalnego wymuszenia… ale sukcesywnie i zdecydowanie.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Zgadzam się z Tobą StargateFanie w stu procentach. Nie kpię sobie z ochrony przyrody – wskazuję nawet realne zagrożenia (zakwaszanie oceanów, wycinki lasów). Za to faktycznie uśmiecham się trochę przez łzy do tych pseudo-ekologów, do bicia kasy z czegoś, co z założenia nie powinno być komercyjne (ekologia). Człowiekocentryzm jest paskudny, a Ziemia faktycznie poradzi sobie niemal ze wszystkim, co jej zaserwujemy – lecz nie koniecznie my sobie z tym poradzimy. Najwyżej zadrapiemy jej trochę "naskórek".

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Warto też zauważyć, że to całe bicie piany niewiele dobrego przynosi, bo emisja CO2 nie spada, a portfele niektórym szczupleją, by wpaść w otyłość u innych. Trochę takie odwracanie kota dymiącym ogonem. :/

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Skąd te żródła dotyczące emisji wulkanów? Cała emisja z litosfery to jakieś 600 Mt (milionów ton) CO2 na rok z czego lądowe wulkany 242 Mt na rok. Podmorskie 69-97 Mt ale większość jest pochłaniana. (Morner, Etiope  "Carbon degassink from lithosphere"  Global and Planetary Change 2002) Emisje antropogeniczne to ponad 30 Gt (miliardów ton) wg US Energy Information Administration. Więc wulkany emitują ledwie 1% tego co człowiek. Lód morski w Arktyce przyrasta kosztem lądolodu. Lądolód (czyli lód pokrywający ląd dla opornych) maleje corocznie (wiemy o tym dzięki obserwajom satelitarnym głównie GRACE). Słodka woda spływa z lądu i zmniejsza zasolenie morza przez co woda morska łatwiej zamarza. Ale to nie oznacza że lodu w Arktyce jest coraz więcej, bo te przyrosty nie kompensują utraty lodu na lądzie. Prognozy dotyczące wzrostu poziomu oceanu nie były zbyt precyzyjne, bo nie uwzględniały tego że poziom oceanów nie jest wszędzie jednakowy, lądolód grawitacyjnie oddziałuje na masy wody, ląd podnosi się kiedy maleje ciężar pokrywającego go lodu. W poprawionych prognozach średni poziom oceanu wzrośnie ale będą też obszary które doświadczą spadków poziomu morza. 

Dane o tych mldach ton węgla (z komentarza) za Jaworowskim ("prof. dr. hab., pracownik Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, były przewodniczący Komitetu Naukowego Narodów Zjednoczonych ds. Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) oraz prezes Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energetyki Jądrowej (SEREN). Jest członkiem NIPCC. Zajmuje się badaniem skażeń ludności i środowiska globu oraz zmianami klimatu. Zorganizował 10 wypraw badawczych na 17 lodowców na obu półkulach.") Z jego artykułu w Polityce. Do tej emisji wulkanów dorzucił też lądy, to pewnie one podbiły stawkę. Czyli nie ma co się wulkanów bać, dzięki! ;) Dzięki za informacje o lodzie morskim i lądolodach. Ja obstawiałem, zgodnie zresztą z niektórymi naukowcami, że podwyższona temperatura ma wpływ na zwiększoną ilość opadów atmosferycznych w Arktyce – stąd przyrost pokrywy lądowej. Z prognozami dotyczącymi poziomu oceanów – najświętsza prawda. Będą i są obszary doświadczające jego wzrostu jak i spadku (pomiary satelitarne). Czynników jest faktycznie conajmniej kilka (również ciśnienie atmosferyczne, prądy oceaniczne, geologia itd.).

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

pokrywy lodowej* nie lądowej:)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

A jeśli chodziło Ci o tego kaszlącego wulkanami Plimera, to wrzuciłem bardziej dla żartu, jako typowego sceptyka :) Pamiętam, jak straszono setkami milionów ton wywalanych dziennie przez Eyjafjallajokull. Powstawały specjalne strony internetowe z tego typu danymi., ale chyba się straszak nie przyjął :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Wyczytałem kiedyś we „Wproście”, że w niektórych częściach świata temperatura jest taka sama jak przed rewolucją przemysłową, czyli przed mniej więcej tysiącem lat.

Czyżby książę Przemysł dokonał jakiejś sekretnej rewolucji? ;-)   Ogółem czy mały, czy średni, czy super-size skok na kasę, to wciąż inicjatywa ograniczenia emisji tego podłego CO2 wydaje się długofalowo zyskowna. Lobby takie, śmakie i owakie kładą się cieniem na całej kappytalistycznej machinie; gdyby tak naprawdę podliczyć, co, gdzie i ile uciekło z powodu jakichś prze-przezornych szczepionek, składów broni masowego rażenia pałętających się po raportach, itp., toby pewnie klimatyczny straszak nie odstawał nadto od przeciętnej.   Swoją drogą, serio, od obserwowania tego, co się dzieje w mediach, można wpaść w "ciąg" teorii spiskowej. (Tylko jak ONI przekonali tych wszystkich naukowców? 'o' – może to akcja Porywaczy Ciał?)

Naukowców nie trzeba przekonywać, z czegoś muszą żyć. :) "na wieki" przed rewolucją mi wcięło paskudnie, a już zedytować nie mogę :D Tysiąc razy można swój tekst czytać i coś takiego puścić…Ciąłem, by zmniejszyć ilość znaków i uciąłem popisowo! :) Inicjatywa ograniczenia emisji CO2 jak najbardziej słuszną jest, ale wykup licencji na zadymianie już niekoniecznie. I chyba ten straszak jakoś wyjątkowo od lat rzuca mi się w oczy. Akcja Porywaczy Ciał, powiadasz?! ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Jednych straszy King, drugich oni…  :-) Oczywiście z wersji filmowej z lat 50 ("Inwazja porywaczy ciał"). Przez powieść Finneya nie przebrnąłem.

Ja teraz Miasteczko Salem wciągam i można się bać :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Jak ja przegapiłem... Zły Psycho.

 

Mnie się podoba styl, z treścią oczywiście można polemizować. Zarzut jaki miałbym, to brak przedstawiania argumentacji obu stron – felieton jest jednostronny. Ale właśnie, felieton.

 

Ale czyta się zaczepiście ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Odgrzałeś mi, Fiszkowaty, starego kotleta :) Dzisiaj wątpliwości mam ciut więcej; raczej już bym się w polemikę nie wdawał... :)

Zlożowali Cię, BTW! Super wybór!

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Ano zastępczo, póki wybory sie nie odbędą. W Loży już nie ma zamordystycznego rygoru dyżuru dwa dni w tygodniu, to i łatwiej podołać.

 

Kotlet odgrzany, nie odgrzany – na talerzu jest. Cieszę się, że z perspektywy czasu patrzysz z większym dystansem na swoją argumentację ;-)

 

Widziałem na fejsiolu parę fotek z Krakowa... Ty się, chopie, dobrze tą wódą na rudych myszach konserwujesz! ;-)yes

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świetny!

Do wszelkich zagadnień, które wywołują, choćby najmniejsze, spory trzeba podchodzić sceptycznie. Miałem wykładowcę, który stwierdził, że jeśli układ półek w sklepie wywołuje u ciebie złość to znaczy, że układ ten jest zaplanowany. A jeśli nie wywołuje u ciebie żadnych emocji to znaczy, że układ działa.

F.S

Zgadzam się z tezą o biznesowych źródłach zainteresowania wzrostem emisji CO2, ale efekt cieplaniany wcale nie jest taki prosty, jak opisałeś w felietonie. Na początku temperatura rośnie, uwalniając do atmosfery gazy cieplarniane, nie tylko CO2, ale metan (najwiecej jest w wiecznej zmarźlinie na Syberii). Poźniej temperatura spada, bo mniej ciepła dochodzi od naszej macierzystej gwiazdy. 

Chyba ze mamy wzrost cisnienia, jak na Wenus (ok 100x więcej niż na Ziemi), wtedy temparatury są bardzo wysokie i można pisać o prawdziwym długotrawałym efekcie cieplarnianym.

Mało też mówi się o przyczynach anomalii pogodowych, wynikających ze topnienia lodowców na biegunach i na Grenlandii, a wpływających na prądy oceaniczne, kształtujących klimat w niektórych regionach kuli ziemskiej, np. ciepły Prąd Północnoatlantycki, stanowiący przedłużenie Golfsztromu, przyczynia się do ocieplenia klimatu Skandynawii, sam Golfsztorm wpłaywa na warunki pogodowe zachodniej Europy, a zimny Prąd Benguelski występujący u południowo-zachodnich wybrzeży Afryki przyczynił się do powstania pustyni Namib.

 

Gros CO2 przetwarzają i magazynują oceany (zjawisko sekwestracji), ale uwaga: jeśli równowaga zostanie zaburzona, to zbyt duża ilość CO2 zabija w pierwszej kolejności rafy koralowe i plankton, właśnie z powodu efektu zakwaszenia wody, tak jakby oceany stawały się wodą gazowaną. Dodatkowo wzrost temperatury wody powoduje inne negatywne oddziaływania na środowisko – woda o większej temperaturze gorzej rozpuszcza gazy, co prowadzi do odtlenienia wód mórz i oceanów, wpływając  bezpośrednio na populację planktonu.

 

„Okazało się, że Bałtyk absorbuje ok. 60 mln ton CO2, głównie w rejonach pełnomorskich. Emituje zaś blisko 75 mln ton w ujściach rzek i w rejonach pełnomorskich. W rezultacie każdego roku do atmosfery Morze Bałtyckie emituje 15 mln ton CO2.

Dlaczego Bałtyk sam emituje dwutlenek węgla? Z wodami rzek do Bałtyku dostaje się mnóstwo związków organicznych, które są wymywane z gleby lub trafiają do wody ze ściekami. W wodzie morskiej ulegają one mineralizacji, czego efektem jest wytrącanie się CO2. To właśnie ten nadmiar jest emitowany do atmosfery.” – Wnioski z badania prowadzonego w ramach projektu BALTEX sponsorowanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz tzw. „Baltic-C”, w którym uczestniczyły różne państwa Unii Europejskiej m.in. Szwecja, Finlandia i Niemcy. Badania trwały około siedmiu lat i zakończyły się w 2011 roku.

 

Także zanieczyszczenia chemiczne odprowadzane rzekami do mórz i oceanów mają bezpośredni wpływ na tzw. efekt cieplarniany, mało o nich wiemy, bo faktycznie lansowany jest szkodliwy model motoryzacyjny, czy energetyczny (karbonizacja). 

 

 

Dzięki, iHomer.

@FoloinStephanus – sceptycyzm mnie nie opuszcza :)

@Fiszkowaty – wóda na rudych myszach działa cuda. Wpadnij kiedyś, to się odmłodzimy :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

W ubiegłym roku globalny poziom CO2 sięgnął 397,7 ppm, na półkuli północnej przekroczył zaś wiosną 400 ppm. Wiosną bieżącego roku poziom 400 ppm został przekroczony na poziomie globalnym. Już wkrótce średni poziom CO2 powyżej 400 ppm będzie codziennością, mówi Jarraud. Dwutlenku węgla nie widzimy, ale to bardzo realne zagrożenie. Oznacza on wyższe temperatury, ekstremalne zjawiska pogodowe jak fale gorąca i powodzie, topiące się pokrywy lodowe, zwiększony poziom oceanów i rosnące zakwaszenie ich wód. To dzieje się już teraz i bardzo szybko wkraczamy na nieznane nam terytorium. Nadmiarowa energia uwięziona przez CO2 i inne gazy cieplarniane podgrzewa Ziemię, powoduje większe parowanie wody, przez co zwiększa się koncentracja pary wodnej w atmosferze, co dodatkowo podgrzewa planetę. Dwutlenek węgla pozostaje w atmosferze przez setki lat, a w oceanach jeszcze dłużej. Przeszła, obecna i przyszła emisja będzie się kumulował. Prawa fizyki nie podlegają negocjacjom – mówi Jarraud, sekretarz generalny WMO.

Najważniejszym gazem cieplarnianym jest dwutlenek węgla, który odpowiada za około 83% wzrostu wymuszenia radiacyjnego. W czasach preindustrialnych jego koncentracja w atmosferze wynosiła średnio 278 części na milion (ppm). Obecnie, wskutek antropogenicznej emisji, zwiększyła się do 397,7 ppm w roku 2014. Prawdopodobnie w przyszłym roku średnia całoroczna koncentracja przekroczy 400 ppm.

Metan to drugi istotny gaz cieplarniany. Około 40% emitowane jest ze źródeł naturalnych. Za około 60% emisji odpowiada działalność człowieka (hodowla bydła, uprawa ryżu, wydobycie paliw kopalnych, spalanie biomasy i inne). W roku 2014 poziom metanu w atmosferze wyniósł 1883 części na miliard (ppb) i jest o 254% wyższy niż w czasach preindustrialnych.

Tlenek azotu pochodzi w 60% ze źródeł naturalnych i w 40% z działalności człowieka (nawozy sztuczne, działalność przemysłowa, spalanie biomasy). W 2014 roku jego stężenie w atmosferze wynosiło około 327,1 ppb i było o 121% wyższe od poziomu sprzed rewolucji przemysłowej.

Para wodna to najbardziej rozpowszechniony gaz cieplarniany. Wpływa ona na temperaturę na Ziemi głównie poprzez sprzężenie z dwutlenkiem węgla. Obecnie szacuje się, że jeśli stężenie CO2 zwiększy się dwukrotnie w porównaniu z epoką preindustrialną, czyli wyniesie około 560 ppm, to para wodna i uformowane z niej chmury doprowadzą do trzykrotnego zwiększenia wymuszenia radiacyjnego niż inne gazy cieplarniane.

Źródło: Światowa Organizacja Meteorologiczna

Opinia naukowców w niektórych kwestiach jest warta tyle co nic. Powiedzmy sobie szczerze, katedry czy instytuty działające przy LICZĄCYCH się na świecie uczelniach są finansowane przez róznego rodzaju lobby i grupy interesu a mimo to zdobycie grantów na badania, nawet w USA, jest nadal największą bolączką naukowców. Wraz z przybyciem duzych pieniędzy, pojawieją się jeszcze większe OCZEKIWANIA. 

Oczywiście, że trochę generalizuję, ale powinnismy mieć świadomość, że naukowcy to zwykli ludzie, tak jak politycy czy inni intelektualiści i również ulegaja, jak nie ideologiom, to grubym portfelom darczyńców.

P.S. minutą ciszy wypada uczcić również złoża kopalniane, przede wszyszystkim ropę nafową, której wieszczono rychłą śmierć co najmniej tyle razy, ile prorokowano koniec świata.

Jak można chcieć być rzetelnym w artykule i pisać już w tytule o “lewactwie”, czyli zaznaczać swoją orientację polityczną i lekceważący stosunek do odmiennej?

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Eee, rzetelności miejscami faktycznie brakło, ale z “lewackim” – o ile pamiętam, bo sporo czasu minęło od wrzucenia tego “artykułu”  – słówkiem wyskoczyłem nie bez powodu. Pamiętam, że pod wieloma artykułami na temat AGW (głównie w komentarzach internautów) taki przymiotnik pojawiał się paskudnie często. Wstawka wynikająca bardziej z mojej ignorancji niż z chęci zaznaczenia orientacji politycznej.

Polityką się brzydzę; wiem, wielu tak mówi. Poglądy jak z tyłkiem, swoje mam, ale niekoniecznie potrzebę afiszowania się z nimi – wbrew możliwej (nad?)interpretacji powyższego tekstu.

Zgadzam się przede wszystkim, że w publicystyce, szczególnie w przypadku drażliwych kwestii, wymagana jest większa pokora, ostrożność, subtelność, wiedza :), wnikliwość, cierpliwość, doświadczenie etc.

*****************

Artykułu nie usuwam i nie edytuję, chociaż właśnie rzetelności w nim, głównie, zabrakło. Pewnie sam powinienem przedrzeć się przez ocean danych, a nie popłynąć na fali gorącego od lat tematu, na wspomnieniach wykłady sprzed dekady.

Dlatego zostawiam publicystykę mądrzejszym. Dzięki, że w dalszym ciągu tu zaglądacie. Garstkę informacji – abstrahując od para-humorystycznego (drażniącego dziś nawet mnie) ich podania – da się z tekstu wyłuskać. W komentarzach zrobiło się za to nawet ciekawiej, za co jeszcze większe dzięks.

***************************************

A przy okazji tutaj znalazłem coś interesującego, co upewnia mnie w przekonaniu, że tak szybko się ta kłótnia nie skończy, a może się odbić czkawką.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Nowa Fantastyka