- Opowiadanie: othersun - Hipotermia

Hipotermia

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Hipotermia

Wczoraj stary Tom znalazł zamarzniętego wilka. Zwierzę było skulone, a jego oczy otwarte. Dookoła ślady w śniegu. Tom przyglądał im się przez chwilę. Potem przykucnął mimo bolących pleców i zamknął wpatrzone w nicość ślepia.  

Dzisiaj zabrał z chaty wędkę i siekierę, po czym poszedł nad jezioro. Jeszcze zanim dostrzegł je między drzewami, zauważył ślady. Te same, które otaczały wilka. Nie były trudne do rozpoznania, bo żadne zwierzę takich nie zostawia. Tomowi przypominały paskudną zimę z ‘79, kiedy w okolicy grasował morderca zaciągający ofiary do lasu. Tak wygląda śnieg, kiedy przeciągnie się po nim ludzkie ciało.

Tamte ślady biegły prosto – w ustronne miejsce, w którym morderca mógł dokończyć swoje sprawy. Te tutaj się wiły. Jeśli je też zostawił człowiek wlekący ciało, musiał być pijany i silny.

Potem stary Tom zobaczył jezioro. Nie było na nim lodu. Ani jednej kry. A minęło już z pół księżyca, odkąd zaczęły się mocne, bieszczadzkie mrozy. Takie, że duch w człowieku zamarza, mawiał ojciec Toma. Mądry był z niego człowiek i wiele syna nauczył, ale i tak od ćwierćwiecza gryzie ziemię. Wszystkich to czeka i Tom był tego coraz bardziej świadomy.

Podszedł do brzegu i spostrzegł, że się pomylił. Na jeziorze formowała się warstewka drobnego lodu. Kilka godzin, pomyślał Tom. Może tylko dwie. Wtedy zniknęła tafla. A jeszcze dwa dni temu była tak gruba, że ledwo zdołał się przebić siekierą. Tak gruba, jak w ‘79, kiedy grasował morderca, a w powietrzu wyczuwało się coś niedobrego.

Tom dotknął wody, wymamrotał coś pod nosem i ruszył z powrotem do chaty. Tam zostawił wędkę i siekierę, a odziedziczone po dziadku futro i grube spodnie zamienił na bardziej cywilizowane ubrania. Nie lubił sztywnych dżinsów ani ortalionowej kurtki, ale zawsze je wkładał przed pójściem do miasta.

Godzinę później siedział w barze. Wczesna pora nie stanowiła dla obecnych klientów powodu, by odmówić sobie piwa. Tom opróżnił dwa kufle i dopiero wtedy ruszył do stolika, przy którym dyskutowało kilku mężczyzn. Pijaczkowie, najniższa warstwa, zero znaczenia w mieście. Jako jedyni zwracali uwagę na starego pustelnika, gdy się zjawiał. Kiedy przyjdzie co do czego, Tom nie będzie potrzebował poparcia lokalnych władz. Wystarczy kilka par silnych ramion i żelaznych jaj. Tak jak w ’79.  

– Czołem. – Dostawił krzesło i usiadł. – Mroźna zima się nam trafiła tego roku.

– Ano mroźna – przytaknął jeden z pijaczków. Miał wyjątkowo zachrypnięty głos. Nazywał się Słowik. – Nie zimno wam w tej chacie?

– Jak rozpalę, to nie zimno. Ale nie o pogodzie chciałem pogadać.

– Interes jakiś masz? – zapytał inny z pijaczków. Tom nie wiedział, jak się nazywa, ale myślał o nim: Żyd.

– Sprawa w interesie nas wszystkich. Ale nie wczoraj żem się urodził i nie sądzę, że uwierzycie.

– Oho – powiedział Słowik. – Jakieś niestworzone rzeczy się dzieją w lesie?

– Stworzone, niestworzone… – mruknął stary Tom. – Nie mnie osądzać dzieła Stwórcy. Ale mędrkować też tu nie przyszedłem. Dziwne rzeczy w górach się dzieją, to prawda. Zwierzęta zamarzają. Lód z jeziora znika. I wszędzie ślady jak po jakimś wielkim gadzie.

Mężczyźni ryknęli śmiechem. Wszyscy oprócz jednego.

– Mi też zwierzęta zamarzły – odezwał się Paluch. Siedział w kącie. Skulony, z wybałuszonymi oczami. Jak tamten wilk. – Znalazłem kilka z nich w lesie. Wszystkie miały oczy… Śmiejcie się, śmiejcie. Wasze też zamarzną.

– Ty, Paluch – odezwał się Żyd. – Jak ty pilnujesz swoich zwierząt, że ci do lasu spierdoliły?

– Coś dziurę w stodole zrobiło. I pouciekały.

Kolejna salwa śmiechu była cichsza.

– Chwila, chwila – powiedział Słowik. – Że niby potwór jakiś grasuje?

– Potwora nie widziałem – stwierdził Tom. – Ale inne rzeczy tak. Paluch ma rację. Te oczy…

– I ślady – dodał pijaczek z kąta. – Były jakieś takie dziwne. Jakby zwierzęta się na koniec czołgały. Chociaż… Ślady były szersze.

Nikt się nie roześmiał.

– Bzdura – orzekł po chwili Słowik. – Nikomu innemu nic takiego się nie stało. Zimno jest, to i zwierzęta zamarzają.

– A lód w jeziorze? – zapytał Tom.

– To tylko ty widziałeś.

Pijaczkowie nie dali się przekonać, ale stary Tom uznał, że osiągnął cel. Kiedy coś się stanie, zwrócą na to uwagę.

Po powrocie do chaty wyjął ze skrzyni rzecz, której od dawna nie używał. Była to stara dubeltówka po ojcu. Tom jedną lufę załadował ołowianym pociskiem, drugą srebrnym. Tego dnia spał z bronią.

Nazajutrz wziął dubeltówkę i poszedł nad jezioro. Wiatr zatarł ślady wokół, a sam lód był o kilka centymetrów grubszy. Mężczyzna chwilę węszył w powietrzu. Potem ruszył na szczyt najbliższej góry. Zimno przeciskało się przez warstwy ubrania. Ciałem Toma wstrząsały dreszcze. Próbował sobie wmówić, że to ze starości.

Na szczycie wicher pozbawiał resztek ciepła. Palce u stóp i rąk grabiały. Śnieg dostał się do butów, choć Tom od dziecka znał sposoby, jak temu zapobiec. Rękawic nie mógł włożyć grubszych, bo utrudniłyby ewentualne strzelanie.

Zgodnie z obawami Toma – na górze śniegu było mniej. Ludzie z miasta powiedzą, że to normalne, przecież wiatr wywiewa. Stary Tom widział ślady. Przeklął grasującego w okolicy demona i zmówił modlitwę.

W drodze powrotnej znalazł zamarzniętego niedźwiedzia. Zwierzę było skulone, a jego oczy otwarte. Dookoła ślady. Prowadziły tam, dokąd Tom się kierował. Do chaty.

Kiedy dotarł, dubeltówka wysunęła się z jego dłoni. Domostwo otaczał krąg nagiej ziemi. Jakby coś pożarło śnieg. Aż do gruntu.

Tom poczuł narastający chłód. Na szczycie po prostu stracił ciepło. To, co pojawiło się teraz, było zimnem w najczystszej postaci. W głowie się kręciło. Mięśnie drżały. Skóra bolała. Mężczyzna chciał się schylić po dubeltówkę, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Coś zbliżało się od tyłu. Tom nie mógł się nawet obrócić.

Wtedy dostrzegł wychodzącą spomiędzy drzew postać. Też przystanęła na widok kręgu nagiej ziemi. Potem zauważyła pustelnika.

– Panie Tomaszu! – zawołał Paluch. – Dobrze, żeś jest.

Paraliż minął, ale ból pozostał. Tom spojrzał za siebie. Drzewa, śnieg, ślady.

– To tu było – wychrypiał.

– Dobrze się czujesz? – zapytał Paluch.

– Do chaty. Szybko.

Chwilę później siedzieli przy palenisku i grzali zgrabiałe dłonie. Nad ogniem gotowała się herbata.

– Innym też zwierzęta spieprzyły – opowiadał Paluch. – Niektórych nawet nie znaleźli. I te otwarte oczy… Poza tym rury pękają. Choć powinny wytrzymać przy takich mrozach. I prąd nawala.

– A ślady? – Tom obejrzał dubeltówkę, odłożył ją na bok, zdjął czajnik znad ognia.

– Widać, choć wiatr je zniekształca. Ludzie mówią, że zwierzęta się po prostu czołgały. Ja im na to, że po co miałyby się czołgać w kółko, kiedy zamarzają?

– Święta prawda. – Tom rozlał gorącą herbatę do blaszanych kubków.

– Byłem też nad jeziorem, bo wcześniej cię tu nie znalazłem – mówił Paluch. – I rzeczywiście mało tego lodu.

– Wierzysz mi teraz?

– Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, a już czterdzieści lat żyję. Co to jest?

– Nie wiem – odparł Tom.

Utkwił wzrok w płomieniach. Ogień wydawał się tak mały w porównaniu z otaczającą zimą. Miał znaczenie tylko wtedy, gdy było się blisko.

– Ale ojciec opowiadał mi o różnych rzeczach – powiedział starszy z mężczyzn.

– Pamiętam go jeszcze.

– Wyzywali go od dziwaków. Ja żem się nauczył wtapiać w otoczenie. I to nie tylko w lesie. – Wskazał na wiszące pod ścianą dżinsy i ortalionową kurtkę. – No i ojciec zawsze mówił to, co myślał.  

– Opowiadał o czymś takim? Czymś co zabija zwierzęta, rozsadza rury, uszkadza kable?  

– To wyjada też śnieg i lód – dodał Tom. – Nie wiem, co to jest. Szło po mnie, kiedy się pojawiłeś. Uratowałeś mi życie, Paluch. A ja znam wdzięczność. Mój syn mnie zostawił i nie mam, komu tego przekazać. Jak zdechnę, chata i reszta jest twoja.

– Ja tylko przyszedłem…

– Cichaj. Jak załatwisz papiery do podpisania, to podpiszę i wszystko będzie twoje. Inaczej wszystko rozkradną.

Paluch skinął głową.

– Trzeba zebrać mężczyzn – powiedział Stary Tom. – Tylu, ilu zdołasz. Silnych, sprawnych, którzy wytrzymają na mrozie. Niech wezmą widły, kosy i pochodnie. Dużo pochodni. A jak kto ma, to broń palną. Tylko, że zwykłe kule mogą nie wystarczyć. Trzeba srebrnych.

– Jak przy polowaniu na czarownice?

– Tak.

– Ludzie nas wyśmieją – stwierdził Paluch.

– Mnie na pewno. Ale ty możesz ich przekonać. Im więcej ten demon napsuje, tym łatwiej uwierzą. Jak już ich zbierzesz, w lesie mogę was poprowadzić. A gdyby to coś wcześniej mnie dopadło… dacie sobie radę. Wykurzycie stąd tego demona.

Zacisnął ręce na dubeltówce. Paluch był pełen wątpliwości.  

– To zabija też ludzi?

– Nie wiem. Na pewno się rozzuchwala. Jestem stary i słaby, więc mnie zaatakowało. Ale kiedy ty się pojawiłeś, uciekło.

Rozmawiali o sprawie, dopóki nie zaczęło się ściemniać. Paluch nabrał pewności, że problem da się rozwiązać. Podziękował gospodarzowi za ugoszczenie i wyszedł.

Nazajutrz stary Tom znalazł jego ciało w śniegu. Oczy szeroko otwarte, usta pełne śniegu, rękawiczki i buty przesiąknięte krwią z odmrożeń. Na widok wyrazu twarzy zamarzniętego na śmierć mężczyzny Tom zaklął i pobiegł do miasta. Tak jak był: w futrze, wełnianej czapce, grubych spodniach, potężnych buciorach. W dłoniach ściskał dubeltówkę, którą tego ranka załadował na nowo: jedną lufę ołowiem, drugą srebrem.

Wparował do baru i huknął:

– Paluch nie żyje!

Pijaczkowie zerwali się z miejsc.

– To ja! – zawołał Tom. – Tomasz Szewczyk!

To nie uspokoiło poruszenia wywołanego wtargnięciem uzbrojonego pustelnika. Po chwili pojawiła się policja. Starzec zaprowadził ich miejsce, w którym leżał martwy Paluch.

– Tylko nie zatrzyjcie śladów – powiedział Tom. 

Resztę tego dnia i cały kolejny spędził w areszcie. Policjanci wysłuchali zeznań. Wysłuchali też zrozpaczonego, starego człowieka, który próbuje przestrzec obywateli dwudziestego pierwszego wieku przed bezimiennym złem czyhającym w głębi lasu. Wysłuchali i odnotowali. Ale jedyne co poza tym zrobili, to po dwóch dobach aresztu odwieźli Toma na skraj miasta. Mieli nawet litość i oddali mu dubeltówkę. Wciąż była załadowana.

Było południe, kiedy stary Tom szedł przez las i spotkał stwora.

Bestia prawie nie miała kolorów. Biała, z paroma odcieniami błękitu i szarości. Rozmiarami dwukrotnie przebijała każde znane Tomowi zwierzę. Ciało, choć pokryte sierścią barwy śniegu, przypominało gada. Szurający po podłożu brzuch i ciężki, rozwidlony ogon wyjaśniały kształt śladów. Stwór pełzał po powierzchni śniegu, mimo dwóch par kończyn: koślawych, powyginanych, jakby niedorozwiniętych. Na głowie ciemniejsza grzywa, z której sterczało kilka rogów. Poniżej czarne, błyszczące ślepia. Brak nosa. Szeroka paszcza z kilkoma rzędami zębów, a w niej przezroczysty język.

Tom uniósł dubeltówkę do ramienia i ustawił kurek na lufę ze srebrnym pociskiem. Potwór stał dziesięć kroków dalej. Ciało mężczyzny zaczęło drżeć. Uświadomił sobie: to nie strach, tylko chłód. Potem wstrząsnęły nim dreszcze. Zimno uderzyło nagle, jakby Tom zanurzył się w lodowatym jeziorze.

– Nie uwierzyli, co? – zasyczał stwór. Jego korpus pozostawał w miejscu, choć głowa i ogon się ruszały.

Ból wypełniał Toma. Mężczyzna położył palec na spuście. Czuł, że krew zamarza w żyłach. Zaraz pęknie skóra i rękawiczka zabarwi się na czerwono, jak u Palucha. Mróz szczypał, kłuł i miażdżył. Nie pozwalał oddychać.

– Boisz się pociągnąć za spust – przemówił ponownie stwór. – Metal łamie się w niskiej temperaturze, wiesz o tym.

Na twarzy Toma zamarzały łzy.

Bestia przysunęła się bliżej.  

– Nie strzelisz. I oboje wiemy, dlaczego.

Stary Tom zamknął oczy. Nie wiedział, dlaczego miałby nie strzelić. Nawet o tym nie myślał. Jego głowę wypełniały obrazy z przeszłości. Wszystkie dotyczyły zimy. Chłód pozbawiał zmysłów.

– Spójrz na mnie – zasyczał stwór.

Otworzył oczy. Korpus istoty dzieliły od lufy dwa metry. Tom musiał zadrzeć głowę, by popatrzyć w czarne ślepia bestii.

– Nasz czas się skończył – powiedział stwór. – Pamiętasz opowieści ojca. Ale ciebie samego przez tyle lat nic nie spotkało. A jednak we mnie uwierzyłeś.

Ból zaczął topnieć.

– Czym jesteś? – wychrypiał stary Tom.

– Jestem tym, co pożera śnieg i lód – przemówił stwór, jakby tylko na to czekał. – Jestem tym, co żywi się bólem zamarzania. Jestem tym, co w zimie najgorsze. Jestem zaprzeczeniem gorąca, jestem utratą ciepła. Ale nie mam imienia. Jeszcze.

Ból ustępował, a jego miejsce zajmowało kojące uczucie.

– Nie uwierzyli we mnie – powiedział stwór. – Nie uwierzyli, choć się starałem. Jak mam istnieć bez ich strachu? Jak mam walczyć o przetrwanie, skoro nikt nie walczy ze mną?

– Ja walczę.

– Ty walczysz? Spójrz na siebie. Broń ciąży ci w rękach. Opada coraz niżej.

Tom uniósł lufę. Wymierzył w głowę bestii, która poruszyła się niespokojnie.

– Nieprawda! – krzyknął. – Zastrzelę cię, demonie!

– Nadaj mi imię. A pozwolę ci spokojnie odejść. Twój czas się skończył.

– Twój też – warknął Tom.

Ręce nie drżały. Palec spoczywał na spuście. Oddech stał się rytmiczny i głęboki jak w młodości. Mimo to stary Tom opuścił broń.

– Po co ci imię? – zapytał.

– Żeby przetrwać.

– Nie przetrwasz. – Stary Tom uśmiechnął się i pokręcił głową. – Nie w tych czasach. Kiedy spróbujesz się wedrzeć w ich życie, tylko podkręcą kaloryfery. A ich serca… z jednej strony wygasłe, z drugiej płoną jak nigdy wcześniej. Próbowałem im o tobie powiedzieć. Nie wierzyli. Zapomnieli o przeszłości. Mówią, że to po prostu mróz. W siedemdziesiątym dziewiątym mówili, że to tylko morderca. A to było coś więcej. Czułem to w powietrzu.

– Rozważę to – powiedział stwór. – Ale masz rację. Walczyłeś o mnie. Próbowałeś mi pomóc. Pozwolę ci godnie umrzeć.

Stary Tom chciał jeszcze coś powiedzieć – bo zawsze jest coś do dodania – ale istota mu nie pozwoliła. Schyliła głowę i przezroczystym językiem dotknęła go w środek czoła. Mężczyzna poczuł, jak ulatują resztki ciepła. Popatrzył na dziwaczne cielsko bestii, po czym runął twarzą w śnieg.

Leży tam zamarznięty, a wiatr zaciera ślady dookoła. Dopiero na wiosnę znajdzie go młoda para. Będą spacerowali po lesie, a chłopak zauważy zwłoki z twarzą w błocie. Podejdą i poczują panujący wokół chłód. Chłód mógłby się wydawać mały w porównaniu z otaczającą wiosną. Ale ma znaczenie, kiedy jest się blisko.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy tekst, ale parę fragmentów zgrzyta:

zamknął wpatrzone w nicość ślepia. – bardzo trudno zamknąć oczy kilkugodzinnym zwłokom, a piszesz tu o zamarzniętym ciele.

Mądry był z niego człowiek i wiele syna nauczył, ale i tak od ćwierćwiecza gryzie ziemię. Wszystkich to czeka i Tom był tego coraz bardziej świadomy. – wygląda, jakbyś sugerował, że śmierć mądrego człowieka jest czymś dziwnym.

 Mężczyzna chwilę węszył w powietrzu. – w czym jeszcze mógł węszyć?

 Im więcej ten demon napsuje, tym łatwiej uwierzą. Jak już ich zbierzesz, w lesie mogę was poprowadzić. A gdyby to coś wcześniej mnie dopadło… dacie sobie radę. Wykurzycie stąd tego demona. – "ten demon … tego demona"

przesiąknięte krwią z odmrożeń – krew może pojawić się, kiedy głębokie odmrożenia zostaną ogrzane, nie ma szans na krew w opisywanej przez Ciebie sytuacji.

Poza tym w niektórych fragmentach posługujesz się krótkimi, urywanymi zdaniami; fragmenty te wybrzmiewają gorzej niż reszta tekstu.

nie da rady

Interesujące opowiadanie – ciekawy pomysł, czuć atmosferę zagrożenia, fajnie rośnie napięcie. Trochę szwankuje interpunkcja. Jak zauważył mój przedmówca, czasami stosujesz bardzo krótkie zdania i tekst czyta się jak telegram:

Tom poczuł narastający chłód. Na szczycie po prostu stracił ciepło. To, co pojawiło się teraz, było zimnem w najczystszej postaci. W głowie się kręciło. Mięśnie drżały. Skóra bolała.

Trochę mi się kłóci, że demon żywi się jednocześnie śniegiem, lodem i bólem zamarzania. To tak jakby działał sobie na szkodę. Poza tym nie rozumiem, dlaczego najpierw pozwolił Tomowi odejść, a później go zabił. Chyba, że chodziło o odejście do wieczności ;)

 

 

Bardzo fajny, nietuzinkowy pomysł. Bohater całkiem rozsądnie próbuje zwalczać zagrożenie. Podobało mi się. Może dlatego, że jestem stworzeniem ciepłolubnym. ;-)

Rękawic nie mógł ubrać grubszych,

Nie mógł, bo ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Pamiętam go jeszcze. – Wyzywali go od

Takie tam mało ważne powtórzonko.

 

Ma swój urok Twoje opowiadanie. Nieźle wprowadziłeś prowincjonalną atmosferę, w pewnym momencie łamiąc ją najazdem współczesności (ale to też nie wypadło nawet źle).

[SPOILER] Niestety jednak, od tego miejsca czar prysł. Stwór okazuje się być stworem, w dodatku gadatliwym. Nie dowiadujemy się, po co robi, co robi, dlaczego zabija – może by nas to w sumie nie interesowało, gdybyś nie próbował go “umotywować”. A te jego motywacje, uznając oczywiście możliwość, że co my wiemy o motywacjach stworów, jakoś nie przekonują. Finałowy dialog strasznie nienaturalny, a tak sprawnie budowana atmosfera znika w najważniejszym momencie. Szkoda.

Porządnie napisane, choć to i owo zgrzytnęło. Ode mnie 4.

Dziękuję za komentarze i cieszę się, że jako tako przypadł do gustu ten mój powrót na portal po sporej przerwie :)

@zapomnialemhasla, masz rację, w opowiadaniu o chłodzie zapomniałem o zamarzaniu :D cenna jest też dla mnie uwaga o krótkich zdaniach. wydawało mi się, że nadają one chłodnego klimatu i współgrają z całą resztą. 

@BioHazard, demon pozwolił Tomowi “odejść” w sensie “umrzeć”. 

@Finkla, a Ty co sądzisz o “telegraficznym” rytmie tekstu? 3 osoby spoza portalu, które wcześniej czytały, raczej doceniły styl, więc zastanawiam się, czy to kwestia indywidualna, czy momentami rzeczywiście przegiąłem. no i oczywiście klasyk klasyków: błąd z ubieraniem… poprawione ;)

@varg, rozumiem twoje rozczarowanie końcówką. to zresztą przypadłość wielu opowieści z grozą w tle: kiedy ujawnia się ten zły, tajemniczy obiekt, na ogół nie dorównuje on oczekiwaniom, które stworzyło budowanie napięcia. tym razem właśnie chciałem stworzyć historię z materialnym potworem – wyszło, jak wyszło. 

Nie zauważyłam, że z rytmem jest coś nie tak. Ale ja zwykle nie zwracam uwagi na takie rzeczy, więc moja opinia nic Ci nie da.

No, skoro poprawiłeś ubranie, to sobie kliknę. Ale żeby mi to było ostatni raz!

Babska logika rządzi!

@ Autor – być może to ja nie potrafię odebrać klimatu, które przekazujesz, nie traktuj mojej opinii zbyt ostatecznie ;) Osobiście wyniosłem ze wspomnianych fragmentów wrażenie rozedrgania i uczciwie przyznaję, podobały mi się one mniej, ale może dla innych czytelników wymowa była bliższa zamiarom :)

nie da rady

@zapomnialemhasla, staram się stosować do zasady, że jeśli chodzi o subiektywne odczucia, to czytelnik ma zawsze rację ;) to nie tak, że ty nie potrafisz odebrać klimatu. za klimat jest odpowiedzialny autor.

Othersunie, nie przesadzaj, bywam niewrażliwa na klimat i to nie jest wina żadnego autora. Wszystkich nigdy nie zadowolisz.

Babska logika rządzi!

Ano właśnie, wszystkich nigdy nie zadowolisz. Ale zawsze możesz wszystkich wk***ć.

;)

nie da rady

LOL.

Zaiste, o to znacznie łatwiej. :-)

Babska logika rządzi!

Klimatyczne i wciągające. Spodobała mi się ta nierówna walka Toma z potworem. 

Widziałam, że ktoś marudził na temat znikającego lodu i śniegu. A mnie to się układa tak: bestia wysysa ten ziąb i lód, by mieć z czego oblec się w ciało i skumulować zimno, którym atakuje. I wszystko gra.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też mi się tak skojarzyło. Tylko miałam wątpliwości, czy fizycznie można wyssać zimno. Ciepło – bez problemu.

Babska logika rządzi!

@śniąca, dobrze tu ułożyłaś :)

@Finkla, fizyczne wyssanie zimna albo nie ma sensu, albo oznaczałoby ocieplenie. Ale to nie sci-fi, więc czuję się usprawiedliwiony ;)

No właśnie – energia płynie nie w tę mańkę, trzeba cząsteczki rozruszać…

Babska logika rządzi!

W tym przypadku, Finklo, mamy do czynienia nie z nauką, ale magią :) I w tym kontekście się da. Moje wewnętrzne alarmy siedziały cicho, więc jest ok :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też w końcu doszłam do wniosku, że demon nie musi się znać na fizyce. ;-) Pomysł “pobierania” zimna przemknął przez głowę, ale że nie miał sensu, to wróciłam do magii.

Babska logika rządzi!

Myślę, Othersunie, że nie mogłeś wybrać lepszego miejsca, by ulokować w nim swoją opowieść. Bieszczady nadały się do tego wybornie. Hipotermia, jakkolwiek nie jest doskonała, ujmuje nietuzinkowym pomysłem, świetnym klimatem i dobrym wykonaniem.  

 

Do­oko­ła ślady. Pro­wa­dzi­ły tam, gdzie Tom się kie­ro­wał.Pro­wa­dzi­ły tam, dokąd Tom się kie­ro­wał.

 

To nie uspo­ko­iło nie­po­ko­ju wy­wo­ła­ne­go wtar­gnię­ciem uzbro­jo­ne­go pu­stel­ni­ka. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: To nie uspokoiło niepewności/ obawy/ przestrachu wy­wo­ła­ne­go wtar­gnię­ciem uzbro­jo­ne­go pu­stel­ni­ka.

 

Wy­słu­cha­li też roz­pa­czy sta­re­go czło­wie­ka, który pró­bu­je prze­strzec oby­wa­te­li dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku przed bez­i­mien­nym złem czy­ha­ją­cym w głębi lasu. – Czy można wysłuchać rozpaczy?

Proponuję: Wy­słu­cha­li zroz­pa­czonego, sta­re­go czło­wie­ka, który

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobre opowiadanie. Wciągnęło od początku i trzymało w napięciu aż do końca. Też mi trochę przeszkadzała gadatliwość potwora, ale sam już wspomniałeś, że w tego typu momentach trudno zadowolić czytelnika. I na początku ja również miałam wrażenie, że stwór funkcjonuje trochę sprzecznie, ale wersja śniącej mnie przekonuje.  Nie zgodzę się za to z zarzutami w sprawie stylu – mnie te krótkie zdania tutaj w pełni odpowiadały, nadawały tekstowi takiego surowego charakteru. Zresztą cały klimat bardzo mi podpasował – ten chłód, prości ludzie z miasteczka, nastrój niepokoju – i ten mały minus z potworem nie może tu zmienić dobrego wrażenia o tekście.

@regulatorzy, a co jak ci powiem, że w Bieszczadach nigdy nie byłem? A błędy już poprawione, nie wiem, jak mogło mi umknąć “uspokojenie niepokoju”…

@Teyami, cieszę się, że doceniłaś klimat i wybaczyłaś niedoskonałość.

i nie mam, komu tego przekazać.

 

a w niej przezroczysty język. ← ciekawe, że mu się tak uważnie przyjrzał z pewnej odległości, że dostrzegł “przezroczysty” język w paszczy.

 

Opowiadanie było bardzo dobre do czasu. Słaby dialog bestii z bohaterem i końcówka mnie rozczarowały. Mam takie samo zdanie, jak varg.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziwna ta policja, że podejrzanemu odludkowi, po zatrzymaniu na 48h, zwraca bez problemów broń. Nie sądzę, żeby bieszczadzki pustelnik miał na nią pozwolenie.

Styl pierwszej części fajny – twardy, męski, normalnie Siekierezada. Ale potwór rozczarowuje: ni to jaszczur z grzywą, ni to hydra przezroczysta. A gadatliwe to-to jak przekupa.

@c21h23no5.enazet @cobold rozumiem wasze rozczarowanie, ale od początku miałem zamysł, żeby potwór/antagonista/tajemnicza istota (czyli częsty element fantastycznych opowiadań) był realny, umotywowany. Ale jak widać moje zakończenie nie stanęło na wysokości zadania. Cieszę się, że przynajmniej pierwszą część doceniliście ;)

Fragment reprezentacyjny wklejony? Opowiadanie świetnie trzymało w napięciu (to zdanie z czołgającymi się zwierzętami sprawiło, że ciarki przeleciały mi po grzbiecie) do czasu zobrazowania stwora. Nie powinieneś go pokazywać :) Aha, też zrozumiałam, że pozwolenie, by ‘odejść’ to znaczy, że sobie pójdzie na własnych nogach do domu. O ile nie planowałeś celowo wprowadzić czytelnika w błąd, to spróbuj jakoś przekonstruować to zdanie.

A może potwór celowo użył dwuznacznego sformułowania? Demonom nie należy ufać… ;-)

Babska logika rządzi!

Bellatrix, poprawione zdanie, fragment wklejony. Wiem, że nie powinienem pokazywać potwora, ale zauważyłem, że w moich tekstach  zbyt często pojawiały się niewyjaśnione, nieopisane rzeczy. Siadając do pisania “Hipotermii” postanowiłem, że stwór będzie opisany. Może w tym wypadku lepiej byłoby to zostawić wyobraźni czytelnika? Nie wiem. Po prostu chciałem, żeby stwór miał postać, tak jak bazyliszek jest przecież groteskowym połączeniem kurczaka i jaszczurki ;) Zależało mi na przedstawieniu takiej nostalgicznej, naiwnej baśniowości, która przemija. Gdybyśmy nie znali pewnych motywów, legend, opowieści od dziecka, to teraz wydałyby się nam one rozczarowujące. I o tym właśnie chciałem napisać, a utrzymana w napięciu historia zmagań z potworem była raczej tłem. Może następnym razem, gdy będę pisał coś podobnego, zrobię to bardziej pod publiczkę ;)

No to leć do biblioteki :)

Oo, dzięki :) Miły powrót na portal!

Ech… podobało się, a jakże! Tylko ten bieszczadzki yeti… biedny stwór, który płacze że nie ma "przyjaciół". Tak na logikę to jeżeli chciał by w niego uwierzono mógł się objawić bieszczadzkiemu ludowi. Nie żeby mi się to nie podobało, ale nie wiem co powiedzieć. Co do języka stwora można było go zmienić z przezroczystego na oszroniony. A względem krótkich zdań to było zgrabne zagranie. Ja osobiście ich nie zauważyłem i dlatego przyjemnie i szybko mi się czytaĺo opowiadanie, poza tym to taki trik pisarski aby tekst czytało się lepiej.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Hipotermia mi się kojarzy z piosenką teraz ZEUSa, ale samo opowiadanie ładne ;)

Bardzo przyjemnie się czyta, napięcie rośnie z każdą chwilą, stwór jakoś od początku kojarzył mi się z zimową wersją bazyliszka, może przez te otwarte oczy ofiar

@Samotny Wilk, toś mnie podsumował tym “bieszczadzkim yetim” ;) Fajnie, że się podobało. 

@Kysia, a ja się inspirowałem trochę innymi piosenkami: “Hypothermia” i “Siberia” zespołu Tides From Nebula, który przy okazji wszystkim polecam. 

@Fladrif, aż dziw, że dopiero tobie przyszło na myśl to skojarzenie. Chyba, że inni po prostu nie wspomnieli o tym w komentarzach. 

Ale ludzie (zwierzęta pewnie też?) chyba raczej umierają z otwartymi oczkami? Tyle się wspomina o zamknięciu trupowi oczu…

Babska logika rządzi!

To chyba zależy od rodzaju śmierci. 

No, we śnie raczej z zamkniętymi. ;-)

Babska logika rządzi!

Czytałem już wcześniej i bardzo podobał mi się klimat. Końcowa rozmowa z potworem nie przeszkadzała mi. Podobała mi się, jednak nie intrygowała na tyle, by dłużej kontemplować jej sens.

Dzięki, fajnie, że zaakceptowałeś to tak, jak jest :)

Ciekawa historia, przyzwoicie opowiedziana.

No rest for the Wicked

Całkiem nieźle, chociaż początek mi odrobinkę zgrzytał, bo zdania były krótkie, urywane, jakby telegraficzne. Ale potem było lepiej.

 

Zgadzam się z większością co do zakończenia – mogło być lepiej. Mnie akurat motywy stwora niezbyt interesowały, ale podobało mi się to:

– Spójrz na mnie – zasyczał stwór.

Otworzył oczy. Korpus istoty dzieliły od lufy dwa metry. Tom musiał zadrzeć głowę, by popatrzyć w czarne ślepia bestii.

– Nasz czas się skończył – powiedział stwór. – Pamiętasz opowieści ojca. Ale ciebie samego przez tyle lat nic nie spotkało. A jednak we mnie uwierzyłeś.

Fajne nawiązanie do takich osobistych przeżyć bohatera. 

Całkiem przyjemnie spędziłam kilka chwil :)

Wciągające, klimat bardzo dobry, główny bohater też daje radę. Podobało mi się.

Nie czytałem wcześniejszych komentarzy, gdyż za chwilę wychodzę do pracy i nie mam czasu. Dam jednak swoja opinię. 

Opowiadanie bardzo mnie wciągnęło. Lubię klimaty grozy i uważam, że tekścik został napisany bardzo sprawnie, ze zrozumieniem gatunku i fajnym pomysłem. W przyszłości na pewno sięgne po inne teksty, które wrzucisz bo spędziłem miły czas na lekturze. 

W kwestii zarzutów: uważam, że potwór stracił na klimacie w ostatniej scenie, kiedy zaczął mówić. Najbardziej wytrącił mnie ten fragment, kiedy zaczął racjonalizować i mówić, że metal pęka w niskich temperaturach. Troszkę nie sprostał oczekiwaniom, które zbudowałeś takim fajnym i naprawdę intrygującym wstępem. 

Zostawiam ocenę i pozdrawiam. Dzięki!

Dziękuję kolejnym osobom za przeczytanie “Hipotermii”, miło, że ktoś jeszcze tu zagląda. 

Łukaszu, cieszę się, że planujesz sięgnąć po moje kolejne teksty. Jak tylko znajdę czas na wprowadzenie poprawek, wrzucę tu coś znacznie dłuższego. Mam nadzieję, że dasz szansę tekstowi, by przeczytać chociaż fragment. 

Przeczytam całość, dałeś dobrą wizytówkę. Zresztą zawsze czytam teksty do końca.

Jeśli masz ochotę, dodałem ten dłuższy tekst i jestem ciekaw męskiej opinii. Na razie same panie się wypowiedziały.

Ciekawe. Podobało mi się :)

Dzięki :)

Nowa Fantastyka