- Opowiadanie: PsychoFish - Ezechiel 11,19

Ezechiel 11,19

Nie mam tej błyskotliwości, czaru i poczucia humoru konkurencji, więc zmierzę się z tematem po chłopsku, byka za rogi i klasycznie: Apokalipsa w tradycyjnym wydaniu, czterej jeźdźcy gdzieś tam w tle, a przede wszystkim, rozrywkowo.

 

Dziękuję Finkli i Unfallowi za bezlitosne przytyki ;) Bez nich to by była niezła i smętna kicha, a nie opowiadanie ;)

 

Ze względu na rozmiar tekstu, wersja “czytelna” (.pdf, Times New Roman 14, interlinia 1,5) znajduje się TUTAJ.

 

Ilustracja pochodzi z http://bialczynski.wordpress.com .

 

$ Sprawdzenie założeń w toku, proszę czekać...

...coś się kończy absolutnie, coś się zaczyna kompletnie na nowo, – checked!

...nie na zgliszczach, bo to nie rewolucja, zgliszczy nie ma, zgliszczów nie ma,  - checked!

...nic nie ma. – Kononowicz exception!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ezechiel 11,19

 

Dzisiaj

Zdziczałe psy ucztowały w najlepsze nad zdobyczą, ściśle przestrzegając panującej w watasze hierarchii. Westchnął – było ich zbyt dużo, by ryzykować płoszenie zwierząt za pomocą strzałów w powietrze, a na wybicie stada po prostu szkoda kul. Szczególnie, że przybył dość późno: z kurtki i spodni ofiary niewiele już pożytku, buty, z tego co widział przez lornetkę, i tak zdawały się liche, a zawartość plecaka oraz ocalałych kieszeni będzie mógł przetrząsnąć spokojnie jak tylko drapieżcy skończą się pożywiać. Położył rękę na głowie warującego obok, niespokojnie nasłuchującego wilczura – obydwaj musieli uzbroić się w cierpliwość. Wątpił, by wataha na dole zostawiła cokolwiek zdatnego do jedzenia, ale może parę kości… Nieostrożnemu wędrowcowi, na tyle szalonemu by po zmroku zapuszczać się w miejskie parki połączone z pobliskimi lasami, teraz jest i tak już wszystko jedno.

Mieli przed sobą kilka godzin czekania. Niespiesznie zaczął szykować plastikowy płaszcz, rękawice, maskę i okulary.

Późnym popołudniem mogli w końcu podejść do zwłok. Wilczur od razu rzucił się ku resztkom ciała, szukając czegoś do zjedzenia. Człowiek, okutany w ochronną warstwę dodatkowej odzieży, zabrał się do metodycznego przeszukiwanie strzępów ubrania i plecaka. Znalazł kilka użytecznych drobiazgów. Przepakował wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – dla siebie lub na wymianę – do oddzielnej, szczelnej foliówki. Niezwykłym znaleziskiem było… jajko, z wydrapanym znakiem. Symbol na skorupce przedstawiał romb z zaznaczonymi przekątnymi oraz z domalowanymi przy każdym boku figurami, kształtem przypominającymi słupy o zaokrąglonych czubkach. Schował je w nadziei, że będzie się jeszcze nadawało do zjedzenia – to byłby prawdziwy skarb. Na samą myśl poczuł, jak ślina napływa mu do ust, a bulgotanie w żołądku boleśnie przypomniało o mizernym posiłku, jaki zjadł wczoraj wieczorem. Gdybyś tylko mógł mówić, Karmo Zdziczałych Psów, i powiedział jeszcze, skąd je wziąłeś…

Nagle jego wzrok przykuło coś między żebrami trupa. Ostrożnie, by ostre krawędzie pogryzionych kości nie rozdarły osłony, sięgnął do środka po przedmiot. Równie uważnie wyjął go na zewnątrz i wstępnie oczyścił. Poczuł, jak skóra na karku cierpnie gwałtownie, a w środku błyskawicznie rośnie kula panicznego, niemożliwego do opanowania strachu. Powoli, bardzo powoli owinął znalezisko w kawałek płótna urwanego z ubrania zmarłego, a potem w osobną plastikową torebkę. Zamknął ją szczelnie i schował do plecaka na łupy. Dłuższą chwilę próbował uspokoić drżenie rąk, myśli galopowały przez głowę całymi tabunami przerażających możliwości. Zamknął oczy i kilka razy odetchnął głęboko. Tak, najpierw spotka się i porozmawia z Doktorkiem. Potem będzie czas na przerażenie i zamartwianie się co dalej.

Uniósł powieki i spojrzał na psa, który o kilka kroków dalej ogryzał resztki ludzkich kości. Bał się pomyśleć, co – lub kogo – musiał spotkać, zabić i zjeść, zanim się zetknęli tamtego wieczoru…

 

***

 

W powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Zaczęło się szybko ściemniać, zaszumiały drzewa smagnięte nagłym podmuchem wiatru. W oddali błysnęło, po niebie przetoczył się grzmot. Mężczyzna stał, ściskając w ręku kij. Kilkanaście kroków dalej, przy krzakach, niespokojnie przestępował z nogi na nogę wychudzony pies. Sierść posklejana w strąki, niezdrowo matowa, poznaczony bliznami pysk, poszarpane uszy – wszystko wskazywało na kudłacza, który przetrwał zakażenie oraz kilka walk. Człowiek, przygarbiony, w poszarpanym ubraniu i ze źle zagojonymi śladami choroby na twarzy, również nie wyglądał najlepiej. Z początku obserwował zwierzę, wzrok miał pusty, beznamiętny. Już od wielu tygodni tkwił w swoistym letargu, z którego nie potrafił – lub nie chciał – wyjść. Jak zwykle, jego dbający o przetrwanie pasażer na gapę zignorował ten brak woli i drgnął całym ciałem. Już po chwili mężczyzna potrząsnął groźnie kijem i zacharczał gardłowo, ukazując zęby. Pies nie zareagował odsłonięciem kłów – opuścił łeb, położył uszy po sobie i zamiast zaatakować lub uciekać, zaskomlał i majtnął ogonem. Człowiek zrobił krok do przodu, wciąż warcząc i unosząc kij. Pies nie uciekł, lecz popiskiwał chwilę, by w końcu przypaść płasko do ziemi. Pysk położył między przednimi łapami. Mężczyzna zatrzymał się, wyraźnie zdezorientowany. Przyglądał się zwierzęciu kilka chwil. Na twarzy odmalowało się zdumienie, niedowierzanie…

Zaraz potem człowiek zmarszczył brwi, usta zmienił w wąską kreskę. Zacisnął dłoń na kiju mocno, bardzo mocno, aż zbielały mu kłykcie. Mężczyzna oddychał coraz mocniej, dysząc nieomal, postąpił jeszcze krok do przodu. W pustych do tej pory oczach zajaśniała jakaś skra, żar, którego dawno tam nie było.

 A potem zaczął biec. Krzyczał, wydobywając z siebie straszny dźwięk – ni to wrzask, ni to skowyt… Rzucił się w kierunku psa, wywijając kijem. Chciał zabić. Zwierzę nie uciekało – skuliło się i przewróciło na plecy, pokazując brzuch.

Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię.

 

***

 

Dzień “przed”

 – Mamooo…! Mamooo…! – zawołała dziewczynka, wbiegając do domu. Niosła coś w rękach. Pierwsze krople wiosennego deszczu rozmazały brud na buzi. W głosie pobrzmiewał niepokój, taki najgłębszy, gdy coś bardzo niezrozumiałego zaskoczy znienacka małe serduszko. Za nią, jak cień, kłusował niespiesznie wielki wilczur, ziając głośno z gorąca.

 – Co się stało, Aniu?

 – Mamoooo…! – Pobiegła w kierunku głosu. – Ptaszek…

W małych, złożonych w koszyczek dłoniach, niosła martwego wróbla.

 – Czemu ptaszek… się nie rusza? – zapytała dziewczynka.

Kobieta westchnęła. Wzięła z opakowania na stole kilka chusteczek i ostrożnie wyjęła martwe zwierzątko z rąk córki.

 – Skąd to masz? – zapytała łagodnie. – Nie wycieraj oczek! Trzeba zaraz rączki umyć!

 – Bury znalazł pod krzaczkiem… – Dziecko patrzyło na mamę wielkimi oczami, nie rozumiejąc jeszcze tej jednej, strasznej tajemnicy, z którą tak nagle zetknęło się w przydomowym ogródku.

 – Kochanie, ptaszek odleciał do ptasiego raju… Nie mógł polecieć tak wysoko jako zwykły wróbelek, więc zmienił się w ducha i poleciał – wyjaśniła spokojnie matka, otwierając szafkę pod zlewem. Kubeł i tak był prawie pełny, od razu wymieni worek, a kiedy A. wróci, to przejdzie się do śmietnika. I weźmie Burego, ileż można psa bez spaceru w ogrodzie trzymać! Jeśli gdzieś narobił, to nie ma mowy, żeby sprzątała. A. miał być już godzinę temu. Zatrzymała się na chwilę i przełamując obrzydzenie, sprawdziła palcem, czy ptak rzeczywiście jest martwy.

 – Jak Kacper, przyjazny duch? – dopytywała dalej dziewczynka.

 – Tak, kochanie… Mówiłam ci, żebyś nie tarła oczu! Chodź tu, umyjemy zaraz rączki. Nie wiadomo ile tam leżał, nie wolno tak gołymi łapkami brać…

Pół godziny później zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz – A. No, ciekawe co wymyśli tym razem, krętacz jeden… Uderzyła ze złością w ikonę, odbierając.

 – Gdzie jesteś!? Miałeś być już dawno temu! Pamiętasz, że czytasz dziecku bajkę!?

 – Przepraszam, ale zamknęli lotnisko we Wrocławiu i klient, którego tam zablokowali, z terminalu urządził sobie z nami długą telekonferencję. Jakiś straszny kipisz… Wszyscy kwitliśmy pół dnia…

 – Nie mów, że nie mogłeś wysłać smsa! Rozmawialiśmy o tym tyle razy!

 – Już jadę, kupić coś po drodze?

 – Nie! Samo się już kupiło, samo się zrobiło i przygotowało! Ania lata po domu z martwym wróblem, którego Bury gdzieś wyniuchał, bydlę chce wyjść… Co ty sobie wyobrażasz, że ja mogę pięć rzeczy naraz zrobić!? Masz rodzinę!

 – Przepraszam, już jadę…

 

***

 

Kilka godzin “przed”

Najpierw wieczorne wiadomości biły na alarm. Potem telefony od rodziny, dzwonili bez przerwy. Kaśka, jak to u niej bywało, w panice dostała szału. Kazała mu natychmiast jechać i robić zapasy.

 – I nie wracaj mi tu z tekstem, że czegoś nie było! Masz zdobyć i już! Myśl o Ani!

Udało mu się ją uspokoić na tyle, że usiedli i na spokojnie zrobili listę najważniejszych rzeczy. Dopiero wtedy ruszył. Nie on jeden… Mimo późnej pory, w sklepie był tłok. W aptece dyżurnej – długa kolejka. Nie chciał sobie wyobrażać, co będzie działo się rano, gdy więcej osób wysłucha wiadomości i obudzi się w zupełnie innym świecie niż ten, który istniał przed zaśnięciem. Nie żałował ich, trzeba było być czujnym – według niego świat dzielił się na małą garstkę dobrze zorientowanych w sytuacji zwycięzców, do których sam należał, i całą resztę, zapewniającą tym pierwszym wszystko, czego potrzebowali.

Kupił wszystko, nie przejmował się pieniędzmi. Zdenerwowani, nie spali do rana. Co kilka minut przełączał na inny kanał informacyjny, szukając najnowszych wieści. Uważnie słuchali radia. W międzyczasie sortowali zakupy, pakowali, szykowali. Bury, zdziwiony początkowo niecodzienną porą aktywności ludzi, kręcił się przy nich. Właził pod nogi i usiłował wsadzić nos w kolejne torby. W końcu doigrał się: szmatą przez łeb i wynocha do ogrodu! Urażony, ujadał trochę, a potem położył się pod drzwiami na werandę. Rano, zmęczeni i poirytowani, pokłócili się strasznie. Z Wrocławia zadzwoniła przyjaciółka Kaśki mówiąc, że na ulicach jest wojsko. Że chodzą od domu do domu, zabierają zwierzęta, że zabijają. A. był zdziwiony tak błyskawiczną reakcją władz – jak żył, nie pamiętał, by w tym kraju ktoś potrafił w środku nocy podjąć TAKĄ decyzję. I jeszcze wojsko…! Żona chciała, żeby wywiózł psa. Daleko, najdalej, jak się da – i, jak jakiś dupek bez serca, porzucił go w środku lasu. Nie zgodził się, tłumaczył, że zwierzę jest czyste, praktycznie domowe. Skończyło się pyskówką, jak zwykle nieprzyjemną i jak zwykle – od pewnego momentu zupełnie nie na temat.

Pękł dopiero, gdy usłyszeli w telewizji o „podjęciu radykalnych kroków wobec bezdomnych zwierząt, które na sierści mogą przenosić uśpioną formę wirusa”. Bury cieszył się ogromnie, lubił przejażdżki samochodem. A. ścisnęło w gardle, kiedy zobaczył jak pies tańczy mu koło nóg, jak radośnie wskakuje do bagażnika i szczeka ponaglająco – jakby mówił „No dalej, ruszaj, jedźmy już!”. Spakował jeszcze kilka kości i ruszyli.

Odjechał jakieś pół godziny na północ i skręcił w leśną drogę. Wjechał tak daleko, jak się dało, a potem przeszli jeszcze kawałek na piechotę. Bury co rusz podrywał z ziemi patyk. Z kijem w zębach zabiegał mężczyźnie drogę, zachęcał do zabawy. Mężczyzna w trakcie drogi nadciął smycz, tak, by duży, silny pies był w stanie ją zerwać. W końcu stanęli, przywołał zwierzę. Poluzował nieco obrożę („A nuż nie zerwie smyczy… Niech chociaż tak się wyślizgnie”), przywiązał Burego do młodego drzewka i długo głaskał w milczeniu. Nie potrafił tak… Nie mógł… Ale Ania! W lesie zwierz miał większe szanse…

 Dał psu jedną kość. Pozostałe resztki położył w pewnej odległości, tak, by futrzak musiał szarpnąć się na uwięzi, by je dostać.

 – Zostań! – Podkreślił komendę dłonią. Wiele razy robili to pod sklepem. Wiedział, że kiedy odejdzie na kilka kroków, Bury zacznie popiskiwać. Trochę liczył na to, że może ogryzanie gnata okaże się atrakcyjniejsze… Zdawał sobie sprawę, że kiedy zniknie psu z widoku, rozlegnie się krótkie, nawołujące szczekanie, którego bardzo nie chciał słyszeć. Wiedział też, że kudłacz będzie tam cierpliwie siedział aż… No właśnie, jak długo? Miał nadzieję, że w końcu się zorientuje, że głód pokieruje futrem, że zerwie się ze smyczy i da sobie radę. Tak, jasne, domowy wilczur, który uwielbia żreć z miski i ładować się na kanapę do ludzi, bardziej maskotka niż myśliwy…

Za zakrętem ścieżki puścił się biegiem i zatkał uszy, by nic nie słyszeć. Dopadł do auta, dysząc ciężko, wsiadł szybko, włączył radio na cały regulator. Nigdy jeszcze nie czuł się tak paskudnie. Uruchomił silnik i ruszył, chciał jak najszybciej odjechać, żeby już nie słyszeć, nie myśleć, żeby nie opłacało się wracać…

W drodze powrotnej słuchał radia, ale wiadomości podawano wciąż te same, co w nocy. Zniecierpliwiony, zmieniał co chwila stację. W pewnym momencie audycja ucichła, orędzie wygłosił prezydent. Mówił o ważnym zagrożeniu, o błyskawicznej reakcji odpowiednich służb i pełnej kontroli nad sytuacją, o konieczności zachowania spokoju. Doradzał pozostanie w domu przez kilka dni… A. zdziwił się: w oszczędnych, dobrze dobranych słowach, przez pięć minut głowa państwa po prostu leje wodę, by na końcu życzyć rodakom dobrego dnia? Pięć minut w radiu o niczym, przecież to fortuna, niewybaczalne marnotrawstwo! Dlaczego? O co tu chodzi?

Dopiero teraz tak naprawdę się przestraszył.

 

***

 

Wyhamował o krok od psa, niemalże nad nim, unosząc wysoko kij. Zwierzę dalej leżało na plecach, w pozycji uległości. Ręka mu drżała, wrzeszczał bez przerwy. Stał na wpół ugiętych nogach, napięty, gotowy do ciosu w każdej chwili – wystarczy jedno solidne uderzenie sękatej lagi w nieruchomy, zezujący żółtymi ślepiami w górę łeb…

Głos mężczyzny załamał się nagle, zmienił tonację. Krzyki stały się urywane, krótsze. Teraz już nie groziły śmiercią, nie drapały wściekłością, szałem – teraz stały się swoistym lamentem, chrypiały bezsilnością, rozpaczą, smutkiem. Człowiek padł ciężko na kolana, upuścił kij. Ukrył twarz w dłoniach i wreszcie – zaszlochał.

Krawędzie chmur oświetliły rozbłyski, grzmot rozległ się krócej, jakby gdzieś bliżej. Lunęło.

 

***

 

 – Czysto!

 – Tu też czysto!

 – Dobrze, następny budynek.

Tupot ciężkich butów rozległ się na chodniku. Skrzypnęły zawiasy otwieranej furtki. W porannej szarówce snopy świateł taktycznych latarek omiatały wejście do domu. Pierwszy żołnierz szedł przodem, drugi, młodszy, ubezpieczał. Skinęli sobie głowami i prawie jednocześnie wychylili się zza rogu budynku. W przydomowym ogródku stało plastikowe krzesło, na którym w bezruchu tkwiła owinięta w koc postać. Ręka zwisała bezwładnie, niemalże dotykając ziemi, obok leżała pusta butelka po wódce. Naprzeciw krzesła znajdowały się dwa świeże kopce, a właściwie kopiec i kopczyk, obłożone kamieniami. Żołnierze rozglądali się chwilę, upewniając się, czy nic im nie grozi, a potem opuścili broń. Starszy wrócił przed wejście i na furtce, pod numerem domu, zrobił wyraźny znak żółtą kredą.

 – O kurwa, Gruby! Czerwony, czerwony! – z ogrodu dobiegł go spanikowany głos młodszego kolegi. Żołnierz podskoczył jak oparzony i pobiegł z powrotem na tyły domu. Faktycznie, postać w kocu poruszała się niemrawo, ale nic więcej się nie działo.

 – Czego się drzesz, Młody… – sapnął. Z bronią gotową do strzału obchodził siedzącego, by przyjrzeć się ożywieńcowi od przodu. Tak po prawdzie nie dziwił się towarzyszowi, sam miał nerwy w strzępach. Byli dziesiątą godzinę na nogach, a przy tym, co tej nocy widzieli – i robili – letnia zmiana w Afganistanie, kiedy to partyzanci urządzali zasadzkę za zasadzką, jawiła mu się jako umiarkowanie stresujący turnusik w egzotycznym kraju.

Mężczyzna na krześle najwyraźniej budził się, mamrotał coś pod nosem. Głowę zwiesił na piersi, rękoma nieporadnie usiłował zdjąć z siebie koc. Kiedy uniósł twarz do wschodzącego słońca, Gruby zobaczył dziesiątki wybroczyn, krew w kąciku ust i nieobecny, szklany wzrok.

 – Gorączka, albo pijany jeszcze – zawyrokował weteran, nie opuszczając broni. – Utrzymuj dystans, maski, zawiadom resztę – rzucił po chwili w kierunku kolegi. Sam cofnął się kilka kroków i dopiero w bezpiecznej odległości pozwolił sobie na przykucnięcie. Lufę oparł o kolano. Cały czas mierząc, niezdarnie, jedną ręką, przyłożył maskę do twarzy. Młody już meldował.

Mężczyzna na krześle, zdawałoby się, nie dostrzegał ich zupełnie. Pochylił się do przodu, łokcie oparł na kolanach i wpatrywał się tępo to w kopczyki, to we własne dłonie. Gruby zauważył, że ręce ma brudne od ziemi. Poczuł ucisk w dołku – sam miał rodzinę.

Niedaleko huknął strzał, usłyszeli krótki skowyt i głośne przekleństwa. Kilka chwil później w pobliżu rozległy się miarowe kroki. Furtka skrzypnęła jękliwie i zza rogu domu wyszło dwóch kolejnych żołnierzy. Ten z dystynkcjami oficerskimi na pagonach podszedł bliżej, chwilę oceniał sytuację. Znad nałożonej na twarz maski wyzierały podkrążone, przekrwione oczy.

– Słyszy mnie pan? Jestem porucznik Barczewski, czwarty pułk przeciwlotniczy. Jak się pan nazywa?

Siedzący odwrócił głowę w kierunku żołnierza, jakby dopiero go zauważył. Miał już przytomniejszy wzrok. Otarł wierzchem dłoni usta, przez chwilę zatrzymał wzrok na rozmazanej krwi.

 – A… – zakaszlał, a żołnierze odruchowo cofnęli się o krok. Mężczyzna oczyścił gardło, spluwając czymś ciemnym na ziemię. – A czy to ważne? – odezwał się cicho. – Tutaj i tak nie ma już nikogo żywego… – dodał głucho po chwili, wciąż patrząc na ubrudzoną ziemią dłoń.

Zapadła ciężka cisza. Oficer na chwilę jakby zapomniał języka w gębie, drużyna popatrywała to na niego, to na zakażonego. W końcu dowódca przerwał milczenie. W jego głosie słychać było ogromne zmęczenie.

 – Znajduje się pan w strefie buforowej wokół szpitala. Nie otrzyma pan żadnej pomocy medycznej na miejscu. Powinien pan opuścić teren w promieniu pięciuset metrów od lecznicy najdalej za godzinę. Gdyby jednak… – Żołnierz zawahał się na moment. – Gdyby jednak został pan tutaj, proszę nie opuszczać domu. Obowiązuje instrukcja numer dziewięć, możemy strzelać bez ostrzeżenia. Panowie – zwrócił się do podwładnych – oznakować furtę czerwonym, opuścić teren, nie wchodzić ponownie bez zabezpieczenia. Wykonać!

Wojskowi skinęli głowami i jeden po drugim skierowali się do wyjścia. Oficer stał jeszcze chwilę, spoglądając na siedzącego.

 – Spróbuj pan to przeżyć. Powodzenia… – powiedział żołnierz, jakby łagodniej, odwrócił się i wyszedł. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl: Trzy dni! Trzy dni wystarczyły, by miejską kostnicę, szpital i poliklinikę wypełnić trupami. Ludzie umierali w domach. Za późno weszli, mogli tylko izolować… Kiedy nieopodal wejścia na posesję mijał zastrzelonego przed chwilą kundla, zmełł przekleństwo w ustach. Tego zwierzolubnego jebańca, który otworzył klatki w schronisku, by ratować biedne stworzonka przed masakrą, z chęcią wziąłby ze sobą na dzisiejszą nockę, a potem zostawił w jednym z wymarłych bloków. Obwieszonego za jaja na klamce, najlepiej z widokiem na jakąś martwą rodzinkę.

Tydzień później, podczas konwoju zwłok do krematorium przy miejskim cmentarzu, porucznik Barczewski po raz pierwszy zakaszlał krwią. Nie przeżył czterdziestu ośmiu godzin. Dwa dni po jego śmierci resztki oddziałów, które miały ustanowić strefy kwarantanny, wycofały się z miasta, paląc sprzęt skażony w kontakcie z chorymi. Żołnierzy rozlokowano na głównych drogach dojazdowych do pobliskich metropolii.

Młody i Gruby zginęli przy barykadzie ustawionej na drodze krajowej wiodącej do Poznania. Nie chcieli już więcej strzelać do cywili, którzy masowo, w panice i po rozkradzeniu wszystkich sklepów oraz magazynów z zapasami, które uznali za przydatne, starali dostać się do większych miast w nadziei na otrzymanie bezpiecznego schronienia. Niestety, cywile okazali się niewdzięcznymi, egoistycznymi dupkami – bez pardonu zaatakowali posterunek. Żołnierze dostali się pod koła rozpędzonego TIRa, jednego z dwóch, którymi uciekinierzy przełamywali blokadę.

Być może, tak naprawdę, mieli szczęście.

 

***

 

Mężczyzna klęczał, wciąż łkając, w strugach deszczu. Pies obrócił się na brzuch, postawił uszy i przekrzywił łeb. Zaskomlał cicho, po czym wstał. Popiskiwał, robiąc krok to w lewo, to w prawo – jakby niepewny, czy może podejść jeszcze bliżej.

 

***

 

Tamtego poranka, kiedy chował małą Anię obok żony, coś się stało. Nie mógł płakać, z trudem mówił, w piersi czuł jakby kamień i ogromną pustkę. Potem pił, szybko i dużo, a kiedy przyszło wojsko – zrozumiał, że też jest chory.

Nie rozumiał za to, dlaczego przeżył. Po dwóch dniach gorączka cofnęła się. Siedział w domu, spuścił rolety antywłamaniowe. W środku zapanowała ciemność. Wpatrywał się tępo w telewizor, który zapalał się i gasł w rytm przerw w dostawach prądu. Machinalnie wstawał, jadł coś, pił i siadał ponownie, jakby czekał na nawrót choroby lub przebudzenie z tego koszmaru. Wpadł w stupor, nie wiedział ile to trwało. Kontrolę powoli przejmował pasażer na gapę, jakby jakaś część jego osobowości wciąż jeszcze walczyła, o każdy moment, o każdy odruch zadbania o podstawowe potrzeby… Jego ciało działało samo, bez udziału woli. On zaś siedział, obserwował ekran telewizora, coraz bardziej obcy w samym sobie.

 

Cztery dni „po”

Obraz pojawiał się teraz rzadziej. W audycjach wspominano o śmiertelnej skuteczności wirusa, góra trzech dniach od zakażenia do śmierci, objawach, dezynfekcji… Niekiedy pojawiały się mapki, z których wynikało, że wszystkiemu winne są lotniska, bo gdyby nie one, można było Zarazę kontrolować na jakimś terytorium. Podobno zaczęło się w Azji, ale nikt nie znał szczegółów: Amerykanie oskarżali islamistów, islamiści twierdzili, że to nieudany eksperyment Wielkiego Szatana, jacyś eksperci szeptali, że Rosjanom coś nie wyszło, a Chińczycy znacząco milczeli. Wraz z upływem czasu obrazy w okienku stawały się coraz dramatyczniejsze: zamieszki, potem walki, braki prądu, wody, żywności… W końcu komuś gdzieś puściły nerwy, doszło do kilku pogranicznych wojen, dokonywano rzezi, palono całe ludzkie osiedla. Obserwował to wszystko bez emocji, wypalony do cna. Jakaś prezenterka robiła show do końca, aż straciła przytomność na wizji. Makijaż nie był w stanie ukryć wybroczyn, kaszlała krwią. Potem zaczęły pojawiać się wciąż te same wiadomości, zapętlone. I reklamy. Nie wiedzieć czemu, umierający świat miał mieć biały uśmiech od wskazanej pasty do zębów. No i koniecznie makaron, który można długo przechowywać, oraz konserwy tamtej firmy, dobre nawet na zagładę. Nie pamiętał już, czy siedział tak tylko, czy też wychodził, czy w ogóle spał…

 

 

Tydzień – chyba – „po”

Telewizor zgasł. Potem jeszcze włączył się na chwilę, ale pokazał tylko śnieg, biały szum. Zamigotał i zgasł ponownie, tym razem na dobre.

Czasami nad miastem unosił się huk wystrzałów. Nocami, bywało, na horyzoncie widoczne były łuny. Nie było gazu, z kranu przestała lecieć woda. W końcu instynkt samozachowawczy przejął kontrolę, A. opuścił dom i chyba po raz pierwszy, zapamiętał ten fakt. Od tego czasu wychodził coraz częściej.

 

Dużo dni „po”

Zapasy, te w pośpiechu nabywane dla całej trójki podczas nocnego wypadu, powoli się kończyły. Poruszał się jak we śnie, mechanicznie, prowadził go jego prywatny, wewnętrzny przewodnik. Kursował między domem rodziców, swoim oraz sklepami i opuszczonymi budynkami. Coś w nim, bo nie on sam, szukało żywności, leków i broni. Wojska nie było już w mieście, a w parkach grasowały zdziczałe, żywiące się padliną psy, od których trzeba było się opędzać. Spotykał czasem innych, podobnych sobie – samotnych, snujących się jak w letargu, bez przekonania przetrząsających sklepowe lady, śmietniki, opuszczone domy. Nie podchodzili jednak do siebie, wszak bakcyl mutował błyskawicznie. Po co ryzykować bez potrzeby? Starali się mijać z daleka, najwyżej zobaczą się na placu. Nie odczuwał zbytnio potrzeby rozmawiania, nikt też go nie zaczepiał. Z gazet, w które opakował słoiki z przetworami wydobyte z jakiejś piwnicy, dowiedział się, że wystarczyły dwa tygodnie, by dosłownie pół miasta umarło. Potem, po tej dacie, nie było już żadnej gazety. Wiele mieszkań i domów stało otworem, jakby opuszczono je w pośpiechu. Coś pamiętał, coś kojarzył, obraz ulicy zapchanej pojazdami… Może jednak wychodził wcześniej?

 

Parę tygodni „po”

 – Co za to chcesz? – Brodacz o pustym spojrzeniu – takim samym prawie u wszystkich, którzy nie wiedzieć czemu przeżyli – oglądał położony pomiędzy nimi nóż myśliwski.

Przetrwańcy spotykali się co kilka dni na jednym z placów w centrum miasta. Dzisiaj przyszło kilkadziesiąt osób.

 – Osełkę. Linkę hamulcową od roweru z gotową pętelką. Tamten malutki woreczek soli – odparł pasażer na gapę jego ustami. On tylko obserwował, przetrwaniem zajmował się ktoś inny w środku. Nóż był naprawdę dobry, wart takiej ceny.

Brodacz chwilę zastanawiał się, pocierając ręką zarost, w końcu skinął głową. Wyłożył przedmioty na wymianę na ziemię, wziął nóż i zgodnie z niepisaną etykietą, wycofał się kilka kroków do tyłu. A. zdjął rękę z noża przy pasku – trzymał ją tak, na wypadek, gdyby kupiec chciał porwać przedmiot i uciec nie płacąc. Mógł wtedy szybko dobyć broni. Założył ochronne, foliowe rękawice, wyjął manierkę z alkoholem i podszedł do przedmiotów. Starannie przemywał ich powierzchnię, zanim spakował je do plecaka.

Podczas wizyt w centrum, A. naliczył blisko tysiąc przetrwańców, może trochę więcej. Tysiąc – w jeszcze do niedawna ponad stukrotnie liczniejszym mieście… Żadne z nich nie znało odpowiedzi na pytanie: dlaczego wciąż żyję? Dlaczego ja, nie moi bliscy? Jedyne, co im zostało, to pierwotny, atawistyczny instynkt przetrwania.

 

Późna wiosna. A może już lato?

 – Po co ci ta folia? – Brodacz był zdziwiony dzisiejszą wymianą.

 – Moja sprawa. – Pasażer na gapę rozgościł się na całego. Nabył maskę i przeźroczystą, termozgrzewalną folię. On tylko obserwował, jak siadają w kącie placu. Na pierwszy ogień poszedł zegarek – dokładnie owinięty, z miejscem w środku na obrót pokrętła do nakręcania, brzegi zgrzane zapalniczką. Potem obrączka, przecież miała grawerunek, w zakamarkach którego w każdej chwili mógł zaląc się bakcyl. Kilka pomniejszych przedmiotów: latarka, kompas, mapy… Tak, jego autopilot to uparty typ. Minimalizował każde ryzyko, które dostrzegł.

Każdego tygodnia przeważnie ubywało kilka twarzy – po prostu nie pojawiały się w dni handlu na placu. Najszybciej odchodzili ci, którzy zdołali otrząsnąć się z letargu.

Kierowca autobusu, który z niewiadomego powodu pomagał pewnej staruszce, nie żądając nic w zamian. W pobliżu placu przewróciła się babinka i leżała, bezsilna, kurczowo ściskając torbę z jabłkami na wymianę, a ludzie omijali ją obojętnie. A on nie, coś w nim pękło, stanął, podniósł, podtrzymał… Któregoś dnia zachorowała staruszka, pochorował się i on.

Albo kobieta, która całymi dniami wysiadywała na pobliskim placu zabaw, patrząc gdzieś w przestrzeń, aż któregoś dnia ocknęła się i przybiła do huśtawek tabliczkę. Następnie zaczęła cierpliwie rzeźbić na jej powierzchni: Janek Kurecki, 6 lat, grupa B starszaków; Kinga Puślecka, 5 lat, grupa A; Ala Krab, 5 lat… Tak się w tym zapamiętała, że już wkrótce umierała: chora, odwodniona i niedożywiona.

Staruszka miała pęk kluczy. Jeden z nich pasował do piwnicy w bloku – znalazł tam sporo przetworów z jabłek. Skarb, którym postanowił z nikim się nie dzielić. Przewoził je nocą, z duszą na ramieniu – psy stawały się coraz zuchwalsze, bywało, że polowały wśród zabudowań miejskich. Kobieta ryła napisy dobrej jakości scyzorykiem. Długo go dezynfekował, zanim zdecydował się dotknąć narzędzia bez rękawic.

Do oczyszczania przedmiotów potrzebował więcej czystego spirytusu, więc w końcu natknął się na Doktorka. Doktorek w ambulatorium dawnego pogotowia ratunkowego urządził sobie miejsce do życia i punkt doraźnej pomocy medycznej. Nastawiał tam połamane kości, zszywał rany, podpowiadał jak domowymi sposobami leczyć otarcia i oszukiwać głód – oczywiście, nie za darmo. A gdy trafiał się ktoś ponownie zakażony lub w nieuleczalnej, bolesnej chorobie, to bywało, że przychylał się do ostatniej prośby. Po godzinach zaś destylował i rafinował alkohol, do dezynfekcji, zarówno ciała jak i duszy.

Tak, Doktorek też miał puste oczy. Podobno był jednym z lekarzy, którzy jeszcze w szpitalu przyjmowali pierwsze ofiary epidemii.  A. odwiedzał sporadycznie Doktorka, wymieniając znaleziska na destylat, opatrunki oraz wiedzę.

 

Bardzo ciepłe lato.

Kapłan upodobał sobie jedno ze starych drzew ocieniających plac w centrum miasta, ten sam, na którym handlowali przetrwańcy. Ozdobił pień dziwnymi symbolami i kwiatami. Bez przerwy wyłamywał sobie palce u rąk, drobił w miejscu, jakby nie mógł ustać spokojnie ani chwili. Miał szaloną, co rusz wykrzywioną innym grymasem, twarz. I dziwne oczy. Rozbiegane, niebudzące zaufania… Nie były puste. Miały w sobie żar, odstręczający i fascynujący zarazem. Przyglądał mu się, ale zawsze z daleka, ostrożnie.

 – Przeżyliście, boście pozamieniali swoje serca w zimne głazy! – Krzyczał, unosząc ręce i rozczapierzając palce. – Ale starym bogom to się nie podoba! Przyjdźcie, pokłońcie się odwiecznym władcom tych miejsc, a ponownie rozgrzeją was ogniem i ocalą od zarazy oraz głodu! Przyjdzie słota jesienią, śniegiem sypnie zima, zadbajcie o łaskę dla siebie! Stańcie tu ze mną, złóżcie ofiarę pod Drzewem Życia, przywołajcie starych bogów!

 Większość przetrwańców obdarzała Kapłana obojętnym spojrzeniem, ale znaleźli się i tacy, którzy doń dołączyli. Razem z nim czcili drzewo, wykrzykując imiona zapomnianych bogów. Nie trzeba było wiele czasu, by na drugim końcu placu zaczął pojawiać się Ksiądz, z Biblią pod pachą i palcem wzniesionym ku niebu.

– Oto koniec świata! Czterech jeźdźców Apokalipsy opadło ten świat, a Pan wziął swoje dzieci na sąd! My, którzy zostaliśmy, niegodni jesteśmy stawać przed Jego obliczem, przeto naznaczono nam ten Czyściec, abyśmy przeszli przez niego z pokorą i oczekiwali łaski Pańskiej! Pismo mówi: Zgromadzę was na nowo spośród obcych narodów, sprowadzę was z krajów, po których zostaliście rozproszeni, i dam wam ziemię Izraela. Wrócą tam i wykorzenią z niej wszystkie bożki i obrzydliwości. Dam im jedno serce i wniosę nowego ducha do ich wnętrza. Z ciała ich usunę serce kamienne, a dam im serce cielesne, aby postępowali zgodnie z moimi poleceniami, strzegli nakazów moich i wypełniali je. I tak będą oni moim ludem, a Ja będę ich Bogiem. Uważajcie więc na bałwochwalców, ponoć wiedzie ich szaleniec, którego zowią Ruben, co, jak łatwo udowodnić, pochodzi od Rubenstein – a wiadomo przecież, co to za nazwisko…! Kto w Boga wierzy, niech modli się ze mną o lekką zimę!

I Ksiądz znalazł kilku wiernych wyznawców, lecz większość jedynie wzruszała ramionami na jego nawoływania. Religia już od dawna nikogo nie obchodziła. Stan ten trwał do momentu, gdy na placu w dzień handlowy pojawiła się zakażona. Widział, jak z trudem dokuśtykała pod święte drzewo Kapłana. Jego pasażer na gapę wycofał ich, dla pewności nakładając maskę na twarz. Głośny szmer rozszedł się falą po ludziach, wszyscy robili krok w tył, odruchowo unikając chorej, gdzieś szczęknęła repetowana broń, zazgrzytała klinga wyjmowanego z pochwy noża…

 – Jak ci na imię, nieszczęsna? – odezwał się spokojnie Kapłan, kładąc rękę na ramieniu kobiety. Drugą sięgnął za pazuchę, wyciągając coś niedużego. W dłoni trzymał jajko, którym zaczął toczyć po czole i policzkach kobiety, wywołując chorobę z ułomnego ciała i mamrocząc coś pod nosem.

Zapytana zaniosła się kaszlem, bełkocząc coś niezrozumiale. Ci, którzy stali najbliżej, spierali się potem, jakby to miało jakieś znaczenie: powiedziała „Anka” czy „Danka”? Ślina, pomieszana z krwią, padła na ubranie szalonego duchownego. Kapłan nie zwrócił jednak na to uwagi, odchylił głowę do tyłu i zawył nieludzko. Zerwał się wiatr, drzewo zaszumiało. Coś dziwnego stało się z powietrzem, coś strasznego tak bardzo, że włosy same stawały dęba, a nogi rwały się do ucieczki.

Kapłan nie zachorował. Nieznajoma również przeżyła i stała się gorliwą wyznawczynią starych bogów. Ksiądz za każdym razem powtarzał, że to oszustwo, a ludzie przestali od tamtej pory przedstawiać się własnymi imionami…

 

Na drzewach są już pierwsze, żółte liście. Niektóre dni stały się zimne.

Niedawno, podczas szperania w opuszczonych domkach jednorodzinnych, A. znalazł pistolet i pas z zapasowymi magazynkami, a na strychu śrutówkę. Chyba chciał się ucieszyć, ale natychmiast zrezygnował z tego niemądrego odruchu. Nie było z czego się radować, lasy były ciche. Nie śpiewały ptaki, nie grasowała w nich zwierzyna – nie było na co polować. Stara Dama nie oszczędzała nikogo, brała do siebie po równo, ludzi i bydlątka. Nieliczne ocalałe sztuki praktycznie cały czas uciekały – przed zdziczałymi psami, przed ludźmi, przed wszystkim, co mięsożerne i głodne.

Brak żywności doskwierał coraz bardziej. Ludzie patrzyli na siebie wilkiem, zdarzały się bójki o każdy znaleziony kęs. W takich chwilach, dosłownie w mgnieniu oka przeistaczali się w drapieżniki, walczące o zdobycz. Upolował kiedyś kota przy piwnicznym okienku. Będzie świeża zupa, pomyślał. Nagle, jak spod ziemi, wyrosło nieopodal dwóch wychudzonych łobuzów, którzy najwyraźniej chcieli podebrać łup.

 – Moje! – warknął groźnie, doskakując do zdobyczy. – Won! – Przystanął na chwilę, jakby zdziwiony brzmieniem własnego głosu.

 – Nasze! Nasze! – zawyli, wyciągając noże. Nie zamierzali zrezygnować, próbowali go zajść z dwóch stron.

 Wtedy pierwszy raz użył pistoletu, bez zastanowienia, ale i bez żalu czy wyrzutów sumienia. Drugi zdążył podbiec, więc podłożył mu nogę, wyszarpnął nóż zza paska i wbił głęboko w pierś napastnika. Coś zgrzytnęło, może kość… Nie przejął się. Chcieli zabrać jeść, jego jeść. Moja zwierzyna, ja głodny, moja, nie dam – to było wszystko, o czym myślał w tamtej chwili. Nie zmusił się jednak, by zjeść oprawców. Padlina z ludzi jest dla Dzikusów. Przeszukał ich tylko, tak jak każde inne zwłoki, zabierając najprzydatniejsze przedmioty – na wymianę lub dla siebie.

Z czasem zobojętniał jeszcze bardziej. Zdobywanie pożywienia stawało się coraz trudniejsze. Nierzadko mijały dni, nim z oddali zobaczył kogoś żywego, nie licząc oczywiście wycieczek na plac. Spał, by odpocząć lub przespać głód. Gdy nie spał, szukał jedzenia, zakładał wnyki w nadziei na złapanie w potrzask jednego z garstki ocalałych piwnicznych kotów lub któregoś z nielicznych – bezdomnych teraz – dawnych domowych pupili. 

Bywało, że usiłował polować w pobliskim lesie, ale dzika widział tylko raz, z daleka. Czasami całe dnie spędzał tylko o wodzie. A czasami – w ogrodzie, siedząc na plastikowym krzesełku i patrząc na kopce. Oczy wciąż miał suche, a kamień w piersi był nadal twardy. Wiedział, że nie przeżyje zimy, że nikt jej nie przeżyje, jeśli nie będzie wystarczająco dużo zwierzyny…

Ale to już zupełnie osobna historia. Dla tej ważne jest, że pewnego ciepłego wieczora, jednego z tych, gdy mężczyzna gapił się w bezruchu na groby żony i córki, przez niedomkniętą furtkę do ogrodu wślizgnął się półdziki, obszarpany pies. Człowiek go nie usłyszał, zatopiony w swoim bezmyślnym patrzeniu, a pies, duży, wychudzony wilczur, stanął niezdecydowany, łapiąc górny wiatr. Zbierało się na letnią burzę.

 

***

 

Mężczyzna zagryzał pięść, patrząc przez deszcz na kręcącego się tuż obok niego zdziczałego psa. Wiedział, że zwierzę mogło mieć na sierści wszystko, w tym jego własną śmierć. Mimo to wyciągnął rękę, gwizdnął cicho. Pies obwąchiwał chwilę dłoń, a potem oparł łeb o jej wnętrze, domagając się pieszczoty. Człowiek przyciągnął go do siebie, głaszcząc i przytulając.

 – To nie twoja wina, Bury – zaszlochał cicho do psiego ucha – To nie twoja wina…

Deszcz litościwe ukrył łzy spływające po policzkach. Ciężar w piersi, który nosił w sobie każdego dnia od kilku miesięcy, jakby zelżał…

 

***

 

Dwunasty października. Z duszą na ramieniu idę do Doktorka, nie ufam już własnym zmysłom. Jeśli to prawda, to… Czy ja… Jakie mam szanse? Przecież to świństwo wciąż wszędzie jest… Co robić, co robić? Już mi nie jest wszystko jedno, nie chcę umierać!

Dawne ambulatorium pogotowia mieściło się w prawie stuletniej, poniemieckiej willi, na rogu dwóch ulic. Budynek okalał kawałek trawnika, a wstępu poza wyznaczoną bramką bronił wysoki żywopłot, teraz ogołocony z liści. Późna jesień królowała w powietrzu, muśnięciami chłodnego wiatru przypominając o swojej obecności. A. wyciągnął z kieszeni kurtki piszczącą piłkę i rzucił na trawnik, Bury natychmiast rzucił się w pogoń za zabawką. To był jedyny sposób, by odciągnąć uwagę zwierzęcia – komenda „zostań” powodowała efekty odwrotne od zamierzonych. Mężczyzna wszedł po kilku stopniach i uchylił jedno skrzydło dużych, drewnianych drzwi. W korytarzu, przerobionym na poczekalnię, przywitały go pustka i cisza. Wszedł dalej, mijając lekko uchylone drzwi od gabinetu zabiegowego. Zauważył, że na leżance śpi starszy człowiek, chyba podłączony do kroplówki. No cóż, Doktorek ani chybi nielicho się wzbogacił na tym zabiegu, leki podawane dożylnie stanowiły rzadkość. Usłyszał charakterystyczny dźwięk krzemienia i zaraz potem poczuł papierosowy dym – podszedł więc dwa kroki dalej, do otwartego gabinetu przyjęć. W środku siedział Doktorek, wysoki mężczyzna w średnim wieku. Nogi trzymał na biurku, czytając książkę i paląc papierosa. Rarytas, pewnie zapłata za jakąś usługę… Lekarz spojrzał na przybysza zza na wpół opuszczonych okularów.

 – Uszanowanko, Obserwatorze. Nie umawialiśmy się. Co cię sprowadza?

 – Dobry, Doktorku. Chcę ci coś pokazać. Znalazłem to przy świeżym trupie, więc chyba… Trzeba by najpierw zabezpieczyć. Sądzę, że koniecznie powinieneś to obejrzeć.

Doktorek parsknął, wzruszył ramionami i odłożył książkę. Papierosa wciąż trzymał w ustach. Coś w twarzy rozmówcy musiało jednak wzbudzić iskrę dawno zapomnianego zaciekawienia, bo wstał w końcu i zaczął przygotowywać stanowisko. Stanowisko… Dużo powiedziane. Przeźroczyste, plastikowe pudło, dobrze uszczelnione, z wyciętymi otworami na ręce i dokładnie poprzyklejanymi grubymi rękawicami. Umożliwiały one bezpieczne manipulowanie badanymi przedmiotami wewnątrz pojemnika. Wyciągnął konstrukcję spod szafy, zdmuchnął niewidoczny kurz i przyszykował metalową tacę jako podstawę.

– Zabezpieczyć… Mnie się licho nie ima, jak widzisz. A trafia mi się owo ścierwo, powiem ci, coraz częściej, jakby Zaraza wracała tylnymi drzwiami.

 – Ten staruszek…? – Obserwator ściszył głos, wskazując brodą na korytarz.

 – On? Nie, on po prostu był już zmęczony takim życiem. Założyłem mu wenflon, poinstruowałem co i jak, a na końcu poprosiłem, żeby się jeszcze raz zastanowił, zanim podepnie sobie rurkę. No co tak patrzysz? – Doktorek spojrzał na rozmówcę, na którego twarzy wyraźnie odmalowywała się dezaprobata. – Byłbym hipokrytą, gdybym mu odmówił. A mięsa z niego nie będzie, bo krwiobieg i mięśnie zostaną zatrute. Właśnie, mógłbyś podrzucić ciało tym zdziczalcom… – urwał, kiedy Obserwator obrzucił go dziwnym wzrokiem. Coś w spojrzeniu mężczyzny podpowiadało mu, że tego tematu lepiej nie kontynuować.

Kiedy rozstawił już wszystko, gość założył jednorazowe rękawiczki i bardzo ostrożnie wyjął pakunek z plecaka. Położył go na przygotowanej metalowej tacy, którą Doktorek zaraz zakrył pudłem. Lekarz wydmuchnął kącikiem ust chmurę dymu, przyglądając się zawiniątku.

 – Rękawic jeszcze nie zdejmuj, może pójdzie szybko i wyniesiesz mi toto od razu do spalenia – powiedział, dopalając papierosa tak, że żar niemal spopielił filtr. Zgasił niedopałek w popielniczce obok i wsunął ręce w otwory w ściance stanowiska. Kilka chwil mocował się z opakowaniem, aż w końcu zdołał zedrzeć ochronne folie i szmaty. Na twarzy medyka odmalowało się ogromne zdumienie, po raz pierwszy odkąd Obserwator go znał.

 – Co to ma być…!? Mówisz, że skąd to masz?

 – Ze świeżego trupa. Dzikusy upolowały go nocą. Usłyszałem nawoływania stada i krzyki, więc rano poszedłem sprawdzić, co dopadły. Żarły go jeszcze, kiedy dotarłem tam z Burym. I… – przerwał.

 – No mówże! – ponaglił go lekarz, nie odwracając wzroku od znaleziska. Obracał je w dłoniach. Powierzchnia przedmiotu zdawała się być twarda, ale elastyczna: uginała się pod naciskiem palców w grubym, gumowym płaszczu rękawicy.

 – Ech… Wiem jak to zabrzmi, ale wyjąłem… to coś… spomiędzy żeber.

Zapadła cisza. Doktorek odłożył w końcu znalezisko z powrotem na tacę, wyjął ręce z pudła i spojrzał na Obserwatora. W oczach coś miał, jakieś przekorne niedowierzanie, zwątpienie. Oczy lekarza – żyły.

 – Niesamowite, słowo ciałem się stało… Myślisz, że nasi lokalni prorocy coś wiedzą, ale nam nie mówią? – zapytał medyk.

 – Ty mi powiedz. Dlatego chciałem ci to pokazać. Czy to w ogóle możliwe? – odparł, wciąż trzymając w górze dłonie w jednorazowych rękawiczkach.

Doktorek opuścił głowę, potarł palcem nos, jakby się zastanawiał. Po chwili zerknął na korytarz i zapytał półgłosem:

 – Kiedy tu szedłeś, dziadzia spał?

Obserwator skinął głową, potwierdzając.

 – No to zaraz sprawdzimy, czy to w ogóle możliwe. Przeżył żonę, syna i wnuki. Chcesz, chodź ze mną, nie chcesz – zaczekaj tutaj, tylko niczego tymi rękawicami nie dotykaj. – Doktorek wyszedł na korytarz, kierując się najwyraźniej do gabinetu zabiegowego.

Obserwator stał chwilę, dumając. Spojrzał na stół, gdzie w plastikowym akwarium leżało znalezisko. Nie miał ochoty przyglądać się naprędce wykonywanej sekcji ciepłych jeszcze zwłok w pokoju obok. Westchnął, usiadł na krześle naprzeciw biurka uważając, by niczego nie dotknąć – i czekał.

Ignorował niesmaczne dźwięki dochodzące jego uszu przez dłuższy czas. Przez drzwi głowę wetknął do pomieszczenia Doktorek.

 – Nic z tego, kurwa, nie rozumiem. Chodź, sam zobacz.

Poszedł. Już dawno przestało mu się robić niedobrze na widok zwłok w różnym stadium rozkładu lub stanie uszkodzenia, ale w widoku starca, o twarzy tak spokojnej, jakby spał snem sprawiedliwego, tak pogodnej, jakby przed momentem zasnął, w zestawieniu z krwawą dziurą w piersi – było coś… Niestosownego.

Doktorek, ubrany w upstrzony rdzawymi plamami fartuch, zanurzył rękę w otworze, rozchylił krawędzie i wskazał palcem coś w środku. Obserwator nachylił się.

 – Widzisz? Żadnych cudów. Jesteś pewien, że tamto wziąłeś, skąd wziąłeś, ze świeżego ciała?

 – Tak.

 – To powiedz mi, kim, do ciężkiej cholery, był ten twój trup!?

Obserwator nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami. Wyszli na korytarz. Odwrócił się do lekarza:

 – Słuchaj, biorę to… coś, oczyszczę tylko najpierw. Pogadam z nimi. Nie mam lepszego pomysłu, a ty?

 – Daj mi się umyć, zdezynfekować, pójdę z tobą. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem…

 

***

 

Wraz z zapadającym zmrokiem dzień na placu już się kończył, zostali tylko nieliczni przetrwańcy i trzódka Kapłana. W jękliwych modłach usiłował przeszkodzić im Ksiądz, czytający Biblię na głos tuż obok chramu zaimprowizowanego wokół drzewa. Obserwator uśmiechnął się mimowolnie, nierówna to walka – czytać po zmierzchu bez światła będzie trudno, a wyć po ciemku to żadna sztuka. Podeszli do zgromadzonych. Bury, prowadzony na sznurku, zawarczał.

Poprosili obu na bok. Duchowni obrzucili się nieprzyjaznymi spojrzeniami, ale podeszli razem. Mężczyzna wyciągnął z plecaka zawiniątko i zbliżył się tak, by nikt niepowołany nie mógł łatwo zobaczyć co trzyma w rękach. Rozwinął powoli materiał i – uważnie obserwując twarze to jednego, to drugiego – pokazał przedmiot. Ksiądz przeżegnał się pospiesznie, Kapłan uniósł brwi, przestępując swoim zwyczajem z nogi na nogę i wykręcając palce u rąk. Rozmawiali chwilę. Obserwator przyglądał się Kapłanowi, po czym sięgnął do plecaka i wyjął znalezione jajko. Skorupka pękła w jednym miejscu, nie uszkadzając jednak wydrapanego na niej wzoru. Pokazał je zebranym. Ich oczy błysnęły źle skrywanym pożądaniem – jeśli było wciąż dobre… Kapłan najwyraźniej rozpoznał symbol, gestykulował zawzięcie, próbując sięgnąć po jajo. Doktorek musiał chwycić go za rękę – i wtedy wszyscy zamarli.

Nikt teraz nie dotykał drugiej osoby bez ważnego powodu. A jeśli już, to zazwyczaj używano rękawic.

– Kiedy bogowie wybierają swoich żerców, napełniają ich na chwilę mocą. Po tym dotknięciu zawsze coś zostaje, jakaś zmiana. To kamienne serce – Kapłan wskazał pierwszy przedmiot – pewnie jest takim śladem po Mokoszy.  Ona włada ludzkimi losami, a los nie zna uczuć – wydusił z siebie, wyrywając rękę z uścisku Doktorka. – A jajo to amulet, ziarno mocy bogów. Symbol zdrowia, odrodzenia, życia. Wiem, jak go użyć. Może nam pomóc. Wszystkim – ostatnie słowo wypowiedział wolno, z naciskiem, popatrując to na Obserwatora, to na Księdza.

 Obserwator zacisnął usta i milczał. Jeszcze dziś rano wyśmiałby Kapłana, ale teraz, z ludzkim sercem o wyglądzie i fakturze kamienia w dłoni, sam nie wiedział, w co wierzyć. Jednego był pewien – każdy był głodny. Trudno było rozsądzić, czy rzeczywiście chodzi o jakiś mistyczny amulet, czy też o zwykłe burczenie w żołądku. Przed chwilą byli o krok od wszczęcia bójki o jedno, być może niezepsute, jajko. Kusiło go, by zachować je dla siebie, by urządzić sobie dziś wieczór prawdziwą ucztę, ale z drugiej strony – idzie zima. Jeśli nic się nie zmieni, co będą jedli? A może pytanie powinno brzmieć: kogo…?

Bury trącił nosem rękę, domagając się uwagi. Obserwator potrząsnął głową, teraz już mu nie było obojętne, czy przeżyje. On i pasażer znów stanowili całość.

Podał amulet Kapłanowi. Ksiądz spojrzał dziwnie, zrobił znak krzyża na odegnanie złego, ale nic nie powiedział. Tydzień później chwyciły przymrozki i zauważono dziki, które wyszły z okolicznych lasów w poszukiwaniu pożywienia.

Dużo dzików.

 

Koniec

Komentarze

A ta szóstka nie dlatego, że Cię kocham, ale że zajebiste opowiadanie.

Przerażające, dołujące (oj, jak ja nie lubię umierających dzieci! Dzieci winny żyć do późnej dorosłości) i cholernie przygnębiające, z puentą, która o tej godzinie, po ciężkim tygodniu, jest prawie nie do przełknięcia…

 

Zajebiste i tyle

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Hmm, dziękuję za komplement. ;) Ciesz się, że nie widziałaś pierwszej wersji, nędzna była.

 

Rad jestem, że lektura nie była letnia. A o dzieciach myśl tak: leniwy rybol, użył najbardziej wyświechtanego tricku, żeby pograć na emocjach czytelnika… ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zdecydowanie wolę moje umęczone kobitki niż maltretowane przez Ciebie dzieci. Więcej mi tego nie rób.

No!

 

P.S. Kurde, naprawdę chciałam tu wrzucić buziaka, ale…

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Gdy tak patrzę na to opowiadanie całościowo, widzę pięknie wyciosane bloki tekstu. Naprawdę ma ładny kształt. Zapowiada się epicko ;)

A z bliska przyjrzę się jutro. To znaczy, właściwie już dziś.

PS: Co to za szatański pakt, że zaraz po dodaniu liczy Ci 25 komentarzy?

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

(zaciera płetwy)

Emelkali: No, to pomęczymy my sobie, zamęczymy, potorturujemy… W końcu – od czego są bohaterowie? Nawet tym drugoplanowym można co nieco ponacinać…

Wrzucaj co chcesz. Najwyżej beryl zwomituje, co akurat chyba dobrze mu zrobi – kichy przeczyści, miejsce na nowe uczucia w sobie zrobi ;-)

 

EDIT: Vedyminie, to są betakomentarze. Praca była dość owocna i intensywna.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

pchani przez dni [,-] dziwnym przymusem by pomimo wszystko żyć…

zakładał wnyki – w mieście? Na kogo? Dopiero co czytałem, że w lasach wymarła zwierzyna…

Całość bardzo.

To cały komentarz.

 

Toście, towarzyszu Adamie, pojechali z recenzją po całości ;) Dziękuję za wskazanie niedoróbek (poprawione) i głos do Biblioteki. Swoją drogą ten konkurs wygenerował już trzy nowe teksty w tym miejscu. ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne ;) Bardzo mi się podobało.

Lord Vedymin ma rację : epickie ;)

Pozdrawiam xD

Dziękuję Miracle, za odwiedziny, lekturę i dobre słowo :-)

No, jest to tekst epicki, gdyż albowiem ponieważ i z powodu, że – oparty o narrację, jako podstawową formę wypowiedzi ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wyszedłem z założenia, towarzyszu PsychoFishu, że mądrej głowie dość dwie słowie. :-) Czyżby jedynie teorią to było w Waszym, tow. PS, przypadku? :-)

Towarzyszu obywatelu Adamie – starczyło, szczególnie jakeście Bibliotekę kliknęli ;) Jeno zwyczajem odwiecznym ryb nietentegesowatych, kpię sobie – liczyłem na wasze poczucie humoru i pamięć: jakiś miesiąc temu był tu delikwent narzekający na brak rozbudowanych recenzji nożo… lożowników ;-) Jak mniemam, nie pomyliłem się? :-]

 

I od razu korespondujący dowcip:

 

Druga wojna światowa. Pod gabinetem Stalina enkawudzista na straży, ze środka wychodzi rozzłoszczony Żukow.

 – A to sk..wiel wąsaty! – mamrocze pod nosem marszałek.

Enkawudzista takiej obrazy darować nie mógł, dokonał obywatelskiego zatrzymania i po krótkiej pyskówce prowadzi marszałka z powrotem przed oblicze Wodza.

 – Towarzyszu Stalinie, melduję, że obecny tu marszałek Żukow, wychodząc z gabinetu, powiedział: “A to sk..wiel wąsaty!”

Stalin zmarszczył groźnie brwi i skierował chmurne spojrzenie na swojego oficera. Żukow, z niewzruszoną twarzą, spokojnie dodaje:

 – Miałem na myśli Hitlera.

Stalin obraca się do enkawudzisty, spogląda bardzo groźnie i pyta:

 – A wy, towarzyszu, kogo mieliście na myśli…?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie, przeczytałem opowiadanie i mam mieszane uczucia. Opowiadanie warsztatowo doskonałe, ale ta apokalipsa jest tak rozwleczona, że ledwie doczytałem do końca, a koniec całkowicie mi się nie spodobał. Dlaczego na początku psy są dzikie? A powinny być – zdziczałe. Aby psa nazwać “dzikim”, trzeba mieć porządne uzasadnienie. Ten wirus wygląda mi na ebolę. Niemniej opowiadanie bardzo dojrzałe, pozytywnie odbijające od głupot wypisywanych w większości innych tekstów. Większość opowiadań jest tak bezdennie głupia, że czytam, ale nie komentuję. Pozdrawiam.

Ryszardzie: A tu masz rację, dzikie to one będą najwyżej w drugim pokoleniu. Dziękuję za wizytę, czas poświęcony na lekturę i komentarz :)

Koniec – a dlaczego ci się nie spodobał? Nie, żebym namawiał do zmiany zdania, ciekaw jestem powodu.

Część objawów zapożyczyłem od eboli, część od sepsy, międzygatunkowość ogólna to już w ogóle rozbujały i bardzo odległy krewny SARS… Generalnie – absolutnie fantastyczny mix ;)

 

Unfallu: Dziękuję za poparcie Biblioteki. Pamiętaj, że betakomentarze widzimy tylko my – reszta czytelników nie – więc zaraz ktoś cię poprosi o uzasadnienie. Brajt tak uczynił, by zapewnić minimalną prywatność betowania :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zacząłem czytać i przebrnąłem do końca, niestety, z dużym trudem. Sprawnie napisany tekst, choć rażą zwroty i duże partie tekstu nasycone emfazą. Jednakże tekst jest fatalnie przegadany. Rozumiem zamiar pokazania codzienności apokalipsy. Ale nadmiar szczegółowego opisu codzienności zabił fabułę. Gdzieś zniknęła zapowiedź tajemnicy, rozmył się dramatyzm, bo opis nie wciąga.  

Tekst do przeredagowania, udramatyzowania, zdynaminizowania, a przede wszystkim – skrócenia. Wlecze się – i czytelnik zaczyna przelatywać go wzrokiem!

Mogło być o wiele lepiej.

Pozdrówko.  

Dziękuję Rogerze :)

Czy to przegadanie dotyczy tej “środkowej” części, w której bohater popada najpierw w apatię, a potem następuje opis codzienności – czy też w akapitach wcześniejszych i późniejszych również?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na początek może tak – w pliku autorskim wytnij całą czwartą część. I zobacz, jak wtedy będzie wyglądał tekst…

Pozdrówko. 

Rybko, a dla mnie nie było za długie ani przegadane. Było brudne, kleiste, beznadziejne, straszne. I to są komplementy. A mnie w przeciewieństwioe do Emelkali jakoś bardziej ruszył wątek z psem niż z dzieckiem. Może dlatego że dziecko zmarło i już, a Buremu poświęciłeś sporo miejsca.

Nie czytam ostatnio i nie komentuję zbyt wiele na portalu, a Twoje opowiadanie zmusiło mnie do zajęcia stanowiska.  Bardzoi dobry tekst. Nie wiem, czy mi się uda, ale spróbuję zagłosować.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Roger: masz na myśli scenę z żołnierzami czy tę zaczynającą się od “Tamtego poranka, (…)” ?

 

bemik: Dziękuję :) Takie ma być, są jednak różne grupy czytelników. Być może nie ujmując nic z treści i klimatu mogę zdynamizować/inaczej poprowadzić fragmenty, ale muszę się upewnić, o które chodzi ;) Z kompozycją, niestety, walczę od zawsze.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie, na mój nos, Ty musisz mieć jakiś zawodowy kontakt z literaturą, bo to co napisałeś to nie amatorszczyzna. Ponadto jestem pewny, że masz psy, bo ich znajomość rzuca się w oczy. Jeżeli chcesz, to poślę Ci krótki fragment mej powieści opisującej prawdziwe dzikie psy. Pozdrawiam Bemik, za którą się stęskniłem.

Zaczynającą się od słów “W oddali błysnęło, …” Potem przejechać tekst, usuwając zbędne wyrazy. 

“Zdziczałe psy ucztowały w najlepsze nad zdobyczą, ściśle przestrzegając panującej w watasze hierarchii. Westchnął – było ich zbyt dużo, by ryzykować płoszenie zwierząt za pomocą strzałów w powietrze, a na wybicie stada po prostu szkoda było kul. Szczególnie, że przybył dość późno: z kurtki i spodni ofiary niewiele już pożytku, buty, z tego co widział przez lornetkę, i tak były liche, a zawartość plecaka oraz ocalałych kieszeni będzie mógł przetrząsnąć spokojnie jak tylko drapieżcy skończą ogryzać kości. Położył rękę na głowie warującego obok, niespokojnie nasłuchującego wilczura – obydwaj musieli uzbroić się w cierpliwość. Wątpił, by wataha na dole zostawiła cokolwiek zdatnego do jedzenia, ale może parę kości… Nieostrożnemu wędrowcowi, na tyle szalonemu by po zmroku zapuszczać się w miejskie parki połączone z pobliskimi lasami, było i tak już wszystko jedno. Mieli przed sobą kilka godzin czekania. Niespiesznie zaczął szykować plastikowy płaszcz, rękawice, maskę i okulary

Po szybkim retuszu.

Zdziczałe psy ucztowały nad zdobyczą, ściśle przestrzegając panującej w watasze hierarchii.

Ciężko westchnął – było ich zbyt dużo, by ryzykować płoszenie zwierząt strzałami w powietrze, a na wybicie stada po prostu nie starczyłoby kul. Szczególnie, że przybył dość późno: z kurtki i spodni ofiary niewiele już pożytku, buty, z tego co widział przez lornetkę, i tak licho wyglądały, a zawartość plecaka oraz kieszeni trupa będzie mógł przetrząsnąć spokojnie, jak tylko drapieżcy skończą ucztę.

Położył rękę na głowie warującego obok, niespokojnie nasłuchującego wilczura – obydwaj musieli uzbroić się w cierpliwość. Wątpił, by wataha na dole zostawiła cokolwiek zdatnego do jedzenia, ale może parę kości…

Mieli przed sobą kilka godzin czekania. Niespiesznie zaczął szykować plastikowy płaszcz, rękawice, maskę i okulary.

Policz, i;le w takim małym fragmencie “zeszło” znaków. Tekst o dziesięć procent krótszy jest o dziesięć procent lepszy.

Pozdrówko.

:-) A tekst o sto procent krótszy? :-) 

Pytanie to kieruję wyłącznie do PsychoFisha; niech wybiera między tekstem, jaki jest, a tekstem o sto procent lepszym… :-) Jak brzmi odpowiedź, PS?

Nie da rady skrócić tekstu o sto procent… Ale – trzeba pamiętać, że jeżeli możesz skrócić tekst, skracaj. Automatycznie staje się bardziej dynamiczny.

Napisalem takie opowiadanie – “Przeistoczenie’”. Latem opublikuje je “Esensja”. Dlugie – liczyło ponad sto tysięcy znaków. Siadłem i skróciłem je, eliminując zbędne wyrazy i zdania, o blisko sześć tysięcy znaków. 

Jeżeli można skrócić tekst bez szkody dla fabuły, należy to robić, a nie sprowadzać sprawy do absurdu. 

Ryszardzie: Nie, zawodowo zajmuję się czymś cholernie odległym od literatury ;-) Po prostu kiedyś dużo czytałem (bo teraz, książka na miesiąc, to jakaś posucha) i bardzo lubię opowieści różnorakie, a fantastyczne w szczególności ;)

EDIT: Psy tak, od małego ;) Do tego przeważnie te bliżej wilkowatych.

Adamie: ;-) Przyznam jednak rację Rogerowi, że warto skracać, usuwając niektóre powtórzenia lub – tam gdzie jako autor uznam to za stosowne – skracając niektóre zdania narracji, zachowując ich treść. Do tego potrzebne są jednak dłuższe odleżyny lub kawaleria w postaci wielu czytelników – każdy wskaże cos innego. Dam tekstowi pospać dziś w nocy, może jutro będę miał trochę czasu w podróży, by go podrasować.

Roger: absolutnie tak i nie. Dynamikę/płynność czytania można też uzyskać np. odpowiednio sekcjonując tekst na krótsze fragmenty, łatwiej przyswajalne dla użytkownika lub dodając fragment akcji ożywiającej narrację. Styl mam, że tak powiem, barokowy w zdaniu, modułowy w konstrukcji – co ułatwia mi później zabawę lub ewentualną redakcję. Tak, miałeś rację z “W oddali błysnęło…” – usunięcie/przeniesienie części treści gdzie indziej lepiej dzieli fabułę na okres “przed” i “po”. To są elementy zauważalne świeżym okiem, dziękuję – nawet, jeżeli nie korzystam ze wszystkich otrzymanych uwag, to i tak naprowadzają mnie na fragmenty do poprawy.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie lepszy EzeCHiel? Coś wyczuwam wpływ Tarantino na transkRYBpcję ;-)

Dobra, trzeba dodać do kolejki. I'll be back :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Och, z Adama to jednak perfekcjonista. Ja bym tam nie przesadzała, ale jakbyś z tego drabla zrobił, to byłoby niemal idealnie. Fabułę byś upchał, a te wszystkie ozdobniki i opisy to sobie mogłeś darować, po co to komu?

I w ogóle – zlikwidujmy najpierw przysłówki, potem przymiotniki, potem opisy a potem niemal całą resztę, zostawiając… No właśnie, co?

 

A serio: to jest na pewno dobry tekst. Ale ja również mam nieco mieszane uczucia, chociaż nie ma to nic wspólnego z mitycznym i podręcznikowym “przegadaniem’. Moje zmieszanie wynika raczej z tego, że to już było, tyle razy. I ok, niech będzie po raz kolejny, epidemia, trupy, prorok, zdziczenie. To wdzięczny temat, można go eksploatować jeszcze i milion razy. Tylko – wybacz moje widzimisię i moją czysto subiektywną opinię – jednostkowo a nie masowo. A przynajmniej jednostkowo na masowym tle. U Ciebie zaczęło się super (w ogóle ten pierwszy fragment mógłbyś spokojnie wydłużyć), by rozwinąć się w opis dotkniętego epidemią świata. I niech sobie ten opis będzie, bo jest bardzo dobry i czyta się nieźle, ale – nie ma bohatera, nie ma tego, czyimi oczami świat oglądam. Dobra – ogarnęła ich znieczulica, trudno tu o emocje – ale taki wydrenowany bohater mógłby być nawet ciekawszy.

Więc – ja mam niedosyt. Bo bym rozwinęła, a nie skróciła. 

Ale rozumiem – znaki, limity, to w końcu opowiadanie a nie trylogia, bla bla bla.

Tak czy inaczej – podobało mi się, bez najmniejszych wątpliwości dodaję głos do biblioteki.

 

Aha, jeszcze jedno. Zakończenie niestety też mi się nie podobało. Banał do kwadratu. I niech Ci nie będzie smutno. :)

---> PsychoFish. Ja to nie tylko wiem, ale rozumiem i, przeważnie, bo nie zawsze, popieram. Ale diablo mnie rozbawiło tak dokładne wyliczenie zależności między stopniem poprawy teksty a stopniem jego skrócenia. Przyjmując narzucającą się z automatu zależność liniową… No , sam wiesz, do czego to prowadzi.

Ocho: ależ ten bohater właśnie cały czas jest, tyle, że… Jakby nieobecny. Z boku. Beznamiętny. Starałem się oddać, poprzez narrację w trzeciej osobie, to odseparowanie, odcięcie. Czas mu ucieka nie wiadomo gdzie, widzimy epizody, do pewnego momentu brnie/jedzie na autopilocie. No cóż, chyba nie do końca wyszło jak chciałem ;) Limitem, jest niestety, czas, jaki mogłem poświęcić na pisanie i poprawianie. Jeszcze tydzień by się przydał, żeby co nieco porozwijać i dopracować ;)

A zakończenie?

No cóż – taki mój prywatny żarcik z religijnych metafor, kiedy słowo ciałem się stało ;) Co byłoby mniej banalne – mały, czarny prostopadłościan o stosunku długości boków 16:9, jakby pochłaniający światło, a jednak czymś emanujący? Prze-ż Kubrick by mnie w sądzie wykończył, do spółki ze spadkobiercami Clarke’a i nawet zrzuta miliardów zachwyconych niebanalnym zakończeniem fanów nie uchroniłaby mnie od rujnującego odszkodowania ;)

Dzięki za Bibliotekę ;)

Jerohu: Ano… poprawione ;)

Adamie: Ano ;-) Dlatego śmieję się, po części przyznając rację, a rację przyznając – śmieję się ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie, po małych poprawkach tekst moim zdaniem zasługuje na publikację w druku. Obraz stopniowej zagłady, rozpadu struktur państwowych, degeneracja społeczeństwa, upadek wszelkich norm współżycia, zmiany w psychice ludzi, razem tworzy sugestywny i przejmujący obraz Apokalipsy. Moim zdaniem to najlepszy tekst z dotychczasowych w konkursie. Po drugim czytaniu moje uznanie wzrosło. Pozdrowienia.

Masz rację, Psycho, ten bohater jest. Tylko że – dla mnie – proporcje między nim a (kolejnym) opisem epidemii są jednak na korzyść tego drugiego. Ten opis jest niezbędny i dobry, dlatego też pisałam, że mnie by się jeszcze bardziej ten tekst podobał, gdyby został rozbudowany.

Ale ponieważ chyba tylko ja mam tego typu wątpliwości, to nie będę się upierać, że mam rację. Może to po prostu coś z moją percepcją jest nie tak.

 

A co do zakończenia – wiesz dobrze, że nie o kształt chodzi. Bardzo spodobał mi się motyw, dlaczego ludzie stają się odporni, a jeszcze bardziej – dlaczego tę odporność tracą. A zakończenie – no, poczułam się trochę zrobiona w bambuko. :) Ale znowu – nie twierdzę, że mam rację.

Pozdrawiam.

No i właściwie naszła mnie teraz refleksja, że – po niemal dwóch latach na portalu – zaczynam chyba rozumieć, dlaczego nigdy nie czytałam dużo opowiadań,  zdecydowanie przedkładając nad nie powieści. Opowiadania mają swoje ograniczenia, z czegoś często trzeba zrezygnować. Nie da się tworzyć skomplikowanych, wyrazistych bohaterów, jednocześnie rozwijając rozbudowany, bogaty świat. Czasem jest albo jedno, albo drugie, naturalna sprawa.

Chyba więc po prostu nie przepadam za opowiadaniami, przy okazji żądając od nich tego, czego żądałabym od powieści. Z tego też powodu moje zarzuty bywają bezpodstawne.

Chociaż w życiu nie zgodzę się z tym, że – tak od kopa – tekst krótszy to tekst lepszy.

Ryszard: Dziękuję, miło mi słyszeć, że tekst teraz jest strawniejszy ;)

 

Ocha:

A zakończenie – no, poczułam się trochę zrobiona w bambuko. :)

Muszę porozmawiać z moim wewnętrznym kapitanem Oczywistym na temat stopnia, w jakim nie, a w jakim jednak zmuszamy Czytelnika to główkowania interpretacyjnego, bo chyba jednak przegielimy z tacami i podsuwaniem pod nos ;) Pocieszę cię – ten bohater (i towarzyszące mu psy) rozbija się bezczelnie w sumie w trzech opowiadaniach, bo w jednym się nie mieścił ;) “Ezechiel 11,19” jest tym trzecim, dodające do puzzli, z których składa się bohater, odrobinę jego przeszłości. Bez swojego tła nie istnieje, a tło bez bohatera to nie jest temat na osobne opowiadanie, więc w każdym się ta mieszanka musi pojawić – ograniczenie formy.

Chyba imć Kres pisał, że opowiadanie jest jak randka, przygodny seks, a powieść – jak dłuższy związek. Siłą rzeczy to pierwsze w dużej liczbie szzegółów poza może główną fabułą – jest nader powierzchowne, choć atrakcyjne i dynamiczne. ;)

 

Dynamizacja tekstu pomaga w jego przyswajalności, nie zawsze trzeba w tym celu skracać – choć moją wadą akurat jest radosne wodolejstwo ;)

 

jeroh: Nie dodałeś do kolejki. Moje czarnuchy będą w twojej pieprzonej miseczce ryżu, że sobie sparafrazuję… ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bury co rusz podrywał z ziemi patyk, zabiegał mu drogę, zachęcał do zabawy.

Chyba gubisz tu podmiot. Wygląda, jakby Bury zabiegał drogę patykowi i patyk ten właśnie zachęcał do zabawy.

 

Ręką mu drżała

Aąąąąąąąą.

 

W końcu instynkt samozachowawczy przejął kontrolę, opuścił dom i chyba po raz pierwszy, zapamiętał ten fakt.

Znowu podmiot, który stanowi instynkt opuszczający dom.

 

Tamten malutki woreczek soli. – odparł pasażer na gapę jego ustami.

Zbędna kropka.

 

Ogólnie bardzo smutne i mroczne. Zakończenie tylko jakoś nie przypadło mi do gustu, a w środku z lekka opis apokalipsy się wlókł, chociaż sądzę, że to nie tekstu wina, tylko bólu głowy, który mnie męczy.  Napisane świetnie, tchnie profesjonalizmem, jak oddech żula wódą :) W sensie mocno. Jak dla mnie nadawałoby się do publikacji. Ale nie napiszę, że to najlepsze w konkursie opko, bo też startuję i nie będę chwalić konkurencji przesadnie :P Swoją droga ten pasażer na gapę trochę skojarzył mi się z moją Apatią. Tyle, że u mnie sprawa była przedstawiona na wesoło.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dobry tekst. Nie dłużył mi się. Ja bym nie skracała. Może minimalnie, ale to jest kwestia kilku zdań. Pociągnęłabym trochę wątek księdza i kapłana, bo jakoś tak nagle znikają, a przecież nie pojawiają się bez przyczyny. 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Już został skrócony o jedną część, jakoś tak bez szkody dla fabuły… Bardzo dobrze. W tym miejscu brakuje teraz gwiazdek, ale tę niedoróbkę łatwo uzupełnić.

Pozdrówko.

Dobre.

Zabieg z retrospekcją jest chronologicznie niekonsekwentny, co na początku utrudnia wczytanie się.

Ale potem robi się już dobrze.

Infundybuła chronosynklastyczna

Bardzo mi się podoba. Nic mi się nie dłużyło, wręcz przeciwnie – gdyby było jeszcze kilka opisów egzystowania w nowej rzeczywistości, np. zdobywania jedzenia, radzenia sobie z codziennością, nie miałabym nic przeciw.

Czy wszystkie dzieci umarły, czy przy życiu zostali tylko nieliczni dorośli? Skoro ocaleli staruszkowie, to i jakieś dzieci powinny się uchować. Zastanawiam się, jak wyglądałby ich los, chyba musiałyby radzić sobie same.

Czytałam mocno zaciekawiona i cały czas czekałam na wyjaśnienie, co wydobył A. spomiędzy żeber trupa. Niestety, na koniec zawiodłam się srodze. Nie takiego finału oczekiwałam.

 

„…zabrał się za metodyczne przeszukiwanie strzępów ubrania i plecaka”. – …zabrał się do metodycznego przeszukiwania strzępów ubrania i plecaka.

 

„Przepakował wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – dla siebie lub na wymianę – do wydzielonej, szczelnej foliówki”. – Wolałabym: …do oddzielnej, szczelnej foliówki.

 

„Przyglądał się kilka chwil zwierzęciu”. – Wolałabym: Przyglądał się zwierzęciu kilka chwil. Lub: Kilka chwil przyglądał się zwierzęciu.

 

„Na jego twarzy odmalowało się zdumienie, niedowierzanie…” – Wystarczy: Na twarzy odmalowało się zdumienie, niedowierzanie

Tam nie było nikogo innego, kto miałby twarz.

 

„– Mamooo…! Mamooo…! – Zawołała dziewczynka, wbiegając do domu”.– Mamooo…! Mamooo…! – zawołała dziewczynka, wbiegając do domu.

 

„– Bury znalazł pod krzaczkiem… – dziecko patrzyło na mamę wielkimi oczami…”Bury znalazł pod krzaczkiem… – Dziecko patrzyło na mamę wielkimi oczami

 

„…ileż można psa bez spaceru na ogrodzie trzymać!” – …ileż można psa, bez spaceru, w ogrodzie trzymać!

 

„Przerzucał co jakiś czas na inny kanał z informacjami”. – Co to jest co jakiś czas i dlaczego był przerzucany na inny kanał? ;-)

Może: Szukając nowych/ świeżych informacji, co jakiś czas przerzucał kanały.

 

„Bury, zdziwiony początkowo niecodzienną porą aktywności ludzi, kręcił się za nimi”. – Wolałabym: …kręcił się przy nich.

 

„…szmatą przez łeb i wynocha na ogród!” – …szmatą przez łeb i wynocha do ogrodu!

 

„Zadzwoniła przyjaciółka Kaśki z Wrocławia mówiąc, że na ulicach jest wojsko”. – Wolałabym: Z Wrocławia zadzwoniła przyjaciółka Kaśki, mówiąc, że na ulicach jest wojsko.

 

„Żona chciała, żeby wywiózł psa. Daleko, ile się da…” – Wolałabym: Żona chciała, żeby wywiózł psa. Daleko, najdalej jak się da

 

„Wjechał tak daleko, ile się dało…”Wjechał tak daleko, jak się dało… Lub: Wjechał tak daleko, jak mógł

 

„…bardziej maskotka niż myśliwy …” – Zbędna spacja po wielokropku.

 

„Porucznik Barczewski tydzień później, podczas konwoju zwłok do krematorium przy miejskim cmentarzu, po raz pierwszy zakaszlał krwią”. – Wolałabym: Tydzień później, podczas konwoju zwłok do krematorium przy miejskim cmentarzu, porucznik Barczewski po raz pierwszy zakaszlał krwią.

 

Audycje wspominałyśmiertelnej skuteczności wirusa…” – Wolałabym: W audycjach wspominano śmiertelnych skutkach zakażenia wirusem

Audycje wspominały, nie podoba mi się tak samo jak: gazety pisały

 

„…dosłownie w mgnieniu oka przeistaczali się w drapieżników, walczących o zdobycz”. – …dosłownie w mgnieniu oka przeistaczali się w drapieżniki, walczące o zdobycz.

 

Doktorek, wysoki mężczyzna w średnim wieku, siedział z nogami na biurku…” – Czy Doktorek siedział na biurku po turecku? ;-)

Proponuję: Doktorek, wysoki mężczyzna w średnim wieku, siedział za biurkiem, z nogami opartymi na blacie/ o blat

 

„A trafia mi się owe ścierwo, powiem ci, coraz częściej…”A trafia mi się owo ścierwo, powiem ci, coraz częściej

 

„Położył go na tacy, którą Doktorek zaraz zakrył stanowiskiem”. – Jak tacę zakrywa się stanowiskiem? ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Tenszo, Virginio, Stefani, Regulatorzy.

Zaraz poprawię te nieładne niedoróbki ;)

Narzekacie na ten finał i narzekacie, aż się zacząłem zastanawiać – dlaczego wszyscy czują się zawiedzeni tak brutalnie dosłownym potraktowaniem metafory? Bądź tu mądry i pisz wiersze ;)

 

regulatorzy: Tak, dzieciaczki też przeżyły. Niektóre. Nie w tym opowiadaniu, a nie chciałem robić sobie więcej powtórzeń między tekstami. ;)

 

Virginio: Ten wątek jest powoli rozbudowany… gdzie indziej. :) Tu jest potrzebny o tyle, by zarysować pewien mechanizm.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No! W końcu przeczytałem.

No i powiem tak: ja tu jakieś pierdoły o kotach wypisuję, a tu się panie, porządną literaturę tworzy! Wypada mi pogratulować i podziękować za mobilizację. Lecę odgrzebać zaniedbane pomysły.  :)

Pozdrawiam.  :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Dziękuję, Zalth ;) Sprawiłeś mi dużą przyjemność “porządną literaturą” ;)

 

Ocha, regulatorzy, Tensza i wszyscy niezadowoleni z finału: Dodałem jedno, no, może dwa zdania w pierwszej scenie i rozbudowałem finał w nieco inną stronę. Dajcie znać, czy teraz nie “czujecie się zrobieni w bambuko” ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A ja nie przeczytam, bo mnie wrzuciłeś do wszystkich, zamiast wymienić z osobna! Foch!

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ach te baby, tylko fochy by strzelały. PsychoFishu, ty szczęściarzu, jak to robisz, że tak działasz na kobiety? ;-)

A to nowe zakończenie ni hu hu mi się nie podoba. Klimat, Skarbeńku, zarżnąłeś piłą mechaniczną. Raz i na zawsze. :P

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

True, źle zrobiona ostatnia scena – forma zmieniona. Teraz lepiej?

 

(Niesamowity jest ten szybki feedback od Czytelnika. Szkoda, że publikowane w sieci teksty mają małą szansę na druk, bo to jest chyba najszybsze środowisko testowe dla opowiadań, jakie znam ;) )

 

Prosiaczku: To nie ja. To one same. Ja tylko jestem ;)

Tenszo: ja nie wiem, ty zwidy chyba masz, wyraźnie, jak wół stoi: “Tenszo”… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jest lepiej, ale pisanka mi zgrzyta… nie w sensie jajka, tylko to słowo… PISANKA. Ni hu hu w klimat.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Wysłałem i pisankę na spacer, ale do jaja jest tak mało synonimów… Tak mało…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Może tylko ja tak mam, ale jeśli już musisz użyć jajka, to może kraszanka? Trochę lepiej brzmi niż pisanka.

Dla mnie lepiej, nie koniecznie dla innych :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Oszukujesz, rybko, ale dobra – przeczytałam.

 

 – Słuchaj, biorę to… coś, oczyszczę tylko najpierw. Pogadam z nimi. Nie mam lepszego pomysłu, a ty?

 – Daj mi się umyć, oczyścić,

Po umyć słowo “oczyścić” wydaje się zbędne. A jeszcze się nachalnie powtarza (wiem, że dialog, a jednak w oczy kłuje).

Szczerze, do tej jajecznej reformacji przekonana nie jestem. Największa siła w twoim opowiadaniu to wykreowany świat, mroczny i dojmujący. A tu jakieś jaja :P

 

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Hmm, czytałam jeszcze przed zmianą, ale nienawidzę pisać komentarzy na komórce. Bardzo mi się podobało, choć kamienne serce uważałam za najsłabszy element opowiadania. Już chciałam namawiać na uzależnienie replikacji wirusa od poziomu oksytocyny, a tu… Jajko? Sajko! WTF? ;)

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Na symbolikę jajec w wierzeniach słowiańskich nie poradzę ;) Nic, trochę wypoleruję, żeby strawniej poszła końcówka, ale póki co – JAJO zostaje ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFishu, przyrzekłam sobie, że postaram się akceptować zakończenia opowiadań w takim kształcie, jaki Autor uzna za najlepszy. ;-)

Po zmianach wiem trochę mniej. Jajo mi zamąciło.

To pewnie głupie pytanie, ale czy A. znalazł między żebrami trupa kamienne serce, gdyż zaraza powodowała, że serca ulegały petryfikacji?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tego bardzo, bardzo teraz nie chcę dopowiadać – bo pytanie, czy skamieniałe w wyniku doznanych cierpień serce uchroniło przed śmiercią od zarazy, czy może zaraza u pewnego, małego procentu populacji spowodowała dziwaczną kamienność, czy też może z sercami przetrwańców nic się nie dzieje poza metaforycznym “skamienieniem”, a w tym jednym, konkretnym wypadku wplątała się siła nadnaturalna, jak twierdzi bardzo wygłodniały, żądny protein Kapłan – chciałem zostawić bez rozstrzygającej odpowiedzi.

To opowiadanie wyszło od pewnego szkicu, starego. Jest już od niego odległe, ale musi pozostać spójne z dwoma innymi opowiadaniami. A jak rozstrzygnę… To jaką będę miał mobilizację, by napisać następne? :)

Dzięki za zajrzenie!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A jak rozstrzygniesz, to będzie rozstrzygnięte. ;-)

Jeśli potem nie będziesz się czuł zmobilizowany, by znowu coś napisać, zaczniesz jakiś szkic. I tak sobie szkicu szkicu, i nie wiadomo kiedy następne opowiadanie będzie gotowe. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie akcja z sercem się podobała. Niedopowiedzenie jak najbardziej OK.

Rzeczywiście, dość typowa wizja apokalipsy i świata po. Jak sam piszesz – tradycyjna. Ale to nie wada. Nie każdy tekst musi odkrywać Amerykę, a ostatnio chyba nawet zbyt wiele próbuje. Bohater fajny, jego pies też. Klimat jak należy. No i to jest po prostu ładnie napisane opowiadanie. Co tu dużo ględzić, bardzo mi się.

 

PS. Ufam, że już mogę trochę się rozluźnić. U Chińczyka dziwnie na mnie patrzą, kiedy odbezpieczam broń, zanim podadzą żarcie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Obawiam się, regulatorzy, że fatalnie szkicuję. Według szkicu, pies ma nóg pięć, bo ogon mi nie wyszedł, a kilkuletnia dziewczynka wygląda jak bardzo tęga krasnoludzka kobieta w tradycyjnie plecionych warkoczach ;-)

 

Dzięki jerohu ;-) Zaczynałem już sądzić, że opuścił mnie czuj finału zupełnie – spakował bambetle i wyjechał do mamusi, na zawsze. Podtrzymałeś mnie na duchu. Z broni u Chińczyka jeszcze bym nie rezygnował – kaczka Hau-Hau potrafi płatać figle…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ale kiedyś umiałeś szkicować, bo wcześniej napisałeś: To opowiadanie wyszło od pewnego szkicu, starego. To teraz, do nowego opowiadania, chyba wystarczy zrobić nowy szkic.

 

Wytłumacz mi PsychoFishu, jaka jest zależność między pięcioma nogami psa a Twoim ogonem, który Ci nie wyszedł. Czy on Ci najpierw gdzieś wszedł, a potem nie chciał wyjść i nie wyszedł? Z wielkiej ciekawości pytam, bo przecież ryby ogonów się nie wstydzą i dumnie się z nimi obnoszą, a raczej opływają. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo ten stary szkic, regulatorzy, zamazał się lekko, dzięki czemu nie był zbyt wyraźny, co spowodowało, że wszystkie uwiecznione na nim ważne elementy miały nieostre krawędzie… No nie wiem, jak to precyzyjnie powiedzieć, ale dzięki temu w końcu coś zaczął przypominać.

 

Zależność jest nader prosta – oto bowiem ogon mój miewa wychodne, ale wtedy nie wyszedł, przeto wtrącił się do szkicowania i dorysował psu piątą nogę, bo przecież co to za pies bez piątej nogi u wozu? Zazwyczaj jak ogon wychodzi, to piątej nogi nie ma, gdyż w tym czasie ogon zalewa robaka, co uniemożliwia mu skutecznie szkicowanie. Czy to jasne? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To piąta noga psa u wozu, ma się tak do ogona zalewającego robaka, jak toast wznoszony na trzecią nóżkę, do rybki, która lubi pływać. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tam bym swojego ogona nigdzie samego nie puścił. Najpierw on będzie miał jakieś przyjemności beze mnie, a potem jeszcze ja będę miał nieprzyjemności przez jego przyjemności. Nic z tego!

A co do poprawki opowiadania, ciśnie mi się na… klawiaturę taki komentarz, jak po obejrzeniu występu zwyciężczynio konkursu na Eurowizji – bez jaj byłoby lepsze. Bez jaj i bez brody. Znaczy brody w opowiadaniu nie ma, chyba że jest a ja przegapiłem, ale jaj nie było a teraz są i mnie się bez jaj podobało bardziej, mimo że wiem, dlaczego jaja się pojawiły i nie potępiam. 

PsychoFishu, gratuluję, świetny tekst. 

regulatorzy: O, pływanie u rybek po toaście to długi temat… :-)

Unfallu: mi osobiście, przy zatrzymaniu finału na samym organie, coś jeszcze nie grało, ale nie tak bardzo bym czuł się rozczarowany jak co poniektórzy wysmakowani w literackich potrawach czytelnicy. Świerzbiło mnie, żeby coś jednak inaczej – ale co do efektu, to muszę polegać na vox populi, bo za mało czasu na ostygnięcie (wychodzi, że ci co narzekali na finał, dalej chyba nie są z niego zadowoleni, a ci co lubili poprzedni – tego już nie lubią).

Teraz już nie będę więcej grzebał, raz, żeby jurorzy mogli spokojni oceniać, dwa, że odleży tekst z miesiąc, może dwa i wrócę do niego, na spokojnie, świeżym okiem owo jajo co się ciśnie Tobie brodą na usta obejrzeć, ocenić i ewentualnie przeredagować. Tak, ja też wolałbym zamiast niewiadomoco z brodą Kleo i Donatana. W tym duecie w sumie Donatan niepotrzebny. ;-)

Trzeba mi było króciaka, za dużo wątpliwości, za mało czasu…

 

A wiecie, z ogonami tak jest, że z nimi źle, a i bez nich niedobrze – próbujemy więc, razem z ogonem, jakoś to sobie ułożyć… ;-)

 

Prokris: dziękuję :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Eee, no, jajo? Mi też zamąciło. Chyba powinnam przeczytać jeszcze raz, od początku do końca, całość. Jajo… Chyba bez jaja było jednak lepsze. Nie dogodzisz, biedny Sajko!

 

jajko, z wydrapanym znakiem. Symbol na niej przedstawiał romb…

Czego dotyczy “niej”?

 

fuck, skorupki zabrakło zamiast zaimka, po którejś korekcie. Spasiba.

No, nie dogodzisz. Ale teraz niech poleży kilka tygodni, samo się w głowie wtedy ułoży i samo, w razie potrzeby, poprawi ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Końcówka do mnie nie trafiła. Tak obszerna, a przy tym ciekawa i świetnie napisana historia zasłużyła na coś z większym pier… przytupem, a nie taki, niczego tak naprawdę nie wyjaśniający mezalians między mistycyzmem a przypadkiem. Niemniej jest to najbardziej mroczny, dołujący i nieprzyjemny; słowem – apokaliptyczny, tekst konkursowy, jaki przeczytałem. A przy tym rewelacyjne opowiadanie jako takie. A więc mój osobisty zwycięzca w konkursie.

Inna rzecz, że nie przeczytałem i już raczej nie przeczytam wszystkich opowiadań.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No. W końcu przeczytałam ostateczną wersję. Już pięć dni po wstawieniu. Nieźle, jak na betę. ;-)

Hmmm, dużo pozmieniałeś. Niektóre zmiany ciekawe, inne, IMO, nie wyszły tekstowi na dobre. Końcówka wydaje mi się taka… ni to naiwna, ni to rozmyta… Tak jakby było za mało faktów, za dużo niejasności, ale z okrzykiem “Alleluja”.

Babska logika rządzi!

Cieniu, dziękuję za opinię o finale i dobre słowo :-)

Finklo, złośliwczyni ty moja…;) Słyszę, słyszę te głosy o finale, zbieram, ale tym razem czekam ze zmianami. Niech żury poczytają (i tę wersję będę musiał zarchiwizować), niech toto ostygnie – wezmę na warsztat za parę tygodni ponownie. :)

No i dzięki za komentarz i ponowne czytanie! Te pięć dni, to niestety, termin końkursu wymusił.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nooo, kolejna perełka, zabrakło mi jakiejś jasności na koniec, ale pewnie dj jest tępy i nie załapał.

Tak czy inaczej – świetne (a raczej spalone do publikacji w NF).

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dziękuję DJ-u ;-) To wszystko przez ciebie – jakby nagroda nie była taka interesująca…

Nie bój nic, Obserwator i jego psy podbiły już co najmniej dwa miasta, kiedyś przyjdzie i czas na Warszawę… ;-)

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Uuuuu…. Proszę, proszę… “spalone do publikacji w NF”

To się koledze Sajkokarpiowi powodzi. :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

;-) Dzięki Zalth :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pieprzę to, nie doczytałem wszystkich komentarzy, nie mam na to siły. Nie znam wcześniejszej wersji zakończenia, a ta wydaje mi się przewrotna. Skoro zaś taka jest, to ma prawo, a poniekąd nawet obowiązek, odstawać od reszty utworu. A samo opowiadanie? Klimaty niezbyt moje, a oderwać się nie mogłem. Niby długie, lecz skończyło się za szybko. Podobno trzeba skracać, jak niektórzy powiadają, a ja lubię dobre opisy, które budują klimat. I co z tego, że nie wnoszą nic do fabuły? Nie samą fabułą czytelnik żyje, a jeśli tak, to żal takiego czytelnika.

Podobał mi się opis psychologiczny bohatera, jego reakcje na zmiany. Wątek z psem – wpierw pozornie okrutny – potem po prostu wzruszający, mistrzostwo.

Rybosławie, bardzo dobry tekst. No to nominujemy, bo ludzie w tym miesiącu jacyś nieśmiali, a forumowa biblioteka dla niektórych opowiadań – w tym właśnie komentowanego – to stanowczo za mało.

 

A teraz łyżeczka dziegciu:

 

– Przeżyliście, boście pozamieniali swoje serca w zimne głazy! – Krzyczał, unosząc ręce w górę i… – a nie w dół?

 

Jego pasażer na gapę wycofał ich, do tyłu, dla pewności nakładając maskę na twarz. – jesteś pewien, że nie do przodu?

 

Jego pasażer na gapę wycofał ich, do tyłu, dla pewności nakładając maskę na twarz. Głośny szmer rozszedł się falą po ludziach, wszyscy cofnęli – powtórzenie

Sorry, taki mamy klimat.

Ja cię pierdzielnę kiedyś w ten twój nadmorski (o ile dobrze pamiętam) bystry kaczan za to spostrzegawcze oko, co to każde schodzenie po schodach w dół i wdrapywanie się w górę musi bezbłędnie zauważyć! ;-) Pędzę poprawić :)

 

Ogromnie ci dziękuję – za czas, miły komentarz i nominację. Ego spuchło mi tak bardzo, że nie mogę teraz przejść przez drzwi do ubikacji, a pod koniec piwa to może być problem… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niedobrze pamiętasz, ale nic dziwnego, nigdy nie pisałem, skąd jestem ;)

Sorry, taki mamy klimat.

A, to z syf.em mnie się zwarło, wybacz. W każdym razie – ogromne dzięki, byłem naprawdę ciekaw jak oceniasz ten tekst :-) No, w jeden wieczór wpadła recenzja twoja i krótka, acz dosadna jajkowa, więc dzień jest bardzo udany ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja tak szybciutko, bo w pracy poczytuję :-) – opowiadanie bardzo mi się podoba, klimaty zdecydowanie moje – z wielką przyjemnością przeczytałem. Zresztą fajnie się czytało z jeszcze jednego powodu – lubię, jak tekst jest podzielony na fragmenty; ciężko mi się zabrać za dłuższy utwór pisany jednym ciągiem.

Ciekawi mnie bardzo, jakie było wcześniejsze zakończenie, bo z komentarzy wynika, że Rybny zmienił… ;-)

Uściski jak pociski.

Niech co Krwawy Hegemon?!!

Dzięki Stefa.

Wczesniej kończyła się u Doktorka tym, że Obserwator spojrzał na kamienne serce. ;-) Ale kobiet to nie satysfakcjonowało. Zresztą teraz też nie zadowala. I weź tu im dogódź, nie dość, że mają wielokrotny orgazm, to jeszcze ciągle niezadowolone ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lubię dorsze.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dzięki Fiszu. Widzisz, może to przez ten wielokrotny orgazm? Zawsze może być lepiej – skoro jest dobrze przy n-krotnym, to co będzie przy n+1? A limes przy n dążącym do nieskończoności? ;-)))

Przy jednokrotnym nie ma tego problemu. Wiadomo czego się spodziewać to i marudzić nie ma o co. ;-D

 

A na sąsiednim osiedlu jest sklep rybny “Delfin”. Hehs.

Niech co Krwawy Hegemon?!!

Tensza :-) :-) :-D

Stefa: o to to… I niech mi ktoś powie, że matematyka nie pozwala opisać wszystkiego… ;-) I kuźwa chata, delfiny to ssaki!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I dlatego właśnie ilekroć tamtędy przechodzę, szczerzę się jak głupi do sera. I się w sumie zastanawiam, czy właścicielem jest dowcipniś czy pacan. Kiedyś zapytam.

Sorki za off-top.

Niech co Krwawy Hegemon?!!

Tak się tylko wtrącę, i powiem, że to raczej nie dowcipniś. Osobiście widziałam solarium “Selene” i dom weselny “Hades”. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hehe, niezłe, śmiechłem. Ja tylko widziałem reklamę: “Zakład pogrzebowy <jakiśtam>. Dla stałych klientów zniżki.” ;-D

Rybonukleina nas przeklnie za off-top. Będzie kwas. ;-)

Niech co Krwawy Hegemon?!!

Psycho miałby przekląć kogoś za offtop i spam? Chyba tylko w ramach zwalczania konkurencji. ;-)

A “Hades” niezły. Ciekawe, czy ma dużo klientów. Póki śmierć nas nie rozłączy…

Babska logika rządzi!

To jest nic. Ja widziałem jak zakład pogrzebowy zorganizował promocję na Grouponie. Jakoś szybko się wycofali… :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Dom weselny “Hades” – i leżę :-D

Potem już tylko nie mogę wstać.

Który geniusz wpadł na pomysł mnie przepraszać za off-top? ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja mogę przeprosić w jego imieniu. Aby ciężar offtopowania tylko moje barki przygniótł.

Hades – hihi.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

EJ! Ja przepraszałem! Nie przepraszać za mnie! Sam będę przepraszał za siebie! Ja przepraszam! Wypraszam to sobie!

Niech co Krwawy Hegemon?!!

To ja przepraszam za siebie. I ciebie też stefa przepraszam. I wszystkich przepraszam :( Bul bul.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

;-)))

Kontynuując off-top: Fiszek, patrzę na Twój awatar i te Twoje “leżę i kwiczę”… wiesz, że jest taka ryba – świnka? Bardzo je lubię – jako nastolatek chodziłem ze znajomymi na ryby i łapaliśmy właśnie świnki. :-)

Świnki mają fajną cechę – żyją stadnie, a podczas żerowania kładą się na bok – szczególnie fajnie wygląda to w słoneczny dzień – jakby ktoś lusterkami bawił się pod wodą. Piękna ryba. :-)

Niech co Krwawy Hegemon?!!

O, świnki ja nie łapał. Na rybach byłem parę razy, nic trudnego: odkręcasz, nalewasz, pijesz… ;-)

 

Awatar przyszedł od dobrej duszy pocztą i został na dobre ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wszystkim – ostatnie słowo powiedział wolno, z naciskiem, popatrując […]. ---> zmieniłbym na “wypowiedział”. Dlaczego? “Powiedział” odnosi się, praktycznie zawsze, do całej kwestii dialogowej. W tym przypadku Kapłan akcentuje jedno słowo (że zamykające wypowiedź, to nieistotne), więc dobrze byłoby zaakcentować to również w odautorskim komentarzu. To raz. Dwa, zakresy znaczeniowe “powiedział” i “wypowiedział” nie są tożsame, ale tego niech się sam Autor w szczegółach dowie, aha… :-)

Na Adama zawsze można liczyć… ;-) Tu szpileczkę, tu wnyki imiesłowowe założy, tam pętelkę znaczeniową… Wytrawny myśliwy, z głodu, widać, nie umrze ;-)

 

Dziękuję i poprawiam. A potem się dowiem ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:-) Muszę zastanowić się, czy powyższy komplement jest jeszcze komplementem, czy już jego ukrytym przeciwieństwem. :-) 

Jest jest komplementem, tyle, że żąrtobliwym, aby dystansu nie zatracić ;-) ;-)

 

jerohu dziękuję za nominację! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:-) No, skoro tak twierdzisz… :-)

Wolałem nie zostawiać tego żartu na pastwę twojej analizy… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ryszardzie, bardzo dziękuję za nominację! ;-)

Robicie mi ogromną przyjemność, hultaje ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo zdurniałem, ale mam po krótkim oddurnianiu pytanie mam:

 

Jak to piórko, kiedy jeszcze głosowania nie było? ;-)

Mam wrażenie, że ktoś tu jakimś żółtkiem manipulował ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A niech sobie kolega zajrzy do wyników Apokalipsy, może to coś rozjaśni. :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Edytować komentarze a nie klepać!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bo się dj będzie musiał napracować :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Spoczywaj w spokoju pokoju, DJ-u ;-)

 

Wklejam dla siebie, ku pamięci, komentarz Jana Janka:

“Pomarudzę. Jak dla mnie, dwa pierwsze zdania do wymiany (oprócz <<Dzisiaj>>, rzecz jasna). Westchnął? I  pieski nie przerażają. W ogóle cały ten akapit jako wprowadzenie mi nie gra. Co do serca i jaja… Sam nie wiem. Ostatnie zdanie już w porządku. Całość dobrze skomponowana i to największa wartość tekstu, choć coś tam z chronologią nie tegowało się?(<<dzisiaj>> i te takie).“

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No to Janek jeszcze coś doda. O nie, Doda? Podobało mi się, że Psychofisz bardzo, bardzo poważnie podszedł do opowiadania, obróbki tekstu, uwag komentujących. Dzięki temu można było obserwować "pracę autora w trakcie tworzenia", czy jakoś tak. Miałem problemy z sercem, jajem, tak jak i inni, ale to znaczy, że opko zmuszało czytelnika do uruchomienia pokładów wyobraźni, że działało, ze chciało się polemizować, szukać innych rozwiązań, uczestniczyć w tej  Rybiej apokalipsie ;)

Dziękuję Janku, zaskoczyłeś mnie nominacją, bo po pierwszej uwadze spodziewałem się bardziej krytycznej recenzji ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Marudzę i zaskakuję – to moje credo ;-) A na poważnie – jeśli autor potrafi sprawić, że opowiadanie (mimo różnych takich tam) siedzi w głowie, to na nominację jak najbardziej zasługuje ;-)

A poza tym, mam teraz trochę czasu żeby pomyśleć i poczytać  :-)

No, odnosząc się do pierwszej uwagi – pieski na początku opowiadania nie miały przerażać, miały być zdziczałe, stanowić nowowytworzone, ale naturalne zagrożenie – kiedyś wilki wypełniały tę niszę ekologiczną. Jedyna różnica to ludzkożerność. Cóż, człowiek – obiad jak każdy, a jak jeleni nie ma, to człowiek się nada… Tak, żeby puknąć czytelnika w głowę: “Ej, psy to drapieżniki, stadne, pamiętasz?”

Gdybyś potrafił powiedzieć, co ci najbardziej we wprowadzeniu nie gra, byłbym wdzięczny.

Co do jaja i serca – obiecałem sobie na spokojnie, raz jeszcze, za parę tygodni. Bo jeśli odbiorcom nie do końca gra, to chyba trzeba to i owo przejrzeć ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O co mnie chodzi? Że mocna, wprowadzająca scena opisane jest zbyt statycznie, nie mocno? O tym, że pieski są zdziczałe dowiadujemy się z miejsca od autora, wolałbym, żeby czytelnik to sobie uświadomił, zwłaszcza że jest dzisiaj. Dzisiaj jest dzisiaj, ale w opku  to dzisiaj jest jutrem i to można było wykorzystać… no, w jakimś stopniu jest to wykorzystane, ale… ta scena odpowiednio rozegrana  mogłaby czytelnika chmajtnąć.  No, marudzę :) Ja po prostu ten początek inaczej bym widział :) Tak w ogóle to ponoć na Polconie mc miał spotkanie i gadał o wadze pierwszego zdania, ciekawe co on by powiedział na ten początek? Słowa, słowa… Dobra spadam, bo mnie korci żeby własną wersję początku napisać, a nie mam ochoty na bęcki ;-)

Ach, ty o tym… Nie, bęcków niet. Ale opowiadanie dostanie lifting na pewno ;-) Jeszcze po takich uwagach… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A ktoś inny powie Ci jeszcze coś innego…  W każdym razie uważaj, zastanów się czy jest sens jeszcze i jeszcze poprawiać? Od ciągłych poprawek oszaleć można, a przecież potem zawsze znajdzie się malkontent ;-) Ja już Rogerowi to pisałem, po “Drodze” Mccarthy…ego mam ból, jak na inne teksty z tej tematyki patrzę. Tam z prostoty wylazła poezja, która dawała w mordę!

Wiem, że chcę coś jeszcze poprawić, bo nie ossiągnąłeem znajomego uczucia zadowolenia z tekstu. Spokojna głowa, uwagi zawsze przeglądam, przesiewam, nigdy nie aplikuję wszystkich – mam wewnętrzny filtr. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nominuję. Tutaj oryginalna nie będę. Choć zakończenie jak dla mnie ciut ciut skopane (sorki rybcia) to jednak wykonanie mistrzowskie.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Nie będę czytała komentarzy powyżej, bo pewnie zostało w nich już wszystko powiedziane. A ja chcę sama pomyśleć o tym opowiadaniu. Przeczytałam je jakiś czas temu, ale musiałam się oswoić z Twoim A.

Jest dobrze napisane. To banalne stwierdzenie, ale jedyne, które (moim zdaniem) oddaje Twoje posługiwanie się narracją. Jest dość sucha w czasie epidemii, a z biegiem zdarzeń rozpędza się. Zmienia się wraz z bohaterem, oddaje napięcie ostatecznej tajemnicy. Do tego sprawozdawczy ton mówiący kto i jak umarł. Mnie osobiście poruszył, bo jest realny, bez upiększania i niepotrzebnego pietyzmu. Pasuje do bohatera. Cóż, o epidemiach powiedziano już wiele, ale każda jest inna. Szczególnie, że miałam wrażenie, iż A. bardziej martwił los psa niż żony (trudno było ją polubić). Śmierć rodziny go poraziła – to się czuje. Powrót Burego to początek tajemnicy i oczekiwania na zimę. Przy okazji masz ciekawe spostrzeżenia o innych ludziach. Owszem, są potraktowani „po powierzchni”, ale to przekrój różnych postaw wobec sytuacji. Istotne, że A. jest niejednoznaczny… do tej pory rozmyślam nad jego wielowymiarowością. Ha, i jeszcze pasażer na gapę. Dla mnie jest on czystym instynktem przetrwania. Szczególnie, że on odgranicza bohatera od tego, co „ludzkie”. Nawet wspólnotowość jest z pogranicza.

Podoba mi się w A. brak moralizatorstwa o tym jakim się powinno być i co powinno się robić. On jest szczery w tej swojej apatii i dla mnie zogniskował się w tym jednym zdaniu, że chciał się ucieszyć… ale po co.

Dziękuję, Tenszo i Pam za komentarze.

Nic mnie tak nie cieszy, jak banda merytorycznych komentatorów, którzy oprócz tradycyjnej łapanki rozszarpuje fabułę i formę na kęsy, niektóre wypluwa, niektóre przełyka ze smakiem, a jeszcze inne ogryza z lubością ;-)

Takie recenzje – pozytywne i krytyczne (Finklo, beto bez serca! ;-) Unfallu, przeciwstawności ty jedna… ) motywują, zmuszają do przemyślenia co spodobało się czytelnikom, a co nie oraz powodują – nierzadko – modyfikację tekstu. Tak jak wspominałem, wrócę jeszcze do “Ezechiela…”, ale chcę, żeby ostygł i wyparował mi zupełnie z głowy. Będę mógł wtedy przesiać wszelkie komentarze na “czysto” i – oby – wycisnąć z nich esencję dobrej opowieści ;-)

A póki co… Ciasteczko? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, w takim razie cieszę się, że mogłam ucztować nad tekstem razem z Tobą i całą resztą powyżej.

Ciasteczko. :-)

Chyba jestem winny temu tekstowi kilka słów.

Spośród wszystkich tekstów na Apokalipsę na pewno należał do czołówki. Podobał mi się z tych samych powodów, co tekst Tenszy. Na pewno budził emocje, zwłaszcza scena z psem. Może i środek był trochę rozwleczony, ale jako wielbiciel długich tekstów nie będę tego krytykował :) Rozumiem cel, pokazanie codzienności apokalipsy. Końcówka dość specyficzna, całkiem niezła i symboliczna.

Dziękuję zygfrydzie. O dziwo, jesteś w mniejszości akceptującej końcówkę ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ogólnie fajnie się czyta, lubię klimaty postapo i tę atmosferę się udało uchwycić, ale:

– tekst z powodzeniem można by podzielić na dwie części: opowiadanie o zagładzie i opowiadanie o jaju, problem jest w tym, że w tekście zajmują one mniej więcej po tyle samo miejsca i nie są ze sobą zbytnio związane, tj. każda z nich mogłaby z powodzeniem istnieć bez drugiej. Wydaje się, że historia z jajem jest ważniejsza, ale wtedy trzeba przyjąć, że została zbyt słabo wyeksponowana, przez co główny wątek jest rozmyty;

– końcówka trochę przaśna wyszła; ten wątek nadnaturalny się pałęta po tekście jak samotna wsza nie powiem gdzie, a potem okazuje się być kluczowy : P

 

I po co to było?

się pałęta po tekście jak samotna wsza nie powiem gdzie,

:-D :-D Dzięki, syf.-ie, za komentarz!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Udało Ci się zbudować tę charakterystyczną atmosferę, owa beznamiętność tych ludzi i dzikie instynkty składają się na ów klimat. Interesująca jest forma opowiadania. Największe emocje wzbudziła we mnie scena wywiezienia psa do lasu i uwiązania go do drzewa. Dobrze się czyta.

Jakoś ten wątek z jajem nie bardzo przypadł mi do gustu. Poza tym temat ograny, ale ujęty w niezgorszym tekście.

A dziękuję za komentarz i uwagi! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ten tekst jest dobry. Nawet bardzo dobry. Świetnie napisany, sensownie kreujący zarówno świat, jak i emocje postaci. Problemem tego tekstu jest to, że bardzo mało dodaje do konwencji. Nie oszukujmy się, to jest postapo – tematyka, w której było już wszystko, pokazane we wszystkich konfiguracjach i na wszystkie sposoby. Nie można napisać prawdziwie oryginalnego tekstu w tej tematyce, a każdy, kto próbuje, i tak pada ofiarą powielania schematów. Ty padasz ofiarą jeszcze chyba bardziej niż inni. Twoje opowiadanie jest jednym z najlepiej napisanych w tym konkursie, ba, pewnie nawet na całym portalu, ale to wszystko po prostu już było – nie skłamię, jeśli powiem, że każdy z elementów fabularnych, które wykorzystujesz, już gdzieś widziałem. 

Dzięki vyzarcie – tak, ogrywam schematy. Ale… Jajko-amulet już widziałeś? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Właściwie to widziałem, Psychofishu. Co prawda miało wyobrażenia części twarzy, dość abstrakcyjnie porozrzucane na skorupie, i okazało się narzędziem do zamiany nosiciela w demona kosztem ofiary z ludzi, ale kształt miało dość jajeczny i noszone było na łańcuszku jak amulet. 

O w mordę… 1:0 dla Vyzarta ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czy wystarczy za komentarz, jeżeli zgodzę się ze zdaniem syfa? : )

Nie – musisz zrobić kopiuj-wklej ; )

I po co to było?

No tak, zapomniałem! Dzięki za przypomnienie, syfie : )

 

Psychofishu, ja bym ocenił opowiadanie tak:

Ogólnie fajnie się czyta, lubię klimaty postapo i tę atmosferę się udało uchwycić, ale:

– tekst z powodzeniem można by podzielić na dwie części: opowiadanie o zagładzie i opowiadanie o jaju, problem jest w tym, że w tekście zajmują one mniej więcej po tyle samo miejsca i nie są ze sobą zbytnio związane, tj. każda z nich mogłaby z powodzeniem istnieć bez drugiej. Wydaje się, że historia z jajem jest ważniejsza, ale wtedy trzeba przyjąć, że została zbyt słabo wyeksponowana, przez co główny wątek jest rozmyty;

– końcówka trochę przaśna wyszła; ten wątek nadnaturalny się pałęta po tekście jak samotna wsza nie powiem gdzie, a potem okazuje się być kluczowy : P

Berylu, rozczarowałem się wtórnością Twojego komentarza. Srodze wręcz zawiodłem – tak bez inicjatywy własnej…? ;-]

 

Ale za wizytę i lekturę dziękuję.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Spoko loko (loco?), komentarz własnymi słowami też będzie, ale teraz chytrze walczę z czasem – a tak się składa, że z syfem się zgadzam ; )

Ach, te dyżury… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka