- Opowiadanie: Finkla - A teraz, drogie dzieci, pocałujcie...

A teraz, drogie dzieci, pocałujcie...

W założeniu utworek miał być lekki i zabawny, bez żadnych pretensji do wielkich liter.

Mam nadzieję, że kociarze mi kiedyś przebaczą...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Marcin Robert

Oceny

A teraz, drogie dzieci, pocałujcie...

– Blondi! Idziesz z nami na browara?

Doniczka śmignęła obok nieskazitelnie białej czapki Lalusia. Cel ataku pospiesznie zeskoczył z ramion Osiłka.

– Nie idzie. Chyba znowu ma TE dni.

Pracuś splunął na rachityczną grządkę.

– TYCH dni to ona nie ma przez tydzień na kwartał. Stara raszpla…

Trudno było odmówić mu racji – odkąd w wiosce pojawiły się smerfiki, blondynka stała się nie do życia. Oj tam, oj tam, myślałby kto, że tak się przejmie wszystkimi spekulacjami, po kim Sasetka odziedziczyła kolor włosów. W końcu, co za różnica, czy po lisie, czy po wiewiórce. No, lis wymagał większej odwagi. Albo większej ilości piwa. Właściwie to na jedno wychodziło…

Po chwili silna grupa maszerowała w stronę lokalnego browaru mistrzowsko prowadzonego przez Pasibrzucha. Droga dłużyła się niemiłosiernie, więc wkrótce z niebieskich gardziołek wydobyła się radosna piosnka:

Wędrowały smurfy przez zielony las,

Nie cierpiały jagód, wolały dać w gaz!

Wędrowały rypcium pypcium

Do browaru rypcium pypcium,

Nie cierpiały jagód, wolały dać w gaz!

Kakofonia zachrypniętych głosów spowodowała, że dzięcioł zmylił rytm i po raz pierwszy w życiu zakręciło mu się w głowie, aż spadł z drzewa. Na szczęście – na mech. Spragnione błękitne stworki nawet nie zauważyły incydentu.

Już z daleka smurfy zorientowały się, że coś jest nie w porządku. Browar nigdy tak nie dymił. Wszelkie wątpliwości rozwiał wielkolud smętnie siedzący przy drodze:

– Pasibrzuch wściekły! Pasibrzuch spragniony!

– No to masz farta, bo my przyszliśmy! – pocieszył go Osiłek. – Nalej po kufelku i wszystko nam opowiedz.

– Nie ma piwa! Dzikus rozwalił kadź!

– Coooo?!

– Ale jak to?!

– Dlaczego?!

– Nie mówił – chlipnął Pasibrzuch. – Zostawił wiadomość.

Informacja niewątpliwie pochodziła od Dzikusa. Materiał, na którym została spisana oraz atrament z galasów nie zostawiały miejsca na domysły. Niewprawne kulfony też mogły wyjść tylko spod ręki tego świra. Smurfy bez słowa podawały sobie zwitek brzozowej kory z napisem:

PIWO JEZD NIE NATURALNE. PIJANY SMURF GROZI ZWIERZENTOM. PICIE PIWA TO ZUO.

Amatorzy złocistego napoju zaczęli spoglądać po sobie, jednocześnie dostrzegając szczegóły otoczenia: walające się dookoła szczapki, niektóre osmalone, błoto pod nogami… Straszliwa prawda niechętnie, ale uporczywie wdzierała się pod białe czapeczki.

– A stare beczki? – spytał ktoś z nadzieją.

Pasibrzuch pokręcił głową:

– Wszystko w mech. Nie ma ani kropli!

– Zapłaci nam za to ten pieprzony ekoterrorysta!

Banda stworków sfioletowiałych z wściekłości pomaszerowała z powrotem do wioski.

– Napukajmy Dzikusa! – zaproponował Osiłek.

– Pomysł zacny, ale jak dorwać skubańca? – zastanawiał się Ciamajda. – Sam bym chętnie sflekował gada, tylko nie wypatrzymy go wśród liści.

– No to spuśćmy łomot Ważniakowi! – upierał się mięśniak. – Ten mądrala działa mi na nerwy!

– Wszystkim działa – zgodził się Laluś – ale nafutrowaliśmy go wczoraj. Tak codziennie to trochę nudno…

– Racja!

– No to może Zgrywusa – nie ustawał w pomysłach Osiłek.

– A za co jego? – zawahał się Śpioch.

– Na najstarsze skarpety Gargamela! A musimy mieć jakiś powód?

– Właściwie nie… Czyli postanowione!

Nowy życiowy cel wlał w błękitne serca otuchę, a ciała napełnił energią. Smurfy pomaszerowały raźniej. Szyszka, kopnięta od niechcenia przez Osiłka, trafiła w zajączka, pozbawiając zwierzątko przytomności.

– Dobij kota! – ucieszył się Łasuch. – Zrobimy pasztet! Rzygam już ciastami z różowym lukrem.

Te słowa przypieczętowały los szaraka. Dalej kumple przemieszczali się nieco wolniej, poważnie obciążeni materiałem na pieczyste. Wolny krok sprzyjał refleksjom.

– Słuchajcie! – krzyknął Ciamajda. – Przypomniało mi się, że Stary Zgred nastawił zacier z kaktusa meskaliptusa!

Ta sensacyjna wiadomość wypchnęła wszelkie plany bójki z niebieskich łebków. Bimber z meskaliptusa potrafił przyłupać w czachę znacznie silniej niż piącha głodnego Pasibrzucha. A tu tak się przyjemnie złożyło, że i zagrycha prawie gotowa… Tylko Maruda narzekał, że nie cierpi nieprzegryzionej księżycówy, ale nikt go nie słuchał. Ten wieczór jeszcze mógł zostać jednym z najbardziej udanych.

Droga do wioski szybko minęła. Łasucha odesłano do jego chatki, aby zajął się zajączkiem. Pozostali spiskowcy przede wszystkim sprawdzili, co robi Papa Smurf. Najpierw wysłali Piórka na przeszpiegi, przekupiwszy ptaszynę obietnicą umoczenia dzioba w samogonie. Wkrótce wysłannik doniósł, że smurfo di tutti smurfi siedzi na pobliskiej polance. Przyjaciele podkradli się, aby wybadać, ile jeszcze czasu tam spędzi. Delikatnie rozchylili liście jakichś paskudnie drapiących krzaczorów. Stary Zgred był pogrążony w grze. Do niebieskich uszu dobiegł fragment rozmowy:

– Nie, nawet sobie nie wyobrażasz, jak to paskudnie być mną. Chrzanię ten drobiazg, że dzieci mnie nie lubią, to nawet lepiej. Ale spróbowałbyś kiedyś spędzić zimę w mojej chacie! Piździ straszliwie, jedyna izolacja termiczna to pajęczyny po kątach… I nie mogę nawet remontu przeprowadzić; kontrakt zabrania. Bo image bym sobie zepsuł… Czarny piar mam bez zarzutu, ale reumatyzm to mnie kiedyś wykończy… Szach.

– Zapewniam cię, że nie chciałbyś również mieszkać w grzybkach haluckach pomalowanych na psychodeliczne kolory i użerać się z tą bandą naćpanych kretynów. Po szachu i po wieży.

Podglądacze wycofali się na z góry upatrzone pozycje.

– Smerfabiście! Stary gra z Gargim w szachy – niepotrzebnie poinformował wszystkich Ciamajda. – Jeszcze z pół godzinki im zejdzie!

– No to do laboratorium!

Pobieżna lustracja miejsca eksperymentów Papy Smurfa ujawniła dwa fakty: po pierwsze, zacier faktycznie został wstawiony – jadowicie zielony bimber niespiesznie skapywał do wiaderka. Po drugie – przy drzwiach drzemał ten durny sierściuch, Klakier. Całą operację należało więc przeprowadzić bezszmerowo.

Błyskawicznie zorganizowano drabiny. Po chwili przybiegł Osiłek z drugim kubełkiem – koniecznie należało podstawić jakieś naczynie pod chłodnicę, nie można było pozwolić, aby taki smerfastyczny płyn wsiąkał w klepisko! Najsilniejszy smurf przekazał naczynie pomocnikom i zaczął wdrapywać się na parapet. Ledwie, sforsowawszy przeszkodę, bezdźwięcznie zlazł na podłogę, w oknie pojawiło się kilka niebieskich łebków. Bez słowa podano mięśniakowi zapasowe wiaderko.

Osiłek przytulił je do łona, aby nie brzęczało, i zaczął krok za krokiem lawirować po zagraconym pomieszczeniu w stronę aparatury.

Po kilku minutach dobrnął bezpiecznie. Smurfy wstrzymały oddechy. Amator kaktusowego trunku szybko, ale cicho podmienił kubełki, wyminął regał z probówkami…

Cała historia potoczyłaby się inaczej, gdyby obrażony dzięcioł właśnie w tej chwili nie zemścił się, łomocząc do drzwi domku. Klakier podskoczył, jakby go wredne ptaszysko dziobało prosto w ogon. Kocur rozejrzał się w poszukiwaniu wroga, ponure ślepia zogniskowały się na stworku dźwigającym bezcenne wiaderko…

Zaczęła się szalona gonitwa. Osiłek bez obciążenia uciekłby bez trudu, ale przecież nie mógł porzucić zacnego trunku na pastwę zapchlonego czworonoga. Walerianę mu pić, a nie takie delicje!

Klakier śmiałym skokiem odgrodził smurfa od zbawczego okna. Przy okazji strącił ogonem kilka naczyń, ale nic się nie stłukło. Osiłek miotnął się w stronę drzwi. Spragniona banda na parapecie porzuciła myśli o zachowaniu ciszy i tajemnicy. Wszyscy, jak jeden mąż, podskakiwali z emocji i wrzeszcząc, dzielili się dobrymi radami z kumplem w opałach. Ktoś zepchnął Ciamajdę prosto na grzbiet kocura. „Jeździec” rozpaczliwie łapał za sierść, próbując nie spaść z szalejącego wierzchowca, a jednocześnie uniknąć ogona i pazurzastych łap.

Dzikie rodeo dało Osiłkowi czas na dotarcie do drzwi. Niestety, okazały się zamknięte. Stary Zgred nie ufał zbytnio swoim podopiecznym. A może zwyczajnie wolał co ciekawsze substancje zachować dla siebie, trudno orzec.

Mięśniak musiał jakoś przedrzeć się do okna. Po jedynych wolnych skrawkach podłogi miotał się pupilek Gargamela. Osiłek opadł więc na czworaki i, ostrożnie popychając przed sobą wiaderko, poraczkował pod stołem. Po drodze uważnie obejrzał te kolby i probówki, które doturlały się aż do jego trasy, kilka co ciekawszych wepchnął w spodnie.

Ciamajda tymczasem utrzymywał się na brykającym rumaku resztkami sił. W końcu wyjątkowo gwałtowny podskok posłał nieszczęsną ofiarę na regał z eliksirami.

Oswobodzony Klakier mógł skoncentrować się na pierwotnym celu.

Wyłażący spod stołu Osiłek nagle ujrzał przed sobą żółtawe, ziejące nienawiścią ślepia. Przeciwników dzielił wyłącznie kubełek z bimbrem. Właśnie ta ciecz uratowała błękitną skórę. Kocisko powąchało opary i zaczęło mruczeć z radości. Nigdy nie poczęstowano sierściucha samogonem z meskaliptusa, ale ten zapach… Sam aromat upajał.

Siłacz wykorzystał rozmarzenie wroga. Chwycił pierwszą lepszą kolbę, odkorkował i cisnął prosto w koci pysk. Niestety, w naczyniu nie znajdował się eliksir zamieniający w kamień, ale smurf i tak nieźle trafił. Zawartość chyba miała pH odległe od siódemki, bo zwierzę bardzo nerwowo próbowało pozbyć się ewidentnie żrącej substancji.

Osiłek cichaczem wyminął trącego futerko Klakiera i przekazał bezcenne wiaderko przyjaciołom. Misja zakończyła się sukcesem! Teraz należało jeszcze wycofać się na z góry upatrzone pozycje, najlepiej leżące w pobliżu kilku kubków. Mięśniak już miał wskoczyć na parapet, kiedy jego uwagę przykuły poczynania Ciamajdy gramolącego się w dół regału.

– Uważaj, palancie!

Gdyby tylko okrzyk okazał się bezskuteczny… Ale nie – zaatakowany decybelami oferma drgnął. Wraz z nim drgnęła półka (jedna z najwyższych, żeby nikt z „bandy naćpanych kretynów” nie mógł do niej łatwo sięgnąć) z niebezpiecznymi eliksirami. Kilkanaście pojemniczków spadło. Część rozbiła się w drobny mak. Na stole i podłodze utworzyły się malownicze, różnokolorowe kałuże. Kiedy żarówiastożółta i krwistoczerwona zetknęły się ze sobą, zaczęła powstawać trupiozielona mgiełka. Mgiełka potężnie śmierdziała i łzawiły od niej oczy. Nikt więc nie potrafił później orzec, kto ze smurfio-kociej trójki kotłującej się po laboratorium przewrócił świeczkę bunsenowską.

Zajęło się błyskawicznie. Równie szybko ogień pogodził dotychczasowych wrogów. Już przy drugiej eksplodującej probówce rzucili się w stronę okna. Pierwszy był Osiłek – wyleciał na zewnątrz zgrabnym szczupakiem i z przepięknym telemarkiem wylądował na trawie. Gdyby ktoś patrzył, niewątpliwie mięśniak dostałby wysokie noty. Ale uwaga zebranych skupiła się na Ciamajdzie, który, gramoląc się przez okno, zdołał przewrócić dwie drabiny, strącić Lalusiowi na głowę doniczkę, a w końcu sam walnął o glebę.

Klakier utknął. Smurfy zawahały się przez chwilę, ale spróbowały pomóc znienawidzonemu sierściuchowi. Nie wiadomo jednak, co zadecydowano o gwałtownym wzroście motywacji: szarpanie za wąsy czy przypiekany ogonek. Z dzikim miauczeniem czworonóg wyskoczył z grzybkowego laboratorium i pognał w kierunku studni, po drodze siejąc iskrami na wszystkie strony.

W Wiosce Smurfów zapanował pieprznik dalece przekraczający bałagan podczas pożaru w przybytku Hogaty.

Pandemonium jeszcze przybrało na sile, gdy Strażak nadjechał swoim wozem i chlusnął wodą do wnętrza pracowni. W środku rozległo się kilka wybuchów, a spod drzwi zaczęła płynąć płonąca ciecz.

Na szczęście wtedy nadbiegli Papa Smurf i Gargamel. Łysiejący czarownik sypnął kilka garści piachu na fajczące się grzybki. Żywioł został opanowany, ale Wioska wyglądała nieciekawie.

– Na knebel Lakonii! – pieklił się brodaty smurf. – Co za kretyn gasił palące się eliksiry wodą?!

Strażak natychmiast zamarł i przestał wygrzebywać się spod ziemi.

– Nie doszłoby do tego, gdyby wszyscy zapoznali się z „Zasadami BHP” spisanymi przez Smurfa Ważniaka. Tam można znaleźć drobiazgowe analizy każdego punktu wraz ze szczegółowym omówieniem licznych incydentów. Tom trzydziesty drugi, podpowiem, żebyście długo nie szukali.

– Kto w ogóle bawił się ogniem w moim laboratorium?! – kontynuował ochrzan Papa Smurf, nie zwracając najmniejszej uwagi na przedmówcę.

W tym momencie Klakier miauknął żałośnie, pokazując zebranym poparzony ogon i totalny brak wyczucia chwili. Pałeczkę przejął Gargamel:

– Ty wyliniały worku pcheł! Nawet na dywanik przed kominkiem jesteś za głupi! Miałeś pilnować pracowni niebieskich, a nie urządzać demolkę! Jak ja nie cierpię durnych kotów!!!

– Ojej! I co my teraz zrobimy, Papo Smurfie? – odezwała się Smurfetka. – Przecież najbliższy odcinek miał być o moich urodzinach, jak dostaję od was różne smerfastyczne prezenty. Już dawno przygotowałam listę, a Łasuch obiecał, że zrobi wspaniałe ciasto… Wszystko miało się dziać w wiosce! Jak my teraz pokażemy takie spalone domki?

– Trudno, Smurfetko, twoje urodziny wyprawimy kiedy indziej, teraz coś zaimprowizujemy. Zrobimy piknik na polanie albo wybierzemy się w odwiedziny do Homnibusa…

– Och! A ja się tak cieszyłam! I nową sukienkę sobie naszykowałam… Taką ładną!

– Tego… – wtrącił się Gargamel. – Zapraszam do mnie. Pułapki mam w miarę czyste. Albo Klakier może was ganiać po całym lesie. To w końcu ten głupi sierściuch – czarownik spróbował kopnąć kocura, ale ten odskoczył, miaucząc wściekle – doprowadził do pożaru.

– Niezły pomysł. Ale i tak potrzebowalibyśmy Wioski, chociaż ogólnego obrazu, z daleka… Może jakieś makiety, bo grzyby tak szybko nie wyrosną…

– Mam mnóstwo pudełek po podgrzewaczach chemicznych – zaproponował czarownik. – Przyniosę i powycinamy, co tam potrzeba, żeby Wioska wyglądała, jak należy.

Gargamel skoczył do siebie, po kilku minutach wrócił z naręczem tektury. Smurfy, głównie Krawiec, wkrótce stworzyły sylwetki spalonych domków.

– No, to jeszcze tylko ładnie pomalujemy te tekturki i kryzys zażegnany. Osiłku, zajmiesz się tym z przyjaciółmi?

– Tak, Papo Smurfie!

Kiedy tylko Stary Zgred zniknął wszystkim z oczu, banda podeszła do smerfików.

– Szczyle, ktoś musi pomalować te wycinanki. Bierzcie farby i zachrzaniajcie!

– Akurat! – odparował Złośnik. – Sam słyszałem, że Papa Smurf kazał to zrobić wam!

– Nie pyskuj, gówniarzu, bo jak cię smerfolnę ciętą ripostą w ten pusty baniak, to ci odpadnie i będziesz czapkę pod pachą nosił!

– Chodźcie, chłopaki! Poprosimy papcia Gargamela, na pewno nam pomoże! – łagodziła spór Sasetka. – Dla niego to machnąć trzy razy pędzlem i gotowe.

– No, niech będzie – z niechęcią zgodził się Złośnik, ale nadal szeptem buntował kolegów: – Pomalujmy domek Osiłka na jakieś smerfujowe kolory!

– Dobrze gadasz! – poparł go Gapik. – Na różowo!

– I w serduszka! – zachichotała Sasetka.

– O, tak! – zachwycił się pomysłem Nat. – Jeszcze ta blond idiotka się pomyli i właduje do środka! Dopiero będą jaja!

Smerfiki poszły po farby i pędzle, a grupka starszych niebieskich stworków wydobyła z ukrycia pieczołowicie przechowywany kubełek z bimbrem. Na szczęście chatka Łasucha ocalała. Tam też kumple skierowali swe kroki.

 

Po dwóch godzinach Wioska wyglądała jak nowa. Świeża farba połyskiwała soczyście w promieniach słońca. Nad osadą fruwały ptaszęta, przynajmniej te, które lubiły narkotyzować się lakierami i innymi chemikaliami. W domku Łasucha rozlewano ostatnie krople przezacnego samogonu i nakładano na talerzyki ostatnie plastry pasztetu.

Nagle rozległ się głos pana Peyo:

– Uwaga, smurfy! Zbliża się transmisja!

Gargamel złapał Klakiera pod pachę i, sadząc ogromne susy, pognał do domu. Wprawdzie miał się pojawić dopiero w dziewiątej minucie, ale jeszcze musiał zdjąć wygodne dżinsy, a potem wbić się w starą, połataną i od dawna przyciasną szatę.

– Wchodzicie na wizję za dziesięć…

Podpite smurfy wybiegły z chatki. Tylko Ciamajda i Śpioch zostali przy stole.

– …osiem, siedem…

Maruderzy zaaplikowali sobie po potężnym rozchodniaczku.

– …pięć, cztery…

Ciamajda, z trudem łapiąc pion, szukał właściwych drzwi między kilkoma tańczącymi szaleńczo otworami wyjściowymi. Śpioch zasnął z nosem w resztkach pasztetu.

Chórek smurfów zebrał się na środku Wioski. Harmoniusz zbliżył trąbkę do ust.

– …dwa, jeden. Akcja!

– Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smurfów las…

Koniec

Komentarze

Gargamel i Klakier… Łezka się kręci w oku… :-)

:-( Ale masz u mnie krechę. Za futro Klakiera, za przysmalenie ogona… :-(

Adamie, dziękuję za wizytę. :-)

:-( Ale masz u mnie krechę. Za futro Klakiera, za przysmalenie ogona… :-(

Ech, ja wiedziałam, że tak będzie… Nawet w przedmowie o tym wspominam.

Babska logika rządzi!

Mit upadł – pijane Smurfy, Gargamel w dźinsach, tylko ofiara z Klakiera należycie złożona – jak zwykle zresztą.

Grzyby działają – ciekawe czy sama pędzisz:)

Jestem kociarzem – to tak na marginesie:P

 

PS. Niektóre sposoby wyrażania myśli trochę mnie uwierają, ale nie na tyle, żebym cytował, no, może jeden najboleśniejszy dla mnie cytacik…

 

“Gargamel skoczył do siebie, po kilku minutach wrócił z naręczem tektury. Smurfy, przy wydatnej pomocy Krawca, wkrótce stworzyły kontury spalonych domków”. – trochę mi się to w głowie rymuje i przez to nie pasuje:)

Dziękuję, Odysie. :-)

Cóż, kiedyś w końcu trzeba dorosnąć i przestać wierzyć w przyjacielskie smurfy i inne krasnoludki. ;-)

Dobra, coś spróbuję zrobić z tekturowymi konturami.

 

Edit: Aha, nie mam kota (a jeśli już, to nie czteronogiego) i nie pędzę bimbru ani nie hoduję grzybków. Zdarza mi się je jadać, ale zawsze są to gatunki oznaczone w atlasach jako “jadalne”. ;-)

Babska logika rządzi!

We Wiosce Smurfów zapanował pieprznik dalece przekraczający bałagan podczas pożaru w przybytku Hogaty.

Czy przypadkiem po pieprzniku nie powiniem być przecinek? 

 

Masz dwie wersje – smurfy i smerfy, któraś pewnie przez przypadek :) 

 

No i masz babo placek! Kolejny mit z dzieciństwa lega w gruzach ;) Ubawiłam się z tej “pozakamerowej” wizji smurfowej wioski. Jak zwykle – udało Ci się opowiadanie i zamiar.

 

EDYCJA

Zanim skończyłam komentarz, pojawiły się inne :) 

 

zawsze są to gatunki oznaczone w atlasach jako “jadalne”

Wiesz, Finklo, wszystkie grzyby są jadalne ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca.

Hmmm. Przecinka nie jestem pewna. Na razie zostawię, jak jest.

Smerfy gdzieś się przemyciły? Zaraz poszukam.

Cieszę się, że rozbawiłam. No co Ty? Naprawdę do dzisiaj wierzyłaś, że Ciamajda na trzeźwo jest taki nie do życia? Musi być jakaś przyczyna…

Było szybciej czytać albo pisać, jeśli chciałaś pierwsza skomentować. ;-)

Wiem, wiem… Dlatego zaznaczyłam, że to o te grzybki z atlasu mi chodzi.

 

Edit: Całkiem sporo się tych “smerfów” nazbierało. Teraz zostały już chyba tylko smerfiki i określenia typu “smerfastyczny”. Te już piszę przez “e”. Czy SJP ma jakieś zdanie na ten temat? ;-)

Babska logika rządzi!

Przecinka nie jestem pewna.

Też nie jestem pewna i dlatego pytam. 

 

Było szybciej czytać albo pisać, jeśli chciałaś pierwsza skomentować. ;-)

W pracy to nie takie proste, niestety :( 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajna historyjka:) Prawdziwe życie smurfów, czyli jak zwykle to, co najciekawsze dzieje się za kulisami ;) Ps. Ja dla odmiany kociarą nie jestem, więc klakiera mi nie żal ani trochę ;P

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

jeśli już tak sie doktoryzujemy, to moim skromnym zdaniem “speca od interpunkcji”, przecinka przed pieprznikiem stawiać nie ma konieczności, no chyba że komuś oddechu braknie, natomiast przeczytajcie to zdanie na głos –  i ile jest tam wyrazów na “p”.

 

“We Wiosce Smurfów zapanował pieprznik dalece przekraczający bałagan podczas pożaruprzybytku Hogaty”.

i tak:

 

albo to zabieg zamierzony – rytmiczny, albo niedopatrzenie…, albo jeszcze coś, czego nie ogarniam…

O, ile komentarzy!

Śniąca, no to jeszcze poczekam na kolejną opinię. Jeśli komuś będzie przeszkadzał, to zmienię. Nie zamierzam tego bronić jak niepodległości. ;-)

Dziękuję, Wiwi. Co zrobić, biedne dzieci zwykle dostają ocenzurowane opowieści… Nie miałam porywającego pomysłu, jak wywrócić Klakiera na nice, zostało agresywne zwierzątko o małym rozumku.

Odysie, w polskim przedrostki na pe pojawiają się powszechnie. I co im zrobisz? Nie wydaje mi się, że takie nagromadzenie to błąd. IMO – ani zamiar, ani niedopatrzenie. Przypadek… Bo nawet nie porządna aliteracja.

Babska logika rządzi!

O jejku, o rany, o mamciu…

No, się popłakałam. Taki śmiech przez łzy.

Coś Ty zrobiła? No co? Jak można tak bajki mordować?!

 

Znaczy ładniutkie :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

…to już kwestia gustu, wyłącznie mojego, uwiera i tyle  – bez podania obiektywnej wykładni.

Ale w sumie nie za bardzo lubię sie tak doktoryzować. Az takie szczegóły nie powinny mieć znaczenia w wyrażaniu własnego zdania o tekście, no chyba, że redaguje się książkę w komercyjnym obrocie wydawniczym…

Odezwała się Ta-Która-Nigdy-Nie-Skrzywdziła-Żadnej-Bajki. ;-p

A, bo moja chrześnica uwielbia Smurfy, ciągle chce się w nie bawić (zwykle mam odgrywać rolę Ważniaka ;-( ) i tak mnie kiedyś natchnęło…

Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Odysie, musisz być bardzo wrażliwy językowo. Ja nawet rymu nie zauważyłam, a nagromadzenie słów na jedną literę to już w ogóle nie ma szans na spostrzeżenie…

Babska logika rządzi!

W czyichś tekstach widzę, w swoich nigdy:P

Ślepota autorska… Zawsze tak jest. Ale po odrobinie treningu się poprawia. :-)

Babska logika rządzi!

zwykle mam odgrywać rolę Ważniaka

Ooo! A czym jej podpadłaś? ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

:-)

Nie mam pojęcia. Tak poza tym, to dziecko lubi ciocię Finklę.

Na szczęście nie ma jeszcze tyle siły, żeby mną rzucić, kiedy przysmęcam. Kontentujemy się onomatopeją: “Ziuuuu… Trzw!”. ;-)

Babska logika rządzi!

Abstrahując od kotów, przyznam, że – mam nadzieję, że nie będziesz mi miała tego za złe, Finklo – takie historyjki kojarzą mi się z nastolatkami, których bawi to, że tekst jest o piciu, są w nim brzydkie wyrazy, bohaterowie się zataczają pijani i w ogóle to patrzcie, jakie to wszystko niegrzeczne.

Swego czasu czytałam tego typu opowieści o Kubusiu Puchatku (skądinąd niegdyś popularne w Internetach), ale bawiły mnie właśnie “swego czasu”, kiedy byłam… chyba nawet przed liceum. Teraz już mnie nie bawią. Sztywniak ze mnie, nie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, dzięki za wizytę.

Jasne, że nie będę nic miała za złe.

Hmmm, nie chodziło mi o picie per se, tylko o to, że bohaterowie po wyłączeniu kamer zachowują się całkiem inaczej. Alkohol to tylko przykład, jeden z wielu; Osiłek zastrasza maluchy, Smurfetka zachowuje się jak wredna suka, Papa Smurf grywa z Gargamelem w szachy… Owszem, bimber odgrywa dużą rolę, bo stwarza niezłe możliwości fabularne. Gdyby smurfy, zamiast na piwo, poszły grać w bilard, to nie byłoby historii.

Hej, ale te opowieści o Kubusiu były śmieszne! Mi przynajmniej podobały się bardziej niż oryginał. ;-) Chociaż poznałam je już po maturze.

Babska logika rządzi!

Nie podzielę poprzednich zachwytów i zgodzę się z Jose. To już było i w dodatku kiedyś bardziej zabawne, niż tutaj. Gdyby ten tekst był o czymś więcej niż o zapijaczonych zdemoralizowanych smurfach, to i może byłby powód do dobrego słowa, ale tak, to nie. Nudne i nieciekawe.

smurfo di tutti smurfi

Hahahahaha! 

 

No i z “pożaru w przybytku Hogaty” też się niezmiernie uśmiałem.

A poza tym słowo zuo zapisane w ten właśnie sposób, jawi mi się po stokroć bardziej złowrogim (sorki – zuowrogim), niż zwyczajne zło. Ten Dzikus to wie jak postrach zasiać.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

OK, dziękuję za wizytę, Berylu.

Jak to o czymś więcej? A Klakier?! ;-)

No dobrze, mamy różne poczucia humoru.

Babska logika rządzi!

Jak przeczytałem swój komentarz, to wydał się strasznie oschły, nie chciałem, samo tak wychodzi :/

Nie, takie coś pewnie jest w granicach mojego poczucia humoru, patrz na to, co sam piszę czasem, ale akurat mam wbite do głowy, że takie potraktowanie postaci z bajek to motyw mocno schematyczny i mi się już przejadł, więc raczej pojedynczych gagów nie docenię ; )

Dziękuję, Thargone.

I rozbawiłam, i postraszyłam… Co za emocje! ;-)

Demolka browaru (dodam, że jedynego w lesie) też chyba nie przejdzie bez echa. ;-)

Babska logika rządzi!

Spoko, Berylu, przeżyłam. Oddychaj głęboko i wszystko będzie dobrze. ;-)

Hmmm. Może z Jose czytaliście znacznie więcej tych historyjek o Kubusiu? Ja pamiętam tylko tę o dragach. Coś tam jeszcze mi majaczy jakieś Just 5, ale bez szczegółów. A może to jedna była? No i dowcip o Prosiaczku wracającym z wojska.

Babska logika rządzi!

Finklo, ja na tyle długo czytam opowiadania w Internetach, że już naprawdę niejedno ciekawe zjawisko widziałem :P A na portalu nawet był konkurs na Antybajkę.

Teraz zabrzmiałeś, jak Dziadek Beryl, staruszku. Dopisz jeszcze, że za Twoich czasów opowiadania były śmieszniejsze. ;-p

Widziałam konkurs, chyba nawet jakieś teksty czytałam, ale cała zabawa odbyła się przed moją rejestracją. Pewnie antybajkowy tag z konkursu właśnie pochodzi…

Babska logika rządzi!

smurfo di tutti smurfi

piękne ;-)

 

A ja się uśmiechałem. Może i humor taki szkolny, może to już było o Kubusiu Puchatku, ale wersja jest smerfna i nie tak wulgarna, jak alternatywne przygody rzeczonego misia. Spasiba ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Psycho.

You are welcome.

Babska logika rządzi!

Mnie raczej nie rozbawiło. :\ Jakoś tak mam, że większość antybajek jest dla mnie bardziej sztampowa od oryginalnych bajek. Bimber, dragi, wulgaryzmy… Nic nowego w sumie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nabijałam się z Beryla, aż prawdziwy Dziadek przyszedł. ;-)

OK, dzięki za wizytę, Szyszkowy.

Dragi, dragi… Te stworki nawet w wersji dla dzieci mieszkają w grzybkach z kolorowymi kapelusikami. ;-)

Babska logika rządzi!

Z dzikim miauczeniem czworonóg wyskoczył z grzybkowego laboratorium i pognał w stronę studni, po drodze siejąc iskrami na wszystkie strony.

Może by pognał w kierunku studni? ;)

 

Substancja chyba miała pH odległe od siódemki, bo zwierzę bardzo nerwowo próbowało pozbyć się ewidentnie żrącej substancji.

Wymień jedno na płyn (albo coś innego o ciekłym stanie skupienia)

 

A tak poza tym… Masz na sumieniu moje dzieciństwo :’(

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Dzięki, Unchained, zaraz poprawię.

Oj tam, oj tam. Dorosły się zrobiłeś i bez mojego tekstu. ;-)

Babska logika rządzi!

“We wiosce”? (x3). To brzmi dziwacznie.

Wyśniony przecinek jest opcjonalny. Jeśli Autorka chce zaznaczyć, że “dalece przekraczający bałagan podczas pożaru w przybytku Hogaty“ stanowi istotną cechę pieprznika, który ma na myśli, to z przecinka powinna zrezygnować (tak jak to uczyniła).

Osiłek lizie przez okno z “drugim kubełkiem”, a jak już wlizie, to smurfy podają mu “zapasowe wiaderko”. To co, ile tam jest w końcu tych kubełek wiaderków?

 

OK, megaoryginalne ani superambitne to opowiadanko nie jest. No i co. Czytało się przyjemnie. Parę razy nawet się uśmiechnąłem. Niezłe czyli.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Matko, tych opowieści o Kubusiu to ja skserowanych miałam ze trzy albo cztery… ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jerohu.

Hmmm. W wiosce niewygodnie mi się mówi. Jesteś pewien, że w?

Oj, kubełki mi się tajemniczo rozmnożyły? Cholera, niedobrze… Pisałam na trzeźwo.

Miło, że uśmiechnęłam.

Jose, aż tyle? I jeszcze skserowane? No to rozumiem przekarmienie.

Babska logika rządzi!

W Warszawie, nie we Warszawie. Poniedziałek już od wtorku poszukuje kota w worku. Nie we worku. Natomiast: we wtorek, we wrześniu, we Wrocławiu. W trzech ostatnich przypadkach po przyimku masz zbitkę spółgłoskową. Widać – przed W “niezbitkowym” krótki przyimek wymawia się ludziom wystarczająco komfortowo.

Gdyby wiele osób mówiło (pisało) inaczej – zwróciłbym uwagę. O tyle jestem pewien.

Tak więc na przykład we wiosce to dla mnie forma wydumana albo jakiś dialekt. Ewentualnie oryginalna, przesadnie staranna maniera.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

OK, przekonałeś mnie. Zmieniam.

Babska logika rządzi!

Kurcze, ja to zawsze na czują pisałem – a jeroh tak ładnie wyłożył…

 

Goopi ryba, było olać politechniki, a na filologię płynąć…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, ale inżynierem po filologii byś nie był…

Pobyt na portalu i w rok odwalasz pięć lat studiów. ;-)

Babska logika rządzi!

:-)

Cieszę się, że przekonałem i że się podobało. A czuj to podstawa.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czuj, czuj! Czu-waj!!! ;-)

Babska logika rządzi!

Język opiera się w znacznej mierze na wyuczonym czuju.

Czuj duch! :-D

 

EDIT:

Duch języka, rzecz jasna! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A jaka jest różnica między czujem a wyczuciem?

Babska logika rządzi!

Wyczucie to bardziej przyswojona i oswojona forma czuja. Czuj jest pewnym wrażeniem, podczas gdy wyczucie jest zbiorem czujów, zapamiętanych i usystematyzowanych.

:)

Słownik by tego lepiej nie ujął *-*

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Piękna definicja. :-)

Babska logika rządzi!

Uwaga, prezentuję różnicę:

 

 

Oto czuj:

 

 

Ergo: “na nos”.

 

 

 

A oto wyczuwanie:

 

 

Ergo: na małego zielonego

 

 

;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, Beryl już lepiej wytłumaczył. Ale Twoje wyjaśnienia też kształcące. :-)

Babska logika rządzi!

Widzę, widzę, pi razy drzwi to samo, ale wtedy nie wiedziałem… Damn… Zielony szybszy, wyczuł mnie on! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bo obraz wart jest tysiąca słów. Ty masz dwa kilo z hakiem, a Beryl oczko. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre. Głosuję za biblioteką, bo musi być w niej coś pouczającego dla dzieci.

Dzięki, Marcinie.

Ale dzieciom to bym tego na razie nie czytała. Przynajmniej nie tym młodszym. ;-)

Babska logika rządzi!

Właśnie przeczytałam sobie na dobranoc i fajnie, że sobie przeczytałam. Dobranoc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobranoc. :-)

Miło, że nie żałujesz.

Babska logika rządzi!

Nie, nie żałuję niczego!

Jak Edith Piaf, tylko ona nie żałowała po francusku, a ja po polsku. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nic a nic. Ładnie nie żałowała. :-)

Babska logika rządzi!

Wymiana zdań Papy Smurfa z Gargusiem, podczas gry w szachy, świetna. Dialogi prosto po przybyciu wspomnianej dwójki do rozpieprzonej wioski – bardzo dobrze oddające oryginalne wypowiedzi bajkowych postaci. Cała reszta, czyli motyw pijacki – moim zdaniem – niezabawny.

Czyli generalnie jest OK, ale dowcipem to mnie nie zabiłaś. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Dzięki, Seth.

Wiesz, ja w ogóle nie chciałam zabijać. Ale rozumiem, że żartem nie położyłam. Trudno.

Dobrze, że chociaż niektóre dialogi jako tako wyszły. Ha! Całe lata researchu w młodości… ;-)

Babska logika rządzi!

Ile już takich bajek w krzywym zwierciadle było. Ech, jak zwykle sami alkoholicy… i w ogóle… Ale mnie jakoś to wciąż bawi. ;) 

 

Wędrowały smurfy przez zielony las, Nie cierpiały jagód, wolały dać w gaz!” ;D

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dzięki, Elanarze.

Cieszę się, że rozbawiłam.

Oj, nie sami alkoholicy. Smurfetka nie pije, odkąd… Nieważne. A Papa Smurf potrzebuje tego bimbru do doświadczeń. I czyszczenia laboratoryjnego szkła. ;-)

Babska logika rządzi!

Ciekawa koncepcja, taka “za kulisami”. To, co mi się nie podobało, to zbytnia “westernizacja” bohaterów. Gargamel mógłby darować sobie jeansy, zwłaszcza, że jego szata sprawa wrażenie dużo wygodniejszej.

Ciekawe ukazanie “podziemnego” świata Smerfów, przy jednoczesnym zachowaniu poszczególnych charakterów. Czytało się przyjemnie. 4/6. :) 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki, Arhizie. :-)

Hmmm. Mnie się wydaje, że wygodniej chodzić w dżinsach niż długiej kiecce. Nie wloką się po ziemi przy wysiadaniu z tramwaju, nie zahaczają o gałęzie w lesie, nie zasłaniają widoku, gdy trzeba patrzeć pod nogi, nikt nie przydeptuje, kroki można stawiać dowolnej długości… Dresy byłyby jeszcze wygodniejsze, ale nie chciałam z Gargusia robić dresiarza.

Właśnie to chciałam – pokazać, co Smerfy robią, kiedy kamera nie patrzy.

Babska logika rządzi!

Garguś – dres. To byłoby coś! :D

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Ale właśnie wolałam, żeby nie był tępym osiłkiem. A teraz – gra z Papą Smurfem w szachy, a nie w durną wojnę.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka