- publicystyka: O niskim stężeniu felietonu w felietonie (publicystyka w NF 4/2015)

publicystyka:

felietony

O niskim stężeniu felietonu w felietonie (publicystyka w NF 4/2015)

Uwaga! Marudzenie zbliżające się (asymptotycznie) do trollingu!

 

Publicystykę w NF podzielić można na tę około-fantastyczną (o książkach, filmach, serialach, komiksach) oraz ogólną (o nauce, społeczeństwie, d…e Maryni). W ostatnim numerze są cztery felietony drugiego rodzaju i powiem szczerze, każdy mnie trochę rozczarował. Więc tak sobie teraz myślę i myślę: czy ja taki wybredny jestem, czy coś tu jednak w publicystyce kuleje? Ale po kolei:

 

1.

 

E-narkotyki Mateusza Wielgosza poruszają temat na czasie. Niektórzy stawiają tezę, że ludzie przyszłości, poza wąską kastą decydentów, spędzą żywot właśnie na przeróżnych e-stymulatorach, bo nic innego do roboty mieć nie będą. Dobra, czego się w takim razie czepiam? Ano tego, że ten felieton to nie felieton, ale dość sztywny wykład. Brak mi tu czegoś od Autora, naturalnego dla sztuki felietony błyskotliwego subiektywizmu, po prostu jakiejś wartości dodanej – np. aby poza zreferowaniem badań Autor samodzielnie połączył jakieś dwie cegiełki w ciekawą refleksję czy anegdotę. Tego, niestety, nie ma.

 

2.

 

Galileusz na krawędzi Wawrzyńca Podrzuckiego to nie trzymający się jednego wątku felieton ale przelany na papier meandryczny strumień refleksji. Na początku mamy ni w pięć ni w dziesięć pytanie o różnicę między SF a fantasy. Dowiadujemy się o czym mówi SF, ale już – co by zamykało porównanie – o czym mówi fantasy Autor nie raczył nam napisać. Takie porównywanie ma zbliżony sens do zestawiania szkolnych lekcji fizyki z wychowaniem fizycznym, przy napuszonym zaznaczeniu, że fizyka jest, wiadomo, naukowa. I co z tego, że zapytam? WF gorszy, lepszy, niepotrzebny?

 

Dalej jest jeszcze gorzej. Co niby znaczy „umysłowo-technologiczny zastój”, bo w średniowieczu bynajmniej czegoś takiego nie było. Gdyby nie wzgardzana przez nieuków scholastyka pewnie nie mielibyśmy cybernetyki, a np. gotyckie katedry to perełki inżynierii. Warto też sięgnąć do teorii „odczarowania” Maxa Webera, by uświadomić sobie, że ten współczesny racjonalizm może mieć – paradoksalnie – religijne korzenie.

 

Potem jest przeskok do konfliktu racjonalizmu z irracjonalnością oraz wywód o tym, że grozi nam upadek niczym w cesarstwie rzymskim. Analogia jest równie urocza co całkiem nietrafiona. Przecież takie, dajmy na to, argumenty antyszczepionkowców nie degenerują immunologii jako nauki, a wręcz przeciwnie – służą jej rozwojowi, bo np. by uspokoić populację poszukuje się bezpieczniejszych/czystszych szczepionek. Owszem, irracjonalizm może zarazić sporą część ludzkości, ale nie zagrozi eliminacją pozostałym z tego prostego powodu, że dobór naturalny promuje racjonalnych. Problem zatem jest, ale całkiem inny – nie będzie upadku, ale polaryzacja na oświeconych i zabobonnych.

 

Dalej słyszymy „szokujące” wyznanie, że oto ktoś podważył święte kryterium falsyfikowalność. Tak jakby ono nie było podważane od ponad czterdziestu lat przez najważniejszych metodologów i zastępowane np. rozwojowością programu naukowego (Lakatos). Potem niewiele mówiący wywód o wypaczeniach współczesnej nauki, który wszelako nie nawiązuje do wcześniejszych refleksji, a mógłby – bo oto nauka coraz bardziej upodabnia się do obudowanej w mechanizmy obronne pseudonauki. Co ciekawe i z czego Autor zdaje się nie zdawać sobie sprawy, istnieje też proces dokładnie odwrotny – odjechane pseudonauki mają już swoje recenzowane – i to „uczciwe”, czyli nie za kasę – pisma oraz falsyfikowalne (sic!) hipotezy (np. kreacjoniści używają egzotycznych modeli zakładających inicjalną boską interwencję, a potem już formułujących ilościowe predykcje rzekomo trafniejsze niż mainstreamowe modele fizyczne, wygooglujcie sobie np. rapid decay theory). Widać więc, jak zakręcony jest problem demarkacji nauka/pseudonauka i jak bardzo realna jest zmiana definicja samej naukowości.

 

Nie rozumiem też ubolewania na końcu, że nauka nie spełni pokładanych w niej nadziei, to ludzie się od niej odwrócą. Skoro nie spełni, to czemu się mają nie odwracać? Czy Autor tak samo ubolewa, że ludzie się odwrócą od kultu religijnego, które nie spełni ich nadziei? Ogólnie zatem – misz-masz i na każdym kroku nieadekwatne wnioski.

 

3.

 

Bezpieczeństwo w roku 2040 Rafała Kosika to już ostra jazda po bandzie i niejako przeciwne ekstremum względem felietonu Wielgosza. Zapytam złośliwie, czy Autor przespał ostatnich parę lat, bo zna tylko poduszki powietrzne i napinacze pasów? O systemach antykolizyjnych, asystentach pasa ruchu, przeróżnych parktronikach czy adaptacyjnych reflektorach nie słyszał? Układy informujące służby ratunkowe o wypadku, w oparciu o GPS i sieć GSM to nie jest żadna przyszłość, ale od lat standard np. w limuzynach BMW, a za kolejnych parę lat wyposażenie obowiązkowe wszystkich nowych samochodów w UE. Coraz większą popularność zyskują też tzw. „telematics policy” – ubezpieczenia, w których składka jest re-kalkulowana w oparciu właśnie o dane transpondera gdzie i jak kierowca jeździ. To ciekawa opcja zwłaszcza dla młodych kierowców, którzy normalnie są postrzegani jako grupa wysokiego ryzyka i płacą bardzo wysokie składki. To jest teraźniejszość, a nie 2040!

 

Samochody już zresztą mogą jeździć same, większym problemem jest prawo niż technologia (stąd takie paradoksy, że system utrzymania samochodu na pasie ruchu w nowym Mercedesie klasy S wymaga, aby kierowca trzymał dłoń na kierownicy, co zresztą niektórzy dowcipnisie sprytnie obchodzą). Z drugiej jednak strony, przy całym pędzie do nowinek, przemysł zabezpiecza również pragnienia tradycjonalistów – mamy obecnie renesans „muscle cars”, a na potrzeby maniaków wachlowania drążkiem w supersamochodach (911, Corvette) wprowadzane są siedmiobiegowe ręczne skrzynie biegów. Survivaliści też mają się dobrze i mogą wciąż nabybać swoje proste survivalowe gadżety. Na naszych oczach powstaje w Europie państwo anty-opiekuńcze Liberland (liberland.org). Może więc nie czeka nas totalna inwigilacja, ale tylko – jakoś się nawiązało do tekstu Podrzuckiego wyżej – polaryzacja.

 

4.

 

Potrzeby wielu Petera Wattsa. No, tego mi nie wybaczycie, ale Watts też Ameryki nie odkrywa, choć porusza ważny problem. Poświęcanie jednych jednostek na rzecz drugich jest od wielu lat wałkowane przez etyków, ekonomistów i politologów. To konflikt różnych wersji utylitaryzmu lub utylitaryzmu z intencjonalizmem, natomiast byłby bardzo ostrożny z utożsamianiem tego z logicznością/racjonalnością. Racjonalność, zgodnie ze starą definicją Von Neumanna-Morgensterna to maksymalizacja oczekiwanej użyteczności. Ale użyteczność to zawiły koncept.

 

W felietonie dopuszczalne są uproszczenia, ale nie można upraszczać ponad miarę, chyba że służy to skarykaturowaniu. Rachunek zysków i strat – nawet na poziomie śmierci i przeżycia podatników – i owszem, jest przeprowadzany, ale nigdy nie jest on prosty, np. filozof Jon Elster zwraca uwagę, że np. losowe zabicie 10 tysięcy ludzi z populacji to nie to samo co wyparowanie 10-tysięcznego miasta. Wattsowy super-utylitarysta wpada zresztą we własne sidła, bo jeśli się sugeruje, że racjonalne działanie moralne to „liczenie trupów”, to per analogiam, racjonalne jest zmuszać ludzi by się mnożyli na potęgę, dopóki życie kolejnego dziecka jest choć marginalnie znośniejsze niż nie-życie (słynny argument etyczny Dereka Parfita).

 

Podobnie, samo pojęcie „Większe Dobro” jest w felietonie użyte nieprecyzyjnie, bo pod zadaną tezę – dla zwolenników etyki absolutystycznej Większym Dobrem może być uniknięcie jednej niewinnej śmierci niż ocalenia tysiąca istnień. Mamy tu odejście od aksjomatu utylitarnego, ale czy na pewno tchórzowskie, co sugeruje Watts, czy może wręcz przeciwnie, heroiczne? Również ostatni przykład Wattsa jest słaby, bo całkiem prostacki. Nie uwzględnia bowiem, jak na ogólny dobrostan społeczeństwa wpływałby fakt, że nie znasz dnia ani godziny kiedy zostaniesz zgarnięty z ulicy i dla „większego dobra” pocięty na narządy. Użyteczność to zdecydowanie coś więcej niż księgowanie życia i śmierci. Summa summarum, inteligentny wszak Watts idzie tu trochę po linii najmniejszego oporu, by zaszokować czytelnika tym, co ani szokujące ani przesadnie odkrywcze nie jest.

 

 

No i właśnie, jakoś tak kiepsko mi ta publicystyka wyglądała. Oczekuję, że z felietonu opisze coś nowego i ważnego (to spełnił tylko Wielgosz, no powiedzmy, że dla niektórych też Watts) oraz że mnie rozbawi (żaden, nieintencjonalne rozśmieszenie się nie liczy) pokaże pazur (tylko trochę Watts) bądź pobudzi do refleksji (ale nie nad swoim poziomem). Czy ja jestem przesadnie wymagający, trollujący wręcz, czy może jednak coś w tym moim czepialstwie jest???

 

PS. Sorki za literówki, na szybko pisane.

Komentarze

Coś jest na pewno. Trzeba by pewnie poczekać na opinie czytelników (na razie 2 dopiero widzę), ale felietonistów na pierwszych stronach raczej nie ma. Ja nie przyłączyłbym się do krytyki Wattsa z tego prostego powodu, że akurat tego typu demagogiczne chwyty w felietonie są absolutnie dozwolone, nawet jeśli wymagają od czytelnika, żeby sam zidentyfikował te nieuprawnione wnioski, uproszczenia i tanie chwyty, które mają raczej wzburzyć, niż oświecić. Rafał Kosik rzeczywiście wydaje się bić na alarm, kiedy wszyscy albo już pobiegli pożar gasić, albo tylko się już przyglądać, zaś Węglowy rzucił w nas cegłą raczej, niż felietonem. Co do W.Podrzuckiego – miałem wrażenie, że wstęp próbuję zbudować luźną analogię pomiędzy światem bez nauki, a owym średniowieczem, choć raczej “przysłowiowym”, niż rzeczywistym. Z drugiej strony nie podawałbym budowniczych katedr jako przykładu klientów nauki. To raczej rzemieślnicy byli, niż inżynierowie. Natomiast rzeczywiście, znów trudno doszukać się jakiejkolwiek precyzji w felietonie WP, a szkoda, bo tematy poruszone w artykule (bo raczej nie felietonie) – ciekawe. 

Czuję się o tyle uspokojony, że ani “Zastrzyk przyszłości” Mateusza  Wielgosza,  ani cykl “Science w fiction” Wawrzyńca Podrzuckiego nigdy felietonami nie były ani być nie miały. To zresztą częsty błąd: używanie wymiennie słów “artykuł” i “felieton” (czasami również mylone są “felieton” i “esej”) oraz brak zrozumienia, czym felieton jako taki jest. Może w takim razie warto odwołać się do definicji (podkreślenia moje):

 

Felieton (fr. feuilleton – zeszycik, odcinek powieści) – specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora.

Charakterystyczne jest częste i sprawne "prześlizgiwanie" się po temacie. Gatunek ten wprowadzony został w XIX wieku, w epoce dynamicznego rozwoju prasy wielkonakładowej, a dokładnie po raz pierwszy na łamach francuskiego "Journal des Débats". Felieton jest zwykle umieszczany na stałej kolumnie (tzn. stronie gazety lub czasopisma – stąd po angielsku stały felietonista to columnist), zwanej kolumną felietonową. We Francji nazywano go pogawędką z czytelnikiem (causerie) lub kroniką(chronique).

 

(Źródło http://pl.wikipedia.org/wiki/Felieton)

 

Dodam jeszcze, że słowo “felieton” pochodzi od francuskiego wyrazu la feuille, czyli “kartka”, bo jedną z cech felietonu jest ich mała objętość.

Notka samorybia: recenzując publicystykę, dla społecznego ładu, wyraźnie zaznaczać co jest felietonem.

 

Jakkolwiek artykuł Mateusza WIelgosza też “skończył mi się” tak jakoś nagle.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Poprawiłem link, żeby się uaktywnił. A dyskusję sobie po cichu śledzę.

O, dzięki. Nie zauważyłem. Szkoda, że dyskusja się nie klei za mocno, ale fakt, że jest ciekawa. 

Nowa Fantastyka