- publicystyka: Zew Lovecrafta - groza w teatrze?

publicystyka:

recenzje

Zew Lovecrafta - groza w teatrze?

Ponad 80 lat temu zmarł H. P. Lovecraft, który podłożył podwaliny pod opowieści grozy. Okrągła rocznica to okazja, by zadać pytanie, czy jego twórczość jest aktualna. Reżyser „Zewu Cthulhu”, Michał Borczuch, stara się na nie odpowiedzieć.

 

Twórczość H.P. Lovecrafta jest wielowymiarowa, pełna intelektualnych rozważań, fascynacji kosmosem i architekturą świata, przesiąknięta lękami. To głębia – szeroka i inspirująca. Z niej właśnie postanowili skorzystać twórcy z Teatru Nowego w Warszawie. Lecz ile tej lovecraftowej głębi zawarli w przygotowanym „Zewie Cthulhu”? Zdania będą podzielone.

Spektakl jest połączeniem opowiadań Lovecrafta i warto je wymienić dla oglądu fabuły przedstawienia. Twórcy wykorzystali „Bestię w jaskini”, „Kolor z innego wszechświata”, „Muzykę Ericha Zanna”, „Szepczącego w ciemności”, „Cień spoza czasu” i wreszcie „Zew Cthulhu”. Nawiązują także do biografii Lovecrafta, wprowadzając postać autora na scenę, gdzie grająca HPL Małgorzata Hajewska-Krzysztofik toczy rozważania obok swojego pomnika. Pomnika, na którym odcisnęło się piętno mitologii Cthulhu. Ale jak połączono to wszystko w jedność, w ciągłość fabularną, w motyw spajający? Właśnie – zabrakło myśli przewodniej, choć często wyczuwa się zbliżającą apokalipsę. Dostaliśmy za to kilka puzzli, rozrzuconych scen i wtrąceń nieobecnych w prozie samotnika z Providence.

Przede wszystkim pojawiają się tu kilkunastominutowe sesje niby-psychoterapeutyczne, komentarze odnośnie obecnej sytuacji politycznej (zdecydowanie nie zasługują na miano „subtelnych” lub „zręcznie wplecionych”) czy rozmowy o zdominowaniu w relacji seksualnej (te są najobszerniejsze). Podejmowane są wątki Boga, których jednak jest niewiele w porównaniu do seksualności. Przez te wtrącenia następuje swoiste odwrócenie zawartości spektaklu – twórczość Lovecrafta zdaje się być jedynie dodatkiem. Idea, aby część przedstawienia była improwizowana dodaje jeszcze do efektu rozmycia, doprowadzając widzów do ziewnięć.

Należy jednak oddać w tym miejscu, że przedstawienie zawiera mnóstwo ciekawych pomysłów ożywienia scenariusza. Scena nie ogranicza się do przestrzeni wewnątrz teatru, ale istnieje również poza nim – możemy obserwować aktorów poprzez rzutniki transmitujące to, co dzieje się dookoła budynku, włączając w to przechodniów i samochody ożywiające scenografię. Zresztą kamery są istotnym elementem spektaklu. Nie są one jedynie statyczne, operatorami są kolejni aktorzy. Pokazują zbliżenia i perspektywy niedostępne z widowni, filtrując pewien fragment odgrywanej rzeczywistości – choćby niepokojąco krążą wokół postaci zebranych w kręgu rozmówców.

Scenografia tylko na pierwszy rzut oka jest minimalistyczna. Firany i ściany, krzesła i światła, naiwnie przedstawiona mackowata istota, makieta Arkham, wokół której krążą aktorzy – to nadaje wrażeń oniryczności i małości człowieka, choć z drugiej strony hala teatru, choćby nawet zadymiona (co jest często wykorzystywane) nie robi wrażenia klaustrofobicznej – czego doświadczamy w prozie Lovecrafta. Podoba się też gra świateł, kiedy ludzkie cienie odgrywają na ścianach własne role.

Choć pomysłów reżyser Michał Borczuch ma mnóstwo, to zapomina o emocjach i nastrojach obecnych u Lovecrafta. Pojedyncze sceny monologu HPL (dotykające zagadnienia rasizmu) i rozmowy ojca z synem ze zwiększającym się ciągle dystansem otoczone są przez fragmenty bez wyrazu, które – jak już wspomniałem – nie mają motywu przewodniego. Nawiązania do Lovecrafta zdają się zbędne, co sprawia, że oczekiwanego klimatu i historii w „Zewie Cthulhu” nie znalazłem. Z tej perspektywy, oczekując czy to klasycznej, czy to nowoczesnej adaptacji opowiadań mistrza, srodze można się zawieść. Z drugiej strony spektakl pokazuje, jak daleko można odejść od klasycznego wyobrażenia i jak, spoglądając na teksty sprzed wieku, można czerpać, by komentować współczesne problemy – szukania własnej tożsamości. Jednak czy jest to próba udana? Niekoniecznie – spektakl jest momentami nużący, a to co ujmujące w twórczości Lovecrafta pojawia się w kilku krótkich momentach. Więcej tu frustracji i nudy niż dreszczyku.

Odbiciem spektaklu są widzowie. Ci się kręcili, spoglądali na zegarki, a nim rozbrzmiały senne i raczej wymuszone oklaski, część osób opuściła salę. W aplauzie znalazło się tyle ekspresji, co i w aktorach w trakcie spektaklu, po których nie było widać, że wraz ze sztuką podążają w jakimś konkretnym kierunku.

„Zew Cthulhu” nie jest spektaklem, który ogląda się dobrze, a po wyjściu z budynku teatru człowiek zadaje sobie pytanie: „Czego właściwie doświadczyłem?”. Pozostaje niepewność, a sztuka prędko ucieka w zapomnienie. Dla fanów Lovecrafta może być sporym rozczarowaniem.

 

Jeśli już patrzymy na propozycję Teatru Nowego to warto wziąć udział w cyklicznych „Innych wizjach”, czyli darmowych pokazach ambitnego kina SF, poprzedzonymi komentarzami znawców.

Reżyser Michał Borczuch został nominowany w kategorii teatru do Paszportu Polityki za rok 2017, w którym przygotowywał m.in. “Zew...”.

 

Recenzja ukazała się w miesięczniku “Nowa Fantastyka” (7/2018)

Nowa Fantastyka