- Opowiadanie: Werwena - Ziółko

Ziółko

Okazało się, że i w mojej szufladzie jest coś, co może się nada na konkurs :)

Z dziesięć lat będzie, jak zaczęłam to pisać. Wyszperałam, dokończyłam, może się nada. Choć parodia w tym przypadku oparta jest głównie na settingu. Nie wiem, czy to wystarczy.

 

Ah, wiem, że teraz w internetach wieśminów jest rozmaitych od groma. Jednak zapewniam, że gdy wymyśliłam tego, na żadnego innego jeszcze się nie natknęłam.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ziółko

 

Popołudnie było ciepłe, leniwe i dłużyło się niemożebnie. Słonko wędrowało po niebie powoluśku, opadało coraz niżej i niżej nad te lasy gęste, zielone, tętniące życiem jakimś tajemnym i strasznym. Opuszczało się, ale wciąż wisiało ponad drzewami, nie mogąc dotknąć ich czubków, głaskało je tylko leniwie złocistymi promieniami. Wioska była cicha i jakby uśpiona. Ino muchy bzyczały natrętnie, raz w raz zaryczała gdzieś krowa, tu i ówdzie szczeknął pies, krótko i od niechcenia.

Genek wyciągnął się pod gruszą, zamknął ślipia, ręce wetknął pod głowę i leżał tak bez ruchu, drzemiąc abo rozmyślając nad czymś głęboko. Ani drgnął, kiedym zaczął cicho przygrywać na fujarce, widocznie głęboko urzeczony i kołysany spokojną melodią. Dźwięki, lekkie jak jesienne mgły, spowiły go, kieby zwiewny całun, i pogrążył się cały w muzyce słodkiej, w świecie cudownych rojeń i zachwytów, które ona z sobą niesła. Ani chybi tak było, bo trza wam wiedzieć, że w całej wsi nie masz grajka ani śpiewaka, któren by się mógł ze mna równać. A i tancerz ze mnie niezgorszy, zwinny a urodny, że się zawsze wkoło mnie tyli dziewoj kręci, tyli za mną chodzi, że strach. Genek mniej ma szczęścia, bo choć chłop jeszcze nie stary, to łeb ma całkiem siwy, a spojrzenie takie, że lęk nieraz człowieka bierze.

Leżelim tak wespół na trawce, na zielonej, tonąc w prześlicznych dźwiękach, chwytając te złociste, popołudniowe promienie słonka, aż tu nagle jak się Genek nie zerwie, kieby przez żmiję okąszon, jak nie warknie na mnie:

– Cichaj, Wrzaskier!

Zcichłem, a jakże, pewno że zcichłem, przecie tchu mi w płucach zabrakło ze wzburzenia. Jużem usta układał, coby mu odpowiedzieć jak należy na taką zniewagę, kiedy do mych uszu dobiegły nawoływania od strony drogi, która wiedła prościutko do lasu.

– Panie Genek! Panie Geneeek!!!

Podniesłem się, ręcami oczy osłoniłem, stanąłem przy Genku i patrzałem. Pół pacierza nie minęło jak na drodze ukazały się dwie postaci, bieżące żwawo, a zziajane kiej te dzikie psy. Rozpoznałem Radka, syna sołtysa Wędzimira, i młynarzowego pasierba.

– Ratujta…! Ratujta, panie Genek! – zakrzyknęli, skoro nas spostrzegli.

Zbliżyli się jeszcze nieco bardziej i jęli gadać jeden przez drugiego.

– Wiedźmę– śmy złapali… czarownicę prawdziwą!

– Chłopy tam chcą widłami zakłuć a baby wrzeszczą i jeno podjudzają.

– Myśmy im rzekli, poniechajcie, nie wam plugastwo tępić, tu trza fachowej ręki!

– Wieśmina trza!

– O, takeśmy im rzekli i zaraz tutaj przybieżali.

– Do was, panie Genek, do naszego obrońcy. Ratujta!

Wieśmin podrapał się po siwym łbie, przeciągnął, aż kostki strzyknęły, i powiedział do nich:

– Prowadźta.

Chłopy rzuciły się skwapliwie z powrotem na drogę, Genek ruszył za nimi. Cóżem miał zrobić, też polazłem. I nie żeby bez ochoty, hale!

Caluśką drogę opowiadali o czarownicy: jaka to paskudna, jak jej źle z ślepiów patrzy, jakie straszne trucizny ma ze sobą. Wieśmin nie odzywał się, słuchał jeno i mruczał cosik raz w raz pod nosem. Tymczasem weszli żeśmy w las, pomiędzy sosny smukłe i wysokie, pomiędzy brzózki bielejące. Tam już niedaleko była polana, na niej tłum ludzi, tych, co akuratnie chrust zbierali, kiedy się wiedźma napatoczyła, i tych, co się zleźć zdążyli jak wieść o tym się rozniesła. Kocioł był i rejwach okrutny, chłopy wymachiwali widłami, cepami i czym tam który mógł, baby darły się i piszczały, tu i ówdzie jakiś młodzik, korzystając z zamieszania, szczypał co dorodniejszą dziewkę po rzyci.

– Wieśmin przyszedł! – ktoś zakrzyknął i tłum się rozstąpił. Na to Genek stanął jak wryty, gębę rozdziawił i zamrugał oczami. Czarownica, trzymana przez dwóch wielkich chłopów, szarpnęła się. Nosiła gruby, długi warkocz, czarny kiej smoła. Na sobie miała brudną białą koszulinę i połataną czarną spódnicę. Wlepiła w Genka ślepia, wściekle fioletowe, i rzekła spokojnie:

– Genek.

– A pewno, że Genek – krzyknął ktoś z tyłu. – Wieśmin Genek z Rywic!

Genek wciąż stał bez ruchu, tyli że gębę zawarł, a potem powiedział do niej:

– Yanka.

– Genek, laboga, oczom dać wiary nie mogę! – Zakrzyknęła czarownica i aż się zachłysnęła, diable nasienie. – I prawie nie odmienion! Tyli, że ci łeb ze szczętem osiwiał, kieby dziadowi jakiemu staremu.

– Pewno, że osiwiał – ozwałem się, jako że jedyny prócz wieśmina ni trochę strachu przed wiedźmą nie czułem. – Jak miał nie osiwieć, kiedy wieśminem jest? Niełatwa robota, ni chwili spokojności człek nie ma. A i nieraz z kostuchą musi oko w oko stanąć. I miał nie osiwieć? Przecie…

– Cichaj, Wrzaskier – przerwał mi Genek, zupełnie nie zważając, żem w jego obronie stanął dzielnie.

– Co tu się stało? – zapytał, ale do wiedźmy mówił, nie do ludzi.

– A ot, napadli mnie, w biały dzień, całą zgrają. Widłami grozili i od czarownic zwyzywali, od plugastwa. A jam niewinna przecie! Kieby ta dziecina czyściuchna!

Tłum zaszemrał gniewnie, skotłował się.

– Pewnikiem – mruknął wieśmin i pokiwał głową. Bo, jako się potem okazało, znał babę dobrze. Bardzo dobrze, rzekłbym nawet.

– Czemuśta ją napadli? – Tym razem ozwał się w stronę tłumu.

Jeden z chłopów, wąsaty Dzikstra, wypchnął się na przód i jął opowiadać, machając przy tym ręcami tak zapalczywie, że się wieśmin raz wraz uchylać musiał.

– Przyszli my do lasu, po chrust. Tamoj, żeśmy zbierali, o, gdzie te sosny wysokie. A że letko szła robota, to w kilku żeśmy dalej poszli, przy okazji i za grzybkami patrząc. Aż tu nagle baczym – baba jakaś obca po lesie łazi, zioła okrutne zrywa i coś pod nosem mamrocze, ani chybi urok jakiś na wioskę rzuca. To pochwycilim wiedźmę i sprawiedliwość jej wymierzyć chcieli. I tyla!

Tłum zamruczał coś niewyraźnie na znak, że tak to właśnie było. Czarownica odczekała aż ludziska ucichną i powiedziała spokojnie:

– Toć ziółka niewinne zrywałam, roślinki lecznicze. Ze wsi mojej w cały świat poszłam, roboty jakiej szukać, bo źli ludzie wszystko pokradli i nędza przyszła. Już ósmy dzień będzie jak przez las idę, na ziemi goluśkiej sypiam. To mi od tej wilgoci wszystkie gnaty powykręcało. Była u nas znachorka we wsi, lekowania mnie uczyła i coś niecoś się na tym wyznaję, ulżyć sobie żem chciała. A oni – że wiedźma. Macie wy znachorkę we wsi? Niechże sama popatrza na ten bukiet, dyć wam powie, że to nie trucizna żadna a roślinki lecznicze, niewinne.

W te nocki, co to je baba miała na ziemi pod krzakami spędzić, to żem nawet uwierzył, jako że solidnie od niej kwieciem woniało. W szczególności bzem i agrestem.

Wieśmin spojrzał na dwóch parobków stojących z brzegu, a tak spojrzał, że się pod obydwoma kulasy ugięły.

– Ganiaj jeden z drugim do wsi po Filipkę. Ino żwawo!

Polecieli, aż się za nimi zakurzyło.

A wiedźma popatrzała na Genka, uśmiechnęła się słodko i cichutko rzekła do niego, że tylko ci, co najbliżej stali, usłyszeli:

– Przecie ty mnie znasz, przecie wiesz, że żadna ze mnie czarownica – oko jej błysnęło, a tak jakoś straszliwie, że i mnie nawet po plecach zimny dreszcz pełznął. Źle babie z ślepiów patrzało. Ale urodna była jak mało która.

Wieśmin mruknął coś i utkwił wzrok w białawym pniu brzozy. Na kilka chwil polanę spowiła cisza.

Czekanie na Filipkę zaczynało się przeciągać, nie dziwota zresztą, bo się stara musiała kawał drogi dowlec. Ludzie niecierpliwili się, tu i ówdzie rozbrzmiewać poczęły coraz bardziej wzburzone szmery i pomruki, aż w końcu znowu chłopy chwycili za widły, baby jęły wykrzykiwać, co im ślina na jęzory niesła, rejwach się zrobił jak na jarmarku jakimś. Ale nikt przy wieśminie tknąć wiedźmy nie śmiał.

W końcu przyczłapała Filipka, wioskowa znachorka. Stare babsko, pomarszczone, piersi ogromniaste na brzuchu noszące. Parobkowie podtrzymywali ją z obu stron, coby szybciej lazła. Po drodze widać całą sprawę jej wyłożyli, bo nikogo o nic nie pytała, jeno podeszła od razu do zniewolonej czarownicy, wyjęła jej z rąk zielony bukiet, obejrzała kolejno ziółko po ziółku.

– Dobre jak kogo od zimna czy mokra w krzyżach łupie – wymamrotała. – I na katar tyż może być.

Na to wiedźma zaśmiała się i zakrzyknęła:

– A widzita!

– Niewinną kobitę żeście nastraszyli – odezwał się wieśmin, głosem jakby odmienionym. – Należy jej się za to gościna i dobre przyjęcie. Wracajta do swoich zajęć, baba na razie pójdzie ze mną.

Ludzie poczęli się rozchodzić, wyraźnie niezadowoleni. Genek i Yanka stali naprzeciw siebie, ani palcem nie ruszając i ani słóweczka nie roniąc, dopóki polana nie opustoszała całkiem i nie ostaliśmy na niej we troje. Potem, na nic już nie zważając, wiedźma wyrzuciła ramiona w górę, obcasem zaryła w ziemię i jęła łazić od drzewa do drzewa, jakby jakąś furią ogarnięta i kląć na czym świat stoi, że nawet powtórzyć nie śmiem. Dopiero gdy pierwsza wściekłość z niej uszła, wieśmin schwycił ją za rękę, zatrzymał i zniewolił przy sobie. Patrzała na niego hardo, ustka w wąską kryskę zaciskając, ale z wolna ogniki w fioletowych ślepiach przygasały i napięcie czmychało z jej ślicznej buzi, aż w końcu uśmiechnęła się delikatnie i ozwała się znowu do niego:

– Genek.

– Chodźmy do wsi – odparł wieśmin. – Dostaniesz cosik do zjedzenia, odpoczniesz. Pogwarzym sobie troszeńkę.

– Chodźmy, chodźmy! – Zakrzyknąłem, bo udał mi się ten pomysł okrutnie.

Popatrzali na mnie z takim jakimś zdziwieniem, jakby pierwej wcale mnie nie widzieli.

***

 

– Wrzaskier, a czy to aby nie woła cię jakaś dziewka?

Wyszedłem przed chałupę, aby się rozglądnąć, a że nikogo nie dostrzegłem, skręciłem za róg zobaczyć, czy się może jaka bardziej nieśmiała dziewoja od drugiej strony nie czai. Wtedy akuratnie wiaterek musiał w stronę chaty zawiać, bo drzwi trzasnęły aż gruchnęło. Za domem też nikogo nie było, zawróciłem tedy i jąłem drzwi otwierać, ale widać tak jakoś walnęło, że aż od środka skobel opadł i nijak ruszyć nie mogłem, a tamci dwoje, siedząc w izbie, pewno nie słyszeli hałasów z sieni. Cóż mi było robić, siadłem na niziutkiej ławeczce, tuż pod oknem i czekałem, ktoś w końcu kiedyś musiał wyleźć. Minuty wlekły się niemożebnie, a do moich uszu docierały przytłumione głosy z wewnątrz.

– Wygnali cię? – pytał Genek.

– A gdzie tam! – odkrzyknęła Yanka i przerwała na chwilę. – Wygnali. Chałupę spalili i kijem pożegnali.

– Dokąd pójdziesz?

– Gdzie nogi poniesą.

– Jest pusta chata we wsi, po wdowie bezdzietnej, co na zwiesnę umarła. Możesz zostać, ludzi lekować.

– A juści! Tak mnie tu przyjęli, z wyciągniętymi ręcami, psie syny! Od razu się poznali i tyla tam będą wierzyć! Przyjdą kiedy w nocy, kura czerwonego na dach puszczą…

– Mi uwierzą.

Na to się cicho zrobiło zupełnie. A potem jakieś szmery się rozległy, jakieś głosy tak przytłumione, że nic już żem więcej nie usłyszał, ucha przecie specjalnie nie przykładałem, kiej jaka baba wścibska, gdzieżby tam!

Ino cosik mi wtedy we łbie zaświtało. Przecie niepodobna, że oni moich nawoływań nie słyszeli, kiedym ja na tej ławeczce siedząc, niemal słówka nie uronił z ich gadaniny. Podniesłem się, podstęp jakiś wietrząc, a że wiedźmie wcale jeszcze zaufać nie zdążyłem, tom nie miał skrupułów, by do okna przypaść, na gorącym uczynku czarownicę złapać. I chwała mi za tę umysłu przytomność, co najjaśniejszą jest spośród mych przymiotów! Oto, cożem przez okienko zobaczył: nad paleniskiem dyndał kociołek, a z niego opary się unosiły zgniłozielone. Wiedźma tuż obok stała, chustą czarną, haftowaną, gębę zasłaniała, coby świństwa nie wdychać. A Genek – laboga! – na klepisku klęczał, ślepia nieprzytomne w plugastwo czarnowłose wlepiał, z kącika ust strużka śliny się sączyła.

Jużem miał do okna łomotać, wieśmina otumanionego ratować, kiedy ciężar jakiś okrutny na plecy mi spadł, szpony diabelskie rozdarły na ramionach koszulę niebieściuchną. Odwróciłem się i na jedną chwilę zdążyłem spojrzeć w wielkie, sowie oczy, póki mi dziób potwora i skrzydeł zapalczywe uderzenia przytomności nie odebrały.

 

***

 

Półmrok panował w izbie, kiedym powieki, ropą posklejane, rozewrzeć zdołał. Przesunąłem wzrokiem po powale, nie pojmując, co widzę, gdzie jestem i co to za diabelstwo dźga mnie raz w raz popod żebra. Oderwałem ślipia od sufitu, dręczyciela szukając. Dostrzegłem kij od miotły, co się akuratnie w bok mój obolały wbił, a potem rączkę szczuplutką, w biel obleczoną, co onym kijem mię szturchała. Dalej zaś kibić smukłą, kształty dorodne pod koszulą zarysowane, burzę włosów czarnych, wokół twarzyczki bladej. I oczy, fioletowe wściekle i błyszczące… Więcej jużem nie potrzebował, by w pełni do świadomości wrócić i grozę chwili pojąć. Czym chciał tego czy nie, cała ta groza z krzykiem z piersi mej się wyrwała.

Wiedźma dźgnęła znowu, tym razem większą siłę przykładając.

– Cichaj, Wrzaskier! – syknęła.

Zcichłem, a jakże, przecie nie chciałem, coby mi baba w łeb przyłożyła, na powrót ogłuszając.

– Wstawaj i pomóż mi wieśmina na wóz zataszczyć. Czasu mamy niewiela, słonko już wschodzi, kury niebawem zapieją, ludziska się zbudzą i zobaczą, jakiegośmy bałaganu narobili.

– Myśmy narobili? – Zapytałem głupio, bo ni w ząb nie pojmowałem, co wiedźma do mnie gada.

– Przecie nie ty, śpiewaku – żachnęła się Yanka. – Najpierwej Genek, bo to on sołtysa Wędzimira z posłania w nocy wyrwał i na taczki wsadził, a taczkami onymi do lasu powiózł. Potem ja, bom mu to właśnie czarami uczynić kazała. A na końcu Filipka, co mię tu w tym celu z Wengeborza ściągnęła.

– Filipka? – zapytałem, nie wiedząc, czy to mię się we łbie miesza, czy wiedźma ze szczętem pomylona jest. – Nasza Filipka starowinka, co babom rodzić pomaga i kaszel lekuje?

– Ta sama, co się w sowę przemieniła i na grzbiet ci spadła – Yanka zaśmiała się, jadowicie kiej żmija. – Przestań już gębę strzępić i dziwować się wszystkiemu, kiedy cię ładnie o pomoc proszę. Sama go do wozu nie zaniesę, ciężki i wielki jest, kiej bydlę.

Czarownica skinęła głową ku ławie, co popod ścianą stała, a ja dostrzegłem na niej ciało wieśmina, bezwładne jak krowi zewłok. I znów mi groza do gardła podpełzła i zakrzyknąłem, przekonany, że trupa widzę.

– Cichaj, na demony piekielne, Wrzaskier! Toć żyw przecie, jeno wciąż czarami otumaniony. Nic mu nie będzie.

Miała wiedźma rację, Genek dychał wciąż, choć blady był jak nieboszczyk. Chwycilim go pospołu – ja za ramiona, baba za nogi, i wynieślim z chaty. Tamoj już stał wóz zaprzężony w dorodną kasztankę.

– A dokąd…

– A w cały świat, Wrzaskier – przerwała mi, zanim zapytać zdążyłem. – Za góry i za lasy, gdzie będziemy żyć dostatnio, długo i w szczęśliwości.

– Dyć to niepodobna, chłopa czarami odurzyć, we łbie mu namieszać, do rozboju na sołtysie nakłonić i we świat cały powieźć! Ja nie pozwolę!

– A tobie nic tu do gadania, śpiewaku. Ja swoją robotę zrobiłam, to i zapłatę odbieram. Filipka mi wieśmina obiecała, to go sobie biorę.

– Jak to tak: Filipka obiecała? A co jej do niego? Może sobie stara wieprzkiem swoim kupczyć, a nie wieśminem wioskowym!

– Jak wieśmin wioskowy, to Filipka nad nim władzę ma, jako że Wędzmira urząd obejmie. Stara głupia nie jest i dwie pieczenie na jednym ogniu upiekła – wieśmina się pozbyła, i dłużej jego obecność nie będzie jej przed używaniem czarów krępowała. Ludziskom łatwo, jak to żeś nazwał pięknie, we łbach namiesza, tych samych ziółek używając, co teraz z Genka wietrzeją. Władzę posiądzie i swobodę, co to jej się od lat marzyła! A mi za uczciwą robotę uczciwą cenę zapłaciła, bo i ja mam wreszcie to, na czym mi prawdziwie zależy.

– A co to za robota była właściwie? Skoro stara tyż wiedźmą jest, to sama nie mogła Genka zaczarować, abo i od razu na Wędzimira jakieś licho rzucić?

Yanka roześmiała się, perliście i diabelsko.

– Toć znasz Genka, śpiewaku, nie od wczoraj. Niechby się tylko Filipka z wiedźmią mocą ujawniła, już by jej wieśmin nie przepuścił. Jedna tylko czarownica mogła zaufanie jego zdobyć i zadanie, tak jak je stara obmyśliła, wykonać.

– A czemu właściwie…

– A to, Wrzaskier – przerwała mi po raz wtóry – już niech ci łba nie zaprząta.

To powiedziawszy wskoczyła na kozioł i smagnęła kasztankę, co zniecierpliwiona przebierała kopytami.

– Yanka! – krzyknąłem i podbiegłem za wozem. – A co, jak wieśmin nie oprzytomnieje, zanim na popas staniesz? Sama go z wozu nie zwleczesz.

Wiedźma zatrzymała konika.

– Wsiadaj. Choć głupio gadasz, bo Genkowi wrócą siły nim słonko na dobre wzejdzie.

Wskoczyłem na wóz i rozsiadłem się. Wioska zostawała z tyłu, a przed nami otwierał się świat nieznany, nęcił, dziwy i cuda obiecywał. Zaśmiałem się do słonka, co już nieco ponad łąki łysinę złotą wychyliło.

– Yanka… a co będzie z Wędzimirem?

– A bo ja tam wiem. – Wzruszyła ramionami. – Cosik słyszałam, że się z leśnym ludkiem zanadto nie dogadywał, to mu pewno przyjdzie w głuszy za to zapłacić.

– Aha. Yanka… – zacząłem, ale wiedźma błysnęła ślepiem fioletowym groźnie. –  Ano. Cicham.

 

Koniec

Komentarze

Sympatyczne, i nazwy ładne powymyślałaś, ale teraz to już się tego tałatajstwa namnożyło. Chociaż to by jakoś tłumaczyło wiedźminową fascynację Yen… ;-)

i mynarzowego pasierba.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Twój Wrzaskier zrzucił mnie z krzesła i teraz siedzę na jednym pół… policzku, powiedzmy. :-)

Nosz te baby, czarownice nie czarownice, wszystkie takie same. Podpadnij takiej, a w piekle cię odnajdzie i odwet weźmie…

Przecinki, przecinki!

Stylizacja mi się podobała, dodam jeszcze.

Widłami grozili i od czarownic zwyzywalili, od plugastwa. – lilili

machając przy tym ręcami tak zapalczywie, że się wieśmin raz wraz uchylać musiał. – a to przednie!!!

 

Bardzo mi się podobała Twoja opowieść. I stylizacja taka wdzięczna.  Faktycznie, o Wiedźminie było już na wiele sposobów, ale takiego jak Twój chyba nie było.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo przyjemna parodia :) Duża w tym zasługa narratora – Jaskier/Wrzaskier jest uroczo jaskrowy/wrzaskrowy. I uroczo głupiutki, szczególnie jak wyrzucili go z chaty. Świetne też było tłumaczenie, kto i jak narobił bałaganu. Stylizacja aż przesadzona, ale tutaj jak najbardziej ok. A ostatnia wypowiedź/mini akapit bardzo mi już przypomniała oryginalnego, niesparodiowanego Wiedźmina, i aż bym przeczytała jakiegoś Twojego fanfika pisanego na poważnie.

Bardzo lubię Twój styl – ładny, elegancki, strasznie przyjemnie się czyta Twoje opowiadania. A tutaj mamy i humor, i wpisanie się w wiedźmińską stylistykę (ta przaśność!), i nieprzesadzoną stylizację. Językowo – super, naprawdę, przez tekst się dosłownie płynie, a stylizacja, której zazwyczaj nie lubię, zupełnie nie przeszkadza. 

I parodia bardzo udana, zabawna. Wrzaskier sprawił, że zaczęłam rechotać jak Wiking :D 

I generalnie zgadzam się z Teyami: 

A ostatnia wypowiedź/mini akapit bardzo mi już przypomniała oryginalnego, niesparodiowanego Wiedźmina, i aż bym przeczytała jakiegoś Twojego fanfika pisanego na poważnie.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

-Wieśmin przyszedł!

– A gdzietam!

szpacja przed “W”. Szpacja przed “t”.

 

 

Świetna stylizacja, Wrzaskier-narrator genialny – od ucha do ucha ;-) No, ale i temat wdzięczny.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie znam oryginału, to i urodę parodii trudno mi ocenić.

Czytało się nieszczególnie, bo biły mnie po oczach różne nieprawidłowości,  ale że to stylizacja taka, to i tykać niczego nie śmiałam. ;-)

 

i coś nie coś się na tym wy­zna­ję… – …i coś niecoś się na tym wy­zna­ję

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystkim zbiorczo dziękuję, że zaglądnęliście i zostawiliście słówko :)

Cieszę się, że Wrzaskier zrobił co miał zrobić, choć zrzucania z krzeseł nie przewidywałam. Adamie, mam nadzieję, że półcokolwiek nie ucierpiało zanadto ;)

Teyami, Gravel, kto wie, może kiedyś cosik takiego skrobnę. Na razie odkurzenie tego opka zainspirowało mnie do ponownego przeczytania Wiedźmina. Regulatorzy, również polecam i zachęcam do poczytania ;)

Psycho, Reg, Bemik, Finklo – dziękuję za wyłapanie chochlików, już poprawione :)

A pewnie, parodii mnóstwo było, nawet zupełnie "poważnych", jak te Oramusa, czy Ziemkiewicza. Mimo to, czytając Twój tekst, szczerzyłem się jak upalony rekin. Głównie za sprawą znakomitej, wskazywanej już przez przedpiśców, stylizacji. Wiejsko, ale zauważalnie Jaskrowo – Wrzaskrowo, nic dodać, nic ująć. Świetna parodia.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Już nie boli… :-)

Niniejszym, Bibliotekę Ci czynię. Komentarza jednak niet – niet dzisiaj.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Trudno oceniać. Stylizacja troszeczkę męczy, ale  daje radę. Gdybym jeszcze wiedział o co chodzi.

 

(Brałem się za przeczytanie Weidźmina kilka razy (dokładnie pięć -pamiętam jak dziś każdy z nich), ale, wybaczcie, nie przełknę. Choćby mnie straszono pogrzebaczem… polegnę.)

F.S

Pomysł super, wykonanie również choć odrobine przyciężkie dla mnie. Jeszcze nie czytałam żadnej wiedźmińskiej parodii, to ta jest super. Baby górą.

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Ło matko, jak Ty pięknie wieśniaczysz!

 

Tak, to był komplement ; )

 

“– Genek, laboga, oczom dać wiary nie mogę! – Zakrzyknęła“ – zakrzyknęła małą literą.

 

“– Chodźmy, chodźmy! – Zakrzyknąłem“ – j.w.

 

A za Wrzaskiera masz kiedyś, gdzieś u mnie piwo : ]

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Całkiem fajne acz po lekturze Sapkowskiego liczyłem, że Wrzaskier zupełnie co innego w izbie zobaczy ;)

Bo, to prawo niespodzianki… Autora ;)

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Cieniu, dzięki! :) Zatem na komentarz cierpliwie zaczekam.

Wszystkim, którzy klepnęli punkciki również dziękuję :)

 

FoloinStephanus, dzięki za wpis. Aż jestem ciekawa, czemu aż tak Ci Wiedźmin nie podchodzi ;)

 

KK, dzięki za komentarz, cieszę się, że mimo ciężkości stylizacji przebrnęłaś. Pewno, że baby górą!

 

joseheim, no toć wspaniały ten komplement, dziękuję! :D

Kto wie, może kiedyś wypijemy za Wrzaskrowe wrzaski :)

 

MPJ 78, ale jak to – całkiem fajne, ale dwója? :( Znaczy, dwóję pokornie przyjmę, ino uwagi jakieś by się przydały, cobym wiedziała za co mi się obrywa ;) 

A zaskoczenie/rozczarowanie widokiem całkowicie zrozumiałe, sama myślałam, że się tam zgoła co innego w tej izbie dzieje. Cóż, Yanka ma swoje zasady – najpierw interesy, potem przyjemności ;)

 

 

Mam tak czasami, że wystarczy mi przeczytać tytuł i od razu wiem, że i resztę muszę przeczytać, tj. całą książkę. Po prostu  czytam książki “na czuja”. 

Niestety również mam tak, i nie wiem dlaczego, że niektóre książki mi nie podejdą za żadne skarby/za Chiny Ludowe/choćby mi dopłacili/grozili śmiercią świnki morskiej. Nigdy nie umiałem się zmusić do “doczytania do końca”  Czerwone i czarne, czegokolwiek autorstwa Coelho czy właśnie Wiedźmina. To takie podskórne przeczucie/szósty zmysł/trzecie oko :)

 

F.S

Ocenę poprawiłem bo pierwotnie ciut się pomyliłem ;) ale sama rozumiesz, odrobinka rozczarowania tym to co zobaczył Wrzaskier też ma nią wpływ ;)

Sapkowski razy Brzezińska dzielone przez powagę, która nawet tej drugiej czasem się zdarzała. Dobre w obu tego słowa znaczeniach, językowo wymuskane, uśmiech zostawiło. Jedyny mankament: spisek trochę przekombinowany.

MPJ Dzięki, czwóreczka bardziej mi się podoba :)

 

Bartoszu, zacne to równanie, cieszy mnie :) Ano, wymyślanie spisków nie jest moja mocną stroną, ale będę ćwiczyć.

Fajna historia, choć – mówiąc szczerze – aspekt parodystyczny wręcz jej chyba szkodzi. Gdyby wyciąć te totalnie zawoalowane i zupełnie delikatne nawiązania do prozy pana S., opowiadanie byłoby równie ciekawe, a pewnie nawet lepsze, bo nie nosiłoby stygmatu parodii, który zawsze ujmuje trochę wartości. 

A stylizacja przednia. Konsekwentna i udana. Brawo.

Nic nowego nie napiszę. Bardzo mi się. Pomysł, stylizacja i narracja – świetne.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Udana parodia znanej opowieści. Stylizacja nie do końca mi odpowiadała, ale ogólne wrażenia są na duży plus. 

Przedni pomysł i piękny styl. Gdybyś co nie co pozmieniała to mogłoby funkcjonować jako dobre opowiadanie, a nie parodia. Zgadzam się tu z Vyzartem. Tekst rewelacyjny. Bardzo mi się.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo, bardzo ładna parodia. Ażem się wzruszyła… Ach, ten Genek, tak się babie ogłupić dał, no…

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dzięki! :)

Vyzart, Morgiano – a to mnie zaskoczyliście. Ale cieszę się, bo to chyba znaczy, że wyszła mi broniąca się fabuła. Zapisuję sobie na plus ;)

Emelkali – no, wzruszenie Twe również mnie zaskoczyło, bo zamiar był taki, by raczej bawić, ale jak jest i wzrusz to chyba dobrze :D

Belhaju, dzięki za opinię i plusa. Wiem, że stylizacja nie każdemu podejdzie, bo faktycznie dość gruba jest. Tym bardziej cieszę się i doceniam, że mimo wszystko przeczytałeś :)

Alex – Dzięki, cieszę się ogromnie, że Ci się! :) 

Kazać damie czekać dłużej, niźli konieczność życiowa wymogła – jest pilność i jest pilność – niepodobieństwem odnajduję, toteż oto orzekam, co mam do orzeknięcia:

 

Srogie to a miodne.

 

Dziękuję za uwagę.

 

Peace!

 

P.S.

Trochę mało Genka w Genku. To jest zepchnęłaś tę postać trochę za bardzo na boczny tor, jak na moje lubienie. Robi tu za statystę niejako, czym krzywdę uczyniłaś i jemu i opowiadaniu i mnie, czytelnikowi poniekąd, bo niedosyt mam jego spojrzeń straszliwych, legendarnego cynizmu i ogólnie… akcji. Ergo – nie tylko okroiłaś jej znaczenie, ale też i nieco spłyciłaś tę postać. I to jest zasadniczo główny mój zarzut względem Twojego dzieła.

Z drugiej jednak strony fabuła na tym odwiedźminianiu nie ucierpiała, więc patrząc na Twój tekst jako byt niezależny, a nie fanfik/parodię, niemal to nie przeszkadza. Z trzeciej strony natomiast, gdyby faktycznie traktować “Ziółko” jako samodzielny tekst, to miałbym masę pytań o to, kim jest wioskowy wieśmin, czym się tak naprawdę zajmuje, etc. Ale to już zbędne rozwarstwianie nieistotnych zagadnień. Jest jak jest i inaczej nie będzie. Być też w sumie nie musi, bo tak, jak jest, jest dobrze.

Że stylizacja szwarna, to już wiesz.

Wrzaskier również godny jest osobnego akapitu. Imię świetne, postać jeszcze lepsza. Ale, tak zupełnie szerze mówiąc, Genek, mimo swojego wulgarnego niezaistnienia w tekście, chyba jednak bardziej wydał mi się Geraltowaty, Niż Wrzaskier Jaskrowaty. A może i nie? Mniejsza z tym. Grunt, że: “Inny, nie znaczy gorszy”.

Bardzo podobała mi się też… hmmm… “miniaturyzacja” bohaterów; ograniczenie ich legendy i sławy do kilku wiosek gdzieś na końcu jakiegoś mało istotnego świata, a ich samych do ról: Wioskowego głupka, wioskowego wykidajły i wioskowej w-sumie-cholera-wie-co-ale-w-stogu-siana-to-bym-ją-chętnie-spotkał. Świetnie to wyszło.

Jeśli chodzi o fabułę, to jest ona też zasadniczo marginalna, niemal umowna. Co trochę smuci, bo tekst, jestem o tym przekonany, wiele by zyskał na rozwinięciu intrygi. Z drugiej jednak strony (dużo tych stron) wyraźnie kładziesz niemal cały nacisk na formę, więc czepianie się o braki w treści jest ociupinkę bez sensu. To trochę tak, jakby sapać, że: “Halk miażdżyć!”, zamiast “Dobry wieczór państwu. Nazywam się Hulk i z przykrością zawiadamiam, że już za chwilę zdewastuję państwa miasto”.

No i na koniec słów kilka o humorze: udało Ci się napisać tekst od początku do końca nadzwyczaj zabawny, a przy tym niemal zupełnie wolny od zwykłych gagów i tanich dowcipów. A to też jest sztuka. A może nawet SZTUKA.

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No i na koniec słów kilka o humorze: udało Ci się napisać tekst od początku do końca nadzwyczaj zabawny, a przy tym niemal zupełnie wolny od zwykłych gagów i tanich dowcipów. A to też jest sztuka. A może nawet SZTUKA.

 

To samo rzekłabym o Twoim komentarzu, Cieniu :D

Ubawiłam się. Choć jednocześnie wszystkie uwagi traktuje śmiertelnie poważnie, biorę do serca i kajam się, albowiem przykro mi bardzo z powodu uczynionej Ci krzywdy niedostatkiem Genka. 

 

Dzięki serdeczne! :o)

Jam gość niestety treściwy.

Szczerze mówiąc, nie widzę w opowiastce ani drugiego dna, ani nawet głębi O.o

Ale ja jaki dziwny jestem ponoć… ;)

Widzę natomiast bardzo udaną parodię z jeszcze lepszą stylizacją, przy której można wesoło zarżeć, aż się gawiedź wkole dziwuje. :)

 

Na początku jest powtórzenie: głęboko-głęboko

Nie biegam, bo nie lubię

To, niestety, się wyłamię, bo stylizacja mi się nie podobała, humor był zbyt przaśny (by nie rzec: wymuszony), by bawić, fabularnie opowiadanie mnie nie porwało. Generalnie – wynudziłem się straszliwie. :/

Sorry, taki mamy klimat.

Corcoranie, w pełni satysfakcjonuje mnie Twoje widzenie :) Dzięki za wizytę! 

EDIT: Rany, jakie Ty robisz postępy w wyrażaniu uznania! ;)

 

Sethraelu, dziękuję za opinię. Przykro mi, że się wynudziłeś i się nie spodobało :( Może innym razem ;)

Sam siebie nie poznaje ;D

 

Że zacytuję sam siebie ( już wcale nie uważam by było w tym coś złego): z brzydkiej poczwarki wykluł się motyl, może niezbyt zwiewny, ale jakże piękny i kolorowy, który delikatną trąbką swych opinii będzie zapylał te bardziej i mniej udane kwiatki opowiadań :) 

Nie biegam, bo nie lubię

Corcoran, Ty mnie coraz bardziej intrygujesz. Po pierwsze primo podziel się tym co bierzesz. Mieszkam tu krótko, ale wiem, że te wszystkie kwiatki, motylki to musi być stan po lub w różu widzisz świat. Po drugie “primo” to już babska ciekawość, o co chodzi z tym bieganiem? Nawet po pifo, niet?

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Potrzebowałem paru chwil, żeby się zanurzyć w stylizacji języka (wiem już z innych tekstów, że twoje zdolności w tej materii są niebagatelne, mnóstwo archaizmów, które można jednak odnaleźć w słowniku, ergo są takie słowa ^ ^, szacunek).

Nie mogę powiedzieć, by ten tekst był rozbrajająco śmieszny, ale był sympatyczny.

Ten dialog był dla mnie najśmieszniejszy:

– Do was, panie Genek, do naszego obrońcy. Ratujta!

Wieśmin podrapał się po siwym łbie, przeciągnął, aż kostki strzyknęły, i powiedział do nich:

– Prowadźta.

Potem troszkę zabrakło fajnej puenty albo grubszego żartu na zakończenie, ale sympatyczny klimat udało się zachować, więc nudów nie było, – może też jakaś przewrotna nutka nostalgii za sapkowską sagą rozbrzmiała w duszy?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzieki, Nevaz! :)

Szacunek za napisanie tego takim językiem, łatwo chyba nie było. :)

Historia niczego sobie, fajnie przekształciłaś bohaterom imiona i tylko szkoda, że humoru w tym niewiele…

Temat może niezbyt odkrywczy, ale ma to też swój plus – świat żywo stawał przed oczami, dało się odczuć klimat fantasy :)

Poza tym, chyba lubisz słowo “kiej”, zaskakująco często pojawia się w tekście :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki :) A wiesz, mi akurat wieśniaczenie przychodzi całkiem łatwo, a w każdym razie nie trudno ;)

Ano humoru może tak sobie, jak mówiłam w przedmowie – parodiowość oparłam głównie na przeniesieniu historii w inne realia i tak jak napisał Cień Burzy “miniaturyzacji”.

A słówko lubię, bo fajowskie jest, kiej nie wiem co ;)

Niezła parodia. Nie wiem tylko czy bohater bardziej przypomina mi Geralta czy Jakuba Wędrowycza. No, ale to już kwestia perspektywy. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to tylko tego, że nasz heros wioskowy coś tak za łatwo dał się nabrać.

Dzięki za komentarz :)

Stylizacja na duży plus. Wrzaskier –miodzio. Wieśmin genialny.

Bardzo dobrze napisana parodia, która wywołuje uśmiech i trzyma go cały czas na ustach. Intryga może nie najwyższych lotów i stopnia skomplikowania, ale czegóż się spodziewać od wioskowych wieśminów i zielar, zwłaszcza jako bohaterów parodii :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, jest opinia jurorska :) Dzięki, Śniąca :))

Ładna stylizacja. Nieczęsto czytam stylizacje zrobione na tyle dobrze, by nie przeszkadzały – tu się udało. Imiona bohaterów też ładne. W ogóle opowiadanie udane :) Ja sobie wieśmina nigdzie nie przypominam, ale może zwyczajnie zapomniałem, że o jakimś czytałem. Tylko gdzie ten wieśmin fachu się uczył, jak poza wsią nie bywał? ;)

Dzięki, berylu :)

Fach, jak to na wioskach – z dziada pradziada, z ojca na syna.. A potwory wioskowe na własnym podwórku się uczył ubijać, po co mu jakieś nauki światowe ;)

 

Dużo potworów tam mieli, w takim razie, niebezpieczna wieś :)

No ba! :)

No wiesz, przy tej urodzie czy baba czy potwór, wiesmin mieczem drąży otwór… :-P

 

Przepraszam, NMSP

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka