- publicystyka: Funky Koval Überhero - o najlepszym, polskim komiksie science-fiction

publicystyka:

felietony

Funky Koval Überhero - o najlepszym, polskim komiksie science-fiction

Opowieść  o Funky Kovalu to zupełnie osobny byt w historii polskiego komiksu, a już biorąc pod uwagę lata jego powstania, to materiał na bogate, najlepiej  mocno osadzone w realiach tamtego czasu opracowanie. Komiks właśnie doczekał się pięknego, okazałego wydania – w liczącym ponad dwieście stron integralu, w bardzo przystępnej cenie zebrano cztery tomy opowieści o jednym z najciekawszych,  popkulturowych bohaterów. A zatem nie zwlekać, tylko biec do księgarni zanim nakład się wyczerpie!  Komiks znam  od jego początków i wiem jak ożywiająco działał kiedyś, zarówno na polu pierwotnych instynktów (ach, ileż znaczyło zobaczyć wówczas  w czasopiśmie doskonały biust w pełnej okazałości!), jak i na polu intertekstualnej, trwającej, kto by się spodziewał – klika dziesięcioleci zabawy. Ale to nie wszystko. Cycki cyckami, zabawa zabawą, odniesienia do rzeczywistości tudzież. Najciekawszy jest tu przecież bohater i jednocześnie oglądany poprzez jego perypetie, ukazany w perfekcyjnej, rzadko przybierającej  tak doskonałą formę symbiozie,  sam rozwój gatunku science-fiction. "Funky Koval" to po prostu The Beatles  polskiej fantastyki.

Mój ulubiony kadr z komiksu to ten, na którym Funky kładzie dłoń na pupie Brendy. Dzieje się to tuż przed właściwą rozgrywką, przed pełną niespodziewanych zwrotów akcją na DB4 – od tego momentu Funky przestanie być jedynie fantastyczną kopią Jamesa Bonda, tylko uwikłanym w brudne, multiświatowe gry, zyskującym świadomość stawki bohaterem. Ale po kolei. Kim jest Funky Koval? To kosmiczny agent, kosmiczny detektyw, kiedyś wojskowy, nieradzący sobie z subordynacją, ale za to wyjątkowo skuteczny osobnik, słowem bohater idealny, Kmicic – Babinicz. Jego pierwsze przygody to swojego rodzaju interludium, efekt twórczych poszukiwań autorów, którzy zaprezentować chcieli, wydawałoby się lekkie, klasyczne, nie uciekające od schematów historyjki, no bo jak inaczej spojrzeć na fabułę o ochronie wyborów Miss Universum, których zwyciężczyni zostaje porwana przez sektę temporystów i zabrana przy pomocy machiny czasu do miejsca kaźni, przypominającego  Świątynię Zagłady  z "Indiany Jonesa". Podziw wzbudza późniejszy rozwój niektórych z tych "niewinnych" wątków, bo z biegiem czasu okazują się mieć one drugie dno.  A jeszcze później, biorąc pod uwagę szczególnie ostatni, dla wielu czytelników niestrawny i nie do przyjęcia czwarty tom opowieści, dno trzecie, czwarte, aż gdzieś do samej Australii. Można rzec, i to było chyba główne założenie i komunikat od twórców: czytajcie i patrzcie, a znajdziecie!

                 A żeby znaleźć, naprawdę trzeba i dużo czytać i uważnie patrzeć.  Z każdym tomem przybywa w komiksie  odniesień, aż w końcu wpadamy w prawdziwie dickowsko– dukajowską sieć, przez którą swobodnie przelatują jedynie złote smoki od  Sapkowskiego. Piszę te słowa świadomie, na spokojnie, bo wreszcie znalazłem tyle czasu żeby usiąść i praktycznie jednego dnia przeczytać uważnie całość. A więc i "Wrogie przejęcie", tę ostatnią jak na razie część, która tak wielu fanów przyprawiła o ból zębów. Nadal zadziwia mnie jej hermetyczność, jej niby podporządkowana  nowym czasom forma, ale wreszcie przestałem się złościć usiłując coś zrozumieć, bądź wyłapać więcej sensów. Nie złościć się i nie zgrzytać zębami – ciężkie to było zadanie. I nie chodzi mi tu o wzmiankowaną formę, o krzykliwe dialogi, o uboższe w detale rysunki. Chodzi o to, co zrobiono z bohaterem.

                Funky Koval z pierwszych kadrów wita nas jako pewny siebie, modnie ubrany  blondyn z szelmowskim uśmiechem na ustach. Z każdym albumem ten wizerunek ulega zmianie, widujemy Funkiego a to w przebraniu, w innym kolorze włosów, czy ukrywającego twarz za maską. Potem jest Funky uszkodzony, naznaczony, Funky w dwóch (trzech?) wersjach/wcieleniach, Funky z okularami Drolla na oczach. No tak, akcja komiksu dzieje się w drugiej połowie dwudziestego pierwszego wieku, poznajemy dwie, kosmiczne rasy. Drollów trochę bardziej, Ankuzów trochę mniej ( a właściwie prawie nic o nich nie wiemy, szkoda!). Drolle są rasą w potrzebie, zagrożoną zagładą i z tego względu próbującą dogadać się z ludźmi. Ma powstać pomost łączący dwa światy (wszechświaty?), ludzkość ma na tym bardzo zyskać. W efekcie  ludzie knują, Drolle też knują, dwóm różnym światom nijak jest się dogadać. Jaka w takim wypadku jest rola bohatera? Przełamywać bariery i to niemal dosłownie. Tajemnicze okulary przyjaznego ludziom drolla poszerzą widzenie Funky'ego. Kontakt z obcą rasą, z Kims/Czymś kto stoi na jej czele sprawi, że bohater będzie ewoluował. I to w kierunku, który jest nam przykro widzieć, który budzi nasz niepokój i niepewność.  Nie chcemy tego rodzaju zmian (przypomnijcie sobie "Żuka w mrowisku" i "Fale tłumią wiatr" Strugackich"), ale jest to po prostu konsekwencja, prawdziwa konsekwencja kontaktu, będącego wejrzeniem w nieznane. To jest niechciana ewolucja, bazująca na przywołanej wyżej niepewności i w końcu na braku potwierdzonego, ontologicznego statusu. To w zaskakujący sposób wykoncypowana z obserwacji rzeczywistości  i dziesiątek książkowych lektur i filmowych obrazów – wizja bohatera przyszłości. Nad-bohatera i Nie-bohatera (bo która wersja Funky'ego jest w końcu prawdziwa?). Czy to nam właśnie niesie przyszłość, taka, której pewnie nie dożyjemy? A zresztą, cholera wie?  Jeśli bohater ewoluuje, jeśli jego definicja może ulec kiedyś zmianie, to  kto wie, jak niebawem będziemy definiować życie?  I nie będzie wtedy albo– albo, być, czy nie być. Będzie wszystko na raz. Złote smoki i powidoki, każdy bohaterem i nie będzie nikogo, kto precyzyjnym kopniakiem przywróci rzeczywistość na właściwe tory. I jak zwykle, z jednej strony to wizja straszna, a z drugiej kusząca. Na szczęście to właśnie takie dzieła jak "Funky Koval", czyli science-fiction pełną gębą,  na "różne takie" nas, wielbicieli fantastyki szykują.

No i tyle, właśnie do tego typu rozważań skłania lektura tego komiksu :-) Kto nie czytał, niech nadrabia zaległości!

Komentarze

ile stron, 224? 

Ja widzę raczej 212-214. Gdzieniegdzie w opisach komiksu była informacja o 224 stronach i dodatkowej historii “Biały szum” i takiej nie ma w moim egzemplarzu. Dwie wersje wydali, czy co?

czy to jest wersja kolekcjonerska 1-4 części?

Ano tak, to jest wydanie kolekcjonerskie. Są jeszcze dodatki, między innymi wywiady z twórcami.

duzo zamieszania zrobiłes, bo jak piszesz o czymś to podawaj wiecej info o wydaniu, cenie itd

 

Ciekawie piszesz o Funkym, Janie. Czy wyczuwam nutkę nostalgii? 

Swoją drogą, co by tu sobie samemu zażyczyć na Gwiazdkę... taki wybór... O mamo. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak tu nie być wobec Funky’ego nostalgicznym? :-) Dziecięciem będąc, kupowałem “Fantastykę” właściwie tylko dla tego komiksu ;-)

:D

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

zamówiłem, bo to nie lada gratka za 48 zeta, całość Funky Kovala. Tez mam sentyment, dlatego tak sie wzburzyłem, bo  nie podałeś szczegółów, kto co wydał.

Ogólnie recenzja jest trochę z czapy. 

Dobra recenzja to podstawowe info o wydawcy/producencie/autorze, data premiery/sequelu,postawiona teza, krótka charakterystyka (gatunek, konwencja, coś co zakotwiczy czytelnika), ukazanie dzieła na tle innych (niewielki rys na świecie/otoczenie utworu), podanie statystyk (np. sprzedaż w ogóle, targety, trendy),  i na koniec uzasadnienie tezy, że jest uber/hiper bo...

Inaczej takie recenzje to bełkot. W dodatku napisałeś streszczenie, za co powinni cię chłostać wszyscy święci razem wzięci. 

W zeszłym roku pewnie bym zareagował emocjonalnie... ech, chyba się zmieniłem :-)

Ihomerze, przecież to jest bardziej felieton niż recenzja...

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Felieton? Nawet gdy jest subiektywny, to do czego ma się odnieść? 

Jan_Janek, nic osobistego, czytam masę takich felietonów, szczególnie pod felietonami, w formie postów. Przepraszam, czy ja żyję na innej planecie? To jest najgorszy typ publicystyki. Subiektywna ocena bez podstaw, o których pisałem. A, na koniec jak komuś nabrzmieje żyła, pojawia się argument, ale z gustami się nie dyskutuje. Zatem, mikro-felieton: niepodobałomisie.

edit: przeszło mi, bo mam maila od kuriera o pobraniu przesyłki, więc pooglądam sobie i mam felietony w ...mysiej dziurze. 

No dobrze, to jeszcze pozwolę sobie przywołać, co kiedyś na temat mojej recenzji (w tym przypadku recenzji NF) napisał -mc-

 

“Jego tekst jest nie tylko analityczny, ale też pisano go z felietonowym zacięciem, przełamując najczęściej spotykany układ (że omawiamy po kolei materiały ze spisu treści). Być może tędy właśnie droga – czasem pojawiają się głosy, że ktoś nie napisał recenzji, bo nie przerobił numeru od deski do deski; ale może warto skupić się na tym, co już się przeczytało, co zwróciło uwagę, na bazie czego pojawiły się w nas jakieś emocje i refleksje? Poddaję rzecz pod rozwagę, znaczy.”

 

Także recenzja, felieton mogą mieć różne oblicza, jednym się użyta przeze mnie forma spodoba, innym nie, normalna rzecz. I na tym z mojej strony koniec, muszę się zająć pisaniem kolejnego tekstu :-)

 

 

Janku, to jest moje subiektywne odczucie, może jestem zbyt wymagający, pisałem wcześniej, to nic osobistego, po prostu nie odpowiada mi taki styl felietonowania. Skoro MC pisze że jest dobrze, to pewnie zna sie lepiej, w końcu zajmuje sie tym zawodowo. Może takie są trendy, ma być subiektywne, takie osobiste. Mnie to nie leży, jakaś baza powinna sie pojawić. 

To jest najgorszy typ publicystyki. Subiektywna ocena

to jest moje subiektywne odczucie

iHomerze, odczucie i ocena z samej swojej definicji są subiektywne. Człowiek nigdy nie będzie obiektywny i zawsze wypowiadając się na jakiś temat robi to subiektywnie. Nie ma również czegoś takiego, jak “obiektywna recenzja”, chyba że opiera się ona tylko na podaniu suchych faktów.

Chyba, że dj...

 

A swoją drogą, JJanku, z ostatnich Twoich tekstów ten czyta mi się najsłabiej.

Chaos, chaos, nie mam pojęcia o czym jest ten felieton, bo nie recenzja.

Jakiś takiś twój mindstream bez myśli przewodniej.

 

Że tak obiektywnie stwierdzę :D

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Tak było: usiadłem, napisałem, wrzuciłem – to pewnie dlatego :-) Następnym razem z dzień poczekam :-)

Dzisiaj otrzymałem przesyłkę, całość kolorowa w twardej oprawie, format A4. Obiektywnie patrząc, historia nic się nie zestarzała. Rewelacja. 

Nowa Fantastyka