- Opowiadanie: uthModar - Traktat o transmechanizmie, czyli Dusza ze Stali

Traktat o transmechanizmie, czyli Dusza ze Stali

Czas wrzucić coś nowego. Szorcik pisany z myślą o konkursie literackim Dni Fantastyki 2014. Temat: „Miłość w odcieniach steampunk”. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Traktat o transmechanizmie, czyli Dusza ze Stali

– Dziękuję państwu za tak liczne przybycie.

Doktor Wysocki dopiero co zaczął prezentację, a już musiał minąć się z prawdą. Ostatnim razem było was więcej, westchnął w duchu. Nie mówiąc o jeszcze wcześniejszym. Ale czego innego mógł się spodziewać? Ludzi pasjonuje innowacyjność, to, co nieznane, rzeczy okryte mgłą tajemnicy. Eksperyment doktora Wysockiego najzwyczajniej w świecie się przejadł.

Półtora roku temu „Goniec Wielkiej Polski” poświęcił mu pierwszą stronę, spychając na dalsze łamy relacje z krwawych walk z niedobitkami carskich partyzantów. Krótko po tym „Metalowa Husarya” opublikowała obszerny wywiad, w którym doktor rozwodził się głównie o technicznej specyfikacji przedsięwzięcia. Oba egzemplarze oprawił w ramkę i zawiesił nad kominkiem w swojej posiadłości. Zwłaszcza „Metalowa Husarya” napawała go dumą – pamiętał, jak zaraz na początku kilka razy w tygodniu zapraszał kolegę Raczyńskiego na herbatę i usadawiał go tak, by inżynier miał gazetę dokładnie na wysokości oczu. Zgrzytał wtedy zębami jak źle naoliwiona zębatka.

Zerknął na stół, na pomięte wydanie dzisiejszego dziennika. Po pobieżnym przekartkowaniu niemal od razu rzucił go na stertę rupieci. Na okładce próżno było szukać choćby wzmianki o wydarzeniach dziejących się w Laboratorium Teknologii przy ulicy Bohaterów Powstania Lipcowego. Doktorowi Wysockiemu poświęcono zaledwie dwa akapity – na Boga, dwa akapity! – łaskawie upchnięte między artykułem o elektryfikacji pobliskiej wsi a policyjną notką o wczorajszej kraksie trzech mobili. Doktor nie miał złudzeń. To, co jeszcze niedawno nie schodziło z ust wszystkich Polaków, zamysł określany przez najtęższe umysły jako kamień węgielny pod koncepcję transmechanizmu, a przez Kościół odsądzony od czci i wiary „akt nikczemnego bluźnierstwa”, przepoczwarzyło się w zwyczajną fanaberię. Fanaberię owdowiałego, podstarzałego naukowca. Na bankietach i dżentelmeńskich spotkaniach, z uwagi na jego dotychczasowe osiągnięcia, wspaniałomyślnie pomijano przymiotnik „szalonego”, ale zapewne było to – jak wszystko – tylko kwestią czasu.

Doktor Wysocki obrzucił zgromadzone w sali towarzystwo nerwowym spojrzeniem. Zerknął na czasomierz. Lwia część miejsc pozostawała pusta. Przybyło trzydziestu, góra czterdziestu gości i tylko jeden dziennikarz; fonogramista, jak wywnioskował po okablowanej walizeczce, na której mężczyzna dystyngowanie splatał dłonie. Zero fotoaparatów, nikogo spośród poważanych żurnalistów.

Chrząknął i poprawił druciane okulary, osadzone na nieco haczykowatym nosie. Cóż, wasza strata.

– Dziękuję państwu za tak liczne przybycie – powtórzył głośniej, uciszając narastające szmery. – Mniemam, że każdy zna powód, dla którego się tu zebraliśmy.

W końcu opowiadałem o nim tuzin razy, prawda?

– Widzę, że brakuje wśród nas panienki Rokszyckiej. Pragnę uspokoić: incydent z zapłonem tuby termicznej nie powtórzy się. Nad bezpieczeństwem państwa odzieży czuwa przeszkolony strażnik ogniowy. – Skinął głową w stronę asystenta Tomasza, który na szczęście był jeszcze na tyle trzeźwy, że oparłszy się o sztucer mógł ustać na własnych nogach. – Proszę śmiało przesiąść się do pierwszych rzędów. Zapewniają lepszą widoczność.

Nikt nie podniósł się z miejsca. Zrezygnowany doktor Wysocki podszedł do osłoniętego płachtą wynalazku w centralnej części laboratorium.

– Aby bez potrzeby nie przedłużać, przejdę do konkretów. Po wyeliminowaniu błędów, które smutnym cieniem rzuciły się na ostatnią prezentację, a co za tym idzie wprowadzeniu odpowiednich poprawek – między innymi wymianie płynów tłocznych i zastosowaniu nowego rodzaju lampek żarowych – oraz po przeprowadzeniu szeregu testów z zakresu biologii mechanicznej, robotyki i metalurgii pragnę zaprezentować państwu finalną wersję InPropu, Inteligentnego Projektu na Parę.

Szarpnął plandekę, by zebrani mogli ujrzeć dzieło jego życia w pełnej krasie. Rozległy się nieprzekonujące oklaski.

Chwila byłaby zapewne przełomowa, gdyby nie fakt, że InProp widzieli już któryś raz z kolei – jeśli nie tutaj, w Laboratorium Tekniki, to na broszurkach Wszechpolskiego Instytutu Badań Naukowych (kiedy jeszcze akademicy gotowi byli sponsorować projekt) albo na wideografach.

Wizualnie wynalazek nie zmienił się na przestrzeni ostatniego półtora roku, przynajmniej dla laika. Doktor naniósł kilka nieznacznych poprawek w powłoce zewnętrznej – następstwo wymiany niektórych podzespołów odpowiedzialnych za transfuzję płynów konserwujących – ale dużą wagę przykładał do tego, by odpływy i wloty przypominały te użyte w prototypie. Za każdym razem, gdy zmuszony był wprowadzać modyfikacje obudowy, bolało go serce. Czuł się jak lekarz przeprowadzający zabieg amputacji tylko dlatego, że nie wiedział, jak usunąć małą narośl na skórze chorego.

Trudno było doszukać się w InPropie tego, czym w istocie miał być – oznak człowieczeństwa. Niespełna metrowe, baryłkowate urządzanie bardziej przypominało zbiornik na odpady. Dwie macki, odpowiedniki rąk, zaopatrzono w trójkątne chwytaki. Zwisały wzdłuż metalowego kadłuba niczym napompowane, martwe węże. Obudowę pokrywały dziesiątki kontrolek i żarówek, pośród których wmontowano płaski wideograf. Co chwila któryś ze wskaźników rozżarzał się bladym światłem albo pulsował na czerwono, sygnalizując gotowość do pracy. Korpus wieńczyła nieproporcjonalnie duża, spłaszczona u góry kopuła. Tylko niepoprawny optymista albo doktor Wysocki odnalazłby w niej podobieństwo do ludzkiej głowy, która miast oczami ozdobiona była dwoma lunetami na sprężynach, za usta służyła rozsuwana zapadka a lejkowata tuba imitowała ucho. Z czubka „głowy” sterczały rządki rurek odprowadzające parę – „fryzura ułożona na modłę wiedeńską”, jak ze śmiechem opowiadał dziennikarzom, kiedy jeszcze chcieli go słuchać.

InProp, Inteligentny Projekt na Parę, dzieło życia doktora Wysockiego, jego miłość i nemezis. Twór szkaradny, dziwaczny, nieludzki, a jednocześnie niesamowity i pociągający, bo przepełniony człowieczeństwem. Dosłownie. Przepełniony sercem, mózgiem i ludzkimi trzewiami.

Metalowa obudowa była składnicą organów. Preparaty, zębatki, przekładnie i para jedynie wprawiały je w ruch.

Doktor zaprezentował standardowy program. InProp reagował na komendy głosowe i posłusznie wypełniał polecenia, poruszając się pośród publiki na dwóch zwrotnych gąsienicach. Delikatnie ujmował dłonie dam i składał na nich zimne, metalowe pocałunki. Rozegrał kilka partyjek w karty z członkami Klubu Dżentelmena (dwie przegrał; doktor zapisał sobie, aby zaktualizować bazę ruchów). Wyświetlał na wideografie przedmioty, które opisywano mu za pomocą encyklopedycznych definicji. Obyło się bez problemów technicznych. Tym razem nic nie wyciekło ani nie wybuchło. Było dobrze.

Innymi słowy InProp działał identycznie jak androbot, humanoid opatentowany przez pruskiego uczonego dwa lata temu. Z tą różnicą, że androboty były ludzkie na zewnątrz, InProp – w środku. I mimo że postępowy świat znał powód, dla którego na doktora Wysockiego spadła ekskomunika i zapoznał się z teoretyczną wykładnią zawartą w jego pracy „Traktat o transmechanizmie, czyli Dusza ze Stali”, naukowiec wciąż nie potrafił udowodnić swoich hipotez. Władza świecka i środowiska naukowe co prawda umożliwiały mu legalny dostęp do świeżych organów – osób oddających pośmiertnie ciało nauce albo tragicznie zmarłych, których rodziny wyraziły na to zgodę – ale wszystko wskazywało, że niedługo umyją ręce. Brak efektów równał się brakowi pozwolenia na dalszą, mocno kontrowersyjną działalność. Na razie stracił wsparcie kolegów po fachu. Przypuszczał, że urzędnicy do tej pory nie cofnęli mu zezwolenia tylko dlatego, że nie chcieli publicznie przyznać się do błędu – pośredniego udziału w profanacji ciał.

Ale tym razem się uda. Musi.

– Kiedy przejdziemy do sedna? – zapytał lekko znudzony dziennikarz, umieszczając w fonogramie nową płytę. – Już to wszystko widzieliśmy.

Doktor Wysocki oblizał spierzchnięte wargi. Rozejrzał się dookoła. Ci ludzie przyszli tylko po jedno. Resztę znali, reszta im się znudziła.

– Właśnie miałem zaczynać.

Wyjął z chwytaka InPropa butelkę szampana, którym ten częstował gości. Przyklęknął przy konstrukcie i przysunął twarz bliżej lejka. Wstrzymał oddech i nie przejmując się ekskomuniką zmówił krótką modlitwę.

– Jaki jest twój ulubiony kolor?

InProp stał nieruchomo. Na wyświetlaczu drgania białej linii obrazowały bicie serca, stymulowane ruchem tłoczków parowych.

– Nie, proszę, nie stawiaj mnie znowu w tej sytuacji… – wyszeptał doktor. – Jaki jest twój ulubiony kolor?

– Co sądzisz o upadku caratu? – Padło głośne pytanie z sali.

Kontrolki zamrugały, zabrzęczały wewnętrzne tryby, a wideograf wyświetlił garść faktów historycznych, łącznie z najważniejszymi datami i miejscami bitew.

 – To przecież wiemy. Co TY sądzisz o tym wydarzeniu?

InProp milczał; publiczność zaczęła się przekrzykiwać.

– Co czujesz patrząc na zachodzące słońce?

– Czy Bóg istnieje?

– Porusza ciebie, konstrukcie, muzyka wiedeńskich klasyków?

– Czy nasz król Józef powinien iść na wojnę z Prusami?

Lunety pod gradem pytań wysunęły się na całą długość sprężyny, potem wycofały do wnętrza. Z odpływów na kopule buchnęła para. Wideograf pokrył się błękitem.

– Przepraszam, matryca zbiorów padła, przepraszam… – wydukał zawstydzony doktor Wysocki. – To wymaga tylko małych…

Nikt go nie słuchał. Goście zaczęli się rozchodzić, nie ukrywając rozgoryczenia.

 

***

 

– Dlaczego mi to robisz? Dlaczego…?

Doktor Wysocki zamoczył szmatkę w spirytusie i delikatnie obmył mackę InPropa. Za oknem zmierzchało. Zapewne w tej chwili ludzie dzielili się przy kolacji rewelacjami na temat kolejnej nieudanej próby tchnięcia powiewu duszy w maszynę. Nie łudził się. Tylko najbardziej wytrwali – usilnie odpychał od siebie myśl, że naiwni – stawią się na następny pokaz.

Nie wiedział, dlaczego konstrukt z nim pogrywa. Najwyraźniej miał powód. Nie był na niego zły, odczuwał tylko melancholijny zawód.

Wciąż go kochał. W końcu mieścił zakonserwowane organy osoby, która była mu najbliższa na świecie. Był nośnikiem duchowej esencji jego żony.

Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że złamał regulacje dotyczące transmechanacji narządów, czekałoby go więzienie. Gdyby ponadto odkryto, że grób pani Wysockiej został naruszony, a jej organy usunięte, trafiłby na szafot. Może właśnie dlatego InProp nie chciał współpracować: bał się zdemaskowania, troszczył się o niego…

– Czy tak właśnie jest, najdroższa?

Szczypczyki delikatnie pogładziły go po policzku. Wideograf wyświetlił komunikat.

NIE MARTW SIĘ PIOTRZE KOCHAM CIĘ

Doktor Wysocki stłumił narastający w gardle szloch.

WIEM ILE TO DLA CIEBIE ZNACZY ALE ŚWIAT NIE JEST GOTOWY

– Jest, właśnie że jest, ptaszyno! Rozmawialiśmy o tym, pamiętasz? To nadzieja, to przełom, to nie iskierka, a płomień postępu!

CIIII PRZYTUL SIĘ DO MNIE

Czule objął stalowy korpus. Macki oplotły go w pasie.

POCAŁUJ MNIE CAŁUJ MNIE JAK WTEDY W WENECJI

Splótł palce z imadłem. Przełknął łzy i dotknął wargami metalicznej zapadki, czując, jak namiętność rozchodzi się mu po ustach.

ACH ACH PRAGNĘ CIĘ PIOTRZE PRAGNĘ

Pospiesznie zdjął koszulę, nie przerywając słodkiego pocałunku. Chwytak ocierał się o wypukłość jego spodni. Pragnął zostawić to wszystko za sobą: dotacje na badania, splendor, nagłówki w gazetach, zazdrosne spojrzenia inżynierów, i znowu oddać się we władanie miło…

Poczuł na karku chłód lufy sztucera. Nakryli ich! Po raz pierwszy nakryli ich razem!

– Co pan robi, na Boga?!

Głos jego asystenta, Tomasza.

– Widzisz to, widzisz? – Nie odwrócił się. Pożądanie mąciło mu zmysły. – InProp działa, on czuje, żyje!

– Niech pan natychmiast przestanie, to… to chore!

– Tomaszu, przejrzyj na oczy! Eksperyment się udał!

– InProp jest odłączony od zasilania, godzinę temu padły ogniwa! Sam posłał mnie pan po nowe. W dodatku trwa proces tłoczenia formaliny! Ta beczka po prostu tu stoi a pan… pan…

Doktor Wysocki westchnął. Głupiec, niczego nie rozumie. Może InProp ma rację, świat nie jest gotowy.

– To nie ma nic wspólnego z nauką, to deprawacja, obrzydliwość. Proszę natychmiast się odwrócić albo strzelam! Nie żartuję!

Doktor uśmiechnął się; czule pieścił między palcami lejkowatą tubę. Po chwili namysłu podważył zębami zapadkę gębową i wsunął język do środka.

Huk miłości dosłownie zwalił go z nóg.

Koniec

Komentarze

Interesujący tekst.

Świetny, wręcz znakomity finał!

 

Steampunk to nie moje klimaty, więc trudno mi coś merytorycznego w kwestii pomysłu powiedzieć. Ale tekst uważam za bardzo udany. 

Podobało mi się wielce!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Inteligentny Projekt na Parę, z więc raczej InPRoP.

Tego typu teksty czyta się dzisiaj z pewnego rodzaju rozrzewnieniem: ech, jak to się kiedyś pisało, jakie wizje przedstawiało, gdy para i elektryczność razem zdawały się wszechmogącymi… Ale oprócz powiewu technoromantyzmu jest w tym tekście odrobina historii alternatywnej, natłok ludzkich emocji znanych każdemu i kilka słów o trudnościach, będących udziałem prekursorów postępu. Czy zmierzającego dobrą drogą w dobrą stronę, to mniej istotne – historia oceni, współcześni mogą się mylić…

Miło mi, że pierwszy się wpisuję pod dobrym opowiadaniem.

EDYCJA: No masz, Nazgul się pospieszył… :-(

2 minuty przeważyły na mą korzyść!

Nazgul ma urlopa i żaden dobry tekst mi nie umknie!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Pożycz mi ze trzy dni w tego urlopa… :-)

Mój! Nie oddam;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Smutne to, ale dobre i nieźle napisane. Szkoda profesorka, ale InProp miał rację: świat nie był gotowy :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Wielce zacne opisanie dramatycznych starań doktora Wysockiego, mimo tragicznego finału, odebrałam niezwykle przychylnie i śpiesznie donoszę, iż Traktat podoba mi się nadzwyczaj.

 

Szarp­nął za plan­de­kę, by ze­bra­ni mogli uj­rzeć dzie­ło jego życia w peł­nej kra­sie. Szarp­nął plan­de­kę/ pokrowiec, by ze­bra­ni mogli uj­rzeć dzie­ło jego życia w peł­nej kra­sie.

 

…na bro­szur­kach Wszech­pol­skie­go In­sty­tu­tu Badań Na­uko­wych (kiedy jesz­cze aka­de­mi­cy gotów byli spon­so­ro­wać pro­jekt)… – Chyba: …(kiedy jesz­cze aka­de­mi­cy gotowi byli spon­so­ro­wać pro­jekt)

 

Cięż­ko było do­szu­kać się w In­Pro­pie tego, czym w isto­cie miał być – oznak czło­wie­czeń­stwa.  – Trudno było do­szu­kać się w In­Pro­pie tego, czym w isto­cie miał być – oznak czło­wie­czeń­stwa.

Ciężkie jest coś, co dużo waży.

 

…któ­rych ro­dzi­ny wy­ra­zi­ły na to zgodę – ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że nie­dłu­go umyją ręce. – Może wystarczy: …któ­rych ro­dzi­ny wy­ra­zi­ły na to zgodę – ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że nie­dłu­go umyją ręce.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szarpnął za plandekę, by zebrani mogli ujrzeć dzieło jego życia w pełnej krasie. Rozległy się nieprzekonywujące oklaski. – Nieprzekonujące lub nieprzekonywające. 

 

Piękne, melancholijne opowiadanie. Bardzo mi się podobało.

Dziękuję pięknie za wszystkie opinie, zwłaszcza za wytknięcie błędów językowych – już nanoszę poprawki.

Technoromantyzm – piękne słowo :)

Hmmm. Rozumiem przychylne komentarze, ale mnie za serce nie ścisnęło. Nie przejmuj się, ten typ tak ma.

Za to podobała mi się stylizacja, te wszystkie słówka z epoki.

Gdzieś tam zakradła się zbędna kropka na początku wypowiedzi.

Babska logika rządzi!

Początek żwawy, ale bez opisu przestrzeni bohatera , z tym masz problem w całej opowieści. Główna  postać porusza się w pustce. 

„Goniec Wielkiej Polski” (…)relacje z krwawych walk z niedobitkami carskich partyzantów [warto dodać kilka słów o tle historycznym, wątek liźnięty, ale jak widać tylko dla klimatu]

Na konferencję wpada ok 40 osób , ale narrator widzi tylko jedną. 

Dziwny przeskok, który naruszą spójność tekstu, prof zaczyna wykład, czy wiecie po się spotkaliśmy, by od razu zamilknąć i inicjatywę przejmuje narrator. 

W kluczowym momencie, gdy opisujesz androbota gubisz watek. Po podaniu ogromnej ilości szczegółów, wykonujesz woltę – ni stąd ni zowąd maszyna jest w środku ludzka, bo ma ludzkie wnętrzności. Jak gdyby nic się nie stało. Już pokazuje w którym miejscu:

Twór szkaradny, dziwaczny, nieludzki, a jednocześnie niesamowity i pociągający, bo przepełniony człowieczeństwem. Dosłownie. Przepełniony sercem, mózgiem i ludzkimi trzewiami.

Metalowa obudowa była składnicą organów. Preparaty, zębatki, przekładnie i para jedynie wprawiały je w ruch.[tutaj]Doktor zaprezentował standardowy program.

Zaś wcześniej piszesz: Ciężko było doszukać się w InPropie tego, czym w istocie miał być – oznak człowieczeństwa.

Tak się dzieje, gdy wykreowany świat zaczyna uwierać autora, bo zmusza go ogromnej dyscypliny, ze względu na stworzone ograniczenia w mechanice świata, we wcześniejszych opisach, chyba że zasłaniamy się “magią” i jakoś tam będzie. Ominąłeś coś, co prawdopodobnie stało by się osią całego opowiadania, czyli pokazaniu czytelnikom jak prof połączył części mechaniczne z biologicznymi, by całość ożyła i całowała zawstydzone panie. Jak łatwo zauważyć, nie wystarczy napisać , że coś jest na parę i wymieniono żarówki [na parę, na prąd?] i przewody tłoczne, by wszystko złożone do kupy zadziałało. Fizyka kuleje, jak fundusze na badania głównego bohatera. 

 

Wstrzymał oddech i nie przejmując się ekskomuniką zmówił krótką modlitwę. [tego nie zrozumiałem, co ma jedno z drugim wspólnego?]

 

Lunety pod gradem pytań wysunęły się na całą długość sprężyny, potem wycofały do wnętrza. [rozumiem zabieg, jak wyrazić mimikę i emocję, skoro wcześniej było ludzkich cechach, ale owe lunety są dość charakterystyczne, bo wystają jak nos kłamiącemu Pinokiowi, i pojawiają się znikąd “magicznie”, bo wcześniej bardzo szczegółowo opisywałeś androbota]

 

Przepraszam, matryca zbiorów padła, przepraszam [co my tam jeszcze znajdziemy? i do czego służy?]

 

W końcu mieścił zakonserwowane organy osoby, która była mu najbliższa na świecie. Był nośnikiem duchowej esencji jego żony.[to dlaczego prof wcześniej kupował na lewo i prawo organy? I jeszcze ta ekskomunika, za organy żony, które odkopali grabarze?]

 

Czytając końcówkę o seksie z androbotem, jak mawiają inaczej: kopara mi opadła! Kompletna porażka. Puenta o parowym mechanofrankensteinie na prąd z gadającymi zwłokami w częściach, które leżą w formalinie… a gdzie smoki, albo samoloty parowe napędzane silnikami grawitacyjnymi?

Reasumując  można spróbować definiować opka w konwencji transhumanizmu steampunkowego w kiepskim wykonaniu. 

Od strony językowej, początek w miarę, końcówka słaba. Słownictwo parowo-elektryczno-mechaniczne zapewnia klimat, to są plusy. Ale więcej jest minusów: niespójny świat, warstwa dialogowa, szczególnie z żoną, strasznie infantylna. Opisy powierzchowne, nadużywane słowa klucze, by jakoś przebrnąć do seksu z transhumanistką żoną. 

 

 

 

 

 

@iHomer, odniosę się ogólnie do rzeczy, które poruszyłeś.

 

Opowiadanie było pisane pod limit znaków (12 000, o ile dobrze pamiętam), więc wiadomo, że trzeba było zdecydować, czy skupić się na rozwijaniu detali technicznych, czy na emocjach i ogólnie pojętym zamyśle (miłość człowieka do maszyny). Zdecydowałem się na to drugie, trochę po macoszemu traktując otoczkę. Sednem historii nie jest odpowiedź na pytania “jak on to zrobił?” i”jak to działa?”. Tak jak powiedziałeś – w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do seksu z maszyną. A  sprowadza się, bo tak miało być, wedle tego, co sobie założyłem.

Dzięki za komentarz i uwagę, jaką poświęciłeś tekstowi.

Faktycznie,  limit znaków jest sporym ograniczeniem, gdy tworzy się świat od podstaw, ale po przebudowie tekstu, i sugestiach opek byłby całkiem niezły. Ostatnio oglądałem interesujący film “her” , o tym jak samotny mężczyzna zakochuje się w aplikacji. Doskonała kreacja aktorska. Googlowski obraz transhumizmu. Nie pamiętam nazwiska aktora, ale to jest ten sam człowiek ze szramą, który grał w Gladiatorze rolę cesarza, głównego protagonistę Maximusa. 

Jest tu atmosfera groszowych powieści kolejowych, pierwowzoru steampunka, podobnie jak i dość celna próba (szerzej o tym AdamKB już pisał) uchwycenia umysłowości epoki, jest sprawny warsztat i odrobina groteski. Zważywszy na purytański charakter tamtych czasów nie sądzę jednak, aby esencja duchowa Ś.P. małżonki doktora Wysockiego poczynałaby sobie tak zuchwale w kwestiach związanych z obcowaniem płciowem;). 

Przyczajony użyszkodnik

Opowiadanie ciekawe, ale w momencie, w których (chyba) miało mnie zasmucić, jakoś nie ruszyło. Ale chory element już coś tam w żołądku poprzestawiał. Ogólnie duży plus :)

 

Zważywszy na purytański charakter tamtych czasów nie sądzę jednak, aby esencja duchowa Ś.P. małżonki doktora Wysockiego poczynałaby sobie tak zuchwale w kwestiach związanych z obcowaniem płciowem;). 

Ja zinterpretowałam, że to się nie działo naprawdę (ze stron zony). Że doktorek oszalał… dobrze kombinuje?

Tylko nie "Tęcza"!

Czytanie tego tekstu było czystą przyjemnością. Dzięki.

Sorry, taki mamy klimat.

@Tensza, Mechaniszkin

“InProp jest odłączony od zasilania, godzinę temu padły ogniwa!” To powinno sporo tłumaczyć ;)

Zuchwale poczyna sobie doktor, esencja duchowa jego żony grzecznie poddaje się procesowi tłoczenia formaliny.

Chociaż kto wie, InProp zna różne sztuczki…

 

Dzięki Sethrael!

“InProp jest odłączony od zasilania, godzinę temu padły ogniwa!” To powinno sporo tłumaczyć ;)

No, dobrze kombinuję ;)

Tylko nie "Tęcza"!

O, widzę, że nie za­pi­sał się mój ko­men­tarz. :( Dobre opo­wia­da­nie, limit dał mu w d…

Sza­lo­ne am­bi­cje, sza­lo­na mi­łość – miło od­grzać stare mo­ty­wy. :)

EDIT: Heirate mich – Rammsteina mi się skojarzyło ;)

InProp jest przecież parowy! A raczej parowy InProp zasilany prądem, o czym napomknąłem w komentarzu. Z tego, co nam wytłumaczyłeś to jest całkowicie normalne? 

Ok, zatem zagadka: czy samochód parowy jest na benzynę czy na prąd? To bynajmniej jest pytanie retoryczne, na wszelki wypadek nie wymagamy odpowiedzi. 

Podobały mi się przebłyski świata przestawionego, tj. tej parowej Polski, niezła jest reakcja  pomocnika na scenkę z robotem. Kwestia samego robota zaś, jak już wskazano, opracowana po łebkach – ale rozumiem winę limitu  znaków ; )

 

I po co to było?

Tekst świetny. Mogą Ci lizać stopy co poniektórzy Użytkownicy. Wiesz, o co chodzi. A to już COŚ. Pomysł – zajebisty. Zaplusowałeś. Zresztą – znasz swoją wartość, mam nadzieję ; )

...always look on the bright side of life ; )

Dzięki za miłe słowa, imienniku :)

Ciekawe. Napisz jeszcze coś steampunkowego.

Infundybuła chronosynklastyczna

Całkiem niezłe. Napisane przyzwoicie. Ciekawie się czytało. Ale nie porwało mnie aż tak żebym piała z zachwytu.

Nigdy nie mów nigdy!

Bardzo spodobało mi się tło opowiadania i słownictwo. Fabuła już trochę mniej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Podbijam za Dziadkiem – tło (w moim rozumieniu steampunkowo-wielkopolsko otoczka) oraz stylistyka. Twój pomysł jest dość intrygujący, ale zakończenie w ogóle nie przypadło mi do gustu. Androbosex w całej swojej obrazoburczości mógł stać się pewnym walorem tekstu, ale niewierny Tomasz, który tak po prostu pociągnął za spust, w ogóle nie mieści mi się w głowie. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Plusy:

 

„– Dziękuję państwu za tak liczne przybycie.

Doktor Wysocki dopiero co zaczął prezentację, a już musiał minąć się z prawdą.”

 

„pamiętał, jak zaraz na początku kilka razy w tygodniu zapraszał kolegę Raczyńskiego na herbatę i usadawiał go tak, by inżynier miał gazetę dokładnie na wysokości oczu. Zgrzytał wtedy zębami jak źle naoliwiona zębatka.”

Nowa Fantastyka