- Opowiadanie: Finkla - Rycerz na białym rumaku

Rycerz na białym rumaku

Uprzej­mie pro­szę nie za­czy­nać lek­tu­ry od ko­men­ta­rzy, bo tam spo­ile­rów jak mrów­ków...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rycerz na białym rumaku

Czyli to nie­zu­peł­nie tak, jak my­ślisz

 

– Wszem i wobec wia­do­mym się czyni, jako smok okrut­ni­sty kró­lew­nę naszą, prze­cud­nej urody nie­wia­stę, po­rwał i do pie­cza­ry swej za­wlókł! – darł się he­rold. – Jego Wy­so­kość, mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­cy Woj­sław Dłu­go­bro­dy, ogła­sza tedy, co na­stę­pu­je: kto po­czwa­rę oną za­ciu­ka, ten w na­gro­dę rękę kró­lew­ny do­sta­nie, a w do­dat­ku jedną ósmą kró­le­stwa w po­sa­gu weź­mie!

Lu­dzi­ska na targu słu­cha­li po­słań­ca z za­in­te­re­so­wa­niem, mą­drze ki­wa­li gło­wa­mi, po czym roz­cho­dzi­li się do karczm, aby przy ku­fel­ku piwa uczcić ubite in­te­re­sy tu­dzież omó­wić sen­sa­cyj­ną wia­do­mość.

 

***

 

Spo­kój sa­mot­ne­go po­po­łu­dnia prze­rwa­ło Szar­lan­dzie wa­le­nie do drzwi. Ktoś do­bi­jał się do tyl­ne­go wej­ścia, tego dla klien­tów, ozdo­bio­ne­go rzeź­ba­mi ku­rzych łapek. De­ko­ra­cje wy­glą­da­ły idio­tycz­nie, ale co zro­bić – tra­dy­cja. Są­dząc po dźwię­ku – ło­mo­ta­ła męska dłoń, za­mknię­ta w oku­tej rę­ka­wi­cy. Wno­sząc po stop­niu ugię­cia dę­bo­wych desek – siły go­ścio­wi nie bra­kło. Ko­lej­ny za­ku­ty ł… par­don! ry­cerz.

– Wi­taj­cie, szla­chet­ny panie. Ja­kiej ma­gicz­nej po­mo­cy po­trze­bu­je­cie? Dys­po­nu­ję po­tęż­nym elik­si­rem mi­ło­snym, po któ­rym każda nie­wia­sta odda wam serce, rękę i resz­tę ciała.

Ma­gicz­ka ge­stem za­pro­si­ła go­ścia do kom­na­ty, w któ­rej już przed laty za­bro­ni­ła służ­bie sprzą­tać, aby nikt nie zruj­no­wał mi­ster­nych gir­land pa­ję­czyn. Ko­cio­łek wi­szą­cy w ko­min­ku roz­ta­czał woń nie­od­par­cie ko­ja­rzą­cą się z ba­gna­mi, nie­zwy­kły­mi zio­ła­mi i dzi­wacz­ny­mi in­gre­dien­cja­mi (zwłasz­cza, jeśli ktoś po­tra­fi roz­po­znać po za­pa­chu oczy ważki). Go­spo­dy­ni wle­wa­ła do niego re­zul­ta­ty nie­uda­nych eks­pe­ry­men­tów ku­li­nar­nych. Grunt to wy­wrzeć na­le­ży­te pierw­sze wra­że­nie. Wtedy każdy pro­stak gotów bę­dzie za­pła­cić za zwy­czaj­ne masło utar­te z ru­mian­kiem jego dzie­się­cio­krot­ną war­tość. I „cu­dow­na” maść nawet wy­le­czy go z wszel­kich scho­rzeń.

– Witaj, cza­row­ni­co! Mąż tak gład­ki jak ja nie musi dzier­la­tek magią czę­sto­wać, by ich przy­chyl­ność zdo­być.

Po rzu­ce­niu okiem na ocie­nio­ną ron­dem mo­rio­nu twarz Szar­lan­da ży­wi­ła zgoła od­mien­ne prze­ko­na­nie, ale wo­la­ła nie dzie­lić się nim z klien­tem.

– Cóż was tedy spro­wa­dza?

– Wal­czyć ze smo­kiem za­mia­ru­ję! Masz ja­ko­wąś trut­kę na po­czwa­ry? Sły­szał­żem, iż siar­ka dia­bel­ska wiel­kie szko­dy ga­dzi­nom czyni.

– Cóż pra­wi­cie, szla­chet­ny panie?! Toż siar­ka czyli inna trut­ka dla po­spól­stwa jeno godna. Wam nijak nie ucho­dzi.

Klient zer­k­nął ze zło­ścią na to­wa­rzy­szą­ce­go mu gierm­ka. Gdyby nie przy­głu­pi pa­cho­łek…

– Cóż mi zatem czy­nić?

– Mam i śro­dek dla ry­cer­stwa do­sko­na­ły. Oto wywar z nie­zwy­kle po­tęż­ne­go ziela. Weź­mie­cie pu­char wody, wpu­ści­cie do niego trzy­dzie­ści kro­pel owego ma­gicz­ne­go elik­si­ru… – Spoj­rze­nie na twarz męż­czy­zny upew­ni­ło cza­ro­dziej­kę, że gość po­trze­bu­je do­dat­ko­wych wy­ja­śnień. – Trzy­dzie­ści kro­pel to po trzy­kroć tyle, ile macie pal­ców u rąk. Obu. Po­sma­ru­je­cie tym pły­nem, panie, kopię, a wten­czas każda rana nią za­da­na, śmier­tel­ną dla po­czwa­ry bę­dzie. Lecz jeno od świtu do po­łu­dnia alibo od po­łu­dnia do zmierz­chu. Po upły­wie po­ło­wy dzion­ka, na nowo mu­si­cie mie­sza­ni­nę spo­rzą­dzić i broń w niej za­har­to­wać.

– Dzię­ki ci, ma­gicz­ko. Czego pra­gniesz w za­mian za ów wywar?

– Drob­nost­ki. Dzie… Pięt­na­stu du­ka­tów.

– Czyś ty osza­la­ła? Tyle złota za ty­ciut­ką fla­szecz­kę?!

– Fla­szecz­kę to ja wam mogę za dwa mie­dzia­ki oddać. Ale ma­gicz­ny de­kokt to insza spra­wa. Wie­cie, jak trud­no ziele owo zna­leźć? A nie można go byle kiedy ze­rwać, bo swe cu­dow­ne moce utra­ci. Trze­ba cze­kać, aż burza pod­czas pełni księ­ży­ca na­stą­pi. Pięt­na­ście du­ka­tów to cena oka­zyj­na, bo znani je­ste­ście ze swej od­wa­gi i wa­lecz­no­ści, a ja po­wa­żam tę­gich wo­ja­ków.

– Dam dzie­sięć!

– Za dzie­sięć to sobie mo­że­cie u płat­ne­rza nowy na­pier­śnik ob­sta­lo­wać. Acz wąt­pię, czy przed smo­czym ogniem was uchro­ni.

Po­nu­ro zgrzy­ta­jąc zę­ba­mi, ry­cerz się­gnął do sa­kiew­ki.

 

***

 

– Stań do walki i giń, po­czwa­ro!

We­zwa­na po­czwa­ra wy­la­zła z ja­ski­ni, obej­rza­ła się na uwię­zio­ną kró­lew­nę, na­bra­ła po­wie­trza do po­tęż­ne­go zio­nię­cia ogniem i z za­sko­cze­niem zmarsz­czy­ła nos po­kry­ty łuską w ko­lo­rze, który bard nie­śmia­ło pod­glą­da­ją­cy zza po­bli­skiej skały okre­ślił jako „barwę naj­czyst­szych szma­rag­dów”. W żół­tych śle­piach bły­snę­ło coś do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ce mie­szan­kę obrzy­dze­nia i pa­ni­ki, po czym smok z bar­dzo krót­kie­go roz­bie­gu wzniósł się w po­wie­trze, w po­śpie­chu opusz­cza­jąc nie­do­szłe pole walki. Ry­cerz, wiel­ce rad z ta­kie­go prze­bie­gu po­tycz­ki, wy­pro­wa­dził za­pła­ka­ną kró­lew­nę na świa­tło dzien­ne. He­rold zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dził z opi­sem jej urody, ale wi­dział kto kiedy szka­rad­ny do­da­tek do po­kaź­nej czę­ści kraju? Ech, nie­gdyś byle księż­nicz­ka warta była po­ło­wę wszyst­kich ziem… A po­dob­no strasz­na in­fla­cja pa­nu­je. No, i z jed­nej ósmej da­ło­by się wyżyć. Acz wiele jesz­cze za­le­ża­ło od tego, który frag­ment pań­stwa otrzy­ma dziel­ny wojak. Na cen­tral­ny ka­wa­łek ze sto­li­cą w środ­ku nawet nie li­czył, ale może by tak wy­brze­że z bo­ga­ty­mi por­ta­mi? Chyba wład­ca mi­łu­je je­dy­nacz­kę i nie chce, aby żyła w nędzy? W osta­tecz­no­ści wo­jow­nik nie po­gar­dził­by rów­nież cząst­ką za­wie­ra­ją­cą ro­dzin­ny zamek. Ha! Do­pie­ro utarł­by nosów kłó­tli­wym są­sia­dom! Byle tylko nie go­rą­ce pu­sty­nie na po­łu­dniu ani ja­ło­we góry na wscho­dzie.

– Nie lękaj się, cna kró­lew­no! – prze­mó­wił szla­chet­ny wy­baw­ca znę­ka­nej nie­wia­sty. – Otom po­ło­żył kres okrut­nej nie­wo­li, w któ­rej cię ta prze­brzy­dła be­stia trzy­ma­ła. Jam to, Mi­ło­ka­sior Ka­pi­ta­li­stycz­ny herbu Wy­rwi­trzos, uczy­nił. Ru­szaj­my, nie miesz­ka­jąc, w drogę, bym jak naj­szyb­ciej nag… ojca two­je­go w stra­pie­niu wiel­kim po­cie­szył.

Oca­lo­na Ma­ni­pul­ka od­gar­nę­ła z czoła złoty lo­czek. Tak po praw­dzie, to po zdję­ciu ko­ro­ny dziew­oja wy­glą­da­ła­by na sza­tyn­kę, ale wszak kró­lew­na nie może mieć wło­sów w ko­lo­rze mysim. Głów­ki księż­ni­czek i in­nych pa­nien z wy­so­kich rodów by­wa­ją zdo­bio­ne kę­dzio­ra­mi w je­dy­nie dwóch od­mia­nach: zło­tej i kru­czo­czar­nej. Uwię­zio­na przez smoka dama zde­cy­do­wa­nie pre­fe­ro­wa­ła okre­śle­nie „ciem­ne złoto”; wieść gmin­na gło­si­ła bo­wiem, że bru­net­ki zwy­kle są „tymi złymi”.

 

***

 

– Tatku…

– Nie.

– Ale, tatku…

– Nie! Już raz rze­kłem – żad­nych no­wych su­kien. Ślub­ną szatę ci spra­wię prze­pięk­ną i dość. – A o wszyst­kie po­zo­sta­łe za­trosz­czy się twój nie­szczę­sny mał­żo­nek, dodał w myśli.

– Ależ ja nie o suk­niach mówię!

– Nie?! – Woj­sław z za­sko­cze­nia drgnął tak sil­nie, że aż przy­du­ża ko­ro­na przod­ków spa­dła mu na oczy i bo­le­śnie wal­nę­ła w na­sa­dę nosa. Co za kiep wy­du­mał tak durną tra­dy­cję? – A o czym?

Kró­lew­na wes­tchnę­ła i po raz sto szes­na­sty tego dnia po­my­śla­ła o głu­po­cie wszyst­kich ro­dzi­ców, a jej ojca w szcze­gól­no­ści. Jak śmier­tel­nie nudny musi być wład­ca, aby do­cze­kać się je­dy­nie przy­dom­ka „Dłu­go­bro­dy”? Na­praw­dę tatko nie mógł po­szczy­cić się żad­ny­mi cie­kaw­szy­mi ce­cha­mi? No, jeśli nawet, to na pewno nie na­le­ża­ło do nich ro­zu­mie­nie po­trzeb bia­ło­głów.

– Ja wcale nie chcę pójść za mąż za tego ry­ce­rza!

– Dałem swoje kró­lew­skie słowo. Twój wy­baw­ca do­sta­je w na­gro­dę rękę mojej córki i ko­niec dys­ku­sji!

 

***

 

– Do­radź coś! – awan­tu­ro­wa­ła się kró­lew­na.

– Ale co?

– Gdy­bym wie­dzia­ła, nie po­trze­bo­wa­ła­bym twej rady, nie­praw­daż?

– A cze­muż to ode mnie ocze­ku­jesz roz­wią­za­nia?

– Bo to wszyst­ko przez cie­bie!

– Prze­ze mnie? Co ty nie po­wiesz?

– Wła­śnie, że tak! A kto zbiegł sro­mot­nie na sam widok Mi­ło­ka­sio­ra?

Tań­czą­cy Pło­mień wy­pu­ścił z noz­drzy dwie smuż­ki gry­zą­ce­go dymu.

– A wiesz­li, czym ten za­ku­ty w stal szla­chet­nie uro­dzo­ny łaj­dak po­sma­ro­wał swoją kopię?!

– To kopie się czymś sma­ru­je?

– Zwy­kle nie. Ale ten ry­ce­rzy­na od sied­miu bo­le­ści, oby w końcu go do­pa­dły, na­są­czył broń wy­cią­giem z mięty pie­przo­wej. Mięty!

Ko­ra­lo­we ustecz­ka wy­dę­ły się po­gar­dli­wie.

– Też mi coś! Pełno tego ziel­ska ro­śnie w przy­zam­ko­wych ogro­dach. Ku­char­ka do­da­je list­ki do de­se­rów, a nia­nia przy­rzą­dza her­bat­kę, kiedy mnie brzuch boli.

Ol­brzy­mi gad nie­uf­nie po­niu­chał roz­mów­czy­nię, po czym na wszel­ki wy­pa­dek od­su­nął się o kilka ludz­kich kro­ków.

– Czy ty w ogóle wiesz, czego smoki lę­ka­ją się naj­bar­dziej?

– Czyż­by nie­win­nych zió­łek? – Kró­lew­nom nie przy­stoi po­ka­zy­wa­nie ję­zy­ka za każ­dym razem, kiedy coś je zde­ner­wu­je, ale za to pod czuj­nym okiem gu­wer­nan­tek ćwi­czą miaż­dże­nie prze­ciw­ni­ka przy po­mo­cy po­gar­dli­wych min i tonu głosu.

– Zimna!

– Wszak mięta wcale nie jest zimna. No, świe­że list­ki orzeź­wia­ją. I tyle.

– Co ty tam wiesz, dzier­lat­ko! Brat mój włada nie­zwy­kłym ta­len­tem – może prze­no­sić się w cza­sie.

– I co z tego?

– Jak mi bę­dziesz bez­u­stan­nie prze­ry­wać i spie­rać się o dro­bia­zgi, to nigdy się nie do­wiesz! – Tań­czą­cy Pło­mień spoj­rzał na kró­lew­ską córkę, ale ta mil­cza­ła. – No! Szyb­szy Od Gromu od­wie­dził od­le­głą przy­szłość i do­wie­dział się, że w mię­cie drze­mie nie­zwy­kła magia. Opo­wia­dał, iż kie­dyś lu­dzie spra­wią sobie tewe… tele… no, takie krysz­ta­ło­we kule, tylko wcale nie okrą­głe i nie z krysz­ta­łu. I w jed­nej z nich zo­czył, iż po za­klę­ciu mięty w ma­lut­kie kost­ki i wło­że­niu do gęby, czło­wiek może ziać lodem.

– Oj! – pi­snę­ła prze­stra­szo­na dzie­wo­ja. – Jak smoki ogniem?

– Mniej wię­cej. Gdy człek z ową cu­dacz­ną miętą w ustach dmuch­nie, wszyst­ko do­oko­ła po­kry­wa się lodem.

– Strasz­na magia – przy­zna­ła z nie­chęt­nym sza­cun­kiem kró­lew­na. – To muszą być okrut­ne czasy. Tylko po­myśl, czego mógł­by do­ko­nać wo­jow­nik zbroj­ny w takie kost­ki.

– Toteż wła­śnie po­my­śla­łem. I wo­la­łem tego nie spraw­dzać na wła­snych łu­skach.

– Ro­zu­miem cię. Ale w takim razie od­da­waj dwa­dzie­ścia du­ka­tów!

– Nie­do­cze­ka­nie! Ja swoją część umowy wy­peł­ni­łem. To nie moja wina, że nie zja­wił się ten twój uko­cha­ny bard.

– Weź mi w ogóle nie wspo­mi­naj o tym nie­do­łę­dze!

– O! Aza­liż wasze uczu­cia już osty­gły? I dla­te­go nie przy­szedł?

– Nie! Umy­ślił sobie, że jedna ósma kró­le­stwa to zbyt mało. Cze­kał, aż cena pój­dzie w górę. A w mię­dzy­cza­sie ukła­dał pięk­ną bal­la­dę o swo­jej walce z tobą. Tchórz­li­wy dureń!

– Nigdy mi się nie po­do­bał ten chły­stek. Bard to nie­od­po­wied­nia par­tia dla cie­bie, Ma­ni­pul­ko.

– Na­praw­dę mnie­masz, iż łasy na du­ka­ty ry­cerz le­piej się na­da­je? A skoro o zło­cie mowa… Od­da­waj, cośmy ci za­pła­ci­li za te­atrum!

– Ależ, kró­lew­no, toż kosz­ty licz­ne po­nio­słem! Pięć monet jeno mi zo­sta­ło.

– A chciał­byś bu­kie­cik z mięty?

– A są­dzisz, że Woj­sław z ucie­chą wy­słu­cha całej tej hi­sto­rii?

– Tuszę, że sam twój widok spra­wi mu ogrom­ną ra­dość. A jesz­cze więk­szą tar­cza ob­cią­gnię­ta smo­czą skórą. Wła­śnie! – Ma­ni­pul­ka aż kla­snę­ła. – To jest myśl! Leć na zamek i spal tego ry­ce­rza! Nie­chaj ci bę­dzie, po­pro­szę służ­kę, by za­wie­ru­szy­ła kopię, skoro tak się prze­lą­kłeś.

– No do­brze! Masz tu pięt­na­ście błysz­czą­cych du­ka­tów. Nie mogę ni­g­dzie le­cieć, skrzy­dło sobie oneg­daj nad­wy­rę­ży­łem. Pew­ni­kiem do je­sie­ni ku­ro­wać się przyj­dzie…

 

***

 

– Naj­uko­chań­sza matko chrzest­na, w tobie moja ostat­nia na­dzie­ja! – Ma­ni­pul­ka przy­tknę­ła do twa­rzy chu­s­tecz­kę, w którą za­wi­nę­ła po­kaź­ny ka­wa­łek ce­bu­li. Z sa­tys­fak­cją po­czu­ła wzbie­ra­ją­ce w mo­drych oczę­tach łzy.

– Cóż się stało, moje dro­gie dziec­ko? Czyż­by nia­nia znowu roz­cień­cza­ła ci wino tak, że sma­ku­je ni­czym… ni­czym woda?

– Cio­tuch­no! Od dawna piję nie­roz­cień­czo­ne trun­ki. Liczę już wszak peł­nych szes­na­ście wio­sen!

– Szes­na­ście? Nie­wia­ry­god­ne! Do­pie­ro co uśmie­cha­łaś się do mnie z ko­ły­ski. Kie­dyż te lata mi­nę­ły? – wes­tchnę­ła te­atral­nie Szar­lan­da. – Z czym więc przy­cho­dzisz do matki chrzest­nej? Po­trze­bu­jesz na­po­ju mi­ło­sne­go? Trzy kro­ple na kie­lich i ten bę­cwał bę­dzie twój! – Mru­gnę­ła we­so­ło do sio­strze­ni­cy.

– Wprost prze­ciw­nie! Mam już na­rze­czo­ne­go, tylko wcale go nie chcę. A i on mi­łu­je mnie je­dy­nie jako do­da­tek do ósmej czę­ści kró­le­stwa. Ale tatko kazał mi go po­ślu­bić, bo smok, który mnie po­rwał, uciekł na sam widok tego chci­we­go dur­nia!

– Och, moje bie­dac­two! To strasz­ne! Widać ry­cerz ów zdo­był spe­cy­fik prze­ciw ga­dzi­nom. Nie mogę pojąć, jakim cudem to się mogło zda­rzyć! – Szar­lan­da ży­wi­ła szcze­rą na­dzie­ję, że nikt nie wie­dział o wi­zy­cie, którą zło­żył jej Mi­ło­ka­sior. Naj­waż­niej­sze, żeby gier­mek się nie wy­ga­dał. Za­kar­bo­wa­ła w pa­mię­ci, by po­stra­szyć pa­choł­ka przy naj­bliż­szej oka­zji. – Wszak to nie­zmier­nie rzad­ki de­kokt wy­ma­ga­ją­cy sil­nej magii pod­czas przy­go­to­wa­nia.

– Cio­tu­niu, znasz­li jaki an­ty­elik­sir? Kto wie, be­stia znowu może mnie po­rwać, w dzi­siej­szych nie­cnych cza­sach szla­chet­nie uro­dzo­na dzie­wo­ja po­win­na nosić przy sobie takie rze­czy na wszel­ki wy­pa­dek…

– Do czego to do­szło, by ry­ce­rze gorsi się zda­wa­li od smo­ków!

Cza­ro­dziej­ka za­sta­na­wia­ła się, czym da­ło­by się zni­we­lo­wać wpływ mięty. Imbir? Ma dzia­ła­nie roz­grze­wa­ją­ce. Syrop z malin? W końcu za­de­cy­do­wa­ła, że wy­pró­bu­je nowy sos do wetów. Jak się oka­za­ło, nawet trzpio­to­wa­ta sio­strze­ni­ca nie­kie­dy po­tra­fi­ła pod­su­nąć in­te­re­su­ją­ce po­my­sły.

– Nie­ste­ty, o ile mi wia­do­mo, a je­stem wszak bie­gła w magii jak mało kto, nikt nie dys­po­nu­je elik­si­rem, któ­re­go po­żą­dasz – kon­ty­nu­owa­ła po chwi­li.

– A w jaki inny spo­sób mo­gła­bym unik­nąć owego nie­szczę­sne­go za­mę­ścia?

– Ale dla­cze­go wła­ści­wie nie chcesz pójść za tego ry­ce­rza, Ma­ni­pul­ko?

– Prze­cież on jest strasz­nie stary! Ma chyba ze trzy­dzie­ści lat. Aż się dzi­wię, że jesz­cze dycha.

– Głu­pia smar­ku­la! – syk­nę­ła Szar­lan­da.

– Co mó­wi­łaś, cio­tuch­no?

– Że sta­rzy mę­żo­wie nie­kie­dy umie­ra­ją…

– Och, tak, sły­sza­łam te okrop­ne opo­wie­ści o wu­jasz­ku. Co za nie­szczę­ście! I to rap­tem dwa mie­sią­ce po ślu­bie…

Teraz Szar­lan­da mu­snę­ła po­wie­ki chu­s­tecz­ką, przy oka­zji kry­jąc pod ba­ty­stem trium­fal­ny uśmiech.

– Tak, tak… Nie po­je­cha­łam na to po­lo­wa­nie, głowa mnie bo­la­ła, ale opo­wia­da­no mi póź­niej, jak hra­bia spadł z sio­dła i roz­pę­dzo­ne ru­ma­ki go stra­to­wa­ły. Strasz­li­wa śmierć.

– To praw­da – wes­tchnę­ła kró­lew­na. – Na­dwor­ny medyk wciąż nie może o tym za­po­mnieć. Po kilku pu­cha­rach wina opo­wia­da, iż zna­lazł pięć strzał wbi­tych w plecy wu­jasz­ka.

– Po­dob­no miał koł­czan i koń­skie ko­py­ta po­wgnia­ta­ły mo­je­mu mał­żon­ko­wi groty w ciało.

– Po­twor­ny wy­pa­dek. Na­praw­dę le­piej cza­sa­mi nie kusić losu… To co można zro­bić z tym ry­ce­rzem? Do­radź coś, cio­ciu, póki nie jest za późno.

– W ta­kich nie­szczę­śli­wych oko­licz­no­ściach księż­nicz­ki zwy­kle zle­ca­ją lu­be­mu ja­kieś nie­moż­li­we do wy­peł­nie­nia za­da­nie; przy­nieść fla­szecz­kę żywej wody, usiec dwu­gło­we­go smoka, zna­leźć błę­kit­ną różę, od­gad­nąć za­gad­kę bez roz­wią­za­nia…

– Matko chrzest­na, je­steś ko­cha­ną i nie­zmier­nie mądrą nie­wia­stą!

 

***

 

– Tatku, chyba nie chcesz mieć za zię­cia dur­nia, który po­tra­fi je­dy­nie mie­czem robić.

Woj­sław wes­tchnął ci­chut­ko, my­śląc, że to aku­rat byłby wy­ma­rzo­ny kan­dy­dat. Nie­ste­ty, Mi­ło­ka­sior przed­kła­dał karty nad wo­jacz­kę. Ni jed­ne­go tur­nie­ju jesz­cze nie wy­grał. Wie­ści gło­si­ły, iż z licz­nych par­ty­jek po­ke­ra też nie wy­cho­dził zwy­cię­sko…

– Cóż zatem pro­po­nu­jesz, dro­gie dziec­ko?

– Wzo­rem licz­nych księż­ni­czek dam kan­dy­da­to­wi na męża trzy trud­ne za­da­nia do wy­peł­nie­nia. Nie­chaj do­wie­dzie swych uczuć.

– Aż trzy? – Król z ro­sną­cą pa­ni­ką wy­obra­ził sobie chęt­nych ca­ły­mi la­ta­mi bez­sku­tecz­nie pró­bu­ją­cych za­do­wo­lić Ma­ni­pul­kę. A jesz­cze, jeśli jego có­recz­ka wy­my­śli na­praw­dę zło­żo­ne kwe­stie… – Nie ma mowy! Musi ci wy­star­czyć jeden pro­blem.

– W takim razie ogło­śmy, że bę­dzie­my skra­cać o głowę tych, któ­rzy nie zdo­ła­ją dać mi tego, o co po­pro­szę!

– Czyś ty po­stra­da­ła zmy­sły? Kró­le­stwo nie może sobie po­zwo­lić na takie durne mar­no­tra­wie­nie licz­nych mło­dzień­ców. Po­trze­bu­je­my żoł­nie­rzy na wy­pa­dek walki.

Ma­ni­pul­ka zgrzyt­nę­ła bez­gło­śnie zę­ba­mi i po­nu­ro po­wle­kła się do swo­jej kom­na­ty na czub­ku wieży. Mi­ło­ka­sior wy­glą­dał tak staro i szpet­nie, że nie wy­obra­ża­ła sobie, jak mo­gła­by razem z nim wsiąść do wspól­nej ka­ro­cy. Ale skoro oj­ciec za­czął my­śleć o po­trze­bach armii, nie da się go prze­ko­nać nawet do naj­roz­sąd­niej­sze­go po­my­słu. I za­da­nie trze­ba bę­dzie wy­brać tylko jedno. Trud­no… W takim razie każe spro­wa­dzić sobie an­ti­do­tum na miętę. Z tym środ­kiem w rę­kach za­wsze bę­dzie mogła schro­nić się pod bło­nia­sty­mi skrzy­dła­mi Tań­czą­ce­go Pło­mie­nia.

 

***

 

Sta­lo­wa rę­ka­wi­ca bęb­ni­ła mia­ro­wo po de­skach.

– Otwie­raj, cza­row­ni­co!

– Któż to po­trze­bu­je mej ma­gicz­nej po­mo­cy? – Szar­lan­da sta­nę­ła w drzwiach. – Ach, to wy, szla­chet­ny panie! Co was do mnie spro­wa­dza? Czyż­by­ście już zu­ży­li zapas smo­cze­go elik­si­ru i pra­gnę­li nabyć nową fla­szecz­kę?

– Nie tym razem, ko­bie­to! Dziś po­trze­bu­ję cza­ro­dziej­skie­go środ­ka, który od­wró­ci dzia­ła­nie two­je­go de­kok­tu.

– Azali, panie, za­mia­ru­je­cie prze­mie­nić się w strasz­li­wą łu­sko­wa­tą be­stię?

– Nie twoja to rzecz, na co mi elik­sir! Dawaj spe­cy­fik, miast in­da­go­wać.

– Da­ruj­cie, szla­chet­ny panie, lecz nie mam ni krzty owej ma­gicz­nej maści. – Du­ka­ty du­ka­ta­mi, ale Szar­lan­da nie chcia­ła robić na złość sio­strze­ni­cy. Ten ry­ce­rzy­na zde­cy­do­wa­nie nie sta­no­wił od­po­wied­niej par­tii dla Ma­ni­pul­ki. Zuch dzie­wo­ja, że sama to w mig od­ga­dła.

– Pie­trek! – Mi­ło­ka­sior we­zwał pa­choł­ka sto­ją­ce­go skrom­nie przy drzwiach. – Przy­łóż wiedź­mie srebr­ny szty­let do gar­dła, a ry­chło, jak tuszę, elik­sir od­naj­dzie!

– Ani kroku! Bo za­mie­nię cię w ro­pu­chę! – Ma­gicz­ka za­sło­ni­ła się różdż­ką ze zło­co­ną gwiazd­ką sta­ran­nie przy­kle­jo­ną na czub­ku.

– Pie­trek! Com rzekł?

– Panie, da­ruj­cie! Wszak to cza­row­ni­ca! Ani chybi w stwo­rę pa­skud­ną mię prze­mie­ni!

– Wo­lisz sa­dzaw­kę w mych ogro­dach czyli kom­na­tę tor­tur w lo­chach?

– Li­to­ści, szla­chet­na pani! – roz­ję­czał się chło­pak, po­stę­pu­jąc nie­pew­nie w stro­nę ma­gicz­ki.

Szty­let – bez różnicy, że­la­zny czy srebr­ny – wiel­ce po­pra­wia spraw­ność my­śle­nia. Pa­choł­ko­wi tak drża­ły ręce, że Szar­lan­da nie wie­dzia­ła, kogo pierw­sze­go za­tnie. Acz wo­la­ła tego nie spraw­dzać. A już z pew­no­ścią nie na wła­snej skó­rze.

– Rze­kłam, że spe­cy­fi­ku nie mam, to nie mam. In­gre­dien­cje wsze­la­kie do niego nie­zbęd­ne, nie­zwy­kłe rzad­kie i trud­ne do zdo­by­cia. Te przy­nie­siesz, wraz elik­sir wy­rych­tu­ję.

– Ja­kież to in­gre­dien­cje, wiedź­mo?

Myśli wciąż ga­lo­po­wa­ły w gło­wie ma­gicz­ki. Co, u licha, mo­gło­by zrów­no­wa­żyć wpływ mięty? „Kap­sa­icy­na!” – przy­po­mnia­ła sobie w końcu słowo za­sły­sza­ne nie­gdyś od sta­rej zie­lar­ki.

– W za­mor­skiej kra­inie, za sied­mio­ma gó­ra­mi, za sied­mio­ma rze­ka­mi, za sied­mio­ma la­sa­mi mają naj­waż­niej­szy skład­nik: garam ma­sa­la.

– W którą stro­nę mam je­chać, aby szu­kać tych gór i rzek, wiedź­mo?

– Po­dą­żaj na wschód, stam­tąd pły­nie mą­drość wsze­la­ka i tam licz­ne smoki żyją, więc maść owa czę­sto bywa po­trzeb­na.

 

***

 

– Ma­ni­pul­ko, nie złość się, skar­bie, ale zmu­sił mnie do tego!

– Do czego? – Kró­lew­na zmarsz­czy­ła wy­pie­lę­gno­wa­ne brew­ki.

– Żeby mu zdra­dzić, skąd wziąć skład­ni­ki na an­ty­elik­sir!

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że Mi­ło­ka­sior już to wie?

Szar­lan­da przy­tak­nę­ła w mil­cze­niu.

– A niech to smok spo­pie­li! Jak to: zmu­sił?!

– To po­twór! Przy­niósł ze sobą srebr­ny szty­let i gro­ził, że po­de­rżnie mi gar­dło!

– Dla­cze­go po pro­stu nie za­mie­nia­łaś go w żabę?

– Eeeee… Przy­pro­wa­dził ze sobą gierm­ka. Słaba nie­wia­sta ze mnie i dwóm mężom nie da­ła­bym rady. A poza tym… To wcale nie jest pro­ste za­klę­cie! Co ty sobie ima­gi­nu­jesz? Że wy­star­czy mach­nąć różdż­ką i już? Jeśli tak mnie­masz, to ci po­ży­czę ten patyk, kiedy twój za­ko­cha­ny ry­cerz po­wró­ci. Fajt! I sama sobie roz­wią­żesz swoje pro­ble­my, bez li­cze­nia na pomoc in­nych!

– Nigdy nie twier­dzi­łam, że je­stem dobrą wróż­ką albo cza­ro­dziej­ką – od­burk­nę­ła dzie­wo­ja ze zło­ścią. – No trud­no, stało się. W którą stro­nę zmie­rza pan Ka­pi­ta­li­stycz­ny?

– Po­sła­łam go na wschód.

– Do­brze. Dzię­ku­ję, że mnie o tym wszyst­kim po­wia­do­mi­łaś. A teraz wy­bacz, muszę pil­nie prze­my­śleć pewne kwe­stie.

Po wyj­ściu matki chrzest­nej Ma­ni­pul­ka roz­ka­za­ła za­ufa­nej słu­żą­cej przy­pro­wa­dzić głów­ne­go łow­cze­go. Głu­pia dziew­ka bia­do­li­ła przez chwi­lę, że to nie ucho­dzi, że pro­sty chłop i że me­za­lians, ale w końcu, za­chę­co­na kil­ko­ma po­gróż­ka­mi, po­bie­gła wy­ko­nać po­le­ce­nie.

Kró­lew­na wy­tłu­ma­czy­ła my­śli­we­mu, iż z ca­łe­go serca pra­gnie jak naj­szyb­sze­go spro­wa­dze­nia na­rze­czo­ne­go na zamek. No, nie w ca­ło­ści, po cóż aż tak się ob­cią­żać. Zu­peł­nie wy­star­czy­ła­by jej głowa, w osta­tecz­no­ści ręka z sy­gne­tem ozdo­bio­nym her­bem Wy­rwi­trzos. Męż­czy­zna po­cząt­ko­wo nie chciał uwie­rzyć, iż nie­cny łotr na­sta­wał na cnotę Ma­ni­pul­ki i tylko wier­na po­ko­jów­ka ura­to­wa­ła ten bez­cen­ny skarb przed znisz­cze­niem. Łow­czy przez chwi­lę wzbra­niał się przed speł­nie­niem drob­niut­kiej proś­by, ale wów­czas kró­lew­na za­czę­ła mówić o szcze­niacz­kach z zam­ko­wej psiar­ni, które ja­kimś cudem tra­fi­ły do sfory jed­ne­go z oko­licz­nych lor­dów. Dobry mo­nar­cha stara się wie­dzieć jak naj­wię­cej o swo­ich pod­da­nych. Ma­ni­pul­ka miała za­dat­ki na ide­al­ną wład­czy­nię, a my­śli­wy mógł tylko do­py­tać o szcze­gó­ły ubio­ru przy­szłej ofia­ry.

 

***

 

Za­pa­dła noc, ale, dziw­nym tra­fem, nie spo­wo­do­wa­ło to, że wszy­scy miesz­kań­cy kró­le­stwa głę­bo­ko za­snę­li.

Szar­lan­da prze­wra­ca­ła się z boku na bok na mięk­kim ma­te­ra­cu. Czy cza­sem nie po­szła do sio­strze­ni­cy zbyt wcze­śnie? Oczy­wi­ście, trosz­czy­ła się o kró­lew­nę i nie chcia­ła, aby ta po­ślu­bi­ła wstręt­ne­go ry­ce­rza. Ale wy­star­czy­ło ostrzec dzie­wo­ję już po tym, jak Mi­ło­ka­sior wróci z da­le­kiej po­dró­ży i za­pła­ci ma­gicz­ce za przy­go­to­wa­nie elik­si­ru.

Ma­ni­pul­ka ma­sze­ro­wa­ła z kąta w kąt swo­jej dzie­wi­czej kom­na­ty na czub­ku wieży. Już wcze­śniej wy­my­śli­ła, co uczy­ni z łow­czym, kiedy ten upora się z po­wie­rzo­nym za­da­niem. Wła­ści­wie nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, co zro­bić. Nieco do­kład­niej­sze­go za­pla­no­wa­nia wy­ma­ga­ła kwe­stia, jak go zabić, ale i z tym sobie po­ra­dzi­ła. Teraz kró­lew­na za­sta­na­wia­ła się, jakie przy­mio­ty ce­chu­ją ide­al­ne­go kan­dy­da­ta na męża. Ze szla­chet­nych ry­ce­rzy na bia­łych ru­ma­kach już dawno wy­ro­sła – o nich ma­rzy­ły trzy­na­sto­let­nie smar­ku­le, ale nie księż­nicz­ki doj­rza­łe do za­mę­ścia. Że mał­żo­nek po­wi­nien być głupi, nie wąt­pi­ła. Ale co oprócz tego? Młody czy stary? We­so­ły utra­cjusz, który bły­ska­wicz­nie prze­pu­ści jej wiano, czy li­czy­kru­pa, z któ­rym bę­dzie mu­sia­ła wy­kłó­cać się o każdą su­kien­kę jak, nie przy­mie­rza­jąc, z tat­kiem?

Król szu­kał roz­wią­za­nia swo­ich licz­nych pro­ble­mów w ob­ję­ciach na­łoż­ni­cy. Le­piej nie in­te­re­so­wać się, co do­kład­nie ro­bi­li, bo w ta­kich chwi­lach Woj­sław bar­dzo nie lubił wścib­stwa. Zda­rza­ło się nawet, że kazał od­dzie­lać cie­kaw­ską głowę od resz­ty ciała.

Mi­ło­ka­sior długo mę­dr­ko­wał, czy prze­by­ty tego dnia stru­mień liczy się jako pierw­sza rzeka. Do­szedł do wnio­sku, iż jed­nak nie, po czym za­trzy­mał się na spo­czy­nek w przy­droż­nej karcz­mie. Lecz za­miast wy­ko­rzy­stać przy­by­tek zgod­nie z prze­zna­cze­niem i pla­nem, osu­szył dzban za­cne­go wina, a teraz prze­gry­wał w kości płaszcz po­dróż­ny z mi­ster­nie ha­fto­wa­nym her­bem.

Głów­ny łow­czy obi­jał zadek o sio­dło, pró­bu­jąc jak naj­szyb­ciej do­go­nić pana Ka­pi­ta­li­stycz­ne­go i roz­wią­zać pro­blem Ma­ni­pul­ki. Nie­za­wod­na kusza przy­jem­nie cią­ży­ła na ple­cach. Wy­star­czy zdy­bać ry­ce­rza w od­lud­nym miej­scu, po­słać bełt w plecy i po kło­po­cie. Cie­ka­we, jak też kró­lew­na na­gro­dzi człe­ka, który trium­fal­nie do­star­czy jej wą­sa­tą głowę? Może nawet dziel­ny obroń­ca nie­wie­ściej cnoty otrzy­ma w po­dzię­ce rękę? Woj­sław ani chybi da je­dy­nacz­ce ol­brzy­mi posag. Dla tak szla­chet­nie uro­dzo­nej panny i ty­siąc du­ka­tów może nie sta­no­wić wy­gó­ro­wa­nej kwoty. Trza tylko wła­snej głowy upil­no­wać. Coś tej mło­dej zoł­zie nie­pięk­nie pa­trzy­ło z mo­drych ocząt, kiedy że­gna­ła my­śli­we­go…

Smok prze­li­czał ze­bra­ne skar­by i roz­wa­żał moż­li­wość prze­pro­wadz­ki. Sporo dóbr zgro­ma­dził, ale nie uśmie­cha­ło mu się miesz­ka­nie w po­bli­żu ludzi, któ­rzy w ogro­dach upra­wia­li prze­brzy­dłą miętę. A już z pew­no­ścią Ma­ni­pul­ka nie nada­wa­ła się na przy­kład­ną są­siad­kę.

Nie spał rów­nież Deus w swo­jej ma­chi­nie. Za­miast po­ga­dać z Mor­fe­uszem, pod­glą­dał ulu­bień­ców i re­cho­tał w kułak. Mógł z nimi zro­bić wszyst­ko. Mógł uświa­do­mić Ma­ni­pul­ce, że oj­ciec obie­cał jej rękę temu, kto smoka ubije, a nie tylko prze­pło­szy. Mógł spra­wić, że łow­czy ustrze­li ko­ste­rę, pod­upa­dłe­go szla­chet­kę, który dzię­ki kilku drob­nym oszu­stwom wy­grał trzo­sik i płaszcz Mi­ło­ka­sio­ra. Mógł po­sta­wić na dro­dze ry­ce­rza bandę zbój­ców lub kupca wra­ca­ją­ce­go z od­le­głych krain z po­kaź­nym za­pa­sem wsze­la­kich przy­praw i ba­ka­lii. Mógł pod­su­nąć Szar­lan­dzie po­my­sły na no­wa­tor­skie wy­ko­rzy­sta­nie garam ma­sa­la. Mógł, przy po­mo­cy kilku za­baw­nych zbie­gów oko­licz­no­ści, do­pro­wa­dzić do ślubu kró­lew­ny i naj­po­dlej­sze­go świ­nio­pa­sa. Mógł przy­kład­nie uka­rać jed­nych oraz dać dłu­gie i szczę­śli­we życie innym, przy oka­zji osta­tecz­nie wy­ja­śnia­jąc, kto był dobry, a kto zły. Mógł…

Ale mu się nie chcia­ło. Wolał pa­trzeć, jak lu­dzie sami wy­pi­ja­ją piwo, które na­wa­rzy­li. Miał ser­decz­nie dosyć roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów ca­łe­go świa­ta.

Koniec

Komentarze

Przyjemnie się czyta, chociaż ostatni fragment z Deusem wg mnie nie był potrzebny. To, że o nim wspomniałaś coś zmienia? Wpływa jakoś na historię poza tym, że po prostu jest? 

 

Ogólnie to opowiadanie to nic odkrywczego, czego wcześniej już by nie było, ale w ogólnym rozrachunku podoba mi się. 

 

“– Stań do walki i giń, poczwaro!

Wezwana poczwara wyjrzała z jaskini, obejrzała się na uwięzioną królewnę, nabrała powietrza do potężnego” – powtórzenie? 

 

Dziękuję, Idaho.

To miała być antybajka – utworek wykpiwający bajkowe rozwiązania. Także zakończenia. ;-) A przy okazji pokazuję, że miałam jakieś koncepcje na końcówkę. Nie wykorzystałam ich, bo to by było takie sztampowe…

Miło, że Ci się spodobało. :-)

Tak, to jest powtórzenie, ale celowe, więc zostaje. Chyba że ludzkość będzie bardzo krytykować.

Babska logika rządzi!

Bardzo zacne opowiadanie. Chociaż żałuję, iż nie poznałam końca historii, a jedynie dostałam impuls, żeby go sobie samej dośpiewać. 

Lektura w sam raz na letnie południe.

I chciałam dodać do biblioteki, ale znowu nie mam takiej opcji. Lecę zapytać brajta.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Z tym powtórzeniem tak też myślałem, ale gdy tak sam robię, to mi wypominają, więc podtrzymuję tradycję ;) 

Nie no tak po pięciu minutach przemyśleń wydaje mi się,  że jednak sam w sobie ten fragment z Deus jest w porządku. 

Dzięki, Bemik. Cieszę się, że wyszło zacnie. :-)

Oj, nie narzekaj – przynajmniej zaproponowałam kilka melodyjek do wyboru. ;-)

Ciekawe, co byś napisała, gdybym wstawiła w jesienny wieczór…

Babska logika rządzi!

Właściwie to u mnie jest jak na jesieni – chłodno, pada deszcz, pies pochrapuje pod stołem, a kot wyciera kolejny fotel! Czyli też byłoby zacnie!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Widzisz, Idaho, kiedy przedszkolak rysuje ludziki z kanciastymi główkami to mamy dziecięce bohomazy o wartości co najwyżej sentymentalnej. Ale kiedy coś takiego machnie niejaki Picasso… O, wtedy dostajemy dzieło sztuki. Ale Pablo musiał najpierw udowodnić, że potrafi namalować także realistyczne ludziki. ;-)

Oj, no to po co tak się spieszyłeś z komentarzem? Nie mogłeś tych pięciu minut odczekać? ;-)

Babska logika rządzi!

Bemik, jesień idzie – nie ma na to rady. Ile ja już żółtych liści widziałam… ;-)

Babska logika rządzi!

Udało się, dodałam do biblioteki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O, dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Myślę,  że porównywanie sie do Picassa jest troszeczkę na wyrost Finklo ;)

 

Teoretycznie mogłem poczekać te 5 minut, ale …

Nie, nie chciałam porównywać ani siebie do Picassa, ani Ciebie do przedszkolaka. Tylko to był najlepszy przykład, jaki przyszedł mi do głowy. No, nigdy Ci się nie zdarzyło na widok płótna jakiegoś uznanego artysty pomyśleć: “Mój siostrzeniec/ kuzyn/ chrześniak/ brat… maluje tak samo”?

Ale podtrzymuj tradycję, podtrzymuj. Czasami popełniam błędy, a wtedy fajnie, jak ktoś je znajdzie.

 

Edit: Kurczę, tam faktycznie było niezamierzone powtórzenie: ‘wyjrzała’ i ‘obejrzała’. Nie mogłeś sprecyzować, że to o to chodzi? ;-)

Babska logika rządzi!

Laska… jako wierna fanka i – od czasu do czasu – twórca antybajek hołd CI chcę złożyć.

Zajebista bajeczka.

 

Tylko, wiesz, nie rozumiem po co rycerz po antidotum na miętę popytalał za góry i lasy…

 

A Deus według mnie idealny jest. I niezbędny. I bez niego zakończenie nie byłoby takie… fajne.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dzięki, Emelkali. Hołd przyjęty. ;-)

Super, że się bajka spodobała. I nawet z lekka rozleniwiony Deus do gustu przypadł. :-)

Zapitalał, bo mu tak Szarlanda powiedziała. Zresztą, takie to były czasy, że nie w każdym hipermarkecie garam masala leżała na półkach…

Babska logika rządzi!

No nie, to zrozumiałam. Blondynka jestem, ale dość kumata…

Nie rozumiem PO CO było mu owo antidotum, skoro “jeno od świtu do południa alibo od południa do zmierzchu” miętka działała

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Aaa! To niech tekst sam się broni:

I zadanie trzeba będzie wybrać tylko jedno. Trudno… W takim razie każe sprowadzić sobie antidotum na miętę. Z tym środkiem w rękach zawsze będzie mogła schronić się pod błoniastymi skrzydłami Tańczącego Płomienia.

Babska logika rządzi!

Dobra, niech będzie, jednak nie aż tak kumata :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Chociaż nie, jednak będę upierdliwa…

No i co z tego, że by ów środek zdobył? Przecież nie przeszkadzało to i księżniczce po niego (antidotum) sięgnąć. Chyba, że zdobyłby calusieńki zapas z calusieńkiego świata…

Przecież sam nie zamierzał pod owe skrzydła się udawać, prawda?

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Rycerz zaiwaniał po przyprawę, bo taki warunek postawiła królewna. Gdyby zdobył (i wręczył narzeczonej), to już laska i jedna ósma królestwa byłyby jego. Nie przewidział, że królewna, jak tylko dostanie antidotum, to zwieje pod opiekę znajomego smoka. A Manipulka z kolei nie przewidziała, że smok się wyprowadzi… A w ogóle, czy rozpaczliwy pomysł szantażowanej Szarlandy miał jakieś podstawy? Czy mięta jest tak skuteczna, jak wmawiają nam reklamy? I tak można by było ciągnąć bajkę jeszcze przez czterdzieści kilo…

Babska logika rządzi!

I widzisz, teraz wszystko jasne dla tej gupiej blondynki, co to jej słońce i duchota i tydzień ogłupiającej roboty mózg wyprał… znaczy dla mnie. :*

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Cieszę się, że wyjaśniłam. :-)

Oj, co te upały i robota wyprawiają z ludźmi…

Babska logika rządzi!

Przyjemna antybajeczka, pośmiałam się pod nosem. Zapomniałaś o bardzie, być może w rękach wzgardzonego kochanka leżą losy całego królestwa? Oczywiście, żartuję. Lubię takie opcjonalne zakończenia. Jestem pełna podziwu, w jak szybkim tempie produkujesz zacne opowiadania.

Dziękuję, Rooms.

Miło, że przyjemnie i wesoło. Faktycznie, zapomniałam o bardzie. Ale on właściwie na scenie się nie pojawia, tylko zostaje wspomniany. I to mało pochlebnie. ;-)

No, to nie było długie opowiadanko, więc nie wymagało jakiejś koszmarnej ilości czasu.

Babska logika rządzi!

Krótkie też nie jest…

Za to moje/Twoje ulubione. Nie ma jak dobre, wrednie złośliwe fantasy.

 

Nie tam jakieś science-fiction ;P

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Odkąd się tu zarejestrowałam, przesunęła mi się granica, od której zaczyna się długie opowiadanie. ;-) I jeszcze kilka rzeczy się zmieniło.

Oj, nie mów. Dobre SF nie jest złe. :-)

Babska logika rządzi!

Nie, złe nie jest, bo jest dobre :P

 

Ale fantasy jest lepsze :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Jak to się stało, że tak długo nie zauważyłam nowego komentarza? Dziwne…

Ale dobre fantasy, IMO, trafia się rzadziej niż dobre SF.

Babska logika rządzi!

Droga Leonardo, przeczytaj uważnie, co Ci teraz napiszę:

Stwierdzam z przyjemnością, że Twoje poczucie humoru nabiera finezji i lekkości. Pisanie dowcipnych i lekkich tekstów, to najtrudniejsza rzecz u autora. Można łatwo przesadzić i popsuć zamierzony efekt. Widać wyraźnie, jak z tekstu na tekst nabierasz wprawy i doświadczenia. Ukłon uznania. Pozdrawiam w niedzielne, słoneczne przedpołudnie.

A Emerkali dostaje ode mnie klapsa.

Dziękuję, Ryszardzie.

Każdy komentarz pod moim tekstem czytam uważnie. Ten dodatkowo z przyjemnością. :-) Cieszę się, że humor do Ciebie trafił. Różnie to bywa, pod niedawnymi opowiadaniami trafiały się opinie, że coś nie tak z tym dowcipem.

A moich Czytelników nie wolno bić. Bo jeszcze oddam temu, kto zaczął. ;-)

Też pozdrawiam.

Babska logika rządzi!

Ale, przepraszam, ale za co? I przypominam, że jeśli nie autorka to jeszcze mój Duży Mąż bronić mnie będzie.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Emerkali, klaps jest tylko wirtualny. A za co? Ano za lekceważenie science fiction. Ale poza wszystkim całuję rączki obu paniom.

Bardzo fajne, zwłaszcza pomysłowy humor. Nie czytałem wielu antybajek, ale jeśli prezentują podobny poziom, to chętnie to zrobię. 

Dzięki.

Nie wiem za bardzo, jaki poziom prezentują – konkurs na antybajkę wymyślono zanim się tu zarejestrowałam. Ale sprawdź. Jeśli godne polecenia, to wróć tu i zamelduj. ;-)

 

Edit: A Unfall przeczytał, na bibliotekę kliknął (dzięki!), ale komentarza nie zostawił. :-(

Babska logika rządzi!

Kpić cza umić.

Umisz. ;-)

 

Starczy za komentarz? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Łod bidy… ;-)

Babska logika rządzi!

Ej! To było najwyższe uznanie, tyle, że w angielskim stylu! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

So?

;-)

Babska logika rządzi!

Pass the milk, would you? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Here you are. Sugar? ;-)

Babska logika rządzi!

No, honey bunny… ;P

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

As you wish.

These rains are a nuisance, aren’t they?

Babska logika rządzi!

:-)

Aż tak źle nie było. ;-)

Babska logika rządzi!

Cheer up, mate (link)!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo sympatyczna piosenka. Tylko trzeba ją sobie przypomnieć we właściwym momencie. :-)

Babska logika rządzi!

Siła wyższa chyba nie życzy sobie mojego komentarza:(

Najpierw zapomniałam dodać, bo czytałam w pracy.

Przed chwilą mi zeżarło.

To Deus, ani chybi.

Zacna antybajka, zwłaszcza końcówka miodzio.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Daje słowo, że nie czytałem komentarzy przed wstawieniem swojego.

<><><>

[…] miłościwie nam panujący, ,- Wojsław Długobrody, […].

Sztylet, wszystko jedno – żelazny czy srebrny – wielce poprawia sprawność myślenia. –> Sztylet – wszystko jedno, żelazny czy srebrny – wielce poprawia sprawność myślenia. Lepiej: Sztylet – bez różnicy, żelazny czy srebrny – wielce poprawia sprawność myślenia.

<><><>

Naputała, naputała, apetytu narobiła, na rozstajach czytelnika zostawiła… Ech, te kobiety! Jak Ewa zaczęła, tak do dzisiaj… :-)

Niezła koncepcja, to odwołanie do wszechmożliwości Deusa, siedzącego w swej machinie. Aluzyjka do wszechmocy (pozornej) twórczyń i twórców?

 

 

Dzięki. :-)

Alex, (o)chrzań siłę wyższą, co ona sobie wyobraża?! Nakarm tych zżerających, niech więcej nie przeszkadzają. Fajnie, że się podobało.

Adamie, masz rację (ten przecinek tak coś podejrzanie wyglądał, lecz nie miałam pewności), ale poprawię dopiero po powrocie do domu.

Hmmm, nie myślałam o odwołaniach do mocy twórców. Chciałam antybajkowego zakończenia. A każde z wymienionych zalatywałoby sztampą, nie sądzisz? No owszem, wyszły rozstaje. Którą drogę byś wybrał, rycerzu bez skazy? A ty, nadobna białogłowo? ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Nie myślałaś? TY nie myślałaś? Nie do wiary… :-)

Serio: wiem, interpretacje nie muszą pokrywać się z zamiarami autorów – w tych samych słowach mogą mieścić się dwie, albo i trzy, równoprawne. Tal mi się skojarzyło, w tę stronę powiodły mnie Twoje wyliczanki możliwości kontynuacji.

Tak, JA nie myślałam. A przynajmniej nie o tym. A przynajmniej nie świadomie. ;-)

Dobra, już wprowadzam Twoje poprawki.

 

I dziękuję za Bibliotekę. :-)

 

Edit: Ależ nie zabraniam nikomu czytania komentarzy przed umieszczeniem własnego. Tylko przed zapoznaniem się z tekstem odradzam.

Babska logika rządzi!

Bajeczne opowiadanie! :) A przy końcówce czułem się trochę jak kiedyś po odcinku Mai: “Czy Xowi uda się coś tam? Dowiecie się w następnym odcinku…” :D

Dziękuję. :-)

Nie, nie będzie następnego odcinka, za tydzień nie wpatruj się z nadzieją w monitor. ;-) Wszystkie żarciki już spalone, muszę wykombinować coś nowego.

Babska logika rządzi!

Lubię antybajki i zabawy legendami i podaniami. Nie dziwota więc, że i Twój tekst, Finklo, podobał mi się. Szczególnie duży plus przyznaję za poczucie humoru.

Ale żeby nie było tak całkiem monotonnie z tymi pochwałami laugh to pozwolę sobie ponarzekać. Tak tylko odrobinę i całkiem możliwe, że będą to wyłącznie kwestie mojego gustu.

Pierwsza sprawa to stylizacja języka bohaterów. Jest nienachalna i dodaje tekstowi uroku, tylko raz czy drugi miałem wrażenie, że zanika. Jakby tekst był nierówny, że się tak wyrażę, w tym względzie. Druga rzecz, była jak dla mnie jedynym zgrzytem, który w pewnym momencie zepsuł mi przyjemność z czytania. To był ten pomysł z reklamą telewizyjną. Jak dla mnie przeszarżowałaś. Zapewne znajdzie się wiele osób, które będą tego pomysłu bronić (jak pisałem, rzecz gustu). Jednak dla mnie jest on niespójny z resztą tekstu, z jego atmosferą. Taki jednorazowy wyskok, a przecież mogłaś rozwiązać kwestię trucizny na smoka na setkę różnych sposobów… I wreszcie ostatnia sprawa – zakończenie. Po prostu mi go brakuje. Liczyłem na jakieś spuentowanie historii, zamknięcie w jakiś ramach. A tutaj: Deus ex machina, tyle że ten bóg niczego nie załatwił, nawet w stylu, z którego jest znany. Ech, ten mój skrzywiony gust!

Matko, ależ ponarzekałem. Nie chciałbym, żebyś nabrała złego wrażenia, więc powtórzę: opowiadanie mi się podobało! Gdyby już nie było w bibliotece, to bym dołączył do zgłaszających. 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dziękuję, KPiachu. :-)

Masz pełne prawo do posiadania własnego zdania, wyrażania go, a nawet narzekania. :-) Stylizacja – chciałam, żeby stylizacja stopniowo zanikała. Najlepiej, gdyby Czytelnik w ogóle nie zauważył, jak gotowana żaba. Widocznie nie do końca się udało.

Reklama. Pewnie mogłam rozwiązać problem w inny sposób. Ale kiedyś wrzuciłam tu opowiadanie o smoku podróżującym w czasie i jakoś najpierw mi się o tym pomyślało… A jak już miałam jedno wyjście, to nie szukałam drugiego. No i musiałabym zrezygnować z żarciku o kryształowych kulach. I to nie jest jednorazowy wyskok – potem jeszcze mam kapsaicynę i garam masala. ;-)

Zakończenie – wspominałam już o tym kilkakrotnie – mogłam napisać różne zakończenia, ale każde byłoby bajkowe: “i żyli długo i szczęśliwie”, “a ja na ich weselu byłam, miód i wino piłam”… A ja wolałam coś antybajkowego. Przy okazji uniknęłam wyjaśniania, kto jest tym dobrym, a kto złym.

Cieszę się, że, mimo licznych uwag, ogólnie się spodobało.

Babska logika rządzi!

Mnie się podobało, zastrzeżeń nie mam i przyjmuje opowiadanie z całym dobrodziejstwem pomysłów Autorki. Nawet zakończenie mnie satysfakcjonuje. ;-)

 

„Ma­ni­pul­ka zgrzyt­nę­ła bez­gło­śnie zę­ba­mi i po­nu­ro po­wlo­kła się do swo­jej kom­na­ty na czub­ku wieży”. – Wolałabym: …i po­nu­ro po­wle­kła się do swo­jej kom­na­ty na czub­ku wieży.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorzy.

Miło, że zaakceptowałaś opowiadanie z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Hmmm, nie widzę różnicy między tymi słowami, ale mogę poprawić, jak wolisz. Skoro tak ma być lepiej. A czy możesz wytłumaczyć, na czym różnica polega?

Babska logika rządzi!

Powlokła się nie jest błędem, ale nie podoba mi się. Pościel powleka się, nie powloka, Jeśli zmęczy mnie spacer to dowlekam się do domu, nie dowlokam. Igłę nawlekam, czy nawlokam?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. To tylko moja kobieca intuicja, a ja jej nie ufam:

Słowo, którego użyłam, nie pochodzi od powlekania, tylko od wleczenia. On się (po)wlókł, ona się (po)wlokła. Ale może on się wlekł?

Babska logika rządzi!

Finklo, nie zrobiłaś błędu. Tylko ja nie lubię tego słowa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aha. Ale już zdążyłam zmienić. :-) EOT?

Babska logika rządzi!

Banalna historyjka, lecz świetnie napisana pięknym językiem.

Ale parę rzeczy zgrzytnęło mi jak, nie przymierzając, zęby Manipulki lub paznokieć po tablicy.

Czytam ci ja sobie, a endorfiny wypełniają powoli mózg, nie sprawdzam gdzie koniec (rzadkość!), aż tu nagle… koniec! Oj, nieładnie!

Pomysł ze smokiem wędrującym w czasie i oglądającym współczesne reklamy gumy do żucia to antypomysł. I nie pasuje nawet do antybajki.

Rycerz Kapitalistyczny – nazwisko razi oderwaniem od klimatu. Chyba że czegoś nie zrozumiałem.

Dziękuję.

Czy banalna? Mam nadzieję, że nie całkiem. Banał to ręka księżniczki zwyczajowo obiecywana wybawcy (w komplecie z połową królestwa).

Czy antypomysł pasuje do antybajki? To pewnie kwestia zdefiniowania obydwu. Ja wyobraziłam sobie antybajkę jako coś zaczynającego się standardowo i stopniowo wylewającego się z formy umoralniającej powiastki dla dzieci – wypełnionej magią i czarno-białymi postaciami. Jako opowiadanie przekształcające się w twór nijak do bajki niepodobny, wręcz pokpiwający z baśniowych rozwiązań. I taki plan realizowałam, świadomie i z premedytacją używając “niebajkowych” słów i odwołań. Ale masz pełne prawo nie zgadzać się z moją koncepcją. :-)

Babska logika rządzi!

Zgrzyta mi i nic na to nie poradzę. Do mojej logiki nie pasuje, ale cóż, to babska logika rządzi :)

W moim komentarzu zapewne za słabo wybrzmiało to, że mimo wszystko czytanie sprawiło mi ogromną przyjemność, a piórem machasz jak Wołodyjowski szabelką.

Fajnie, że zgadzamy się co do hierarchii logik. ;-)

Nie turbuj się Waćpan, sentencję z endorfinami pojęłam. Jeszcze raz dziękuję Waszmości. :-)

Babska logika rządzi!

Po pierwsze przyjemna, po drugie dobra. Co do Deusa, ciekawym pomysłem jest wrzucenie do opowiadania Boga, ale miło, że nie wykorzystałaś jego wszechmocy z racji, że nie przepadam za zabiegiem Deus Ex Machina. Z proponowanych zakończeń najlepszym było by doprowadzenie do wyjaśnienia, że chodziło o zabójstwo gadziny, mógłby to powiedzieć zazdrosny bard, przykładowo. Tyle co do mnie. 

“– Strasz­na magia – przy­zna­ła z nie­chęt­nym sza­cun­kiem kró­lew­na. – To muszą być okrut­ne czasy. Tylko po­myśl, czego mógł­by do­ko­nać wo­jow­nik zbroj­ny w takie kost­ki. “

Wielce straszliwa żuma do gucia ; )

Dziękuję.

Chyba rzadko kto powyżej gimnazjum lubi takie rozwiązania, że nagle, cudownie, wszystkie problemy się rozwiązują. A gdyby jakoby zabity rycerz zjawił się podczas wesela Manipulki ze świniopasem i ze złości dodał jej garam masala do tortu? Też mogłoby być ciekawie… Gdyby bard to sobie uświadamiał, już dawno temu by powiedział. Jedna ósma królestwa piechotą nie chodzi… ;-)

I wielce durna reklama. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie koniecznie musi mówić, bo faktycznie może nie wiedzieć, ale na przykład ja na jego miejscu kombinowałbym jak diabli…  A tak poza tym, to, po pierwsze, twoje pisanko, a po drugie, brak zakończenia wszystkiego nie musi być brakiem zakończenia opowiadania. To nie mitologia, że główny bohater musiałabym na końcu umrzeć. 

Co do reklamy fakt, zgadzam się, że durna :)

No ale co ten biedny bard może zrobić? Oprócz oplucia sobie brody? Miał widowiskowo przepędzić smoka, ktoś go ubiegł. Osiągnięć na koncie żadnych, królewna wściekła, że wybranek wepchnął ją w ramiona pazernego i brzydkiego starszego pana… Sama ostro kombinuje, jak się z tego wyślizgać, a bard ma przerąbane.

O, podoba mi się zdanie o braku zakończenia. :-)

Babska logika rządzi!

Przyjemnie się czytało:-) współpraca księżniczki z smokiem, chciwy a nie szlachetny rycerz… i jeszcze analiza koloru włosów księżniczek – dla mnie akjab:-)

ęjukęizD, Maxeno. ;-)

No, stąd właśnie wziął się pomysł – zwyczajowo wybawca księżniczki otrzymuje jej rękę i pół królestwa. A co, jeśli panna wcale nie ma ochoty na ten mariaż?

Babska logika rządzi!

W bajkach z założenia księżniczki z wypiekami na twarzy czekają na jakiegokolwiek rycerza, o wybrzydzaniu nie ma mowy. W realnym świecie też zdarzają się panny co już uważają, ze za dużo maja lat i szybko jakiegokolwiek do ołtarza, a ja nie chce to “na dzidziusia”. na szczęście, świat się zmienia i kobiety maja poczucie własnej wartości i nie musza godzić się na pierwszego lepszego:-) świat się zmienia, to i bajki się zmieniają – czyli bajka na czasie:-)

No, nie wiem – księżniczki chyba nie giną w tłumie kandydatek do małżeństwa, a tatusiowie niekiedy planują im przyszłość, zanim jeszcze z pieluch wyrosną, potem organizują bale. Chyba że przeznaczone do klasztoru… Dochodzi jeszcze ogromna wdzięczność za uratowanie życia – wydaje mi się, że to silny bodziec popychający w ramiona dzielnego rycerza.

Ale ogólnie tak – ostatnio kobiety robią się bardziej samodzielne, wcale już nie muszą czepiać się chłopa. Nie mam nic przeciwko temu, żeby i bajki/ fantastykę popychać lekko w tym kierunku. :-)

Babska logika rządzi!

To miało być tutaj! Deus w swej machinie, to tutaj! 

 

“Za wydłubywanie ważkom oczu, to w niektórych światach zrzucają ze skały (są w tekście, sprawdzałem!).

 

Z tego co widzę, niby takie średniowiecze, ale zaczątki kapitalizmu na całego. Ale warto pamiętać, że reklamy nie są dla smoków. ;)

Nasunęła mi się jeszcze jedna myśl: człowiek boże igrzysko. 

 

Trochę smuci fakt, że tekst jest taki krótki. Ciekaw byłem jak to się wszystko potoczy. Niby uniknęłaś sztampowości zakończenia, ale równie dobrze można tutaj mówić o uniknięciu porażki w walce, poprzez niestawienie się na ringu. 

 

Czuję niedosyt i dlatego 4/6. “

 

Teraz chyba wpis ma więcej sensu.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Aaaa! Zaiste, tutaj lepiej pasuje.

Znalazły się oczy ważek! Ale Szarlanda w gruncie rzeczy miała dobre serce i tylko robiła sekcje ważkom, które zmarły śmiercią naturalną.

Ano, rycerz to jakiś prekursor musi być. Może nawet przodek Marksa…

Zresztą, chyba i przed średniowieczem zdarzało się, że ludziom (zwłaszcza władcom toczącym walki) brakowało kasy.

Teraz się zgodzę – zakończenie napisałam dziwaczne i niektórym się ono słabo spodobało.

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dzięki, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka