- Opowiadanie: Caern - Piaskownica

Piaskownica

Opowiadanie jest długie, zatem zarezerwujcie sobie dłuższą chwilę. Miłej lektury!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

dj Jajko

Oceny

Piaskownica

Johny wsadził dłoń w kupę. Spowodowało to wybuch ogromnej radości wśród pozostałych dzieci. Ale jemu nie było do śmiechu. Przyjrzał się krytycznie skutkom wypadku. Na palcach miał oblepione piaskiem fragmenty jasnobrązowej psiej kupy. Skrzywił się okrutnie i zaczął rozglądać za czymś, w co mógłby wytrzeć rękę. Poratowała go Nana, która, jako najporządniejsza z całej bandy, zawsze nosiła chusteczki. Dzieciaki trochę się nudziły. Było ich kilkanaścioro, w różnym wieku. Spotykały się na Piaskownicy od roku. Na ulubione miejsce wybrały sobie rozległą na kilkadziesiąt metrów dziurę w ziemi o płaskim dnie, dawniej samo centrum lotniska. Dzieci wymyśliły sobie nazwę Robale, ale nie wiadomo, dlaczego. Tam gdzie się spotykały, nie było insektów, ani tym bardziej roślin. Teren został zbombardowany nie tylko rakietami burzącymi. Ponad rok temu na okolicę spadły pierwsze ładunki chemiczne.

 

Jak na połowę grudnia było zimno i pochmurnie. Od ponad dwudziestu lat temperatura w grudniu utrzymywała się powyżej zera, ale nie dzisiaj. Lekki przymrozek przypominał, że mimo wszystko była zima. Na przestrzeni kilku kilometrów rozciągał się krajobraz pełen kraterów, osypisk i betonowych rumowisk. Lotnisko Bemowo, ogródki działkowe, ulice Maczka i Broniewskiego nie istniały. Teraz mówiło się po prostu Piaskownica.

Robale chowały tutaj kilka skarbów. Dwie drewniane ławy, kilka krzeseł, metalową skrzynię i trzy opony. Wszystko znalazły w ruinach okolicznych ulic i przytargały do krateru. Dzisiaj nie wymyśliły jeszcze, w co się bawić. Ziewały, grzebały w metalowej skrzyni w poszukiwaniu jedzenia, a ich nieformalny wódz, Johny, podejmował pierwsze próby z paleniem papierosów. Naprawdę miał na imię Janek, niedawno skończył dwanaście lat. Wszyscy znali się z czasów grania w sieciowe erpegi. W realu poznali się rok temu.

– To w co się bawimy? – Zapytała Misia. Dziewczynka miała dziewięć lat, jasne włosy i okrągłą buzię. Opatulona była w przydługi wełniany płaszcz, nosiła brązową czapkę z pomponem, spod której zerkało wielkie niebieskie oko. Gdyby nie źle zrośnięta blizna na czole i bielmo na lewym oku, byłaby prześliczna. Niestety pół roku temu razem z rodzicami znalazła się w bombardowanym centrum Warszawy. Nie ona jedna nosiła ślady wojny. Topik stracił władzę w prawym ręku. Hasz od roku czekał na operację wstawienia implantów zębów, a na razie wkładał w usta sztuczną szczękę. Mirek nigdy nic nie mówił, a jego spojrzenie było wiecznie smutne. Miał tak od czasu, kiedy zobaczył jak jego rodziców szatkują rozerwane podmuchem szyby z biurowca. Johny, jako jeden z niewielu dotąd nie ucierpiał. Ale wojna okrutnie go denerwowała. Jak dla niego była po prostu bez sensu.

Dzieciaki znalazły w skrzyni trochę puszkowanego mięsa, które załatwiła Bunia. Dziewczyna miała trzynaście lat. Zwracała na siebie uwagę gęstą, potarganą czupryną mocnych, czarnych i kręconych włosów. Nosiła wojskową kurtkę moro, ciężkie buty i bojówki. Wszystko uszyła jej mama, która pracowała w Dzielnicowym Zarządzie Żywności i Zaopatrzenia. Urząd powstał kilka miesięcy po rozpoczęciu wojny. Jego zadaniem było zaopatrywanie ludności dzielnicy Bemowo w produkty pierwszej potrzeby. A trzeba przyznać, że było ich coraz mniej. Bunia często odwiedzała mamę w biurze. Zawsze kradła coś do jedzenia i przynosiła na Piaskownicę. Czasem jakieś konserwy, czasem zdarzyła się czekolada a nawet suszone mięso.

Robale dalej się spierały, czy wybrać berka, czy może dalej budować piaskowy zamek. Siedmioletnia Nana, oczko w głowie całej grupy skarżyła się, że zawsze bawią się w chłopczycowe gry a nigdy w dziewczyńskie. Zapytana, co ma na myśli zaczęła snuć różowo perlisty obrazek, na którym Robale siedzą przy okrągłym stole, mają plastikowe filiżanki, śmieją się i konwersują w towarzystwie lalek i jednorożców. Zanim wszyscy padli ze śmiechu, rozległ się rozkazujący głos Buni, która wszystkich uciszyła. Podeszła do Johnego.

– Zobacz – powiedziała i wskazała przeciwległy kraniec krateru. Johny zmarszczył brwi, bo spodziewał się, co za chwilę zobaczy. Kucnął i zaczął wygrzebywać z ziemi kamienie. Nie za duże, ale i nie za małe. Najlepiej okrągłe, żeby dobrze leciały. Podszedł do niego Blaster, niski blondyn, szeroki w barach i, jak na swoje dwanaście, lat bardzo silny. Był jednym z dzieci, które nosiły znamiona wojny. Na nogach miał paskudne blizny po oparzeniach wywołanych kontaktem z bronią chemiczną. Miał szczęście. Udzielono mu pomocy nim kwas przeżarł się przez skórę do mięśni. Z drugiej strony podszedł Kosa, sepleniący od dziecka wysoki blondynek. Dołączyli do Mirka i Johnego. Chłopcy stanęli obok siebie i czekali. Pozostałe dzieciaki zebrały się daleko z tyłu oczekując rozwoju sytuacji, a Johny z niecierpliwością wypatrywał wrogiej kolumny. Wreszcie dostrzegł wyłaniające się zza piaskowej hałdy sylwetki. Wysocy, ubrani w wojskowe ciuchy z demobilu. Chrzęst ciężkich glanów coraz wyraźniej docierał do Robali. Kosa bardzo się zdenerwował, zaczął szybko oddychać, ale Mirek poklepał go po ramieniu. Wszyscy mieli kieszenie wypchane kamieniami. Johny pomacał jeden z otoczaków. Dodało mu to otuchy. Patrzył, jak tamci się zbliżali.

Mówili na nich Starszaki. Była to banda młodocianych oprychów, z których najmłodszy miał czternaście, a najstarszy siedemnaście lat. Przychodzili na Pisakownicę w sobie tylko znanym celu, zostawiali butelki po winie i mnóstwo niedopałków. Przesiadywali tu głównie wieczorami i w nocy, kiedy już dawno spały. Ale zdarzało się, że przychodzili wcześniej. Wtedy zaczynały się kłopoty. Mimo iż zbombardowany teren był ogromny, oni upodobali sobie krater i nie chcieli się nim podzielić. Kiedyś Johny próbował z nimi pogadać i zaproponować jakiś układ, podział tego miejsca. Skończyło się podbitym okiem i kilkoma zadrapaniami. Dwukrotnie Robale próbowały stawić czoła oprychom. Ale i to się nie udało. Ostatnie spotkanie okazało się fatalne. Przyszli, kiedy Robale bawiły się w chowanego. Wyciągnęli z kryjówki jedenastoletniego Jonka, bili go na oczach dzieci. Mirek i Johny nie zdzierżyli, zaatakowali, ale nic to nie pomogło. Dostali po kilka kopów, zabrali pobitego Jonka i uciekli. Chłopiec skończył w szpitalu z poważnymi złamaniami. Od tamtej pory Jonek nie wychodził z domu.

Dla Robali Piaskownica była wszystkim, co miały. Zanim zaczęła się wojna, ta wywołana przez dorosłych, ta poważna, bezsensowna, śmiertelna i bezgranicznie irytująca, Robale znały się z gier sieciowych. Żadna ze stron nie chciała się do tego przyznać, ale godzinę po tym jak pierwsze bomby spadły na Polskę, a potem na inne kraje Europy, w sieci rozszalały się wyjątkowo inteligentne i zjadliwe wirusy. W pierwszej kolejności uzyskały niewyobrażalne ilości danych o użytkownikach. Następnie zlikwidowały wszelkie algorytmy kierujące łącznością między serwerami. Miesiąc po ataku z cywilnej sieci zostało tylko wspomnienie. Ilość wirusowych zamachów przekraczała możliwości obronne któregokolwiek z rządów, dlatego zapadła decyzja o stopniowym wyłączaniu kolejnych modułów sieci. Jedynie wojsko i niektóre placówki naukowe nadal mogły komunikować się za pomocą siatki rozproszonych danych. I właśnie wtedy, gdy już nie można było uruchomić domowej stacji, żadnej gry, społeczności czy prywatnej chmury danych, dzieci wyległy na podwórka. Zapełniły się trawniki i boiska. Z czasem robiło się więcej przestrzeni do zabawy, im częściej przybywało ruin i zrównanych z ziemią osiedli. Nikt tego nie kontrolował, dorośli mieli ważniejsze sprawy na głowie.

– Stać! – krzyknął Johny. Chłopiec z zaskoczeniem przyjął fakt, że Starszaki posłuchały. Byli dość blisko. Kamienie dolecą spokojnie, pomyślał. W jego kierunku ruszył jeden z nastolatków. To był Macha. Miał szesnaście lat i dowodził bandą. Zbuntowany, pełen wściekłości i rozżalenia chłopak, dla którego jedyną realną przyszłością wydawała się piaskowa dziura w ziemi i butelka wina. Był brunetem, miał wściekle niebieskie oczy, włosy na skroniach wygolone a na szyi blizny po wybuchu. Nosił skórzaną kurtkę, wojskowe glany i bojówki. Na pasie dyndała policyjna tonfa, której Johny bardzo się bał.

Spotkali się w pół drogi niczym wodzowie antycznych armii przed bitwą. Macha miał w ustach papierosa, raz na jakiś czas puszczał dym. Górował nad przywódcą Robali. Johny starał się nadrabiać miną. Wyjął ukradzionego ojcu papierosa, żeby dodać sobie powagi. Chwilę wpatrywali się w siebie, potem Macha rozejrzał się dookoła.

– No powiedz coś, robaczku – szydził Macha.

– Spieprzajcie stąd – warknął Janek. – Zostawcie nas w spokoju.

Macha zaciągnął się papierosem i wyjął go z ust. Skrzywił się, splunął i podszedł bliżej.

– Nie. Ty stąd idź. I zabierz dzieciaki. Zanim stanie się wam krzywda.

– Dlaczego nie dacie nam się tu bawić?

– Nie twoja sprawa, gówniarzu. A teraz szoruj, zanim będzie wpierdol.

Johny postanowił więcej nie dyskutować. Padł na ziemię a w kierunku Machy poleciała seria kamieni. Wszystkie dosięgły celu, z czego jeden, rzucony z wielką siłą przez Mirka, trafił tuż pod oko. Macha upadł, klnąc szkaradnie. Johny odczołgał się na bok, żeby zejść z linii ognia i zobaczył, że reszta bandy biegnie w kierunku Robali. Macha starał się podnieść, ale kolejna seria przygwoździła go do ziemi.

– Uciekajcie! – Krzyknął Johny. Dzieciarnia natychmiast rozproszyła się. Najmłodsi pod opieką Topika i Hasza pobiegli w kierunku ścieżki prowadzącej poza Piaskownicę. Starsi chłopcy ruszyli do ataku, żeby dać upust swej złości. Kamienie furczały w powietrzu jak wściekłe osy, bezlitośnie raniąc Starszaków. Jednak ci byli więksi i szybko dopadli Robali. Wywiązała się bijatyka, której wynik mógł być tylko jeden. Johny wrzeszcząc okrutnie rzucił się na Machę. Udało mu się zaskoczyć Starszaka i przyrżnąć w piszczel, a potem z pięści w policzek. Macha jednak nie padł. Wyprowadził serię ciosów. Johny dwa ciosy odbił, dwóch uniknął, chciał kopnąć w brzuch, lecz Macha zrobił unik i podstawił młodszemu nogę. Wódz Robali padł jak długi, a Starszak, nie czekając przycisnął go tonfą do ziemi. Siadł mu na plecach i zaczął okładać pięścią po żebrach. Naokoło panował krzyk i gwar, podniósł się śmierdzący chemikaliami kurz. Blaster i Czacha, rówieśnicy Johny’ego szarpali się z największym ze Starszaków, łysym i napakowanym drabem. Ten jednak był zbyt silny. Czacha dostał z bańki w czoło, zatoczył się do tyłu i oparł się o żelbetonową płytę, jęcząc z bólu. Dopadł go inny Starszak i zaczął okładać pięściami. Tymczasem Blaster odbiegł od mięśniaka i obrzucił go kamieniami. Trafienie w oko wyłączyło Starszaka z walki, ale w tej samej chwili ktoś Blastera kopnął w plecy i chłopak wylądował z twarzą w piachu. Mirek, jako najsilniejszy z Robali powalił pryszczatego nastolatka i kilka razy przyłożył mu w twarz, zanim dwaj inni ściągnęli go i unieruchomili. Johny widział, jak Mirek dostał dwa kopy w brzuch i padł na ziemię. Sam próbował się wyrwać, ale wróg był zbyt silny. Nagle Macha wrzasnął i padł na ziemię. Obok stała Nana z deską w dłoniach, którą przywaliła Starszakowi w plecy. Żółty, za duży skafander dziewczynki poszarzał od kurzu. Johny musiał ją stąd natychmiast zabrać. Zwłaszcza, że Macha już się podniósł i z wściekłą miną ruszał znowu do walki. Ale bitwa musiała skończyć się przed czasem. Nad okolicą rozległ się przeciągły jęk syreny alarmowej. Robale zamarły. Misia zaczęła drżeć a Nana płakać. Johny potrafił zachować zimną krew. Złapał Nanę, podniósł i przytulił.

– Janek – szlochała Nana, – zrób coś!

– Biegniemy! – Krzyknął. Wszyscy jak zaczarowani posłuchali rozkazu i puścili się biegiem w stronę ścieżki. Syreny wyły w oddali, jakby gdzieś na niebie rozpłakał się chór upiorów. Starszacy też nie czekali i rozbiegli się we wszystkie strony. Johny pędził, co sił w nogach, a w oddali majaczyły sylwetki bloków mieszkalnych, których jak dotąd nie dosięgły żadne rakiety. Chłopak był obolały, dokuczały mu stłuczone żebra, a otarcia na twarzy piekły jak diabli. Ale jako wódz, nie mógł okazać słabości. Ciągle trzymał Nanę, która wtuliła mu się w ramię i płakała ze strachu.

*

Tym razem obyło się bez ofiar. Obrona przeciwlotnicza zlikwidowała wszystkie rakiety na granicy kraju i alarm odwołano. Rakiet przyleciało osiem. To niewiele. Przeciętny nalot składał się z dziesięciu do dwudziestu pocisków, z czego dwie, trzy rakiety sięgały celu. Najgorzej było, jeśli przez obronę przedarła się rakieta z ładunkiem chemicznym. Ale te pojawiały się rzadko.

Resztę dnia Johny spędził w domu. Nie nudził się. Wpierw ojciec pogonił go do odrobienia lekcji. Na szczęście miał tylko zadania z matmy i genetyki. Gdy skończył, pomógł matce rozwieszać pranie, podczas gdy ojciec zajął się wypełnianiem papierów na kolejne patrole. Tomasz, ojciec Janka, przed wojną pracował w jednym z „zawieszonych” zawodów. Były to grupy zawodowe, których aktywność stała się niepotrzebna. Tomasz zajmował się montażem materiałów video dla sieciowego portalu informacyjnego. Ale ponieważ sieć cywilna nie funkcjonowała już niemal od roku, to i przygotowywanie materiałów na jej potrzebę stało się zbędne. Takich jak Tomasz było wielu. Graficy komputerowi, agenci podróży, cyfrowi inwestorzy, ochroniarze z centrów handlowych, filmowcy i wielu innych. Nawet większość informatyków trafiła na tę listę, ponieważ tylko nieliczni znaleźli zatrudnienie w strukturach wojskowych. Resztę czekała państwowa zapomoga, która była symbolicznym ekwiwalentem zarobków na czas wojny oraz średni krajowy przydział żywności i środków czystości. W przypadku Tomasza przydział ten był znacząco większy, ponieważ jeszcze w młodości zaciągnął się do Narodowej Służby Rezerwowej. Większość „zawieszonych” wykonywała różnego rodzaju prace społeczne, np. usuwanie gruzów po nalotach. Tomasz, jako aktywny członek NSR funkcjonował w strukturach militarnych, zajmował się poszukiwaniem niewypałów lub uwięzionych pod gruzami ludzi.

Janek po dopełnieniu obowiązków zasiadł do telewizora w nadziei, że nie będzie dłuższych przerw. Telewizja nie była wielką atrakcją. Dwa kanały polskie i jeden europejski emitowały program między szesnastą a dwudziestą, głównie doniesienia z frontu lub ze zbombardowanych miast. Czasem puścili powtórkę jakiegoś filmu albo serialu z początku wieku. Wszystko płasko, dwuwymiarowo, bez możliwości wpływu na rozwój akcji. O ile oczywiście w środku programu nie nastąpiła przerwa spowodowana nalotem lub wejściem na linię sygnału zewnętrznego. To ostatnie zdarzało się coraz częściej. Piracki sygnał spędzał sen z powiek władzom, ponieważ zawierał treści wyjątkowo brutalne. Były to kilkuminutowe nagrania amatorską dwuwymiarową kamerą, w których rozstrzeliwano polskich jeńców. Te drastyczne obrazki pojawiały się nieregularnie, przez co większość dzieci w ogóle miała szlaban na telewizję. Janek zdążył zobaczyć pół godziny relacji z posiedzenia sejmu w hali na Torwarze. Wynudził się dramatycznie, ale nie wyłączył od razu, ponieważ spikerka zapowiedziała film animowany Disneya z dwa tysiące dwunastego roku. Niestety bajka się nie zaczęła. Nastąpiło ostre cięcie i Janek spojrzał w oczy sześciu przerażonych mężczyzn. Byli krótko ogoleni, nosili mundury, klęczeli z dłońmi związanymi do tyłu. Pilnowało ich kilku zamaskowanych zbrojnych. Ci również mieli mundury, ale niejednolite. Podobnie ich broń nie należała do regulaminowej, ponieważ były to przestarzałe karabiny z amunicją prochową. Nastąpiła salwa i sześciu jeńców padło na beton. Niestabilna kamera zbliżyła się na twarze zabitych. Dwóch zginęło od kuli w głowę, pozostali mieli rany na piersi. Jeden jeszcze żył, z dziury na klatce piersiowej sączyła się krew. Kamera pokazała jak jeden z zabójców przystawił do skroni żołnierza lufę i pociągnął za spust. Na podłogę chlusnęła krew a człowiek padł bez ducha. Janek machnął ręką i ekran zgasł. Wojna denerwowała go strasznie. Zniesmaczony przesiadł się do komputera. Był to staromodny krzemowy kalkulator, którego algorytm opierał się na obliczeniach zero jedynkowych a system operacyjny na graficznym przedstawieniu okienek z plikami. Mimo dramatycznych ograniczeń, miał jedną, ogromną zaletę. Aby funkcjonować, nie potrzebował sieci. Uruchamiał się przez wciśnięcie guzika, nie logował do chmury danych, ponieważ wszystkie trzymał na skromnym, dwuterabajtowym dysku fizycznym umieszczonym wewnątrz blaszanego pudła. Ojciec załatwił ten komputer miesiąc po całkowitym zawieszeniu sieci. Obawiał się, że jego syn zwariuje z nudów.

*

– Co ty taki zadowolony z siebie? – Zapytała Barbara, mama Janka.

– A nic takiego, fajnie się dzisiaj bawiliśmy – odparł Janek, nie odrywając wzroku od komputera.

– Mam nadzieję, że to nie ma nic wspólnego z tamtymi chuliganami – drążyła Barbara.

– Nie, nie, skąd – skłamał chłopiec.

Janek rzeczywiście wrócił do domu w dobrym humorze. Na wejście uściskał i ucałował matkę, co wprowadziło ją w stan osłupienia. Równie wylewnie Janek powitał ojca a to już było podejrzane. Zwłaszcza, gdy zapytany „co chcesz?” Janek odparł, że zupełnie nic. Potem wziął się od razu za odrabianie lekcji. Co dziwne, nie zamknął się jak zwykle w swoim pokoju, lecz rozłożył książki i zeszyty w salonie. Następnie sam zaproponował wyniesienie śmieci, obranie ziemniaków i wytrzepanie dywanu. Tomasz z Barbarą mieli różne teorie. Od porwania przez kosmitów, przez skutki stresu wywołanego toczącą się wojną aż do religijnego nawrócenia. Najbardziej wiarygodna wydawała się wersja z dziewczyną. Tomasz stwierdził, że jego syn prawdopodobnie się całował. Janek nie potwierdził żadnego z domysłów, ale szczerze się uśmiał wysłuchując głośnego myślenia rodziców. Mimo fatalnego przebiegu dzisiejszej bójki, Johny był zadowolony. Robale nie spanikowały, nie uciekły a wręcz odwrotnie. Grupa zorganizowała się i stawiła czoła wrogowi, który gnębił ich bez powodu. Był tak zadowolony z siebie, że o mało się nie wygadał, kiedy późnym wieczorem odwiedził jego rodziców pułkownik Tarski, przyjaciel i zwierzchnik Tomasza. Janek lubił wizyty Tarskiego. Miał wrażenie, że to mądry i sprawiedliwy człowiek, który znał mnóstwo fascynujących historii. Zwłaszcza wojennych. Tarski służył w piechocie zmechanizowanej, dowodził pułkiem robotów bojowych TKR „Zimny”. Dwa miesiące wcześniej wrócił z frontu ze względu na odniesione rany. Od tamtej pory skutecznie się migał od wysłania na pierwszą linię, pracując, jako zwierzchnik batalionu NSR. Dorośli zasiedli w kuchni przy stole i dość długo rozmawiali. Poruszali banalne tematy dotyczące załatwienia żywności, trudności związanych z przerwami w dostawie gazu i prądu. Potem rozmowa zeszła na politykę aż wreszcie na samą wojnę. Jej przebieg bardzo Janka interesował. Usilnie starał się zrozumieć, po co jest wojna, dlaczego wybuchła i kiedy się skończy. Jego dwunastoletni rozum nie do końca ogarniał te sprawy, nie potrafił dostrzec ich sensu. Zdaniem Tarskiego wybuch wojny oznaczał kompletną porażkę i kompromitację polityków, którzy nie potrafili się dogadać. Przez ich nieudolność musieli ginąć ludzie. Tomasz z kolei chciał, żeby wojna się skończyła, ale nie kosztem ustępstw. Był przekonany, że wszelkie środki są dobre, byle tylko zmobilizować naród do ostatecznych poświęceń. Dla nas, Polaków było tylko zwycięstwo albo śmierć, podkreślał. W tym punkcie różnili się z Tarskim. Natomiast Barbara przede wszystkim chciała, żeby już było po wszystkim. Ale miała wrażenie, że najgorsze jeszcze przed nimi. Janek nadal nic nie rozumiał.

– Jutro ze szkoły wrócisz publicznym – oznajmił Tomasz. – Ja będę w pracy dłużej, a mama odrabia polówkę. Ok?

– Jasne, spoko – odparł Janek.

– Pamiętaj rano, żeby zabrać klucze – przypomniała Barbara.

– Ok – potwierdził chłopak. W normalnych warunkach nie byłby zadowolony z takiej sytuacji. Wracanie publicznym oznaczało ni mniej ni więcej, tylko ciasnotę, smród i niewygodę. Na dodatek awantury i przepychanki. Zagrożenie nalotem było bez przerwy aktualne, ale Ministerstwo Edukacji Państwowej chciało umożliwić bezpieczny dojazd dzieci do szkół. Wiele placówek nie działało ze względu na braki kadrowe lub materialne, niektóre po prostu zrównano z ziemią. Poza tym ogromna część rodziców, wbrew zaleceniom ministerstwa, przestała posyłać uczniów do szkoły. Dlatego te z dzieci, które nadal uczęszczały na zajęcia, były przewożone przez wojskowe konwoje, na które składały się specjalnie opancerzone autobusy oraz wozy bojowe piechoty. Janek musiał korzystać z transportu wojskowego, kiedy ojcu wypadały patrole, a matce polówka, czyli prace publiczne dla osób bezrobotnych. Wizja wycieczki nie zmąciła jednak spokoju chłopaka, ponieważ ciągle był na fali uniesienia po dzisiejszej bitwie. Niestety następnego dnia entuzjazm całkiem wyparował.

*

Klaustrofobiczne wnętrze transportera wypełnione było dziećmi po brzegi. Na dziesięć miejsc siedzących wciśnięto szesnaścioro uczniów z młodszych klas, a pozostała piętnastka miała miejsca stojące. Janek stał nad parą siedmiolatek, które zapięte jednym pasem bezpieczeństwa kłóciły się, która z nich byłaby lepszą księżniczką. Janek powoli tracił cierpliwość i realnie oceniał swoje szanse na zostanie mordercą. Na szczęście tuż nad dziewczynkami znajdował się wąski wizjer. Janek obserwował zniszczone ulice, ekipy remontowe, kolejki po wodę. Nie napawało to optymizmem, ale pozwoliło skupić uwagę i przetrwać trzydziestopięciominutową trasę ze szkoły w Łomiankach do przystanku na Nowym Bemowie. Część Łomianek, w której znajdowała się szkoła Janka była w miarę nietknięta. W sąsiednich Młocinach, wokół huty i pętli tramwajowej, rakiety wykonały bardzo precyzyjną robotę, nie zostawiając ani jednej budowli w całości.

Można powiedzieć, że na początku wojny naloty były humanitarne. Nie oznaczało to, że obyło się ofiar, ale początkowo atakowano obiekty o znaczeniu strategicznym: elektrownie, centrale zarządzania ruchem powietrznym, węzły ciepłownicze, fabryki awionetek i samochodów, lotniska i budynki wojskowe. Zrobiło się gorzej, gdy celem stały się obiekty użytku publicznego. Czyli wiadukty, mosty oraz pętle transportu publicznego. Polska obrona przeciwlotnicza robiła, co mogła, ale lata niedofinansowania i bałaganu organizacyjnego zrobiły swoje. Nikt nie miał złudzeń, polskie niebo było dziurawe a naloty bardzo precyzyjne. Specjaliści głosili w telewizji, że przyszła kolej na cios w morale, czyli naloty na dzielnice mieszkaniowe. W praktyce sprowadzało się to do bombardowania gdzie popadnie oraz do zastosowania ładunków chemicznych, wyjątkowo skutecznych przeciw ludności cywilnej. Dopiero wtedy Janek zrozumiał, czym dla niego jest prawdziwa wojna. Oznaczała ona, że czegoś lub kogoś już nie ma. Janek wyobrażał sobie jakieś miejsce, które lubił i chciałby odwiedzić. I nie mógł tego zrobić, ponieważ to miejsce już nie istniało. Wizualizował sobie na przykład wieżowiec Heaven Rising, zbudowany sześć lat temu w miejscu dawnych Domów Towarowych Centrum. Uwielbiał to miejsce. Odbywały się tam spotkania grupy Attack Force, której członkowie walczyli wspólnie w komputerowej symulacji dwudziestowiecznych wojen. W egzotycznych, zielonych ogrodach na trzydziestym trzecim piętrze odbywały się taktyczne szkolenia, sponsorowane przez administratora sieci. Kilkudniowe turnusy były wspaniałą przygodą, o wiele przyjemniejszą niż najlepsza sieciowa symulacja. Tam właśnie Janek poznał Blastera, Czachę i Morga, dowódców drużyn w kompanii. Chłopcy nadal byli. Heaven Rising Tower już nie. Dwa tygodnie od rozpoczęcia nalotów pierwsza rakieta wbiła się w środek wieżowca i łamiąc go w pół, zabiła ponad tysiąc osób. Druga przypieczętowała militarny sukces ładunkiem gazów bojowych i rozpuściła w kwaśnym oparze kolejnych sześciuset obywateli. Cały kraj przeżył szok, powstała kolejna bolesna rana w tkance narodu. Ale nie tak bolesna jak myśl o Tobiaszu. Tobiasz był przyjacielem Janka ze szkoły, a w Attack Force dowódcą pułku. Chłopca przygniotła spadająca z walącego się parkingu awionetka. Skryty pod kopułą rotor urwał się i przejechał obiema łopatami po plecach Tobiasza. Janek nie odważył się spojrzeć na ciało w trumnie. Kątem oka widział tylko, że połowę twarzy przykrywała chustka i była nienaturalnie zapadnięta. Janek pragnąłby spotkać się z Tobiaszem. Ale nie mógł. Tobiasza nie było. I na tym właśnie polegała wojna.

Wóz pancerny powoli przetoczył się przez niezniszczone Bielany i zbliżał się w okolice Bemowa. Konwój po drodze mijał Piaskownicę. Za kilka minut miał być przystanek, na którym Janek chciał wysiąść. Spieszyło mu się bardzo. Rano, przed wyjściem do szkoły zorientował się, że nie ma kluczy do mieszkania. Po dokładnym przeszukaniu swojego pokoju, wszystkich szafek, kieszeni spodni i plecaka skojarzył, że klucze zostały na Piaskownicy. Uciekając przed nalotem nie pomyślał o zabraniu ze skrzyni swoich rzeczy. Od strony kierowcy dochodził nieregularny skrzek komunikatów radiowych. Kierowca prowadził ożywioną rozmowę, ale z tyłu nikt nie słyszał jej treści. Dzieciaki rozmawiały, krzyczały, śmiały się, tworząc nieznośny harmider. Janek tłumaczył sobie w duchu, że jeszcze tylko chwilę. Poprawił ułożenie plecaka, odwrócił się w stronę włazu, kiedy nagle poleciał do przodu. Wóz gwałtownie przyspieszył. W miejsce ostrego, białego światła pojawiło się mdłe czerwone. Podniósł się pisk i wrzask. Uczniowie próbowali się gramolić z podłogi, Janek klął ile wlezie, rozpychając się łokciami. Transporter pędził, robiąc przy tym ostre zakręty. Kierowca wreszcie przypomniał sobie o ładunku i z głośników rozległ się komunikat.

– Uwaga! Zaczął się nalot. Kolejne przystanki opuszczamy, kierujemy się do schronu. Trzymajcie się!

Jakby dla podkreślenia wagi tych słów, kierowca docisnął pedał gazu i pojazd gwałtownie przyspieszył. Dzieci przewalały się w kabinie jak ziemniaki w worku. Krzyki przerażonych uczniów zlały się w jedną, raniąca uszy kakofonię. Johny wyswobodził się spod ciężaru i przylgnął do bocznej ściany, trzymając się uchwytów na suficie. Nagle wszyscy polecieli na prawą burtę, kiedy potężna eksplozja rozerwała pobliski blok mieszkalny. Niezliczone odłamki zadudniły o pancerz. Podmuch był tak silny, że transporter niemalże przewrócił się na bok. Kierowca z trudem opanował maszynę. Janek widział przez wizjer, że przebijają się właśnie przez chmurę ciężkiego dymu. Odłamki nadal fruwały w powietrzu. Ale wóz parł naprzód, mimo iż silnik wyraźnie rzęził.

– Zbliżamy się! – Krzyknął żołnierz. Transporter wykonał jeszcze jeden ostry zakręt i po chwili nastąpiło gwałtowne hamowanie. Właz majestatycznie osunął się na bok i oczom Janka ukazał się przerażający widok. Wpierw buchnął w chłopca piekący żar. Na środku jezdni rozkraczył się płonący autobus. Rakieta wbiła się w sam środek i rozszarpała go od wewnątrz. Tego pancerz nie był w stanie wytrzymać. Odłamki, podmuch owszem, ale nie centralne trafienie. Blachy pancerza powyginały się na zewnątrz, wyglądały jak zdarte ze świątecznej ozdoby poczerniałe sreberko. Ze środka buchały płomienie wtulone w czarną kołdrę ciężkiego dymu. Naokoło porozrzucane były metalowe odłamki i zmielone zwłoki dzieci. Janek nie dojrzał ani jednego ciała w całości. Nie mógł się ruszyć. Ktoś z tyłu go popychał, coś krzyczał, ale do Janka nic nie docierało. Jak przez mgłę zobaczył wynurzające się zza autobusu dziecko. Całe czarne, bez włosów i widocznego ubrania. Podciągało się na rękach, twarzą szorując o gorący, roztopiony asfalt. Na ramieniu dziecka tlił się fragment tkaniny. Po chwili wyłoniły się plecy dziecka, potem biodra i nic więcej. Czarna istotka nie protestowała. Jakąś resztką ledwie tlącego się w niej życia próbowała oddalić się od koszmarnego piekła, które pochłonęło cały świat. Janek w duchu zaklinał rzeczywistość, żeby dziecko nie miało żadnej świadomości. Sam nie był do końca świadomy tego, co się dzieje. Ktoś ciągnął go za rękę a on machinalnie przestawiał nogę za nogą walcząc ze słabością. W oddali grzmiały kolejne eksplozje, czuł na sobie żar płomieni a pod stopami drgającą ziemię. Widział dziesiątki przerażonych ludzi. Wszyscy wyglądali jakby wypełzli z hałdy mąki. Wielu było rannych, krew doskonale rysowała nieregularne wzory na białym kurzu. Janek wyzwolił się z ludzkiej ciżby i nie całkiem przytomnie poszedł w prawo. Wzrok i słuch zaczęły się na powrót wyostrzać, wracała orientacja w przestrzeni. Był przy skrzyżowaniu Radiowej z Powstańców Śląskich gdzie pod opuszczonym budynkiem domu kultury znajdował się najbliższy schron. Gwardziści NSR i policjanci nie byli w stanie opanować spanikowanego tłumu. Ratownicy robili, co się dało, naprędce łatali poważniejsze obrażenia, ale nie wyrabiali. Radiową w stronę centrum śmignęły trzy wozy pożarowe, a za nim dwa bojowe. Był to dopiero początek kolumny, na którą składały się ciężarówki z piechotą, lawety z wyrzutniami rakiet, tir przewożący pokraczne roboty bojowe TKR „Zimny” oraz kilka potężnych czołgów PT6 „Bizon”. Najgorsze było to, że nalot trwał w najlepsze. A może to już nie był nalot, zastanowił się Janek? Może wreszcie stało się to, czego wszyscy od dawna się obawiali? Czyżby front wdarł się w głąb kraju? Chłopak wdrapał się po schodach na galeryjkę otaczającą piętrowy budynek. Nad płonącym centrum unosiło się mnóstwo skłębionych słupów dymu. Z ziemi, co chwilę frunęły serie żółtych smug, a nad miastem jak szalone ścigały się myśliwce. Były tam wielopłatowe F30, smukłe jak rakieta SU10 oraz beczkowate Vigeeny. Oznaczeń Janek nie mógł dostrzec. W powietrzu znów zaroiło się od rakiet. Polskie myśliwce próbowały je zestrzelić, przez co stały się łatwym kąskiem dla wrogich maszyn. W chór syren alarmowych włączył się kolejny głos. Był to ostrzejszy sygnał, rzadziej nadawany, ale dłuższy. Obrona przeciwlotnicza wykryła zbliżające się ładunki chemiczne. Janek nie miał zamiaru dłużej ryzykować. Zanurzył się w ciemności bunkra.

*

W korytarzu panował zaduch. Ze względu na atak chemiczny, systemy wymiany powietrza zablokowały wywietrzniki powierzchniowe i tłoczyły do bunkra skompresowany tlen ze zbiorników. Nie było go dużo a ludzi owszem, dlatego oszczędny system balansował na granicy zaduszenia kilkuset osób. Wiele z nich traciło przytomność. Rozmowy były niemrawe, pilnujący porządku żołnierze uciszali zbyt rozmownych, wszystko dla oszczędności powietrza.

Janek skulony pod ścianą bezmyślnie wpatrywał się w dyndającą pod sufitem żarówkę. Dawała miękkie, przytłumione światło, co tylko pogłębiało stan ogólnego marazmu i przygnębienia. Z góry, co i rusz docierał do bunkra pomruk wybuchów. Wszyscy zastanawiali się, dlaczego tak długo to trwa. Jak dotąd najdłuższy alarm potrwał ledwie ponad godzinę. Dzisiaj skala nalotu była przerażająca. Od ogłoszenia alarmu chemicznego minęły już dwie godziny, o czym informował wyświetlony w końcu korytarza panel. Była czternasta siedem, nalot chemiczny ogłoszono o dwunastej trzy. Za mniej więcej dwie godziny słońce całkiem się schowa, ale wszyscy wiedzieli, że miasto będzie doskonale oświetlone. Janek nie mógł uwolnić się od natrętnej myśli, że spieszy mu się bardzo, musi odzyskać klucze i szybko wrócić. Była w tym głęboko zakorzeniona potrzeba bezpieczeństwa, które zapewnić mogli tylko rodzice. Janek nie analizował tego uczucia. Kurczowo trzymał się myśli o powrocie do domu. Wiedział, że na razie nikogo tam nie zastanie. Ale kiedy odzyska klucze będzie mógł wejść do środka, wstawić wodę na herbatę i poczekać. Krok po kroku wyobrażał sobie, co zrobi. Począwszy od szybkiego sprintu na Piaskownicę, przez wybebeszenie zawartości kufra i szybką drogę powrotną, aż do wciśnięcia się w miękkie i aksamitne objęcia fotela. To był konkretny plan, którego wizualizacja uspokajała i odpędzała skradające się za plecami, natrętne fale paniki.

Panel informacyjny wyświetlił program telewizji. Pojawiły się obrazy z Zatoki Puckiej, w której trwała wielka bitwa. Redaktor informował, że bierze w niej udział ponad czterdzieści jednostek nawodnych, kilkaset powietrznych oraz piętnaście satelitarnych. Rakiety wystrzeliwane z pokładów wrogich niszczycieli regularnym łańcuchem ciągnęły nad Warszawę i inne polskie miasta. Narody Zjednoczone protestowały, kraje dawnej Unii żałowały braku wspólnych sił wojskowych, USA szykowało korpus interwencyjny. Janek widział zatroskane twarze, współczujące gesty, słyszał pocieszające deklaracje. Program został przerwany kolejną egzekucją. A rakiety spadały nadal.

*

Na czarnym niebie pojawiło się kilka jasnych smug. Każda ciągnęła za sobą sznur jasnoszarego dymu. W oddali zadudniło echo walącego się budynku. Łuny płonących osiedli doskonale oświetlały drogę. Żwir i gruz miarowo chrzęściły pod stopami. W głowie szumiało od zmęczenia, serce tłukło się jak oszalałe. Ciężki, nieregularny oddech zakłócał ciszę, jaka panowała na Piaskownicy. Dróżka prowadziła prosto i skręcała w lewo niknąc za piaskową hałdą. Janek wypadł za zakręt i wtedy się zatrzymał. Na przeciwległym skraju krateru stały trzy ciężarówki z włączonymi światłami, wokół których kręcili się ludzie. Janek nie potrafił zrozumieć, dlaczego się schował. Było to działanie zupełnie instynktowne a przecież nie miał żadnego powodu obawiać się tych ludzi, zwłaszcza gdyby to byli wojskowi. Co w tym dziwnego, że po tak ciężkim nalocie samotny nastolatek zgubił drogę i pędził przed siebie starając się odnaleźć drogę do domu? Nie było widać, kim są ludzie przy ciężarówkach. Coś jednak Johnemu podpowiadało, żeby się ukryć. Chłopak kucnął przy kamiennym rumowisku i zaczął się cofać. Ale ciekawość wzięła górę. Gdy zniknął z pola widzenia, pobiegł naokoło krateru, wzdłuż otaczających go usypisk. Zatoczył szerokie koło i znalazł się kilkanaście metrów od źródła światła. Postanowił zbliżyć się jeszcze odrobinę. Pokruszone betonowe płyty dawały doskonałą ochronę, zwłaszcza dla kogoś, kto znał ich ułożenie i wiedział, w które zakamarki warto się wcisnąć, żeby przejść dalej. A Janek znał je doskonale. Chłopak przykleił się do szorstkiej płyty i wdrapał się na szczyt betonowego zwaliska. Z góry widział dachy ciężarówek. Widok był niepokojący. Krążący wokół pojazdów ludzie nosili części różnorodnych mundurów, uzbrojeni byli w broń prochową, twarze ukrywali pod maskami i kominiarkami. Szum pracujących silników nie pozwolił dokładnie usłyszeć rozmów. Wszyscy mieli na oczach czarne, plestiglasowe płytki, których obwody mogły zawierać czujniki ruchu, noktowizję i mnóstwo innych bajerów. Janek zamarł. Wygląd zbrojnych przynosił mu na myśl tylko jedno skojarzenie, ale nie potrafił logicznie wytłumaczyć ich obecności na Piaskownicy. Może to jakieś ćwiczenia wojskowe? Ale teraz? Walki na miastem jeszcze się dobrze nie skończyły. Z oddali ciągle dochodziły echa wystrzałów i eksplozji. Janek zauważył na dnie krateru ciężką metalową płytę, wokół której kręciło się dwóch strażników. Było zbyt ciemno, żeby dojrzeć jakieś szczegóły, ale klapa była otwarta. Dalej z pewnością było zejście w dół. Janek kojarzył tę metalową płytę. On i Robale już dawno temu zaprzestali prób jej otwarcia. Wydawała się stara, zardzewiała i nieruchawa. Tymczasem między ciężarówkami zaczął się ruch. Plandeka jednej z nich podniosła się a uzbrojeni strażnicy wyprowadzili ze środka polskich jeńców. Byli bez broni, pancerzy i ekwipunku. Wszyscy mieli związane za plecami ręce. Było ich siedmiu. Nie okazywali strachu, mimo iż znajdowali się w rękach bandytów, którzy prowadzili ich na śmierć. Zza ciężarówki wyłoniło się kilku kolejnych żołnierzy. Ci z kolei byli regularnie umundurowani oraz w pełni uzbrojeni. Nie mieli widocznych oznaczeń ani polskich flag na ramionach. Ich broń była odbezpieczona. Janek obserwował scenę ze zgrozą. Wiedział dokładnie, co z ludzkim ciałem potrafił zrobić karabin szturmowy G56. Ale jeńcy nie wyrywali się. Posłusznie zeszli na dno krateru i jeden po drugim znikali w otwartym zejściu. Ruch przy ciężarówce odwrócił uwagę Janka od jeńców. Na scenie pojawiło się jeszcze trzech innych żołnierzy. Ci wyglądali na oficerów, uzbrojeni tylko w broń boczną. Johny myślał, że się udusi, ale powstrzymał się od krzyku. Jednym z nich był jego ojciec. Nie w mundurze NSR, ale w regulaminowym zestawie oficerskim. Podszedł do otwartej klapy i zszedł na dół. Jakby tego było mało, chwilę potem z podziemia wyłoniło się dwóch Starszaków.

Coś dziwnego działo się w głowie Janka, lecz nie wiedział, co to było. Jeden domysł przeganiał drugi, wszystkie wyglądały na żałosne próby usprawiedliwienia lub racjonalnego wyjaśnienia postępowania jego ojca. Ale wszystko na marne. Nie dało się zaprzeczyć faktom. Ojciec Janka brał udział w mordowaniu polskich jeńców. A poza tym, co robili tutaj Starszacy? Chłopak starał się zatrzymać potok myśli i jak najszybciej stąd uciec. Powoli osunął się w dół jednak coś go przygwoździło do ziemi. Wydał z siebie ciężki pomruk, ale zanim zdążył krzykiem zdradzić swoją pozycję, czyjaś ręka zatkała mu usta.

– Milcz – rozkazał głos. Janek rozpoznał go. Kiedy uścisk zelżał, chłopak odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy.

– Macha – szepnął Johny. – Co tu się dzieje?

– Nic. Zamknij się i schodź w dół.

Obaj uważnie zsunęli się na dół i skryli w szczelinie między betonowymi płytami. Odczekali chwilę, nasłuchując czy aby nie podnieśli alarmu. Kiedy upewnili się, że nic im nie grozi, opuścili betonowe rumowisko i zniknęli między piaskowymi hałdami. Szybkim krokiem przeszli kilkadziesiąt metrów. Co i rusz oglądali się za siebie, ale nikt ich nie śledził.

– Starczy – oznajmił Macha i zatrzymał się. Janek stanął obok i zorientował się, ze patrzy w lufę pistoletu. Nie zabytkowego prochowca, ale nowoczesnego Sig Sauera 550. Naboje wypluwane z lufy przez magnetyczny impuls osiągały prędkość wylotową czterech tysięcy metrów na sekundę. Głowa Janka rozleciałaby się w pył nawet z odległości stu metrów. Jako oficer Attack Force Johny musiał znać te parametry.

– Kurwa mać – zaklął Janek. Głos mu drżał a w nogach zrobiło się miękko. Serce biło w żebra jakby chciało wyrwać się na powietrze. – Macha, co ty robisz?

– Stul pysk – warknął wódz Starszaków. – Mówiłem ci, żebyście tu nie przyłazili. A ty, co? Myślisz, że to zabawa? Myślisz, że sprawia mi radość napierdalanie takich gówniarzy?

– Macha, co ty? Przestań.

– Nie odzywaj się, mówię ci – rozkazał. Pistolet w dłoni Machy lekko drżał. Nastolatek spocił się i nerwowo przygryzał usta. – Doczekałeś się. A ostrzegałem. Kurwa mać, ostrzegałem.

Janek bał się ruszyć. Chciał się rozejrzeć, czy nie mógłby skoczyć za betonową płytę. Ale nie potrafił zmusić swego ciała do jakiegokolwiek ruchu. Jak spetryfikowany, wpatrywał się w lufę pistoletu. Bał się nawet przenieść spojrzenie na Machę. Tymczasem Starszak mocno ściskał rękojeść a palec nerwowo ślizgał się po spuście.

– O rany, Maciek, nie żartuj – wymamrotał Janek. Wywołanie Machy po imieniu chyba go otrzeźwiło. Starszak spojrzał Jankowi w oczy i opuścił broń. Obaj ciężko oddychali, starali się opanować drżenie rąk, gęsta para szła z ust.

– Jeśli piśniesz komuś słowo – wydyszał Macha. – Niech się tylko dowiem. Ja te twoje dzieciaki – przerwał. Nie musiał kontynuować. W jego oczach rysowała się desperacja. Wreszcie Maciek powoli podniósł rękę i wskazał palcem kierunek na osiedla. – Wypierdalaj – mruknął. – I niech więcej cię tu nie widzę. Ani twojej dzieciarni. Jasne? Szoruj.

Johny nie zastanawiał się tylko rzucił do ucieczki. Czuł między łopatkami dziwny dreszcz, jakby za chwilę miał dostać kulę w plecy. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Biegł przez ponad pół godziny, aż dotarł do domu.

*

Dzień znowu był ładny, choć mroźny. Słońce występowało w pełnej krasie, prażąc ile sił, a żadna chmura nie miała odwagi przerwać tego spektaklu. Ten jeden lub dwa stopnie poniżej zera powodowały, że Piaskownica wydawała się jeszcze bardziej nieziemska niż zwykle. Pokryta była stwardniałą skorupą i cienką warstwą przejrzystego szronu. Piasek nie osypywał się już tak swobodnie a betonowe gruzy wydawały się jeszcze twardsze i zimniejsze niż zwykle.

Młodsze Robale nie do końca interesowały się rewelacjami Johnego, ale starsi owszem. Stali teraz wokół zmarzniętej metalowej płyty i zastanawiali się, co zrobić.

– Mówisz, że to tutaj, tak? – Zapytała Bunia, lecz wszyscy znali odpowiedź.

Janek stał odwrócony do niej plecami i wpatrywał się w niebo. Odprowadził wzrokiem klucz myśliwców, ale jego uwaga ciągle była zaburzona.

– No i co robimy? – Spytał Blaster.

Na to pytanie również nie było odpowiedzi. Do starszych Robali podbiegła zdyszana Misia.

– Ej, no! – Krzyknęła na resztę. – Idziecie się bawić? No chodźcie, no!

– Odejdź, mała – zbył ją Czacha. – Mamy ważniejsze sprawy.

Misia obraziła się i odeszła, mrucząc pod nosem.

– Janek – ponaglił Blaster. – Musimy coś zrobić, co nie?

Robale spoglądały na wodza, ale ten nieobecnym wzrokiem wodził po niebie. Po dłuższej chwili odwrócił się do reszty.

– Nie – stwierdził. – Musimy iść. Tu nie jest bezpiecznie.

– No coś ty? – Zaprotestował Czacha. – Mamy nikomu nie mówić?

– Dokładnie tak. A teraz idziemy stąd. Jeśli Starszaki nas tu znajdą, będzie tragedia. Znajdziemy sobie inne miejsce. W ogóle nie powinienem wam nic mówić. Nie wiem, co mnie podkusiło a obiecywałem sobie trzymać gębę na kłódkę. Opuszczamy Piaskownicę, a wy morda w kubeł.

Johny odwrócił się i ruszył w kierunku młodszych. Reszta stała nieruchomo i nawzajem się obserwowała. Blaster nie wytrzymał i pobiegł za Jankiem.

– Stary, oszalałeś? Oni tam ludzi zabijają! – Wrzeszczał chłopak. W złości wyglądał na jeszcze szerszego niż zwykle.

– Nic mnie to nie obchodzi.

– Jak to cię nie obchodzi? A jakby tam się mój ojciec znalazł? To też by cię nie obchodziło?

Janek odwrócił się, podszedł do przyjaciela i pchnął go mocno.

– A czego ty chcesz ode mnie? Tam był mój ojciec! Mam go podkablować? Nikt nam nie uwierzy.

Blaster zezłościł się jeszcze bardziej i oddał pchnięcie.

– Jak to nikt? – Nie zgodził się. – Możemy się zaczaić w nocy i nagrać. A ty przecież znasz tego pułkownika, nie? Przecież on dowodzi twoim starym!

– Nie będę kablował na mojego ojca.

– Twój ojciec to morderca!

Reszta nawet nie zauważyła, kiedy chłopcy wylądowali na zmarzniętej glebie. Okładali się pięściami ile wlezie, gdzie popadnie, byle mocniej a warczeli przy tym jak wygłodniałe wilki. Para szła z ust gęstymi kłębami. Najmłodsze dziewczynki patrzyły przerażone i zaczęły płakać. Nana próbowała zbliżyć się, nawet raz wyciągnęła dłoń, ale szybko się cofnęła, gdy chłopcy przetoczyli się w jej stronę. Dziewczynka szlochała szukając pomocy.

– Przestańcie, no! – Krzyczała przez łzy. – Zróbcie coś! – Zwróciła się do starszych. Robale szybko otoczyły chłopców i starały się rozdzielić. Ale nie było to łatwe. Złość tylko zwielokrotniła ich siły i zajadłość. Wreszcie Mirek i Czacha oderwali od siebie walczących. Reszta pomogła ich przytrzymać. Szarpali się jeszcze chwilę, aż wreszcie zapadła cisza.

– Idziemy stąd – powiedział Johny. – A ty – warknął na Blastera – nie wpieprzaj się w nieswoje sprawy.

Robale powoli się rozchodziły. Do Janka podbiegła Nana. Dziewczynka wycierała nos chusteczką i obserwowała nastolatka. Ten udawał, że jej nie zauważa.

– Co zrobił twój tata? – Zapytała.

– Nic – fuknął Johny. – Nie interesuj się.

– Ale Blaster powiedział, że twój tata jest bardzo zły. Dlaczego?

– Bo jest głupim fiutem.

– Janek, nie wolno tak mówić. Ale powiedz…

Chłopak odwrócił się do dziewczynki i mocno ją pchnął. Nana ciężko upadła na tyłek. Znieruchomiała z przerażenia. Jej ulubiony starszy Robal nagle ją zbił. Bała się, czy nie przestał jej lubić, ale nie rozumiała, co złego zrobiła.

– Zostaw mnie w spokoju, gówniaro jedna!

Jeszcze, kiedy wypowiadał te słowa, Johny wiedział, że źle zrobił. Nie powinien tak się do Nany odzywać. Bardzo ją lubił, a ona traktowała go jak starszego brata. Teraz patrzył jak jej przerażona buzia czerwienieje a oczy robią się szklane. Dziewczynka skrzywiła się, dolna warga drgała nieopanowana. Nana wstała sztywno, jakby jej żółty kombinezon zamarzł od zimna. Odwróciła się i, cichutko chlipiąc, poszła szybkim krokiem w kierunku ścieżki. Johny wiedział, że powinien przeprosić, ale nie zrobił tego. Diabli wiedzą, dlaczego. Już dawno nie był tak zły na siebie. Zaklął pod nosem, wsadził ręce do kieszeni i mocno je zacisnął w bezsilnym proteście.

*

Szpakowaty mężczyzna zapalił światło w łazience i stanął przed lustrem. Nazywał się Arkadiusz Kłosiński. Dawniej był utalentowanym finansistą. Prowadził wielomilionowe transakcje, miał dwa domy w Warszawie, trzeci letniskowy na Mazurach, kilka awionetek i mnóstwo pieniędzy na kontach. Wojna zabrała mu wszystko. Oba domy zdmuchnęły rakiety, awionetki spłonęły a konta rozpłynęły się w przestrzeni razem z cywilną siecią. Znajdował się na liście „zawieszonych”, dzięki czemu dostał zastępcze mieszkanie przy ulicy Radiowej. Arkadiusz wyglądał na zmęczonego. Tłumaczył to sobie kilkudniowym zarostem i nieumytymi włosami. Ze względu na reglamentowaną ilość środków higienicznych narzucił sobie rygor oszczędności, przez które golić mógł się raz na tydzień. Chwycił puszkę kremu do golenia, lecz zanim nabrał trochę na dłoń rozległo się pukanie. Arkadiusz poczłapał na przedpokój i otworzył. W drzwiach stał ciemnowłosy nastolatek z plecakiem na ramieniu.

– Dzień dobry – powiedział. – Czy zastałem Maćka?

– Tak, już – odparł Arkadiusz. – Maciek, kolega do ciebie – zawołał i zniknął w łazience.

Z drzwi obok wyłonił się Macha. Miał na sobie wełniany sweter, trampki i luźne dresowe spodnie. Wyglądał zupełnie inaczej niż to, co Janek zwykle oglądał.

– Johny? – Macha skrzywił się, gdy zobaczył czekającego w korytarzu gościa. Rozejrzał się, złapał Janka za rękaw i wciągnął do swojego pokoju. Na podłodze rozłożony był materac z pościelą, obok stało biurko zawalone staromodnymi płytami dvd a pod blatem niebieskimi diodami migał stacjonarny komputer, podobny do tego, który miał Janek. Na ścianach nie było plakatów a ich miejsce zajmowały piękne rysunki. Przedstawiały obrazy dość dziecinne jak na szesnastoletniego artystę. Były tam kolorowe wróżki, smoki, czarodzieje i księżniczki. Było też kilka misiów i motylków a wszystko owinięte roślinnym splotem. Macha uchwycił spojrzenie Janka.

– To mojej siostry – wyjaśnił. Janek się rozpromienił, chciał pochwalić, ale Macha przerwał mu. – Zginęła w nalocie. Jeszcze jakieś pytania?

Janek sam nie był pewien. Nie wiedział, czy dobrze zrobił, przychodząc tutaj. Oparł się o ścianę i głęboko westchnął.

– Nie wiem – mruknął.

– Jak nie wiesz, to wypierdalaj – syknął Macha.

– Nie, czekaj, nie denerwuj się. Chcę pogadać.

– Nie mamy, o czym.

– A ja myślę, że mamy.

Macha zmierzył Janka złym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Odsunął od biurka krzesło i usiadł. Czekał.

– Maciek, słuchaj. Robale więcej na Piaskownicę nie przyjdą, ok? Nie chcę problemów.

– Bardzo mądrze. Coś jeszcze?

Janek spojrzał na wodza Starszaków. Wiedział, o co chciał zapytać, ale nie wiedział jak. Zza drzwi pokoju rozległ się ciepły, kobiecy głos.

– Maciek, chcecie z kolegą herbaty?

– Nie, mamo – powiedział Macha – dzięki. Kolega zaraz wychodzi.

– Tam w tych podziemiach – zaczął Janek, ale ściszył głos widząc jak mięśnie Maćka niebezpiecznie się napinają. – Nie pytam, co wy tam robicie. Nie mów nic. Ale mój ojciec… On tam z wami chodzi, tak?

– Sam widziałeś.

– No tak, ale wiesz, chciałbym zapytać, co on tam robi?

– Niech cię to nie interesuje.

– Ale czy on… czy on zabija?

Macha uśmiechnął się lekceważąco i wzruszył ramionami.

– Widzisz, gówniarzu. Nic nie rozumiesz, nie masz nawet pojęcia, o czym mówisz.

– Ale to, co tam robicie, to nie jest dobre. Nikomu to nie pomaga. A ja chcę tylko wiedzieć czy mój tata…

– A co ty możesz wiedzieć, – przerwał Jankowi Macha – co komu pomaga? To, co tam robimy jest ważne. Ważne dla ciebie, dla twojego starego, dla wszystkich. Dla Polski. Ważne dla mnie. – Macha wstał i pięścią walnął w ścianę. – Teraz nie mamy nic. Ani kasy, ani domu. I nie ma Niuni. I nic nie będzie. Wojna się skończy i co dalej? Nic. Wszystko chuj strzelił. To, co innego mam robić? I nie ucz mnie, co jest ważne a co nie. Nic nie rozumiesz a się wymądrzasz.

Maciek zamilkł, oczy zrobiły mu się szkliste. Janek to wszystko doskonale rozumiał. Dla niego przyszłość również była czarną plamą. Wszystko było zniszczone, nic nie funkcjonowało normalnie, świat stanął na głowie. Wrażenie końca wszystkiego pogłębiło się po wczorajszym nalocie i walkach nad miastem. Jankowi przypomniały się słowa jego matki, że najgorsze jeszcze ich czeka. Dlatego doskonale Machę rozumiał. I tym bardziej nie wiedział, co zrobić. Przełamał się w końcu i położył dłoń na ramieniu Starszaka.

– Ja nie wiem, jak ty się w to wplątałeś i co tam robisz, ale mam nadzieję, że się opanujesz. Przecież wy tam ludzi zabijacie, Maciek. Polskich żołnierzy.

Macha złapał Janka za twarz i mocno ścisnął.

– Mówiłem ci – wycedził przez zęby, – że gówno rozumiesz. Nie mam zamiaru więcej z tobą gadać. Ciesz się, że w domu są moi starsi, bo inaczej wypierdoliłbym cię na dwór przez balkon. Zjeżdżaj.

Janek posłuchał. Na klatce schodowej minął się z dwoma Starszakami. Wyglądali na niezwykle zdziwionych obecnością Robala, co prawdopodobnie uratowało chłopca od ciężkich batów. Starszacy nie byli pewni, czy dobrze widzieli, czy może nadmiar stresu spowodował halucynacje.

– Mi się zdawało? – zapytał jeden.

– Nie – zaprzeczył Macha.

– Ty, stary, ty go tak spokojnie puszczasz? – zagadnął drugi.

– Nie mam wyjścia – odparł Macha. – Ale przypomnę mu się niedługo.

Głosy Starszaków niosły się głębokim echem po pustej klatce schodowej. Janek przyspieszył, czując, że jego odwaga stopniała do reszty.

*

Następnego dnia słońce nadal mocno świeciło, choć na niebie pojawiło się kilka chmur. Zrobiło się też nieco cieplej. Rano Johny szybko zerwał się z łóżka i wybiegł z domu, bo nie chciał trafić na ojca. Bał się, że może coś powiedzieć, zdradzić się z tym, co widział. Nie wiedział, co mogłoby się stać i bardzo się tego obawiał. Chłopak ciągle miał wyrzuty sumienia za to, jak potraktował Nanę. Nie mógł sobie podarować, że pobił się z Blasterem i że stracił szacunek w oczach Robali. Na przerwach omijał członków swojej grupy szerokim łukiem. Raz nawet spotkał Nanę, która na widok Janka uciekła. Mimo tych nieprzyjemnych wspomnień przetrwał wszystkie lekcje, ale myślami był gdzieś indziej. Spotkało się to z bardzo krytyczną reakcją nauczycieli, na szczęście nie było to nic niezwykłego. W czasach, kiedy w każdej chwili na szkołę mogła spaść rakieta, ciało pedagogiczne musiało uzbroić się w dużo większą cierpliwość do uczniów, którzy często po prostu wyłączali się, żeby nie myśleć o tym, co może ich spotkać. Dziś jednak Johny wręcz marzył o nalocie. Miał nadzieję, że któraś z rakiet walnie w Piaskownicę i zniszczy, cokolwiek kryło się pod ziemią. Czuł, że to rozwiązałoby wszystkie jego kłopoty. Zamiast rakiet pojawił się Macha i Starszacy.

Johny, jako jeden z nielicznych uczniów, na przerwie wyszedł na podwórko. Skierował się na skraj wału oddzielającego boisko do piłki nożnej od mniejszych placów do gry w siatkę i kosza. Usiadł, zamyślił się i nawet nie zauważył, kiedy go otoczyli. W jednej chwili wpatrywał się w ziemię a w drugiej we wściekle niebieskie oczy wodza Starszaków. Johny oczywiście nie podniósł krzyku. Nie chciał narazić się na opinię mięczaka. Macha złapał Janka za poły kurtki, przyciągnął do siebie i nawet nic nie powiedział, po prostu uderzył kolanem w brzuch. Janek zgiął się w pół i łapiąc oddech upadł na glebę. Pozostali Starszacy złośliwie zarechotali i zagrzewali wodza do dalszego bicia. Robal nie chciał dać im satysfakcji, spróbował wyprowadzić cios na krocze Machy, ale po kopniaku w brzuch był zbyt niezdarny. Starszak z łatwością złapał Janka za rękę, wykręcił ją i uderzył pięścią w twarz. Mocno i nie na żarty. Johny sturlał się z wału i zarył czołem w skraj asfaltowego boiska. Czuł, że cała głowa pulsuje bólem a z nosa obficie leje się krew. Skulił się, złapał za głowę i zamarzył, żeby stracić przytomność. Ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego poczuł kopniaki w bok i w nogę. Macha kucnął przy Janku.

– Słuchaj, gnoju. Przypominam ci, żebyś nie śmiał nikomu pisnąć o Piaskownicy, jasne? Niech się ktoś dowie, to więcej ci nie podaruję. Widzisz? – Macha odsłonił kurtkę pokazując w pełnej krasie kaburę z wetkniętym w nią pistoletem. – I, dobrze ci radzę, nie przyłaź więcej do mnie do domu.

Macha podniósł się i miał zamiar kopnąć Janka znowu, lecz w tej samej chwili jeden z jego kumpli złapał się za głowę i parszywie zaklął. Wszyscy zwrócili się w stronę wału, po którym biegła banda Robali. W kierunku Starszaków posypał się grad kamieni. Właściwie każdy z nich oberwał, mocniej lub słabiej. Macha wściekł się nie na żarty. Sięgnął ręką pod pazuchę i złapał rękojeść pistoletu. Już miał wyszarpnąć broń, kiedy zaliczył kamieniem w kolano a potem w głowę. Robale nie miały zamiaru ustąpić. Blaster i Mirek celnie wymierzonymi rzutami osłaniali, kiedy Czacha z małym Krakiem i Bunią zbliżali się do Janka. Reszta rozproszyła się wokół boiska i obrzucała Starszaków kamieniami. Za każdym razem, kiedy próbowali się zbliżyć, grad kamieni robił się jeszcze gęstszy. Macha wycofał się, a pozostali tuż za nim. Bitwa dobiegała końca. Starszacy zapomnieli o trzymaniu fasonu i puścili się biegiem w poprzek boiska, aby jak najszybciej dotrzeć do płotu. Robale nie pozwoliły im zapomnieć, że zatrzymanie się grozi ukamienowaniem. Pociski nadal furczały w powietrzu w poszukiwaniu ofiar. Johny już klęczał, kiedy dobiegł do niego Czacha. Pytał, co z nim, zapewniał, że zaraz przybiegnie pielęgniarka. Oszołomiony Janek słyszał, co drugie słowo. Dotarło do niego, że Robali zebrała Nana. Dziewczynka postanowiła na przerwie odnaleźć przyjaciela i gdy zobaczyła, że dopadli go Starszacy, szybko zebrała grupę. Ale nie odważyła się przyjść na wał. Czekała na wynik potyczki pod szkołą. Zniknęła, gdy okazało się, że wszystko w porządku. Wyrzuty sumienia spowodowały, że Janek na chwilę zapomniał o bolesnym pobiciu. Zrobiło się jeszcze gorzej, gdy zobaczył, że Blaster też nie chciał podejść. Pomógł w walce, owszem. Ale rozmawiać nie chciał i śladem Nany wrócił do gmachu szkoły.

– Będzie dobrze – pocieszył Czacha. – Przejdzie im. Co masz zamiar zrobić?

– Nie wiem – mruknął Janek. Czuł w ustach żelazisty posmak własnej krwi. Przejechał językiem po zębach i stwierdził, że nadal ma wszystkie. Ale obita i obtarta na asfalcie twarz piekła i bolała. Ciężko było mu zebrać myśli. Nie mógł pogodzić się ze świadomością, że mała dziewczynka potrafiła wykazać się większą odwagą niż on. Było mu wstyd a jednocześnie był przerażony. Myśl o konfrontacji z Tomaszem oraz wspomnienie gróźb Starszaków dławiły swym ciężarem.

– Nie wiem – powtórzył. – Chyba… chyba porozmawiam z ojcem.

Do grupy podbiegła pielęgniarka i kilkoro nauczycieli. Zaczęli Janka wypytywać, co się stało, pocieszali i obiecywali złapać napastników. Ale Johny nie słuchał. Przeżył kilkadziesiąt nalotów, widział na własne oczy krwawe jatki, trupy i rannych. I zawsze się bał. Ale już dawno nie bał się tak, jak teraz.

*

Johny wracał do domu z opuchniętą twarzą i zakrwawionym ubraniem. Zatopiony w myślach maszerował wzdłuż zasypanej gruzem ulicy Powstańców Śląskich. Powoli się ściemniało, a wokół panował trudny do zniesienia hałas. Na szosie pracowało kilkanaście maszyn kołowych i kroczących. Pomalowane w czarno – żółte paski roboty wybierały, co cięższe fragmenty zburzonych domów. Kierujący pracą ludzie bardzo się spieszyli. Oczywiście wszystkim zależało na jak najszybszym odgruzowaniu drogi, ale pośpiech przede wszystkim napędzany był strachem. Wspomnienie ostatniego nalotu dodawało skrzydeł i mało kto miał ochotę dłużej przebywać na otwartej przestrzeni. Janek w ostatniej chwili zorientował się, że jego dom otoczony jest przez wozy Żandarmerii Wojskowej i policji. Okolicę patrolowały dwa Zimne z najeżonymi bronią ramionami oraz kilkunastu żołnierzy. Oficerów ŻW nie był w stanie zliczyć. W ciele Janka wystąpiła dziwna sensacja. Nieznanego pochodzenia oślizgła istota zwinęła się w kłębek i spłynęła z krtani do skurczonego żołądka. Drzwi do klatki schodowej stały otworem, więc Johny odważnie ruszył do wejścia. Nikt go nie zaczepił. Śliska ropucha nadal zwijała się w brzuchu i wędrowała z góry na dół. Wdrapał się na piąte piętro i zobaczył, że drzwi do mieszkania otwarte są na oścież. Dwóch żandarmów minęło go na schodach, wynosili z mieszkania kartony z rzeczami ojca. Janek zerwał się i wpadł do domu jak rakieta. Potrącił wartującego w progu policjanta, który już chciał nastolatka skląć, ale przymknął się widząc jak przytula go matka.

– Synek, co ci jest? Co się stało?

Janek wyzwolił się z uścisku i rozejrzał. W mieszkaniu pełno było mundurowych. Zawartość szuflad i regałów leżała na podłodze a żołnierze przeglądali każdą książkę, pudełko, nawet bieliznę. Przy komputerze Janka siedział oficer ŻW i kopiował zawartość dysku.

– Mamo – jęknął przerażony Janek. – Co się dzieje?

– Synku – odparła Barbara. Jej twarz pokryta była smugami czarnego tuszu, który spłynął razem z potokiem łez. Kobieta była roztrzęsiona i nie potrafiła się opanować. –  Na litość boską, synku, to coś z ojcem. Nie chcą mi nic powiedzieć. Mówią, że ty podobno coś wiesz.

Chłopcem się trząsł. Zrzucił plecak i bez słowa wybiegł z domu. Jeszcze na klatce schodowej słyszał wołania matki, ale nie zwracał na nią uwagi. Było już ciemno, kiedy dotarł na Piaskownicę. Jeszcze tylko chwila wysiłku, kilka minut sprintu, pomyślał Janek i dotrę na Piaskownicę. Nie przeszkadzały mu bolące mięśnie, piekąca twarz i stłuczone kości. Klucząc między piaskowymi hałdami, zobaczył świetlistą łunę. Nie było to drgające, ciepłe światło, jakie dawał pożar. Było to ciągłe, sztuczne oświetlenie. Johny pędził ścieżką, zrobił ostry zakręt i zobaczył nie lada widowisko. Dno krateru oświetlone było niczym stadion narodowy podczas wielkiego meczu. Stojące dookoła halogeny dawały ostre, zimne światło. Na skraju przeciwległego wylotu krateru stały trzy znane już Jankowi ciężarówki. Wokół nich zaparkowało kilka opancerzonych awionetek i kołowych transporterów piechoty. Nad całością górowała masywna sylwetka robota bojowego TKR „Żubr”. Jego cztery wielostawowe odnóża stanowczo dziurawiły podłoże, kiedy robot powoli i dostojnie się przemieszczał. Działka na ramionach były schowane, podobnie jak kasetony rakietowe przyklejone do korpusu. Ale Johny nie miał wątpliwości, że mogły wskoczyć na pozycje bojowe w ułamku sekundy. Kilkunastu ciężko opancerzonych piechurów obstawiało dno krateru a reszta kręciła się wewnątrz kręgu bezpieczeństwa, którego centrum stanowiła tajemnicza klapa. Panowało ogólne poruszenie, żołnierze zachowywali się nerwowo, sprawiali wrażenie jakby w każdej chwili spod ziemi mógł wyskoczyć, co najmniej pułk czołgów. Janek biegł dalej. Wydawało się, że nie słyszy ostrzeżeń wartowników, którzy już odbezpieczyli broń i wzięli chłopca na cel. Johny zbliżył się na kilkanaście metrów, kiedy wojskowi opuścili broń. Przed szereg wyłonił się pułkownik Tarski. Jego twarz nie wyglądała już tak dobrotliwie jak zwykle. Korpus i ramiona ochraniał pancerzem, przez co wyglądał na potężniejszego niż w rzeczywistości był. Do pasa przyklejona była kabura z czymś o wiele większym niż klasyczna broń boczna. Na oczach miał czarne okulary, zintegrowane z procesorem pancerza. Dzięki nim komunikował się z resztą wojska. Pułkownik złapał chłopaka w pasie i mocno do siebie przycisnął. Johny szarpał się ale w tym starciu nie miał żadnych szans. W końcu poddał się i zwiotczał.

– Panie Tarski – zagadnął. – Proszę…

– Janek – przerwał mu oficer – lepiej stąd idź.

– Ale ja muszę zobaczyć. Muszę wiedzieć, co z ojcem.

– Nic mu nie będzie. Zaraz przejmie go żandarmeria.

Pułkownik umilkł i zmarszczył brwi. Przyłożył dłoń do ucha.

– Rozumiem – powiedział. – Wyprowadzać więźniów.

Żołnierz spojrzał na Janka, zastanowił się.

– Możesz tu zostać – oznajmił. – Ale jeśli zbliżysz się do klapy, osobiście wsadzę cię do paki. Rozumiemy się? Dobrze, teraz muszę iść.

– Panie pułkowniku – zagadnął się Janek. – Skąd wiecie?

– Twój kolega, Adrian, zgłosił się do mnie po szkole.

Blaster, pomyślał Johny. Nie miał do przyjaciela pretensji. Wiedział, że Adrian zrobił to, co on sam powinien był zrobić od razu, jeszcze tego samego wieczora, kiedy zobaczył ciężarówki na Piaskownicy. Ukrywanie spisku było złe tak samo jak on sam. Złość przeszła, ustępując miejsca poczuciu winy i wstydowi. Janek w duchu dziękował Blasterowi. Zatopiony w myślach nie zauważył, kiedy obok niego pojawiło się kilku chłopców. Był tam Czacha, Mirek, Heban, Topik i Hasz. Z tyłu Krak i Bunia trzymali za rękę Misię. Janek rozejrzał się i uśmiechnął. Miał nadzieję, że zobaczy Blastera i Nanę, ale żadne z nich się nie pojawiło.

– Spokojnie – powiedział Czacha, jakby czytając w myślach kolegi. – Blaster chciał przyjść, ale wojskowi go trzymają i przesłuchują. Ciebie też to czeka. A Nana siedzi w ośrodku, już za późno żeby ją puścili.

Janek był wdzięczny za to wyjaśnienie.

– Patrzcie – rzekł Heban.

Wokół klapy zakotłowało się. Kilku opancerzonych żołnierzy wycelowało karabiny szturmowe i stanęli w pozycji wygodnej do strzału. Przy wylocie z krateru stanęła więzienna ciężarówka ŻW. Jej boczne drzwi rozsunęły się, a ze środka wyskoczyło czterech opancerzonych i uzbrojonych żandarmów. Pułkownik Tarski kierował spektaklem bardzo sprawnie. Wszyscy znali swoje miejsce. Z otworu w ziemi wyłoniło się kilku wojskowych. Wyciągnęli z dołu metalowe pudła, które w eskorcie ciężkozbrojnych zanieśli do jednego z transporterów. W ślad za nimi wyszło kilku techników, którzy opleceni kablami i aparaturą podeszli do Tarskiego. Najwyraźniej mieli sporo do zameldowania, bo pułkownik wyglądał na poruszonego.

– Co się dzieje? – Zapytała Misia.

– Chyba wyprowadzają jeńców – powiedział swoim cienkim, dziewczęcym głosem Topik.

Faktycznie. Z jamy wyłonili się umundurowani jeńcy. Ci sami, których Janek widział kilka dni wcześniej. Nie do końca wiedział, jakim cudem przeżyli tak długo w podziemiach, ale jeszcze bardziej zaskakujące było to, że nadal byli skuci. Oni, jako pierwsi zostali pasażerami więziennej pancerki. Tuż po nich żołnierze odprowadzili Starszaków a wśród nich Machę. Robale były poruszone, odruchowo chciały się zbliżyć, ale wartownicy powstrzymali ich gestem. Janek wiedział, że w końcu zobaczy swojego ojca. Ale musiał jeszcze chwilę poczekać, ponieważ pierwsza pancerka zapełniła się i odjechała. Tarski czekał na następną a w tym czasie techniczni wynosili z dołu różnego rodzaju urządzenia elektroniczne oraz trochę dokumentów. Podjechał kolejny wóz żandarmerii. Dowódca dał znać i wyprowadzono następnych więźniów. Był wśród nich Tomasz. Będąc już na powierzchni zatrzymał się i stanął naprzeciw Tarskiego. Rozmawiali chwilę, w końcu pułkownik wskazał ręką w kierunku Robali. Janek zadrżał. Tłumaczył sobie, że był poza kręgiem światła, ale mimo wszystko miał wrażenie, że ojciec spojrzeniem wierci mu dziurę w czaszce. Nie było to złe spojrzenie. Raczej rozżalone. Żandarmi odprowadzili Tomasza. Po chwili zniknął w stalowym brzuchu więziennej pancerki. W Janku narastał żal i tęsknota. Wiedział, że prędko ojca nie zobaczy a kiedy się to stanie, wszystko będzie zupełnie inaczej. Jednak wielkim zaskoczeniem był dla niego spokój, z jakim to przyjął. Zdążył się pogodzić z faktem, że to jedyne właściwe rozwiązanie.

– Chodźmy stąd – powiedział Johny do Robali. – Oni wiedzą, co robić.

Dzieciaki odwróciły się i ruszyły w kierunku osiedli. Ciszę przerwała Misia.

– To jutro możemy się tu bawić?

– Tak – odparł Johny. – W co tylko chcesz.

*

Komunistyczne wieżowce z wielkiej płyty okazały się wyjątkowo odporne na ataki rakietowe. Jedenastopiętrowe bloki nadal górowały nad ulicą Reymonta, mimo iż wiele z nich otrzymało bezpośrednie trafienie. Tylko niektóre się zawaliły. Na początku wojny oczywiście każdy trafiony blok wysiedlano. Ale szybko okazało się, że tysiące pozbawionych mieszkań ludzi potrzebuje dachu nad głową, zatem mieszkańcy powoli zaczęli wracać. Janek zawsze się dziwił jak to możliwe, że budynki postawione niemal sto lat wcześniej, często krzywe i niedorobione są wytrzymalsze niż współczesne biurowce. Dzień był pochmurny, ale nie psuło to Jankowi dobrego samopoczucia. Przy skrzyżowaniu z Żeromskiego funkcjonował tymczasowy i bardzo ruchliwy bazar. Powstał on w miejscu, w którym niegdyś znajdowało się liceum. Nalot, który zniszczył znajdujące się tutaj budynki był jednym z najgorszych w historii całej wojny. Oczywiście nie mógł się równać z tym, co Janek zobaczył dwa dni temu, ale był na tyle wielki, że włodarze dzielnicy Bielany zdążyli postawić tablicę pamiątkową, opiewającą śmierć stu trzydziestu osób. Tablica zdobiła środek centralnego placu handlowego, przy którym przedsiębiorczy mieszkańcy postanowili ubić dobry interes. Pełno było stolików z prowizorycznymi baldachimami, skleconych naprędce budek z gorącym posiłkiem lub wódką a nawet zwykłych koców, na których ludzie wykładali towary. Fascynujące było jak szybko Warszawiacy zaadaptowali się do nowych warunków. Byli przyzwyczajeni do znajdowania potrzebnych rzeczy w sieci cywilnej, wyręczani przez procesory domowych stacji w robieniu podstawowych zakupów oraz rozpieszczeni przez inteligentne programy, które dobierały dla nich wystrój mieszkań i propozycje rozrywkowe. A teraz proszę: kup pan grzałkę, zamienię odkurzacz na zestaw ręczników, tanio sprzedam rower, zamontuję kozę w bloku. Też tanio. Obrót gotówką nie był podstawowym sposobem płatności. Handel wymienny przeżywał swój renesans.

Janek ruszył między stragany. Rozglądał się za czymś ciekawym. Głównie interesowały go zabawki. Nie miał zamiaru kupować trójwymiarowego, holograficznego szmelcu, ponieważ bez funkcjonującej sieci było to bezużyteczne gówno. Zdatne, co najwyżej na podstawki pod herbatę. Nie, Janek szukał czegoś bardziej staromodnego. Wypatrzył brązowego misia o beczkowatym brzuchu, krótkich rączkach i nóżkach. Miś miał szeroki uśmiech i małe niebieskie oczka. Nazywał się Bob. Kosztował Janka puszkę mielonki. Żywność, alkohol oraz środki czystości były najbardziej wartościowym towarem. A tego w domu Janek miał dużo. Rodzice gromadzili zapasy od początku wojny a mogli tak robić dzięki większemu przydziałowi Tomasza. Teraz, gdy go aresztowano lepsze przydziały się skończą. Na szczęście póki, co szafki pękały w szwach. Nana będzie zadowolona, pomyślał Janek. Z Bobem w plecaku, opuścił rynek i żwawym krokiem ruszył dalej. Kierował się do ośrodka opiekuńczego, w którym przebywała Nana. Miał zamiar wręczyć jej prezent i przeprosić za swoje niedawne zachowanie. Po aresztowaniu ojca spędził całą dobę na przesłuchaniach. Wojskowi odpytywali go o różnego rodzaju szczegóły z życia prywatnego rodziców. Janek szczerze i cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania, nawet, gdy się powtarzały. Kiedy wszystkim formalnościom stało się zadość miał wrażenie, że sprawa dobiegła końca. Jankiem nadal targały sprzeczne emocje. Był wśród nich żal z powodu nieobecności ojca a jednocześnie złość, że wplątał się w tak paskudną aferę. Chłopak wiedział, że minie dużo czasu nim to wszystko sobie poukłada, ale na razie miał do załatwienia konkretną sprawę. Odnaleźć Nanę, przeprosić, wręczyć prezent, urządzić zabawę w popołudniową herbatkę na Piaskownicy.

Ośrodek opiekuńczy dzielnicy Bielany numer sześć znajdował się na skraju ulicy Reymonta, w sąsiedztwie metra Wawrzyszew. Był to gmach dawnej szkoły podstawowej nr 209. Sąsiednie Młociny były zrównane z ziemią, większość mieszkańców nie żyła albo została przesiedlona, to i szkoły przestały być potrzebne. Dlatego stara dwieście dziewiątka została przerobiona na ośrodek opiekuńczy. Znalazły w nim schronienie dzieci, których rodzice zginęli a dalsza rodzina pozostawała poza zasięgiem. Tak właśnie było w przypadku Nany. Jej rodzice zginęli pierwszego dnia wojny, podczas bombardowania Centry, czyli Centrali Zarządzania Miejskim Ruchem Powietrznym. Oboje byli zawiadowcami pilnującymi właściwego przepływu awionetek między warszawskimi biurowcami. Z wujostwem Nany nie było kontaktu. Tym sposobem trafiła do ośrodka.

Na placu przed wejściem panował dość duży ruch. Transport wojskowy odwiózł akurat grupę uczniów z zajęć. Opiekunowie starali się opanować rozbrykane dzieci a wojskowi opędzali się od ciekawskich nastolatek. W ogólnym rozgardiaszu Janek przecisnął się do wejścia i pozdrowił strażnika. Chłopak był w ośrodku znany. Często przychodził odwiedzać znajomych a poza tym, o czym rodzice Janka nie wiedzieli, przynosił do kuchni trochę zapasów żywności. Czasem udało mu się urwać coś z domu, czasem wyposażała go Bunia. Chłopak za każdym razem, gdy przynosił jedzenie, czuł się bohaterem. Miał poczucie, że w chaosie wojny udało mu się robić coś z sensem. Kucharki przytulały i karmiły ciepłym obiadem, dyrektorka udawała, że nie ma pojęcia, skąd Janek bierze tę żywność, i wylewnie dziękowała. Chłopak skierował się na piętro, gdzie znajdowały się salki dziewczyn w wieku od siedmiu do dziesięciu lat. W pokoju 205 swoje łóżko miała Nana. Ale nie zastał tam dziewczynki. Okazało się, że zeszła z grupą na obiad. Janek usiadł na łóżku. Poczekać aż wróci, pomyślał, czy ruszyć na poszukiwania? Każde rozwiązanie miało swoje wady a jemu spieszyło się, żeby wręczyć Nanie Boba. Gdy się tak zastanawiał, nad Warszawą rozległ się alarm.

Janek zamarł. Wiedział, że od ogłoszenia alarmu do uderzenia pierwszych rakiet mijało zwykle dziesięć minut. Ale dzisiaj miało być inaczej. Zanim syrena alarmowa wybrzmiała, budynkiem zatrzęsło. W pokoju pękła szyba a ze stołu pospadały szklanki. Chłopak wybiegł na korytarz i znalazł się w ciżbie przerażonych dzieci. Dwójka opiekunów starała się skierować je na klatkę schodową. Zapanował nieopisany wrzask. Najbliższym schronem była stacja metra. Można było do niej dobiec w pięć minut. Ale Johny nie miał zamiaru się kryć. Musiał wpierw odnaleźć Nanę. Przecisnął się między dziećmi, szybko zbiegł po schodach i ruszył w głąb korytarza, gdzie znajdowała się stołówka. Był w połowie drogi, gdy nagły podmuch zwalił go z nóg. W prawym ramieniu eksplodował ból. W powietrzu zaroiło się od kanciastych odłamków betonu i szkła. Rakieta nie trafiła centralnie w budynek, uderzyła raptem kilka metrów od fasady. Ale to wystarczyło, żeby zewnętrzna ściana korytarza zawaliła się. Janek upadł, na chwilę stracił wątek, pociemniało mu przed oczami. Wygrzebał się z ciężkich żelbetonowych odłamków i klęknął. Szybko obmacał się rękami. Nic nie miał złamanego. Prawe ramię bolało jak diabli, ale było tylko stłuczone. Nic, czego Janek by nie znał. Podniósł się z kolan i rozejrzał. Stał w chmurze ciężkiego pyłu, ale prześwitujące przez zawaloną ścianę słońce pozwalało zorientować się w sytuacji. Zauważył, że kilkoro dzieci nie miało takiego szczęścia jak on. Leżały bez ducha na ziemi. Kilkoro innych z płaczem rozbiegło się w różnych kierunkach. Janek nie był w stanie im pomóc. Chciał pobiec dalej, ale przejście do stołówki było zawalone. Postanowił wrócić na piętro i skorzystać z drugiej klatki schodowej. Ruszył z powrotem do szerokich schodów. Ostatnie grupy dzieci opuszczały ośrodek pod okiem dorosłych. Budynek szybko pustoszał a mimo to Janek musiał się przekonać, czy Nana nie została gdzieś z tyłu. Serce zaczęło mocno kołatać. W myślach powstawały obrazy, w których mała dziewczynka leżała przygnieciona betonowym gruzem, wołała o pomoc i nie mogła się wydostać. Niestety dzisiaj czekały Janka dużo gorsze obrazki.

Johny nie przedostał się z pierwszego piętra na korytarz, ponieważ fragment sufitu skutecznie zagrodził drzwi. Musiał pobiec wyżej. Gdy był na półpiętrze, rozległa się kolejna syrena. Tym razem dźwięk był niższy, dłuższy i rzadszy. Janek znieruchomiał. Sztywnym krokiem podszedł do barierki, złapał poręcz i mocno ścisnął jakby gmach miał się zaraz wywrócić. Spiął się jak struna, ponieważ wiedział doskonale, co oznaczał ten sygnał. Chłopak ciężko oddychał, przełykał gęstą ślinę. Pić mi się chce, pomyślał. Dlaczego nie zabrałem butelki z wodą? Zaprzątnięty myślą o napitku umysł nie zauważył, jak ciało zaczęło wykonywać następne kroki. Wpierw obróciło się na pięcie w kierunku schodów, potem dało pierwszy krok w dół. Odrętwiały ze strachu Janek przeszedł kolejnych sześć stopni, kiedy wróciła mu świadomość. Nie, pomyślał. Musisz się upewnić, że Nany tu nie ma. Janek wziął głęboki wdech, odwrócił się i ruszył w górę. Nie biegł, jeszcze nie odzyskał pełnej kontroli nad ciałem. Ale wspinał się pod górę, coraz szybciej i coraz pewniej. Szkołą znowu wstrząsnęło. Paradoksalnie był to wstrząs uspokajający. Oznaczał, że gdzieś w okolicy spadła rakieta z klasycznym ładunkiem burzącym. Rakiety z ładunkiem chemicznym nie powodowały wstrząsów, przynajmniej nie z daleka. Gdy wreszcie wszedł na drugie piętro, usłyszał wrzask. W drzwiach korytarza stał chłopiec, może sześcioletni. Przerażone dziecko umazane było we krwi a ubranie niemal w całości zdarte. Z ran na ciele lała się krew. Chłopak stał w kącie, zasłaniał uszy i mocno zaciskał oczy. Wrzeszczał ochrypłym głosem a paznokciami drapał skórę wokół uszu. Janka przeszyła fala paniki. Zebrał się jednak w sobie, obszedł wyrwę w podłodze, podszedł do chłopca i dotknął jego ramienia. Chciał go złapać i wynieść z budynku, lecz ten otworzył oczy i w panice pobiegł w głąb korytarza. Zanim Janek zdążył cokolwiek zrobić, chłopca już nie było. Dłuższą chwilę zajęło nastolatkowi zebranie odwagi, by pójść dalej. Janek słyszał płacz dzieci, a to znaczyło, że musiały zostać z tyłu. Mogła wśród nich być Nana. To dało Jankowi bodziec, by ruszyć dalej. Kolejny wstrząs przypomniał, że trzeba się spieszyć. Pod stopami gruchotał skruszony beton i szkło. Powietrze było ciężkie od unoszącego się pyłu, ale w ogólnym przeciągu dzięki skruszonym ścianom szybko się przerzedzało. Chłopak był w połowie korytarza na drugim piętrze, kiedy zauważył wirujące w powietrzu, papierowe płatki. Z wyrwanej w dachu dziury sypało się ich całe mnóstwo a przeciąg szybko unosił je w głąb budynku. Janek wyhamował, o mało się nie przewrócił. Po raz kolejny nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Stał jak wryty i obserwował kilka jasnobrązowych pyłków, które swobodnie płynęły w jego kierunku. Janek zaciskał szczęki tak mocno, że poczuł ból w skroniach. Zasłonił twarz rękawem i dał pierwszy, nieśmiały krok w tył. Potem drugi i trzeci. Następne były coraz szybsze. Ale nie odważył się odwrócić. Chciał cały czas mieć w polu widzenia rozprzestrzeniające się płatki. Wreszcie uderzył plecami o ścianę, jedną ręką wymacał framugę i ostrożnie wyszedł na klatkę schodową. Tutaj odzyskał nieco animuszu i szybko zbiegł na pierwsze piętro. Gdy zbliżał się do zablokowanego przejścia zauważył, że między ścianą a zawalonym sufitem jest prześwit. Chłopak kucnął i z trudem przecisnął się pod betonową płachtą. Wpierw zobaczył dużą grupę dzieci, które przywaliły ciężkie odłamy gruzu. Musiało być ich kilkanaście, bo krew rozlała się po całym korytarzu. W jego przeciwległym końcu stała Nana. Miała na sobie swój żółty kombinezon. Była boso i bez czapki. Drżała ze strachu, buzię miała mokrą od łez a ręce umazane krwią. Bezdźwięcznie łypała ustami, jakby miała trudności z oddychaniem. Kilka metrów przed Naną wył przerażony niemowlak. Dziecko miało może rok. Stało na czworaka na podłodze, w rączki wcierały się ostre odłamki szkła. Miało na sobie tylko strzęp pieluszki. Było dobrze oświetlone, ponieważ ściana po lewej stronie korytarza zawaliła się. Wycie przeobraziło się w bezwiedny, rytmiczny szloch i próbę łapania powietrza. Niemowlak cały drżał, ale podniósł rączkę. Wystawał z niej ostry jak brzytwa kawałek szkła, który wbił się jeszcze głębiej, gdy chłopczyk położył dłoń na podłodze. Janek bezsilnie patrzył jak do środka wlał się kłąb żółtawego dymu i mnóstwo papierowych płatków. Dwa z nich upadły na plecy niemowlaka. Johny nie przypuszczał, że niemowlę może krzyknąć jeszcze głośniej. A jednak. Po zatknięciu ze skórą, płatek spowodował natychmiastowe zaczerwienienie. Sekundę później delikatna skóra chłopczyka stopiła się, odkrywając czerwone mięśnie. Z ust chłopca pociekła krew, lecz ten nadal krzyczał, charczał i krztusił się. Żółtawy dym owionął go całkiem i wtedy chłopiec upadł na posadzkę. Odłamki szkła wbiły się w brzuch. Malec przewrócił się na plecy, w agonii młócił nogami jakby chciał odepchnąć zły świat. Skóra na całym ciele zaczęła się czerwienić. Chłopczyk powoli gasł, lecz zdążył jeszcze przyłożyć dłonie do oczu i lekko je przetarł. Gdy rączki opadły na gruz, Janek zobaczył ziejące czerwienią oczodoły.

Etylodichloroarsyna wzbogacona o sternity, rozpraszana brytyjskim patentem, czyli za pomocą świec dymnych ukrytych w głowicach rakiet. Całość wzbogacona o niedawny izraelski wynalazek, delikatne celulozowe włókna, które pozwalały dłużej unosić się w powietrzu związkom chemicznym i były dużo trudniejsze do odkażenia. Sternity wywoływały kichanie i wymioty, które miały na celu powstrzymanie człowieka. Dzięki temu nasączone oleistą etylodichloroarsyną płatki miały czas na dokończenie ofiary. Ich skuteczność Janek oglądał po raz pierwszy w życiu. Oglądał jak zaczarowany. Nie zwracał uwagi na fakt, że zaczyna czuć swędzenie w nosie, że czuje coraz większy ciężar w żołądku. Jedyne, co potrafił ogarnąć spojrzeniem to czerwieniejące ciało niemowlaka. Janek zaczął szlochać, kiedy strach zawładnął jego umysłem. Z oczu popłynęły łzy. Dopiero krzyk Nany przywrócił go do rzeczywistości. Mimo wzbierającej fali słabości, Janek zerwał się i pobiegł przed siebie. Zamknął oczy i przebiegł przez rozpraszającą się sternitową chmurę, zatrzymał się dopiero obok dziewczynki. Nana wrzeszczała jak opętana, ponieważ na wyciągniętej dłoni leżał jeden z włóknistych płatków. Skóra wokół niego powoli topniała. Dziewczyna nie potrafiła jednak się ruszyć, strach kompletnie ją sparaliżował.

– Zrób coś! – Wrzasnęła błagalnie.

Janek zdjął kurtkę, strzepnął z niej przyklejone płatki, parząc przy tym ręce. Szybkim ruchem starł z dłoni dziewczynki toksyczne włókno. Wziął ją na ręce, przebiegł kilka metrów i wyważył kopnięciem drzwi do toalety. W środku usadził Nanę na podłodze, starając się jak najpłycej oddychać. Było to trudne, chłopak powoli się dusił, cały czas szlochał i przygryzał wargi. Ale działał dalej. Odkręcił kurek nad umywalką, wsadził pod strumień wody kurtkę i owinął nią dziewczynkę. Oderwał rękawy swetra i też zmoczył. Wiedział, że gdzieś na końcu korytarza były prysznice. Jeśli mieli jakąkolwiek szansę przeżycia, kalkulował Janek, to tylko tam. Musiał się spieszyć. Nogi zrobiły mu się jak z waty, w oczach ciemniało. Chłopak siarczyście zwymiotował na podłogę, ale szybko się pozbierał i znowu wziął Nanę na ręce. Zakrył jej głowę a do buzi przytknął zmoczony rękaw. Korytarz był cały w sino żółtym oparze, kiedy Johny wybiegł z toalety. Każdy przebiegnięty metr okupiony był piekącym bólem. Janek nie tracił czasu na unikanie przylepiających się płatków. Najbardziej bolesne oparzenia rozwijały się na plecach, gdzie nie zdążył zmoczyć cienkiego swetra. Tytanicznym wysiłkiem chłopak przeturlał się przez zawalający drogę fragment ściany i zobaczył wejście pod prysznice. Jeden z płatków przykleił mu się do policzka, ale nie miał wolnej ręki by go strzepnąć. Mógł jedynie zawyć z bólu i przerażenia. Niewiele już czuł, gdy dopadł do drzwi. Nana coraz bardziej ciążyła i w końcu nie był stanie jej utrzymać. Opadł na kolana, ale nie wypuścił dziewczyny, tylko ułożył ją na podłodze. Czuł, że płuca go palą, a krtań zatyka się. Zgubił mokry rękaw i wziął dwa głębokie oddechy. Natychmiast zwymiotował żółcią i krwią. Żrące toksyny przeżarły się już przez skórę na plecach i powoli zabierały się za trawienie mięśni. Janek resztą sił wciągnął drżącą z przerażenia Nanę do pomieszczenia. Słabnącymi rękami zerwał z siebie sweter i zatkał nim szparę pod drzwiami. Na szczęście do środka nie dostały się jeszcze opiłki ze żrącą trucizną, choć pełno było gazu sterynowego. Janek zawlókł Nanę do brodzika i odkręcił na pełną parę kurki. Strumień wody zalał szlochającą dziewczynkę. Póki Johny zachowywał resztki świadomości, powlókł się między pozostałymi kabinami i wszędzie poodkręcał wodę. Wreszcie upadł, nie czując już nóg. Podczołgał się do Nany, na łokciach oparł o dno brodzika i okrył dziewczynę swym ciałem. Woda była zimna. Przyniosła ukojenie. I sen.

*

Wokół Piaskownicy dużo się działo, ale dzieciaki miały to gdzieś. Kilka dni temu powierzchnia Piaskownicy znacznie się powiększyła. Podczas nalotu jedna z rakiet otrzymała nieprecyzyjne trafienie silnie skupioną wiązką lasera przeciwlotniczego. Nie wybuchła w powietrzu, tylko spadła poza obszary zamieszkane, na Piaskownicę. Gdyby ktoś spojrzał na krater z wysokości zobaczyłby teraz kształt przypominający ósemkę. Dla Robali była to świetna wiadomość, gdyż ich ulubione miejsce zabawy powiększyło się dwukrotnie. Dzieci właśnie ganiały się w berka, ale co chwilę zerkały w kierunku wylotu ścieżki. Siedziała tam sobie na krześle Barbara z synem. Johny miał zawinięte kocem nogi i jedyną sprawną ręką siłował się z kołem swojego wózka inwalidzkiego. Barbara złapała za oparcie, żeby synowi pomóc. Ten jednak stanowczym ruchem głowy zaprzeczył, wydając z siebie gniewny pomruk. To wszystko, na co było go stać. Stracił mowę po ataku chemicznym sprzed czterech miesięcy. Janek starał się obrócić wózek w lewo, żeby słońce nie świeciło mu w oczy. Była połowa kwietnia a wiosna zapowiadała się na bardzo ciepłą. Na niebie ganiały się kłębiaste obłoki, lekki i ciepły wiatr hulał między piaskowymi hałdami, owiewając rozbiegane dzieci. Po dłuższej chwili Janek wreszcie ustawił się bokiem do słońca i poprawił czapkę z daszkiem. Obserwował zabawę Robali. W duchu kibicował Blasterowi, żeby jego przyjaciel odegrał się na Buni za faul sprzed kilku dni. Emocji nie brakowało. Nana bardzo się zasapała i przybiegła do Janka, który trzymał na kolanach jej misia, Boba. Uklękła obok wózka i ciężko dysząc opowiadała Jankowi, kto co zrobił. Chłopak zareagował na opowieść uśmiechem.

Pomysł, żeby przyprowadzać Janka na Piaskownicę padł w marcu. Jego autorem był pułkownik Tarski, który odwiedził chłopaka w dzień wypisania ze szpitala. Miał mu dużo do powiedzenia na temat jego ojca. Tarski chciał Jankowi dokładnie wyjaśnić, o co Tomasz był oskarżony i dlaczego na długo wyląduje w więzieniu. Co najważniejsze, podkreślał pułkownik, ojciec Janka nie był mordercą. Żaden z zamieszanych w spisek żołnierzy czy Starszaków nie mordował Polaków. To wszystko była fikcja i komputerowy trik, mający jednak poruszać serca obywateli i utrzymywać wysokie morale. Za każdym razem, gdy spiskowcy spotykali się w tajnym radzieckim schronie przeciwatomowym, ci sami ochotnicy odgrywali scenę zamordowania polskich jeńców. Dzięki doświadczeniu Tomasza w technologii cyfrowej obróbki obrazu, jego zespół potrafił w czasie rzeczywistym transmitować piracki sygnał. Był on przetworzony przez dwóch speców od efektów specjalnych, którzy za pomocą zaawansowanej technologii holograficznej na żywo zmieniali twarze, nakładali na obraz plamy krwi. Zespół zgromadzony przez Tomasza składał się ze specjalistów z branży telewizyjnej i sieciowej, dla których złamanie zabezpieczeń analogowego sygnału telewizji polskiej nie stanowiło problemu. Chcieli w ten sposób podgrzewać w narodzie nastroje, utrzymywać na powierzchni chęć zemsty na wrogu i niwelować zmęczenie przeciągającym się konfliktem. Nic z tego nie wyszło. Polacy na dłuższą metę mieli dość pirackich emisji, co pokazał spadek oglądalności w ostatnich miesiącach i jej wzrost po ogłoszeniu rozpracowania szajki Tomasza. Sprawa była głośna, a sam Janek stał się bohaterem. Nawet właściciel telewizji polskiej przyleciał specjalnie ze Stanów, aby podziękować nastolatkowi za odwagę. Zapewniał, że osobiście sfinansuje rekonwalescencję chłopca a po wojnie wyłoży każdą kwotę potrzebną na przywrócenie go do pełnej sprawności. Podobne deklaracje składali prezydent Warszawy i premier rządu. Ze wszystkich obietnic Janek najbardziej ufał tym, które złożył Tarski. On przynajmniej nie owijał w bawełnę. Implanty oraz kuracje neuronalne są w czasie wojny dostępne tylko i wyłącznie dla żołnierzy oraz dla funkcjonariuszy państwowych. Bez wyjątku. Pułkownik dał słowo, że po wojnie upewni się, żeby Janek znalazł się na szczycie cywilnej listy osób wymagających specjalnych zabiegów. Ale nawet jego obietnice wydawały się coraz odleglejsze.

Wojna trwała w najlepsze i nie miała zamiaru się skończyć. Dziś w południe, kiedy Janek dotarł z mamą na Piaskownicę, ulicą Powstańców Śląskich przejechała imponująca kolumna wojsk pancernych. Były tam haubice, wyrzutnie rakiet, potężne czołgi, sześcionożne roboty bojowe i działa przeciwlotnicze. Johny ocenił siłę kolumny na przynajmniej batalion. Nie było to jednak polskie wojsko. Barbara zaczęła płakać, mamrotała coś o okupacji. Janek patrzył na defiladę bez emocji. Szybko się znudził i wrócił do obserwacji trwającej zabawy. Jego wojna zakończyła się zwycięstwem. Żadna inna już go nie obchodziła.

Koniec

Komentarze

Mam nadzieję, że dobrze znosisz niepochlebne opinie, bo nie mam dobrych wieści. Historia niestety mnie nie wciągnęła, zmęczyły mnie dłużyzny i niepotrzebne makabryczne opisy (czołgający się kadłubek czy palący się roczniak, miej litość!), które uważam po prostu za tanie chwyty, by pokazać okropieństwa wojny. Główny bohater przypomina mi szkolonego żołnierza po praniu mózgu (zero więzi z ojcem, cudowne samoleczenie po bijatykach, akcja w ośrodku opiekuńczym jak z Jamesa Bonda), a nie dwunastoletniego chłopca w obliczu wojny. Pogodzenie się Jaśka z sytuacją (ewentualna zdrada ojca i jego późniejsze aresztowanie) wypadło nierealistycznie – jak w dokumencie propagandowym o postawach obywatelskich (choć doceniam próby pokazania walki wewnętrznej), jego beznamiętne obserwowanie otoczenia (transporter) jest wręcz niepokojące. Obraz wojennej Warszawy jakoś mnie nie przekonał. W dodatku tekst czyta się ciężko, bo sporo potknięć głównie interpunkcyjnych, ale też stylistycznych.

Łapanka:

Poratowała go Nana, która,[-,] jako najporządniejsza z całej bandy, zawsze nosiła chusteczki.

Spotykały się na Piaskownicy od roku. Na ulubione miejsce wybrały sobie rozległą na kilkadziesiąt metrów dziurę w ziemi o płaskim dnie, dawniej samo centrum lotniska.

Razi mnie to “na”, wolę: “w Piaskownicy”, szczególnie że to dziura, podobnie wielokrotnie później: “idą do Piaskownicy”, “są w Piaskownicy” itp.

Dzieci wymyśliły sobie nazwę Robale, ale nie wiadomo,[-,] dlaczego.

Dla siebie

Tam gdzie się spotykały, nie było insektów,[-,] ani tym bardziej roślin.

Topik stracił władzę w prawym ręku.

W ręku to mógł dzierżyć władzę, ale stracił władzę w ręce.

 

Miał tak od czasu, kiedy zobaczył[+,] jak jego rodziców szatkują

Johny, jako jeden z niewielu[+,] dotąd nie ucierpiał.

Zwracała na siebie uwagę gęstą, potarganą czupryną mocnych, czarnych i kręconych włosów.

To brzmi jakby miała część włosów czarnych, a część kręconych… Lepiej wyglądałby tu przecinek zamiast „i”.

Czasem jakieś konserwy, czasem zdarzyła się czekolada[+,] a nawet suszone mięso.

Robale dalej się spierały, czy wybrać berka, czy może dalej budować piaskowy zamek.

powtórzenie

Siedmioletnia Nana, oczko w głowie całej grupy[+,] skarżyła się, że zawsze bawią się w chłopczycowe gry[+,] a nigdy w dziewczyńskie.

Zapytana, co ma na myśli[+,] zaczęła snuć różowo perlisty obrazek…

Perlisty – 1. <<składający się z wielu kropel» 2. «składający się z krótkich, następujących szybko po sobie dźwięków»

Chodziło może o różowo-perłowy lub różowoperłowy (w zależności od wersji kolorystycznej:)).

Zanim wszyscy padli ze śmiechu, rozległ się rozkazujący głos Buni, która wszystkich uciszyła.

powtórzenie

Podeszła do Johnego.

Johny’ego

Udzielono mu pomocy[+,] nim kwas przeżarł się przez skórę do mięśni.

Dołączyli do Mirka i Johnego.

Johny’ego

Pozostałe dzieciaki zebrały się daleko z tyłu[+,] oczekując rozwoju sytuacji…

Przychodzili na Pisakownicę w sobie tylko znanym celu…

Do Piaskownicy

Przesiadywali tu głównie wieczorami i w nocy, kiedy [+Robale] już dawno spały.

Z czasem robiło się więcej przestrzeni do zabawy, im częściej przybywało ruin i zrównanych z ziemią osiedli.

Raczej: im więcej

Był brunetem, miał wściekle niebieskie oczy, włosy na skroniach wygolone[+,] a na szyi blizny po wybuchu.

Padł na ziemię[+,] a w kierunku Machy poleciała seria kamieni.

 Johny[+,] wrzeszcząc okrutnie[+,] rzucił się na Machę.

Wódz Robali padł jak długi, a Starszak, nie czekając[+,] przycisnął go tonfą do ziemi.

Naokoło panował krzyk i gwar, podniósł się śmierdzący chemikaliami kurz.

Masło maślane (gwar to mieszanina wielu głosów)

Blaster i Czacha, rówieśnicy Johny’ego[+,] szarpali się z największym ze Starszaków, łysym i napakowanym drabem.

Mirek, jako najsilniejszy z Robali[+,] powalił pryszczatego nastolatka i kilka razy przyłożył mu w twarz, Misia zaczęła drżeć[+,] a Nana płakać.

– Janek – szlochała Nana,[-,] – zrób coś!

Johny pędził,[-,] co sił w nogach, a w oddali majaczyły sylwetki bloków mieszkalnych…

Resztę czekała państwowa zapomoga, która była symbolicznym ekwiwalentem zarobków na czas wojny[+,] oraz średni krajowy przydział żywności i środków czystości.

Na podłogę chlusnęła krew[+,] a człowiek padł bez ducha.

Był to staromodny krzemowy kalkulator, którego algorytm opierał się na obliczeniach zero jedynkowych[+,] a system operacyjny na graficznym przedstawieniu okienek z plikami.

– Co ty taki zadowolony z siebie? – [z]Zapytała Barbara, mama Janka.

Równie wylewnie Janek powitał ojca[+,] a to już było podejrzane.

Od porwania przez kosmitów, przez skutki stresu wywołanego toczącą się wojną[+,] aż do religijnego nawrócenia.

Janek nie potwierdził żadnego z domysłów, ale szczerze się uśmiał[+,] wysłuchując głośnego myślenia rodziców.

Robale nie spanikowały, nie uciekły[+,] a wręcz odwrotnie.

Od tamtej pory skutecznie się migał od wysłania na pierwszą linię, pracując,[-,] jako zwierzchnik batalionu NSR.

Potem rozmowa zeszła na politykę[+,] aż wreszcie na samą wojnę.

Dla nas, Polaków[+,] było tylko zwycięstwo albo śmierć, podkreślał.

Część Łomianek, w której znajdowała się szkoła Janka[+,] była w miarę nietknięta.

Nikt nie miał złudzeń, polskie niebo było dziurawe[+,] a naloty bardzo precyzyjne.

Ktoś ciągnął go za rękę[+,] a on machinalnie przestawiał nogę za nogą[+,] walcząc ze słabością. W oddali grzmiały kolejne eksplozje, czuł na sobie żar płomieni[+,] a pod stopami drgającą ziemię.

Był przy skrzyżowaniu Radiowej z Powstańców Śląskich[+,] gdzie pod opuszczonym budynkiem domu kultury znajdował się najbliższy schron.

Radiową w stronę centrum śmignęły trzy wozy pożarowe, a za nim dwa bojowe.

Nie jestem specem, ale wozy są chyba strażackie lub przeciwpożarowe (jak maski przeciwgazowe, a nie – gazowe)

[+”]A może to już nie był nalot[+?”], zastanowił się Janek?[-?, zamiast tego +.]

Polskie myśliwce próbowały je zestrzelić, przez co stały się łatwym kąskiem dla wrogich maszyn.

Łatwy cel, łakomy kąsek – kontaminacja Ci wyszła

Nie było go dużo[+,] a ludzi owszem, dlatego oszczędny system balansował na granicy zaduszenia kilkuset osób.

Była czternasta siedem, nalot chemiczny ogłoszono o dwunastej trzy.

Wolałabym: było siedem po czternastej, a … ogłoszono trzy po dwunastej.

Ale kiedy odzyska klucze[+,] będzie mógł wejść do środka, wstawić wodę na herbatę i poczekać.

To był konkretny plan, którego wizualizacja uspokajała i odpędzała skradające się za plecami, natrętne fale paniki.

Fale skradające się za plecami – to brzmi karkołomnie, może po prostu: odpędzała natrętne fale paniki

Dróżka prowadziła prosto i skręcała w lewo[+,] niknąc za piaskową hałdą. Janek wypadł za zakręt i wtedy się zatrzymał.

Nie rozumiem, co zrobił Janek? Wypadł z zakrętu? Skręcił?

Było to działanie zupełnie instynktowne[+,] a przecież nie miał żadnego powodu obawiać się tych ludzi…

Serio, w czasie wojny dzieci nie boją się mundurowych?

Co w tym dziwnego, że po tak ciężkim nalocie samotny nastolatek zgubił drogę i pędził przed siebie[+,] starając się odnaleźć drogę do domu?

Wszyscy mieli na oczach czarne, plestiglasowe płytki, których obwody mogły zawierać czujniki ruchu, noktowizję i mnóstwo innych bajerów.

Chodziło chyba o pleksiglasowe lub szkło akrylowe, ale pewności nie mam

Wygląd zbrojnych przynosił mu na myśl tylko jedno skojarzenie, ale nie potrafił logicznie wytłumaczyć ich obecności na Piaskownicy.

Przywodził na myśl

Walki na miastem jeszcze się dobrze nie skończyły.

Literówka: nad miastem

Plandeka jednej z nich podniosła się[+,] a uzbrojeni strażnicy wyprowadzili ze środka polskich jeńców.

Jeden domysł przeganiał drugi, wszystkie wyglądały na żałosne próby usprawiedliwienia lub racjonalnego wyjaśnienia postępowania jego ojca.

Chodziło Ci chyba o to, że prześcigał się w domysłach lub jedna myśl goniła drugą

Powoli osunął się w dół[+,] jednak coś go przygwoździło do ziemi.

Odczekali chwilę, nasłuchując[+,] czy aby nie podnieśli alarmu.

Głos mu drżał[+,] a w nogach zrobiło się miękko.

W nogach? Stał na miękkich nogach, albo kolana się pod nim ugięły, albo zmiękły mu kolana.

Serce biło w żebra[+,] jakby chciało wyrwać się na powietrze

Jak spetryfikowany,[-,] wpatrywał się w lufę pistoletu.

Pachnie anglicyzmem – petrified (choć spetryfikowany to wg słownika PWN utrwalony w formie), wolałabym jak słup soli/przerażony itp.

Tymczasem Starszak mocno ściskał rękojeść[+,] a palec nerwowo ślizgał się po spuście.

Johny nie zastanawiał się[+,] tylko rzucił do ucieczki.

Nie wiem, co mnie podkusiło[+,] a obiecywałem sobie trzymać gębę na kłódkę.

Okładali się pięściami ile wlezie, gdzie popadnie, byle mocniej[+,] a warczeli przy tym jak wygłodniałe wilki.

Dziewczynka szlochała[+,] szukając pomocy.

– Przestańcie, no! – [k]Krzyczała przez łzy. – Zróbcie coś! – [z]Zwróciła się do starszych. Robale szybko otoczyły chłopców i starały się [+ich] rozdzielić.

– A ty – warknął na Blastera – nie wpieprzaj się w nieswoje sprawy.

Nieswój = chory, chodzi raczej o nie swoje = cudze

Teraz patrzył jak jej przerażona buzia czerwienieje[+,] a oczy robią się szklane.

szkliste

Oba domy zdmuchnęły rakiety, awionetki spłonęły[+,] a konta rozpłynęły się w przestrzeni razem z cywilną siecią.

Arkadiusz wyglądał na zmęczonego. Tłumaczył to sobie kilkudniowym zarostem i nieumytymi włosami.

Musiał to sobie tłumaczyć?? Wolałabym: …zmęczonego przez kilkudniowy zarost…

 Arkadiusz poczłapał na przedpokój i otworzył.

Do przedpokoju

Wyglądał zupełnie inaczej niż to, co Janek zwykle oglądał.

Przedmiotowo go traktuje…

Na podłodze rozłożony był materac z pościelą, obok stało biurko zawalone staromodnymi płytami dvd[+,] a pod blatem niebieskimi diodami migał stacjonarny komputer, podobny do tego, który miał Janek. Na ścianach nie było plakatów[+,] a ich miejsce zajmowały piękne rysunki.

Było też kilka misiów i motylków[+,] a wszystko owinięte roślinnym splotem.

– Nie mamy,[-,] o czym.

– Tam w tych podziemiach – zaczął Janek, ale ściszył głos[+,] widząc[+,] jak mięśnie Maćka niebezpiecznie się napinają.

A ja chcę tylko wiedzieć[+,] czy mój tata…

– A co ty możesz wiedzieć,[-,] – przerwał Jankowi Macha – co komu pomaga?

Niejasne… Kto komu pomaga?

To,[-,] co innego mam robić? I nie ucz mnie, co jest ważne[+,] a co nie. Nic nie rozumiesz[+,] a się wymądrzasz.

– Mówiłem ci – wycedził przez zęby,[-,] – że gówno rozumiesz.

Chłopak ciągle miał wyrzuty sumienia za to, jak potraktował Nanę.

…z powodu tego, jak…

W jednej chwili wpatrywał się w ziemię[+,] a w drugiej we wściekle niebieskie oczy wodza Starszaków.

Janek zgiął się w pół i łapiąc oddech[+,] upadł na glebę.

Czuł, że cała głowa pulsuje bólem[+,] a z nosa obficie leje się krew.

Macha odsłonił kurtkę[+,] pokazując w pełnej krasie kaburę z wetkniętym w nią pistoletem. – I,[-,] dobrze ci radzę, nie przyłaź więcej do mnie do domu.

Już miał wyszarpnąć broń, kiedy zaliczył kamieniem w kolano[+,] a potem w głowę.

Oszołomiony Janek słyszał,[-,] co drugie słowo. Dotarło do niego, że Robali zebrała Nana. Dziewczynka postanowiła na przerwie odnaleźć przyjaciela i gdy zobaczyła, że dopadli go Starszacy, szybko zebrała grupę.

powtórzenie

Było mu wstyd[+,] a jednocześnie był przerażony. Pomalowane w czarno – żółte paski roboty wybierały,[-,] co cięższe fragmenty zburzonych domów.

czarno-białe

W ciele Janka wystąpiła dziwna sensacja. Nieznanego pochodzenia oślizgła istota zwinęła się w kłębek i spłynęła z krtani do skurczonego żołądka.

Karkołomne zdanie

Potrącił wartującego w progu policjanta, który już chciał nastolatka skląć, ale przymknął się[+,] widząc [+,]jak przytula go matka.

Zawartość szuflad i regałów leżała na podłodze[+,] a żołnierze przeglądali każdą książkę, pudełko, nawet bieliznę.

Jeszcze tylko chwila wysiłku, kilka minut sprintu, pomyślał Janek[+,] i dotrę na [do] Piaskownicę.

Kilkunastu ciężko opancerzonych piechurów obstawiało dno krateru[+,] a reszta kręciła się wewnątrz…

…sprawiali wrażenie jakby w każdej chwili spod ziemi mógł wyskoczyć,[-,] co najmniej pułk czołgów.

Korpus i ramiona ochraniał pancerzem, przez co wyglądał na potężniejszego niż w rzeczywistości był.

Johny szarpał się[+,] ale w tym starciu nie miał żadnych szans

Ukrywanie spisku było złe[+,] tak samo jak on sam.

Janek w duchu dziękował Blasterowi.

Jasne…

A Nana siedzi w ośrodku, już za późno[+,] żeby ją puścili.

Tuż po nich żołnierze odprowadzili Starszaków[+,] a wśród nich Machę. Robale były poruszone, odruchowo chciały się zbliżyć, ale wartownicy powstrzymali ich gestem.

Tarski czekał na następną[+,] a w tym czasie techniczni wynosili z dołu różnego rodzaju urządzenia elektroniczne oraz trochę dokumentów.

Będąc już na powierzchni[+,] zatrzymał się i stanął naprzeciw Tarskiego.

Wiedział, że prędko ojca nie zobaczy[+,] a kiedy się to stanie, wszystko będzie zupełnie inaczej.

Janek zawsze się dziwił[+,] jak to możliwe, że budynki postawione niemal sto lat wcześniej, często krzywe i niedorobione[+,] są wytrzymalsze niż współczesne biurowce.

Pełno było stolików z prowizorycznymi baldachimami, skleconych naprędce budek z gorącym posiłkiem lub wódką[+,] a nawet zwykłych koców, na których ludzie wykładali towary. Fascynujące było[+,] jak szybko Warszawiacy zaadaptowali się do nowych warunków.

Zdatne,[-,] co najwyżej na podstawki pod [szklanki z herbatą] herbatę.

Rodzice gromadzili zapasy od początku wojny[+,] a mogli tak robić dzięki większemu przydziałowi Tomasza.

Na szczęście póki,[-,] co szafki pękały w szwach.

Póki co to rusycyzm, lepiej: na razie

Z Bobem w plecaku,[-,] opuścił rynek i żwawym krokiem ruszył dalej.

Janek szczerze i cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania, nawet,[-,] gdy się powtarzały.

Był wśród nich żal z powodu nieobecności ojca[+,] a jednocześnie złość, że wplątał się w tak paskudną aferę.

Znalazły w nim schronienie dzieci, których rodzice zginęli[+,] a dalsza rodzina pozostawała poza zasięgiem.

Opiekunowie starali się opanować rozbrykane dzieci[+,] a wojskowi opędzali się od ciekawskich nastolatek

Często przychodził odwiedzać znajomych[+,] a poza tym, o czym rodzice Janka nie wiedzieli, przynosił do kuchni trochę zapasów żywności.

Każde rozwiązanie miało swoje wady[+,] a jemu spieszyło się, żeby wręczyć Nanie Boba…

W pokoju pękła szyba[+,] a ze stołu pospadały szklanki.

Janek upadł, na chwilę stracił wątek, pociemniało mu przed oczami.

Czytał?

Budynek szybko pustoszał[+,] a mimo to Janek musiał się przekonać, czy Nana nie została gdzieś z tyłu.

Sztywnym krokiem podszedł do barierki, złapał poręcz i mocno ścisnął[+,] jakby gmach miał się zaraz wywrócić.

Przerażone dziecko umazane było we krwi[+,] a ubranie niemal w całości zdarte. Z ran na ciele lała się krew.

Kto je zdarł?

Wrzeszczał ochrypłym głosem[+,] a paznokciami drapał skórę wokół uszu.

Drapał uszy

Z wyrwanej w dachu dziury sypało się ich całe mnóstwo[+,] a przeciąg szybko unosił je w głąb budynku.

Drżała ze strachu, buzię miała mokrą od łez[+,] a ręce umazane krwią. Bezdźwięcznie łypała ustami, jakby miała trudności z oddychaniem.

łypnąć – łypać pot. «spojrzeć, zerknąć groźnie albo ukradkiem»

Stało na czworaka na podłodze, w rączki wcierały się ostre odłamki szkła.

wbijały

Janek bezsilnie patrzył[+,] jak do środka wlał się kłąb żółtawego dymu i mnóstwo papierowych płatków.

Malec przewrócił się na plecy, w agonii młócił nogami[+,] jakby chciał odepchnąć zły świat.

Sternity wywoływały kichanie i wymioty, które miały na celu powstrzymanie człowieka.

Od czego?

Chłopak siarczyście zwymiotował na podłogę, ale szybko się pozbierał i znowu wziął Nanę na ręce.

Siarczyście można kichnąć, zwymiotować można raczej obficie.

Zakrył jej głowę[+,] a do buzi przytknął zmoczony rękaw. Korytarz był cały w sino żółtym oparze, kiedy Johny wybiegł z toalety.

sino-żółtym

Jeden z płatków przykleił mu się do policzka, ale nie miał wolnej ręki[+,] by go strzepnąć.

Potrafi powstrzymać odruch bezwarunkowy?(!)

Była połowa kwietnia[+,] a wiosna zapowiadała się na bardzo ciepłą.

Uklękła obok wózka i ciężko dysząc[+,] opowiadała Jankowi, kto co zrobił.

Zapewniał, że osobiście sfinansuje rekonwalescencję chłopca[+,] a po wojnie wyłoży każdą kwotę potrzebną na przywrócenie go do pełnej sprawności.

Bardzo długo zwlekałem z komentarzem, a powodem była sprzeczność między tematem a jego przedstawieniem. Wspomniana niezgodność istnieje nadal, ponowna lektura nie usunęła jej pomimo upływu czasu, zacierającego pierwsze wrażenia.

Zrozumiałe, że wojna, niszcząca fizycznie świat i psychicznie ludzi, wpływa na postawy, zmusza do przedwczesnego dojrzewania i tak dalej, więc nie będę krytykował Janka ani żadnego innego dzieciaka – przeciwnie, wydaje mi się, że w założonej sytuacji są dość wiarygodni w swoich postawach i poczynaniach – ale ta założona sytuacja za skarby mi nie “pasuje”. Państwo, toczące wojnę, która zresztą ewidentnie przegrywa, jest nadopiekuńcze; sięgnij do historii wojen nowożytnych, a dowiesz się, o co chodzi w tym stwierdzeniu. Dorośli, konkretnie rodzice, z lekceważeniem podchodzą do kwestii bezpieczeństwa dzieci; gdy w każdej chwili można spodziewać się nalotu z użyciem broni chemicznej, krańcową głupotą jest pozwalanie na eskapady na tytułową Piaskownicę. Łomot, pamiętny przez lata, albo areszt domowy, i basta, masz być blisko, żeby zdążyć uciec… “Spisek”, w którym uczestniczy ojciec Janka. Takie coś tropi się zawzięcie i za takie coś rozwala się na miejscu. Albo natychmiast po złapaniu zatrudnia się takich zdolniachów we własnej telewizji – propaganda, ta kontrolowana, zawsze jest priorytetem…

Niedopasowanie świata do założeń fabularnych, uważam.

No i ta ilość błędów… Przykro mi, per saldo --- słabo…

gotowe, przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Przypuszczam, że o przyszłej wojnie każdy ma takie wyobrażenie, jakie sobie wymyśli. A ja, choć nie wyobrażam jej sobie wcale, przyjęłam Twoją wersję z ogromną nieufnością, wręcz z niedowierzaniem. Piaskownica wydaje mi się nazbyt przesycona opisami okropieństw, przy jednoczesnym usiłowaniu zaznaczenia, że w tych niecodziennych warunkach, dzieci starają się bawić całkiem jak dzieci, tyle że okoliczności nie zawsze na to pozwalają.

Wykonanie nadal pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka