- Opowiadanie: gravel - Depresja Stunożnego Miasta

Depresja Stunożnego Miasta

Antyzajawka: wyszło trochę długie, a cięłam jak się dało. Dlatego z góry zapowiadam, że wszelkie zarzuty odnośnie niezrozumiałości i bzdurzenia spotkają się z moją całkowitą akceptacją. Przyznaję też, że to pierwsza próba world-buildingu (tak jakby), więc nie bijcie za mocno. 

Rzucam Wam na pożarcie.

PS. Wszystkie propsy świata dla Flobbins za betę. 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Depresja Stunożnego Miasta

W piątek wieczorem powiesili mąciwodę Baboozona. Porządna, głośna egzekucja, sporo ludzi przyszło popatrzeć. Burmistrz wygłosił przemówienie, ale zgromadzeni z tyłu tradycyjnie nic nie słyszeli poprzez szum silników, więc wiwatowali w nieodpowiednich momentach, wprawiając zarządcę Stunożnego Miasta w konsternację.

W sobotę rano zwłok już nie było, choć rozkaz Burmistrza był jasny: mają wisieć do niedzieli.

Trup zniknął, pozostało pytanie: kto ukradł zwłoki Baboozona?

***

– Po co ukradłeś zwłoki obywatela Baboozona? – Kapitan Vanderkruger oparł zaciśnięte pięści na blacie stolika. – Czy przedstawiały dla ciebie jakąś wartość materialną? Czy miałeś zamiar dokonać konsumpcji? Czy chciałeś użyć ich jako artefaktu w czarnomagicznym rytuale? – Nagle jego oczy zmieniły się w dwie wąskie szparki. – Czy jesteś fetyszystą?

Vertiri spojrzał na niego tępo i wolno pokręcił głową.

– Ile razy mam panu powtarzać – powiedział cierpliwie – ukradłem zwłoki tylko raz i przez przypadek. Miałem wtedy dziesięć lat. Pomagałem ojcu. Nie wiedziałem nawet, że zamierza ukraść z szafotu zwłoki dziadka. Ten jeden raz nie czyni ze mnie jakiegoś kleptomana-nekrofila.

– W papiery masz wpisane: złodziej zwłok.

Vertiri jęknął.

– Niech pan posłucha… Nic nie zrobiłem, przysięgam na wszystkie odnóża Wielkiej Stonogi. Jestem równie niewinny jak pan.

Vanderkruger uniósł brwi.

***

Kapitan Vanderkruger lubił U Karalucha, ponieważ muzyka była niezła, barman nie gadał za dużo, a lampy zawsze były częściowo wygaszone i łatwiej przychodziło udawanie, że nie widzi tych wszystkich handlarzy narkotyków, dziwek, alfonsów, kieszonkowców czy po prostu typów o gębach tak paskudnych, że dziękujesz Wielkiej Stonodze, kiedy w końcu znikają z oczu.

Zachodził do baru niemal codziennie po pracy i zawsze natykał się na jakieś podejrzane indywiduum, ale składał to na karb specyfiki tego miejsca. Całe miasto było dziwaczne, szczególnie niższe poziomy, gdzie znajdował się U Karalucha.

Stunożne Miasto powstało we wnętrzu gargantuicznej, mechanicznej Stonogi. Od łba aż po odwłok, wydrążony stalowy robak był istnym labiryntem korytarzy, sal, przejść między poziomami i dawno zapomnianych alejek, biegnących pod zwojami grubych czarnych rur. Bezustannie wstrząsana szarpnięciami, napędzana trochę magią, trochę parą z wielkich kotłów, Stonoga nigdy się nie zatrzymywała. Mknęła przez świat niosąc w swoim brzuchu całe miasto, rozrastające się w jej wnętrzu jak rak.

Na drugim końcu baru dostrzegł faceta, który wydał mu się znajomy. Musiał dobrze wytężyć pamięć, nim w końcu przypomniał sobie, skąd kojarzy gościa: to Mustafa Baboozon we własnej osobie, ojciec niedawno straconego Baboozona Juniora, a zarazem dyrektor Olśniewającego Cyrku Mustafy Baboozona.

Plotki mówiły, że rzadko schodził na dół.  Baboozoński cyrk mieścił się setki stóp ponad stalowym grzbietem Stonogi, w przycumowanym do niej sterowcu. Pomalowany w lśniące złote i zielone pasy, był w rzeczy samej olśniewający, szczególnie w słoneczne dni – wówczas niemal oślepiał. Wielu przyzwyczajonych do wiecznego półmroku Stonożan straciło w ten sposób wzrok na kilka długich godzin.

Vanderkruger nie pamiętał, by kiedykolwiek spotkał Baboozona na dole, w trzewiach Miasta. Mężczyzna był nie do poznania bez swojego barwnego kostiumu i szaleństwa w oczach.

Vanderkruger przysunął się i odchrząknął.

– Obywatel Baboozon?

Dyrektor cyrku odpowiedział pełnym niechęci spojrzeniem. 

– A kto pyta?

– Kapitan Vanderkruger. Prowadzę sprawę zniknięcia zwłok pańskiego syna.

– Ach, to pan. – W głosie Baboozona nie było żadnych emocji, jakby nic go już nie obchodziło. – Coś nowego?

– Aresztowaliśmy podejrzanego o kradzież.

Baboozon pokiwał głową.

– Kto to?

– Zwykły dzieciak. Pracuje w budzie z zapiekankami na Skrzyżowaniu Dwóch Węzłów.

– Po co miałby kraść zwłoki mojego syna?

Vanderkruger zabębnił palcami po barze.

– Nie wiemy – odparł niechętnie. – Ale jego ojciec parał się szabrownictwem. Podejrzewamy, że młody poszedł w jego ślady. Za zwłoki pańskiego syna na pewno dostał w odpowiednich kręgach sporą sumę. A wie pan, jacy są mieszkańcy dolnych poziomów. Zrobią wszystko dla pieniędzy.

Ledwie skończył zdanie, natychmiast poczuł się jak hipokryta. Sam pochodził z labiryntu niskich korytarzy, wgryzających się w głąb brzucha Stonogi. Ale z drugiej strony – doskonale pamiętał życie z daleka od powierzchni. Jego rodzice rzeczywiście zrobiliby wszystko dla paru groszy, które wystarczyłyby tylko na suchą bułkę.

Baboozon zdawał się go nie słuchać. Wpatrywał się w swoje splecione na kolanach dłonie, kiwając się lekko w przód i w tył. Vanderkruger dopiero teraz wyczuł subtelną, ale charakterystyczną woń smarowej nalewki, która otaczała dyrektora cyrku. Czyli nawet wielki Olśniewający Baboozon zapija smutki alkoholem. I to alkoholem powszechnie uznawanym za przysmak hołoty z dolnych poziomów.

Vanderkruger położył dłoń na ramieniu Baboozona i powiedział łagodnie:

– Na pewno postawimy złodzieja przed wymiarem sprawiedliwości.

– Z całym szacunkiem – odezwał się Baboozon – ale mam to gdzieś. Ten sam wymiar sprawiedliwości zdecydował, że mój syn zostanie skazany na śmierć za malowanie na murach.

Vanderkruger rozejrzał się nerwowo. Takie gadanie podpadało pod Podjudzanie do Buntu i mógł, a nawet powinien, aresztować dyrektora cyrku. Z drugiej jednak strony, staruszek był pijany i niedawno stracił syna. Chyba może ograniczyć się do prostego ostrzeżenia.

– Proszę uważać co i do kogo pan mówi – powiedział półgłosem kapitan. – Dla pańskiego dobra. Wyrok Sądu był słuszny, a pański syn, bądź co bądź, działał w ruchu oporu. Był podżegaczem i buntownikiem. A wie pan, że prawo surowo karze tych, którzy usiłują je podważyć.

– Na litość Wielkiej Stonogi – jęknął Baboozon. – Przecież był tylko głupim dzieciakiem, który nie wiedział, co za bzdury na murach wypisuje! Zasługiwał na porządne lanie, a nie stryczek!

Po bladych, wyschniętych policzkach starego człowieka spłynęły łzy. Otarł je niecierpliwie rękawem czarnego surduta, odwracając twarz. Vanderkruger spuścił wzrok.

– Powinienem już iść – wymamrotał w stronę swoich butów. – Obowiązki, rozumie pan…

– Proszę iść – odparł Baboozon zduszonym głosem – i nie pokazywać mi się więcej na oczy.

***

Dwóch barczystych policjantów eskortowało Vertiriego do kotłowni, którą od posterunku dzielił cały labirynt wąskich korytarzy, prowadzących na odwłok. Krata pod ich stopami uginała się lekko. Z sufitu zwisały nagie żarówki, chyboczące się w rytm wstrząsów Stonogi. Gdy weszli nieco głębiej w trzewia miasta, Vertiri zauważył na żarówkach czerwone woale.  

– Dzielnica czerwonych żarówek – powiedział jeden z policjantów, szczerząc zęby.

– Wiem – warknął chłopak. – Nie mam pięciu lat.

Z jednej z bocznych odnóg wysunęła się kobieta. Światło padające przez warstwę czerwonego materiału barwiło jej skórę na niesamowity kolor. Vertiri jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nieruchomą twarz prostytutki, dopóki nie minęli zakrętu korytarza, za którym zniknęła mu z oczu.

Schodzili krętymi metalowymi schodami, tak wąskimi, że musieli iść gęsiego, coraz niżej i niżej. Vertiri domyślał się, że są już niedaleko, pewnie na poziomie pierwszym. Robiło się coraz bardziej duszno i gorąco, na czole chłopaka zaperlił się pot. Spomiędzy płytek w podłodze sączyły się wąskie pasma pary, a gdy przypadkiem dotknął ściany, zaskoczyło go, jak ciepła jest.

Kotłownia zapierała dech w piersiach. Vertiri nigdy nie był na powierzchni, wychował się w tunelach niższych poziomów Stunożnego Miasta, niebo i horyzont znał tylko z opowieści dziadka, który wiele lat temu odwiedził Olśniewający Cyrk Mustafy Baboozona, dlatego długa, wysoko sklepiona hala zrobiła na nim ogromne wrażenie. Stał przez chwilę oparty o barierkę galerii, biegnącej wzdłuż ścian i obserwował kręcących się po hali więźniów. Spodziewał się, że będzie ich więcej, tymczasem dostrzegł może trzydzieści odzianych w szare pasiaki sylwetek.

– Max! – krzyknął jeden z policjantów prosto do ucha Vertiriego, sprawiając, że chłopak podskoczył. – Mamy dla ciebie nowego!

Dopiero teraz Vertiri zauważył, że po metalowej kładce szedł ku nim jakiś mężczyzna. Był wysoki i żylasty, Vertiri zauważył nóż przy jego pasku i zawijasy tatuaży na przedramionach. Zrobione czarnym atramentem rysunki przedstawiały kanciaste stonogi.

– Kto to? – zapytał Max, uściskiem dłoni witając się z policjantami. Spojrzał z góry na Vertiriego.

– Szabrownik. Ukradł zwłoki Baboozona Juniora.

– Na chuj żeś ukradł zwłoki Baboozona Juniora? – zdziwił się Max.

– To nie ja – zaprotestował Vertiri.

Mężczyźni roześmiali się.

– Wszyscy tak mówią. – Max walnął go w plecy. – Mam całą kotłownię pełną ludzi, którzy niczego nie zrobili.

***

Korytarzem Zapomnianych Vanderkruger chodził szybko, jak najmniej rozglądając się na boki, a najczęściej starał się tę część Stunożnego Miasta omijać; tak jak każdy normalny obywatel. Korytarz stanowił niewygodne przypomnienie, co dzieje się z tymi, którzy gadają za dużo. Zwykłych przestępców zsyłano po prostu do kotłowni, zaś egzekucje podjudzaczy i spiskowców odbywały się zwykle publicznie, przez powieszenie. Ci najbardziej problemowi trafiali do Korytarza Zapomnianych. Zostawali wchłonięci.

Stonożanie od małego uczą się, że stanowią część Miasta. Mały element większej całości, trybik, który musi dostosować swoje obroty do reszty mechanizmu, aby Stonoga sprawnie funkcjonowała. W Korytarzu Zapomnianych wszystko nabierało jeszcze dosłowności. Skazańcy byli wchłaniani przez czarny metal, wrastali dosłownie w trzewia Stonogi i znikali na zawsze. Czasami, jeśli ktoś miał szczęście, zostawał po nim czubek nosa bądź buta, sterczący ze ściany, ale zdecydowana większość przepadała na zawsze jakby nigdy nie istniała, a tym, którzy ich znali, pozostawało tylko zapomnieć i przejść nad wszystkim do porządku dziennego. W Stunożnym Mieście nie pisało się skarg i odwołań.

Gdy Vanderkruger zaczynał pracę w policji, dostawał czasami rozkaz, by takiego biedaka odeskortować na miejsce wymierzenia kary. Wraz z nimi szedł strukturomag, który zaklinał materię metalu tak, aby zrosła się wokół postawionego pod ścianą skazańca. Vanderkruger pamiętał dzień, w którym po raz pierwszy był świadkiem wchłonięcia – pomyślał, że ściany zasklepiały się nad twarzą przerażonego skazańca jak żywa tkanka. Wówczas uderzyło go, że Stunożne Miasto zachowuje się nieraz jak świadoma istota.

Przyszło mu to znów do głowy, gdy Stonogą wstrząsnęło, a zwoje czarnych rur na suficie przyniosły echo jakiegoś odległego krzyku.

Przyspieszył kroku.

Nie lubił tędy chodzić, ale Korytarz Zapomnianych był jedyną drogą do Podpoziomu – czegoś w rodzaju podwozia Stunożnego Miasta, najniższej, najciaśniejszej jego warstwy – a zarazem mieszkania Pełzacza.

Jego prawdziwego imienia Vanderkruger nigdy nie poznał, ale nadał mu to przezwisko na swój własny użytek. Kojarzyło się z czymś małym, ohydnym i gnieżdżącym się gdzieś pod podłogą – a więc pasowało idealnie.

Na końcu Korytarza zsunął się po wąskiej drabince. Ciemność zamknęła się nad jego głową; wąski pasek światła padający z góry nie sięgał dalej niż parę stóp w głąb wąskiego gardła Podpoziomu.

Zapalił latarnię i z duszą na ramieniu ruszył naprzód. Jego uszy wypełniła cisza, gęsta jak wata i równie chłonna. Nie słyszał nawet własnych kroków. Szedł przed siebie poprzez ciszę i ciemność, nie zaglądając do otwierających się od czasu do czasu bocznych korytarzy prowadzących w jakieś niezbadane przez nikogo, zapomniane nawet przez inżynierów zakątki Stunożnego Miasta. Starał się nie myśleć o klaustrofobicznej ciasnocie tunelu i potężnej masie metalu, która ciążyła tuż nad jego głową, tak nisko, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby dotknąć sufitu. Odruchowo przygarbił się i wbił wzrok w podłogę. Latarnia dawała niewiele światła, ledwo widział własne stopy w czarnych butach.

Tak mocno skupił się na opanowywaniu paniki, zagnieżdżonej gdzieś w żołądku, że niemal upuścił latarnię, gdy coś skrzeknęło z boku:

– Zgaś to światło!

Vanderkruger zaklął pod nosem, ale niechętnie wykonał polecenie. Znalazł się w absolutnej ciemności, czując czyjąś obecność zdecydowanie za blisko, jak na jego gust. Odruchowo położył dłoń na kaburze.

– To nie będzie konieczne, kapitanie – usłyszał cichy, uprzejmy głos. Dobiegał zapewne z niewidocznej wnęki korytarza. – Może się pan odprężyć. Przerabialiśmy to tyle razy. Nie mam złych zamiarów ani żadnej broni, cierpię po prostu na światłowstręt.

– Niefortunnie – mruknął Vanderkruger.

– Są gorsze miejsca, w których może się znaleźć osoba ze światłowstrętem, proszę mi wierzyć. Przejdźmy do interesów.

– Muszę coś znaleźć. Kogoś. Znaczy, coś, technicznie rzecz biorąc. Zwłoki.

Pełzacz westchnął. Gdyby unoszone brwi wydawały dźwięk, brzmiałby dokładnie jak to westchnienie.

– Zaginione zwłoki Baboozona Juniora?

– Słyszałeś o tej sprawie?

– Każdy o niej słyszał. Od głowy aż po odwłok, całe Stunożne Miasto o tym mówi. Baboozon był popularnym młodym człowiekiem. Niektórzy powiedzieliby, że decyzja o straceniu go była błędem ze strony Burmistrza.  

– Tak, cóż – odparł Vanderkruger, wyuczonym przez lata pracy w policji odruchem ignorując to, czego słyszeć nie chciał lub nie powinien. Czasami pewne rzeczy lepiej zapomnieć lub udawać, że nigdy się z nimi nie zetknęło. – Aresztowaliśmy złodzieja, ale niestety nie chce nam powiedzieć, gdzie ukrył zwłoki.

– Znajdę je bez problemu. Ma pan coś należącego do młodego Baboozona?

– Tak. Papierośnicę. Nada się?

– Jak najbardziej. Proszę położyć ją na ziemi. Doskonale. A teraz… Może pan odejść.

Vanderkruger usłyszał cichy brzęk podnoszonej papierośnicy, szelest i ledwie słyszalny szmer. Niewidzialna obecność Pełzacza zniknęła i kapitan niemal fizycznie odczuł nagle swoją samotność oraz potężny ciężar Miasta, jakby spoczywający bezpośrednio na jego barkach. Złapały go mdłości. Drżącymi dłońmi zapalił latarnię i wycofał się szybko z Podpoziomu, a Korytarz Zapomnianych pokonał niemal biegiem. Zwymiotował dopiero na pełnej ludzi Handlowej.

***

– Pierwsza zasada kotłowni brzmi: Stunożne Miasto nigdy się nie zatrzymuje – powiedział Max. – Naszym zadaniem jest pilnować, aby cały czas szło. Jasne?

Vertiri skinął głową. Uwaga wszystkich skupiała się na nim, co nieco go onieśmielało; pozostali skazańcy pracujący w kotłowni stali dokoła lub przysiedli na skrzyniach z drewnem. Słuchali jak Max tłumaczy, na czym polegają zadania palaczy, a od czasu do czasu dorzucali od siebie porady praktyczne.

– Uważaj na łopatę, do której przywiązana jest niebieska wstążka. Odpada szufla.

– Nigdy nie noś więcej niż dwa wiadra naraz!

– Dużo pary ma być.

– Nie próbuj klepać Rovy w tyłek, bo wybije ci zęby. – To wywołało powszechny śmiech, a Vertiri, przełykając głośno ślinę i uśmiechając się wymuszenie, zerknął na jedyną kobietę w towarzystwie. W życiu by mu do głowy nie przyszło, by klepnąć ją w tyłek. Samym spojrzeniem wybijała zęby. Ale uwaga wywołała uśmiech na jej twarzy; mimo matowych i brudnych włosów i blizny przecinającej usta, Rova wyglądała całkiem ładnie.

– Zapytaj Maxa o drugą zasadę kotłowni – odezwał się nagle jeden z palaczy, siedzący na szczycie wieży ze skrzyń, ucinając tym samym rechoty. O ile Vertiri dobrze pamiętał, miał na imię Coen.

– Jaka jest druga zasada kotłowni? – zapytał posłusznie Vertiri.

Max uśmiechnął się pod nosem.

– Zrobimy wszystko, by złamać zasadę pierwszą.

Na twarzy Vertiriego nie odmalował się nawet cień emocji. Sytuacja, w której obecnie się znajdował stanowiła dla niego całkowitą nowość. Całe życie spędził na dolnych poziomach, nie sprawiał nikomu kłopotów – poza, oczywiście, tą jedną pomyłkową kradzieżą, której dokonał nieświadomie mając dziesięć lat – i doznawał aktualnie poczucia głębokiej niesprawiedliwości. Sprzedawał tylko zapiekanki ze szczurzego mięsa i rozgotowanych warzyw, nigdy nikomu w niczym nie wadził! Nie miał żadnych aspiracji, marzeń ani rewolucyjnych skłonności. Cała ta historia z kradzieżą zwłok z miejskiego szafotu była absurdalna i przypominała jakiś senny koszmar.

A teraz stała się odrobinę bardziej niedorzeczna.

– Czy to jakiś rodzaj testu? – zapytał ostrożnie. Wychował się w Stunożnym Mieście, gdzie każde słowo może zostać użyte przeciwko tobie. Takich rzeczy nie zdradza się przypadkowym przechodniom. – Nie jestem elementem rewolucyjnym – dodał na wszelki wypadek.

– Chyba jesteśmy ci winni jakieś wyjaśnienia – odparł Max. – W końcu przez nas trafiłeś do kotłowni. Wybacz, byłeś ofiarą, którą musieliśmy być gotowi ponieść. Prawda jest taka, że Baboozon żyje, a my planujemy zatrzymanie całego przeklętego miasta.

Spojrzał na Vertiriego z dumą, jakby oczekiwał oklasków. Nie otrzymał nic takiego, chłopak patrzył nań z kompletnym brakiem zrozumienia w oczach.

– Ale co mają z tym wspólnego zwłoki Baboozona? – zapytał w końcu.

– Jakie tam zwłoki, Baboozon żyje i ma się dobrze. Zszedł do podziemia, aby stamtąd dowodzić, hm, powstaniem. Upozorowaliśmy jego śmierć. Dobry strukturomag w trzy sekundy sprawi, że będziesz wyglądać jak zimny trup, a tak się składa, że my mamy najlepszego strukturomaga w mieście.

– Kogo?

Max uśmiechnął się skromnie.

– Mnie.

Vertiri wytrzeszczył oczy, a Coen plasnął go otwartą dłonią w potylicę.

– Myśl, młody, myśl. Sądziłeś, że jak jeden człowiek miał przypilnować całej zgrai kryminalistów?

Vertiri roztarł bolące miejsce z tyłu głowy i rzucił Maxowi sceptyczne spojrzenie.

– I taki potężny mag jak ty miałby sobie po prostu siedzieć w kotłowni i pilnować bandy kieszonkowców?

– Wciąż lojalny, już niewygodny.

– Wypadł z łask – przetłumaczyła Rova.

– No dobrze, ale co ja mam z tym wszystkim wspólnego? – zapytał z rozpaczą Vertiri.

– Nic – odparł Max. – Ja też nie wiem, skąd się wziąłeś w tym planie, ale skoro już tu jesteś, możesz się przydać. Ktoś musiał zostać oskarżony o kradzież zwłok Baboozona i padło akurat na ciebie. Przykro mi. Ale możesz to odczytywać jako szansę.

– Szansę na co? Na podpadnięcie Burmistrzowi i jego świcie? Dzięki wielkie.

– Szansę na zrobienie czegoś ze swoim żałosnym życiem. – Coen zeskoczył na ziemię, stanął przed Vertirim i stuknął go palcem w pierś. – Spójrz na nas. Jesteśmy bandą nieudaczników, bez naszego planu bylibyśmy po prostu żywymi trupami, targającymi tam i z powrotem wiadra z wodą, dopóki serce nam nie wybuchnie, czy co to tam serca robią w chwili zawału. Wsadzili nas tu za jakieś głupie występki i niedorzeczne przewinienia. Ja świsnąłem sakiewkę jakiemuś fircykowi na Górnym Placu, żeby mieć za co wykarmić dzieci. Rova – wskazał kciukiem dziewczynę – pracowała jako prostytutka i pewnego dnia złamała nos klientowi, który za bardzo zatracił się w zabawie sado-maso. A Max był kiedyś, cholera, prawdziwą grubą rybą… Pierwszym katem Burmistrza. Dopóki nie odmówił wykonania rytuału wchłonięcia na jakimś dzieciaku. Wtedy zesłali go tutaj. I nikt z nas się nie łudzi, że pewnego dnia wyjdziemy na wolność i jak gdyby nigdy nic wrócimy do normalnego życia. Jesteśmy tanią siłą roboczą i nikt za nami na górze nie tęskni. Rozumiesz?

Vertiri zacisnął zęby.

***

– Kapitanie? – Młoda funkcjonariuszka, Arik, zajrzała do gabinetu Vanderkrugera. Pod pachą trzymała pudełko. – Szczur pocztowy do pana.

– Dziękuję.

Wyciągnął węszące zwierzątko z kartonu i odpiął maleńką tubę, przywiązaną do jego nóżki. Szybko przebiegł wzrokiem treść krótkiej notki, natychmiast rozpoznając charakterystyczne, drobne pismo Pełzacza.

Rozpytywałem wszędzie. Węszyłem w każdym zakątku Stunożnego Miasta. Gdyby zwłoki Baboozona ukryto, moje szczury by je znalazły. Trup przepadł bez śladu. Może powinien Pan rozważyć istnienie innego powodu, dla którego zwłoki obywatela Baboozona zapadły się, metaforycznie rzecz biorąc, pod ziemię?

Z wyrazami szacunku,

Pełzacz

Nie zastanawiał się, skąd Pełzacz wie, jakie Vanderkruger nadał mu przezwisko: płacił w końcu za dowiadywanie się o wszystkim, co dzieje się w Stunożnym Mieście. I w tym akurat Pełzacz, jak po raz kolejny udowodnił, był naprawdę dobry.

Vanderkruger oparł łokcie na biurku i z pełnym zmęczenia westchnięciem ukrył twarz w dłoniach. Wzdrygnął się, gdy drzwi otworzyły się i Arik wsunęła głowę do środka.

– Wszystko w porządku, kapitanie? – zapytała grzecznie.

Patrzyła na niego wielkimi, jakby wiecznie zdziwionymi oczami. Miała ładną, dziecinną buzię i głowę ogoloną na zero. Przed wstąpieniem do policji kadetom zalecano ostrzyżenie głów. Zbyt wielu dobrych funkcjonariuszy zostało oskalpowanych, gdy w czasie pościgu za podejrzanym musieli wciskać się w wąskie szczeliny między trybikami, a za długie kosmyki wkręcały się między kółka zębate. Zaskakujące, ilu przestępców sądziło, że chowanie się we wnętrzu maszynerii jest dobrym pomysłem.

– Tak, Arik – odparł, źle maskując wyczerpanie w głosie. Cała ta sprawa wydawała się dziwna; szczególnie to, jak bardzo szefostwo naciskało na jak najszybsze znalezienie zaginionych zwłok. Vanderkrugerowi od razu włączyły się lampki ostrzegawcze. Coś tu śmierdziało i nie był to rozkładający się trup Baboozona. Z tego co kapitan wiedział, trupa mogło w ogóle nie być.

Wstał gwałtownie i chwycił przewieszony przez oparcie krzesła płaszcz.

– Chodź, Arik. Poszukamy tych zwłok razem.

***

– Wyobraź sobie, że żyjesz w mieście, które nigdy nie trwa w bezruchu. Nigdy. Ani przez sekundę. Idzie przed siebie, bezustannie, nigdy się nie zatrzymując i nawet najstarsi mieszkańcy nie pamiętają, by kiedykolwiek stanęło choć na chwilę. Wszystko w nim kołysze się, trzęsie, wibruje, podłoga drży, grzbietem olbrzymiej Stonogi wstrząsają dreszcze, gdy napotyka na swojej drodze przeszkody – ale nic nie może jej zatrzymać. Nawet drzewa ścina w ruchu, mieląc je swoimi potężnymi żuwaczkami.

A teraz wyobraź sobie, że pewnego dnia wszystko zamiera.

Wyobraź sobie, że każda część maszyny nieruchomieje; bezruch ogarnia wszystko, od maleńkich trybików, po olbrzymie stalowe odnóża i mieszkańców Miasta, którzy porzucają swoje zajęcia i w pełnej zdumienia ciszy patrzą po sobie, szukając w twarzach sąsiadów odpowiedzi na pytanie: co się dzieje?

Na początku nie dociera do nich, że umilkły silniki. Dopiero po chwili co bystrzejsi zaczynają rozumieć: Stunożne Miasto stoi.

Wyobrażasz to sobie?

Vertiri zaprzeczył. Próbował sobie wyobrazić nieruchomy świat, nagłą ciszę wypełniającą korytarze, brak drżenia pod stopami i nad głową, ale nie potrafił.

– Panika – powiedział ze źle skrywanym triumfem Coen. Słowo chyba mu się spodobało, bo powtórzył: – Panika. Chaos. Wszechobecny strach.

– I co z tego? Będziecie mieć tłum przerażonych ludzi na ulicach i tyle. Co wam z tego przyjdzie?

– Przerażonych ludzi na ulicach i wkurwiony rząd na szczycie. – Max przeskoczył skrzynię, na której siedział Vertiri i spoczął obok. – Suń się, młody.

– No dobra, a co zrobicie z wkurwionym rządem? – Vertiri sunął się. – Obalicie go?

– Kto mówi o obalaniu? Czasem wystarczy nieźle zaleźć im za skórę. Żeby trochę się przestraszyli. Żeby nie zapomnieli. Żeby następnym razem, gdy będą wieszać tych, którzy mają coś do powiedzenia na temat niesprawiedliwości i okrucieństwa, gdy zechcą zsyłać kieszonkowców kradnących, aby wykarmić dzieci, do kotłowni, gdy zdecydują, że dziecko zasługuje na wchłonięcie: żeby wówczas pamiętali o tej chwili strachu, niepewności i słabości. Żeby pamiętali.

***

Wyszli z komisariatu i od razu zatrzymał ich mały tłumek zgromadzony na ulicy. Vanderkruger zmarszczył brwi. Stonożanie stali przed ścianą i rozmawiali przyciszonymi głosami. Kapitan wypatrzył ponad głowami wysoką postać kaprala Loke’a. Stuknął go w ramię.

– Co tu się dzieje?

Policjant spojrzał na niego z zakłopotaniem.

– Ktoś… ktoś nabazgrał to na murze… Nie wiem, kto ani kiedy…

Na ścianie, czerwoną farbą, jakiś dowcipniś napisał: Baboozon nie umarł. Vanderkruger wpatrywał się przez chwilę w krzywe litery, modląc się, żeby cała afera już się skończyła. Nie do takich rzeczy był przyzwyczajony.

– To pewnie jakieś dzieciaki – mruknął.

– Zwolennicy Baboozona to też tylko dzieciaki – powiedziała Arik. – O bardzo rewolucyjnych poglądach, jeśli pan wie, o czym mówię.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo Stonogą potężnie zatrzęsło. To zdarzało się od czasu do czasu, Miasto drżało w posadach, szklanki spadały z półek, a mieszkańcy tracili równowagę. Arik wpadła na Vanderkrugera i przewróciłaby się, gdyby jej nie złapał.

– Ostatnio coraz częściej się trzęsie – zauważyła dziewczyna, prostując się i odsuwając nieco od kapitana. – Wpada w depresję, biedaczka.

Roześmiała się nerwowo. Vanderkruger odpowiedział dziwacznym grymasem, który miał służyć za uśmiech. To był bardzo przechodzony żart. Stonożanie powtarzali go przy okazji niemal każdych silniejszych wstrząsów. Jemu, osobiście, idea Stonogi wpadającej w depresję, wydawała się nieco niepokojąca.

– Chodźmy stąd, Arik. – Pociągnął dziewczynę za ramię i poprowadził za sobą w dół ulicy. Wkrótce przekonali się, że dowcipnisiów odpowiedzialnych za pomazanie ścian komisariatu musiało być więcej. Dużo więcej. Gdziekolwiek się nie odwrócili, ze ścian krzyczały czerwone napisy: Baboozon nie umarł.

– Nie jest dobrze – mruknął Vanderkruger i zaczepił przebiegającego obok funkcjonariusza, machając mu przed twarzą odznaką. Chłopak zasalutował w biegu i zatrzymał się, dysząc ciężko. – Wiadomo już, kto to zrobił?

– Nie mam pojęcia, kapitanie. Pojawiły się w nocy, wszędzie, w całym mieście!

– I nie ma żadnych świadków? – nie dowierzał Vanderkruger.

– Na pewno jacyś by się znaleźli, ale nikt nie chce nic mówić. Patrzą tylko tak ponuro, nieprzyjaźnie jakoś i odpowiadają, że nic nie widzieli. Chyba nie podobało im się, co Burmistrz zrobił młodemu Baboozonowi. Do licha, rozmawiałem dziś z sąsiadami z mojej ulicy, bo podobne napisy pojawiły się na ścianie mojego domu. Przesłuchiwałem obywateli, których znam całe życie. – Na twarzy chłopaka pojawiło się zakłopotanie zmieszane ze zdziwieniem. – Nie chcieli mi nic powiedzieć. Traktowali mnie jak… jak wroga, kapitanie.

Spojrzał szeroko otwartymi oczami na Vanderkrugera, wahając się, czy dodać coś jeszcze, co wyraźnie ciążyło mu na sercu.

– Coś jeszcze? – zachęcił Vanderkruger.

– Podobno… Podobno ktoś go widział. Baboozona. Na dolnych poziomach, całego i zdrowego. Nie wiem nic pewnego, to tylko plotka, którą podsłuchałem w sklepie. Wszyscy zamilkli, kiedy wszedłem do środka – dodał cicho.

– Dam ci radę, chłopcze. – Vanderkruger położył dłoń na ramieniu policjanta. – Nie słuchaj wszystkiego, co gadają na ulicach. A teraz biegnij na komisariat i powiedz im to, co powiedziałeś mnie, ale bez tego kawałka o chodzącym po mieście Baboozonie, jasne?

Funkcjonariusz skinął głową i oddalił się, łokciami torując sobie drogę przez zatłoczony plac targowy. Vanderkruger westchnął i ścisnął dwoma palcami nasadę nosa.

– Chyba jednak nie wszystko w porządku, kapitanie – odezwała się cicho Arik, o której milczącej obecności Vanderkruger zdążył już zapomnieć. Dziewczyna wyglądała na przestraszoną i mężczyźnie zrobiło się jej żal.

– Chyba nie – odparł.

– Co teraz zrobimy?

Nie odpowiedział; ruszył przed siebie szybkim krokiem, a Arik musiała podbiegać, by go dogonić.

***

Vertiri skończył swoją zmianę, zjadł miskę gęstej owsianki i usiłował zasnąć, zwinięty w kłębek na posłaniu pod ścianą. Piece ryczały i warczały prawie jak żywe stworzenia, pokrzykiwali usmarowani węglem palacze pracujący na drugiej zmianie, ciągle ktoś na kogoś wrzeszczał, opowiadał sprośne kawały, wszyscy wybuchali śmiechem. Trudno było zasnąć w kotłowni. Ale przynajmniej nie marzły mu stopy, tak jak często się to działo w nieogrzewanym domu.  

Leżał przez chwilę, wsłuchując się w ból zmęczonych mięśni, gdy kątem oka zauważył ruch; ktoś się zbliżał do jego posłania. Pewnie potrzebują pomocy, pomyślał, unosząc się na łokciu.

– Mam coś jeszcze zrobić? – zapytał Vertiri. – Chciałem odpocząć – dodał, nie doczekawszy odpowiedzi.

Postać odziana w czarny płaszcz usiadła w kucki obok coraz bardziej zdumionego chłopaka. Błysk zapalonej zapałki na chwilę oświetlił twarz skrytą pod kapturem. Przybysz zapalił papierosa, wydmuchał rzadki dym i spojrzał na Vertiriego.

– Podobno ty jesteś dzieciakiem, który ukradł moje zwłoki – powiedział.

– Baboozon – wyszeptał Vertiri.

Baboozon był młodszy, niż Vertiri się spodziewał. Mogli być właściwie rówieśnikami. Ale o ile Vertiri całą swoją osobą budził raczej politowanie niż sympatię, o tyle Baboozon promieniował wręcz jakimś dziwnym, dodającym otuchy spokojem i pewnością siebie.

– Chciałem cię poznać – powiedział. – Wiesz, zanim Max i jego ludzie wcielą w życie nasz plan. Wtedy prawdopodobnie nie będzie czasu.

W spojrzeniu, które rzucił Vertiriemu, kryło się współczucie. Ostatnio wszyscy tak na niego patrzyli – jakby było im bardzo przykro, ale niestety, takie życie, nic nie mogliśmy poradzić. Byłeś ofiarą, do poniesienia której musi przygotować się przywódca każdej rewolucji.

– Wiesz – dodał Baboozon – przykro mi.

– Taa. Mi też.

– Kogoś musieli oskarżyć. Może pocieszy cię, że dzięki tobie zyskałem parę dni na zorganizowanie wszystkiego. Teraz oczywiście już wiedzą, że żyję i ukrywam się w podziemiu. Informacje wyciekły. Tego nie da się uniknąć, ludzie gadają.

Wzruszył ramionami i wypuścił nosem dym.

– Wiesz, tyle chciałem powiedzieć. Miło było cię poznać. Dzięki za twój wkład w rewolucję. – Wyciągnął rękę i Vertiri z wahaniem uścisnął mu dłoń. – Trzymaj się.

***

Gdyby Stunożne Miasto mogło mówić, powtórzyłoby za tysiącem mieszkańców jedno imię: Baboozon.

Vanderkruger z godziny na godzinę odczuwał coraz większy strach. Wszystko było nie w porządku: na rogach ulic gromadziły się grupki dyskutujących cichymi głosami obywateli, którzy milkli, gdy tylko dostrzegali przechodzący obok patrol policji. Czerwone napisy na murach pojawiały się wszędzie; ktoś wspiął się nawet na stojący na Rynku Głównym posąg Burmistrza i przewiązał jego czoło szkarłatną szarfą. Policjanta, który próbował pozbyć się chusty, ściągnięto na ziemię i pobito do nieprzytomności. Sprawców nie złapano.

Ale najbardziej nie w porządku było to, że po powrocie na komisariat Vanderkruger zastał w swoim gabinecie Burmistrza.

Edgar Vere, Burmistrz Stunożnego Miasta, siedział w fotelu Vanderkrugera, gładząc długimi palcami wytarte podłokietniki i ze znudzeniem studiując tytuły książek spiętrzonych dość bezładnie na półkach. Miał zmęczony wzrok kogoś, kto zbyt wiele nocy spędził na pełnym zdenerwowania krążeniu po ciemnym gabinecie, w ciszy ustronnego pokoju planując swój następny ruch. Ta wizja wpadła Vanderkrugerowi do głowy i rozgościła się w jego umyśle, natrętna i nie do pozbycia.

– Kapitan Vanderkruger – powiedział na powitanie Burmistrz, skinąwszy policjantowi głową. – Czekam na pana już od godziny. Pańska partnerka nie potrafiła powiedzieć, gdzie pan zniknął.

– Prowadziłem śledztwo – odparł zdawkowo Vanderkruger. Nigdy nie przepadał za Burmistrzem i nie odpowiadało mu, że musi uznawać jego zwierzchnictwo. W oczach kapitana, Vere był okrutnym i egocentrycznym socjopatą. Oczywiście nigdy z nikim nie podzielił się swoją opinią na temat zarządcy miasta: to byłaby czysta głupota granicząca z samobójstwem. Nawet myślenie w taki sposób stanowiło potencjalne zagrożenie. Wielu strukturomagów pozostających na usługach Burmistrza radziło sobie dobrze ze sztuką telepatii.

Usiadł na twardym krześle po drugiej stronie biurka, tym, które w normalnych warunkach zarezerwowane było dla podkomendnych.

– Wyśledził pan jakieś nowe… poszlaki? – zapytał Vere.

– Dobrze pan wie, że nie.

– Jest pan inteligentnym człowiekiem, kapitanie. Nie bez przyczyny dostał pan swoje stanowisko. Przyznaję, że czuję się nieco zawiedziony pańską postawą w trakcie tego śledztwa. Może inny, zdolniejszy, młodszy – położył nacisk na ostatnie słowo – śledczy poradziłby sobie lepiej w poszukiwaniu zaginionych zwłok obywatela Baboozona?

Vanderkruger wychwycił sugestię w jego głosie. I groźbę. Przez chwilę milczał, ważąc każde słowo swojej odpowiedzi.

– Sprawa jest kłopotliwa. Rzeczonych… zwłok… nie możemy nigdzie znaleźć.

– Rozsądny policjant znalazłby je za wszelką cenę. Jak najszybciej. Muszę mieć trupa, wiszącego na miejskim szafocie, choćby miało to oznaczać sięgnięcie po nie do końca legalne środki. Rozumie pan, kapitanie?

Vanderkruger wolno skinął głową. Rozumiał. Co nie oznaczało, że to mu się podoba.

– Wąż nie może kąsać bez kłów – rzucił Burmistrz, wstając. Vanderkruger ociężale podniósł się z krzesła i odprowadził go w stronę drzwi. – Obywatel Baboozon jest takim kłem.

Vanderkruger nie mogąc się powstrzymać, zapytał:

– A kto jest wężem?

Burmistrz stał chwilę nieruchomo, odwrócony tyłem i kapitan mógł sobie tylko wyobrażać wyraz jego twarzy.

– Ludzie – odparł w końcu Vere.

***

Vertiri zbudził się gwałtownie. Ktoś kucał obok, potrząsając jego ramieniem, jakby usiłował wyrwać je ze stawu. Chłopak odepchnął natręta i usiadł.

– Co się stało? – zapytał zaspanym głosem.

– Zaczyna się. – Z trudem rozpoznał głos Coena; poważny, pełen napięcia, wręcz zdenerwowania.

– Co się zaczyna?

– Głupi jesteś, czy co? Wstawaj. Zaraz zatrzymujemy miasto.

Vertiri poczuł, że coś przewraca mu się w żołądku. Coen rzucił mu buty na kolana i zniknął między kotłami.

Chwilę później Vertiri dołączył do palaczy zgromadzonych pośrodku hali. Max stał na postawionej między nimi skrzyni. Przemawiał do więźniów, gestykulując intensywnie.

– Za pół godziny zatrzymujemy całe Stunożne Miasto. Zamkniemy drzwi do kotłowni i zabarykadujemy je skrzyniami z drewnem. Gwardia Burmistrza prawie na pewno będzie próbowała dostać się do środka, kiedy tylko zorientują się, że to nasza sprawka.

– Zaraz – odezwał się Vertiri – to znaczy, że będziemy walczyć?

– Na tym zwykle polega obrona oblężonej fortecy, owszem. Nie bój się, młody. Musimy tylko wytrzymać do czasu…

– Do czasu?

– Aż Baboozon zrobi swoje.

***

Gdy Stunożne Miasto zamarło w bezruchu, Vanderkruger snuł się po Rynku Głównym. Trwał dzień targowy i plac wypełnił się kupującymi i sprzedającymi, zwierzętami i straganami, nad wszystkim wisiał typowy, ciężki miejski odór i coś jeszcze, napięcie, które na powierzchni wyczuwa się, gdy nadchodzi burza. Kapitan schował policyjną odznakę do kieszeni płaszcza i krążył dokoła Rynku w cywilu, rozglądając się uważnie na boki i wsłuchując się w głosy tłumu. Miał wrażenie, że zaraz coś się wydarzy i jeśli nie będzie uważny, całe Miasto runie mu na głowę.

Dwa potężne wozy z grzybami większymi niż głowa Vanderkrugera zatarasowały uliczkę prowadzącą w głąb miasta. Między woźnicami wybuchła ostra kłótnia. Kapitan z bezpiecznej odległości obserwował, jak dwóch funkcjonariuszy usiłuje rozdzielić wrzeszczących na siebie mężczyzn. Coś jest nie tak, pomyślał Vanderkruger i dreszcz przebiegł mu po plecach.

Nie mógł oderwać wzroku od czerwonej chusty na głowie posągu.

Zatrzymał się nieopodal, obok straganu z używanymi książkami, i zapalił cygaro. Przestępował z nogi na nogę, jakby chciał się rozgrzać, choć w samym sercu Stonogi zwykle było ciepło i trochę duszno. Podłoga wibrowała monotonnie pod jego stopami.

Nagle machiną wstrząsnął dreszcz. Vanderkruger zatoczył się, wpadając na stojący obok wózek i zrzucając na ziemię kilka książek. Sprzedająca je babuleńka, wsparta na lasce grubej jak jej noga, rzuciła mu pełne niechęci spojrzenie. Wymamrotał jakieś przeprosiny i schylił się, by podnieść książki.

W pierwszej chwili nie zauważył, że coś się wydarzyło. Chyba nikt się nie zorientował. Bezruch i cisza wdarły się w świadomość Vanderkrugera tak gwałtownie, że nie miał czasu, by uzmysłowić sobie o co chodzi.

Powoli milkły rozmowy. Nawet zwierzęta ucichły, jakby zdumione nagłą zmianą czegoś, co wszyscy uważali za niezmienne. Fala ciszy przetoczyła się po Rynku, zabierając ze sobą całą normalność.

W skroniach Vanderkrugera zapulsowało. Coś się stało, pomyślał. Coś się stało, coś się dzieje, co się dzieje?

Do innych też w końcu dotarło, że Stunożne Miasto, po raz pierwszy zatrzymało się. Ciszę rozdarł krzyk. Więcej krzyków. Tłum, niczym wielka machina, rozpoczął własny rozpaczliwy ruch.

Vanderkruger zaklął i rzucił podniesione książki z powrotem na stragan. Chciał ruszyć biegiem na posterunek, zebrać ludzi, opanować panikę, zanim zdąży na dobre wybuchnąć, ale ktoś chwycił go za ramię. Jednocześnie poczuł, że coś nieprzyjemnie ostrego dotyka jego boku.  

– To jest nóż, kapitanie – usłyszał cichy, spokojny głos tuż przy swoim uchu. – Wepchnę go panu między żebra, jeśli spróbuje pan uciekać lub wzywać pomocy. Chociaż i tak wątpliwe, żeby ktoś pana usłyszał.

– Dobrze – odparł Vanderkruger, unosząc ręce. – Nigdzie się nie wybieram i obiecuję, że nie będę krzyczeć.

– Wierzę panu. – Nóż cofnął się, silne ramię szarpnęło kapitanem i ten stanął twarz w twarz z Baboozonem.

– To ty – mruknął Vanderkruger. – Co tu się dzieje? To twoja sprawka, prawda?

– Niech pan pójdzie ze mną. Chcę, żeby pan to zobaczył z wysoka.

Poprowadził Vanderkrugera przez tłum, coraz bardziej niespokojny i wzburzony. Kapitan szedł posłusznie, domyślając się, że dłoń Baboozona, ukryta w kieszeni płaszcza, dzierży nóż, a cudownie ocalały element rewolucyjny na pewno nie będzie miał oporów przed dźgnięciem utrudniającego życie policjanta. Skierowali się do jednego z pobliskich domów i przeszli pogrążoną w ciemności klatką schodową na dach. Z jednego z mieszkań dobiegał płacz dziecka. W normalnych warunkach zaginąłby wśród huku pracującej maszynerii, ale teraz pośród ciszy, brzmiał przejmująco i strasznie.

Dach był płaski, otoczony niskim murkiem, o którego krawędź stała oparta mechaniczna kusza.

– Co ty robisz? – zapytał Vanderkruger. Pociły mu się dłonie. Wnętrze Stonogi zdawało się być coraz duszniejsze, a może to on coraz bardziej się denerwował. – Cokolwiek planujesz, nie rób tego. Wszystko da się jeszcze odkręcić, naprawić…

Baboozon uciszył kapitana, przykładając palec do ust.

– Niech pan patrzy – powiedział. – Ale lepiej niech pan siądzie tu ze mną.

Baboozon usiadł, opierając się plecami o murek. Vanderkruger kucnął obok i wychylił się, by spojrzeć na Rynek w dole.

Robiło się coraz gorzej. Dziwnym trafem wielkie wozy z towarami zablokowały wyloty uliczek dokoła placu, a ich właściciele gdzieś poznikali. Dopiero z góry Vanderkruger zobaczył w tym jakiś dziwny wzór. Rynek wypełniony był spanikowanymi ludźmi, którzy nie mogli przedostać się przez barykady z ciężkich pojazdów. Dostrzegł kilka policyjnych hełmów, dryfujących w morzu głów, ale funkcjonariusze byli równie zdenerwowani, co cywile. Poczuł ukłucie niepokoju na myśl o Arik, która musiała być gdzieś tam w dole. Pracowała w policji od niedawna, nie miała żadnego doświadczenia i musiała być teraz naprawdę przerażona.

– Ty to zrobiłeś? – zapytał Baboozona. Chłopak z uśmiechem skinął głową.

– Tych, którzy chcą zmiany i są gotowi mi pomóc, jest więcej, niż się wydaje, kapitanie. Nie chciałem tego robić, w obawie, że ktoś może ucierpieć, ale muszę mieć świadków. Muszą widzieć.

Nagle ciszę przeciął głośny gwizd. Jedyną niezablokowaną ulicą, tą prowadzącą bezpośrednio do siedziby Burmistrza, nadjechała kareta. Wielki, ciężki pojazd przypominał bojową machinę napędzaną parą. Potężne tłoki pociły się gorącą wodą.

Ludzie odskakiwali na boki, depcząc po tych zgromadzonych za nimi. Vanderkruger złapał się na powtarzaniu w myślach: żeby tylko nikt nie wpadł pod koła, żeby tylko nikt nie wpadł pod koła.

Gwardia Burmistrza rozpychała ludzi na boki zbyt brutalnie. Nie obyło się bez krzyków i kilku pechowców przewróconych na ziemię. Vanderkruger nie słyszał z tej odległości słów, ale znaczenia mógł się łatwo domyślić. Miał tylko nadzieję, że udało im się podnieść.

W końcu kareta zatrzymała się, dokładnie pośrodku placu. Vere wysiadł, potoczył wzrokiem po zgromadzonych i wstąpił na cokół posągu. Vanderkrugerowi wydało się, że w przelocie zerknął na czerwoną chustę na głowie własnej podobizny.

– Stonożanie – zaczął donośnym głosem – musicie zachować spokój. To tylko przejściowe kłopoty, którymi zaraz zajmą się najlepsi specjaliści. Sytuacja jest pod kontrolą.

Baboozon dotknął lekko ramienia Vanderkrugera i wskazał coś palcem. Gwardziści Burmistrza przełazili przez jeden z wozów, blokujący korytarz wiodący, jak przypomniał sobie kapitan, do kotłowni. Wszyscy mieli przy sobie broń.

– Najlepsi specjaliści Burmistrza – mruknął Baboozon. Wyprostował się, chwytając w dłonie kuszę. Oparł ją wygodnie na murku i spokojnie wycelował. Prosto w głowę Burmistrza.

– Co ty robisz? – syknął Vanderkruger. – Nie wystarczy ci chaos, który teraz zapanował? Chcesz, żeby obywatele do reszty spanikowali?

– Chaos – powtórzył cicho Baboozon. Wydawał się nieobecny. – Piękny.

Vanderkruger ukradkiem sięgnął za pazuchę.

– To nic nie da. – Chłopak spojrzał na kapitana, jakby czytając mu w myślach. – Możesz mnie zastrzelić, możesz mnie aresztować, ale to nic nie da. Spójrz w dół.

Burmistrz nadal przemawiał, ale krąg przerażonych obywateli zacieśniał się wokół niego. Straż przyboczna sięgała po broń, ale wyglądali jak ludzie, którzy zastanawiają się, czy ich pensja jest warta tego, co może się zdarzyć, gdy staną między wściekłym tłumem a tym, którego obrano na ofiarę linczu.

Vere chyba właśnie zaczynał to sobie uświadamiać.

– Ja nic nie zrobiłem – powiedział Baboozon. – Ja tylko pozostałem przy życiu, cała reszta wydarzyła się sama. Stonożanie potrzebowali tylko pchnięcia. Naprawdę go potrzebowali, kapitanie.

Vanderkruger opuścił ręce. Dzieciak miał rację. Był tylko iskrą, która rozpoczęła pożar. Baboozon obserwował chwilę grę emocji na twarzy policjanta, ale zaraz odwrócił wzrok, jakby zdał sobie sprawę, że kapitan nie stanowi już dla niego zagrożenia. A może od początku wiedział.

Znów spokojnie wycelował w głowę Burmistrza.

– Myślisz, że to coś zmieni? – zapytał Vanderkruger. – Może po nim przyjdzie kolejny…

– Coś na pewno się zmieni – odparł Baboozon. W jego głosie była pewność granicząca z naiwnością. – Musi.

Zagryzł wargi i nacisnął spust. Vanderkruger usłyszał brzdęknięcie zwolnionej cięciwy i zamknął oczy.

Ktoś krzyknął.

 

 

 

Koniec

Komentarze

No! IMO, ruch w bardzo dobrą stronę. Ciekawy świat wykreowałaś.

Tekst wciągnął od samego początku i już nie puścił. Postacie żyją. Bardzo misie.

Złapały go mdłości. Wycofał się szybko z Podpoziomu, a Korytarz Zapomnianych pokonał niemal biegiem. Zwymiotował dopiero na pełnej ludzi Handlowej.

Zabrakło mi zapalenia lampy. Po ciemku tak biegał?

krążył dokoła Runku w cywilu,

Literówka.

Babska logika rządzi!

“Nagle jego oczy zwęziły się w wąskie szparki”, – nie brzmi najlepiej, moim zdaniem. Może “Jego oczy zmieniły się w dwie wąskie szparki”. Niezłe opowiadanie. Pozdrawiam.

Zajebiste.

 

Peace!

 

P.S:

A żeby nie było, że mój głos tu i ówdzie się nie liczy:

Tekst napisany niby zupełnie normalnie, nie stara się urzec formą, słowa łączą się po prostu w zdania, a nie w zaklęcia, a mimo to… Magia, Pani Kochana. Prawdziwa Magia.

Historia jest klarowna, o to obawiać się nie musisz. Jest też niezwykle zajmująca – najpierw moją uwagę przyciągnął idiotyczny tytuł i myślę sobie: Kto wymyślił coś…. Aha… (a właściwie: AHA!) no to zerknijmy… i tak my zerkali, że z pierwszego zdania nagle zrobiło się ostatnie. Żeby wymyślić ogromną stalową stonogę z funkcjonującym w jej wnętrzu miastem, trzeba mieć coś bardzo… Ale jeszcze żeby przekonać mnie do tej Stonogi; pokazać mi ją tak, że przestaje dziwić, a zaczyna ciekawić, trzeba mieć to coś jeszcze bardziej.

Sama historia – nie będę tu oryginalny – nie jest oryginalna. Wielki życia krąg, wiadomo. Ale sposób, w jaki ją serwujesz robi robotę i w ostatecznym rozrachunku to też zupełnie nie przeszkadza. Nieco gorzej, że wszystkie wątki wydają się jakieś takie nieskomplikowane, banalne, łatwe, krótkie, bezpłciowe rzekłbym nawet. Pełzacz jest bardzo obircujący, ale znika jeszcze szybciej, niż się pojawił, a jego informacje zdają się pchać śledztwo wielkim kopniakiem do przodu. Samo śledztwo i motyw Vanderkrugera jest bo jest, ale mogłoby go nie być i też by było. Boboozana, Arcy-Mącicielia i Sprawcę-Rzeczy-Które-Się-Dzieją, też jakby w tym wszystkim niewiele.Sama bardzo ładnie go podsumowałaś w końcówce, i to jego własnymi słowami: “Ja tylko pozostałem przy życiu”. Vertiri, ot, kolejny obserwator. Scena w biurze Vanderkrugera, gdzie Gubernator… Niby była, a w ostatecznym rozrachunku jakby nie było. I tak dalej. Wiem, widzę, rozumiem. Ogarniam, że takie wszystkie małe wątki, splecione ze sobą, tworzą większą, spójną, bardzo interesującą całość i każda postać ma jakąś swoją rolę do odegrania, jeśli nie w historii, to w fabule, wszystko jest po coś. Jestem tego doskonale świadom. A jednak, mimo to, po rozbiciu na poszczególne elementy, każdemu z nich towarzyszy wrażenie spłycenia.

Ogólnie jednak po raz kolejny udowadniasz, że potrafisz zrobić dobry użytek z klawiatury.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Już na tym portalu czytałem opowiadanie o mieście znajdującym się we wnętrzu gigantycznej maszyny. To było opowiadanie użytkownika Unfala. Pozdr.

Bardzo sympatyczne, mimo że w sumie prosta i przewidywalna fabuła. Napisane jednak tak, że czyta się samo. Wciągnęło mnie tak, że nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca.

I tylko jedno mnie dręczy, więc muszę zadać to pytanie. Skoro miasto jest w ciągłym ruchu, to skąd mają świeżą wodę, warzywa? wiem, czepiam się :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo mi się podoba.

Pozdrawiam

Ciekawa, wciągająca choć prosta historia. Opisana w lekkim, dobrze czytającym się stylu. Do tego kreacja świata mnie uwiodła. Skojarzyło mi się z powieściami Chiny Mevilla, a z Polaków z Sebastianem Uznańskim. Obaj ci autorzy lubują się w kreowaniu światów totalnych. Tym opowiadaniem nawiązałaś do ich najlepszych dzieł. Naprawdę bardzo dobry tekst. Lecę nominować. Biblioteki kliknąć nie mogę, chociaż chętnie bym to zrobił. Z taką jakością opowiadania nie musisz się obawiać że do niej nie wejdzie. Jest naprawdę świetne.

…wyszło trochę długie, a cięłam jak się dało.

No i szkoda, bo z przyjemnością dowiedziałabym się o Stunożnym Mieście znacznie więcej. Szkoda, że ograniczyłaś się wyłącznie do zawiązania intrygi i podporządkowania jej wszystkiego o czym piszesz. Brakło mi wielu informacji, by do końca móc wyobrazić sobie życie w Wielkiej Stonodze. Czy Miasto było samowystarczalne? Samo produkowało żywność? Piszesz, że Vertiri zjadł miskę owsianki – skąd mieli zboże? Skąd brali drewno, którego pełne skrzynie stały w kotłowni? Czy tam w ogóle była jakaś przyroda? Pytań jest więcej, ale na tym poprzestanę, bo pewnie wiesz o co mi chodzi.

Jakkolwiek cały tekst czytało się świetnie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rewolucja potoczyła się szalenie gładko – ot, pewna grupa postanowiła, że trzeba obalić Władzę, bo dosyć już tego, co się wyrabia. I oto stała się Rewolucja. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że jej siłą napędową byli ludzie o bardzo ograniczonych możliwościach – więźniowie zamknięci w kotłowni. A jeśli mieszkańcy Miasta był niezadowoleni, jeśli gdzieś dochodziło do wrzenia, dziwi mnie, że rządzący nie byli zorientowani w nastrojach ludności, bo odniosłam wrażenie, że wszystkie dziedziny życia były kontrolowane.

Mam wrażenie, że Depresja Stunożnego Miasta jest zaledwie streszczeniem obszernej powieści, którą chciałabym przeczytać.  ;-)

 

że za­mie­rza ukraść zwło­ki dziad­ka z sza­fo­tu. – Dziadek z szafotu?

Raczej: …że za­mie­rza ukraść z szafotu zwło­ki dziad­ka.

 

Po­ma­lo­wa­ny w lśnią­ce złote i zie­lo­ne pasy, był w rze­czy samej olśnie­wa­ją­cy […] bez swo­je­go olśnie­wa­ją­ce­go ko­stiu­mu…– Powtórzenia.

 

Wyrok Sądu był słusz­ny, a pań­ski syn był, bądź co bądź, dzia­ła­czem ruchu oporu. – Powtórzenie.

Może: Wyrok Sądu był słusz­ny, a pań­ski syn, bądź co bądź, dzia­ła­ł w ruchu oporu.

 

zaś pod­ju­dza­czy i spi­skow­ców zwy­kle wie­sza­no w cza­sie pu­blicz­nej eg­ze­ku­cji. – Skazanych nie wieszano w czasie egzekucji, ich wieszanie było egzekucją.

Proponuję: …zaś egzekucje pod­ju­dza­czy i spi­skow­ców odbywały się zwykle pu­blicz­nie, przez powieszenie.

 

Nie sły­szał nawet swo­ich wła­snych kro­ków. – Masło maślane.

Wystarczy: Nie sły­szał nawet swo­ich kro­ków. Lub: Nie sły­szał nawet wła­snych kro­ków.

 

Zna­lazł się w ab­so­lut­nych ciem­no­ściach… – Zna­lazł się w ab­so­lut­nej ciem­no­ści

Bo nie wydaje mi się, by mogło tam być kilka ciemności.

 

Pod pachą trzy­ma­ła pu­deł­ko. – Szczur pocz­to­wy do pana. – Dzię­ku­ję. Wy­cią­gnął wę­szą­ce zwie­rząt­ko z pu­deł­ka… – Powtórzenie.

Może w ostatnim zdaniu: Wy­cią­gnął wę­szą­ce zwie­rząt­ko z pojemnika/ kartonu/ opakowania

 

dla któ­re­go zwło­ki oby­wa­te­la Ba­bo­ozo­na za­pa­da­ły się… – Literówka.

 

Cięż­ko było za­snąć w ko­tłow­ni.Trudno było za­snąć w ko­tłow­ni.

 

Byłeś ofia­rą, którą każdy przy­wód­ca re­wo­lu­cji musi przy­go­to­wać się do po­nie­sie­nia. – Bardzo nieczytelne zdanie.

Proponuję: Byłeś ofia­rą, do poniesienia której musi przygotować się przywódca każdej rewolucji.

 

Za­trzy­mał się nie­opo­dal, obok stra­ga­na z uży­wa­ny­mi książ­ka­mi… – Za­trzy­mał się nie­opo­dal, obok stra­ga­nu z uży­wa­ny­mi książ­ka­mi

 

Do in­nych też w końcu do­tar­ło, że Stu­noż­ne Mia­sto, po raz pierw­szy, od wielu, wielu lat, za­trzy­ma­ło się. – Nie mogło zatrzymać się po raz pierwszy od wielu lat, bo wcześniej napisałaś, że nie zatrzymało się nigdy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie z kolei przyszło na myśl “Vertical” Rafała Kosika.

Co prawda cały czas się zastanawiałam, dokąd ta Stonoga tak pędzi, jednak sama idea jest niezwykle klimatyczna. Świetna sprawa – taka machina musi naprawdę niezwykle wyglądać i aż chce się ją sobie wyobrazić, ale konsekwentnie pokazujesz świat oczami bohaterów, przez co cały robal sprowadza się do korytarzy, żelastwa, drgań i trzasków. To na plus, żeby nie było nieporozumień ;) 

No właśnie, wrócę jeszcze do pytania – dokąd, po co, ta Stonoga idzie? Czuję, że mieszkańcy takiego miasta z pewnością jakoś by sobie ten ruch tłumaczyli. Może pragmatycznie, może filozoficznie albo religijnie. Bez tego elementu cała sprawa z zatrzymaniem miasta jest dla mnie nieco niezrozumiała – to znaczy wiem, że to działa trochę jak prawo natury, coś co dzieje się zawsze i niezmiennie, więc zmiana jest z pewnością szokująca, ale co sprawia, że porusza ludzi aż tak bardzo? Hm, a może jednak nie aż tak bardzo, ale wystarczająco, żeby burmistrz pojawił się na zatłoczonym rynku. Pewnie to wystarczy, ale – odnosząc się nieco do komentarza Cienia o płytkości niektórych wątków – to ja właśnie tutaj kopałabym studnię. 

Sądzę, że postać Arik kwalifikuje się pod brzytewkę. Sympatyczna jest, ale mało wnosi.

A z ogólnych wrażeń – przeczytałam z dużą przyjemnością i zgadzam się, że to bardzo dobry tekst. Jak zwykle piszesz świetnie, klimat tworzysz wyśmienity, podoba mi się bardzo umiejętne harmonizowanie opisów z akcją. Gratuluję kolejnego udanego tekstu :))

 

EDIT: 

Mam wrażenie, że Depresja Stunożnego Miasta jest zaledwie streszczeniem obszernej powieści, którą chciałabym przeczytać

No właśnie, zapomniałam, ale tez to chciałam napisać ;)

Bardzo! Soczysty mash up smakowitych składników. W wielkiej (na dodatek parowej!) mechamagicznej stonodze kojarzącej się odległe z „Ruchomym zamkiem Hauru” mistrza Miyazakiego udatnie zamknęłaś galerię postaci godnych Ankh Morpork. O unoszącym się nad całością duchu pana Melville’u już wspomniał belhaj. Zgadzam się z Reg, że rewolucja poszła za łatwo; zamordyści są zwykle paranoikami nie szczędzącymi grosza na szpiegów. Ponieważ jednak nad Stonogą lata cyrk w pasiastym sterowcu, przymykam na to oraz kilka innych drobiażdżków oczy i wracam do pisania antyburmistrzowskich haseł w dzielnicy czerwonych żarówek. Props! 

Przyczajony użyszkodnik

A to ja mam tak: tytuł mnie przyciągnął, a tekst wciągnął, od razu pojawiały mi się mechaniczno-stonogowe obrazy w głowie. I zdecydowanie prosi się o więcej. Może właśnie dlatego, że sam świat jest przyciągający, taki, że się chce, a historie czy też postaci, które w nim umieściłaś, mogłyby zostać rozwinięte dużo dużo bardziej. Np. te zdania

Poczuł ukłucie niepokoju na myśl o Arik, która musiała być gdzieś tam w dole. Pracowała w policji od niedawna, nie miała żadnego doświadczenia i musiała być teraz naprawdę przerażona.

są już takim haczykiem dla historii :)

Albo inaczej: to jest taki tekst, który ja bym czytała dla tła wydarzeń bardziej niż dla samych wydarzeń. Mam taką kategorię książek w głowie (i to są zresztą te, do których lubię od czasu do czasu wracać, tak jak się lubi miasta czy miejsca) :)

Aha, też się zastanawiałam, co ci wszyscy stonożanie jedzą, skąd biorą paliwo, ale jakoś zapomniałam przy pisaniu komentarza.

Babska logika rządzi!

Ja też nad tym dumałem, ale w końcu wydumałem, że skoro Stonoga jest samowystarczalna, to jest i tyle. Grav pokazała nam sporą jej część, ale z pewnością to wciaż tylko ułamek całego systemu. No i mnie bardziej ciekawi pytanie: po co ona szła? Dokąd? Co, kiedy wreszcie trafiła na przeszkodę nie do pokonania – pasmo górskie, ocean, ruską granicę, etc. Nie jestem jednak pewien, czy chcę znać odpowiedzi. Dumanie jest ciekawsze.

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Uprzejmie proszę Autorkę o przyjęcie wyrazów uznania trzeciego stopnia.

Dopiero po przeczytaniu zacząłem zadawać pytania, od podstawowego, skąd dokąd podąża Stonoga i tak dalej, na kwestii rolnictwa kończąc, a to jednoznacznie świadczy o bagienności tekstu – czytasz i o nic nie pytasz, bo nie ma na to czasu…

Jedna rzecz na minus – turbulencje. Stonoga nie fruwa, ona tupta po ziemi… a kontekst, podstawowy, tego słowa sprawia, że brwi wędrują pod sufit: gravel i taki numer?

Wow. Okay, dziękuję ślicznie wszystkim za komentarze i uwagi. Co było do poprawienia, poprawione zostało. 

A teraz do kwestii techniczno-gastronomiczno-konstrukcyjno-teologicznych: pisząc, wyobrażałam sobie Stonogę jako miasto niemalże samowystarczalne. Nie chciałam wprowadzać większego zamętu pisząc o grzybowych farmach i szklarniach. Coś mi tam też świta, że całkiem sprawnie mogłyby funkcjonować ogrody utworzone na grzbiecie Stonogi. Podobnie ma się sytuacja z wodą, którą można pozyskiwać z rosy, deszczówki itd. Ale to z kolei wymagałoby dopracowania technicznego i porady kogoś mądrzejszego ode mnie ;)

Odpowiadając na pytanie Werweny: 

Czuję, że mieszkańcy takiego miasta z pewnością jakoś by sobie ten ruch tłumaczyli. Może pragmatycznie, może filozoficznie albo religijnie. Bez tego elementu cała sprawa z zatrzymaniem miasta jest dla mnie nieco niezrozumiała – to znaczy wiem, że to działa trochę jak prawo natury, coś co dzieje się zawsze i niezmiennie, więc zmiana jest z pewnością szokująca, ale co sprawia, że porusza ludzi aż tak bardzo?

Starałam się zasugerować, że mieszkańcy miasta traktują je prawie jak bóstwo. Nie w ścisłym znaczeniu tego słowa, nie oddają mu czci, ale ruch Stonogi jest dla nich czymś tak stałym i niezmiennym, jak nieruchomy grunt pod naszymi stopami. No, ja bym się zestresowała, gdyby w analogicznej sytuacji Ziemia zaczęła, w sposób zauważalny dla ludzkiego oka, pląsać i brykać ;)

Bardzo się cieszę, że się podobało. Przyznaję, że pewne kwestie są do rozwinięcia, ale nie chciałam z tego robić jakiejś epopei, przez co prawdopodobnie za bardzo skupiłam się na wizji miasta, za mało uwagi poświęcając fabule. Shame on me. Chciałabym w sumie wrócić do tego świata, bo mi się wyjątkowo przyjemnie pisało :D A jeszcze przyjemniej czytało się Wasze komentarze :3

Wybaczcie ten chaos powyżej, jestem po zarwanej nocy. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo mi się. Wciągające i intrygujące. Czyta się samo. Może i historia jakaś skomplikowana nie jest, ale świat i bohaterowie to wynagradzają. Tylko… mało! Poczytałabym więcej o Pełzaczu lub Olśniewającym Cyrku. I chętnie dowiedziałabym się jakim cudem to wiecznie pędzące ustrojstwo jest samowystarczalne:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Adamie, dziękuję za komentarz i jednocześnie błagam o wybaczenie! Poprawiłam, jako tako. Słownik ostatnio nie jest moim przyjacielem, w niczym nie chce pomagać :/

AlexFagus, dziękuję! Chyba nie mam wyboru i muszę napisać kontynuację :D

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Kontynuacja swoją droga, przywrócenie bezlitośnie wyciętych fragmentów swoją. Oczywiście tych, które coś wnoszą…

» wymagałoby dopracowania technicznego i porady kogoś mądrzejszego ode mnie ;) « 

Wierzę w Ciebie niezachwianie.  :-)  To nie są kwestie, wymagające siedmiu fakultetów, w końcu Twój świat zawiera elementy fantasy…

Elementy elementami, ale jakaś odrobina sensu i logiki by się przydała :D Wszystko jest, chyba, do zrobienia, tylko research będzie potrzebny ;) I czas. Czas byłby mile widziany… 

<odchodzi, udając się na poszukiwanie straconego czasu>

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Tło (Stunożne Miasto) to diament, zaprawdę diament, filar całego opowiadania. Oszlifować mogła go tylko równie sprawna główna oś fabularna. Według mnie, jubiler, nie sprostał do końca.

Całą intrygę śledziłem z umiarkowanym zainteresowaniem, wyczekując tylko kolejnych wzmianek i informacji na temat miasta. 

Znakomite uniwersum już jest. Teraz tylko czekać na równie znakomitą opowieść osadzoną w nim.

Bardzo dobry tekst, ale liczę, że to nie ostatnia moja wędrówka po Stunożnym Mieście i, że kolejna będzie wręcz wybitna. :-)

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Tylu już i tyle napisało…

Cholercia, praca miewa swoje minusy. Na ten przykład brak czasu, żeby dodać punkcik do Biblioteki. Tak się cieszę, Gravel, że opublikowałaś w moim dyżurze… Przynajmniej nie umknęła mi taka perełeczka :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

stalowy robak wydrążony był istnym labiryntem korytarzy – chyba raczej tak: wydrążony stalowy robak był istnym labiryntem korytarzy

działał w ruchu oporu. Podżegaczem i buntownikiem – chyba zabrakło “Był” podżegaczem i buntownikiem

A wie pan, że prawo surowo każe tych – na pewno to “każe”?

Drżącymi dłońmi zapalił latarnie – latarnię

Nigdy nie noś więcej niż dwóch wiader naraz! – niż dwa wiadra?

nigdy nikomu w niczym nie zawadził! – raczej nie wadził

Ja podpiszę się pod zdaniem Nazgula – tło znakomite, reszta już nie do końca, choć czytałam z zainteresowaniem. 

Masz materiał na coś większego i lepszego.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zacznę od złych wieści, bo ja tak wolę :P

Nie podobały mi się niektóre nazwy – strukturomag (spróbuj to wymówić O.o) czy Stonożanie (to chyba w ogóle powinny być Stunożanie, trzymając się jedneolitego zapisu). Takie drobiazgi psują klimat, który jest najlepszym elementem opowiadania ;) Nie rozumiem też, po co użyłaś słowa fotofobia, gdy popularnym określeniem (i bardziej zgrabnym) jest światłowstręt.

Na minus fabuła od połowy – fajny poczatek z trupem (trupy na wstępie to zawsze dobry hak :D) rozwinęłaś w coś do bólu typowego. I nie przekonuje mnie to, że ruch oporu zdradził swój plan Veritiremu, tak o, po prostu. Sądzę, że nie ryzkowaliby, bo po co? I nie rozumiem po co Baboozon policjanta zaciągał w kąt i pokazywał co robi – chyba tylko po to, by czytelnik się o wszystkim dowiedział ;] A to taki brzydki zabieg – zmuszać swoje postaci do robienia czegoś wbrew wszelkiej logice, tylko żeby jakoś dało się wyłożyć wymyśloną historię.

Dobra, to były złe wiadomości, teraz te lepsze. W sumie tekst jest, mimo wpadek, i tak świetny ;) Warsztat trafiający do wyobraźni, pomysł na miasto może nie aż tak oryginalny jak się wydaje (znam kilka pozycji, w których miasto żyło/ruszało się), ale samo użycie Stonogi jest już dla mnie unikatowe i przede wszystkim – bardzo klimatyczne. Czuje się brud tego miasta, podczas lektury na umyśle zaciskają sie ponure trzewia maszyny. No jest super pod tym względem!

Tylko nie "Tęcza"!

Nazgulu, Bemik, Tenszo, dzięki za odwiedziny i miłe słówko :) Przyznaję, że podporządkowałam fabułę wizji Miasta, rozumiem, że opowiadanie na tym traci. Mam nadzieję, że jeśli/kiedy w przyszłości wrócę do pisania o Stonodze, uda mi się jakoś zgrabniej to skomponować :)

Tenszo, pozwolisz, że pozostanę jednak przy strukturomagach i Stonożanach :) Słowa fotofobia użyłam odruchowo – czytałam artykuł o światłowstręcie po angielsku i nawet nie pomyślałam o polskim odpowiedniku :) Zmienię. 

Bemik, dziękuję za wyłapanie błędów. Każe/karze to jedna z tych rzeczy, które muszę sobie chyba wytatuować na czole, żeby mi się przestały mylić :D

Emelkali, cała przyjemność po mojej stronie :)

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Na czole to słabo widać. A lusterko odwróci i dalej nie będziesz wiedziała, które jest które… ;-)

A to, że “karze” pochodzi od “kary”, a “każe” od “kazania” nie działa?

Babska logika rządzi!

W sumie racja z tym czołem… Kurczę, czyli jednak trzeba będzie inaczej zagospodarować przedramiona :D Miałam nadzieję na tatuaż bardziej estetyczny niż zasady ortografii, ale jak mus to mus. 

Właśnie nie działa. Zawsze zapominam ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dobrze się to czyta, choć pełno niewiadomych,a sama fabuła jest raczej nieskomplikowana. Z jednej strony to dobrze, bo tekst rozrósł by się pewnie do sto rozdziałów. Zasłużone pochwały.

Ciekawe. Jeszcze parę szlifów, być może jakiś ciąg dalszy, może lepiej dopracowane zakończenie i staniesz w jednym szeregu z takimi mistrzami około-steampunkowych klimatów jak Mechaniszkin. Na co z niecierpliwością oczekuję.

Infundybuła chronosynklastyczna

Tak jak kolega powyżej – lepsze zakończenie, które wydaje się być pisane na szybko – aby tylko skończyć. Z tego co widzę  zakończenia to największy ból autorów na tym portalu. Ale samo opowiadanie jest jednym z lepszych, jakie udało mi się tu przeczytać. No i ogromny plus za steampunk, ponieważ mało jest historii w tym klimacie, a jeszcze mniej dobrych. Pozdrawiam i oczekuję kolejnej części stunożnego miasta. :)

Mam opinię zupełnie podobną do tej Regulatorów. Bardzo żałuję, że cięłaś. Historia, świat, bohaterowie – wszystko ma taki potencjał! A Ty tak szybko, tak gładko, tak łatwo… Z mojego punktu widzenia szkoda, bo opowiadanie wciąga, zaciekawia, nie puszcza, a jednak pozostawia z ogromnym niedosytem.

Świetnie się czyta. Tak dobrze, że ciężkie pytania i wrodzona upierdliwośc trochę się zagapiły. Ocknięcie nastąpiło po końcu dopiero.

 

Potencjał tego pomysłu i co najmniej kilku bohaterów jest, jak pisze gwidon – na pełną książkę. Udało ci się napisać w zajmujący sposób historię o dość prostej fabule i schematycznych bohaterach – znać, słowem władasz niczym kiper ozorem.

 

Gdyby po tak mile spędzonym czasie miałbym się czepiać, czepiałbym się Ariki (mam wrażenie, że personifikujesz tutaj aspekt samej siebie ;-) ), jako postaci kompletnie zbędnej – a więc do rozbudowania lub cięcia. Nie, wróć, żadnych cięć! Kolejnym elementem jest łatwość, z jaką rewolucja podniosła łeb; bo skoro mamy do czynienia z pewnego rodzaju systemem totalitarnym, to co się stało ze wszechobecną inwigilacją, ze ściganiem myślozbrodni, z uprzejmymi, acz z obrzydzeniem składanymi donosikami? Również strukturomag przy kotłach wydał mi się ciutkę naciągany, ale to właśnie przez brak tła – co może zmusić tak potężnego gościa do zapieprzania, za przeproszeniem, na stanowisku nadzorcy bandy krymoli?

 

Samo stunożne miasto intryguje, zaciekawia, ciekawość woła o jeszcze. Jako członeczek jestem na tak.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przepraszam za późną odpowiedź, ale od soboty nie mam Internetu. 

Dziękuję wszystkim za komentarze i miłe słowa, bardzo mnie cieszy, że opowiadanie się generalnie podoba. Nie chciałam, żeby tekst się rozrósł do monstrualnych rozmiarów, bo, tak jak pisał Gwidon, miałby pewnie ze sto rozdziałów, gdyby porozwijać wszystkie wątki i bohaterów. 

Najważniejsze, że czytable :P 

 

Psycho, ale Arik jako personifikcja aspektu mnie samej? Nah, nie widzę tego jakoś. Chyba że podświadomie :D

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No, ale jakbyś dodała jakieś drugie tyle, m.in. na rozwinięcie bohaterów, to pewnie nikt by nie narzekał. :)

Ocha – yes

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie dosyć, że by nie narzekał, to jeszcze przyklasnął! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nikt by nie narzekał, bo oprócz dyżurnych nikomu by się nie chciało czytać opka na 80k znaków ;P

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Czytałam znacznie dłuższe i wcale nie z powodu dyżuru. Bo jak coś wciągnie, to się po prostu czyta i już. A jeśli jeszcze opowiadanie jest porządnie napisane, to kiedy przeczytam kropkę po ostatnim zdaniu, robi mi się żal, że to już koniec. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moje najbardziej “obczytane” opowiadania są jednocześnie najdłuższymi ;) Nikt nie chce czytać 80k kloców jak są po prostu słabe.

Tylko nie "Tęcza"!

Mi się fabuła rozłazi przy długich opowiadaniach, więc wolę nie ryzykować ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Wiesz, są tu autorzy, którzy specjalizują się w długich tekstach, a że piszą dobrze, to czytelników też znajdują, czasem muszą po prostu chwilę poczekać.

Fabuła Ci się rozłazi? Eee… Fabułę masz tu prostą, co dla mnie absolutnie nie jest zarzutem. To, czego mi zabrakło, to przede wszystkim pogłębienie charakterów bohaterów (kapitan! – ale ja chyba po prostu lubię kapitanów). Chciałam jeszcze napisać w pierwszym komentarzu jedno, ale w końcu machnęłam ręką – opisałaś miasto bardzo wprost, w specjalnie temu poświęconym fragmencie tekstu. A moim zdaniem lepiej by było, żeby to miasto odkrywać przed czytelnikiem stopniowo, niech sobie trochę wyobrazi, pozwiedza, poodkrywa. Oczywiście, wymagałoby to kilku tysięcy znaków więcej – ale co z tego?

Wiem, wiem, Ocho, już mi wszyscy praktycznie powiedzieli, że opowiadanie trzeba rozbudować :) Nie chodziło mi też konkretnie o ten tekst, tu rzeczywiście fabuła jest prosta, ale ogólnie – im dłuższe opowiadania piszę, tym mniej sensu z reguły mają ;)

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

A wiesz, gravel, to chyba znaczy, że trzeba pisać długie i się nauczyć nie rozłazić. Bo inaczej jak powieść napiszesz? Bo przecież napiszesz :)

Nie strasz, Werweno ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Odniosłam wrażenie, że nie zdecydowałaś, czy to ma być realizm psychologiczny, czy parabola. Wyszło coś pomiędzy i dlatego fabuła jest dość uproszczona. Natomiast nie popadasz w moralizatorski ton, to bardzo na plus, bo temat stwarza ku temu pokusę.

 

Tło czyli świat i postacie – miodzio. Miałam przed oczami ten świat (pasowałaby tu animacja w stylu Box Trolls). Mnóstwo nienachalnych konotacji, wywołanych przez ten ciągły ruch miasta, jego sztuczność, strukturę. No i ten latający cyrk! Powtórzę po poprzednikach: napisz coś więcej o Stunożnym Mieście :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Na start powiem, że świetnie wyszło zestawienie robactwa – nasuwającego skojarzenie ze skrzypieniem chitynowych pancerzyków, zgrzytaniem żelastwa stonogi i trochę onomatopeicznych nazw własnych ; )

 

W Korytarzu Zapomnianych wszystko nabierało jeszcze dosłowności. Skazańcy byli wchłaniani przez czarny metal, wrastali dosłownie w trzewia Stonogi i znikali na zawsze.

– a to jakby nie pasuje do wcześniejszego klimatu, tyle o robakach a tu magiczna ściana?

 

Jeżeli chodzi o świat, jak również częściowo o język tekstu – ogólnie rzecz biorąc pierwszą część opowiadania – to jest świetnie. Potem fabuła, która jest dość średnia (młody dobry anarchista, tłum wybierający obalenie władzy, zły władca) wybija się przed szereg i tłamsi tworzenie świata. 

Sam świat nie został należycie przedstawiony – wydaje się, że bohaterami powinni być nie tylko bywalcy melin, ale również przedstawiciele jakichś charakterystycznych wyłącznie dla stunożnego robala zawodów, może nawet warto by się szarpnąć na jakichś filozofów stunożności – ogólnie rzecz biorąc takie postaci, które również będą nieść informacje o oryginalnym świecie. 

Myślę, że warto jeszcze powrócić do stonogi z fabułą poświęconą czemuś bardziej przyziemnemu niż rewolucja – ale przyziemnemu w kontekście wykreowanego świata ; )

Polecam zajrzeć do zbioru opowiadań o Punktown. 

I po co to było?

Mirabell, dzięki, cieszy mnie, że się podobało. Wrócę do Stunożnego Miasta, kiedy tylko ogarnę, o co chodzi ze studiami, bo na razie, choćbym chciała, czasu na pisanie zwyczajnie nie mam :(

 

Syf.ie, pomysł z filozofami stunożności bardzo ciekawy, inspirujący. Postaram się, żeby następne opowiadanie było już lepsze. 

Z założenia w Stunożnym Mieście magia miała mieszać się z techniką. Lubię po prostu takie new weirdowe klimaty ;)

A na Punktown poluję już od dawna, przeczytam na pewno. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Z założenia w Stunożnym Mieście magia miała mieszać się z techniką. Lubię po prostu takie new weirdowe klimaty ;)

 

Ja rozumiem, magia napędzająca stonogę jest w porządku, chodziło mi raczej o to, że ściana wchłaniająca ludzi jest mało robaczomagiczna : P

I po co to było?

O, a dla mnie to było bardzo robaczomagiczne. Taki pożerający kokon czy pajęcza sieć.

Ok, rozumiem :) Ale wydawało mi się, że akurat ten element został utrzymany w duchu robaczomagicznym (notabene, fajne słowo) – może niekoniecznie kojarzyło mi się, tak jak Osze, z kokonem czy pajęczą siecią, ale wizja człowieka wchłanianego przez ścianę jest w pewien sposób robaczo-obrzydliwa ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

W porównaniu z większością publikowanych tekstów, jest ok ale…

Pomysł ruchomego miasta jest zerżnięty z Johna Cartera, nazewnictwo też jakby znajome. Wykrewane postaci sa niezwykle płaskie, a ich dialogi kojarzą się z monologiem, coś w rodzaju wstawek miedzy opisami, żeby nie usnąć. Fizyka, czy raczej mechanika świata bazująca na magach spajających materię? A skąd kolega pisarz wział tyle energii? Chyba nie parowej. Czyli deux ex machina. Nie bardzo rozuemiem, gdzie tutaj jest steampunk? Bo pojawia sie trochę słów o kołach zębatych i para wodna? 

O fabule …sam nie wiem,  płytka i liniowa. Nie ma żadnej tajemniczości. 

Reasumując, jako dzieło portalowe jak najbardziej ok, ale nic więcej. 

iHomerze, dziękuję za czas, który poświęciłeś na przeczytanie i zopiniowanie tekstu :) Przyznałam już wcześniej, że dałam się ponieść wizji miasta (którą trzeba dopracować, przyznaję), dlatego pewnie fabuła wyszła zbyt płytko i liniowo. No i nie pisałam tekstu mając nie wiadomo jakie ambicje – starałam się dobrze bawić przy konstruowaniu świata i sprawić choć trochę radości czytelnikom :) 

Dziękuję Ci za komentarz. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Napewno idziesz w dobrym kierunku, bo od strony warszatowej jest mniej zarzutów. Jest masa informacji w necie, o tym jak prowadzić zajmującą czytalnika fabułe, korzystać z fajnych swingów, czy budować interesującą warstwę dialogową. Powodzenia. 

Dzięki :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Trochę New Weird, trochę “Snowpiercera”, trochę “V jak Vendetta” – tropów jest wiele, ale to normalka. Ja w tym opowiadaniu widzę punkt wyjścia do rozbudowy świata Stunożnego Miasta – albo w powieści albo w zbiorze opowiadań. Nie wszystko dotyczące konstrukcji uniwersum musi być dopowiedziane – nawet nie warto tego robić, jeśli ma ona zachować bardziej metaforyczny charakter (vide film “Cube”, który bronił się doskonale bez potrzeby wyjaśniania, skąd wziął się Sześcian).

 

“W życiu by mu do głowy nie przyszło, by klepnąć ją w tyłek. Samym wzrokiem wybijała zęby.”

 

Lepiej byłoby “spojrzeniem” niż “wzrokiem”, ale wyjątkowo mi się to spodobało.

 

Pisz dalej – warto!

Dziękuję za wizytę i komentarz, JeRzy :) 

Bardzo chciałabym rozbudować to uniwersum, bo dobrze mi się “Depresję…” pisało. Zobaczymy, co – i jak – z tego wyjdzie. Ale na pewno nie zamierzam wyjaśniać wszystkiego, lubię niedopowiedzenia :)

Dziękuję jeszcze raz.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No, Gravel, komentarz pod tekstem od Redakcji… I to merytoryczny, a nie ochrzaniający trolla. Fiu, fiu… Gratki. :-)

Babska logika rządzi!

Jeżu kolczasty… No, no.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

JeRzy! Wszelki duch!

 

yesyesyes

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Witam. Ja nie znalazlem zaaadnych bledow, zdazylas juz wszystkie, jesli takie byly, poprawic zanim przeczytalem.

Po pierwszych dwoch akapitach pojawila sie pileczka – Terry Pratchett! Taak! Stonoga jest lepsza niz Zolw z swoimi Slonikami!:) Twoj Swiat – dalas mu tyle mozliwosci rozwoju, ze teraz musza byc kolejne tomy: W cyrku, Przeszlosc Pelzacza, Cel Stonogi (inna Stonoga? Kobitka?), Ucieczka ze Stunoznego Miasta i dziesiatki innych watkow, na ktore czekam z niecierpliwoscia. Rzuc studia, zaszyj sie w lesie i nie wracaj dopoki nie skonczysz!:)

 

Dzięki :) 

Nie przesadzajmy, Żółw nie ma sobie równych, ale cieszę się, że Stonoga przywodzi na myśl Pratchettowe uniwersum :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Znakomite odpowiadanie. Podobały mi się szczególnie dwie rzeczy – niezwykle oryginalny świat i bardzo ładnie nakreślone, charakterystyczne postaci. Wszystko ładnie napisane, fabularnie też co najmniej nieźle. Gratulacje.

Dziękuję, Zygfrydzie, cieszę się ogromnie, że Ci się podobało :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Z 10 razy zabierałem się do tego tekstu – skutkiem chyba niezbyt udanej przygody z filmem o niezatrzymującym się pociągu, dość podobnym do Twojej stonogi… Z przyjemnością stwierdzam, że moje obawy były niesłuszne. Bardzo fajnie nakreślona historia, szczególnie pierwsze 60% – potem już zacząłem skakać, chyba ta część najbardziej ucierpiała na cięciach. Osobiście za zbyt wysokim stosunkiem akcji do klimatu nie przepadam. Przyznam bowiem, że “rewolucja” interesowała mnie najmniej. Bardzo dobrze napisane (ale to już wszyscy wiedzą)!

Cieszę się, Vargu, że zdecydowałeś się ostatecznie przeczytać opowiadanie i zostawić komentarz. Dziękuję za uwagi i miłe słowa :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Tak zajrzałem z ciekawości, wiedziony srebrzystością piórka.  Czy to znaczy, że to opko ukaże się w NF? 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Corciu, po Tobie spodziewałabym się więcej. ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Słusznie, coś ostatnio nie jestem w formie :/

Na marginesie, fajne to to ;) 

Nie biegam, bo nie lubię

Cieszę się, że się podobało :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

A mnie niespecjalnie przypadło do gustu… Fabuła niestety bardzo uproszczona – i na sposób przeprowadzenia rewolucji trzeba przymykać oko, i na samą jej ideę:

Kto mówi o obalaniu? Czasem wystarczy nieźle zaleźć im za skórę. Żeby trochę się przestraszyli. Żeby nie zapomnieli. Żeby następnym razem, gdy będą wieszać tych, którzy mają coś do powiedzenia na temat niesprawiedliwości i okrucieństwa, gdy zechcą zsyłać kieszonkowców kradnących, aby wykarmić dzieci, do kotłowni, gdy zdecydują, że dziecko zasługuje na wchłonięcie: żeby wówczas pamiętali o tej chwili strachu, niepewności i słabości. Żeby pamiętali.

To wyjaśnienie jest bardzo, ale to BARDZO naciągane. Słyszałaś kiedyś o władzy, która po takim “przypominającym zamachu” zaczęłaby się krygować, a nie próbować wybić przeciwników co do jednego i mocniej złapać za mordę ludność?

 

A to niestety nie wszystko. Co do miasta, to owszem, dosyć fajne, ale to jednak nie wystarczy. I żeby udźwignęło tekst, to według mnie nie wystarczyłoby rozbudować wątków, tylko cały tekst musiałby obracać się wokół stonogi, odkrywania jej sekretów, jej sensu, wykorzystywania przez różne frakcje jej charakterystyki do swoich celów (tak jak tu rewolucja, samo zatrzymanie trybów zdecydowanie na plus)… Inaczej to tylko wymyślne tło (mimo że do czegoś potrzebne).

 

PS: W komentarzach ludzie wspominają, że postać Arik jest, ale mogłoby jej nie być. Zilustruję to faktem, że czytałem ten tekst w ostatnią środę i teraz nie mam zielonego pojęcia, kim jest Arik. Zielonego.

 

EDIT: Dobra, bo widzę, że może się wydawać, że nic pozytywnego nie widzę. Po lekturze “Depresji” i “Szatana” uważam, że masz warsztat i zadatki na napisanie świetnego tekstu, ale nie znalazłaś jeszcze czegoś, o czym musisz napisać. Żeby to była opowieść, którą naprawdę chcesz się podzielić, a nie po prostu wymyślona przez Ciebie, dla jednego bardziej, dla innego mniej ciekawa historia. Jeszcze to znajdziesz.

A na ten moment opinie są jakie są, bo ze względu na te zadatki nie daję wiekowej taryfy ulgowej.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Diriad, dzięki za przeczytanie i rzeczowy komentarz. 

Już mniej więcej wiem, jakie błędy popełniłam przy pisaniu “Depresji…” i jedyne, co mogę teraz zrobić, to obiecać, że następnym razem postaram się ich uniknąć. Tutaj postawiłam na wizję samego miasta i chyba rzeczywiście opowiadanie dużo na tym straciło. 

Cały czas (mam nadzieję) się uczę :) 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Pomysł ciekawy i czytało się płynnie i szybko. Choć mam wrażenie, że inne Twoje teksty, Gravel, były znacznie lepsze. Tu mamy w sumie zbrodnie, zagadkę i to jest w Twoim stylu, ale ten świat, jakoś mi się rozmył. Mimo wszystko tekst zasługuje na 5 i przeczytanie, bo masz taki styl, że samo się czyta. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, cieszę się, że Ci się dobrze czytało i dziękuję za komentarz :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam zwabiona piórkiem.

Pierwsza połowa podobała mi się bardziej, od drugiej, rewolucja jakoś mnie nie obeszła. Ale ten początkowy ambaras z zaginionym ciałem był bardzo udany :D

No i znów – pięknie napisane, tylko pozazdrościć :)

Dzięki, dzięki :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

To znowu ja. 

Z długą historią też sobie poradziłaś. Mniej jest tego “gadania o niczym”, które lubię w Twoich krótszych tekstach, a więcej fantastycznego mięcha. “Depresja Stunożnego Miasta” jest tym, czego szuka się w fantastyce – przeniesieniem do zupełnie innego świata, przeżyciem czegoś niesamowitego. Z world-buildingiem poradziłaś sobie nieźle. Z jednej strony nasuwają się skojarzenia jak wymienione już “Cube”, “Vortex” czy “Snowpiercer”. Z drugiej strony – co z tego? Stonoga jest super. Najbardziej mnie interesował ojednak to, co jest poza nią. Jak wygląda świat, po którym idzie? Czy da się z niej jakoś zeskoczyć? Myślę, że sama masz parę pomysłów :) Wiem też, że jest tu jakiś “prequel”, tam też wkrótce zajrzę. 

Co oprócz pomysłowego świata należy docenić? Płynność języka – to wiadomo. Poza tym, a może przede wszystkim, postaci. Spodobało mi się to, że poświęcasz im sporo uwagi. Ciekawy jest też dobór imion – czy to przypadek, że składają się z podobnych liter? (Vanderkruger ma np. litery do stworzenia Edgara Vere; chyba że mam jakieś zboczenie po “Papierowych sercach” Counta). 

A co sprawia, że nie uznaję tego za opowiadanie wybitne? Cóż, “Depresja” jest rozrywkowa. Wydaje mi się, że cięcie tekstu sporo ujęło, bo akcja potoczyła się zbyt szybko i zbyt gładko. Z zakończenia tak naprawdę niewiele wynika. Tytułowa depresja okazuje się zwyczajnym buntem w niezwyczajnym świecie. Zabrakło mi tutaj jakichś ciekawych myśli, które dotychczas u Ciebie znajdowałem. O ile te krótsze opowiadania mogłyby się podobać ludziom nieczytającym fantastyki, to wydaje się wyłącznie dla fanów fantastyki. 

Już nie ględzę, tylko gratuluję srebra i nieśmiało pytam, czy publikacja na papierze jest już w jakimś stadium? 

(Uslyszawszy wienczace komentarz pytanie, gravel, dekapitujac jednoczesnie nieszczesna krowe kolami swojego samochodu, zasmiala sie szyderczo. Tudziez autoironicznie.) Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

To nie wskazuje na zbyt zaawansowane stadium :(

Fun, dziękuję za obszerny komentarz. Fajnie, że Ci się podobało; cieszę się, że postaci wyszły ok. Podobieństwo ich imion to jednak czysty przypadek – zawsze wymyślam imiona i nazwiska na poczekaniu, a kiedy pisałam “Depresję…” musiała mnie chyba prześladować literka V. ^^ 

Rozumiem i zgadzam się z zarzutami o zbyt gładki przebieg rewolucji. Rzeczywiście za bardzo starałam się streścić, żeby nie znudzić czytelnika i negatywnie odbiło się to na fabule. 

 

A odpowiadając na pytanie, na które pośrednio odpowiedział już Cień: na razie ciężko mówić o jakimkolwiek stadium :D Maybe one day… 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka