- Opowiadanie: uradowanczyk - Operacja mikro

Operacja mikro

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Operacja mikro

Dworski konceptor Jonatan Morwin szedł dziarsko alejką wysadzaną bukszpanami przystrzyżonymi w kształcie stożków ściętych. Tuż obok, ledwo nadążając, kroczył królewicz Leopold. Królewski syn klął pod nosem z powodu forsownego tempa, ale godził się na niedogodności, czekając na ważne informacje od towarzysza przechadzki.

– Droga wasza wysokość, chcę ci coś wyznać w wielkiej konfidencji – szepnął nagle Morwin, zwalniając kroku. – Sprawa jest tajna i dlatego szedłem w pośpiechu, szukając ustronnego miejsca, by ci ją zawierzyć.

– No to mów – odparł Leopold. – Przecież widzisz, że nikogo wokół nie ma.

– Otóż król nasz miłościwie panujący, twój ojciec Tymon, nie jest w pełni sił.

– Też mi nowinę wyjawiłeś – mruknął Leo. – Spostrzegł to nawet jego medyk, ten nadęty nieuk Bonifacy.

– To dopiero początek. Otóż miłościwy Tymon zapuka już wkrótce do bram Piotrowych i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. A przecież wcześniej musi zatroszczyć się o sukcesję.

– Najwyższy czas – wtrącił ponownie królewicz. – To znaczy zatroszczyć się o sukcesję.

– Tyle że nasz władca ma dylemat, kogo wskazać jako następcę.

– Właśnie – zgodził się Leopold. – To wielki niefart, że nie jestem jedynakiem. Wszystko byłoby proste, gdyby nie ten łobuz, lekkoduch, wałkoń, dziwkarz, obłapiacz…

– Arnulf. – Ostatnie słowo Leo z Morwinem wypowiedzieli jednocześnie. Znali się w końcu jak wyliniałe borsuki i rozumieli się często w pół słowa.

– Wiesz, jaką pokutę bym mu naznaczył? – zapytał Leo, nie oczekując bynajmniej odpowiedzi. – Obciąłbym draniowi złociste loczęta, rozebrał go do rosołu, wysmarował olejem, posypał pierzem, zaprzągł do beczki z gnojówką i pogonił główną ulicą w dzień targowy.

– Cóż… – westchnął Morwin – gdyby Arnulf nie był twoim bratem bliźniakiem, już mógłbyś przymierzać koronę, czy aby nie uwiera cię w skronie.

– Diabli mi takie rodzeństwo nadali – podsumował Leopold, sapnąwszy ciężko. Nagle wzdrygnął się zaniepokojony. – Spójrz no tam, czy to nie szpieg jakowyś nas obserwuje.

Konceptor Jonatan podążył wzrokiem za palcem wskazującym swego pryncypała. Rzeczywiście, za jednym z krzewów coś się poruszyło. Podbiegli obaj do bukszpanu, okrążając go z dwóch stron, ale jeśli był tam szpicel, zdołał ulotnić się jak duch.

– Założę się, że to mój szanowny braciszek przysyła swoich sługusów na przeszpiegi – rzekł Leopold.

Jonatan machnął ręką.

– Mniejsza o to, wracajmy do rzeczy. Przyjrzyjmy się sytuacji na trzeźwo. Arnulf poczyna sobie jak ogier rozpłodowy. Ma na koncie z dziesięcioro nieformalnego potomstwa, o czym ględzi bezprzestannie, jakby mu to chwałę przynosiło.

– Dziesięcioro? – zdziwił się Leopold. – On już przynajmniej batalion rześkich chłopiąt wystawił.

– A jego pech polega na tym, że z własną żoną nijak nie może dorobić się potomka.

– I chwała Bogu.

– A teraz przyjrzyjmy się twojej sytuacji, drogi królewiczu.

Morwin zaczął wyliczać atuty towarzysza, rozprostowując palce lewej ręki.

– Po pierwsze, urodziłeś się godzinę wcześniej; po drugie, jesteś żonaty z księżniczką wysokiego rodu; po trzecie… hm, masz syna z jak najbardziej prawego łoża.

Morwin dokończył ostatnie zdanie w tonacji opadającej, tak że w zasadzie ostatniego słowa w ogóle nie wypowiedział.

– Znamienne, że o tym synu tak cicho napomknąłeś – skwitował Leopold z przekąsem.

– No fakt, nie jest on może przesadnie błyskotliwy…

– Jełop to jest! – wrzasnął Leopold. – Tuman skończony. Ma osiem lat i ośmiu słów na krzyż używa. Jak pomyślę, że to moja krew, to… wolałbym, żeby nie moja była.

– Czyli podsumujmy. Ty masz legalnego, ale, hmm, niezbyt lotnego syna, a twój brat chmarę bystrych bękartów. Z tego powodu żaden z was nie nadaje się stuprocentowo na następcę. Stąd dylemat naszego miłościwego Tymona, który z utęsknieniem oczekuje wnuka z prawdziwego zdarzenia. Na zucha co się zowie, bez prawnych, mentalnych bądź fizycznych usterek.

Leopold stanął nagle i wziął ręce pod boki, jakby zamierzał skarcić niepoprawnego psotnika.

– Wiesz co, Morwinie? Dzięki za tę konwersację, fajnie było. Ponarzekaliśmy sobie, pogdybali, tylko że mojej wiedzy nijak nie wzbogaciłeś. Wiem już, że tatko gotów jest przekazać koronę temu z nas, który pierwszy pochwali się udaną latoroślą. Może zatem przejdziesz do sedna swojego wywodu, hę? O ile jest jakieś sedno.

– Już mówię – rzekł pośpiesznie konceptor. – Otóż ojciec twój, Tymon miłościwy, otóż czując oddech Kostuchy na ramieniu,  a także obawiając się, że nie zobaczy przyszłych wnucząt, zanim duszyczka jego pójdzie w zaświaty…

– Streszczaj się! – warknął Leopold.

– Już, już. Więc król Tymon chce wyznaczyć sukcesora przed śmiercią, posługując się metodami naukowymi.

– Że co proszę?

– Tak. Zwrócił się do mnie o pomoc. Spytał mnie, czy nie ma sposobu, by naukowo ustalić, który z was – braci bliźniaków – ma większe szanse spłodzić pełnowartościowe potomstwo, a zwłaszcza syna, z legalnej matki. To wszystko, rzecz jasna, abstrahując od powabów i niedostatków waszych żon, które w żaden sposób nie mogą być wplątane w dochodzenie. W absolutnej tajemnicy dodam, że żony można wam dobrać nowe, jeśli tylko jakość waszych parametrów da podstawę do wszczynania kłopotliwych rozwodowych procedur.

– Ach tak – chrząknął Leopold. – I co,  znalazłeś jakąś metodę?

Królewicz nie otrzymał odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Morwin albo zamyślił się głęboko, albo sprawiał takie wrażenie. Leo nie dał się nabrać na konwersacyjne sztuczki kompana. Wiedział, że od dawna trzyma on w zanadrzu jakiś projekt.

– Coś mi chodzi po głowie – przemówił wreszcie konceptor, ważąc słowa jak doświadczony zaklinacz tłumów.

Leopold zastygł w oczekiwaniu i stygł tak dobre ćwierć pacierza. Tymczasem Morwin wystawiał go na ciężką próbę. Zamiast jasno odpowiedzieć, począł gmerać w żwirze czubkiem buta.

– No, mówże, bo mnie zaraz trafi! – ponaglił królewicz.

– Musimy urządzić test. Czy raczej próbę. Nie, powiedziałbym współzawodnictwo, a nawet drobną potyczkę. A może raczej…

– A może raczej przeszedłbyś do konkretów!

– Już mówię, mówię – burknął Morwin z nutą urazy w głosie. – Potrzebne będzie jednak drobne wprowadzenie. Otóż rok temu z Hameryki, gdzie wszystko jest najlepsze i największe, przywiozłem pewne urządzenie optyczne. Nazywa się ono makroskop. Powiększa on obraz małych obiektów, gdy się je ogląda przez zestaw soczewek umieszczonych w specjalnej tubie. Swoją drogą, byłem tak zachwycony tym wynalazkiem, że zaraz naznosiłem do mego laboratorium wszelkiego drobiazgu, by go sobie pod szkłami makroskopu obejrzeć.

– To zaiste fascynujące – przyznał Leopold bez entuzjazmu. – Ale co ma wspólnego ze sprawą sukcesji.

– Właśnie do tego dążę – odparł Jonatan, karcąc rozmówcę wzrokiem – ale na skróty się nie da, bo nie zrozumiesz. Otóż najsampierw udoskonaliłem hamerykański wynalazek. Po tychże przeróbkach powiększał już nie dwieście, a sześćset razy. Odkryłem dzięki temu, że w wodzie żyje mnóstwo stworzonek. Wkrótce rozszerzyłem zainteresowania na ludzkie wydzieliny. Zbadałem ślinę, smarki, pot, urynę a także męskie nasienie.

– Że co proszę ?

– Spermę, czyli maziowatą substancję, wypływającą z prącia w pewnych okolicznościach – objaśnił rzeczowo Morwin. – I nie pytaj mnie, czyja ona była, bo to tajemnica zawodowa.

– I cóż tam w środku wykryłeś?

– Otóż w tymże nasieniu pływają małe stworzonka, które pozwoliłem sobie nazwać plemnikami. Obserwując je długo, odgadłem jak powstaje nowy człowiek.

Leopold przystanął, ale tym razem pociągnął towarzysza za rękaw, by ten mu nie uciekł. Przez chwilę nic nie mówił, a tylko stał z otwartymi ustami.

– I jak to się dzieje? – wykrztusił w końcu.

– Otóż do tanga trzeba dwojga, jak się domyślasz. Plemnik wnika zatem do damskiego jajeczka. Z książek oraz kilku sekcji zwłok wiem, że jajeczka są produkowane w specjalnych organach, mniej więcej jedno na miesiąc. Nie wychodzą one bynajmniej poza organizm matki, jak jajo kurze, lecz po zapłodnieniu rozwijają się w macicy. Konkluzja jest taka, że z połączenia pierwiastka męskiego i żeńskiego powstaje nowy organizm. Rośnie sobie przez dziewięć miesięcy i proces kończy się porodem.

– A co to ma wspólnego z testem, o którym wspomniałeś? – dociekał Leopold.

– Otóż mężczyzna produkuje z każdym wytryskiem olbrzymią armię plemników. Domniemywam, że są ich wręcz miliony, ale policzyć je nie sposób. Nie wszystkie też pchają się do jajeczka, by je zapłodnić. Zasadniczo wystarczy jeden. Pozostałe walczą z wrogiem.

– Wrogiem? Kogo masz na myśli? To znaczy, co masz na myśli?

Morwin spojrzał na ewentualnego następcę jak na ostatniego naiwnego.

– Plemniki konkurencji, mój królewiczu – wyjaśnił dobrodusznie – czyli ewentualnego kochanka niewiasty.

W tym momencie usłyszeli zduszony, kretyński rechot. Ktoś z pewnością czaił się za jednym z ostatnich krzewów bukszpanowej alejki. Spacerowicze dali sobie wzrokiem tajemny sygnał i, skradając się w ich mniemaniu bezszelestnie, podeszli pod bukszpanową rzeźbę. Tam dopiero rozdzieli się, by dopaść tajniaka. Okrążyli krzew i… tyle z tego wyszło, że wpadli na siebie, wyskakując jednocześnie zza krzaka. Ku swemu rozczarowaniu, przyuważyli tylko wychudłego kota. Zwierzak natychmiast zaczął chaotyczny slalom między ich łydkami, obleczonymi w jedwabne pończoszki.

– Myślisz, że to żałosne kocię było zdolne wydać zgoła człowieczy odgłos ? – zapytał z niedowierzaniem Leopold.

– Na pewno nie, ale przecież nie widzimy tu nikogo innego.

Zrezygnowani, jak na komendę jednocześnie machnęli ręką. Tym razem, by kontynuować knowania, wybrali aleję prostopadłą do tej, którą kroczyli dotychczas. Powód był oczywisty – obsadzono ją smukłymi tujami, za którymi ukryć się było znacznie trudniej.

– W każdym razie zmierzam do tego, że bardziej płodny mężczyzna ma w nasieniu więcej plemników – ciągnął swój wywód Morwin. – Są one ruchliwsze, szybsze i bardziej wojownicze. Co w takim razie wystarczy zrobić, by zbadać, który z was dwóch jest bardziej zdatny do poczęcia zdrowego, urodziwego i utalentowanego potomka? 

– No, co trzeba zrobić?

– Wystarczy pobrać próbki nasienia od was dwóch i wsadzić je pod makroskop. Zobaczymy wonczas, jakie jest w nich stężenie plemników, jak bardzo są one ruchliwe i jak sobie poradzą, usiłując wniknąć do jajeczka.

– I na czym miałoby polegać zwycięstwo w tym… hm, współzawodnictwie?

– Wyobrażam to sobie następująco. W wyznaczonym dniu stawicie się w moim laboratorium. Będziemy w intymnym gronie, z królem Tymonem w roli arbitra. Pobiorę wówczas próbki i urządzę test. Wygra ten z was, którego plemniki dotrą do jajeczka jako pierwsze. Zwycięzca zostanie uznany za potencjalnie płodniejszego kandydata i w konsekwencji koronowany na króla,  po uprzedniej abdykacji miłościwego Tymona.

Królewicz stanął jak wmurowany. Rozdziawił usta jeszcze bardziej, niż miał to w zwyczaju, uniósł brwi i kilkakrotnie potrząsnął głową.

– Ty chyba do reszty zbzikowałeś, Morwinie!

– To rzeczywiście awangardowy pomysł. I przyznam, że jesteś pierwszą osobą, która o nim słyszy. A mam zamiar go opatentować i propagować w ościennych krajach.

Morwin rozmarzył się prawie i dopiero zgrzytliwy głos towarzysza sprowadził go na ziemię.

– Nie ma takiej możliwości, żebym na to przystał! – zaperzył się Leo. – Żeby moja sperma była przedmiotem debaty.

– Ależ weź pod uwagę dobro ojczyzny! – zawołał wynalazca patetycznie. – Nasz kraj potrzebuje nowego monarchy!

– Którym niekoniecznie zostanę ja – odciął się królewicz. – Też mi interes! Nie piszę się na to.

Natenczas uszy obu dyskutantów poraziła przeraźliwa kakofonia zwierzęcych hałasów. Najpierw ujadanie, któremu zawtórowało pełne przerażenia miauczenie, zduszone przekleństwa i bezładna szamotanina.

Leopold z Morwinem obrócili się o ćwierć okręgu i szybko odnaleźli źródło zamieszania. Z pogmatwanych gałęzi jednej z tuj wyskoczył mały, pryszczaty rozczochraniec. Znany już spacerowiczom kot kurczowo wczepiał się w jego ramię. Zwierzak najeżył się i posyłał ostrzegawcze prychnięcia swemu hałaśliwemu prześladowcy. Wokół chłopięcia bowiem rzucał się furiacko szczeniak, najwyraźniej podniecony kocią obecnością. Chłopak przez chwilę stał zdezorientowany. Potem z niejaką trudnością oderwał kociaka od rękawa lnianej koszuli i rzucił go na ziemię, na pastwę śmiertelnego wroga. Ale i psu się dostało. Mały obwieś potraktował go solidnym kopniakiem, jako sprawcę nieoczekiwanej dekonspiracji.

– Poznaję go! – uniósł się królewicz Leo.

– Psa? A, masz na myśli kota – skonstatował Morwin. – Faktycznie widzieliśmy go przed chwilą.

– Gówniarza poznaję, Morwinie – rzucił królewicz ze złością. – To Bryncoł, przydupas mojego braciszka. Mały, wredny szpicel. Jak mu zaraz chlasnę w ten bezczelny pysk…

Leopold ruszył w kierunku młokosa, powoli nabierając rozpędu. Okazał się jednak zdecydowanie za wolny. Za to podsłuchiwacz zademonstrował niesamowitą zwinność i szybkość. Bez trudu umknął pościgowi i z daleka zagrał na nosie Leopoldowi.

– Łehehe ! – zaśmiał się donośnie na pożegnanie i pomknął jak strzała na skraj parku.

Morwin wkrótce dogonił swego pryncypała, który – zgięty wpół – z trudem łapał oddech.

– No to możemy być pewni, że treść naszej rozmowy dotrze do Arnulfa – wystękał królewicz. – Właściwie mamy to jak w banku.

 

 

 

Stało się, jak przewidział Leopold. Bryncoł pobiegł do swego zleceniodawcy i zdał mu relację ze swej misji. Gnojek był co prawda niezbyt bystry, ale miał niewątpliwie świetną pamięć.

Arnulf, tytułowany delfinem ze względów protokolarno-praktycznych, zainteresował się Morwinowym projektem i zaczął nagabywać dworskiego konceptora o szczegóły. Pozostało zatem przekonać starszego z bliźniaków. W tym właśnie celu pewnego słonecznego poranka Morwin, Leopold i Arnulf spotkali się w pracowni wynalazcy. Morwin miał wielce zadowoloną minę. Z dumą pokazał swoje urządzenie. Wyglądało jak długa rura umocowana w specjalnym uchwycie i zawieszona pionowo nad szklaną podstawką.

– Cały test wyobrażam sobie następująco. Po pierwsze, stawicie się obaj o tej samej porze. Po drugie, oddacie próbkę nasienia. Bardzo proszę o zachowanie wstrzemięźliwości przez trzy dni przed doświadczeniem.

– Hej, mam przedni pomysł – zakrzyknął Arnulf. – Znam dwie doświadczone kurtyzany, które mogą nam pomóc w wydzieleniu nasienia na drodze pewnych oralnych zabiegów…

– Dziękuję, raczej nie skorzystam – odparł Leopold ozięble. – To znaczy, sam sobie poradzę. Kontynuuj, drogi Morwinie.

– Hm, tak. A zatem pobierzemy próbki nasienia od was dwóch i dokładnie w tym samym czasie umieścimy je na szkiełku, gdzie w specjalnej cieczy będzie czekać już jajeczko. Umieszczę wasze armie w dwóch rogach trójkąta równoramiennego. W trzecim, najbardziej odległym kącie znajdzie się jajeczko. A potem: do biegu – gotowi – start. Czyje plemniki dotrą jako pierwsze na miejsce przeznaczenia, ten zostanie uznany za zwycięzcę.

– Wygląda mi na to, że jeden tylko obserwator może zajrzeć w ten okular – zauważył rzeczowo Leopold. – Trochę szkoda…

W tym momencie wszyscy usłyszeli zduszone kichnięcie za półką zastawioną próbówkami i retortami. Wszyscy czujnie nastawili ucha i nie musieli długo czekać na powtórkę. Drugie kichnięcie było o wiele donośniejsze; zabrzęczały od niego szklane naczynia.

– Co to ma znaczyć!? – oburzył się Morwin i spojrzał na Arnulfa podejrzliwie. – Przemyciłeś tu kogoś?

– Ależ skąd! – zaprzeczył delfin energicznie. – W jakim niby celu?

– Ja wszystko zaraz wyjaśnię – zapiszczał niepewny głos. Po chwili duży dość mężczyzna wygramolił się z cienia.

Był to niewątpliwie Pafnucy, skryba na usługach rady królewskiej.

– No, fantastycznie – sapnął Leopold sarkastycznie. – Patrzcie państwo: w kasie królestwa pusto, plon marny, armia maleńka, co jędrniejsze dziewoje masowo emigrują do Germanii. A jedyne, czego nie brakuje w naszej krainie, to szpiedzy.

Wszyscy obecni, nie wyłączając intruza, refleksyjnie pokiwali głowami. Szpiegów rzeczywiście było dużo, ale ich profesjonalizm pozostawiał wiele do życzenia. Wyznaczenie skryby do wywiadowczej misji było wymownym znakiem recesji. Oznaczało, że królewscy księgowi poskąpili grosza na profesjonalistę.

– Skoro już jesteś, może zdradzisz, jak tu wlazłeś – zaproponował Morwin, zrezygnowany. – I czy szukasz czegoś szczególnego.

– Ja wszedłem przez ee… uchylone drzwi – wyjaśnił Pafnucy, jąkając się lekko. – I właściwie raczej jako emisariusz. Bo tylko chciałem powiedzieć, że rada królewska jest bardzo zainteresowana przebiegiem eksperymentu. Dostojni radcy byliby zachwyceni, mogąc brać w nim udział.

– Masz Jacku placek! – zawołał Morwin. – Wszyscy na raz? Chyba że ustawią się w kolejkę do makroskopu. Co będzie trudne, bo będę nad nim czuwał ja, i potrzebuję mieć stały wgląd w okular. A poza tym, gdzie pomieszczę tyle luda, hę? Przecież nie w mojej pracowni. Nie widzisz, Pafnucy, że nie mam warunków.

– Ależ szanowni radcy chętnie udostępnią ci własną salę posiedzeń – zadeklarował skryba. – Zwłaszcza że masz tu kurz i bałagan.

To rzekłszy, Pafnucy dezaprobująco wykrzywił usta.

– Wolnoć bracie w swojej komnacie – odciął się Morwin.

– A czy nie dałoby się tak zrobić, żeby więcej wzierników skierować na ten wyścig plemników? – zapytał Arnulf, tłumiąc sprzeczkę w zarodku. – Pożytek będzie też taki, że większa liczba arbitrów wyda sprawiedliwszy osąd.

– A może całe miasto zaprośmy! – wzburzył się Leopold. – Co się będziemy rozdrabniać.

Nikomu więcej owo oburzenie się nie udzieliło. Wręcz przeciwnie – wszyscy zaczęli przemyśliwać nad postulatem delfina. Może tylko z nieco innych powodów. Pafnucy chciał się podlizać przełożonym; Arnulf szukał poklasku i pewny był zwycięstwa; Morwina za to ekscytowały wszelkie techniczne i naukowe wyzwania.

– Coś mi chodzi po głowie – wymamrotał w końcu konceptor z dozą niepewności. – Mam pomysł. Nie będę dorabiał nowych okularów do jednego preparatu. Po prostu rzucę obraz na ekran. Jeśli poszperam w mojej przebogatej kolekcji weneckich soczewek, może uda mi się przerobić mój najnowszy wynalazek. Tak, tak, przekonstruuję rzutnik w ten sposób, by powiększał obraz z makroskopu.

Morwin zapalił się wielce do tego pomysłu i zaczął krążyć w kółko, intensywnie drapiąc się po podbródku.

– Tak, tak – mamrotał niewyraźnie. – Zrobimy wielki ekran z bieluśkiego płótna i rozepniemy go na największej ścianie sali królewskich doradców.

– Może przyda się jakaś pomoc? – spytał Pafnucy.

– Będę potrzebował źródła intensywnego światła. Ale mogę je uzyskać dzięki lampie niejakiego inżeniera Łukaśkiewicza. Proponuje on użycie knota umaczanego w nafcie.

– Nafta? A co to takiego? – zainteresował się Arnulf.

– To najulotniejsza frakcja oleju skalnego, używana do…

– Nie wchodźmy w szczegóły techniczne – zaoponował Leopold. – Kiedy będziesz gotowy z całym kramem.

– Oj, potrzebuję z dziesięć dni przynajmniej – odparł Morwin po chwili wahania. – O ile  dostanę wsparcie ze strony władz.

– Na mnie możesz liczyć – Arnulf uśmiechnął się szelmowsko.

– No, na mnie też – dodał Leopold z nieco mniejszym zapałem. – Ale umawiamy się, że nikt nie będzie kwestionował wyniku tudzież arbitrażu naszego ojca. Przetnijmy ten węzeł nareszcie.

– Się wie, Poldek! – zawołał Arnulf entuzjastycznie. – Przybij pięć na tę okoliczność.

 

 

 

Nadszedł wreszcie dzień próby. W obszernej sali zebrało się dostojne grono członków rady królewskiej. Najzacniejsi obywatele Gallicji zasiedli w półokręgu na specjalnym, wysokim podeście. Trzy miejsca w środku półkola pozostały wolne. Przeznaczono je dla króla Tymona i jego dwóch synów.

Pośrodku sali znajdował się makroskop ustawiony na płaskiej szklanej tafli rzutnika. Nad okularem makroskopu zawieszony był sześcienny projektor. Tenże element ustrojstwa, skupiał światło lamp przepuszczone uprzednio przez makroskop, skręcał je pod kątem prostym i rzucał na ekran.

Blask w sali stawał się coraz jaśniejszy, w miarę jak Jonatan ustawiał coraz to nowe lampy naftowe pod szklaną płytą.

W tym momencie wszedł król.

Metrykalnie nie był to stary człowiek, ale reumatyzm, artretyzm i podagra wykrzywiły mu członki i przyprószyły włosy siwizną. Tymon wiele nie mówił, bo z powodu schorzeń miał kłopoty z artykulacją. Natomiast jego oczy pozostawały czujne i żywe.

Wszyscy obecni wstali, a on pozdrowił zebranych nieznacznym skinieniem głowy i usiadł na przeznaczonym dla siebie fotelu.

– Wasza wysokość, szanowni radcy – przemówił Morwin uroczyście. – Nie mam talentu do wygłaszania szumnych mów, a zwłaszcza oracji inauguracyjnych. A szkoda, bo za chwilę będziemy świadkami wiekopomnej interwencji nauki w sferę polityczną.

Nie wiedzieć czemu, na sali rozległ się szmer. Sprawił on, że Morwin porzucił pokusę, by wspomnieć o dotacji na rozbudowę swojego laboratorium. W tej sytuacji tak naprawdę niewiele nowego miał konceptor do dodania. Omówił już był plan rozgrywki na specjalnym posiedzeniu rady.

– Hmm. Może wypowiem się tylko co do szczegółów technicznych – ciągnął Morwin. – Otóż seans główny zacznie się, jak tylko dostaniemy próbki nasienia od zainteresowanych. A to już zależy od tempa ustnych zabiegów sióstr Orłowskich. By wypełnić czas oczekiwania i ustawić ostrość instrumentów, przewidziałem ilustrowaną pogadankę o bakteriach.

Wynalazca położył pierwszy preparat pod makroskop. Na ekranie zaroiło się od dziwacznych, ruchliwych obiektów. Niektóre z nich były obłe, inne strzępiaste, wszystkie jednak brzydkie i niesympatyczne.

– To są, drodzy radcy, bakterie zeskrobane z rąk człowieka w miarę uczciwego – Patrzcie, ile tego paskudztwa się roi.

Głuchy szum znów przebiegł przez salę. Wynalazca nie pozwolił jednak publiczności na długie deliberacje. Poobracał kilkoma pokrętłami i nie wdając się w komentarze, wyjął szkiełko spod tuby makroskopu. Włożył kolejną próbkę.

Było w niej znacznie mniej żyjątek.

– A oto próbka z dłoni, która wzięła łapówkę – skomentował Morwin. – Jak widzicie, tłok znacznie mniejszy. Długo zastanawiałem się, czy istnieje jakaś korelacja. I wymyśliłem, że skorumpowani funkcjonariusze są w miarę zamożni i wykształceni. Dlatego częściej używają mydła.

Buczenie na sali wyraźnie przybrało na sile i Morwin w nagłym przebłysku uświadomił sobie, że nie tylko brak mu talentu do przemówień, ale nawet zwykłego wyczucia nastrojów. Po prostu palnął gafę.

– Tymczasem przejdźmy do rzeczy – rzucił pośpiesznie, chcąc jak najszybciej zatrzeć niekorzystne wrażenie.

Następnie włożył pod okular kolejny preparat. Szum na sali jak na złość nie chciał przycichnąć i konceptor coraz bardziej obawiał się nieprzyjemności po zakończeniu projekcji. Na szczęście w sukurs przyszedł mu kronikarz Melchior Obeznaniec, znany pieniacz i oczajdusza, wołając:

– Nauka w służbie obywateli!

– I dynastii! – dorzucił natychmiast dziadzio Mszczuj, nestor rodu Kołłodziejów.

– I racji stanu! – uzupełnił z kolei arcymagnat Badziewiłł, minister spraw wewnętrznych i zewnętrznych.

– I wreszcie racji stanu – rzucił głośno Morwin, podnosząc rękę. Miał nadzieję powstrzymać w ten sposób kolejnych członków rady przed dodaniem kolejnych trzech groszy. – Już wiecie, szanowni zgromadzeni, na czym będzie polegać ta próba. Za chwilę z pomocą uroczych kurtyzan delfin z królewiczem oddadzą próbkę swego nasienia. Muszę tu zaznaczyć, że obaj pościli ostatnimi czasy przez trzy dni. Młodsze plemniki są znacznie żywotniejsze od kilkudniowych, więc musieliśmy zadbać o równe szanse. Za chwilę pobiorę za pomocą pipetki dwie absolutnie makroskopijne kropelki nasienia i umieszczę je w dokładnie tym samym momencie po dwu stronach preparatu, w płynie fizjologicznym.

– W jakim płynie? – zapytał jeden z radców, przygłuchy cechmistrz Jelonko – Filozoficznym?

– Chodzi o roztwór, do którego dodałem krochmalu – wyjaśnił konceptor. – A to w takim celu, by nieco spowolnić akcję plemników. Inaczej te żwawe zuchy zbyt szybko wykonałyby swą misję. Poruszają się bowiem jakieś dziesięć – piętnaście cali na minutę. W ten sposób widowisko straciłoby na uroku.

– Nie mam co prawda zielonego pojęcia, jak te plemniki wyglądają – drążył Jelonko – ale spodziewam się, że są podobne u obu naszych zawodników. Jak zatem je odróżnimy?

– O tym też pomyślałem – uspokoił Morwin. – Plemniki Leopolda zabarwię na czarno wyciągiem z sadzy. A plemniki Arnulfa – na zielono pigmentem ze sproszkowanego malachitu.

– No, chyba że – mruknął cechmistrz ukontentowany.

– Zatem jeśli nie ma dalszych pytań, przejdziemy do rzeczy. Wybaczą panowie, ale muszę zniknąć na chwilę. Aha, zapomniałem powiedzieć, że zadbałem o efekty dźwiękowe, by dodać dramaturgii naszemu pokazowi.

Konceptor poszedł na prowizoryczną kotarę, zza której co rusz dochodziły niedookreślone pojękiwania i mlaśnięcia.

Po chwili zza kotary wyskoczył Bryncoł we własnej osobie. A może raczej został wypchnięty, bo wykonał kilka szeroko rozstawnych kroków, jakby bał się potknąć  o własne kończyny. Twarz wykrzywiał mu grymas bólu, który jednak ustąpił po krótkim automasażu pośladka.

Poza szpiegowaniem chłopak dorabiał jako dobosz, dlatego sprawnie posługiwał się werblem. Arnulf nalegał na jego obecność w czasie pokazu, bo wiedział, że chłopak działa na nerwy zarówno Morwinowi jak i królewiczowi.

Morwin natomiast rzeczywiście zniknął na krótką tylko chwilę, za to kiedy już pojawił, trzymał dwie pipetki w wysoko uniesionych rękach. Po chwili zza kotary wychynęli też Leopold i Arnulf. Obaj za wszelką cenę starali się zachować powagę i godność, ale źrenice jakoś dziwnie uciekały im do góry, nadając twarzy wyraz błogości. Zasiedli obaj na honorowych miejscach w pierwszym rzędzie.

– Na końcu tychże dwóch pipetek, drodzy zebrani, mam próbki nasienia od naszych dwóch dawców. Jest bardzo ważne, by umieścić obie kropelki jednocześnie, aby obie drużyny miały równe szanse. Zaraz je przykryję szkłem nakrywkowym, w celu przygotowania preparatu. I niech lepsi zwyciężą.

Morwin podszedł do stojaka, na którym stał rzutnik z umieszczonym na nim makroskopem. Pomajstrował chwilkę i oczom zebranych ukazał się ciekawy widok. Na ekranie pojawiły się trzy punkty tworzące trójkąt równoramienny. W jednym z jego kątów znajdowała się wielka bania o nieco rozmytych i nieregularnych krawędziach. W pozostałych dwóch rogach w tym samym dokładnie momencie ukazały się dwie plamy – jedna czarna, druga zielona.

Obie plamy natychmiast rozsypały się w rój drobnych punkcików. Zieloni wydawali się mocno zdezorientowani. Minęło z pół pacierza, zanim zdołali wykrzesać z siebie jakikolwiek organizacyjny zapał. Na dobitek wszelkie skoordynowane działania były sabotowane przez niesfornych indywidualistów. Wolni strzelcy, zaniedbując wsparcie, eskortę czy asystę, pomknęli chyżo w stronę odległej bańki. Potrącali się przy tym i haniebnie gubili kierunek.

Wśród Czarnych natomiast stan rozproszenia trwał bardzo krótko. Wnet przegrupowali się oni w zwarte, prostokątne formacje. Najżwawsze jednostki Czarnych wzięły na siebie rolę zwiadowców. Utworzyły awangardę, która wyprysnęła promieniście we wszystkich kierunkach, by wybadać teren.

Wtedy Morwin po raz pierwszy zrobił maksymalne zbliżenie. Skupił się na pojedynczym wojowniku. Stworzonko miało nieskomplikowaną budowę. Składało się z tylko główki zaopatrzonej w długi mysi ogon. Maleństwo machało nim zawzięcie, dziarsko posuwając się do przodu.

Uznawszy, że indywidualna prezentacja spełniła swoją rolę, Morwin poszerzył perspektywę. Dzięki temu publika zobaczyła tyralierę wrzecionowatych mikrusów, prujących jak torpeda na spotkanie przeznaczenia. Czarne pociski były wyraźnie mniejsze niż pozostałe plemniki, ale ich zadaniem widocznie było tylko przetarcie szlaków, skoro tuż za nimi podążały znacznie masywniejsze, rzekłoby się pancerne jednostki. Niektóre z tych pancerników były kanciaste lub zaopatrzone w pokaźne rogi. Ich wyraźnie większą masę popychały dwa ogony, a nielicznym nawet potrójny napęd się przytrafiał.

Morwin ponownie poszerzył pole widzenia, by pokazać pierwsze zwarcie. Cóż, krótkie ono było i pozbawione finezji. Czarni formalnie staranowali wroga, od razu spychając go na pozycje defensywne.

Operator makroskopu przesunął leciutko preparat, dzięki czemu oczom zebranych ukazała się armia Arnulfa. Morwin zrobił lekkie przybliżenie i panujący w niej chaos stał się ewidentny. Arnulfowe plemniki były większe niż te od jego brata, górowały nawet liczebnością. Tyle że okazały się żałośnie nieruchawe i najwyraźniej kiepsko dowodzone. Zieloni po prostu miotali się bez ładu i składu, bez pomysłu na sensowny kontratak.

Dobosz Bryncoł komentował cały czas sytuację warczeniem swego werbla. Od czasu do czasu popisywał się refleksem i talentem dźwiękonaśladowczym, wzbogacając przekaz o efektowne onomatopeje.

– Bang! Łup! Bęc! Trach! – wrzeszczał tak udatnie, że miało się wrażenie, jakby jakieś machiny wojenne z drewna i stali miażdżyły się w śmiertelnym zwarciu.

Tymczasem Zieloni zupełnie pogubili się pod naporem wrażej armii. Czarne spiczaste pociski kłuły ich z każdej strony, tak iż z Zielonych poczęły wyciekać wnętrzności i nasycenie barwą. Po chwili większość Zielonych – czy już właściwie bladoseledynowych – dryfowała niezbornie tam i siam jak sflaczałe powłoki.

Widząc, co się święci, Arnulf zerwał się ze swego siedziska i zaczął wymachiwać rękami.

– No, ruszać się tam, nuże!

– Barabam! – zabębnił usłużnie Bryncoł.

Wciąż nadpływały nowe oddziały Czarnych. W odwodzie przyczaiły się bowiem główki niewielkie, za to zaopatrzone w długie mocarne ogony. I tymi właśnie ogonkami tłukły na prawo i lewo, chlaszcząc, siekąc, chłoszcząc Zielonych bezlitośnie i w końcu rozganiając ich w bezładnie zakręcone gromadki.

Morwin specjalnym pokrętłem zredukował nieco powiększenie i zadrżał z przestrachu. Oto skupiwszy się na efekciarskich, nieistotnych potyczkach, niemal przeoczył najważniejsze starcie.

Umknęło jego uwadze, że dwa strumienie płyną w kierunku kulistego celu. Na początku szły niemal równolegle, ale wkrótce jasnym się stało, że obierają kurs na zderzenie. Na początku obie armie poruszały się w jednakowym tempie, ale im bliżej jajeczka, tym większą Czarni okazywali przewagę. A finał był taki, że nie tylko dopłynęli pierwsi, ale zdołali stworzyć grubą, półkolistą zaporę, o którą wrogie oddziały odbijały się jak piłka od muru. Wyglądało na to, że klęska Zielonych w tym momencie jest przesądzona.

Arnulf miał zatem powody do zdenerwowania. Obgryzał intensywnie palce, podskakiwał na swoim krześle i co chwila pokrzykiwał: „zdrada, oszustwo, manipulacja”. Nie odważył się jednak na silniejsze środki ekspresji, bo nie wyczuwał za sobą poparcia sali. Wręcz przeciwnie, radcy gasili co gwałtowniejsze Arnulfowe porywy słowem, a nawet delikatnym szturchnięciem.

Leopold za to był wniebowzięty. Rozglądał się po sali z uśmiechem od ucha do ucha i ku swemu zadowoleniu napotykał pełne aprobaty spojrzenia.

A na ekranie było pstrokato od czarnych kropek. Żałosne niedobitki Zielonych zostały odepchnięte w kąt; dryfowały bezwładnie albo zwijały się chaotycznie jak w napadzie padaczki. Ich klęska była zatem zupełna.

Nie mogąc znieść tej wizji, Arnulf porwał swój kapelusz ze strusim piórem, a następnie szybkim krokiem wyszedł z sali. Bryncoł stał przez chwilę zdezorientowany, ale po krótkim namyśle potruchtał żwawo za swoim panem.

Wyglądało na to, że projekcja dobiegła końca. Radcy wymieniali komentarze, łypiąc od czasu do czasu życzliwie w stronę Leopolda. Ten z kolei, lekko odwrócony na swym fotelu, odwzajemniał im się lekkimi ukłonami. Co bardziej oportunistyczni radcowie wiercili się, jakby owsików dostali. Nie mogli doczekać się okazji do przekazania gratulacji domniemanemu następcy. Musieli jednak siedzieć, dopóki nie podniósł się król.

Nagle Leopold zauważył coś niepokojącego na ekranie. Czarne punkciki dosłownie oblepiły kuliste jajeczko, a mnóstwo z nich nawet dostało się do środka. A przecież, jak napomknął Morwin przy jakiejś okazji, tylko jeden smyk powinien był dostać się do wnętrza.

Leopold nie miał czasu jednak nad problemem się skupić, bo Morwin pogasił lampy, usuwając tym samym obraz z ekranu, a zaraz potem sam Tymon miłościwy głos zabrał, gratulując synowi. Stwierdził też, że za kilka dni nazwisko następcy wyjawi oraz że zaprasza wszystkich na piknik w królewskich ogrodach.

 

 

 

Kiedy szanowni goście już rozproszyli się po parku, skubiąc grillowane przysmaki z przenośnych rożnów i palenisk, Leopold ruszył na poszukiwanie wynalazcy. Tenże zawieruszył się gdzieś zaraz po pokazie. Królewicz wypatrzył go w końcu, otoczonego wianuszkiem adoratorek. Wyrwał Morwina brutalnie z żeńskiego tłumku i zaproponował mu relaksujący spacerek po parku, wzdłuż bukszpanowych alejek.

Przez dłuższą chwilę Leopold szedł w milczeniu i widać było, że zmaga się w myślach z jakimiś wątpliwościami.

– Czyżbym jakąś ponurość widział na twoim obliczu, drogi sukcesorze? – spytał wreszcie konceptor. – Jakiś kornik cię drąży?

– Cóż, Jonatanie, cieszy mnie to zwycięstwo – odparł powoli królewicz. – Natomiast mam pewną niejasność.

– O, a jakąż to?

– Powiedz mi, skąd wziąłeś owo jajeczko?

Morwin zmieszał się wyraźnie na te słowa. A zaraz potem, pod palącym wzrokiem towarzysza, spłonął jak wstydliwa panienka.

– No bo z mężczyznami sprawa jest łatwa – ciągnął Leopold. – Wszystko wychodzi na wierzch. A u kobiet jest przecież wręcz przeciwnie. Jak sobie poradziłeś z wydobyciem jajeczka z niewieściego organizmu.

Konceptor chrząknął ponownie. Widać było, że nie spodziewał się aż takiej przenikliwości ze strony swego chlebodawcy.

– No, mój Jonatanku, czy ty czasem czegoś przede mną nie ukrywasz? – drążył Leopold.

Zatrzymał się gwałtownie i szarpnął wynalazcę za rękaw.

– No, powieszże mi wreszcie!? – nastawał królewicz stanowczo, marszcząc czoło w grymasie złości i zniecierpliwienia.

– Ee ten, tego… – wystękał Morwin i widać było, że trudno mu będzie zmierzyć się z tym wyzwaniem. Westchnął w końcu ciężko i spuścił ramiona w geście rezygnacji. – No dobrze. Przyznaję, że dopuściłem się mistyfikacji. Ale to dlatego, że nie miałem odpowiednich instrumentów. Wymyśliłem co prawda strzykawkę ze specjalnym elastycznym przewodem do przeprowadzania punkcji, ale to zbyt delikatny zabieg, wymaga niesłychanej precyzji i na razie testuję przyrząd na krowach.

Leopolda formalnie zatkało z oburzenia. Spiorunował konceptora wzrokiem, który mógłby spopielić co mniej odporny materiał.

– Zaraz, zaraz! – królewicz wycelował palec w Morwina, po czym dźgnął go w mostek. – Chcesz powiedzieć, że tam pod szkiełkiem znalazło się jajeczko krowy?

– Ależ broń mnie Panie Boże! – zawołał Morwin. Odciągnął delikatnie szpiczasty palec królewicza, boleśnie wpijający się w jego ciało. – Nawet o tym nie pomyślałem. Powiedziałem ci przecież, że wszystko jest w fazie eksperymentu. Zresztą nie posunąłbym się do takiej profanacji, za kogo mnie masz, następco.

– To w takim razie czyje to było…

– To w ogóle nie było jajeczko – przerwał Morwin. – Z braku laku musiałem zapewnić obiekt zastępczy.

– Czyli ? – indagował uparcie Leopold.

– No cóż, rozumowałem w ten sposób. Trzeba było jakoś zachęcić małych smyków, by się ruszały. Skoro nie dysponowałem jajeczkiem, które skądinąd wabi i wysyła sygnały, umieściłem w preparacie coś równie atrakcyjnego.

– Czyli?

– Czyli kropelkę okowity – wyrzucił szybko konceptor. – Z dodatkiem cukru dla osiągnięcia gęstości i krągłej formy.

Leopold zaniemówił po raz drugi. Ale trwało to tylko chwilę, bo zaraz złapał konceptora za poły surduta. Wyglądało to nad wyraz komicznie, gdyż królewicz był o głowę niższy od swego antagonisty.

– Ja cię we wrzącym oleju utopię!!! – ryknął królewicz, potrząsając brutalnie niefortunnego wynalazcę.

– Ale dlaczego tak brutalnie!? – zaprotestował Morwin piskliwie. Odchylił się przy tym i spojrzał na swego pryncypała z mieszaniną niechęci i zdziwienia.

– Przecież ten twój cały eksperyment nic nie jest wart!

– Jak to nic? – Morwin bronił się dzielnie. A niełatwe miał zadanie. Nie tylko bowiem szukał w głowie ważkich argumentów. Usiłował też uchronić garderobę przed poważnym uszkodzeniem.

– Przecież gdy to się wyda, wszyscy zakwestionują wynik!

– Dlaczego mieliby kwestionować? Dlaczego miałoby się wydać? Możemy przecież zachować ten sekret dla siebie. – Morwin mrugnął porozumiewawczo, ale nie uspokoiło to bynajmniej królewicza. – A poza tym twoje plemniki wykazały wielki spryt, determinację i żywotność.

– Tak, tak, wykazały nieodparty pociąg do wódy. Wychodzi na to, że moje potencjalne potomstwo to alkoholicy.

– To nadinterpretacja – uspokoił wynalazca, uwolniwszy się w końcu od drapieżnego chwytu Leopolda. – Chociaż tak na marginesie… No, jakby to powiedzieć. No, zdaje się, że pijesz więcej od swego brata. Mówią o tobie, że potrafisz wyniuchać flaszkę rumu w składzie kadzideł.

– Koniaku, jeśli już – sprostował Leo z nietęgą miną. Nie wiedział, biedak, jak zareagować na wątpliwy komplement. – No i co z tego?

– Ta twoja zdolność podsunęła mi myśl, że twoje plemniki są wielce wrażliwe na alkoholowe aromaty. Krzywdzisz mnie zatem takimi oskarżeniami. Bo ja się tak starałem. Tak wszystko wykoncypowałem, żeby dać ci jednak większe szanse w tej rywalizacji.

Nagle suchy trzask zakłócił ich sprzeczkę. Z rozłożystego bukszpanowego krzaka wyskoczył umorusany rozczochraniec. Wybałuszył ślepia na rozemocjonowanych dyskutantów po czym prowokacyjnie wsadził palec do nosa.

– Masz ci los, to znowu ten śmierdziel Bryncoł – rzucił królewicz, tonem rezygnacji raczej niż złości. – I zaraz poleci do mojego braciszka obwieścić nieoczekiwaną nowinę.

– Może spróbujemy go schwytać – zaproponował Morwin bez przekonania.

– Łehehe – zarechotał na to Bryncoł i pognał przed siebie jak struś pędziwiatr.

Przez chwilę obaj patrzyli bezradnie jak śmigły głupek umyka, klucząc między misternie przyciętymi bukszpanami. I jak na komendę obaj machnęli ręką.

– To już po ptokach – skomentował Morwin.

– Cały pogrzeb psu na budę – dodał jego pryncypał. – Zaraz Arnulf poleci ze skargą do tatuśka, który niechybnie zawiesi decyzję. A jak się naprawdę wkurzy, to wręczy koronę Arniemu bez dalszych ceregieli.

– No tak, zachowaliśmy się nieostrożnie – przyznał Jonatan. – Trzeba będzie obmyślić linię obrony.

– Masz jakiś awaryjny plan? – spytał Leo z nadzieją.

– Właściwie to coś mi pełznie po głowie – odpowiedział Morwin tajemniczo. – Czego jak czego, ale pomysłów nigdy mi nie brakuje.

– No to chodźmy i pogadajmy o tym. Może w jakimś odsłoniętym miejscu, bez krzaków dookoła.

Oddalili się zatem w kierunku błoni, obserwując z daleka, jak szanowni radcy dojadają resztki z królewskiego stołu.

Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

Bo przecież lud nie może zostać bez króla.

 

Koniec

Komentarze

Cholercia, znakomite!

Naprawdę świetne. Udało Ci się mnie rozbawić, a to nie łatwa sztuka. Pomysł nietuzinkowy, science z mocnym przymróżeniem oka, ale na dobre to wyszło.

A ta scena plemnikowej potyczki – boska! Prawdziwie epickie starcie.

;-)

Nawet stylizacje dialogów kupuję – dobry i udany pomysł.

Od dawna nie czytałem tak dobrego opka!

 

Niestety masz trochę literówek i miejscami błędnie zapisujesz dialogi.

Ale poza tym genialne!

 

Tekst oceniam na 9. I lecę nominować do piórka!

Brawo!

 

EDIT:

Przeczytaj ten wątek, niech stanie się on Twoją modlitwą odmawianą rano i wieczorem;)

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

 

Wesołych!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

hej Nazgul

Dzięki za budujące słowo i zastrzyk motywacji

Postaram się wychwycić niedoróbki

Wesołej kontynuacji Świąt życzę

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Bardzo dobry pomysł, lubię takie historyjki z solidnymi naukowymi fundamentami.

Wykonanie pozostaje odrobinę w tyle. Nazgul już wspominał o literówkach. Weź je popoprawiaj.

Rozebrał bym go do rosołu, obciął te złociste loczęta, wysmarował olejem, posypał pierzem, zaprzągł do beczki z gnojówką i pogonił główną ulicą w dzień targowy.

Z tego zdania wynika, IMO, że to loczęta chciałby Poldek zaprząc do beczki.

– Którym niekoniecznie zostaną ja

Jedna z literówek.

Okazał się jednak zdecydowanie za wolny. Za to podsłuchiwacz wykazał się niesamowitą wręcz zwinnością i szybkością.

Bardzo podobne słowa. Brzydko wyglądają w sąsiednich zdaniach.

Tekst oceniam na 8.

Babska logika rządzi!

Plemniki w formacjach wojskowych szczerze mnie ubawiły, szczególnie gdy wyszło, że pęd był do wódy. Bardzo miła lektura na świąteczne leniuchowanie. 

Tekst oceniam na 7.

Przeczytałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Autor dość sprawnie posługuje się piórem. Niezłe opowiadanko. Pozdrawiam.

Bardzo ładnie opisana historyjka, mimo kilku potknięć, zwłaszcza w zapisie dialogów.

Podobała mi się.

Tekst oceniam na 7.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Sympatyczna opowieść o wojujących plemnikach.

Tekst oceniam na 7

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przyjemna lektura

Koncept przedni (choć formacje stoją chyba w sprzeczności z zasadą “kto pierwszy, ten lepszy”, ale co ja tam wiem…).

Higieniczna strona łapówkarstwa – rewelacja.

Tekst oceniam na 8.

 

Opinię o tekście zamieściłem pod drugą częścią przygód Morawiana i Leopolda.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Noo, to były niezwykłe zawody. Niewątpliwie oryginalne :-)

Dowcipny pomysł, zacnie zrealizowany. Styl, dialogi, klimat podobały mi się ponadprzeciętnie. Opowiadanie co najmniej równie dobre jak jego sequel. Czytało się świetnie, znowu się pośmiałem :-)

Tekst oceniam na 9.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jestem zdumiona wielce poważnym podejściem do zaistniałego problemu wskazania sukcesora. Zdaję sobie sprawę, że niełatwo jest dzielić się wiedzą z nieuczonymi, a Tobie, Autorze, udało się niezwykle sugestywnie, wręcz namacalnie, zwizualizować ogrom naukowych dokonań konceptora Morwina.

Nie bez znaczenia jest fakt, że opowiadając o sprawach tak istotnych, nie pozbawiłeś tekstu pierwiastka przedniego humoru, co sprawia, że Operację mikro przeczytałam z ogromną przyjemnością.

Innymi słowami, bardziej po ludzku: Nad wyraz zacna opowieść, bardzo mi się podoba. ;-D

 

Dwor­ski kon­cep­tor Jo­na­tan Mor­win szedł dziar­sko alej­ką wy­sa­dza­ną buksz­pa­na­mi w kształ­cie stoż­ków ścię­tych.Dwor­ski kon­cep­tor Jo­na­tan Mor­win szedł dziar­sko alej­ką wy­sa­dza­ną buksz­pa­na­mi, przystrzyżonymi w kształ­cie stoż­ków ścię­tych.

Bukszpany, aby mogły mieć rzeczoną formę, należy przyciąć. Same nie przybiorą takiego kształtu.

 

już mógł­byś przy­mie­rzać, czy ko­ro­na nie uwie­ra cię w skro­nie. – Wolałabym: …już mógł­byś przy­mie­rzać koronę, by sprawdzić, czy nie uwie­ra cię w skro­nie.

 

Plem­nik wnika do zatem do dam­skie­go ja­jecz­ka. – Czy tu jest wszystko w porządku?

 

ol­brzy­mią armię plem­ni­ków. Do­mnie­my­wam, że są ich wręcz mi­lio­ny, ale po­li­czyć ich nie spo­sób. – Policzyć plemników? ;-)

ale po­li­czyć je nie spo­sób.

 

Zo­ba­czy­my won­czas, jakie jest w nim stę­że­nie plem­ni­ków… – Piszesz o dwóch próbkach nasienia, więc: Zo­ba­czy­my won­czas, jakie jest w nich stę­że­nie plem­ni­ków

 

W tym mo­men­cie wszy­scy usły­sze­li zdu­szo­ne kich­nię­cie z półką za­sta­wio­ną pró­bów­ka­mi i re­tor­ta­mi. – Zduszone kichnięcie z półką? Osobliwość raczej spora. ;-)

Pewnie miało być: …zdu­szo­ne kich­nię­cie za półką

 

Będę po­trze­bo­wał in­ten­syw­ne­go źró­dła świa­tła. – Wydaje mi się, że raczej: Będę po­trze­bo­wał  źró­dła intensywnego świa­tła.

 

Wszy­scy obec­ni wsta­li, a on po­zdro­wił ze­bra­nych nie­znacz­nym ski­nie­niem głowy i usiadł na prze­zna­czo­nym dla niego fo­te­lu. – …usiadł na prze­zna­czo­nym dla siebie fo­te­lu.

 

prze­mó­wił Mor­win uro­czy­ście. – Nie mam ta­len­tu do wy­gła­sza­nia uro­czy­stych mów… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Nie mam ta­len­tu do wy­gła­sza­nia szumnych/ wzniosłych mów

 

Po­krę­cił kil­ko­ma po­krę­tła­mi i nie wda­jąc się w ko­men­ta­rze… – Powtórzenie.

Może: Po­obracał kil­ko­ma po­krę­tła­mi i nie wda­jąc się w ko­men­ta­rze

 

Na­stęp­nie wło­żył po oku­lar ko­lej­ny pre­pa­rat. – Literówka.

 

trzy­mał dwie pi­pet­ki wy­so­ko unie­sio­nych rę­kach. – Pierwsze w, zbędne.

 

W jed­nym z jego kątów znaj­do­wa­ło się wiel­ka bania… – Literówka.

 

Mi­nę­ło z pół pa­cie­rza, zanim zdo­ła­li wskrze­sić sobie ja­ki­kol­wiek or­ga­ni­za­cyj­ny zapał. – Wolałabym: Mi­nę­ło z pół pa­cie­rza, zanim zdo­ła­li wykrzesać w sobie/ z siebie ja­ki­kol­wiek or­ga­ni­za­cyj­ny zapał.

 

tuż za nimi po­dą­ża­ły znacz­nie ma­syw­niej­sze, rze­kło by się pan­cer­ne jed­nost­ki. – …tuż za nimi po­dą­ża­ły znacz­nie ma­syw­niej­sze, rze­kłoby się, pan­cer­ne jed­nost­ki.

 

Stwier­dził też, za kilka dni na­zwi­sko na­stęp­cy wy­ja­wi… – Pewnie miało być: Stwier­dził też, że za kilka dni na­zwi­sko na­stęp­cy wy­ja­wi

 

widać było, że cięż­ko mu bę­dzie zmie­rzyć się z tym wy­zwa­niem. Wes­tchnął w końcu cięż­ko i spu­ścił ra­mio­na w ge­ście re­zy­gna­cji. – Powtórzenie.

Proponuję w pierwszym zdaniu: …widać było, że trudno mu bę­dzie zmie­rzyć się z tym wy­zwa­niem.

 

klu­cząc mię­dzy mi­ster­nie tre­fio­ny­mi buksz­pa­na­mi. – Czyżby gałązki bukszpanów nocą nawijano na papiloty, by za dnia trefionymi lokami badylków mogły oczarować spacerujących? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie podziękowania za komentarze a szczególne dla Was, niestrudzeni regulatorzy. Obiecuję, że pewnej niedzieli się wezmę i wszystko popoprawiam :)

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Jeśli pomogłam, to bardzo się cieszę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajny tekst. Niech już nie siedzi w Poczekalni. :)

Przeczytałam, jednak, jakkolwiek lubię teksty z przymrużeniem oka, jak dla mnie poświęciłeś na swój pomysł o wiele więcej słów, niż na to zasługuje. Żart niezły, ale po co aż 40.000 znaków? Mimo wszystko spodziewałam się po tym tekście czegoś… poważniejszego. No ale, pozostali czytelnicy zadowoleni, więc jeden malkontent wiosny nie czyni ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka