- publicystyka: Plaża jako zło tradycyjne

publicystyka:

felietony

Plaża jako zło tradycyjne

Z nieodgadnionych dla mnie przyczyn ludzie naprawdę bardzo lubią spędzać swój wolny od pracy i zarobków czas na plaży. Innymi słowy, odnajdują niebywałą przyjemność w wylegiwaniu się całymi dniami na bardzo długim i wąskim pasku piasku, przy ekstremalnie wysokiej temperaturze i wrzaskach dzieci, innych ludzi lub ich psów. Nawet mewy nie mogą się nadziwić temu stanowi rzeczy, gdyż potrafią całymi dniami latać nad poparzonymi ciałami i naśmiewać się z nich tak głośno, że słychać je pomimo lecącej muzyki zespołu Sabaton w słuchawkach iPod’a.

Niezwykłą rzeczą jest już samo zamiłowanie do piasku. Ludzie wprost uwielbiają tę zbiorową mogiłę milionów żyjątek morskich, gdyż tym w istocie jest biała plaża – rozdrobionymi skałami organicznymi powstałymi na dnie morza przez sedymentację szczątków skorupiaków, ryb i mięczaków morskich. Nie inaczej przedstawia się sytuacja na tak zwanych „czarnych plażach”, gdyż jest to zbitek piasku białawo– złotego, z moralnie neutralnymi, rozdrobnionymi skałami wulkanicznymi. Tam jednak nieco trudniej jest czerpać przyjemność z barwienia skóry na kolory niewystępujące w tęczy, gdyż słońce rozgrzewa te czarne drobinki tak, by miało pewność, że podeszwy twoich klapek ulegną całkowitemu stopieniu. Genialne miejsce do niszczenia terminatorów!

W opinii publicznej najlepszym czasem na tego typu rozrywkę jest lato w całej swojej okazałości – minimum trzydzieści stopni w cieniu i ujemne ryzyko opadów. Podobno niektórzy ludzie są w stanie wytrzymać cały dzień oddychania rozgrzanym powietrzem tak, by nie nabawić się poparzeń płuc trzeciego stopnia. Co więcej, ani razu nie wchodzą do wody, by się choć trochę ochłodzić. Nie mówię tu już o tradycyjnym ziębnięciu nad Bałtykiem – tegoroczne lato jest wyjątkiem– ale o zwyczajnym zadbaniu o schodzące samoistnie z pleców karminowe płaty skóry.

Można jednak zrozumieć takich zapaleńców – dosłownie i w przenośni– jeśli weźmie się pod uwagę eutrofizację mórz. Moim najboleśniejszym doświadczeniem jest w tej dziedzinie Bułgaria. W czarnomorskich wodach występują nader krwiożercze, niezwykle drapieżne glono– trawy, które tylko czyhają na moje biedne, Bogu ducha winne łydki. Nieraz glonofobia osiąga tak kuriozalny poziom, że trzeba wyjść na piasek, by uniknąć przechadzania się po, nie oszukuję, całych dywanach tych zielonych obrzydlistw. Tam jednak nie jest dużo lepiej. Skupiska zaschniętych wrzecienic i tych naniesionych podczas ostatniego przypływu, przywodzą na myśl usiane gęsto dwudniowe rzygowiny, jakie nieraz można spotkać na przystanku autobusowym. Ponadto piasek, mimo, że biały, zmusza swoją temperaturą do lawirowania sprintem między nagimi paniami w średnim wieku, by zachować choć odrobinę skóry na stopach. Jest to jednak o tyle niebezpieczne, że z większą siłą nadeptuje się na pokłady rozdrobnionych, zaostrzonych muszelek, których jedynym celem jest poharatanie ci podeszw. Im dłużej się przebywa w takiej scenerii, tym bardziej wzrasta religijność, czy też raczej częstotliwość wypowiadanych aktów strzelistych w stylu „Boże, błagam, przestanę gapić się na tutejsze laski w bikini w obecności żony, ale zabierz mnie stąd natychmiast!” Jedynym wytłumaczeniem istnienia takich miejsc jest więc spisek kobiet jadących tam z mężami, bądź próba Boga nawrócenia ateistów – ostatecznie to On jest Stwórcą, również plaż.

Ostatnimi czasy plaże stały się również polami uprawnymi całych hord buraków. Mimo, że same nie spędzają tam całego dnia, przychodzą bardzo wcześnie rano, by sobie zająć dobrą grządkę. Najczęściej oznaczają kolorowym parawanem w delfiny swój teren, którego za całe Chiny nie pozwoliłyby przesunąć. W drogich, dużych, zagranicznych kurortach z odkrytymi basenami, zamiast kilku metrów piasku, buraki zaklepują sobie leżaki najbliżej basenu. Najczęstszą formą rezerwacji jest zostawienie w pożądanym miejscu ręcznika, ewentualnie nadmuchanego materaca, by od razu zająć dwa miejsca leżace, w porywach do trzech. Ci, którzy nie mają w zwyczaju praktykowania buractwa, mogą wziąć dwa krzesła, postawić je przodem naprzeciwko siebie, położyć na nich ręcznik i również się opalać, gdyż przy-barowe krzesła zazwyczaj są nieużywane. Po co mają być, skoro już od szóstej rano ma się leżak?

Mimo wszystko jest pewna grupa ludzi, która czerpie zyski z tradycji spędzania wakacji nad morzem – mobilni sprzedawcy jedzenia. Co ciekawe, nie muszą sprzedawać lodów bądź zimnych napojów. Nieraz można u nich zakupić pierogi wszelkich nadzień i rozmiarów. We wspomnianej wyżej Bułgarii niezwykle modne są gotowane kolby kukurydzy. Ogromnym powodzeniem cieszą się również stoiska z tandetnymi, drogimi pamiątkami, nawet zupełnie niezwiązanymi z morzem. Biznes wprawdzie sezonowy, ale raczej opłacalny, skoro takie rzesze ludzi go praktykują.

Jest jeszcze jeden plus całodziennego leżenia plackiem na ręczniku – książki. Tylko na plaży można zobaczyć tylu ludzi naraz czytających książki w miejscu publicznym. Być może wynika to z nudów, a może, co bardziej prawdopodobne, z braku darmowego wi-fi, ale jednak jest spora część ludzi, która broni się przed popadnięciem w analfabetyzm i raz do roku przypomina sobie, że te czarne, małe znaczki na białym tle nie służą tylko wycince prywatyzowanych lasów. To jest właśnie te pół przeczytanej książki przypadającej rocznie na Polaka.

Są tacy, którzy zdają sobie z tego wszystkiego sprawę. Najczęściej tylko podświadomie, a bezsensowność spędzania jedynych wolnych dwóch tygodni na cmentarzysku dociera do nich powolutku, po cichutku. Dlatego właśnie tradycji wakacyjnej nie zmienią. Z jakiej racji mają to robić, skoro poparzenia naskórne nie doprowadziły ich do raka, a piszczące dzieci nie spowodowały kompletnej utraty słuchu? Być może jednak warto zrobić coś nieszablonowego. Zobaczyć coś nowego, czegoś się dowiedzieć o świecie. Rodzice wielokrotnie zabierali mnie w austriackie Alpy. Co ciekawe– nigdy zimą, choć są tak typowo zimowym miejscem wydawania pieniędzy jak plaża latem. Warto realizować z pozoru szalone pomysły. Dzięki tego typu idei, która kilka lat temu pojawiła się w głowie mojego ojca, pewien polski pensjonat w Fusch zyskał czworo stałych bywalców. Mam nadzieję w przyszłości wpadać na równie nieprzewidywalne pomysły, czego i tobie, drogi tradycjonalisto – plażowiczu z całego serca życzę. Jeśli jednak czujesz się mocno związany emocjonalnie z dotychczasową formą marnowania czasu, nie krępuj się – już od szóstej rano możesz barwić sobie skórę, pogryzając pierogi i topiąc terminatory (bądź klapki). Co więcej, bądź pewny, że odstąpię ci swoje miejsce.

Komentarze

Chyba za łatwo przyszło Ci ocenianie ludzi. 

Mogę zrozumieć, że nie podoba Ci się forma odgradzania się tych ludzi od innych osób. Niestety nie znasz motywów kierujących tymi ludźmi przy wyborze takiej formy wypoczynku jak leżenie plackiem na plaży. 

Polecam tekst Łukasza Supergana:

 http://www.lukaszsupergan.com/podroznik-a-turysta-jestem-podroznikiem-jestem-lepszy/ 

i komentarze pod nim. 

Uważanie, że forma wypoczynku, którą my obraliśmy jest w jakiś sposób lepsza, to nic innego, jak uważanie siebie za lepszego od pozostałych. To nie prowadzi do niczego dobrego. 

Sam jestem zwolennikiem gór (jak i nizin), jednak nigdy z taką łatwością nie przyszło mi ocenianie plażowiczów, wręcz pogardzanie nimi (ta pogarda aż bije z Twojego tekstu).

Natomiast z książkami mogę się zgodzić. Dobrze, że ludzie czytają. 

F.S

W związku z falą krytyki tekstu chciałam gorąco przeprosić jeśli kogoś urazilam. Naprawdę nie to miałam na celu.

Mnie tam nie uraziłaś (choćby dlatego, że nigdy w życiu nie zdarzyło mi się leżeć na plaży odgrodzonej parawanem), ale chodzi o twoje podejście do osób, które preferują inny rodzaj wypoczynku. Możesz nie lubić tego rodzaju postępowania, ale zanim je  ocenisz poznaj szerszy punkt widzenia, a nie podążaj ślepo za przedstawionymi Ci (przez telewizję i internet) opiniami (nie do końca rzetelnymi).

 

F.S

Parawany, tłumy ludzi, rozwrzeszczane dzieciaki, palące słońce itp. itd.

Plaża i urlop przy niej wcale nie musi tak wyglądać. Na dowód zdjęcie,które zrobiłem wczoraj:

Pozdrowienia z urlopu.

W sumie też odebrałam to trochę jak “wszyscy, a przede wszystkim każdy, kto czyta ten tekst, jeżdżą na plażę, bo są tępi, tylko ja nie”. Zbyt napastliwy ton, by dało się z tego zjawiska podkpiwać. Ja na przykład nie znoszę plażowania. W ogóle wody nie znoszę. Beryl ma mi to za złe ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Rzeczywiście, z tekstu wylewa się za dużo odrazy w stosunku do niewinnych osób, które po prostu spędzają czas, jak lubią. Szkoda.

Nowa Fantastyka