- publicystyka: Dzikon V - relacja z ostatniego dnia

publicystyka:

felietony

Dzikon V - relacja z ostatniego dnia

Ekipę kierowca zawiózł nad jezioro rozklekotaną Nysą z drzwiami ozdobionymi znakiem klubu. W nazwie był błąd ortograficzny, dziś już nie pamiętam jaki. Lipiec był upalny, parny; słoneczne dni urozmaicały częste i gwałtowne burze. 

 

Polanę w lesie, położoną nad samym brzegiem jeziora, zasypaliśmy sprzętem wypakowanym z ciężarówki, która przyjechała za nami. Namioty leżały obok plandek, leżaków, materaców i drewnianych paneli– te, po wbiciu kołków w dno jeziora posłużą do zbudowania kei.

Została nas piątka. Nie mieliśmy pewności, czy z przygotowaniem całego obozowiska wyrobimy się przed zmrokiem, dlatego najpierw rozstawiliśmy kapitanat, magazyn i ambulatorium.

Całe popołudnie wbijaliśmy kołki pod pomost. Żar lał się z nieba, młot też swoje ważył, wyciągał siły, podobnie pijawki siadające na stopach i łydkach, i komary siadające gdziekolwiek, dlatego zmienialiśmy się często. Do wieczora stanęła też stołówka – największy tent, nadal bez burt, w którym przez dwa tygodnie wszyscy mieliśmy jeść i przysypiać nad przepisami regulującymi żeglugę śródlądową, i locją.

Przy ognisku zebraliśmy się zmęczeni, ale usatysfakcjonowani. W tym ja – nastoletni gówniarz w towarzystwie dorosłych. Jako jednego z najmłodszych, „nieopatentowanego osiołka”, wysłano mnie po materace, ciężkie i stare, pokryte z jednej strony ceratą, wewnątrz wypchane morską trawą. Wziąłem pięć na raz. Sięgały tak wysoko, że nic przed sobą nie widziałem. Czułem woń tworzywa sztucznego, stęchlizny i pleśni. Idąc w stronę trzaskającego ognia, kierowałem się słuchem. Nie dotarłem na miejsce, za to, gdy się potknąłem, zaliczyłem miękkie lądowanie na stosie niesionych siedzisk. Stopa zaklinowała się pod korzeniem, kostka bolała jak diabli, a po godzinie nie mogłem już zdjąć trampka z powodu opuchlizny. Zwichnięcie starałem się ukrywać jak mogłem, żeby mnie nie wysłano do domu.

Obóz żeglarski w rzeczywistości składał się z trzech obozów. Polany były nieduże, a ustawność wojskowych NS-ów utrudniały rosnące tu i ówdzie sosny. Drzewa te zrzucały mnóstwo szyszek – ekologicznych klocków lego rozrzuconych po trawiastym dywanie. Ich zbieranie stanowiło jeden ze środków dyscyplinujących. Podobozy uczestników i kadry ukryte były głębiej w lesie. Kawałek dalej stacjonowali harcerze, którzy swoje namioty rozbili na wysokiej skarpie, dlatego mieli najlepszy widok na jezioro.

Siedzę teraz oparty o drzewo, przy którym siedemnaście lat temu stała ławka. Spędziliśmy na niej wiele godzin w trakcie wacht pełnionych w porcie. Czasem dziennych, czasem nocnych, ale zawsze czterogodzinnych. Obok leżą sandały. Schną po tym, jak nieopatrznie władowałem się w bagno. Bagno przyda się w rozgrzebanym opowiadaniu z zeszłego chyba roku. Port jest zarośnięty, szczególnie na wodzie. Kiedyś zatoka mieszcząca dwanaście jachtów, w tym trzy dwumasztowe, skurczyła się pod naporem trzciny. Ktoś wybudował stały pomost. Jego fragmenty zawaliły się w kilku miejscach, a na pozostałe, wciąż wiszące nad wodą, strach wchodzić. Kawałek dalej, za keją, sterczą z wody „nasze” solidne pale, wbite jakąś maszyną. Szczyt każdego z nich wieńczy czupryna z trawy.

Gdy przymykam oczy, widzę maszt z powiewającą na szczycie banderą, dalej strzelające w niebo maszty DZ-et, Omeg, Venuski. Przed chwilą obszedłem cały teren, również ten harcerzy. Wystające z ziemi rury pomp są nowe, po obozach nie znalazłem jednego śladu. Nawet otoczone kamieniami miejsce ogniskowania w porcie znajduję się w innym miejscu niż wtedy; też jest nowe. Spod trawy spróbowałem wydobyć kanały drenujące, które kopaliśmy wokół namiotów, ale nawet najtrwalszą ingerencję, czyli doły pod sławojkami, poznać tylko po obficiej w tym miejscu rosnących malinach i pokrzywach. Wydeptane dziesiątkami stóp ścieżki między polanami zarosły praktycznie całkowicie. Samosiejki dębów, leszczyn, jednolity dywan malin wymazały je z krajobrazu.

Czy żałuję, że nie robiliśmy zdjęć? Trudno powiedzieć. Siądę za chwilę na trawie, tam gdzie niegdyś w namiocie stała moja prycza. Obok jest miejsce, gdzie którejś nocy wysypaliśmy z soli pentagram. Czemu? A kto nie bawił się w duchy? Wychowawca zbladł, gdy dobrze odbijające kryształki zapłonęły srebrem pod smugą światła latarki. Kilka metrów dalej stał drugi namiot, z którego wyskoczył kursant, kiedyś mój sąsiad z bloku, i wyrzucił z siebie obfitą strugę makaronu z orient ekspresów, które przez cały dzień wcinał na sucho.

Tam, po lewej, w odległości dziesięciu kroków, znajdował się namiot dziewcząt, wokół którego ryliśmy w nocy w ziemi, szukając po omacku zakopanej wódki. Nie znaleźliśmy jej i nigdy nie odkryliśmy, co się z nią stało. Na ścieżce łączącej port z podobozem kursantów, teraz polu malinowych krzaków, skakaliśmy w przysiadzie za jakąś przewinę, chyba za ten pentagram.

A dwa tygodnie później odbył się egzamin, poprzedzony nocnym wkuwaniem w namiocie-żaglowni przy lampie gazowej. Manewrówka zdana celująco, teoria trochę gorzej. Zaraz potem chrzest, dziwaczny tor przeszkód, Prozerpina z włosami z wodorostów. Następnego dnia przyjeżdżały samochody z rodzicami i porywały naszych przyjaciół.

Ja zostałem. Przecież sprzęt też musiał wyjechać, ktoś musiał odprowadzić jachty do bazy.

Ukrywanie kontuzji nie pomogło. Już wcześniej nie czułem się zbyt dobrze, ale dopiero ostatniego dnia nasz lekarz, zresztą ginekolog, zdiagnozował u mnie chyba anginę, która rozłożyła mnie dokumentnie. Wracałem do domu Nyską, leżąc pod samym sufitem na stosie materaców pachnących teraz igliwiem, mchem i potem. W domu zbijałem gorączkę w wannie wypełnionej lodowatą wodą, znacznie chłodniejszą od tej w jeziorze.

Rok później też tam byłem. Manewrówka na sternika zlała mi się z tym pierwszym kursem; oba turnusy wspominam jako jeden, dzięki czemu ciekawszy.

Potem już nie jeździłem. Pracowałem. Co dwa tygodnie przez dwa tygodnie przemierzałem Szlak Wielkich Jezior, tam i z powrotem, za każdym razem z inną załogą, często innym jachtem. Najczęściej tylko podpływałem w pobliże obozu. Regaciarzom na zgrupowaniu kradłem wiatr, ścigałem się z ćwiczącymi manewry załogami Trenera czy Omegi. Raz, zgubiwszy pozostałe jachty z floty, zacumowaliśmy na noc. Rano ustawiliśmy się do apelu na prawo od kursantów z obozu, stanęliśmy na baczność na komendę „banderę staw”. 

Któregoś lata przewróciło się drzewo. Przyjechała straż pożarna, policja, prokuratura, kuratorium, sanepid, miejscowy poseł i pozamiejscowa telewizja. Leśniczy stwierdził, że nie można było tego przewidzieć, że drzewo było zdrowe, a wiatr wiał przeciętny; że to był wypadek.

Rok później na obóz nie pojechał już nikt.

Polana w lesie jeszcze nie zarosła i pewnie pożeranie przez maliny trochę potrwa, bo jak kopnąć szyszki i igły, to pojawia się drobny piasek. Trzciny też da się bez problemu wyciąć.

 

A na Dzikonie V byłem w sobotę.

Komentarze

Uśmiechnęłam się.

Dziękuję.

Hmm... Dlaczego?

:-D

 

Wzięło ci się na letnie wspominki :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ładne.

Bardzo fajnie oddajesz melancholiczny klimat tych niezwykłych podróży, które bez wątpienia są bardzo, bardzo dalekie, choć tak naprawdę człowiek, żeby je odbyć,  wciąż znajdować się w tym samym miejscu.

Zazdroszczę Ci takich wspomnień. Swoich co prawda ani się wstydzę, ani żałuję (przynajmniej większości), ale człowiek jest zachłanny i wciąż mało ma życia i chwil, które czynią je wartym przeżywania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytane :)

Fajnie piszesz, Dzikowy. Nieważne o czym, po prostu dobrze się czyta takie rzeczy w Twoim wykonaniu. A to powyżej jest po prostu ładne.

Melancholijny klimat, niby smutnawy, ale jednak podszyty uśmiechem, bo te wspomnienia są przecież dobre. Trochę Ci zazdroszczę – ja za młodu byłam na kilku obozach harcerskich, ale gdyby mnie ktoś zapytał gdzie, nawet nie potrafiłabym w przybliżeniu podać lokalizacji. Nigdy zatem tam nie wrócę. Nie, żebym chciała, chociaż też mam stamtąd parę dobrych wspomnień. Ale jakbym chciała, to bym nie mogła.

Wracając do tematu – pisz, Dzikowy. Czytałabym.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ech, Dzikowy, jakże ja kocham te klimaty! Pół życia spędziłem pod żaglami, regatowo, turystycznie, szkoląc... Pamiętam Sztynort z czasów centralnego ośrodka szkolenia. Z czasów, gdy najlepsze szanty były Pod Złamanym Pagajem. Tylko, cholera to się już nie wróci. Pieniądze i komercja, niestety, potrafią wiele zmienić, a niekiedy zniszczyć.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka