- publicystyka: Rafał Kosik i samochody (a propos NF 9/2016)

publicystyka:

felietony

Rafał Kosik i samochody (a propos NF 9/2016)

Takie przydługie pytanie na początek: rozumiem, że felietonista będącym znanym i lubianym w fandomie pisarzem/wydawcą to skarb dla pisma, ale czy to oznacza, że można mu pozwalać pisać cokolwiek, nawet ewidentne bzdury?

W ubiegłym roku skrobnąłem tu parę gorzkich słów nad poziomem publicystyki w NF i tam też zaznaczyłem, że w swoim felietonie Rafał Kosik pisze o motoryzacji jakby przespał ostatnie piętnaście lat. Tym razem, w numerze 09/2016 felieton Rafała jest już stricte o samochodach i jest tak źle jak poprzednio, a nawet gorzej. Pozwolę sobie na (deczko złośliwy) rozbiór.

 

1. Odrobina fantasmagorii…

 

Powtórzmy jeszcze raz – felieton jest z założenia subiektywny, felietonista może rozkładać akcenty jak mu się podoba i mówić o tym, co mu się subiektywnie podoba czy nie. Niemniej jednak, powinien też – chyba – mieć jakieś pojęcie o obszarach, o które w felietonie zahacza. A tymczasem… Weźmy choćby pierwsze zdania z felietonu Rafała „kierowcy włączali tempomat (…) To były czasy, gdy w samochodach powszechnie montowano automatyczne skrzynie biegów a pasów bezpieczeństwa nie można było zamówić nawet za dopłatą”. Tymczasem, taki np. Ford wprowadził pasy bezpieczeństwa jako opcję w 1956, Volvo jako standard w 1958, a pierwszy tempomat w aucie osobowym pojawił się też w 1958 (Chevrolet). Pierwsze zdanie i już czysta fantasmagoria.

Dalej jest tylko gorzej. Czysta demagogia w stylu „bardziej autonomiczny od współczesnych autonomicznych samochodów jest zwykły koń”. Bo niby jak bardziej? Czy zna Autor felietonu rumaka, któremu się powie w San Francisco „zawieź mnie na Strip do Las Vega” i tenże dalej sam pogalopuje najkrótszą drogą do celu? Bardzo wątpię. A dla współczesnych samochodów autonomicznych to żaden problem.

„Autonomiczne samochody ponoszą fiasko tam, gdzie są źle namalowane pasy”. Autorowi myli się autonomiczny samochód z pierwszymi, ułomnymi systemami tzw. „asystenta pasa” (czyli znowu paroletni lag w wiedzy). Współczesne samochody potrafią naprawdę dużo więcej niż rozpoznawać słabo namalowane pasy, Mercedes np. od lat w topowych modelach montuje system ABC, który precyzyjnie skanuje powierzchnię drogi i z wyprzedzeniem zestraja zawieszenie, by kierowca jak najmniej odczuwał jakiekolwiek nierówności. Człowiek na oczy i uszy, a samochód poza kamerami i mikrofonami może być (i coraz częściej jest) jeszcze wyposażony w milimetrowy radar czy kamery podczerwieni.

„Prawdziwy problem pojawia się w połowie drogi, między systemem manualnym a automatycznym” – owszem, dlatego jest bardzo wyraźny trend, by samochody autonomiczne były w 100% autonomiczne, bez żadnej opcji przełączenia na sterowanie ręczne. Wbrew temu, co pisze autor, kierowca nie ma „przejmować sterów w nagłym wypadku”. W dywagacjach o tym, że pasażer ma na tylnej kanapie śledzić co się dzieje na drodze, Autor polemizuje z własną fantazją, a nie stanem faktycznym. Warto choćby przypomnieć, że Volvo już jakiś czas temu zadeklarowało, że firma weźmie na siebie wszystkie konsekwencje prawne wypadków aut autonomicznych, zwalniając kierowco-pasażera z jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Naciągana jest również teza, że automatyzacja w autach „służy wygodzie a nie bezpieczeństwu”, czego przykładem ma być system ABS zwalniający kierowcę z konieczności hamowania pulsacyjnego. Drugi pod względem popularności system bezpieczeństwa – ESP – już tej definicji nie spełnia, bowiem odpowiadałby nieistniejącej nigdy konfiguracji z czterema pedałami hamulca i konieczności posiadania trzech nóg u kierowcy (acz jako ciekawostkę dodam, że współczesne ciągniki rolnicze mają dwa hamulce, by móc przyhamować asymetrycznie prawo/lewo dla krótkiej zawrotki, coś jak w czołgu :-) ).

 

2. Fałszywe alternatywy.

 

Mocnym dowodem na słabość samochodu autonomicznego ma być fakt, ze Rafałowi Kosikowi kiedyś zawieszała się nawigacja w Fiacie Tipo. „Spróbujcie sobie wyobrazić tak działający samochód autonomiczny” – nie, dziękujemy, nie spróbujemy, bowiem samochód autonomiczny tak nie działa. Otóż, Panie Rafale, są systemy gorsze i lepsze (czytaj „tańsze i dużo droższe”). Inny poziom niezawodności wymagany jest w softwarze i hardwarze pralki, a inny szpitalnego respiratora. Samochody autonomiczne to właśnie bardziej coś z tej drugiej kategorii, na razie pomimo przejechania ponad miliona kilometrów żaden po schodach przypadkiem nie jechał.

Najsłabszym i najbardziej bałamutnym argumentem jest jednak chwyt retoryczny, który porównuje rzekomo ułomny komputer pojazdu autonomicznego („może się zawiesić”) z kierowcą z krwi i kości, który oczywiście żadnych błędów nie popełnia.  Przeciwstawianie „komputera, który może się zawiesić” człowiekowi „który nie może się zawiesić” jest piramidalną bzdurą. Człowiek jak najbardziej „może się zawiesić”, np. cukrzyk zasłabnąć za kierownicą. W mniej ekstremalnej sytuacji może się zdarzyć, że np. kierowcę oślepi odblask słońca od gładkiej powierzchni czy źle ustawione światła w samochodzie jadącym z przeciwka (nb. jaki procent owych nieomylnych kierowców koryguje poziom świateł przełącznikiem manualnym w zależności od załadunku auta?). Kierowca wtedy jest „ślepy”, ale samochód nie – bo nawet jak coś zakłóci pracę kamer to jest jeszcze radar i obrys drogi z Mapy/GPS. Tak czy siak, cel do osiągnięcia jest taki, by autonomiczny samochód zawieszał się rzadziej niż człowiek, co zapewne nie jest trudne, biorąc pod uwagę ogromną liczbę błędów popełnianych przez ludzi za kierownicą. Jest to wszystko kwestią czasu, a nie jakiś metafizyczny problem nie do ogarnięcia.

 

3. Jak nie terrorysta, to „Wielki Brat”.

 

Rozważania o etyce i „moralności” pojazdów autonomicznych to bardzo ciekawy problem – tu się z Autorem zgodzę. Natomiast dalszy wniosek, że np. samochód będzie zawsze poświęcał życie kierowca kosztem nawet złośliwego przechodnia-terrorysty brzmi już jak groteskowy żart (jakby terroryści, nawet fanatyczni, nie mieli lepszych pomysłów). Można za to sobie wyobrazić sytuację całkiem odwrotną – ktoś wyskakuje pod autobus szkolny i kierowca w naturalnym odruchu chce go ominąć, doprowadzając do koszmarnej katastrofy drogowej. Autonomiczny autobus szkolny przeprowadzi zimną kalkulację „osobo-żyć” i bez wahania rozjedzie delikwenta, ocalając wszystkich uczniów. Nota bene: czy nie było nigdy przypadku, że jakiś kierowca zabił siebie czy kogoś próbując uniknąć kolizji z psem czy innym zwierzakiem? Autonomiczny pojazd raczej do tego nie doprowadzi.

Dalej z felietonu dowiadujemy się, że to wszystko służy totalitarnej kontroli nad obywatelem. No, prawda, strach się bać. Rozumiem, że Pan Rafał nie korzysta z komunikacji publicznej, a już na pewno nie lata nigdy samolotami, szczególnie w tym drugim przypadku tożsamość i położenie pasażera są doskonale znane „Wielkiemu Bratu”. No i oczywiście jedzie się tam, gdzie przewiduje system, to dużo gorsze niż autonomiczne auto, któremu wydajemy polecenia. Ale oto dochodzimy do ciekawego paradoksu: tenże totalitarny system lansuje – najwyraźniej na własną zgubę – środek lokomocji, który zdaje się wręcz idealnie spełniać marzenia Autora o niezależności. Środek ów zwie się rower i nie wymaga rejestrowania u „Wielkiego Brata”, nie wymaga jakiś egzaminów na prowadzenie, nie ma lokalizatorów, ABS-ów, nawigacji, komputera pokładowego. Doprawdy, jeśli Rafał Kosik porusza się czymś innym niż rowerem, to uznam go za skończonego hipokrytę :-)

Dalej mamy narzekanie Autora na to, jak zmienia się teraz struktura praw własności, zwłaszcza następuje coraz większe osłabienie własności dóbr materialnych. Owszem, proces taki ma miejsce – kiedyś to były ciekawe czasy, że tak powspominajmy, można było mieć na własność innych ludzi czy nawet całe państwa. Nie to, co teraz! Narzekanie na ten proces przez pisarza i wydawcę trąci zresztą hipokryzją – anarchokapitaliści już dawno dość trafnie zauważyli, że ograniczenie praw własności materialnej jest nieuchronną konsekwencją poszerzenia praw własności intelektualnej. W „starych dobrych” czasach Rafał miałby dużo słabszą prawną swojej najcenniejszej własności – intelektualnej (książek). Czy na pewno zatem jest za czym tęsknić?

 

4. Nie ma to jak sobie ponarzekać...

 

Dalej idzie narzekanie na ludzi, którzy nie wiedzą „jaką kurtkę noszą” ani „nie mają własnego mieszkania”, co ma być – zdaje się – objawem postępującego totalitaryzmu i upadku obyczajów. Gdyby jednak Autor zajrzał ze swojej równoległej rzeczywistości do tej naszej, to raczej zobaczyłby coś innego – jak świat długi i szeroki ludziom wspomniane rzeczy są coraz mniej obojętne. Ilu choćby czyta etykiety ze składem i krajem pochodzenia produktów teraz, a ile czytało dwadzieścia lat temu? Ilu warzy w domu piwo, dzieląc się doświadczeniami na forach? Co do nieświadomości, jaką kurtkę się nosi – nawet faceci (o kobietach nie wspominając) mają już masę blogów i źródeł wiedzy na te tematy, na pewnym polskim forum o męskiej elegancji same dyskusje o konstrukcji krawatów (tak, tak, krawaty mają różne konstrukcje) liczy ponad trzydzieści stron. Jeśli zaś chodzi o własność mieszkań, to jesteśmy pod tym względem w absolutnej europejskiej czołówce – jakoś tak w bogatszych i rozwiniętych krajach wolą wynajmować. Warto też dodać, że dla młodego człowieka owo „na własność” to zwykle tyle, co hipoteczny cyrograf z bankiem na 30 lat. Znowu, dziwne, że taki wolnościowiec jak Rafał Kosik się czymś podobnym zachwyca.

Zbliżając się ku końcowi – problem omawianego felietonu są w sumie dwa: (1) Autor chce na siłę dokopać światu, który mu się nie podoba, (2) Autor nie ma nawet podstawowej wiedzy w obszarach, o których pisze. W szczególności choćby, Autor nie wie, jak działają zaawansowane algorytmy i sztuczna inteligencja. Samochody autonomiczne się chociażby uczą, przy czym uczą się na zasadzie świadomości zbiorowej – doświadczenie jednego jest dzielone z wszystkimi (czyli jeśli sto autonomicznych samochodów przejedzie po sto tysięcy kilometrów, to każdy będzie miał doświadczenie kierowcy , który pokonał dziesięć milionów kilometrów). To nie są proste maszyny do mechanicznej gry w kółko i krzyżyk, potrafią być zaskakująco ludzkie – np. samochód Google, czekający na drodze podporządkowanej, potrafi w miękki sposób „wymusić” pierwszeństwo, naśladując zniecierpliwionego człowieka (lekkie szarpnięcie do przodu itp.). Niedocenianiu maszyn towarzyszy jednocześnie przecenianie ludzi, którzy w wielu wypadkach popełniają systematyczne błędy – lata temu pokazano choćby, że np. prosty linowe równanie składające mierzalne symptomy (typu gorączka) stawia lepsze diagnozy medyczne niż lekarze z wieloletnim doświadczenie. Lekarze na szczęście, zamiast się obrażać na rzeczywistość jak Rafał, coraz chętniej wspierają się metodami ilościowymi w diagnozach.

Można oczywiście patrzeć na samochody autonomiczne jako zagrożenie, wymyślać wydumane problemy pieszych-terrorystów, ale uczciwie byłoby również dostrzec ich potencjał. Bo przecież może być i tak: gdy ja sobie spokojnie śpię, o czwartej nad ranem mój autonomiczny samochód wyjeżdża z garażu i pustymi ulicami jedzie na drugi koniec miasta, tam parkuje i doładowuje się w drugiej taryfie (optymalizacji sieci energetycznej). Ja budzę się, biorę prysznic, jem śniadanie, dobudzam dziecko. Do mieszkania wchodzi babcia, którą w międzyczasie przywiozło moje autonomiczne auto. Babcia jest zadowolona, bo jechała jak w komfortowej taksówce i będzie miała więcej sił do zabawy z rozbrykaną wnuczką, ja jestem zadowolony, bo nie straciłem nawet minuty na przywiezienie mamy ani nie mam wyrzutów sumienia, że musiała się targać z drugiego krańca miasta komunikacją zbiorową. Zamiast totalitaryzmów i terroryzmów, mamy olbrzymie ułatwienie życia ludziom – czy to naprawdę takie złe?

 

P.S. Uprzedzając ewentualne ataki typu „no dobra, nadęty teoretyku, po prostu nie wiesz co to przyjemność z jazdy”, wyjaśniam, że sam poruszam się autem z hydraulicznym wspomaganiem, mechaniczną przepustnica, stałym napędem na cztery koła  na sprzęgle wiskotycznym (czyli żadnego „drive by wire” i elektroniki w załączaniu napędu) i dwustukonną turbo-benzyną pod maską. Więc owszem, rozumiem, czym jest „przyjemność z jazdy” i „czucie auta”. Tylko nie przeszkadza mi to obiektywnie spojrzeć na parę faktów.

Komentarze

Ciekawa polemika ;-) Chyba aż zajrzę do felietonu.

 

BTW Rafał Kosik będzie na Bachanaliach w ZG w przyszłym tygodniu – wybierasz się, dziko? Bo moglibyście podyskutować mano a mano ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oj, przekonałeś mnie, żeby przeczytać felieton Rafała Kosika poza kolejnością ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

@PsychoFish – na Bachanalia się nie wybieram, niestety, dopiero na Kapitularz do Łodzi.

 

Rafał pisze sympatyczne teksty, czy publicystyczne, czy beletrystyczne, ale niestety z techniką i naukami ścisłymi bywa na bakier. Jeszcze nawiązując do tego nieszczęsnego felietonu – RK tam deliberuje, że samochód nie będzie widział słabo namalowanych pasów, a tymczasem taki news wyskoczył: sztuczna inteligencja “odszyfrowuje” pikselizowane twarze, czyli dostrzega dużo więcej niż człowiek...

 

https://www.wired.com/2016/09/machine-learning-can-identify-pixelated-faces-researchers-show/

 

Zgodzę się, że z researchem pod felietonami Pana Rafała jest różnie.  Techniki rozpoznawania wzorców, krawędzi i kształtów na obrazach niezwykle poszły do przodu po 2000 roku, wsparte matematyką (różnego rodzaju optymalne transformaty w analizie sygnałów, łatwo przetlumaczalne na efektywne rozwiązania dyskretne) i wielokrotny wzrost mocy obliczeniowej (obecnie robią to niemalże w czasie rzeczywistym).

Ale to wymaga zagłębienia się w temat większego niż krótkie notki popularnonaukowe, a – dla zachowania równowagi – nie każdy musi być specem w wielu dziedzinach.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jakby kogoś interesowało, tu jest pełen opis badania. Na końcu są nawet szczegółowe parametry sieci neuronowych użytych do rozpoznawania wzorców.

 

EDIT: to był wpis odnośnie rozpoznawania twarzy (i nie tylko), o którym wspomniał dziko.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No generalnie rzeczywistość uwzięła się ostatnimi czasy na Rafała, bo dziś z kolei mamy taki news:

 

“It's a harrowing video, but luckily one with a happy ending. And it's a powerful reminder that while much of the talk about autonomous transportation is still theoretical, there are already systems in place that are saving lives. (...)”

 

http://www.theverge.com/2016/9/13/12901352/us-air-force-autopilot-saves-student-pilot-declassified-video

 

Już bez przesady. Problematyka autopilota to jednak nie to samo co problematyka pojazdu autonomicznego. Wiem, że oba rozwiązania to w ogólnym spojrzeniu jedna klasa systemów automatyki, jednak oba mają kompletnie różne problemy do rozwiązania. Wydaje mi się, że przerabianie tego newsa na gwoźdź dla Rafała Kosika to jednak przesada. Nawiasem zastanawiam się jaka była myśl przewodnia przyświecająca autorowi tego doniesienia. Przedstawiona sytuacja w lotnictwie szkoleniowym, o ile wiem, nie jest jakaś zupełnie unikatowa. Chyba, że de facto chodziło o to podsumowanie odnoszące się do Tesli i innych systemów autonomicznych. Ale to, jak napisałem an początku, wydaje mi się być wnioskiem od czapy.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ja się zastanawiam [choć nie wiem czy to stosowne tak publicznie] czy przypadkiem u RK nie jest tak, że to co jest siłą w przypadku jego książek dla młodzieży, czyli uproszczony i nieco infantylny obraz komputerów, sztucznej inteligencji i tego typu rzeczy, w felietonach już zupełnie nie działa. Trzymanie się zbyt mocno rzeczywistości zabija SF [z powodów oczywistych], zaś dla felietonów jest z kolei koniecznością.  Widać to zresztą u Wattsa, którego felietony są bardzo podobne do jego prozy, niestrawnej bez Wikipedii dla większości zwykłych czytelników SF. Myślę, że ktoś pozbawiony tejże wikipedii mógłby pomyśleć, że połowa żargonu używanego przez bohaterów (czy narratora) u Wattsa to neologizmy autorstwa autora. Za to felietony Wattsa są wzorem trzymania się rzeczywistości i ostatnie, co można o nich powiedzieć, to że są demagogicznymi uproszczeniami,

RK pisze "Pasy w USA początkowo nie przyjęły się, bo przekaz marketingowy był taki, że tylko niebezpieczne samochody potrzebują pasów". Polemika w zalinkowanym tekście brzmi "Tymczasem, taki np. Ford wprowadził pasy bezpieczeństwa jako opcję w 1956, Volvo jako standard w 1958, a pierwszy tempomat w aucie osobowym pojawił się też w 1958".

 

Oba zdania są prawdziwe, tylko że sobie nie przeczą. Tempomaty były już w powszechne już w drugiej połowie lat 60tych, a na początku 70tych z powodu kryzysu paliwowego miał je już prawie każdy nowy samochód.

 

Ford rzeczywiście wprowadził pasy w roku 1955 (nie 1956) i to tylko na przednich miejscach. Zaraz je wycofał, bo klienci uznali, że skoro konieczne są pasy, to samochód jest niebezpieczny. Pasy na wszystkich miejscach pojawiły się w powszechnie dwie dekady po tempomatach, a powszechny zwyczaj zapinania pasów jeszcze później.

 

Nie będę pisał dłuższej polemiki do polemiki. To dopiero 1/6 tekstu i już znalazłem tyle byków. Dalej jest tylko gorzej. Nadinterpretacje i błędy.

Nowa Fantastyka