- Opowiadanie: Braesthvar - Menuet na fortepian G-dur no. 2

Menuet na fortepian G-dur no. 2

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Menuet na fortepian G-dur no. 2

 

„…kłamstwa mego najpiękniejsze farby

zakryły prawdę”

Czesław Miłosz „Obłoki”

 

Każdemu ruchowi jednego z moich palców towarzyszyły obłędne dźwięki klawiszy fortepianu, kiedy na oparciu fotela w busie wybijałam czarujący Szopenowski Nokturn Es-dur z opusu dziewiątego, grający w słuchawkach.

Obok mnie siedziała starsza pani o dość pokaźnej tuszy, a zdążyłam się zorientować, że podobnych do niej niemało było w tym busie. Pasażerów było już dość sporo, a pojazd wypełniał się w błyskawicznym tempie. Zatrzymywaliśmy się niemal na każdym mijanym przystanku. No, w końcu zbliżało się Wszystkich Świętych, więc ruch naturalnie był wzmożony w tych dniach.

Za oknem jesienne liście biły płomieniem i karmazynem, słońce, okryte puszystymi obłokami, dawało tylko lekką poświatę. Jechaliśmy jednak stosunkowo szybko i nie dało się tak naprawdę podziwiać złotojesiennego krajobrazu, gdyż cały zlewał się w oczach. W związku z czym mój wzrok skierowany był w przód, gdzie niestety siedział mężczyzna, wykonujący dość nietypową robotę, mianowicie – wydawał bilety. Jakby nie mógł tego robić kierowca. Tak tylko siedział, zajmował miejsce i straszył ludzi, ponieważ nie był to typ przyjemny dla oka. Posturę miał doprawdy dziwną, jak marchewka, szeroki w barach i zwężający się ku dołowi. Ubrany był długie kraciaste spodnie, w których za grosz nie było elegancji i w szarą marynarkę, zupełnie niepasującą do dolnej części odzieży. Poza tym miał też wiele innych charakterystycznych dla siebie odstręczających elementów. Na przykład oczy miał wypukłe, przez co wyglądał jak żaba, a mało tego, prawe nieustannie się poruszało, jakby nie miał nad nim w ogóle kontroli. No ale cóż, z czymś takim mógł się urodzić, albo ewentualnie mogło to być skutkiem jakichś późniejszych wypadków. Co jednak było całkowitym ewenementem, wszystkie paznokcie miał idealnie przycięte i wymodelowane, tylko jeden, na małym palcu lewej ręki miał co najmniej centymetr długości. Może to zbyt mocne słowo, ale na mnie sprawiał on upiorne wrażenie.

Jechałam więc tak, raz ktoś wsiadał, raz wysiadał, czasem musiałam ustąpić miejsca, a szkaradny bileciarz wydawał bilety. Widok za oknem nie zmieniał się zbytnio, liście wszędzie miały podobne kolory, przejeżdżaliśmy przez kolejne miasta, w moich uszach rozbrzmiewały kolejne symfonie, sonaty i mazurki. Na jednym z przystanków, już pod koniec podróży, jakby usłyszawszy w moich słuchawkach słynne rozpoczęcie fortepianowego koncertu A-dur op.16 I. Allegro molto moderato Griega, czarny jak węgiel kot wskoczył (a szczerze mówiąc zdawało mi się przez ułamek sekundy, że wkroczył na tylnych łapach) do busa i jakby z pełną świadomością swoich czynów podreptał do obmierzłego bileciarza i przycupnął u jego stóp.

W końcu podróż naprawdę zaczęła mnie męczyć i nużyć. Im bliżej celu, tym bus bardziej był zapchany, robiło się ciasno, duszno i niewygodnie. Jedynie nieliczne, acz urokliwe, prześwity promieni słonecznych przez nieprzeniknione kłęby chmur i Dwudziesty Czwarty Kaprys boskiego Paganiniego podtrzymywały mnie na duchu. Kiedy zabrzmiały jego ostatnie takty, dojechaliśmy na końcowy przystanek, zabrałam swój bagaż i pomaszerowałam na przystanek MPK, żeby odbyć już ostatnią dzisiaj podróż.

Na szczęście nie zajęło to dużo czasu i już po kwadransie byłam na właściwej ulicy. Stanęłam przed blokiem, westchnęłam, chyba z ulgi, że w końcu dotarłam na miejsce, ale nie byłam do końca pewna, i wystukałam na domofonie numer. Po chwili ciszy rozległo się beznamiętne „pipczenie”, po czym nastąpił ten charakterystyczny, najbardziej irytujący dźwięk, jaki człowiek może w ogóle usłyszeć, aż wreszcie odezwał się głos córki:

– Tak, słucham?

– To ja, Marciu.

– Ach, proszę, wchodź.

Bzrzrzrz…!

Weszłam do środka przy akompaniamencie tym razem suity na wiolonczelę G-dur I. Preludium Bacha. Zgodnie z postanowieniem, nie skorzystałam z windy i zaczęłam się wdrapywać na to siódme piętro. Będąc jednak na czwartym, przez błogie pociągnięcia smyczka w mojej głowie, przebił się niesamowity, przekraczający niemal wszelkie standardy fortepianowej muzyki, relaksujący i radujący menuet. Natychmiast schowałam słuchawki do kieszeni, aby usłyszeć wyraźniej tę mistrzowską grę, która dotarła do mych uszu. Doszłam do wniosku, że musi pochodzić z piętra wyżej. Podążyłam więc dalej. Rzeczywiście na piątym piętrze w mieszkaniu pod numerem osiemnastym ktoś przepięknie grał na fortepianie. Czekała jednak na mnie moja córka. Z wielkim żalem stwierdziłam, że wizytę będę musiała odłożyć na później. Podjęłam więc wspinaczkę na nowo, czując płacz mej artystycznej duszy, kiedy z każdym krokiem nieziemskie dźwięki tchnącego wiosną i rozkwitem menuetu przycichały. Wreszcie stanęłam przed mieszkaniem mojej córki, cisza całkowicie zapanowała nad fortepianowymi brzmieniami, zastukałam w drzwi trzykrotnie poniżej numeru dwadzieścia sześć. Po chwili w wejściu pojawiła się Marta ubrana w długie obcisłe spodnie w cynamonowym kolorze i atramentowy golf. Na głowie, jak zwykle, czerwona opaska uciskająca czarne, ledwo sięgające za uszy włosy.

– Hej, mamo – przywitała się i uścisnęła mnie, przez co musiałam puścić torbę.

– Witaj, córciu – odpowiedziałam i poklepałam ją lekko po plecach. – Daj mi wejść.

– Herbaty czy kawy? – spytała, odchodząc do kuchni z korytarzyka na lewo.

– Herbatę. Zieloną, jak masz.

– Mhm.

Marta nastawiła wodę na herbatę, a ja zdjęłam z siebie czerwony szal i długi miodowy płaszcz. Torbę na razie zostawiłam pod wieszakiem. Odruchowo zerknęłam w owalne lustro nieopodal wejścia do kuchni ozdobione mosiężnymi liśćmi winogron i poprawiłam szatynowe loki.

– Jak się czujesz? – zapytałam, wchodząc do niewielkiej kuchni. Naprzeciwko wejścia, pod oknem, stał stolik z czterema krzesłami, na prawo kilka szafek i blat, a po lewej znajdowały się kolejno lodówka, kuchenka i zlew.

– Dość dobrze, kaszlę coraz mniej, gorączka też spada. Tylko wieczorami mnie dopada, więc kładę się spać wcześniej. Ojej, a gdzieś ty kupiła tą bluzkę? – spytała, kiedy oderwała się na chwilę od herbaty i zobaczyła moją nową limonkową bluzkę w pawie.

– Wyobraź sobie, że Henryk mi kupił.

– A z jakiej to okazji?

– No właśnie z żadnej – siadłam przy stole. – Podobno przechodził obok jakiegoś sklepu i rzuciła mu się w oczy, a do tego była jakaś super zniżka. Na początku myślałam, że coś zmajstrował i kupił, żebym się nie gniewała, ale podpatrywałam go trochę i zdaje mi się, że chyba naprawdę kupił ją ot tak sobie. Cóż, każdemu mogą wpaść najróżniejsze rzeczy do głowy.

– No, no, to się tatuś postarał. Szkoda, że nie przyjechał z tobą.

Marta podała herbatę.

– Ostatnio sporo pracuje, często zostaje po godzinach. Kiedy byłaś u tego doktora?

– Em… to będzie… pięć dni temu, czyli we wtorek.

– I co ci powiedział?

– Przepisał mi wapno i jakieś tabletki, które muszę brać trzy razy dziennie. No i mam oczywiście odpoczywać i jak najmniej wychodzić z domu, bo robi się coraz chłodniej. Czyli większość dnia siedzę pod kocykiem z gorącą herbatą i czytam książki.

– A co tam sobie poczytujesz ostatnio?

– Zaczęłam wreszcie „Tajemniczą historię w Styles” Agathy Christie.

– To ten kryminał, o którym mi opowiadałaś, tak?

– Yhy.

– Czyli nie dla mnie.

Na kilka chwil zapadła cisza. Powoli piłyśmy gorące napoje.

– No, cokolwiek by się nie działo – podjęła Marta – za tydzień wracam już do pracy.

– Mam nadzieję, że przez tydzień wyzdrowiejesz.

– Oj, na pewno. Już jest spora różnica, do kolejnego poniedziałku jeszcze kupa czasu.

– Córciu, a czemu mi nie powiedziałaś, że u was w bloku macie takiego fenomenalnego pianistę? – musiałam w końcu zapytać.

– Bo nie mamy – odpowiedziała z pewnym wahaniem.

– Przecież słyszałam, jak szłam tu do ciebie. Pod osiemnastką.

– Niemożliwe, przecież bym usłyszała. Wiesz, że przez ciebie mam wyczulony słuch.

– Stałam pod tamtymi drzwiami, ktoś grał tak pięknie…

– Może jakaś wieża czy magnetofon.

– Niee, poznam przecież żywy fortepian. Gra była tak prawdziwa, taka naturalna, odprężająca, błoga… coś niesamowitego, doprawdy.

– Być może wprowadził się ktoś nowy, ostatnio nie wychodzę przecież zbyt wiele, więc mogłam coś przeoczyć.

– Ale wiesz co? Po herbacie musimy odwiedzić tego, lub tą, spod osiemnastki. Muszę poznać kogoś, kto tak przepięknie gra.

– Jasne, nie ma problemu.

Dokończyłyśmy herbaty, rozmawiając o nowym przepisie na sałatkę owocowo-warzywną, który Marta ostatnio znalazła, o tym, że można by się wybrać do kina na nowy romans wojenny, którego tytułu nie pamiętała żadna z nas, albo o tym, że chciałybyśmy, żeby spadł śnieg na moje urodziny czwartego grudnia. W końcu nadszedł jednak czas odwiedzin nieznajomego pianisty. Marta nie mogła tego wiedzieć, ale mnie rozpalał od środka żar, którym pałała moja artystyczna połówka. Na wspomnienie tej boskiej melodii, którą słyszałam po drodze do mieszkania córki, robiło mi się gorąco. Oczami wyobraźni widziałam gruszowe sady mojej ciotki, u której w dzieciństwie spędzałam wakacje. Widziałam zielone lasy, złociste łąki i lodowate, lekko spienione górskie strumyki. Słyszałam śpiew ptaków, czułam na sobie ciepłe, rozkoszne promienie słońca i delikatny wietrzyk. Czułam się lekko, radośnie i beztrosko. Te wszystkie uczucia wzmagały się z każdym pokonywanym przez nas stopniem.

– Ach, co za gracja. Jaki talent.

– Mamo… ale… ja niczego nie słyszę.

– Jak to? Nie może być. Przecież słychać tak wyraźnie, coraz głośniej.

– Naprawdę, nie słyszę żadnej muzyki.

– Co ty mówisz? Przecież to jest takie piękne, musisz słyszeć. Nigdy nie słyszałam, niczego piękniejszego.

– Nic.

– Pleciesz.

Słońce mej wirtuozerskiej cząstki sięgnęło zenitu, kiedy stanęłyśmy przed mieszkaniem z numerem osiemnaście. Uniosłam rękę do pukania, lecz przerwała mi córka.

– Mamo, tyle już słuchasz tej klasycznej muzyki, że słyszysz, nawet jak nie gra. I jesteś zmęczona po podróży. Wracajmy do mnie na górę.

– No wiesz co? Wstydziłabyś się wypominać takie rzeczy matce.

Zapukałam.

– Prze… – zaczęła Marta.

Drzwi się otworzyły. Lecz nikt w nich nie stał. Muzyka wciąż grała. Pokój, który się przede mną pojawił był pusty, widać było jedynie drewnianą podłogę i niewielką część fortepianu po prawej.

– Proszę wejść – usłyszałam z wnętrza męski głos.

Samootwierające się drzwi były dziwne, lecz nie przyszłam tu po to, żeby teraz stchórzyć. Weszłam do środka, zostawiając bojaźliwą Martę na schodach.

Dalej był szkarłat, wrzask i nieprzenikniona czerń.

 

– Mamo! – krzyknęłam, usłyszawszy okrzyk matki i rzuciłam się do mieszkania. Po tym, co tam zobaczyłam, z pewnością skończyłabym tak, jak moja matka, jednak jakaś niepojęta siła utrzymała mnie w stanie świadomości. Czułam, że nie mogę teraz opuścić matki, zwłaszcza, że gdybym to zrobiła, zapewne byłoby to rozstanie na zawsze.

Usłyszałam trzask drzwi.

Oto, co ukazało się moim oczom, kiedy przekroczyłam próg tego przeklętego mieszkania. Najpierw była to moja nieprzytomna matka ze skaleczonym od upadku czołem, leżąca nieopodal fortepianu. Potem zwróciłam uwagę na sam fortepian, przy którym siedział jakiś mężczyzna w garniturze. Po lewej, za ścianą, która dotychczas zasłaniała ten widok, zobaczyłam śmierć. Moim oczom ukazało się pięć trupów.

Wisielec.

Opierający się o zakrwawioną ścianę mężczyzna z rewolwerem w ręku.

Mężczyzna z pustą fiolką na otwartej dłoni.

Kobieta w kałuży krwi z pociętymi żyłami na przegubie.

Zwęglone zwłoki.

Zwymiotowałam, ale jakimś cudem nie zemdlałam, jak moja matka. Dopiero teraz usłyszałam muzykę. Najpiękniejszy utwór, jaki dane mi było usłyszeć w moim dotychczasowym życiu. Dźwięki były tak delikatne, filigranowe, miękkie, płynące. Słysząc je, ohydne trupy ustąpiły miejsca niesamowitym górskim krajobrazom, krystalicznie czystym stawom i nieskazitelnie błękitnemu niebu. Do tego raju, tej idyllicznej rzeczywistości wdarł się śpiewny, stanowczy, męski głos.

– Tytuł brzmi: „Menuet na fortepian G-dur no. 2”.

Czar prysł. Ośnieżone szczyty zostały ścięte, stawy przemieniły się w bagna, a niebo osnuły ciemne chmury, które zaczęły siąpić krwawym deszczem. Przed moje oczy powróciły przerażające zwłoki i znów znalazłam się w piekielnym mieszkaniu numer osiemnaście.

– Zwany też „Światłem dla kłamców” – usłyszałam znowu głos.

Popatrzyłam w bok, na grającego na fortepianie mężczyznę. Było ich dwóch. Identycznych. Jeden cały czas grał, drugi stanął niedaleko mnie i to ten właśnie do mnie mówił. Na pierwszy rzut oka wyglądał dość normalnie. Ubrany w garnitur, z oczami w głębokim odcieniu zieleni i kilkucentymetrowymi czarnymi włosami. Był nawet przystojny. A jednak… jednak im dłużej się na niego patrzyłam, tym większe ogarniało mnie uczucie, że jest jakiś nieziemski. Że jest prawdziwym maestrem fortepianu. Ogarniało mnie przekonanie, że jest maestrem życia i śmierci. Prawdy i fałszu. Ciemności i światłości.

– Jak się miewa twój brat? – spytał niemal koleżeńskim tonem.

– C… Co?

– Pytam się, jak się miewa twój brat.

– Nie mam brata.

– Ach, no tak. Zmarł.

– Nie, nigdy nie miałam.

– Och, nie wiesz, biedna dziecino? – spytał troskliwym tonem, jednak słychać było, że to oczywiste, że on wiedział coś, czego ja nie mogłam.

– Czego nie wiem? Kim pan w ogóle jest?

– Co za nietypowa sytuacja. Weszłyście do mojego mieszkania i to ty pytasz się mnie? Chyba pokręciłaś role.

– To mama…

– Twoja matka jest łgarzem. Żyła w kłamstwie całe życie i ciebie w nim utrzymywała. Nadeszła pora, aby zapłaciła.

– Zapłaciła za… Co? Co pan bredzi? Co to ma znaczyć? – wskazałam trupy. Nie mogłam uwierzyć, że byłam taka spokojna. Powinnam zemdleć, jak moja matka. Powinnam wić się z płaczu na podłodze. Zamiast tego rozmawiałam z jakimś demonem. Siedzę w mieszkaniu szaleńca otoczona martwymi ludźmi. – To się nie dzieje naprawdę. To sen. To niemożliwe…

– Słucham?

Dopiero się zorientowałam, że mówiłam na głos. Boże, co tu się dzieje? To nie miało prawa się zdarzyć, to nie jest realne.

– Cóż, twoja matka miała czas, aby ci to powiedzieć. Przykro mi, że się tego dowiesz od nieznajomej osoby, ale miałaś brata. Miał dwa lata, zmarł dwa przed twoimi narodzinami. Ach nie, nie zmarł. Został zamordowany. Przez twoją matkę. I w gruncie rzeczy, jego własną matkę również.

– Co? Jesteś szalony. To ty jesteś mordercą. Jezu, nie wierzę, że to się dzieje. Nie. Dzwonię na poli…

– Oni? To samobójcy. Przyszli posłuchać mojej muzyki. A mój menuet słyszą tylko kłamcy. Ty go usłyszałaś tylko dlatego, że sobie tego zażyczyłem. Ja im jedynie uświadomiłem, że całe ich życie było fałszem. Było nieprawdziwe, nie istniało. Jeśli żyje się w kłamstwie, nie żyje się realnie. Kłamcy nie są ludźmi. To nic nie warte istoty, żyjące tylko imitacją życia. Kiedy to do nich dotarło, nie pozostało im już nic innego, jak zdecydować się na śmierć. A raczej nieistnienie, gdyż nie można umrzeć, jeśli się nie żyło. Tak więc widzisz, to nie ja ich zabiłem.

– Jesteś wariatem. Szaleńcem.

Nie potrafiłam znaleźć żadnych odpowiednich słów na tego demona, szatana. Musiałam się stąd wydostać, ale jak? Próba zwykłej ucieczki byłaby bezowocna. Poza tym, nie mogę tu zostawić matki.

Nagle… melodia się zmieniła. Powrócił obraz ściętych gór, zamulonych bagien i otulonych czarnymi chmurami niebios. Lał krwawy deszcz. A pośród tego, między tymi wszystkimi elementami, pośrodku tej obmierzłej scenerii stała moja matka przy łóżeczku z dzieckiem. Nie powinnam w to wierzyć, lecz w głębi siebie poczułam, że prawdą było to, co mówił. Że to mój brat. Że to zdarzenie rzeczywiście miało miejsce. Widziałam, jak moja matka sięga po poduszkę zza widocznego obrazu i z bezgłośnymi słowami na ustach przykłada ją do twarzy dziecka. Serce mi się ścisnęło. Zaczęłam cała drżeć, zrobiło mi się zimno, rozpłakałam się. Zaczęłam kręcić głową, jakby próbując wyrzucić ten obraz z mojego umysłu. Wydawało mi się dziwne, że ten pokaz tak na mnie podziałał. Przecież to tylko mistyfikacja, sen na jawie, surrealistyczna rzeczywistość. Lecz mimo tej świadomości, nie mogło mnie opuścić przekonanie, że to prawda, że moja matka to zrobiła.

Widzenie się urwało. Znowu powróciłam do mieszkania numer osiemnaście. Bez opamiętania rzuciłam się w stronę drzwi. Teraz już nie zastanawiałam się czy nie powinnam zostawiać matki. Teraz już wiedziałam, że nie chcę mieć z nią nic więcej wspólnego. Zatrzymał mnie jednak głos diabelskiego pianisty.

– Jeśli stąd wyjdziesz, zginiesz. Jeśli zostaniesz, zginie twoja matka.

– A co się stanie ze mną, jeśli zostanę?

– Będziesz się musiała zdać na mnie.

– Ha! Miałabym zostać tu z tobą?

– Możesz też wyskoczyć przez okno – wskazał okno za fortepianem, na którym nieustannie grał jego sobowtór. – Wtedy może stać się wszystko. Nikt nie wie, jak potoczy się wtedy twój los.

– Co za brednie!

– Jestem Obrońcą Prawdy. Nie potrafię kłamać. Jeśli mówię Ci, że czegoś nie wiem, tak jest w istocie. Nie mam pojęcia, co się stanie, jeśli wyskoczysz przez to okno. Może stać się wszystko i nic. Wiem tylko, że z ludźmi dzieją się wtedy różne rzeczy. Mogą zginąć, odrodzić się na nowo, ulec reinkarnacji, cofnąć w czasie lub przenieść w przyszłość. Możesz wrócić do swojego dotychczasowego życia, nie pamiętając o tym, co tu zaszło. Naprawdę nie wiem, gdzie trafisz. Wiem natomiast, że jeśli przekroczysz próg tych drzwi, zginiesz. To mogę ci zagwarantować. W jaki sposób, tego nie potrafię orzec, ale to jest nieuniknione.

– Więc, jeśli stąd wyjdę, zginę. Jeśli zostanę, zginie moja matka, a ja będę zdana na twoją łaskę. Zaś jeśli wyskoczę przez to okno, jest szansa, że na zawsze opuścicie moje życie, zarówno ty, jak i ona, czy tak?

– Dokładnie. Możesz mnie nigdy więcej nie spotkać, a twoja matka może zniknąć z twojej pamięci i nigdy nie będą cię dręczyć wspomnienia dzisiejszych wydarzeń. Wybór należy do ciebie.

Zamilkłam. Stałam w bezruchu. Nie miałam pojęcia, co uczynić… Po kilku chwilach jednak dotarło do mnie, że mimowolnie poruszałam się w stronę okna. Próbowałam się powstrzymać, lecz szybko się poddałam. Chciałam to wszystko jakoś poukładać sobie w głowie, ale doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie. Wreszcie stwierdziłam, że po tym, co tu dzisiaj zaszło, to okno mogło być jedyną drogą ucieczki. Po tym, jak moja matka słyszała niesłyszalną muzykę, po tym, jak nieziemski wirtuoz zduplikował się i oczarował mnie swoim majestatem. Po tych niemalże namacalnych wizjach, które na mnie zesłał, nie miałam już wątpliwości, że to było realne i że jeśli była szansa na pozbycie się dzisiejszego dnia z mojego życia, warto to wykorzystać. Mogłabym, co prawda, zwyczajnie opuścić to mieszkanie przez drzwi, ale czy warto umierać, skoro jest szansa, aby żyć, bez tych fatalnych wydarzeń w moim umyśle? Nie. Chciałam żyć, lecz pragnęłam też zapomnieć o tym, co tu zaszło. Chciałam po prostu spokoju.

A nie miałam powodów, żeby nie wierzyć tajemniczemu muzykowi. Nie mylił się w sprawie matki. Wiedziałam to, czułam to. To była prawda. Trupy w tym pomieszczeniu również wyglądały na zwłoki samobójców, tak, jak mówił.

Wisielec.

Kobieta z pociętymi żyłami.

Mężczyzna z rewolwerem.

Po prostu opuścić to miejsce. Zostawić matkę. Zostawić kłamstwo. Znaleźć prawdę. Położyć kres przeszłości.

Powoli podeszłam do okna. Popatrzyłam na pustkę rozpościerającą się przede mną, której tam przecież nie było. Widziałam miejski krajobraz, lecz był on dla mnie pusty, pusty jak życie w kłamstwie. Jak życie mojej matki. Jak będzie wyglądać moje życie, jeśli nie skorzystam z tej szansy.

Poczułam łzawą kroplę na brodzie. Dalej była tylko nicość.

 

Byty Wszechnicości obserwowały, jak jakaś istota wypada ze swojego Wszechświata przez Szczelinę Światów, aby One przesądziły jej Los.

 

Kiedy się obudziłam, pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę, było to, że moją twarz pokrywa coś lepkiego. Lekko uniosłam głowę i ból podpowiedział mi, że musiałam się uderzyć i że jest to krew. Przez kilka chwil nie mogłam otworzyć oczu, ale kiedy przyzwyczaiłam się do jaskrawości panującej w tym pomieszczeniu, rzeczywiście zauważyłam czerwoną ciecz na podłodze, w miejscu, z którego się podniosłam. Rozejrzałam się dokoła i wtedy znów zobaczyłam te trupy. Niestety powróciły wszystkie wspomnienia. Niestety dotarło do mnie, gdzie jestem i co się stało. Wtedy dopiero do moich uszu wdarła się ta piękna muzyka. Dawne uczucie błogości, które wcześniej odczuwałam, słysząc te dźwięki nie trwało jednak teraz zbyt długo. Nie podziałało na mnie w ten sam sposób, co poprzednio. Ogarnęło mnie przerażenie. Wstałam gwałtownie i zakręciłam się wokół, żeby zlokalizować muzyka. Momentalnie w mojej głowie wybuchł tak okropny ból, że upadłam na ścianę, omal znów mdlejąc. Czego wprawdzie teraz najbardziej pragnęłam. Pianista siedział przy instrumencie, lecz stał też dalej, wpatrując się w okno. Coś mnie ukłuło i zorientowałam się, że przecież przyszłam tu z córką.

– Pani córka opuściła panią na zawsze – nie odwracając się powiedział mężczyzna przy oknie, jakby czytał mi w myślach.

– Kłamiesz. Co z nią zrobiłeś, potworze?

– Kłamię? Potworze? To są określenia bardziej pasujące do osoby, która bestialsko zamordowała swojego syna, nikomu tego nigdy nie wyznając i która przez całe swoje życie żyła w kłamstwie.

– Co? Nie! Niemo… Skąd…

– Jestem Obrońcą Prawdy, znam wszystkie kłamstwa. Jestem sędzią łgarzy. Twój proces skłania się już ku końcowi. Co pani widzi, słysząc ten utwór?

Zaniosłam się płaczem, jednak czułam, że nie mogę nie odpowiedzieć. On wiedział. Nic przed nim nie ukryję. A poza tym, czy nie nadszedł już czas, aby skończyć grać?

– Widzę las. Łąkę i słońce. Sady i kłębiaste chmury. Czuję zapach owoców, ogarnia mnie beztroska i delikatność letniego dnia. Ciepło.

– Czy nie tak czuła się pani przez całe życie? Ludzie zazwyczaj ubolewają po stracie swojego dziecka. Ogarnia ich niemiłosierny smutek i pogrążają się czasem nawet w wieloletniej żałobie. Całe życie prześladuje ich okropieństwo tego jedynego dnia, kiedy jakaś ich cząstka uległa nieodwracalnemu zatraceniu. Czemu, jeśli jest na to inny sposób? Tak prosty. Czemu ludzie nie idą w pani ślady? Przecież to jest o wiele wygodniejsze, prawda? Zamordować własne dziecko, a potem przez całe dalsze życie udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. Żyć niemal jak w raju, takim, jaki ukazuje mój utwór. Czyż nie tak wyglądało twoje życie? Beztroskie, szczęśliwe. Trzymając w niewiedzy swoją własną córkę przez tyle lat, aby ostatecznie ją również stracić.

– Nie miałam wyboru, wiesz o tym – chciałam wrzasnąć, ale przez wodospad łez, który się ze mnie wylewał ledwo dosłyszałam nawet swoje własne słowa. – Widocznie znasz historię całego mojego życia, więc wiesz, że zostałam zgwałcona, a mojego męża zamordowano. Nie mogłam tak żyć. Ne poradziłabym sobie z tym dzieckiem.

– Znalazłaś sobie drugiego męża, z nim mogłabyś je wychować, ale wtedy już było za późno, prawda? Nie pomyślałaś o tym zawczasu. Zamordowałaś swojego syna nie próbując znaleźć innego rozwiązania. Wiele kobiet spotyka podobny los, a jednak nie idą w twoje ślady. Powiem pani, czemu tego nie robią. Otóż istotą tej zagadki jest to, że są ludźmi. Ludzie tak naprawdę nie chcą raju, bo wiedzą, że jest on niemożliwy do osiągnięcia. Wiedzą, że z nieszczęściami trzeba się liczyć, ale drogą do tego, aby uchronić swe dusze od splugawienia, jest prawda. Kłamstwa i utrzymywanie otaczających ludzi w fałszu są drogą do stworzenia własnej, tylko i wyłącznie swojej, egoistycznej iluminacji raju. Fantomu zakłamanej rzeczywistości, w której tylko oni czują się bezpiecznie i szczęśliwie. Tak nie postępują ludzie. Tak robią potwory.

– Ty jesteś potworem!!! – wrzasnęłam. Wrzasnęłam w sposób, który mi samej zmroził krew w żyłach. Krzycząc, wyplułam trochę krwi, gardło bolało mnie okropnie. – Jesteś demonem!! Szatanem!! Zgiń, przepadnij! Zostaw mnie w spokoju. Odejdź.

Ostatnie słowo wymamrotałam już pod nosem, straciwszy siły i upadłszy na kolana w kałużę łez. Siedziałam z głową zwieszoną w dół, kiedy po chwili usłyszałam kroki i zobaczyłam czubki butów tego mężczyzny. Uniosłam wzrok i zobaczyłam, że podaje mi rewolwer.

Dotarło do mnie. Wreszcie zrozumiałam, że ci wszyscy martwi ludzie tutaj popełnili samobójstwa. On im to umożliwiał, ale to oni sami dokonywali czynu. Wina tego grzechu ciążyła na ich duszach. Ja miałam zrobić to samo.

Przyjęłam pistolet i wystrzeliłam…

Nie zamierzałam się poddać manipulacjom tej demonicznej istoty. Trafiłam go chyba w serce. Upadł, zaczęła z niego wypływać krew, ale wciąż stał nade mną. Teraz było ich trzech. Jeden grał, drugi nieustannie stał nade mną, a trzeci leżał martwy. Nie potrafiłam tego pojąć. Chciałam zakończyć to szaleństwo. W jednym momencie wszelkie uczucia mnie opuściły. Uciekło ode mnie szczęście, smutek, żal, prawda, kłamstwo, zobojętnienie, znudzenie, tęsknota, miłość. Wszystko.

Przyjęłam drugi rewolwer, który znikąd znów pojawił się w dłoni stojącego nade mną mężczyzny.

Wystrzeliłam.

Koniec

Komentarze

Za oknem jesienne liście biły płomieniem i karmazynem, słońce, okryte puszystymi obłokami, dawało tylko lekką poświatę. Jechaliśmy jednak stosunkowo szybko i nie dało się tak naprawdę podziwiać złotojesiennego krajobrazu, gdyż cały zlewał się w oczach.

Dotąd doczytałem. Jeśli dalej jest podobne nagromadzenie tego typu grafomanii, tylko wytrawni czytelnicy dotrwają do końca.

No cóż, mimo że lubię horrory, ten, niestety, nie przypadł mi do gustu. Jakiś pomysł był, ale historia obu pań, moim zdaniem, została przedstawiona szalenie schematycznie. Nawet przez chwilę nie czułam dreszczyku emocji, zaciekawienia. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że córka, nawet w niecodziennych okolicznościach, daje wiarę obcemu i wyrzeka się matki. Nie podoba mi się też czarno-białe przedstawienie spraw i nachalne, wręcz łopatologiczne moralizatorstwo wyłożone w końcówce opowiadania.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

cza­ru­ją­cy Szo­pe­now­ski Nok­turn Es-dur z opusu dzie­wią­te­go, gra­ją­cy w słu­chaw­kach. – …brzmiący/ dźwięczący/ rozlegający się w słu­chaw­kach.

Słuchawki nie grają. Muzyka w słuchawkach też nie gra.

 

Po­stu­rę miał do­praw­dy dziw­ną, jak mar­chew­ka, sze­ro­ki w ba­rach i zwę­ża­ją­cy się ku do­ło­wi. Ubra­ny był dłu­gie kra­cia­ste spodnie, w któ­rych za grosz nie było ele­gan­cji i w szarą ma­ry­nar­kę, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cą do dol­nej czę­ści odzie­ży. Poza tym miał też wiele in­nych cha­rak­te­ry­stycz­nych dla sie­bie od­strę­cza­ją­cych ele­men­tów. Na przy­kład oczy miał wy­pu­kłe, przez co wy­glą­dał jak żaba, a mało tego, prawe nie­ustan­nie się po­ru­sza­ło, jakby nie miał nad nim w ogóle kon­tro­li. No ale cóż, z czymś takim mógł się uro­dzić, albo ewen­tu­al­nie mogło to być skut­kiem ja­kichś póź­niej­szych wy­pad­ków. Co jed­nak było cał­ko­wi­tym ewe­ne­men­tem, wszyst­kie pa­znok­cie miał ide­al­nie przy­cię­te i wy­mo­de­lo­wa­ne, tylko jeden, na małym palcu lewej ręki miał co naj­mniej cen­ty­metr dłu­go­ści. – Przykład zaawansowanej miałozy z udziałem byłozy.

 

do­je­cha­li­śmy na koń­co­wy przy­sta­nek, za­bra­łam swój bagaż i po­ma­sze­ro­wa­łam na przy­sta­nek MPK… – Powtórzenie.

 

Pod­ję­łam więc wspi­nacz­kę na nowo… – Bohaterka nie podjęła wspinaczki na nowo, ona ją kontynuowała.

 

za­stu­ka­łam w drzwi trzy­krot­nie po­ni­żej nu­me­ru dwa­dzie­ścia sześć. – W jaki sposób ustala się miejsce trzykrotnie poniżej jakiegoś numeru?

 

Ojej, a gdzieś ty ku­pi­ła bluz­kę?Ojej, a gdzieś ty ku­pi­ła bluz­kę?

 

Po her­ba­cie mu­si­my od­wie­dzić tego, lub , spod osiem­nast­ki.Po her­ba­cie mu­si­my od­wie­dzić tego, lub , spod osiem­nast­ki.

 

Do­koń­czy­ły­śmy her­ba­ty, roz­ma­wia­jąc o nowym prze­pi­sie… – Do­koń­czy­ły­śmy her­ba­tę, roz­ma­wia­jąc o nowym prze­pi­sie

 

– Mamo, tyle już słu­chasz tej kla­sycz­nej mu­zy­ki, że sły­szysz, nawet jak nie gra. – Muzyka nie gra, grają muzycy.

 

Mu­zy­ka wciąż grała.Wciąż było słychać muzykę.

 

Mamo! – krzyk­nę­łam, usły­szaw­szy okrzyk matki i rzu­ci­łam się do miesz­ka­nia. Po tym, co tam zo­ba­czy­łam, z pew­no­ścią skoń­czy­ła­bym tak, jak moja matka, jed­nak jakaś nie­po­ję­ta siła utrzy­ma­ła mnie w sta­nie świa­do­mo­ści. Czu­łam, że nie mogę teraz opu­ścić matki… – Zbyt wiele matek.

 

jed­nak im dłu­żej się na niego pa­trzy­łam… – …jed­nak im dłu­żej na niego pa­trzy­łam

 

Że jest praw­dzi­wym ma­estrem for­te­pia­nu. Ogar­nia­ło mnie prze­ko­na­nie, że jest ma­estrem życia i śmier­ci. – Czy to celowe powtórzenie?

 

– Pytam się, jak się miewa twój brat.– Pytam, jak się miewa twój brat.

 

to oczy­wi­ste, że on wie­dział coś, czego ja nie mo­głam. – Co to znaczy, że ktoś wie coś, czego ktoś inny nie może?

 

We­szły­ście do mo­je­go miesz­ka­nia i to ty py­tasz się mnie?We­szły­ście do mo­je­go miesz­ka­nia i to ty py­tasz mnie?

 

To nic nie warte isto­ty… – To nic niewarte isto­ty

 

A po­śród tego, mię­dzy tymi wszyst­ki­mi ele­men­ta­mi, po­środ­ku tej ob­mier­z­łej sce­ne­rii… – czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Jeśli mówię Ci, że cze­goś nie wiem… – Jeśli mówię ci, że cze­goś nie wiem

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Po­czu­łam łzawą kro­plę na bro­dzie. – Po­czu­łam kro­plę łzy na bro­dzie.

Krople nie bywają łzawe.

 

Twój pro­ces skła­nia się już ku koń­co­wi. – Procesy nie mają zwyczaju skłaniać się ku czemukolwiek.

 

Wrza­snę­łam w spo­sób, który mi samej zmro­ził krew w ży­łach.Wrza­snę­łam w spo­sób, który mnie samej zmro­ził krew w ży­łach.

 

Sie­dzia­łam z głową zwie­szo­ną w dół… – Masło maślane. Czy mogła zwiesić głowę w górę?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka