- publicystyka: Tuiterasizm

publicystyka:

felietony

Tuiterasizm

Trzy, dwa, jeden i… wyskakują korki, wybuchają race, fajerwerki mieszają się z gwiazdami. Minęła północ, a zatem…

otworzyli EMPIK, kino, księgarnię, preorder; można kupować, pobierać, oglądać, czytać, grać!

Już, już, zanim ktokolwiek zobaczy, przeczyta, zdradzi, pochwali, zgani, opisze, zrecenzuje. Szybko, szybko, bo…

Otóż to: jakie „bo”?

Kilka razy do roku śmiejemy się z tłumów tratujących się przy koszach z kapciami lub kurtkami w Lidlu, w pogoni za kieckami w H&M. Patrzcie, jakie bydło! – Wytykamy. Palcami, jak kiedyś, ino teraz na klawiaturze. – Jakie prymitywy, biedota, jaskiniowcy, pazerne baby i zasadniczo Radom (lub Sosnowiec).

Tak dowartościowani rzucamy się na trzeciego wieśka w dniu premiery, przez tygodnie i miesiące szerujemy zapowiedzi GoTa. Grozimy śmiercią lub kalectwem znajomym, którzy już gwiezdne wojny widzieli, żeby pod żadnym pozorem nie zdradzali fabuły, bo może się wówczas okazać, że jest wtórna, dziurawa, bezsensowna, bezpieczna, płytka i prymitywna, czyli nie warto było się podniecać.

 

O podnietach.

Nie pamiętam, od czego zaczęły się te gorączki w moim otoczeniu. Chyba od Harry’ego Pottera. Nocne czuwania pod księgarniami i możliwość pochwalenia się „ja już mam”. Przy okazji okazało się, że książka nie jest najlepszym produktem do pompowania podniecenia, bo nawet jeżeli kupiłem, to jeszcze nie przeczytałem. A nawet jeśli przeczytałem, to pewnie ktoś zrobił to wcześniej lub szybciej. No i czyta się najczęściej w samotności.

Co innego filmy. Tutaj premiera o północy, sale pełne, tłumy wychodzące jednocześnie, podniecenie mieszające się ze smrodem popcornu i potu, okrzyki, westchnięcia, palce jeżdżące po ekranach telefonów. Wow! – pierwszy tweet. Genialne! – zmiana statusu na FB.

I właśnie w tym momencie zapala mi się czerwona lampka. Nie pierwszy raz… prawdę mówiąc, ostatnio jakbym stał pod czerwoną latarnią. Już tłumaczę.

Terry Pratchett zaproponował kiedyś wzór na określanie inteligencji tłumu, tj. IQ najgłupszego uczestnika podzielony przez liczbę uczestników. Coś w tym jest, czego świadomość powinni mieć uczestnicy różnych manifestacji. Na owo „ogłupienie” wpływ mają również inne czynniki, nie tylko ilościowe, dlatego spędy bardziej emocjonalne, angażujące, jak przeciw ACTA, bardziej ogłupiają niż piknikowe KOD lub (wybaczcie, drodzy lek.wet.) weterynaryjne.

I tu wchodzi fenomenalny zabieg marketingowy, jakim jest pompowanie potencjalnych konsumentów aż do granic absurdu. Ba, nawet przekraczając ten Rubikon: gwiezdne święta, szynka wieprzowa bez kości 9,89 za kilogram – że zacytuję radiową reklamę. I w końcu blokada się zwalnia, są pierwsze recenzje (entuzjastyczne, mało konkretne lub w ogóle niekonkretne), pierwsze wrażenia (entuzjastyczne, mało konkretne lub w ogóle niekonkretne), a po kilku dniach balon pęka, bo w końcu ktoś wysypie, że to właśnie „nie spojlerować!” wygoniło spóźnionych do kin, bo nie zdążyli się dowiedzieć, że fabularnie nie warto spodziewać się niczego wyjątkowego. Wizualnie jest ok, ale to tyle: ok.

Co? Skąd wiem? Pozwoliłem sobie wszystko zaspojlerować. Może jestem zgorzkniały, może nie umiem się bawić. Ale wydaje mi się, że raczej nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie naciągnąć, bo trudno inaczej nazwać sytuację, gdy nie mogę dowiedzieć się, jakie są wady produktu (bo spojler), gdy mam biegiem gonić do kina w dniu premiery lub przynajmniej w weekend premiery. Hola!

Zatrzymajmy się na chwilkę! Film nie ucieknie, gra też nie ucieknie. Film sobie obejrzę, gdy minie euforia, która mogłaby wpłynąć na ocenę; w Wieśka zagram, gdy mi się laptop skończy i kupię mocniejszy, czyli za kilka lat. To nie problem: w poprzedniczkę grałem rok temu (zacna fabuła, gratulacje).

Przed owczym pędem bronić się trudno, ale czasem po prostu wystarczy włączyć sobie relację z wyprzedaży kurtek w Lidlu.

Komentarze

Zjawisko opisane mnie nie dotyczy, ale znam takich którzy je uprawiają.

Nie ulegamy modom jak rapował Eldo :)

Cóż, tak się porobiło. Nie postępując jak pozostali, stajemy się inni, wyalienowani. Kto już ma kolejną generację “tego” telefonu? Kto nie ma, ten gorszy. ;)

Aż obejrzałem tę relację z lidla, bo kompletnie nie wiedziałem o co chodzi. Szok... Moim zdzniem wynika to z kultury niepraktyczności – a nuż się coś przyda. To "”coś” tu gra ogromną rolę, bo ludzie nie konkretyzują swoich potrzeb, nie patrzą praktycznie i nie biorą pod uwagę realnych wymagań.

Jeśli chodzi o nakręcanie się filmem  – nigdy mi jakoś nie przeszkadzały spoilery, bo z filmem jest jak z opracowaniem książki – oryginał to oryginał, żadne słowa go nie opiszą.

F.S

Foloinie, nigdy nikt Ci nie zaspoilerował, że dany bohater ginie, zdradza przyjaciół, przechodzi na ciemną stronę, ma dziecko itp.? :) Stwierdzenie “płaska fabuła” to żaden spoiler, póki się nie zdradza, co właściwie w tej fabule się dzieje.

 

Na szczęście nie mam w pobliżu żadnego Lidla. A i na SW poszliśmy dopiero w święta, bo Beryl naciskał ; p Ale fakt, że zjawisko zatacza szerokie kręgi. Czasem sobie myślę, że Internet o wiele bardziej nam szkodzi jako ludziom/społeczeństwu niż pomaga...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose nie tylko zdradzano mi tego typu smaczki, ale i opowiadano mi ze szczegółami całą fabułę. W przypadku niektórych serii, np. Matrix to mi przeszkadzało, bo filmy były puszczane po sobie w stosunkowo  krótkim czasie, ja jeszcze miałem dvd. Natomiast w chwili, gdy SW oglądałem ostatnim razem będąc nastolatkiem, to mi spoiler ni ziębi ni parzy.

Podobnie mam z filmami nie będącymi częścią serii  – co z tego że ktoś mi opowie fabułę? To co mi opowiedziano będę odnosił do tego co wiem, a nie do tego co zobaczę, a w trakcie oglądania po prostu o tym zapomnę, chyba że trafię na wyjątkowego gniota.

 

Rzeczywiście spoilerowanie wchodzi na histeryczny poziom – zmuszając ludzi do pogoni za nowościami. I dotyczy nie tylko filmów, ale i codzienności.

F.S

Panowie – jeśli wam nie przeszkadzają spoilery, to wasza sprawa. Ja nie jestem pierwszy w kolejce w księgarni po nową książkę, nie muszę iść do kina w dniu premiery czy zamawiać przedpremierowo gry. Zupełnie obce są mi takie odruchy. Natomiast za żadne skarby nie chcę, by mi ktokolwiek cokolwiek o jakiejkolwiek książce czy filmie zdradzał. Nie rozumiem w jaki sposób niby strach przed zdradzeniem fabuły miał być tożsamy ze zjawiskiem owego owczego pędu. Albo w jaki sposób ten strach miałby zmuszać ludzi do pogoni za nowościami. Boję się spoilera, więc gonię za nowościami? Że co?

 

Nowa Fantastyka