- Opowiadanie: cd4093 - Antykwariusz

Antykwariusz

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Antykwariusz

Ulica Ogarna w N. najbardziej urokliwe wyglądała w porannym słońcu, gdy jego jaskrawe promienie rozświetlały krople wody na łodygach kwiatów sprzedawanych przez młodą kwiaciarkę, zapach pieczywa pobudzał żołądek, a chrzęst nakręcanej w sklepie z bibelotami pozytywki obiecywał, że za chwilę rozlegnie się wesoła melodia. Ulica budziła się wtedy do życia, które wnosili ludzie i powozy napływające z zaułków, niczym krew w rozgrzane słońcem członki. Tylko jeden koniec Ogarnej tonął o tej wczesnej porze w cieniu ratusza. Obok warsztatu kaletnika znajdował się antykwariat, w którym za ladą stał dwudziestoczteroletni Tadeusz. Właścicielem interesu był stryj, który przygarnął chłopaka po tym, jak jego rodzice zginęli w pożarze. Wszyscy wiedzieli, że młody księgarz wkrótce przejmie interes i większość osób mu zazdrościła, gdyż stryj miał smykałkę do skupowania i sprzedawania książek, a i Tadeusz radził sobie z tym całkiem nieźle.

Sam zainteresowany wydawał się całkiem kontent, że nie musi troszczyć się o przyszłość. Z natury bardzo nieśmiały, a właściwie strachliwy, w towarzystwie książek nabywał odwagi. Obserwując go przy pracy, można było odnieść wrażenie, że patrzy się na artystę niepośledniego gatunku, który w świetle reflektorów nabiera werwy i, zapominając o tremie, całym sercem oddaje się wybranej przez siebie muzie. Zawsze skory posłużyć swoim oczytaniem potrafił pomóc tak samo oficerowi, poszukującemu zbioru nie nazbyt śmiałych erotyków, przepisywanych później na welinowym papierze i podrzucanych pannom z zamożnych domów, jak i profesorowi zbierającemu materiały do nowej dysertacji.

Poza światem literatury i handlu książkami był jednak Tadeusz człowiekiem z gatunku tych, co najbardziej obawiają się słów: nieznane i zmiana. Ludzie tacy, gdy zbratają się już ze swoim lękiem jak z natarczywym psem, gotowi są rzucić mu na pożarcie swoje marzenia, byle tylko zachować status quo. Uznają swój strach za immanentny element rzeczywistości, z którym nie da się wygrać.

– Dzień dobry, Tadeuszu – przywitała się Elżbieta, młodziutka kwiaciarka, zajrzawszy do Tadeusza późnym rankiem. Stanęła w progu, by mieć na oku swój kramik. O tej porze słońce zaglądało już do antykwariatu, chłopak podziwiał więc, jak promienie opalizowały na jej złotych włosach i zwiewnej sukience.

– Dzień dobry, Elu – odpowiedział po nazbyt długiej pauzie. – Miło, że zaglądasz. U mnie dziś posucha i tylko przekładam książki ze sterty na stertę.

– A czy jest wśród nich już ta, o którą cie prosiłam? – zapytała z uśmiechem.

– Tak, udało mi się ją w końcu zdobyć, ale tak szczególne dzieła trzymamy na zapleczu.

Speszony lekko znikł na chwilę, by wrócić z małego formatu, ale wcale niecienką, książeczką. Rycina na okładce przedstawiała drzewo, zapuszczające korzenie w serce trzymane na wyciągniętej kobiecej dłoni. Czarne plamy ptaków ulatywały z korony drzewa w stronę tytułu, wydrukowanego ozdobną gotycką czcionką.

– „Kompleta” Mikołaja Ernerta – z dumą oświadczył Tadeusz. – Chyba trudniej to dostać niż pierwsze wydanie Kochanowskiego – zażartował – ale w końcu mi się udało. Jest w całkiem dobrym stanie. Niestety, chyba większość życia spędziła nieczytana.

– Dziękuję, Tadziu, jesteś nieoceniony! Mama będzie bardzo wdzięczna za te poezje. Przypominają jej czasy, gdy była jeszcze młoda i zdrowa.

Tadeusz nie bardzo wiedział, co wypada odpowiedzieć, Elżbieta tymczasem otworzyła książkę na przypadkowej stronie i zaczęła cicho czytać:

Kiedy byłaś snu obłokiem

Uciekałem mokrym świtem

By pod twoich łez potokiem

Nie drżeć umierając przy tem.

Przerwała i spłonęła rumieńcem. Poczuwszy się oboje w równej mierze zakłopotani, spróbowali w jednej chwili przerwać milczenie. Wybuch śmiechu rozwiązał problem.

– Przepraszam, Elu, wszedłem ci w słowo. Co chciałaś powiedzieć?

– Chciałam zapytać się, ile jestem ci winna za tę książkę?

– Wiesz przecież, że nie mógłbym ani od ciebie, ani od twojej matki wziąć ani grosza. Potraktuj to jako mały upominek.

– To bardzo miłe, ale sporo czasu poświęciłeś, by zdobyć ten tomik. Chciałabym móc ci się jakoś odwdzięczyć. – Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Wystarczy mi, że mogłem sprawić ci przyjemność.

Elżbieta wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.

– Jeszcze raz dziękuję – dodała, podczas gdy zdezorientowany Tadeusz zaczął nerwowo przekładać książki z jednej strony stolika na drugą.

– Czy jeszcze coś ciekawego wpadło ci w ręce od wczoraj? – Elżbieta skierowała jego uwagę na bezpieczniejsze tory. Chwyciła pierwszą z brzegu książkę o tytule wpisanym cyrylicą i zaczęła kartkować, patrząc przy tym na Tadeusza.

– Ot, choćby ta właśnie, którą trzymasz – odpowiedział. – To chyba jakaś praca naukowa z uniwersytetu w Sankt Petersburgu wydana kilkanaście lat temu przez tamtejsze małe wydawnictwo naukowe. Dziwne, ale wyjątkowo nie pamiętam nawet, kto to przyniósł. Stryj podejrzewa, że przez najbliższych dwadzieścia lat nie uda się nam tego sprzedać – uśmiechnął się.

Elżbieta spojrzała na książkę. Na otwartej właśnie stronie widniała ilustracja, przedstawiająca mężczyznę w kamizelce i koszuli z zakasanymi rękawami. Siedział na sporych rozmiarów krześle, do którego przywiązany był za nadgarstki za pomocą wijących się spiralnie linek, a raczej kabli. Z drugiego końca były one wetknięte do jakiegoś ustroju ze wskazówkami. Przypominał on trochę urządzenia, jakie Elżbieta widziała kiedyś w pokoju telegrafisty.

– Cóż to takiego? – zapytała zdumiona, kierując obrazek w stronę przyjaciela. – Jakieś elektryczne cuda?

– Chyba tak. Zdaje się, że ta rozprawa traktuje o elektrycznym aspekcie naszego mózgu. Słyszałaś o elektryczności zwierzęcej? – Elżbieta przytaknęła bez przekonania. – Być może ma ona duży związek z naszym umysłem, ale to wszystko tylko domniemania – skwitował Tadeusz, po czym wziął książkę od przyjaciółki i odłożył na właściwą półkę.

– Tyle niesamowitych rzeczy słyszałam już tutaj od ciebie, a lekarstwa na suchoty mamy doktorzy wciąż nie mogą znaleźć.

Zasępiła się i westchnęła, po czym złożyła ręce na podołku i zaczęła skubać falbanę. Gdyby Tadeusz spojrzał w jej oczy, zobaczyłby, jak się szklą, doprowadzając do dygotania ramion, które czekały na jego dłonie. On jednak patrzył się w ziemię, licząc nieświadomie sęki w deskach podłogi. Choroba matki Elżbiety bolała go na tyle dotkliwie, że czuł się sparaliżowany; nie śmiałby skalać bólu Elżbiety swoim współczuciem. Nadmiar empatii prowadzi do oziębłości.

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – powiedział bez przekonania, gdyż sam nie wierzył w to kłamstwo. – Twoja matka może jeszcze wyzdrowieć. Nie wolno tracić nadziei.

Dziewczyna spojrzała na niego smutnym wzrokiem.

– Tak Tadeuszu, z pewnością nie wolno tracić nadziei… Przepraszam, widzę, że ktoś wybiera kwiaty. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia! – krzyknął za odbiegającą kwiaciarką.

Usiadł przy regale i przyciągnął opuszkami palców po grzbietach książek. Nagle zacisnął dłoń w pięść i uderzył w półkę. Kostki zabolały, a z rozciętej skóry nieśmiało zaczęła sączyć się krew. Bezsilność wobec własnej bezsilności. Strach przed własnym strachem. A później kolejne warstwy – strach przed strachem przed strachem. Emocjonalna rekurencja, budowane ad infinitum obrzydzenie do samego siebie. Uderzył raz jeszcze. Rozczarowany przycisnął obolałą dłoń do brzucha – ulga nie nadeszła. Dawniej ból fizyczny zagłuszał psychiczny, poczucie kontroli nad zadaniem bólu łagodziło niekontrolowany wstyd, ale siła przyzwyczajenia w końcu wygrała i mechanizm substytucji przestał działać. Został z bolącą i krwawiącą dłonią oraz wściekłością na siebie. Tej ostatniej przyzwyczajenie z jakiegoś powodu nie dotykało.

* * *

Po południu Tadeusz uporządkował nowe książki, przyniesione przez stryja i usiadł za ladą, by odpocząć. Przygnębiony i znudzony małym ruchem w sklepie w końcu zapadł w półsen na krześle. Obudziło go stukanie obcasów. Mężczyzna, który przerwał mu odpoczynek, chrząknął głośno, ale Tadeusz jeszcze przez chwilę walczył z sennością, nim ocknął się na dobre, wstał i z przepraszającym spojrzeniem przywitał klienta:

– Dzień dobry, szanownemu panu! Czym mogę panu służyć?

Klient ubrany był w dwurzędową marynarkę, spod której poświecał złoty łańcuszek kieszonkowego zegarka. Miał na oko jakieś pięćdziesiąt lat, a sumiasty wąs, bokobrody i laseczka dodawałyby mu jeszcze powagi, gdyby nie jowialna twarz i nieco rubaszny gest.

– Dzień dobry, synu – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. – Posłyszałem od znajomego antykwariusza, że zdarzają się u was zagraniczne wydawnictwa naukowe. Poszukuję od długiego czasu rozpraw i dysertacji z katedry pewnego uniwersytetu w Sztokholmie. Niestety, tak się składa, że o interesującej mnie materii dowiedziałem się niegdyś przypadkiem, i nie pamiętam ani nazwy owej katedry, ani nazwisk autorów, szukam więc bez większej nadziei. – Tu rozłożył ręce z rozbrajającym uśmiechem.

Tadeusz wypuścił z płuc powietrze z cichutkim sykiem i zaraz na powrót wziął głęboki oddech. Nabrawszy pewności, że obudził się i dobrze zrozumiał prośbę, podszedł do regału.

– Rzeczywiście, stryj, skupuje wiele naukowych pozycji, ale nie prowadzimy ściśle naukowego antykwariatu. Gdyby mógł szanowny pan określić, co go konkretnie interesuje, mógłbym powiedzieć, czy mamy coś w tej tematyce. Dla przykładu z zakresu historii czy filologii z pewnością znajdzie pan u nas coś ciekawego. – Antykwariusz wskazał półkę na regale, klient pokręcił jednak głową.

– Och, nie, interesuje mnie zupełnie inna dziedzina. Prowadzę badania… – zbliżył się, ściszając głos, po czym machnął ręką. – Albo inaczej panu rzecz wyłożę. Na owej katedrze dwóch neuroanatomów, to jest uczonych, zajmujących się badaniem mózgu, opisało hipotezę działania umysłu ludzkiego w oparciu o reakcje substancji chemicznych. Wydano, prawdopodobnie w niemałym nakładzie, monografię na ten temat, która dotarła także do Polski, co wnoszę z tego, iż zasłyszałem o niej podczas pewnej prelekcji na uniwersytecie. Nie miałem jednak szans skontaktować się z osobą, która wyłożyła podówczas ledwie fundamenty owej hipotezy. Poszukuję więc po bibliotekach i antykwariatach opracowań na ten temat, jednakże rzecz w świecie naukowym nie odbiła się większym echem. Gdyby potrafił pan co wskazać mi w tej materii, byłbym bardzo wdzięczny. Zbieram literaturę nie tylko nową, ale także dzieła starsze, traktujące o umyśle w ujęciu medycznym. Także, gdyby co pan miał o psychiatrii lub pokrewnych dziedzinach, mogę być zainteresowany.

Tadeusz przyjrzał mu się z ciekawością. Klient różnił się od tych ludzi nauki, którzy pojawiali się często w sklepie. Zdarzali się wśród nich zapaleńcy, owszem, zarówno goniący za mrzonkami i stawiający jedyną kartę swojego życia na wątpliwej przyszłości koncepty, jak i poszukujący czegoś na kształt przygody w coraz to nowych badaniach. Ten jednak człowiek przypominał bardziej twardo stąpającego przedsiębiorcę, kapitalistę, który odkrył nowy rynek i usiłuje go podbić z niezachwianą pewnością, że jeszcze rok, dwa ciężkiej pracy i w jego ręku będzie władza nad dziedziną, o której nikt wcześniej nie pomyślał, by ją choćby spróbować wykorzystać. Gdy mówił o swoich poszukiwaniach, oko mu błyszczało, a skronie pulsowały; głos przy tym ściszał mimowolnie, nie z zawstydzeniem, a jakby w obawie, czy ktoś go nie podsłucha i nie wydrze pomysłu.

Jest w nim jakby co niebezpiecznego, pomyślał mimochodem księgarz, ale zaraz zaczął się zastanawiać, co mogłoby się udać temu człowiekowi sprzedać.

– Muszę przyznać, że dał mi pan niełatwe zadanie. Mamy kilka pięknych ksiąg osiemnastowiecznych na temat medycyny, wątpię jednak, by tam mógł szanowny pan znaleźć te tematy. Może raczej wolałby pan przejrzeć te atlasy anatomiczne – poprowadził go do stolika, zgarnąwszy po drodze dwa tomy. – Nie przypuszczam jednak, by i tu znalazło się coś w pana materii. Raczej należałoby sięgnąć do… – Zawiesił głos i zaczął szukać po półkach, skacząc od regału do regału, w międzyczasie myszkując w stosach książek na stolikach.

– Rosyjskie tłumaczenie podstaw frenologii Galla, to musi pana zainteresować! – ucieszył się Tadeusz, odnalazłszy książkę. – Rzecz jest o umyśle, nieprawdaż? Słyszy się o tym ostatnimi czasy.

– Widzę, że orientuje się pan w nowinkach medycznych – z uśmiechem odparł mężczyzna – jednak tajniki frenologii studiowałem w pierwszej kolejności. W istocie, to ciekawy koncept, ale nie wnosi wiele do moich badań, a i jego praktyczne wykorzystanie raczej ociera się o zabobon i szarlataństwo, jak mniemam. Choć to tylko moja opinia – zastrzegł, unosząc palec wskazujący – nazbyt mi się wydaje kategoryzująca, ale współcześni ludzie to lubią. Chcieliby mapę do swoich umysłów, a jeszcze chętniej do umysłów bliźnich, a mapy nie ma i, jak nie bez podstaw przypuszczam, nie będzie. – Po chwili dodał, mówiąc do siebie – Co nie powstrzymuje mnie przed podróżą.

Tadeusz, dawno już przegnawszy resztki senności, na chwilę zatrzymał się w poszukiwaniu książek i przyjrzał się twarzy klienta. Trzymając w jednej ręce książkę, a palcem drugiej wskazując hasło w glosariuszu, które go widocznie jeszcze chwilę temu zainteresowało, patrzył się przed siebie. Najwyraźniej zamyślił się nad wypowiedzianymi przed chwilą słowami, znacznie jednak dłużej niż na ogół pozwalają sobie ludzie prowadzący z kimś rozmowę. Antykwariusz miał wrażenie, że wokół mężczyzny zaczął rysować się krąg skupienia, mającego w sobie coś podniosłego i udzielającego się także jemu. W końcu umysł księgarza wpadł na inny tor i chłopak uderzył się otwartą dłonią w czoło:

– Ach! – zawołał – przecież mam lekturę, która może pana zainteresować.

Podbiegł do regału i sięgnął po książkę, którą pokazywał Elżbiecie. Klient tymczasem otrząsnął się z zamyślenia.

– Cóż to takiego, drogi panie? – zapytał.

– Bogiem a prawdą sam nie wiem, nie znam na tyle dobrze ani rosyjskiego, ani tym bardziej anatomii, ale przeczuwam, że znajdzie tu pan coś dla siebie.

Mężczyzna wziął do ręki pożółkłe opracowanie i przewrócił kilka kartek.

– Hm… W rzeczy samej, zdaje się dosyć interesujące… – mruczał pod nosem.

Usiadł na krześle, zawiesiwszy laseczkę na oparciu. Przejechał palcem po spisie treści i przekartkował szybko książkę do wybranego rozdziału, który przeglądał już starannie i metodycznie.

– Tak… Wie pan, to doprawdy ciekawe… Ha, sam myślałem kiedyś o czymś takim, a tu proszę… – wskazał obszerny akapit drobnej cyrylicy, nie patrząc nawet na Tadeusza. Najwyraźniej znał znakomicie język rosyjski i zatopił się bez reszty w swoim skupieniu, które tym razem przyjęło nieco bardziej ekstrawertyczną formę. W końcu porzucił fragment, który go zaintrygował i parę kartek dalej zatrzymał się przy jakimś rysunku. Była to ta sama rycina, na którą trafiła Elżbieta; widać książka była tak zszyta, że otwierała się najczęściej na tej właśnie stronie.

– Jakież zmyślne wykorzystanie sond niepolaryzujących du Brois Reymonda, nieprawdaż? – zagadnął. – Brak tylko ustroju Einthovena. Samo wyeliminowanie sił elektromotorycznych na styku metalu z tkanką to jedno, symetryzacja sygnału drugie, ale cóż można było zmierzyć tymi prostackimi galwanometrami? Trzeba było brać poprawkę na inercję rotoru, a w przypadku tych fal… Ależ ja pana zanudzam swoimi rozprawami! – zreflektował się.

– Bynajmniej, to ciekawe. Bardzo mnie zainteresował ten rysunek, gdy go pierwszy raz zobaczyłem. Wydaje mi się, że musi mieć coś wspólnego z elektrycznością zwierzęcą? Przypomina mi to ryciny na temat prac Galvaniego.

– Zaskakuje mnie pan – z uznaniem odpowiedział mężczyzna. Odłożył książkę na kolana i odwrócił się w stronę Tadeusza. Przyjrzał mu się, a właściwe zlustrował twarz i, nie wiedzieć czemu, dłonie. Zdjął laseczkę z oparcia, wstał, wciąż nie spuszczając z niego wzroku, i przez chwilę ważył w ręce książkę. Wyprostował palec wskazujący na rączce laski i, celując w Tadeusza, dodał:

– Myślę, że jeszcze będziemy mieli okazję porozmawiać, nie chcę jednak pana zajmować w godzinach pracy. Niech pan zapakuje mi, proszę, tę książkę i czasopisma, które odłożyłem obok.

– Służę uprzejmie i zapraszam jak najszybciej. Jeżeli nie będę mógł służyć stanem naszego antykwariatu, to chętnie popytam się wśród znajomych antykwariuszy.

Mężczyzna zapłacił za towar i z uśmiechem zdjął rękawiczkę, by podać Tadeuszowi rękę. Księgarza zdziwił ten gest, skłoniwszy się lekko, uścisnął jednak wyciągniętą dłoń. Gdy tylko dotknęły go opuszki palców, poczuł jakby mrowienie, zrazu delikatne, a po chwili rażące. Chciał wyrwać rękę, mężczyzna chwycił go jednak mocno w żelaznym uścisku. Trwało to zaledwie chwilę, Tadeusz miał jednak wrażenie, że czas się zatrzymał i mrowienie narastało w nieskończoność. Było ono jak dźwięk słyszanej z dala orkiestry, który z początku przypomina bliżej nieokreślony hałas, ale w miarę narastania głośności układa się w muzykę. Tu jednak dotyk narastał, przemieniając się w zawrót głowy i strach. Źrenice Tadeusza rozszerzyły się do granic możliwości, a serce pompowało krew jak oszalałe. Nieznany mu zwierzęcy strach kazał krzyczeć, gryźć i uciekać. Przede wszystkim uciekać. Jak najdalej od rażącej go dłoni. Jeszcze chwila i rzeczywiście rzuciłbym się z zębami na rękę mężczyzny, ten jednak puścił go i w jednej chwili strach ustał, pozostawiając tylko łomoczące serce. Tadeusz opadł na kolana.

– Prze… praszam – wycharczał, opluwając śliną podłogę. – Przepraszam, nie wiem, co mi się stało.

Poczuł, że klient podnosi go do pionu. Spojrzał na jego twarz i zrozumiał.

– To pan! To pan mi to zrobił, prawda? – krzyknął, odsuwając się. Okazało się jednak, że jeszcze ledwo trzyma się na nogach i upadł. Przestraszony uciekł rakiem pod półki z książkami.

– Niech mi pan wybaczy, nie spodziewałem się tak silnej reakcji – mężczyzna był spokojny i zdawał się mówić z autentyczną troską w głosie. – Proszę przyjąć moje przeprosiny i pozwolić sobie pomóc – wyciągnął rękę. Tadeusz powoli i nieufnie chwycił ją i pozwolił się podnieść raz jeszcze. Mężczyzna podsunął mu krzesło i Tadeusz z ulgą natychmiast na nie opadł.

– Bardzo niegrzecznie rozpocząłem naszą znajomość, a nawet się nie przedstawiłem. Profesor Ernest Bogucki – tym razem wyciągnął dłoń w geście zawarcia znajomości.

– Tadeusz Mirski – odpowiedział i uścisnął rękę profesora. – Co mi pan zrobił? – zapytał z wyrzutem.

– Poddałem pana małemu eksperymentowi, który miał sprawdzić pana podatność na… działanie pewnego urządzenia mojego pomysłu. W uproszczeniu… Ale widzę, że ma pan następnego klienta, a ja potrzebowałbym dłuższej chwili, żeby rzecz tę wyłożyć, choćby w ogólnikach. Proszę, oto moja wizytówka – wyciągnął rękę ze śnieżnobiałą karteczką. – Proszę mnie odwiedzić, nie zważając na porę, gdyż przyjmuję gości do późnych godzin wieczornych.

Bogucki ukłonił się i pożegnawszy się, wyszedł. Tadeusz został sam na sam z kolejnym klientem.

* * *

Tydzień później Tadeusz stał pod drzwiami domu profesora, wahając się, czy zapukać. Jak się okazało, Bogucki mieszkał niedaleko, w domu na uboczu, jednak antykwariusz długo nosił się z decyzją o wizycie. Z jednej strony ciekawość i próżność kierowały go pod te drzwi, w końcu Bogucki docenił oczytanie Tadeusza; z drugiej strony mężczyzna zadawał sobie pytanie, na ile rozsądne i bezpieczne jest zadawanie się z kimś, kto ledwie parę dni temu mało nie przyprawił go o atak serca? Koniec końców strach zdawał się przegrywać z chęcią rozwiązania zagadki. Po kilku minutach stania pod drzwiami przegrał ostatecznie i Tadeusz zapukał. Profesor otworzył drzwi ubrany w marynarkę i nienagannie leżąca koszulę. Uśmiechnął się.

– Dzień dobry, panie Tadeuszu! – przywitał się. – Cieszę się, że zdecydował się pan mnie odwiedzić. Zapraszam!

Mężczyzna szerokim gestem skierował Tadeusza do salonu. Wnętrze urządzone było w stylu bogatych mieszczan, jednak ze znacznie większym smakiem niż się to na ogół spotyka. Na ścianach wisiały liczne obrazy, nie brakowało też rzeźb, ale tak naprawdę królowały tu książki. Obrały we władanie liczne regały, gustownie rozmieszczone chyba w całym wnętrzu, począwszy od przedpokoju.

– Proszę, niech pan spocznie, a ja przygotuję herbatę. Napije się pan, prawda?

– Tak. Oczywiście. Poproszę. – Tadeusz raczej dukał, niż mówił. Bogucki znikł, a on zaczął zastanawiać się, co tu w ogóle robi i od czego miałby zacząć. W końcu doszedł do wniosku, że to mu należą się wyjaśnienia. Profesor wrócił po kilku minutach, niosąc parujące filiżanki. Usiadł naprzeciwko Tadeusza.

– Należą się panu wyjaśnienia – gospodarz jakby czytał mu w myślach – zarówno w kwestii incydentu w antykwariacie, jak i tego, po co tu pana tak naprawdę zaprosiłem. Wyjdę jednak od początku całej tej historii, aby uniknąć szeregu pytań, jakie niewątpliwie by się panu nasunęły.

Z wykształcenia jestem psychiatrą, z zamiłowania wynalazcą, a od zawsze zdrowo myślącym człowiekiem nauki. Zajmując się pacjentami domu dla obłąkanych, zauważyłem, że większość z nich czegoś się boi. Zaobserwowałem wręcz, że lęk jest największym wspólnym mianownikiem wszystkich pacjentów. Zauważyłem, że często lęki te dotyczą spraw błahych – wstydu przed opinią sąsiadów czy obawy przed chorobą, na którą prawdopodobieństwo zachorowania jest znikome. Strachy te jednak zdawały się mieć zdolność paraliżowania umysłu chorego. W końcu postawiłem tezę, że w grę mogą wchodzić mierzalne zjawiska fizyczne w mózgu.

Zacząłem od badania potencjałów czynnościowych osób chorych za pomocą bardzo czułego galwanometru. W ten sposób jednak mierzyłem raczej reakcję organizmu na lęk niż sam lęk. Utknąłem na dłuższy czas w martwym punkcie, aż pomógł mi przypadek. Zacząłem rejestrować mierzone sygnały za pomocą zmodyfikowanego fonografu, aby móc je swobodnie odtwarzać i analizować. Raz jednak omyłkowo źle ustawiłem sieć połączeń i na elektrody na skórze pacjenta wysłałem sygnał zarejestrowany u innego. Badany schizofrenik bał się śmiertelnie, że szatan, którego jakoby ma w głowie, wydostanie się na zewnątrz, rozrywając mu czaszkę. Podczas badania zaczął jednak krzyczeć o wielkim psie, który chce odgryźć mu twarz. Przypomniałem sobie, że badałem melancholiczkę, którą w dzieciństwie pogryzł pies, i która cierpiała na fobię związaną z tymi zwierzętami. Wtedy zrozumiałem, że od dawna rejestruję prądowe wzorce lęków, są one tylko przysłonięte przez szumy i inne sygnały elektryczne w ludzkim ciele. Po kilku latach eksperymentów udało mi się nie tylko określić matematycznie charakter tych sygnałów, ale także skonstruować maszynę do ich wyodrębniania i zapisywania. Wkrótce mogłem je swobodnie zapisywać, wzmacniać i odtwarzać.

– Wzmacniać? – przerwał mu Tadeusz.

– Tak, wzmacniać lub osłabiać – kontynuował Bogucki. – Wzmacniam odczucie lęku na potrzeby terapii eksplozywnej. Pacjent jest poddawany coraz silniejszemu bodźcowi, daleko poza, jak by się wydawało, jego możliwości. W rzeczywistości osoba wystawiona na działanie tak absurdalnie silnego bodźca jest w stanie świadomie go zdeprecjonować, widząc, że nie dzieje się jej nic złego. To tylko kwestia odpowiedniego zaplanowania sesji terapeutycznej.

Bogucki przerwał, by napić się herbaty i kontynuował:

– Był tylko jeden problem: okazało się, że bardzo mało ludzi jest wrażliwych na samodzielny bodziec elektryczny, nawet odfiltrowany. Szczęśliwie okazało się, że wspomniany pacjent, Mateusz, okazał się skłonny do współpracy, a w końcu został moim współpracownikiem. Stwierdziliśmy, że tylko od jednej osoby na dwa tysiące do jednej na pięćset jest samorzutnie podatna na bodziec elektryczny choćby w niewielkim stopniu. Za to praktycznie każdy staje się podatny po zaaplikowaniu opracowanej przez nas substancji, którą nazwałem busterium. To ten właśnie element chemiczny okazał się najtrudniejszym do znalezienia ogniwem. Na szczęście jest całkiem skuteczny, a nadto łatwy w aplikacji. W praktyce wystarczy, by elektroda mojego wynalazku została nim zwilżona, a osoba staje się podatna na sygnał.

– Powiedział pan, że około jednej osoby na tysiąc jest samorzutnie podatnych na sygnał. Ile tysięcy osób musieliście panowie przebadać?

– Przebadanie to określenie trochę na wyrost. Badaliśmy tylko pacjentów szpitala, a w pozostałych przypadkach był to prosty test, jak przy naszym spotkaniu. Ja prawie zawsze mam przy sobie generator sygnału – wskazał na swoją laseczkę – z regularnie uzupełnianym stosem Volty. Sygnał przewodzi moje ciało, więc w najlepszym wypadku wystarczy dotknięcie drugiej osoby, aby zweryfikować jej wrażliwość, choć wskazana jest większa powierzchnia styku, taka jak przy uściśnięciu dłoni. Mateusz nie mógł wykorzystywać tego rozwiązania, gdyż sam byłby poddawany działaniu bodźca. Używał jednak rękawiczek z miedzianą nicią.

W sumie znaleźliśmy siedem wrażliwych osób na jakieś sześć tysięcy zbadanych. Wrażliwość jest groźna, gdyż aż trzy osoby, w tej liczbie jest Mateusz, odnalazłem wśród pacjentów. Niestety, tylko on powrócił do zdrowia w stopniu umożliwiającym współpracę. Trzy osoby spoza szpitala odmówiły współpracy. Siódmą jest pan, Tadeuszu i w panu moja nadzieja, gdyż dwa miesiące temu Mateusz zginął pod kołami powozu. Zostałem bez wiernego towarzysza i nieocenionej pomocy. Sam muszę posiłkować się busterium, które, choć bardzo skuteczne, nie daje mi możliwości dorównania osobie z wrodzoną wrażliwością.

Chciałbym zatem prosić pana o współpracę. Wiem, że ma już pan jedno zajęcie, ale na początek moglibyśmy pomyśleć o dwóch czy trzech godzinach wieczorem. W zamian oferuję godziwe wynagrodzenie. Co pan na to, Tadeuszu?

Tadeusz sięgnął po herbatę i zauważył, że trzęsą mu się dłonie. Podniecenie, pomyślał, jest sumą strachu przed porażką i radości z potencjalnego powodzenia. Czy w każdej z emocji jest strach? Czy Bogucki znalazł klucz do przemiany człowieka zalęknionego w szczęśliwego?

– Czy myślał pan może o stworzeniu substancji o działaniu odwrotnym do busterium? – zapytał. – W szczególności substancji nie tylko tłumiącej podatność na odtwarzany sygnał, ale wręcz tłumiącej odczucie strachu w ogólności? Czy nie dałoby to niesamowitych możliwości?

– Brawo, Tadeuszu! – Bogucki aż klasnął w dłonie. – Och, chciałem powiedzieć: panie Tadeuszu, ale czy mogę do pana zwracać się po prostu Tadeuszu? – Tadeusz skinął. – Biorę pod uwagę istnienie takiej substancji czy raczej możliwość jej zsyntetyzowania. Roboczo nazwałem ją abusterium. Cóż, Tadeuszu, wszystko przed tobą. Jak twoja znajomość chemii? – zapytał.

– Znam tylko absolutne podstawy – spuścił oczy.

– Nie szkodzi, jestem przekonany, że szybko przyswoisz sobie niezbędną wiedzę. – Z twarzy Boguckiego nie znikał uśmiech. – Rozumiem, że chciałbyś przynajmniej spróbować?

Tadeusz skinął i ku swojemu zdumieniu odpowiedział zdecydowanie:

– Tak.

– Wyśmienicie! – ucieszył się profesor. – Na początek zapraszam cię do mnie jutro. Pomożesz w sesji terapeutycznej, a przy okazji naocznie przekonasz się o możliwościach mojej metody.

* * *

Następnego dnia Tadeusz cały dzień siedział jak na szpilkach, wreszcie wieczorem mógł wybrać się do Boguckiego. Profesor znowu przyjął go bardzo ciepło. Tym razem jednak udali się nie do salonu, ale do, jak to określił profesor, gabinetu terapeutycznego. Gdyby nie ryciny w książce, którą Tadeusz sprzedał Boguckiemu, prawdopodobnie w tym momencie uciekłby, gabinet bowiem, choć równie elegancki, jak salon i sam w sobie budzący zaufanie, posiadał kilka nietypowych elementów wyposażenia. Przede wszystkim były nimi dwa krzesła, stojące pod oknem. Od obu ciągnęły się przewody wychodzące od maszyny wielkości małej komody. Przewody były podłączone do szerokich rzemieni przytwierdzonych do prawych podłokietników. Nie ulegało wątpliwości, że za pomocą tychże dało się kogoś solidnie przywiązać do krzesła, choć tylko za jedną rękę. Pierwsze krzesło oprócz rzemieni posiadało jakieś pokrętło, a drugie – cztery takie same gałki.

– Domyślam się, Tadeuszu, że wszystko to wygląda z początku bardzo dziwnie, a nawet przerażająco, po chwili zastanowienia byłbyś jednak zapewne rozszyfrować część tej aparatury. Z lewej strony masz krzesło pacjenta, które posiada zaszyte w rzemieniu elektrody, służące do odprowadzania i wprowadzania sygnału do organizmu. Z prawej zaś strony znajduje się krzesło laboranta, który ma możliwość manipulowania parametrami filtrów. Tu zaś – wskazał na maszynerię – znajduje się cała aparatura, to jest filtry i rejestrator.

Bogucki podszedł do regału za maszyną i sięgnął po jeden ze stojących tam cylindrów.

– Woskowy cylinder? – zapytał się Tadeusz. – Jak w fonografie! – przypomniał sobie wczorajsze wyjaśnienia.

– Zgadza się, Tadeuszu – potwierdził profesor. – W rzeczy samej rejestrator jest w istocie rodzajem fonografu, z tym że zamiast dźwięku zapisuje na woskowym walcu sygnały lękowe. Sygnały te biegną od pacjenta, poprzez kaskadę trzech filtrów, a następnie trafiają na rejestrator. Podczas sesji rejestrującej sygnał jest jednocześnie rejestrowany i przekazywany do laboranta – tu Bogucki wskazał dłonią na Tadeusza i uśmiechnął się – który, dobierając parametry filtrów, jest w stanie wyłowić konkretny wzorzec elektryczny lęku. Później, w czasie sesji odtwarzającej, pacjent otrzymuje swój własny sygnał, odtwarzany z walca. Manipulując pokrętłem, może ustalać moc tegoż. Jak widzisz, zasada działania jest w swej idei prosta.

Zakończywszy wywód, Bogucki dodał:

– Oczywiście, proszę, aby wszystko, co tu widzisz, pozostało, przynajmniej na razie, wyłącznie między nami. Wielu ludzi chciałoby poznać sekret tego urządzenia, a wykorzystać można je zarówno w dobrej, jak i złej wierze. Zanim przystąpimy do demonstracji, czy masz jakieś pytania?

– Dlaczego do zarejestrowania sygnału niezbędna jest osoba posiadająca naturalną wrażliwość? Nie wystarczy sam pacjent albo pan profesor? Czy busterium jest zbyt słabe?

– W rzeczy samej, nawet po zastosowaniu busterium czułość osoby bez naturalnej wrażliwości jest zbyt mała. Wystarcza do odebrania wzmocnionego sygnału z walca, ale nie bezpośrednio z organizmu. W szczególności proces dostrajania filtrów jest pod tym względem bardzo wymagający, gdyż przed dostrojeniem sygnał jest praktycznie na poziomie naturalnych szumów ciała.

– Czy za pomocą tego aparatu da się rejestrować coś więcej oprócz strachu?

– Nie, przez lata eksperymentów nigdy nie udało mi się trafić na ślad jakiejkolwiek emocji, myśli czy stanu ducha innego niż lęk. Niestety, nie udało mi się jeszcze opracować spójnej teorii, która wyjaśniałaby ten fenomen, choć mam kilka hipotez.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi.

– Wybacz, Tadeuszu, ale chyba właśnie przybyła nasza pacjentka.

Bogucki wyszedł otworzyć drzwi. Z przedpokoju dobiegły Tadeusza skrzypienie drzwi, strzępy kurtuazyjnej rozmowy i szelest sukni. Po chwili w gabinecie pojawiła się kobieta, lat około czterdziestu, w odpychającej szarej sukni. Twarz miała bladą i smutną, ale, gdy profesor przedstawił jej Tadeusza, uśmiechnęła się promiennie, sprawiając wrażenie, że albo smutek, albo uśmiech jest kłamstwem.

– Pani Izabelo, oto mój nowy asystent, Tadeusz. Tadeuszu, oto pani Izabela, której postaramy się pomóc – uczynił zadość grzecznościom Bogucki.

Tadeusz pocałował dłoń kobiety. Zabrała ją śpiesznie i z pewnym wstydem.

Bogucki tymczasem ujął pacjentkę za łokieć i usadowił na krześle, a następnie w prostych i przystępnych słowach wytłumaczył, na czym polega sesja. Z rozmowy Tadeusz wywnioskował, że pani Izabela odbyła już kilka rozmów z Boguckim, ale po raz pierwszy odważyła się poddać sesji z busterium. Gdy pacjentka siedziała już podłączona do aparatury, sztywna i widocznie wystraszona, profesor zajął się Tadeuszem.

– Pierwsze pokrętło to regulator intensywności, którego być może w ogóle nie będziesz musiał w tej chwili używać. Skup się zatem, proszę na regulatorach trzech współczynników filtrowania. Niestety, nie jestem w stanie podpowiedzieć ci, jak ich używać. Musisz zdać się intuicję. Zacznij od pierwszego, a jeżeli uda ci się cokolwiek odczuć, przejdź do kolejnych.

Tadeusz skinął głową, a profesor zapytał :

– Czy możemy zaczynać?

Oboje spojrzeli na siebie, po czym skinęli profesorowi, który na ten znak załączył urządzenie. Ustrój pracował prawie bezgłośnie, słychać było tylko delikatny turkot mechanizmu obracającego woskowy walec.

– Pani Izabelo, najsilniej doskwiera pani bezsilność i melancholia po przebudzeniu, nieprawdaż? Proszę przywołać tę chwilę ze wszystkim, co jej towarzyszy… – profesor skinął lekko Tadeuszowi, który zaczął regulować filtry. – Proszę nie myśleć o niczym innym, a całym wzrokiem duszy przeniknąć tę zmorę, która oddziela panią od dzieci…

Profesor kontynuował hipnotyczny monolog, a Tadeusz przekręcał pokrętło. Zrazu naszła go fala lęku przed samą sesją. Spojrzał na swoją rękę i zobaczył, jak opaska z elektrodą zaciska się na jego nadgarstku, powoli odcinając dłoń od przedramienia. Szarpnął ręką nerwowo, przekręcając gwałtownie gałkę i obraz wrócił do normy. Oczywiście, pomyślał, pani Izabela boi się całej tej maszynerii. Zaskoczyło go, jak wyraźnie zobrazował się ten lęk. Mimo to odważył się szukać dalej.

Wydawało mu się, że sesja trwa już wieki i zaczął denerwować się, że nic z tego, że na próżno pani Izabela zanurza się w siebie w obecności dwóch obcych mężczyzn. A może to w ogóle nigdy nie miało sensu, bo czy ktoś wygrał na dobre z lękiem? Było coraz ciemnej i bardziej duszno, a wieczorne zmęczenie zaczęło już usypiać Tadeusza. Opanowywała go coraz większa bezsilność, aż poczuł, że ręką na pokrętle zamiera. Gdy otworzył oczy, które zamknął nie wiedzieć kiedy, z przerażeniem stwierdził, że prawie nic nie widzi. Zrozumiał. Dla pewności skupił się w sobie i odstroił odrobinę maszynę. Zrobiło się trochę jaśniej i przez półprzezroczystą ścianę zobaczył profesora. Tadeusz był jakby wewnątrz wąskiej, ale bardzo głębokiej studni. Gdy na powrót dostroił się do umysłu pani Izabeli i chwycił za drugie pokrętło, runął w ciemność. Tym razem musiał trafić idealnie, gdyż sparaliżował go klaustrofobiczny lęk. Oddychał z coraz większym trudem, nie tylko dlatego, że powietrze zaczęło skraplać się w ciemną maź, ale przede wszystkim dlatego, że płuca zaczęły odmawiać posłuszeństwa. W panice zaczął się miotać, a właściwie próbował to zrobić, gdyż już tylko niektóre części ciała podlegały jego woli. Weź się w garść, powtarzał sobie, to nie twój lęk, to sygnał z zewnątrz, nie ma w tym odrobiny twojej rzeczywistości, krzyczał w siebie, ale nawet gdy już zaczął odzyskiwać władzę nad ciałem, zrozumiał, że nie wie, w którą stronę ma pełznąć. Grawitacja przestała istnieć i nie zapadał się już, a tylko trwał. Wiedział, że jeden kierunek przybliżał go do ratunku, a drugi oddalał, nie miał jednak żadnego punktu odniesienia. Pozostawało mu tylko istnieć, walcząc z bezsilnością płuc.

W końcu krzyknął. Resztkę powietrza w płucach, pozostałość swojego życia oddał na to, by rzucić w pustkę wołanie. Czuł wyraźnie, że oddaje tym samym ostatnie tchnienie, jednak ktoś tam musiał być, ktoś, kto go usłyszy:

– Khra… Khratunkhy… khu!

* * *

Zobaczył przed oczami mroczki, potem rozjaśniającą się przestrzeń i w końcu twarz profesora. Oddychał szybko i płytko, a z każdym oddechem zacierał się obraz świata pani Izabeli. Z trudem obrócił głowę w jej kierunku. Siedziała z zaszklonymi oczyma, choć nie pozwoliła sobie na łzy. On sam był mokry od potu.

– To normalne. Przeżyłeś jej strach bardziej niż ona. Zresztą jest do niego przyzwyczajona – szepnął Bogucki, gdy Tadeusz mimo roztrzęsienia podszedł do maszyny obejrzeć walec. – Następne sesje będą prostsze, bo nauczysz się panować nad światem lęków innych ludzi. – Położył mu rękę na ramieniu, a drugą pokazał walec. – Popatrz, to strach zapisany na kawałku wosku.

Delikatne linie okrążały helisą cylinder. Chciał je dotknąć, ale profesor zaczął z powrotem montować zapis w maszynie. Tadeusz pomyślał, że jest w tym coś mistycznego; móc zapisać emocje, choćby tylko strach, bezpośrednio i bez słów, to coś, co jeszcze tydzień temu nie przeszłoby mu przez myśl. Za chwilę przekonał się też, że ów zapis nie jest tylko czczą przechwałką. Nie pamiętał wiele z tego, jak Bogucki instruował panią Izabelę, jak wprawił walec w ruch i co notował, siedząc obok Tadeusza. Pamiętał jednak grymasy bólu pacjentki, jej pot, później łzy, wreszcie kamienną twarz. Później Bogucki poprosił Tadeusza o wyjście.

Mężczyzna udał się do salonu, gdzie zaczął przeglądać regały z książkami. Z podziwem zauważył, że wiele egzemplarzy może przedstawiać całkiem sporą wartość. Rzucił mu się w oczy także eklektyzm zainteresowań profesora. Obok książek i broszur ściśle naukowych z zakresu psychologii, biologii, chemii, fizyki, a nawet teologii, znalazł i książki przygodowe, i tomiki poezji.

Podziwianie zbiorów przerwało wyjście pani Izabeli.

– Tadeuszu, pani Izabela już nas opuszcza – poinformował Bogucki.

Tadeusz wyszedł na korytarz. Kobieta wyglądała prawie tak samo, jak godzinę temu, choć chłopakowi wydało się, że jej ruchy są trochę pewniejsze, a krok bardziej sprężysty.

– Dziękuję, panie Tadeuszu – skłoniła lekko głowę. – Jeżeli to było dla pana choć w połowie tak trudne, jak dla mnie… musi pan być bardzo odważnym człowiekiem.

Odwróciła się zmieszana, a Bogucki podał jej płaszcz.

– Cieszę się, jeżeli mogłem choć trochę pani pomóc – odpowiedział równie zakłopotany Tadeusz.

– Do widzenia – pożegnała się i wyszła.

– Dobra robota – uścisnął mu rękę profesor. – Zarejestrowałeś bardzo wyraźny sygnał, który znacznie posunął do przodu terapię pani Izabeli.

– Zrobiłem, co było w mojej mocy – odpowiedział, starając się nie dać po sobie poznać dumy.

– Jeżeli dysponujesz jeszcze dziś czasem, zapraszam cię do laboratorium. Pora popracować nad twoją znajomością chemii.

* * *

Laboratorium Boguckiego były to prawdopodobnie dwa lub trzy pokoje połączone w jedno duże pomieszczenie. Znajdowało się tu kilka prototypów maszyn rejestrująco-odtwarzających z trzema krzesłami do sesji, dziesiątki retort i odczynników. Okna zabezpieczone były kratami, nietypowymi, bo skierowanymi do wewnątrz. Z podwórza widoczne były tylko zasłony i firany, zapewne, by nie wzbudzać podejrzeń i nie wabić złodziei. Drzwi do laboratorium też były nadzwyczaj solidne i przywodziły na myśl wrota twierdzy.

Było to królestwo wynalazcy, zabezpieczone przed zakusami zewnętrznego świata. Od tego dnia stało się również królestwem Tadeusza. Z tygodnia na tydzień spędzał tu coraz więcej czasu, zaniedbując antykwariat i wprawiają w zdziwienie Elżbietę. Jego umysłem zawładnęła idea abusterium. Po czterech miesiącach ciężkiej pracy jego wiedza z dziedziny chemii i biologii powiększyła się na tyle, że mógł na poważnie rozpocząć prace. Wraz z Boguckim opracowali w ciągu następnych kilkunastu tygodni recepturę abusterium. Tadeusz pracował na skraju wyczerpania, dniem poświęcając czas antykwariatowi, w którym mniej zajmował się klientami, a więcej przeglądaniu notatek z laboratorium; nocą zaś – dokonując eksperymentów z zapałem dwakroć większym niż sam Bogucki.

W końcu upór Tadeusza nagrodzony został sukcesem. Do wstępnego sprawdzania nowych substancji używali szczurów, straszonych prądem ze stosu Volty lub głośnym dźwiękiem. To drugie było mniej skuteczne, gdyż zwierzęta przyzwyczajały się do hałasu i przestawały się go bać.

Pewnego dnia Tadeusz zauważył, że dwa szczury przestały omijać szerokim łukiem część klatki podłączona do stosu, o ile znajdowały tam pożywienie. Po dopracowaniu receptury i destylacji, szczury już po kilku kroplach były w stanie rzucić się na podłączoną do stosu metoda płytkę, by wyciągnąć z niej jedzenie. Na hałas reagowały tylko zaciekawieniem.

Bogucki, ujrzawszy to, wybiegł z domu i wrócił po godzinie z klatką szczurów od, jak to określił, przyjaciół z nizin, gwarantujących, że zwierzęta są dzikie. Rzeczywiście, próba podania im abusterium aplikatorem skończyła się pogryzieniem Boguckiego, dodali wiec parę kropel specyfiku do menzurki z wodą. Potem pozostało czekać. Gdy tylko gryzonie napiły się abusterium, ich zachowanie zmieniło się w taki sam sposób, jak u bardziej oswojonych pobratymców.

– Niewątpliwie jesteśmy, Tadeuszu, u progu nowego rozdziału w dziedzinie nauk medycznych, a kto wie, czy nie u progu czegoś znacznie większego! – zawyrokował profesor.

Testy z rejestratorem potwierdziły skuteczność abusterium – obaj mogli poddać się odtworzeniu najsilniejszych nawet sygnałów, rozpoznając poszczególne lęki, ale nie przejawiając żadnej reakcji. Abusterium jak gdyby zamrażało im krew w żyłach i czyniło niewzruszonymi.

Tadeusz szybko nabrał nawyku codziennego zażywania abusterium, nierzadko dzień zaczynał właśnie od niego. Z początku wszystko szło coraz lepiej – jako subiekt w antykwariacie nadrobił straty i zdobywał coraz większą sympatię klientów. Także jego relacja z Elżbietą stała się bardziej zażyła, odwiedził nawet ją i jej matkę. Po kilku tygodniach doszło jednak do wydarzeń, które wszystko zmieniły.

* * *

– Witaj, Elu – uśmiechnął się Tadeusz. – Jak się dziś masz?

– Bardzo dobrze, Tadziu. W taki ładny dzień, jak dzisiejszy, ludzie znacznie chętniej kupują kwiaty.

– Szczególnie z rąk tak pięknej kobiety – zbliżył się do Elżbiety i chwycił ja za dłoń. – Sama pachniesz jak najpiękniejszy kwiat…

Objął ją wpół i przygarnąwszy do siebie, złożył na wystraszonych ustach pocałunek.

– Tadeuszu! – krzyknęła, na co objął ją jeszcze silniej.

– Tym razem nic nie stanie mi na przeszkodzie, aby…

Elżbieta zdołała mu wyrwać rękę i wymierzyć policzek:

– Tadeuszu, nie poznaję cię!

Złapał jej dłoń w żelaznym uchwycie i przyparł przyjaciółkę do regału. Spojrzał w jej przerażone oczy i zdał sobie sprawę, że oto ma nad nią pełną władzę, byłby w stanie ją posiąść, zabić lub zmusić do czegokolwiek, co przyszłoby mu do głowy. Gdyby nie gwarna ulica obok, mógłby ją ogłuszyć, a później, po podaniu busterium i podłączeniu do aparatury, sprawić, by była zależna od niego tak jak dotąd on od niej; by czuła strach na myśl o tym, że mógłby ją zostawić samą w jakiejś ciemnej piwnicy z elektrodami, które potęgowałyby jej każdą myśl o tym, co mogłoby wyłonić się z ciemności. Po raz pierwszy to ona była zależna od niego, a on nie bał się niczego, nawet jej łez, kalkulował tylko, co by się stało, gdyby ktoś właśnie wszedł.

Puścił ją.

– Wyjdź – odwrócił się plecami – i nie wracaj. Dla własnego dobra.

– Ależ Tadeuszu, co ci się stało? – Gdy tylko poczuła wolne ręce, porzuciła obronną pozę. – Co ci jest?!

Niewzruszony zajął się porządkowaniem książek. Elżbieta wybiegła z płaczem, a tej nocy Tadeusz nauczył się, że busterium należy mieć przy łóżku jak szklankę wody. W innym przypadku wypoczęty za dnia strach w snach gotów był pożreć człowieka w całości.

Rano obudził się nieludzko zmęczony. Noc pełna koszmarów już sama w sobie byłaby wyczerpująca, a ciągła aplikacja abusterium zdawała się tylko pogarszać samopoczucie. Na domiar złego po porannej toalecie odkrył, że została mu ostatnia dawka specyfiku, a do Boguckiego miał wybrać się dopiero późnym wieczorem. Przez pierwszą godzinę w antykwariacie walczył z sennością, ale jeszcze przed południem okazało się, że gorsze są wyrzuty sumienia i strach przed skutkami wczorajszego zajścia z Elżbietą. Chłopak nie miał wątpliwości, że abusterium przestaje działać, a świadomość tego, że dotychczas ta sama dawka działała niemal cały dzień, zaniepokoiła go jeszcze bardziej. Gdy spojrzał na swoje trzęsące się ręce, zdał sobie sprawę, że właściwie już padł ofiarą nałogu. Z każdą chwilą pocił się coraz bardziej, a na dodatek stwierdził, że boi się udusić w zamkniętym pomieszczeniu. Wyszedł na ulicę, ale tam z kolei przeraził go gwar miasta. Poczuł się osaczony. Mijający go ludzie z każdą chwilą coraz bardziej przypominali wynaturzone monstra. Tadeusz musiał mieć przerażenie wymalowane na twarzy, bo jakiś mężczyzna zatrzymał się i chwycił za łokieć, by zapytać się, czy nic mu nie dolega. Tadeusz wybełkotał jakiś wizg i odskoczył od niego. Uderzył głową w mur i na wpół ogłoszony rzucił się do drzwi. Zamknął je za sobą i skulił się w kącie. Zwymiotował i na chwilę poczuł się lepiej. Strącając książki z regału, wspiął się do pionu. Z trudem trzymał się na nogach, o których trudno byłoby powiedzieć nawet, że są jak z waty. Powiedział sobie, że to jedyny ratunek i ruszył do drzwi, a później gwarną ulica do Boguckiego.

* * *

– Abusterium! – rzucił w twarz zdumionemu profesorowi, gdy ten mu otworzył. – Potrzebuję abusterium! – Był bliski płaczu. – Co ze mną zrobiłeś, szarlatanie?!

Bogucki spojrzał się na niego i zmarszczył brwi. Przerażony Tadeusz cofnął się do drzwi.

– Nie bój się – Bogucki starał się powstrzymać go przed wyjściem. – Nic ci nie zrobię. Jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? – Sięgnął do kieszeni płaszcza wiszącego w hallu i wyciągnął z niego piersiówkę.

– Pij – podał mu.

Płynu było mało, tyle tylko by Tadeusz odzyskał przytomność umysłu. Wraz z ustąpieniem strachu zaczął łączyć fakty. Dlaczego Bogucki nosi przy sobie abusterium w piersiówce?

– Ty, kłamco, też jesteś uzależniony? – chciał chwycić go za poły kamizelki, ale powalił go wymierzony w szczękę cios Boguckiego.

– Opanuj się, Tadeuszu – rzucił pogardliwie do leżącego. – Jestem uzależniony bardziej niż ty, ale w przeciwieństwie do ciebie zrozumiałem to szybciej. I dostrzegłem wiele pozytywnych skutków ubocznych lekkiego przedawkowania. – Tadeusz upewnił się, że żuchwa pozostała na swoim miejscu i podniósł się powoli. Bogucki kontynuował – Wyostrzyła mi się większość zmysłów, a przede wszystkim zdolność analitycznego myślenia. Okazało się, że znaczną część umysłu zajmował mi strach. Dzięki abusterium pojawiło się wolne miejsce, które wypełniają teraz bardziej przydatne zdolności. Nawet nie zdajesz…

Tadeusz stwierdził, że jego jedyną szansą jest działanie z zaskoczenia i odepchnąwszy profesora, rzucił się przez korytarz. Przeturlał się przez jego większą część, boleśnie się obijając. Wbiegł do gabinetu, gdzie przyjmowani byli pacjenci, gdyż tam spodziewał się znaleźć abusterium, które Bogucki zaczynał im podawać. Pracownię minął ze względu na kraty. Złapawszy butelkę z abusterium, rzucił się do okna. Zauważył jednak coś dziwnego. Zamknął drzwi i podparł je krzesłem na chwilę przed tym, jak dobiegł do nich profesor. Chłopak przyjrzał się gabinetowi. Maszyna pracowała, obracając walec – najwyraźniej Bogucki odtwarzał jakiś sygnał. Niepozorna komoda w gabinecie była otwarta. Drzwi i ścianki były od środka wzmocnione stalowymi blachami, a zamek wyglądał na wyjątkowo solidny jak na taki mebel. Przypominał raczej zamknięcie sejfu.

Nie zważając na profesora, próbującego wyważyć drzwi, Tadeusz zajrzał do skrytki. W środku zobaczył dziesiątki walców opisanych lakonicznie: "Płonące zwierzę", "Ciemność", "Topielec", "Amputacja dłoni (znieczulenie)"… Od czego był uzależniony Bogucki i co robił, by zaspokoić swoje żądze? I co oznacza walec "Przypadek Mateusza"? Zbyt mała dawka abusterium przestawała działać i poczuł pot na plecach. Chciał wyskoczyć przez okno, ale Bogucki przestał atakować drzwi i zawołał:

– Nie rób nic głupiego, Tadeuszu! Zdaje się, że nie wiesz, kto przyszedł tu dziś rano dowiedzieć się, czym się zajmujesz po godzinach pracy w antykwariacie?

Tadeusz zamarł. Z poczuciem bezsilności odblokował drzwi. Bogucki uśmiechnął się:

– Tak lepiej, Tadeuszu. Przejdźmy do laboratorium. – W ręku trzymał laskę gotową do uderzenia.

Na fotelu zobaczył Elżbietę podłączoną do aparatury.

– Ta młoda dama przyszła tu za tobą. Spadła mi z nieba, gdyż okazało się, że też posiada naturalną wrażliwość. Aż nazbyt silną, niestety.

Tadeusz podbiegł i odłączył Elżbietę.

– Elu, Elu, odezwij się! – zaczął nią trząść, jednak dziewczyna nie reagowała, oddychając ciężko. – Coś jej zrobił?! – rzucił się na Boguckiego. Profesor szybkim ruchem uderzył go laseczka w twarz, a gdy Tadeusz przewrócił się, dołożył uderzenie w brzuch. Chłopak zwinął się z bólu.

Bogucki odsunął się na bezpieczną odległość.

– Dostała potężna dawkę zmodyfikowanego busterium. Liczę na to, że uda mi się zaindukować w niej lęk bez bezpośredniego połączenia z maszyną. Mój drogi, to, co dotąd osiągnąłem to tylko wierzchołek góry lodowej. Widzę jednak, że zupełnie, jak twój poprzednik, wykazujesz zbędne skrupuły. Dziwne, biorąc pod uwagę, że mogłeś uczynić się wolnym także od nich. Do tego nie trzeba nawet abusterium. Cóż, byłeś przydatny krócej, niż myślałem, ale może posłużysz jeszcze do eksperymentu lub dwóch. Nie jesteś do końca świadomy potencjału swojego organizmu, szkoda nazbyt szybko pozbywać się takiego skarbu.

– Kim ty jesteś? Co robią te wszystkie walce w sejfie? Co zrobiłeś Mateuszowi?

– Ty skupujesz książki, ja kolekcjonuję strachy. Książki nie są dla ciebie tylko towarem, prawda? Podejrzewam, że przeczytałeś lwią część z nich dla przyjemności przeżywania czegoś więcej niż swoje życie. Ja odkryłem, że strachy to coś więcej niż sygnał dla terapii pacjentów. To świat, który potrafi wciągnąć i uzależnić bez reszty. Mateusz to poniekąd rozumiał, choć nie podzielał mojego entuzjazmu. Może dlatego, że świat jego lęków był zbyt bogaty.

Przez cały monolog profesora, Tadeusz próbował wykalkulować jakieś rozwiązanie. Bez abusterium myślało mu się ciężko, umysł sparaliżowany był strachem, w końcu udało się jednak Tadeuszowi przywołać stan zbliżony do tego, w jakim żył przez ostatnie miesiące. Wewnątrz umysłu zepchnął strach w daleki kąt i skupił się na tu i teraz. Zauważył, że w zasięgu krótkiego skoku znajduje się długi pręt, fragment statywu do kolb. Spiął się i rzucił w tym kierunku. Chwyciwszy pręt, uderzył z całej siły w nogi, a później w korpus profesora. Zaskoczony Bogucki runął na stół, o który uderzył głową, przy okazji zawadzając ręką o lampę naftową, która, rozbiwszy się, podpaliła dywan. Bogucki upadł nieprzytomny, a Tadeusz podbiegł do Elżbiety.

Próbował ją cucić, ale żadna ze znanych mu metod nie przyniosła skutku. Co musi dziać się w jej głowie, po zażyciu nowego busterium? Chyba wolał nie wiedzieć… Chociaż, to może być jedyna droga…

Sięgnął po menzurkę z płynem zsyntetyzowanym przez profesora i wypił jednym haustem. Zanim zaatakowały go własne strachy, przylgnął ustami do warg Elżbiety. Nigdy nie próbował przekazywania sygnału bez pośrednictwa maszyny, ale intuicja podpowiedział mu, że dotyk przez skórę nie będzie wystarczająco skuteczny.

Otoczył go chaos. Zewsząd atakowały go głośno szepczące głosy, feerie krwawych rozbłysków i mokre, a przy tym twarde i zimne dotknięcia jakichś ruchomych obiektów. Czuł, jak rozpada się na odłamki siebie-Elżbiety. Zobaczył pusty dom po śmierci matki i siebie zdzierającą do krwi palce na ścianie w głuchej samotności. Widział Tadeusza z dłońmi zaciśniętymi na swojej szyi i syczącego: "To twoja wina, głupia!". Czuł, jak jest przywiązana do krzesła, a Bogucki zaczyna kroić ją skalpelem.

Jesteś Tadeuszem, powtarzał głos w tle. Głos miał jego barwę, ale ciepły ton Elżbiety. Jestem Tadeuszem, utwierdził się w przekonaniu on-Tadeusz. Zacisnął powieki – swoje. Odbieram więcej niż tylko strach Elżbiety, zaczynam odbierać ja całą, pomyślał, ale za wszelką cenę muszę pozostać tylko mną.

– Elu! – krzyknął gdzieś w głąb tej jedności, która stanowili. – Elu! – powtórzył. Dziewczyna nie odpowiadała.

Poczuł czyjąś obecność za plecami, złowrogą i potężną. Ciążyła za nim postać, która chciała go porwać ze sobą głębiej w pusty w tej chwili świat Elżbiety. Muszę nas uratować, powtarzał, obracając się powoli. Zdumiony spojrzał w swoją twarz. Jego sobowtór wzbudzał nieokreślony lęk. Oczy błyszczały mu radośnie, a zza głowy i pleców wyłaniały się rachityczne macki, cienkie i wiotkie, ale uzbrojone w setki przyssawek i kolców.

Skoro to ja, to który z nas powinien tak naprawdę się bać, zapytał się? Co zrobić? Wchłonąć go. Nie wiedział, który, którego, ale nie miało to znaczenia. Byle nie uciekać. Macki wciąż wydłużały się i w końcu pierwsza z nich musnęła jego twarz.

– Wchłonąć… – usłyszał. Poddał się woli sobowtóra i objął go. Spojrzał mu w oczy i zrozumiał, na czym polega różnica między nimi. W oczach zjawy nie było strachu. Skoro to ja, to który z nas powinien tak naprawdę się bać, zapytał się raz jeszcze? Objął sobowtóra jeszcze silniej i zacisnął dłonie na mackach. Zrobione były z miękkiej tkanki, która paliła w dłonie bezlitośnie. Gdy szarpnął, garść glist została mu w dłoni. Sobowtór zawył i upadł bezsilny. Patrzył się skrzywdzonym wzrokiem.

– Wchłonąć… wchłonąć… – bełkotał na granicy słyszalności. Tadeusz pozostawił truchło.

W oddali zobaczył ukochaną. Podbiegł i objął ja. Gdy otworzyła oczy, świat busterium zapadł się w rzeczywistość. Tadeusz poczuł, że klęczy na podłodze, przyciskając usta do ust Elżbiety. Wokół szalał już pożar, a Bogucki leżał, stękając z bólu. Tadeusz porwał Elżbietę na ręce i zaczął przedzierać się do wyjścia. Ogień był już wszędzie.

Korytarz przypominał piekielny tunel, ale wiódł do ratunku, Tadeusz biegł więc, nie zważając na ból w płucach. Po chwili wypadli na ganek. Ułożył ostrożnie Elżbietę na trawie. Była przytomna.

– Elu, jesteś cała? Zaraz wrócę, muszę…

– Tadeuszu,… – przerwała mu, mówiąc z trudem – nie ma po co… tam wracać. Nikogo już nie uratujesz. Nikogo więcej.

Miała rację, ogień zajmował już cały dom. Spojrzał na jej twarz, brudną od sadzy – oczy miała pełne łez, a kaszel wyciskał na policzki następne.

– Kim był ten człowiek? – zapytała, gdy złapała oddech. – Co cię z nim łączy?

Tadeusz zastanowił się. Do tego dnia nie zadawał sobie podobnych pytań.

– Myślałem, że jest kimś, kto posiadł wielką tajemnicę, Elu – odparł po głębokim namyśle. – I kto wybrał mnie na swoją pomoc. Wierzyłem, że wraz z nim kiedyś będę w stanie zbawić świat, a przynajmniej siebie.

– Zbawić od czego? – zapytała, patrząc mu w oczy.

– Od naszych najczarniejszych lęków. – Objął ją trzęsącymi się dłońmi. – Sam jednak okazał się największym z nich.

– Musimy stąd iść, chyba nie powinno nas tu teraz być. – Rozejrzała się dokoła. Nadeszła już noc, ale płomienie rysowały ostro ich sylwetki. Wsparła się na Tadeuszu i podnieśli się oboje.

– Nigdy nie powinno nas tu być.

Znikli w mroku pobliskich drzew. Pożar jeszcze długo kreślił przerażające światłocienie, ale nie było komu się ich bać.

Koniec

Komentarze

Motyw szalonego naukowca nienowy, ale otoczka i problem do rozwiązania – oryginalne.

Językowo niezłe, ale czasami gmatwałam się w zdaniach. Może częściowo wynika to ze stylizacji.

zbioru nie nazbyt śmiałych erotyków do podrzucania na welinowym papierze pannom z wysoko sytuowanych domów,

Zmieniłabym kolejność określeń. Bo wygląda, że kładą erotyki na papierze i podrzucają jak na trampolinie, aż panny z wysokich domów złapią. A może chciałeś napisać, że oni te wiersze przepisują na welinowym papierze? Te domy też dziwnie brzmią.

Na otwartej właśnie stronie widniała ilustracja, przedstawiająca mężczyznę w kamizelce z zakasanymi rękawami. Mężczyzna siedział na sporych rozmiarów krześle, do którego przywiązany był za nadgarstki za pomocą wijących się spiralnie linek, a raczej kabli. Z drugiego końca były one wetknięte do jakiegoś ustroju ze wskazówkami.

Odniosłam wrażenie, że pan zawinął sobie rękawy kamizelki. ;-) Powtórzenie. Na pewno miał być ustrój? Ustrojstwo może?

wziąwszy książkę od przyjaciółki, odłożył ją na właściwą półkę.

Znaczy, przyjaciółkę odłożył? Dobrze, że nie do szuflady… ;-)

– Muszę przyznać, że zadał mi pan niełatwe zadanie.

IMO, zadał pytanie albo dał zadanie.

Stwierdziliśmy, że tylko od jednej osoby na pięćset do nawet jednej na dwa tysiące jest samorzutnie podatna na bodziec elektryczny choćby w niewielkim stopniu.

Ta konstrukcja też mi nie pasuje. Tylko jedna osoba na pięćset, może nawet jedna na dwa tysiące…?

Gdy tylko poczuła wolne, ręce porzuciła obronną pozę.

Przecinek w złym miejscu straszliwie namieszał w zdaniu.

Babska logika rządzi!

Pomysł zapowiadał się bardzo ciekawie – z tą projekcją lęków i teorią ‘naukową’. Co prawda opis wynalezienia środka pod względem chemii bardzo uproszczony i naiwny, niemniej przymknęłam oko. Szkoda tylko, że z fajnie zapowiadającego się sf opowiadanie przeszło w dość ograny motyw szalonego profesorka i power-of-love, a wątek wynalazku nie został wyeksploatowany tylko porzucony :( Mogło być naprawdę fajne opowiadanie, gdyby poszło w inną stronę niż powielony schemat.

@Finkla: Dziękuję za pochwałę i wyłapanie błędów. Mam nadzieję, że wszystkie udało mi się pomyślnie usunąć.

@Bellatrix: Dziękuję za dobre słowo. Naiwność elementu naukowego została wprowadzona z pełną świadomością, choć zakładałem, że nie będzie ona razić ze względu na stylizację historyczną. Nie mam za to nic na obronę opisu powstania busterium – jest niedopracowany.

Schematyczność jest zapewne skutkiem poprowadzenia opowiadania od początku do końca według pomyślanego planu, który był nazbyt prosty. Przy następnym opowiadaniu postaram się mieć na uwadze unikanie wpadania w cliché.

Stylizacja historyczna mocno na plus :) Nadało to opowiadaniu ciekawego klimatu. Aż dziwne, że tak mało komentarzy pod tekstem.

Przykro mi to pisać, ale tekst jest przykładem zmarnowanych szans. Zaznaczyła to Bellatrix. Porzucenie wątku SF, który zaciekawił, rozczarowuje. Z niego można było dużo więcej “wycisnąć”. Nawet mimo postaci szalonego naukowca, postaci ogranej w przeszłości tak, że już nikt taką się nie przejmuje. Ale, jako że w klimacie i stylu dziewiętnastowiecznym, profesor jest “na miejscu i na czasie”, podobnie jak ckliwowaty watek romansowy.

Ale w całościowym oglądzie – nie jest źle. Więcej konsekwencji w temacie, mniej błędów w języku, a będzie dobrze.

Trafiłam w ramach przeglądania tagu XIX w. Jest niezły pomysł, ale wykonanie trochę rozczarowuje, realia epoki niestety też – tu nie zgadzam się z przedpiścą, że stylizacja historyczna na plus.

 

“z katedry pewnego uniwersytetu w Sztokholmie” – o ile wiem, do dziś w Sztokholmie działa jeden uniwersytet, na dodatek założony w 1878, więc pytanie, czy w czasie, kiedy dzieje się akcja, już istnieje, a jeśli nawet tak, to czy już wydaje ważne dzieła

 

“Na owej katedrze dwóch neuroanatomów” – w owej katedrze. Pojęcie neuroanatomii chyba jest dwudziestowieczne, ale neurologii mógłbyś użyć na pewno, bo samo pojęcie jest znacznie wcześniejsze. Dopiero co powstały albo nieistniejący uniwersytet sztokholmski średnio tu pasuje, bo raczej nie zaczynałby od najnowocześniejszych nauk…

 

Bałaganu chronologicznego ciąg dalszy: określenie frenologii Galla jako “nowinki medycznej” – Gall zmarł w 1828, czyli pół wieku przed powstaniem uniwersytetu w Sztokholmie. Ergo albo jest nowinką, co sytuowałoby akcję na przełomie XVIII/XIX w., albo mamy rzeczony uniwersytet. Z kolei równocześnie mamy komentarz do du Bois-Reymonda, który wydawał swoje dzieło w latach 1848-84 (to akurat sprawdziłam w wikipedii, żeby było jasne, ale dobra wiki pierwszym ogniwem riserczu) i… Einthovena, którego działalność przypada na końcówkę XIX w. i wiek XX. Nowinki naukowe nie pozostają nowinkami przez sto lat…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka