- Opowiadanie: Gostomysł. - Nawiedzony Dom

Nawiedzony Dom

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nawiedzony Dom

 Zaczęło się od kamienia wrzuconego przez okno… choć kiedy teraz o tym myślę, to sądzę, że właściwy początek był chyba znacznie wcześniej – tuż po naszym wprowadzeniu się. Tylko że wtedy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Wydawało mi się, że to zwykłe problemy związane z zagospodarowaniem zaniedbanego i długo nieużytkowanego domu.

Na jego zakup namówił nas dużo starszy kuzyn mojego męża, Arin, którego czasem nazywaliśmy Arkiem, żeby było bardziej swojsko. Załatwił szybko wszystkie formalności i osobiście dopilnował całej przeprowadzki. My właściwie przyszliśmy na gotowe. Dom na początku nie robił pozytywnego wrażenia, ale każdy z nas mocno się wziął do roboty i w krótkim czasie posesja zmieniła się nie do poznania. Każdy, to znaczy ja z mężem i właśnie ten jego kuzyn Arin, który zamieszkał w końcu razem z nami.. A jednak ta pozytywna odmiana trwała niezbyt długo. Wkrótce na sufitach zaczęły pojawiać się zacieki, tapety tu i ówdzie zaczęły odchodzić, a drzwi i okna – dziwnie się obwieszać… Wszystko jakby sypało się w przyspieszonym tempie.

Nie mogliśmy zrozumieć, jaki mógł być tego powód. Sąsiedzi zdecydowanie stronili od nas już od samego początku. Nie miałam pewności, czy bardziej wrogo nastawieni byli do nas, czy może do tego domu… i właściwie dlaczego? Przecież dopiero co się wprowadziliśmy, nie mieliśmy jeszcze czasu komukolwiek zajść za skórę. Ksenofobia? Rasizm? W końcu mój mąż i jego kuzyn byli przybyszami z Bliskiego Wschodu. A może zwykła zazdrość?

Na początku remont zaabsorbował nas na tyle, że nie zauważyliśmy tego, ale później, kiedy przydałaby się sąsiedzka pomoc, rada… albo chociaż informacja jak z takimi problemami radzili sobie poprzedni lokatorzy – dopiero wtedy dostrzegliśmy, że wszyscy sąsiedzi mocno unikali jakiegokolwiek kontaktu z nami. Owszem: wiedzieli, że jesteśmy i my wiedzieliśmy, że czasem nas obserwują. Zdradzały to uchylone okna, trzaskające drzwi i falujące firanki. Co z tego? Jakiekolwiek oznaki istnienia sąsiadów były rzadkie i zawsze w dużym oddaleniu.

Azil, mój mąż, mówił, żebyśmy nie zwracali na to uwagi, bo to mała mieścina i ludzie tu nie przywykli do obcych, i że minie trochę czasu, zanim nas zaakceptują. Może nawet polubią? Toteż nie przejmowaliśmy się tym zanadto. Przynajmniej staraliśmy się. Jednak to, nad czym chcieliśmy przejść do porządku dziennego na zewnątrz, nie dawało nam spokoju w naszej podświadomości. Choć może powinnam mówić tu tylko za siebie? Arin i Azil spali twardo i dość dobrze. Chyba tylko ja miewałam koszmary. Śniła mi się młoda dziewczyna. Jakaś taka zniszczona… pewnie była alkoholiczką. Albo narkomanką. Wyglądała okropnie… i ciągle płakała. Chwilami wydawało mi się, że słyszę jej szloch nawet po przebudzeniu. Ale wtedy zrzucałam to wszystko na babską ckliwość i rozterki.

W końcu jednak do naszego domu wpadł ten przeklęty kamień – lub coś, czego nie do końca potrafię nazwać. Było to gładkie, o regularnych kształtach… dodatkowo z jakimś krótkim napisem wyrytym na powierzchni, którego nikt z nas nie potrafił odczytać. Za oknem nie dostrzegliśmy nawet żywej duszy. Azil bardzo się zdenerwował i wybiegł przed dom wykrzykując obelgi i ostrzeżenia pod adresem – no właśnie… sami nie wiedzieliśmy kogo, ponieważ plac od tej strony był pusty. Co prawda nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek zaobserwowała tam jakiś tłum i gwar, ale jednak czasem widywaliśmy tam przechodniów. Teraz na placu panowała kompletna cisza. Już wtedy zaczęło się rodzić we mnie pewne podejrzenie. Czy miałam wówczas powiedzieć o tym mężczyznom? Oni nie pochodzili stąd, przyjechali z bardzo daleka, tylko jak byłam tutejsza. No, w każdym razie z nieodległej okolicy. Nie zrozumieliby mnie. Wyśmialiby. Nie chciałam wyjść na mitomankę. Teraz uważam, że i oni wtedy zaczęli coś podejrzewać, ale wszyscy bali się powiedzieć to głośno.

Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie, a nas ogarniał coraz większy niepokój. Przedmioty, które wrzucano nam do środka wyglądały zawsze identycznie. Zauważyliśmy także, że bardzo szybko po prostu znikają, a nas ogarniały mdłości i złe samopoczucie. Czyżby to jakaś szybko sublimująca substancja trująca? Czy ktoś chciał nas w ten sposób wykurzyć z domu? Kto, skoro nigdy za oknem nie dostrzegliśmy nawet żywego ducha? Nie wiedzieliśmy jak w związku z tym mamy się zachować, więc na wszelki wypadek reagowaliśmy agresją wykrzykując z okien, że wiemy z kim mamy do czynienia (a przecież nie wiedzieliśmy), że widzieliśmy napastnika (a przecież nie zauważyliśmy nikogo) i jak to się powtórzy, to odpowiednio się z tym kimś policzymy.

Pomimo to nie zaszły żadne zmiany w tej kwestii. A przynajmniej nie na lepsze. Co prawda wpadliśmy na pomysł, aby wrzucane nam przez okna przedmioty natychmiast odrzucać, dzięki czemu nie ryzykowaliśmy kolejnych zatruć, ale za to stan domu uległ znacznemu pogorszeniu. Tapety odchodziły już całymi płatami, łuszczyła się farba na suficie i opadała na wypaczające się podłogi. Na ścianach pojawiały się wykwity grzybów i wszędzie panował nieprzyjemny zaduch. Nie sposób było udawać, że nic się nie dzieje. Któregoś dnia podczas kolacji kuzyn Arin powiedział o tym wreszcie na głos.

– Z tym domem jest po prostu coś nie w porządku.

– No wreszcie! – Odetchnęłam z ulgą, że ktoś odważył się poruszyć temat jako pierwszy. – Więc nie tylko mi się tak wydaje!

– Jest nie w porządku, jest – potwierdził mój mąż Azil. – Ale dlaczego?

– Może dom znajduje się na żyle wodnej? – Wtrąciłam, ale moja, ludowo-babska teoria została zignorowana.

– Próbowałem wczoraj podpytać sąsiadów – kontynuował Azil. – Niestety żaden nawet nie chciał mi otworzyć drzwi. Widocznie nie mają dobrego zdania ani o tym domu, ani o tych, którzy się do niego wprowadzają. Musiałem mówić do okien, bo widziałem ruszające się firanki, ale nikt mi nawet nie otworzył. Sukinsyny! Unikają nas celowo, widocznie coś wiedzą – zawyrokowałam emocjonalnie.

Arin siedział posępny niezbyt zwracając uwagę na nasze spekulacje. Widocznie miał nam do powiedzenia coś, co nie bardzo przechodziło mu przez gardło. Wreszcie zebrał się w sobie i po chwili naszego wyczekiwania zaczął.

– W piwnicy… – przerwał, jakby wahając się, czy to, co ma do powiedzenia nie zachwieje naszą znakomitą opinią o jego racjonalnym, silny i męskim podejściu, ale jednak się przemógł – w piwnicy ktoś mieszkał.

Oniemieliśmy na chwilę.

– Co masz na myśli? – Dopytywał Azil, a ja siedziałam cicho z rozdziawioną gębą.

– Znalazłem schowek… taką jakby komórkę, a w niej pełno szmat, coś jakby legowisko. Trochę dziecięcych zabawek, trochę gadżetów.

– Graciarnia po prostu.

– Nie, wcale nie! Ktoś tam mieszkał.

– Skąd możesz to wiedzieć?

Arin ponownie nabrał powietrza w wyczekiwaniu na kolejny moment odwagi.

– Powiedz! – Ponaglił Azil.

– Myślę, że ona ciągle tam przychodzi.

Osłupieliśmy. Ja dlatego, że wystraszyłam się do reszty, a Azil – bo nie mógł uwierzyć w taką (jego zdaniem) niedorzeczność. Mnie do tego sparaliżował strach, więc nadal milczałam, ale mąż po prostu wybuchł.

– Co to za bzdury? Co? Oszalałeś? Chcesz nas nastraszyć? Co to za bzdury jakieś!? – A potem coś jeszcze wyrwało mu się w nerwach w jego ojczystym języku, po irańsku. Odpowiedziało mu milczenie, więc kontynuował, choć nieco spokojniej, wracając do języka polskiego – Arin, wszyscy jesteśmy już zmęczeni tą sytuacją… nerwy nam puszczają. Zmęczenie, złe myśli… wiadomo, że różne domysły przychodzą nam do głowy. Wiem, że to tu powinniśmy wszyscy odpoczywać, tu, w tym domu, który zasiedliliśmy, ale na razie jest jak jest. Ludzi trzeba przekonać do nas… i przekonamy, jak tylko uporamy się z tym domem. Trzeba go okiełznać, pokazać ludziom, że nad nim panujemy i wtedy nabiorą do nas zaufania i szacunku. Nie damy się przepędzić jakimś miejscowym osiłkom! Areczku… – zwrócił się do Arina używanym niekiedy przez nas polskim zdrobnieniem. – Jesteś nieco starszy od nas, gorzej to wszystko znosisz, może na kilka dni powinieneś…

– Co?! Co powinienem? – oprzytomniał w przypływie agresji kuzyn – Wyjechać? Może do sanatorium leczyć nerwy, co? A może od razu do wariatkowa, co?

– Arin…

– Co „Arin”, co?! Nie takie rzeczy przeżyłem! Widzisz, żebym płakał? Mam jakieś objawy załamania nerwowego, czy co? Wiem, co widziałem! Nie rób ze mnie wariata i nie podnoś na mnie głosu! – Zamilkł oczekując riposty, ale Azilowi jakoś nie spieszyło się do zwarcia, więc Arin zwieńczył swoją wypowiedź tylko długim, głośnym i nie znoszącym sprzeciwu – noooo!

– A skąd… – zebrałam się na odwagę po kolejnej chwili napiętego milczenia – skąd Arku wiesz, że to „ona”?

Spojrzeli na mnie, potem po sobie i znowu na mnie. Arin milczał jak zdybany.

– Widziałeś ją…

– To znaczy… tak mi się przez chwilę zdawało.

– WIDZIAŁEŚ JĄ! – nie wytrzymałam.

– Nie jestem pewien! To mogło być przywidzenie – odburknął.

– A nie mówiłem? – Triumfował mój mąż. – Zmęczenie i stres! Nie jesteśmy ze stali…

– Nieprawda – nie dawałam za wygraną.

– Ale też nie kłamstwo, skoro trudno mi stwierdzić, co jest prawdą – odciął się kuzyn dość filozoficznie.

– Widziałeś ją! Nie kłam! Widziałeś! Miała ciemne, pozlepiane włosy, okrągłą, zapadniętą gębę i siniaki pod oczyma! Miała zasikaną koszulę nocną i skrępowane czymś ręce! Nie kłam! – wyrzuciłam z siebie niemal bez nabierania powietrza. Obaj byli wstrząśnięci.

– Skąd to wiesz, co? – podjął szybko kuzyn, a jego głos nie przejawiał już tyle agresji i pewności siebie, co przedtem.

„A więc to ona! Jednak ona!” pomyślałam i rozpłakałam się zanim udało mi się poskładać choćby kilka słów w odpowiedzi.  Rozmowa urwała się nam. Arin był zły, ja roztrzęsiona, a mąż kompletnie zdezorientowany. Wszyscy rozeszliśmy się błyskawicznie i trawiliśmy te informacje w samotności.

Chyba tylko ja nie miałam wątpliwości z kim lub też czym mieliśmy do czynienia. I nie dlatego, że pochodziłam z tych stron, a oni przybyli kompletnie z „innego świata”. Ta dziewczyna pokazywała mi się w snach, i choć to można było jeszcze gładko zrzucić na koszmary spowodowane wyczerpaniem, to jednak Arin zobaczył ją na jawie? I to kto? Właśnie Arin, hiper-racjonalny absolwent najlepszych uczelni świata? Tu nie mogło być przecież wątpliwości, że ona… że ona…

Oooooch! Wściekłam się sama na siebie! Trzeba było im powiedzieć. Tak mnie sparaliżowało, że nie mogłam z siebie wykrzesać żadnego, składnego działania, a oni – oni po prostu nie wiedzieli. Nie mieli pojęcia. Powinnam im powiedzieć o tych snach. Otarłam łzy i wyszłam z pokoju, w którym zamknęłam się przed nimi.

Zajrzałam do kilku pomieszczeń, ale nie zauważyłam nikogo. Czyżby wyszli z domu? Teraz? Kiedy zapadł już zmierzch? Dokąd? Nikogo nie znali w tej okolicy, a samochód stał na podjeździe. Może do knajpy? Mężczyźni przecież oswajają się z trudną prawdą dopiero po solidnym przytępieniu ich wszechogarniającego racjonalizmu. Jeśli tak, to pięknie! No pięknie! Jakież to rycerskie! Zostawić rozhisteryzowaną babę samą w nawiedzonym domu! Racjonalizm jak jasna cholera!

Spanikowałam. Brakowało mi tchu. Ściany napierały na mnie. Odpychałam je z całych sił. Przy okazji oberwało się kilku sprzętom domowym. I dobrze im tak! Stanowiły część tego domu, który wyraźnie nie był mi przyjazny. Śmieci! Rupiecie!

Kolana mi się ugięły i uderzyłam głową o podłogę. Krew popłynęła mi z nosa. To mnie chyba oprzytomniło, bo ściany przestały napierać, a sprzęty – atakować. Omamy zniknęły tak prędko, jak się pojawiły. Wyostrzyły mi się jednak zmysły. Słyszałam wyraźnie dochodzące spod podłogi bicie serca. Diabelnie fantastycznie! Jeśli to bydle, ten dom-monstrum miał serce, to gdzie ja właściwie jestem?!

Uderzenia dochodziły z dołu, czyżby z piwnicy? Bałam się, ale poczłapałam do drzwi. Na dole świeciły lampy – a więc przynajmniej duch nie wchodził tym razem w rachubę. Łomot był miarowy i zdecydowanie dochodził gdzieś stąd. Piwnica składała się z kilku zaułków, więc nie dało się ogarnąć ją wzrokiem z tej pozycji. Zejść i sprawdzić? Nie ma mowy! Łamiącym się głosem wydobyłam z siebie jedynie rozpaczliwe „kto tam?”.

Uderzenia ustały i usłyszałam zbawienny głos męża „tu jestem”!

Bez chwili wahania pobiegłam w stronę tego głosu. Stał z młotem w ręku nad kupą gruzu i obok dziurawej ściany czegoś, co mogło być ową komórką z opowieści kuzyna Arina.

– Co ty robisz? – Wykrztusiłam.

– Eksmituję „zagubioną duszyczkę”… nie widać? – odparł ze złośliwością i wrócił do demolki.

Czułam, że brniemy coraz mocniej w jakieś zakamarki absurdu, jakby wbrew swej woli i to bez możliwości wykonania kroku wstecz. Podążaliśmy bezwolnie i naiwnie kolejnymi ogniwami łańcucha akcji i reakcji, bez planu, bez pomysłu, bez zastanowienia. Gdyby na to spojrzeć z innej strony, to powiedziałabym nawet, że nasze poczynania były tak oczywiste, tak przewidywalne… że ktoś mógłby śmiało wyreżyserować to wszystko. Czyżbyśmy dali się wciągnąć w czyjąś grę?

I wtedy naszło mnie dziwne przeświadczenie, że kiedyś już to przeżyłam. Może nawet więcej niż jeden raz. To było coś, jakby strzępy wspomnienia, o którym się nie chce pamiętać. Rozejrzałam się nerwowo. Wiedziałam, co zaraz nastąpi. Skądś to po prostu wiedziałam. Rzuciłam się chaotycznie na Azila próbując powstrzymać w nim tego „ducha zniszczenia”, który go opętał. Nie dawał za wygraną. W pewnym momencie zasapany stanął i wrzasnął na mnie.

– Czego chcesz, Mori?! – Nigdy nie lubiłam tego zdrobnienia.

– Latarka! Potrzebujemy latarki! Szybko – rozglądałam się gorączkowo.

– Zwariowałaś?

– Zaraz  pogasną lampy! Zaraz nas tu zamkną.

– O nie! Tak nie może być! Ktoś wreszcie musi przywrócić tu normalność. Rozwalę wam te cholerne gniazda zabobonów i może wtedy…

– Zostaw ten młot, idioto! – Ryknęłam i niemal natychmiast w całej piwnicy zapadły ciemności. Zgasły żarówki, zatrzasnęły się drzwi i okiennice w całym domu. Nie widzieliśmy tego poza piwnicą, ale słyszeliśmy niemal jednoczesne uderzenie z wielu miejsc. Czułam już wcześniej, że ten moment się zbliżał, powinnam była przygotować się na niego, ale i tak nie oparłam się przerażeniu. Podniosłam wrzask.

Dotyk dłoni mojego męża przywrócił mi spokój. Zapalił latarkę. Drań! Miał ją cały czas w kieszeni. Zrobiło się jakoś duszno… już kiedyś tak się wydarzyło. Nie śmieliśmy ruszyć się z naszych miejsc, ani oddychać zbyt głośno. Na szczęście nasza wzajemna bliskość dodawała otuchy, w przeciwnym razie moglibyśmy zwariować. Panowała cisza. Nasłuchiwaliśmy. A może wyczekiwaliśmy?

Z daleka… jakby z bardzo daleka dotarły do nas chóralnie i monotonnie powtarzane frazy w języku, który był nam obcy. Na początku rozpoznaliśmy jedynie to, że to głosy ludzkie. Wiele głosów. Jednak wszystkie zlewały się na razie w jednolity strumień dźwiękowy. Powoli, z każdą chwilą siła tych głosów narastała. Dochodziły zewsząd – ze ścian, z sufitu, z podłogi, zza zatrzaśniętych okien i drzwi. Co to miało być?

Po pewnym czasie można było odróżnić już słowa, choć nadal kompletnie nie mogliśmy z nich czegokolwiek zrozumieć. Co to w ogóle był za język? Nie przypominało to niczego, co by pochodziło z naszego świata. A jednak – skądś to znaliśmy. I to właśnie było najbardziej niepokojące.

– To brzmi jak modlitwa – wyszeptał mi do ucha Azil.

– Skąd możesz to wiedzieć? Nie znasz tego języka.

– Posłuchaj intonacji.

– Czy to jest jakiś kult? – przewidywałam najgorsze – chcą nas złożyć w ofierze, czy jak?

– Chcą nas nastraszyć!

– Nastraszyć? Kto?

– Nie wiem. Może sąsiedzi? Albo jacyś skinheadzi? Może deweloperzy, którzy zbudują tu supermarket, jak wykurzą już wszystkich okolicznych mieszkańców.

– Jacy znowu deweloperzy? – Imponował mi swoją trzeźwością umysłu i dodawał mi w ten sposób odwagi. Mogłam sobie wreszcie jakoś to zracjonalizować. Chciałam go słuchać. Chciałam mu wierzyć.

– Słyszałem o takich przypadkach, kiedy zastraszane są całe kamienice lub osiedla. Tacy „czyściciele”… taaaak. To by miało sens.

– Co by miało sens? – Nie chciałam pozwolić mu zakończyć, chciałam słuchać innego głosu niż ten monotonny bełkot.

– Te zachowania naszych sąsiadów, unikanie kontaktów… Oni wszyscy są zwyczajnie zastraszeni.

Dziwna modlitwa przybliżała się do nas, pęczniała nam w uszach, przyspieszała tętno. Jakby podchodzili do nas. Jakby znajdowali się tuż obok. A przecież mieliśmy latarkę i w jej niemrawym świetle nie dostrzegliśmy nic, poza gołymi ścianami i gruzem u naszych stóp.

– Zrób coś! Przegoń ich – błagałam.

– Wynocha! Nie wyprowadzimy się stąd! Słyszycie? Wynocha! To nasze! – Zaczął wrzeszczeć, a ja słysząc ten cały zgiełk krzyków i chorałów… kompletnie odpłynęłam.

Nie to, żebym straciła świadomość – po prostu zgubiłam całkowicie kontrolę nad sobą. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje? To trochę tak, jakbym stanęła obok i obserwowała zupełnie obcą mi osobę w moim ciele. Darłam się przeraźliwie, miotałam przekleństwa we wszystkich językach jakie mi przyszły do głowy, a co dziwne – okazało się, że znam ich więcej niż sądziłam. Języki Bliskiego i Dalekiego Wschodu, języki Zachodu… zdaje się, że nawet jakieś dialekty syberyjskie, afrykańskie – i sama nie wiem jeszcze jakie. Zdaje się, że tarzałam się po podłodze, a potem rozpędzałam się, aby bez żadnej amortyzacji walnąć opuszczoną głową w ścianę. Wcale jednak na tym nie poprzestawałam! Podnosiłam się i jak w amoku biegłam w drugim kierunku, aby to powtórzyć. I tak wiele razy. Nie miałam pojęcia co we mnie wstąpiło. Czy te  głosy dokoła to w ogóle były modlitwy? Może raczej jakieś uroki? Zaklęcia? Przekleństwa?  

* * *

Ocknęliśmy się na podłodze, oboje gdzieś pod przeciwległymi ścianami. Oboje zakrwawieni i obici. A więc Azil też… co to było? Kiedy to się skończyło? Jak i dlaczego? Czułam się okropnie. Otarcia na skórze piekły straszliwie, a w głowie huczało i pulsowało. Z trudem widziałam na prawe oko – pewnie miałam niezłe limo. Do diabła! Co nam się stało.

Oboje oglądaliśmy samych siebie uważnie, a później – siebie nawzajem. Azil wyglądał na kompletnie zmasakrowanego. Gdyby nie było mnie tutaj – nie uwierzyłabym, że mógł to zrobić sam sobie. Sądząc po jego minie – ja również nie wyglądałam zbyt ponętnie. Do pękającej z bólu głowy cisnęło się mnóstwo pytań: „kto nam to zrobił? Gdzie się teraz podziali? Jak to się mogło wydarzyć? Czy jego boli wszystko tak bardzo jak mnie?” – ale żadnego z nich nie sposób było przecisnąć przez opuchnięte wargi. Może nawet i lepiej, bo wątpię, aby którekolwiek z nas miało jakąś odpowiedź na te pytania.

Z góry dobiegł nas dzwonek telefonu. Spojrzeliśmy zaskoczeni po sobie. Telefon! No oczywiście! Dzwonił aparat stacjonarny, ale nasze komórki… rzuciliśmy się do przeszukiwania kieszeni. Cholera! Nie mieliśmy ich teraz przy sobie! A jednak ktoś nie ustawał w próbie skontaktowania się z nami. Ten telefon mógł nam przynieść ocalenie i wyzwolenie. Zapomnieliśmy całkiem o drzwiach, które przedtem same się zatrzasnęły – pobiegliśmy na wyścigi po schodach.

Azil był szybszy, zresztą znajdował się bliżej. Szarpnął drzwi, jakby spodziewał się stawiania przez nie jakiegoś oporu – ale nic z tych rzeczy. Drzwi ustąpiły bez przeszkód. Wpadliśmy do salonu, gdzie znajdował się aparat. Tu zatrzymał nas w progu widok Arina… chyba oboje zapomnieliśmy na chwilę o jego nieobecności, a teraz on nagle stał tuż obok rozdzwonionego telefonu, patrząc to na nas, to na niego, jakbyśmy mieli mu dać jakieś pozwolenie na podniesienie słuchawki. Nawet go nie zdziwił nasz opłakany stan, za to mnie jakoś zaskoczył fakt, że on kompletnie nie uległ tym dziwnym, obezwładniającym „modłom”. Ale zastanowiło mnie coś jeszcze: czemu to dzwonienie trwało tak uporczywie długo? Ile ta cała operacja mogła nam zająć? Minutę? Dwie? Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach już dawno by sobie odpuścił. Chyba, że…

Nie zdążyłam do końca pomyśleć, gdy kuzyn mojego męża sięgnął ręką po słuchawkę i przyłożył ją sobie do ucha.  Czułam, że nie będzie z tego nic dobrego. To nie pomoc, nie szansa na wyzwolenie – to kolejny etap osaczania nas. Dopiero po kilku sekundach zdałam sobie sprawę z czegoś jeszcze bardziej niepokojącego… dlaczego właściwie słyszałam głos w słuchawce, jakbym to ja sama ją odebrała?

Głos był suchy, niski, patetyczny, jakby ktoś nam recytował jakąś świętą księgę – znów powróciło widmo tajemniczych chorałów z piwnicy. Ale ten głos był pojedynczy, bardziej zrozumiały i konkretny.

– Wynoście się stąd! – Charczał.

– A niby dlaczego? – Zawadiacko odparł Arin.

– Jakie są wasze imiona? – Palnął tamten nie odpowiadając kuzynowi.

– Czemu mamy się przedstawiać? Sam się przedstaw!

W tym momencie coś zaskrzeczało w słuchawce tak potężnie, że wszyscy skuliliśmy się z bólu. Wytrzymaliśmy może kilkanaście sekund, po czym każdy z nas wrzasnął w odpowiedzi

– A-ZAAAA-ZZZZEEEELLLL!

– A-RYYYYY-MAAAAAN!

– MOOOO-RRRAAA!

Zadrżałam! Co my wygadywaliśmy? Co oni z nami wyprawiali? „Azazel! Aryman! Mora!” – odbijało się nadal echem w mojej głowie. To przecież nie my! To nie mogliśmy być my. To przecież imiona demonów… potężnych, starożytnych duchów pustyni… ale skąd ja to niby wiedziałam? Nie potrafiłam odpowiedzieć. To było jak powracanie strzępów pamięci po jakiejś amnezji.

I jeszcze to ostatnie imię… to wykrzyczane przeze mnie. Huczało w jakimś ledwie majaczącym wspomnieniu, odmieniane przez różne warianty i wymawiane przez usta różnych osób, które pewnie od dawna już nie żyły. To brzmiało jak dziecięca wyliczanka, jak wiersz, albo jak przywołujące zaklęcie.

„Mora, Mora,

Kikimora,

Morena,

Marzanna, Zmora!!!”

W głowach zaroiło się nam od „czarnych kruków” naszych niechcianych wspomnień i wypieranych ułamków świadomości. Teraz już pamiętałam, skąd znałam ten scenariusz wydarzeń. Rozpoznawałam nasze prawdziwe twarze. Wypaczające się deski podłóg, odchodzące tapety, łuszcząca się farba… wreszcie te koszmarne sny i widma w piwnicach tych setek tysięcy domów, które próbowaliśmy kiedyś zasiedlać. Zawsze działo się tak samo, kiedy tylko się wprowadzaliśmy. Gdziekolwiek nie przybyliśmy, gdziekolwiek nie zamieszkaliśmy… My widzieliśmy w tym nawiedzony dom, ale dla nich – dla tych po drugiej stronie, o których staraliśmy się zapomnieć – to była opętana, wyniszczona od środka dziewczyna, w której posiadanie weszły trzy demony: irański Aryman, semicki Azazel i ja – Mora… przeklęta bogini słowiańskich mokradeł.  

Scenariusz wyglądał niemal zawsze tak samo… tych, których zasiedlaliśmy najpierw próbowano leczyć, faszerowano ich lekami, tabletkami, które początkowo nas oszałamiały, ale potem uczyliśmy się natychmiast ich pozbywać z „siedliska”. Pogłębiało się wyniszczanie ciała i psychiki „gospodarza”, tak że nie był on wkrótce w stanie sobie z tym poradzić. Resztki jego dawnego „Ja” uciekały do głębokiej podświadomości niczym do podziemi, albo… piwnicy. Skoro nie pomagały mu leki – tamtym po drugiej stronie pozostawały modlitwy, a wreszcie wszystko i tak kończyło się kompletną ruiną „domu”… chyba że dochodziło do egzorcyzmów. Zawsze tak samo! Dlaczego nie pamiętaliśmy tego wszystkiego? Dlaczego dopiero w tym momencie ustępowała ta dziwna amnezja?

Poczułam się jak zwierzę w pułapce. Przeraziło mnie, że daliśmy się złapać… że tyle naszego wysiłku włożonego w ten „dom” pójdzie na marne… ale najbardziej przeraziłam się swoją własną naturą i tym kim w rzeczywistości byłam. Bałam się samej siebie! Tak! Nie chciałam taką być! A z drugiej strony… czy wilki, szczury, albo sępy odbierają siebie samych jako „wcielone zło”? Czy same o sobie nie myślały w kategoriach dobra? Gdzie przebiegała granica?

– Wynoście się stąd! – Zagrzmiał ponownie głos w słuchawce.

– Nigdy stąd nie odejdziemy! To nasze miejsce! – Zakrzyknęliśmy niemal jednocześnie.

Egzorcysta ponownie zaintonował modły, a chór głosów zawtórował mu. Dom trząsł się w posadach. Szyby drżały, meble przesuwały się po podłodze. Nie widzieliśmy przeciwnika, choć doskonale wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia. Jak go dosięgnąć? Chwytaliśmy, co tylko wpadło nam w ręce – sztućce, talerze, szklanki, krzesła, buty, obrazy, lampy – i ciskaliśmy tym gdzie popadło. Wszystko wibrowało. Dom obracał się na naszych oczach w ruinę. W uszach słyszałam krzyk tej biednej dziewczyny – jak ona musiała cierpieć! Ale czy to znaczy, że jej szczęście miało być okupione naszym cierpieniem? Nie mogłam się z tym pogodzić.

Wtedy naraz wszystkie okiennice i drzwi rozwarły się i zalała nas nienaturalna jasność oraz fala gorąca nie do zniesienia. Co oni z nami robią? Ból był nie do zniesienia. Zaczęłam biec na oślep. Odbijałam się od ścian kilkakrotnie, aż w końcu poczułam w nozdrzach zapach świeżego powietrza. Otworzyłam oczy. Znajdowałam się na podjeździe, poza domem. Obok mnie stali również mój mąż i jego starszy kuzyn. Dom zdawał się płonąć. Zaklęcia egzorcysty nadal wypełniały nam uszy, a my wiedzieliśmy, że straciliśmy kolejny dach nad głową.

* * *

Przez kilka następnych dni kręciliśmy się w pobliżu w nadziei, że nadarzy się jakaś okazja, aby z powrotem wśliznąć się do naszego dawnego „domu”. Choć każdy z nas wiedział, że jest on już ruiną. A jednak czuliśmy, że należał on do nas. Czemu mielibyśmy go oddawać? Jednak to było mrzonką i należało do przeszłości. Nigdy więcej nie zdecydowaliśmy się na przekroczenie progu tego domostwa. Zresztą, kuzyn Arin… Arin… to dziwne, ale zapomniałam już jak brzmiało jego pełne imię. W każdym razie Arin miał coś innego na oku. Zaglądaliśmy tu coraz rzadziej. Chyba bardziej z sentymentu dla nadziei, jakie wiązaliśmy z tym miejscem. W końcu zupełnie odpuściliśmy i przeprowadziliśmy się kilka ulic dalej, do innego, opuszczonego domu.

Ale ten poprzedni śnił mi się jeszcze kilka razy i śniła mi się dziewczyna z moich koszmarów. Wyglądała teraz lepiej. Znowu przyjmowała leki – te z takimi krótkimi, niezrozumiałymi napisami – i tym razem to ją postawiło na nogi. Podobno sam dom zasiedliła jakaś organizacja, głosząca coś bardzo radykalnego i religijnego… nie wiem, nie znam się na takich sprawach. Wygląd budynku znacznie się poprawił… a przynajmniej takie sprawiał wrażenie powierzchownie. Choć jego piwnice… jego fundamenty… cóż. Cały ten blichtr był tam w zasadzie tylko na pokaz, a mogło runąć w jednej chwili.

Puste „domy” znają setki takich smutnych, dramatycznych, a nawet tragicznych historii. Bo kiedy opuszczają je ich prawowici gospodarze – stają się miejscem zasiedleń dla każdego, kto sam takiego domu zbudować nie potrafi.

 

autor:  Artur Wasążnik

 

Koniec

Komentarze

Tylko, że wtedy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. – tu wyjątkowo nie powinno być przecinka przed “że”

długo nieużytkowanego domu.

Na zakup domu namówił – za blisko, nieładnie to wygląda

Sporo powtórzeń w całym tekście.

W drugim akapicie opowiadania masz cztery razy “wszystko”, a w całym tekście użyłeś tego 27 razy. Ciut dużo. 

pewnie była alkoholiczką, albo narkomanką – zbędny przecinek

Masz jeszcze błędy w zapisie dialogów, trochę brakujących przecinków.

 

A wiesz, całkiem ciekawa ta Twoja wizja. Świat od strony demonów? Chyba jeszcze czegoś takiego nie czytałam. Plus za pomysł i niezłe dawkowanie napięcia. Minus za wykonanie.

Poprawny zapis dialogów wersja mini http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 – zerknij, na pewno Ci pomoże. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie znam się na przecinkach, ortografii czy poprawności gramatycznej, więc nie będę się w tym zakresie wypowiadać.

Treść opowiadania bardzo mi się spodobała:-)

Chociaż ja bym się nie bawiła w zasiedlanie domów, skoro oni to wszystko zapominają. Wykreowałabym bohaterów, którzy planują wypady wakacyjne w różne rejony świata, a nie kilka ulic dalej. Bohaterzy mieli by bardziej dynamiczne osobowości.

ok. Przyjąłem i czekam na więcej smiley

Przeczytałam z niejakim zainteresowaniem, bo dawno nie trafiło się tutaj opowiadanie o nawiedzonym domu, jednakowoż finał nieco mnie rozczarował. Spodziewałam się bardziej niesamowitych przyczyn, sprawiających że dom był dziwny, a okazało się, że to tradycyjne demony.

Bohaterowie wydali mi się dość nienaturalni. Być może dlatego, że to cudzoziemcy. Dziwi mnie też, że tak łatwo pogodzili się z niechęcią sąsiadów.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – najbardziej przeszkadzał mi nadmiar zaimków, liczne powtórzenia i szerząca się byłoza.  

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz ciekawsze i coraz lepiej napisane. ;)

 

który za­miesz­kał w końcu razem z nami.. – Jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki, a jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo.

 

a za­wia­sy drzwi i okien – dziw­nie się ob­wie­szać… – Czy na pewno zawiasy, a nie skrzydła okien drzwi dziwnie wisiały na zawiasach?

 

nadal mil­cza­łam, ale mąż po pro­stu wy­buchł. – …nadal mil­cza­łam, ale mąż po pro­stu wy­buchnął.

 

Arecz­ku… – za­ga­ił do Arina uży­wa­nym nie­kie­dy przez nas pol­skim zdrob­nie­niem… – Za SJP: zagaić  – 1. «rozpocząć zebranie, obrady itp. wygłoszeniem mowy lub odpowiedniej formuły»

2. «rozpocząć rozmowę»

W opisanej sytuacji rozmowa trwa już od pewnego czasu.

 

Bylam wście­kła sama na sie­bie! – Może wystarczy: Byłam wście­kła na sie­bie!

 

a oni byli kom­plet­nie z „in­ne­go świa­ta”. Ta dziew­czy­na po­ka­zy­wa­ła mi się w snach, i choć to można było jesz­cze gład­ko zrzu­cić na kosz­ma­ry […] Tu nie mogło być prze­cież wąt­pli­wo­ści, że ona… że ona…

Oooooch! Bylam wście­kła sama na sie­bie! Trze­ba było im po­wie­dzieć. Byłam tak spa­ra­li­żo­wa­na… – Przykład byłozy.

 

Ko­la­na mi się ugię­ły i ude­rzy­łam głową o pod­ło­gę. Krew po­pły­nę­ła mi z nosa. To mnie chyba oprzy­tom­ni­ło… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

bo ścia­ny prze­sta­ły na­pie­rać, a sprzęt – ata­ko­wać. – …bo ścia­ny prze­sta­ły na­pie­rać, a sprzęty – ata­ko­wać.

Chyba że atakował jeden sprzęt.

 

Sły­sza­łam wy­raź­nie do­cho­dzą­ce spod pod­ło­gi bicie serca. Dia­bel­nie fan­ta­stycz­nie! Jeśli to bydle, ten dom-mon­strum miał serce, to gdzie ja wła­ści­wie je­stem?!

Ude­rze­nia do­cho­dzi­ły spod pod­ło­gi, czyż­by z piw­ni­cy? Bałam się, ale po­czła­pa­łam do drzwi. Świa­tło na dole było za­pa­lo­ne – a więc przy­naj­mniej duch nie wcho­dził tym razem w ra­chu­bę. Łomot był mia­ro­wy i zde­cy­do­wa­nie do­cho­dził gdzieś stąd. – Powtórzenia. Literówka.

 

w ję­zy­ku, który był nam obcy. Na po­cząt­ku można było roz­po­znać je­dy­nie to, że były to głosy ludz­kie. – Byłoza.

 

Co to miało być? Po pew­nym cza­sie można było od­róż­nić już słowa, choć nadal były one dla nas kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łe. Co to w ogóle był za język? Nie przy­po­mi­na­ło to ni­cze­go, co by po­cho­dzi­ło z na­sze­go świa­ta. A jed­nak – było to ja­kieś zna­jo­me. I to wła­śnie było naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce. – Kolejny przykład byłozy.

 

Z tru­dem pa­trzy­łam na prawe oko… – Raczej: Z tru­dem pa­trzy­łam/ widziałam prawym okiem

 

wąt­pię, aby któ­re­kol­wiek z nas miało ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź na te py­ta­nia. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy – Twoje sugestie poprawek brzmią… poprawnie smiley. Racja zwłaszcza z byłozą – wieczorkiem się tym zajmę. 

Zaś co do demonów w nawiedzonym domu to ośmielę się zapytać, czy aby nie straciłaś czegoś z treści skupiając się na “polonistycznej” stronie opowiadania? Przecież Tam nie było żadnego domu cool. I to jest istota tego opowiadania. No… a jeśli nie istota – to jeden z fundamentalnych punktów.

Gostomyśle, Twoje opowiadanie nosi tytuł Nawiedzony Dom. Z lektury dowiedziałam się, że bohaterowie kupili dom. Niemal cała akcja toczy się w domu, w różnych jego pomieszczeniach, w tym, oczywiście w piwnicy. I tu, nieco zdezorientowana, muszę wyznać – nie, nie zauważyłam, że nie było domu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy – w takim razie wychodzi na to, że nie doczytałaś do końca, albo coś znaczącego Ci pod koniec umknęło. Oczywiście, że zgodnie z tytułem czytelnik miał odnieść wrażenie przed długi czas, że chodzi o dość typową akcję z nawiedzonym domem i takie tam… zwykła zmyłka dla czytelnika. Ale w pewnym momencie okazuje się, że lokatorzy, to nie lokatorzy, a dom, to nie dom (tzn lokatorzy traktują swego “gospodarza” jak dom, ale to bardziej na zasadzie pasożyta, itd, itd). Kilka akapitów pod koniec o tym mówi, więc dość spory kawałek chyba umknął. 

W zasadzie jest to opowieść o OPĘTANIU i to pokazanym od strony demonów, a nie ludzi… jeśli więc takich opowieści znasz tyle, że moja okazała się niestety tylko jedną z kolejnych – to ja chętnie zapoznam się z tymi pozycjami, bo czegoś takiego nie czytałem jeszcze, a z przyjemnością zobaczę, jak ten temat zbudowali inni autorzy. 

Gostomyśle, mam zwyczaj czytać opowiadania od początku do końca. Zdarza się czasem, że przerywam lekturę, gdy rzecz jest napisana w sposób powodujący krwawienie oczu, ale wtedy informuję o tym autora. Tu tak nie było. Przeczytałam całe opowiadanie. Nie wykluczam, że coś mi umknęło, może coś do mnie nie dotarło. Jeśli znajdę czas, by ponownie przeczytać Nawiedzony Dom, postaram się zwrócić jeszcze baczniejszą uwagę na wskazane przez Ciebie aspekty. Niestety, nie mogę obiecać, że stanie się to szybko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – trzymam Cię za słowo. A wtedy mam nadzieję być “zbesztany” już za te przewiny, które istotnie w tekście popełniłem (nie bierz tego żartu zbyt dosadnie, proszę).

Bez obaw, Gostomyśle. Możesz, jeśli zdołasz, trzymać mnie za co tylko zechcesz, a ja i tak zjawię się wtedy, kiedy czas pozwoli. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy i Bemik – uwzględniłem większość Waszych uwag formalnych, poprawiłem i myślę, że teraz będzie przepięknie smiley

Nowa Fantastyka