- Opowiadanie: kubutek28 - Jak kamień w wodę

Jak kamień w wodę

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, bemik, regulatorzy

Oceny

Jak kamień w wodę

– Na długo wyruszacie, a? – jęknął dziadzio.

– Oj, trochę nas nie będzie – odparł Ongus. – Przed zimą myślimy powrócić, ale nigdy to nie wiadomo, czy śnieg wcześniej nie zasypie…

– Wrócim, niż się obejrzysz, dziadziu – zapewnił Tymon, zaciskając troki w worku podróżnym. – Jeszcze się zdziwisz, gdy znów nas obaczysz; ba, dość nas będziesz miał…

– Obyście wy się nie zdziwili, gdy, wróciwszy, mnie już w mogile jeno zastaniecie. Słabuję już, członki niemoc chwyta. Powiadam wam, lada dzień i mnie zbraknie, spieszcie się tedy, o ile w ogóle chcielibyście jeszcze starucha przed śmiercią obaczyć. Żalu mieć nie będę, jeśli nie, przecie na pewno ważne macie sprawunki… Idźcie bez przeszkód.

Tymonowi ze złości aż zaszumiało w głowie. Powiedziałby dziadziowi, co myśli o planowaniu własnego zejścia i wypominaniu mu braku zainteresowania. Powiedziałby, gdyby miało to jakikolwiek sens, a staruszek mógłby choć wysłuchać go, nie liczył tym bardziej na zrozumienie. Dziadek wiele już razy przepowiadał własną śmierć, choć Tymon wątpił, by ów rzeczywiście tak usilnie jej pragnął. Chłop przemógł więc chęć, nie odpowiedział, poprawił worek podróżny, wyprostowawszy się zarzucił na ramię, stanął przy Ongusie.

Czarodziej, zgodnie z zapowiedzią, wobec zaistniałych zdarzeń uznał, że należy wyruszyć w drogę, by skonsultować sprawę wielomyśli w szerszym gronie, wyjaśnić obawy, jakich pełno miał też Tymon. Z tego powodu, między innymi, Ongus zaproponował podróż swemu uczniowi. Poza tym, chłop chętnie zobaczyłby duży gród, do tego taki z mniejszym osiedlem czarodziejów wewnątrz, jak opowiadał jego mentor.

Nadszedł dzień rozpoczęcia wędrówki, godzina nawet – oto stali na skraju wioski, tuż koło chaty Tymona i dziadzia. Poczynili już wszelkie przygotowania, chłop poprosił też Tadka, który stał właśnie koło dziadzia, by ten zajął się staruszkiem, obejściem, pomógł przy królikach.

– Przyszło się tedy żegnać – oznajmił Tymon.

– Oby nie na wieczność…

– Dziadziu, nie ględź!

– Droga przed nami długa – rzekł Ongus. – Zwłaszcza, że pieszo. Ale nie frasujcie się, zdrowi i cali wrócimy. Ani się wszyscy obejrzymy, jak zleci ten czas. Bywajcie!

Zaczęli żegnać się ze sobą, ściskać prawice, padać w ramiona. Dziadzio popłakał się przy tym, Tymon rzekł mu parę słów otuchy, poklepał po wychudzonych plecach. W końcu dwaj podróżni oddalili się, ruszyli pieszo w drogę.

– A tak naprawdę? – odezwał się Tymon kawałek za wsią. – Ile nam to może zająć?

– Niedługo – machnął ręką czarodziej. – Cała podróż bardziej będzie jak wakacje, niż obowiązek. Podejrzewam, że za miesiąc powinniśmy wrócić.

Chłop westchnął. Według jego miary, miesiąc poza domem to był kawał czasu.

 

***

Zmierzchało już. Tymon zaczął zastanawiać się nad noclegiem. Choć szli niespiesznie, robiąc sobie przerwy wedle uznania, to chłopu zaczęły dokuczać nieprzyzwyczajone do długiego marszu nogi. Czuł też obciążony workiem kręgosłup.

– Ongus?

– Tak?

– A właściwie czemu idziemy pieszo? Nie lepiej by to było, dajmy na to, konie skąd wziąć? Albo Tracjana poprosić i Bocianem polecieć?

– A masz konie?

– Ja nie…

– Ja też nie. Co ty, chciałeś szkapiny zaprzęgać i wozem jechać? Równie długo by się zeszło, jak nie dłużej. Bo chyba wierzchem jeździć nie umiesz?

Tymon wzruszył ramionami. Dosiąść konia i przejechać trochę umiał, tego trudno nie umieć. Ale wierzchowca nie mieli, to po co się było nadto przysposabiać?

– Klemensona też nie ma co frasować – odezwał się znów czarotwórca. – Wystarczy, że już mnie na straży w okolicy nie będzie, więc on musi robić za dwóch, nad dwoma rejonami trzymać pieczę. Mamy czas, nie ma się co spieszyć. Zresztą, nie powiedziane jest, że nikt nas w drodze nie podwiezie, choćby i na furmanie…

– Ale takśmy się dziwnie jakoś wybrali – cmoknął znów Tymon. – Bo to nie ma juków gdzie złożyć, których, nawiasem, też jakby nie było… Idziem trochu, jak na schadzkę na leśnej polanie, miast na księżyc długiej wyprawy… Gdzie będziem spać? Na gołej ziemi? Chwyci przymrozek, to nam dupska pomarzną…

– O to się nie martw – zaśmiał się Ongus. – Tyle razy przebywałem tę drogę, że mam zorganizowane noclegi na każdym odcinku. Łoża z baldachimem nie uświadczysz, ale siennik przy kominku i ciepła strawa na wieczór na pewno będzie. Starczy?

Chłop znów nie odpowiedział, mruknął tylko pod nosem.

– Nawiasem mówiąc, zbliżamy się do pierwszego z tychże miejsc. Czujesz?

Tymon wciągnął nosem powietrze. Czuł. Dym niosący ze sobą wyborny aromat wędzonej kiełbasy, a przywodzący na myśl ciepło domowego ogniska. Jakby na komendę, do wrażeń zapachowych doszły dźwięki. Zaszczekał pies, głośno zagdakały kury, jakby przegonione przez podwórko, zastukała siekiera, czy inne narzędzie.

– O – czarotwórca wskazał coraz bardziej widoczną wśród lasu chatę. – Nieraz już pomagałem mieszkającej tu rodzinie, ani chybi oni wspomogą i nas.

– Pachnie, aż ślinka cieknie – westchnął Tymon. – Obyś mówił prawdę.

– Nie ma najmniejszego powodu do obaw.

Już na pierwszy rzut oka znać było, że mieszka tu duża rodzina. Świadczył o tym chociażby rozmiar chaty, zapewne co najmniej trzyizbowej. Na płocie stojącym przed chałupą z drewnianych bali wisiało pranie, lniane, futrzane i paczesie w różnych rozmiarach. Rzekłbyś: jak na targowej wystawie. Na drodze bawiło się dwóch chłopców, rozbryzgując kałuże z kolein i lepiąc placki z błota. Malcy, gdy tylko dojrzeli zbliżających się wędrowców, przystanęli, jakby sparaliżowani. Parę chwil później, poznawszy znajomą twarz, podbiegli.

– Pan wolszebnik, pan wolszebnik! – krzyczeli jeden przez drugiego.

– A, zdroweście, gałgany – zakrzyknął wesoło Ongus. – Ojce gdzie?

– Mama robi placki – odparł wyższy, zapewne też starszy, chłopiec. – A tatko z Jackiem o tam, na podwórku.

– Wołajcie ich. Albo prowadźcie doń.

Malcy poprowadzili. Szybko rozdzielili się, gdy młodszy, otrzymawszy wyszeptane pospiesznie polecenie, poleciał do domu, możliwe że wołać matkę.

Wyjaśniło się, co za stukanie słyszeli wcześniej podróżni. Na podwórku, tuż za domem, stał gospodarz i rąbał drewno na opał. Tymczasem jego kilkunastoletni syn, zwany Jackiem, układał porąbane już pieńki w stojącej na uboczu szopie. Młodzieniec odwrócił się, wyprostował widząc idący ku nim orszak. Ojciec zauważył jego reakcję, też przerwał pracę.

– Witajcie, panie Mironie! – powitał go Ongus. – Ugościlibyście jedną noc?

– Ach, radym was widzieć – odparł gospodarz z radością, która, jak spostrzegł Tymon, nie do końca była szczera. – Pana zawsze. Kończym właśnie rąbać, idziem wieczerzać. Prosim panów. Jacuś, bierz drewno, żeby starczyło na trochę.

Ruszyli ku chałupie. Przed drzwi, ulokowane w ścianie od strony podwórka, wyszła żona Mirona, szczupła i drobna kobieta przed czterdziestką. Na pierwszy rzut oka było widać, że ich najstarszy syn dorównywał jej wzrostem, a nawet przerósł ją już o co najmniej palec. Na jej bladej i słabo uśmiechniętej twarzy znać było niedawno przebytą chorobę.

– Jasinka, proś panów do środka – polecił Miron. – Wieczerza gotowa?

– A co tu gotować? Placki cały czas się smażą, można jeść – odparła gospodyni. – Jak nie starczy, najwyżej ciasta się dorobi. Zachodźcie, panowie. Wy już też właźcie, porąbiecie kiedy indziej.

Weszli do sieni, najpierw gospodyni, później podróżni, na końcu Miron z chłopcami. Pomieszczenie było duże, wystarczające, by zmieścili się wszyscy. Wychodziło zeń, oprócz wejściowych, troje drzwi. Były tu też drewniane schody prowadzące na poddasze. Gospodyni otworzyła i poprowadziła ich przez przejście naprzeciwko.

Tymon spojrzał na swego nauczyciela, który począł ukradkiem rozglądać się po rodzinie gospodarzy. Wkrótce miał dowiedzieć się, dlaczego.

 

***

– Spoglądam, spoglądam… – zaczął rozmowę Ongus, oblizując palce z tłuszczu – coś się was, chłopcy, doliczyć nie mogę.

Domownicy pospuszczali głowy. Również rodzice. Przerwali jedzenie. Młodszy z chłopców przestał przeżuwać trzymany w ustach kęs, który stał się nagle suchy i wcale niesmaczny. Przełknął głośno.

– Czterech was było, prawda? – czarodziej bez skrępowania sięgnął po kolejnego placka, rozejrzał się po zgromadzonych. – Jacek…

– Jacek, Wacek, Witek, Icek – dopomógł Miron, kiwając głową. Widać było, że ten temat ciągle sprawiał mu ból. Dolna warga zaczynała mu drżeć, gospodarz jednak starał się ukryć emocje, mówił krótko. – Najmłodszy… Przepadł…

Jasinka popłakała się. Reszta milczała.

– Gdzie? Co się stało?

– Nie wiada, panie… Ot, był i gdzieś się podział. Szukalim go po lesie, wkoło pola, wszędzie przy domu, aleśmy nie naleźli…

– Czemu nic nie mówiliście?

– A bo to przystoi pana wolszebnika kłopotać? Czasu nie stało, nie było też kogo wysłać…

Ongus rozsierdzony przeżuł placka, sapnął.

– A Jacek? Niedołężny? Dzień drogi w jedną stronę, bezpiecznie, też mógłbym przenocować jakby trzeba było!

Westchnął znowu.

– Trzeba mówić takie rzeczy – rzekł spokojniej. – Po to przecież jestem, ażeby pomagać. Wcześniej byście powiedzieli, to i szybciej może bym znalazł. Kiedy to się stało?

Miron spojrzał na ciągającą nosem żonę.

– Będzie jakaś siedmica temu.

– I nikt nie widział? Nikogoście obcego nie widzieli, kto mógłby porwać? Śladów żadnych nie znaleźliście?

– Nie, panie, jak kamień w wodę! – jęknęła słabo gospodyni. – Z tym że w wodzie też go nie ma, w rzece też sprawdzane było… A rzeczułka płytka, to widać by było, gdyby… gdyby…

Nie dokończyła, zapłakała.

Tymon uświadomił sobie, że widywał już wcześniej gospodarza – przez targ w Rakicicach przewijało się mnóstwo ludzi, również ów. Chłop próbował sobie przypomnieć, czy tego tutaj spotkał oferującego własny towar, czy tylko jako spożywcę kupującego coś u innych.

– Darujcie pytanie – mruknął czarodziej. – Odnoszę wrażenie, żeś, Jasinko, dziwnie blada, jakby nie z samej tylko żałości. Słabujesz?

Kobieta pociągnęła nosem, powstrzymała płacz, nim odpowiedziała.

– Oj, już trochu lepiej – odparła uspokojona. – Szczęśliwie, przeszła mi słabość, choć trudno było jeszcze po tym wszystkim…

Ongus westchnął zatroskany.

– Zaradzicie, panie? – odezwał się Miron drżącym głosem.

– Chciałbym – wolszebnik spojrzał na swojego placka i ubabrane w smalcu palce. – Żal, żeście nic nie powiedzieli, nie zawiadomili. Ale starań dołożę, spróbujemy malca znaleźć… Zdaje się – zwrócił się ku Tymonowi – że nie zostaniemy na jeden tylko nocleg.

Zaczepiony pokiwał głową w milczeniu. Nie jadł już dłuższą chwilę, uznał to za niestosowne wobec zasłyszanego nieszczęścia gospodarzy.

– Dziś, oczywista, już nie uda się zrobić nic – oznajmił Ongus. – Przyznam, że cokolwiek trudno będzie szukać poszlak, nie wiedząc, gdzie oweż mogą być…

Popatrzył na chłopców, jakby w ich postaciach próbował dojrzeć wskazówki co do młodszego brata. Ci trzymali ręce pod stołem, spuszczone spojrzenia jakby chciały prześwidrować ławę. Nie śmieli się poruszyć.

– No, jedzcie, chłopcy – zachęcił czarotwórca. – Coś zaradzimy, nie zadręczajcie się zbytnio.

Jacek usłuchał, chwycił placek. Wacek z Witkiem wpierw ukradkowo spojrzeli po sobie, też zaczęli dalej jeść.

– Dumam tak – cmoknął wolszebnik. – Jutro pochodzimy z Tymonem po okolicy… Po lesie, po polu, nad rzeką… Może coś znajdziemy. Jeśli nie, będziemy wypytywać o Icka po drodze, może ktoś inny go widział, samego czy w towarzystwie.

– Możem jakoś dopomóc? – westchnął Miron.

– Musicie być dobrej myśli, to po pierwsze. Poza tym na razie nic, w ciągu zdarzeń jednak może być wasza pomoc potrzebna.

Ongus wziął ze spodka na środku stołu ostatni placek. Gospodyni naraz podniosła się, poszła smażyć kolejne.

Wieczerzali dalej, choć w trochę smutniejszym nastroju. Miron co raz chodził wrzucić parę drewek a to pod kuchnię, a to do pieca grzejącego resztę domu. Ciasta na placki starczyło na tyle, by najedli się wszyscy. Zwłaszcza, że apetyty jedzących wyraźnie osłabły.

– Chodźcie, panowie – odezwał się gospodarz, gdy kolacja już się skończyła. – Pokażę wam wasze posłania.

Zaprowadził gości do bodaj najcieplejszej izby w domu. Dwoje drzwi, wiodące z jednej strony do sieni, z drugiej do kolejnego pokoju, były bardzo wygodne – nie pozwalały zanadto ulecieć ciepłu, a latem dało się szybko wywietrzyć pomieszczenie, roztwierając je na oścież. Nadto dawały gościom trochę dyskrecji.

– Jak będziecie szli spać – dodał Miron, grzebiąc w kominku pogrzebaczem – podrzućcie jeszcze ze dwie dębiny, niech się tlą. Noce już zimne.

Ustawił im świecznik na stoliku koło jednego z posłań i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

– Wolisz spać bliżej pieca, czy pod oknem? – zapytał Ongus.

– Obojętnie – mruknął pytany, z szacunku dla nauczyciela składając jednak swój worek przy tym drugim sienniku. – Co sądzisz o tej sprawie?

– Za bardzo jeszcze nie ma, co sądzić – wzruszył ramionami czarodziej. – Prawie niczego nie wiadomo, jutro będziemy musieli się rozejrzeć i zawyrokować, czy powinniśmy zostać tu jeszcze dłużej… Miejmy nadzieję, że nie znajdziemy go martwego. Gdyby miało tak być, zapewne wcześniej zrobiliby to jego rodzice.

– A nie da się wcześniej ustalić, gdzie ów może być?

Ongus odgadł myśli ucznia.

– Czary nie polegają na tym, że o, piorun trzasł i spełniają się twoje marzenia – mruknął. – Trzeba się pomęczyć, to ci też wyjdzie na zdrowie.

Przysiadł na sienniku, wygładził. Zbliżył i po chwili cofnął dłoń od gorącego pieca.

– Nie ma co – oznajmił znów. – Podłóżmy jeszcze te dębiny i kładźmy się spać. O jutrzejszych sprawach pomyślimy jutro.

 

***

Tymona obudziło szeptanie. Musiała być jeszcze noc, niedługo po ich zaśnięciu – w kominku wciąż jeszcze trzaskały palące się pniaki. Chłop uniósł się, otworzył oczy próbując przebić się wzrokiem przez mrok w izbie i dostrzec źródło przytłumionego głosu.

– O, dobrze, wstałeś – dostrzegł go Ongus. – Chodź tu, posłuchaj.

Z sapnięciem Tymon podszedł do siennika czarodzieja, gdzie ów siedział. Przed nim stali Witek i Wacek. Uczeń maga nie umiałby poręczyć, który był który.

– No, chłopcy – zachęcił Ongus. – Rzeknijcie jeszcze raz to, co i mnie.

– No bo – zaczął gorączkowo Wacek – jak mamusię słabość chwyciła, tatko skoro znachora zawezwał. Rzekł ów, robotę swoją uczyniwszy i od śmierci zabiegami mamę uchowawszy, że ją wzmocnią napary i wywary z czarnego bzu. Tedy, tatkowi nawet nic nie rzekłszy, poszlim go szukać, znając jak wygląda.

– I co – wtrącił Tymon – wtedyście małego zagubili?

– Ach, nie, panie! Ale ziela szukając, insza rzecz się stała. Spotkalim takiego małego człowieczka. Dziwny był i jakby cały siwy, nos duży, broda i włosy rosły mu takie zielone.

– Myśmy się na niego natknęli – dopowiedział Witek, ciągnąc brata za rękaw koszuli. – Stał w miejscu, a dopiero później gośmy zoczyli.

– Jużem miał mówić… Właśnie… Pytał nas ów, po cośmy tak sami do lasu przyszli, mówił że dopomóc może. Myśmy nic mu nie chcieli mówić, bo to wiadomo, że obcy i dziwny, to nieszczęście wynijść może. Ale Icek mu od razu wyłożył, że my po zioła, że szukamy dla matuli na ozdrowienie. On nam wówczas, że nie ziół nam trza, że on ma co innego na wsze bolączki. Mówił, że nam da żywej wody.

– TEJ żywej wody? – przerwał Tymon

– Musi tak… – wzruszył ramionami Wacek. – Gadał, że na wszystko dopomoże, a leźć nigdzie nie musim, że on to ze źródełka zaczerpał i nam ją ofiarowuje. Nie zawierzalim mu z Witkiem, tedy pytam go, co on taki dziwny, kanciasty i ubarwiony cudacznie. On na to zapytuje nas: a znacie li, co żywa woda? My mu, że toż przecież, nawet ów sam przed chwilą mówił nam o niej. Dalej pyta, czy znamy opowieść o tejże. Myśmy słyszeli ją nie raz i nie dwa, a to od mamy, a to od babci, tedy mówim mu, że tak. Na to on, że drzewiej on sam wyruszył wody szukać, aby bliskiej osobie dopomóc. Zatrzymał się jednako w drodze, a wiadome przecie, że taki już dalej nie będzie mógł ruszyć, jeno się kamieniem ostanie. Jużeśmy mieli pytać, czemu tedy ów się rusza, miast skamienieć, ale rzekł szybko, że stał lat wiele, mchem zielonym zdążył porosnąć, ale razu pewnego wiatr zawiał, przewrócił go, a ów wtoczył się do źródła i żywot mu powrócił.

– Aleśmy mu i tak nie zawierzyli – wtrącił Witek, przestępując na bosych stopach zniecierpliwiony. – Bo wedle podania przecie tylko jeden jest sposób na odczarowanie z kamienia.

– No, mówię już – zbeształ go starszy brat. – Wiadome, że to tylko ten, któren wody sam się napije ze źródła, wszystkich głazów ma moc odczarowania. Aleśmy, miast mu to rzec, zapytali go, jak on mógł się wtoczyć do wody, kiedy ona na szczycie wzgórka, ze skały wypływa. Na to ów obraził się, rzekł, że jak tak się ofertę pomocy traktuje, to on wcale nie chce pomagać, że łaski nie potrzebuje. Wziął flaszkę i, hyc, wylał wodę na ziemię.

– Powiedz, co po tym zaszło – pociągnął znów brata Witek. Był podekscytowany, pilnował, by w historii nie zabrakło ani jednego istotnego szczegółu. Nie musiał się o to martwić.

– Bo jak ów wylał tę wodę – przełknął ślinę Wacek – to… ziemia nią oblana zaczęła wnet rodzić! I to różności! A to krzaki wespół z jagodami, grzyby, nawet sosnę na łokieć wysoką! Łatwo miejsce to poznać, bośmy nie ruszali niczego. Znać je po płodach tych właśnie, a i kępa trawy tam taka, że tę sośninę nadrasta.

– A ów sam dziwak – kontynuował Wacek – znikł zara. Znaczy… – dodał, powstrzymując brata przed kolejnym wtrąceniem – było tak, że on jakby się za drzewem schował. Myślelim, że, obraziwszy się, poszedł tam, że zara wynijdzie, ale nie. Zajrzelim tam zara, już go nie było!

– Dziwności… – podsumował Tymon, przerywając ciszę, która zaległa.

– To co panowie dumają? – zapytał Wacek z nadzieją w głosie. – Któż to był?

– Gajowy? – zaproponował uczeń czarodzieja.

Ongus, pogrążony w myślach, dopiero po chwili odpowiedział.

– Nie widzi mi się – rzekł cicho. – Patrząc na wasze opisanie, to już prędzej jakiś kamyk albo jeziorak… Możemy założyć, że to nie człowiek, a jeśli nawet, to cokolwiek osobliwy. Mówiliście co rodzicom?

– Zali by uwierzyli? – podniósł głos Witek. – Przecie dorosły dziecka nie posłucha!

– Ćśś, już, cichutko – uspokoił go czarodziej. – Bo się pobudzą inni.

– Tak było i będzie – rzekł ciszej, choć z wyrzutem, chłopiec – że w licha wierzą, dary im ustawiają, ale w naoczne widzenie to nie, śmieją się samo. Nasza to wina, że licha chętniej dzieci, niźli rosłych nawiedzają?

– No nic – rzekł uśmiechnięty Ongus. – Jutro się tam przejdziemy, was weźmiemy. Rodzicom powiemy, że przewodnictwa potrzebujemy, a ich od roboty odciągać nie zamiarujemy.

Chłopcy pokiwali głowami.

– Zdaje mi się, że Icek poszedł do lasu jeszcze innym razem… Zobaczył się z tym lichem, czy z czymkolwiek bądź… No i w tym lichu należne dopatrywać się rozwiązania całej sprawy.

– Ale co mu mogło uczynić? – zafrasował się Witek.

– Albo porwał – zamyślił się wolszebnik – albo zaczarował jakoś. Tak czy siak, powinniśmy być zdolni wrócić go do domu.

Chłopcy znów skinęli, widać, ulżyło im nieco.

– Tymczasem idźcie, synkowie, spać – poklepał ich po ramionach czarodziej. – Odpoczniemy, lepiej będzie się myślało i działało.

– Może to i licho – ocenił Tymon, gdy chłopcy wykradli się z pokoju z głośnymi plaśnięciami gołych stóp. – I, jakoś rzekł, albo porwało, albo zaczarowało. Choć mogło też i w głowie smykowi namieszać, że sam nie będzie chciał powrócić.

– Zaradzimy i na to. Uczynione da się odczynić.

– A co, jeśli to nie licho? A jak ktoś, za przeproszeniem, naszego rodzaju, czarodziejstwem się parający, dziecię porwał na jaki ohydny proceder?

– Nie rozpędzaj się, niedawnośmy jednego złoczyńcę już schwytali. Nie za dużo niegodziwości, jak na tak krótki czas?

Tymon burknął. Nie przekonało go to.

– Albo taka wiedźma? – nie dał za wygraną. – Może nie wszystkie takie poczciwe, jak nasza ciota, a?

– Oj, nie wymyślaj… Dzieci zwykle nie kłamią. Jak wskazały małego, siwego ludzika, to najpewniej taki był. A zważywszy, że siwych ludzi nie ma, to podejrzanego należy doszukiwać się pośród istot ponadprzyrodzonych. Zastanawiam się tylko – podrapał się po zarośniętym policzku – co to mogła być za ciecz, jaki stwór mógł owej używać…

– A nuż to w istocie była żywa woda? – podsunął Tymon. – Może skądsiś jej zaczerpnął? Chłopak znów poszedł doń, a ów, więcej nie mając, wysłał go do źródła?

– Może…

 

***

– Psze pana… – zawołał Icek drżącym z zimna i strachu głosem. Żałował, że ubrał się tak cienko. W końcu jesienna noc to nie przelewki. Choć przymrozków jeszcze nie było, to i tak nietrudno o przeziębienie w taką pogodę, w nocy do tego. Bał się trochę, był przecież sam w ciemnym lesie, ale, szczęśliwie, blisko od domu.

– Psze pana…

Dobrze pamiętał miejsce, w którym spotkali dziś tego dziwnego nieznajomego, zdaniem Icka, skrzata. Wszyscy zaś wiedzą, że choć psotne i nieraz złośliwe, skrzaty pomagają ludziom w ciężkich chwilach, a taka przecież się przydarzyła. Czemuż by więc nie przyjąć takiej pomocy?

– Psze pana… – zawołał trzeci raz.

Spojrzał wokół, upewnił się, że to tutaj. Przed nim leżał duży głaz, kilka łokci obok dostrzegł ową dziwną kępę, która wyrosła na ich oczach, oblana żywą wodą.

Głupotą było tu przychodzić. Skoro tamten się obraził, to skąd przypuszczenie, że mógłby tu czekać na Icka? Trzeba wracać, pomyślał malec, pewno już i tak się przeziębię i nad dwójką chorych tatko będzie musiał mieć pieczę.

– Panie skrzacie – powtórzył jeszcze raz bez wiary, tak dla zasady.

Ruszyło się coś przed nim, jakiś ciemny kształt wytoczył zza kamienia. Chłopiec zamarł, mając gdzieś tam, pod grubym płaszczem przerażenia nadzieję, że nie jest to nic, co chciałoby go pożreć.

– Czołem, mały – Icek odetchnął z ulgą, usłyszawszy głos skrzata. – Co tak łazisz sam po nocy? Nie lękasz się?

– Nie, to z z-zimna – zaszczękał zębami Icek.

– Oho, niemądrze to, młodzieńcze… Więcej swym rodzicielom zmartwień przysposobisz, niźli korzyści.

– Prosić chciałem o wodę dla mamy, oto będzie najlepsza korzyść.

– Jużem ją przecież rozlał, nie pomnisz?

Chłopiec spuścił głowę, skinął lekko, pociągnął zziębniętym nosem.

– Nie trap się, mały – rzekł dobrotliwie nieznajomy. – Po prawdzie, to i mam jeszcze trochę. Ale na cóż ci woda, kiedy sił nie będziesz miał jej do domu donieść, a? Dygoczesz tak, że rozlejesz całość bez mała po drodze, do tego zasłabniesz gdzie z zimna…

Icek znów skinął z ponurym wyrazem twarzy.

– Wpierw ty musisz napić się, sił nabrać, pokonać chorobę – uradował chłopca skrzat tymi słowami. – Starczy dla dwojga, wiele nie potrzeba, żywa woda wielką ma moc!

Icek, rozważywszy słowa karła, w myśli przyznał mu rację. Pociągnął znów nosem, podniósł głowę. Tamten wyciągnął już rękę, trzymając weń drewnianą, odczopowaną flaszkę. Widząc wahanie malca stwór ruszył nieznacznie ramieniem.

Wystarczyło.

Chłopiec wyrwał nieznajomemu butelkę z ręki. Początkowo chciał wypić całość, ale, w porę przypomniawszy sobie o chorej matce, wydzielił tylko jeden łyk. Zwolnił uścisk, flaszka upadła na ziemię, woda wypłynęła, wzbudzając nagły rozrost trawy. Icek poczuł nagły przypływ siły, ale jakby obcej i dzikiej. Płonęła w nim, niczym ogień w pustym pniu drzewa. Malec wyprężył się, poddając członki dziwnej potędze…

 

***

Ongus wziął do ust ostatni kęs chleba smarowanego masłem. Oblizał palce, wytarł w koszulę, popił mlekiem.

– To… – zaczął, przełknąwszy wszystko – my idziemy. Rozejrzymy się wpierw po lesie. Przydałby się nam tylko jaki przewodnik po okolicy.

Miron z Jasinką spojrzeli po sobie.

– Może chłopców weźmiem? – wtrącił, niby to przypadkiem wpadłszy na pomysł, Tymon. – Pewno robotę macie, odciągać was odeń nie godzi się, a oni co wam napomagają?

– O, tak by było najlepiej – przytaknął czarodziej żywo. – Większy pożytek z nich będzie, jak nas poprowadzą. I pilnować ich będziemy, przy nas dwóch nic im nie grozi.

– Tedy niech idą – wzruszył ramionami Miron – kiedy mogą się przysłużyć…

Ongus wstał od stołu, za nim Tymon i dwóch młodszych synów gospodarza.

– Nie traćmy tedy czasu – rzekł wolszebnik. – Wcześniej wyjdziemy, będzie więcej czasu. A przecież dni już krótkie.

Odziali się i poszli.

Chłopcy poprowadzili ich przez furtkę przy gościńcu, do lasu naprzeciw. Nie szli długo. Już po kilkunastu stajach młodzi przewodnicy zatrzymali się.

– O – Wacek wskazał palcem bujną kępę – to tu.

Ongus podszedł. Okazy wyrosłe w kręgu były nadzwyczaj duże. Poza sosną, która, drzewem będąc, mogłaby oczywiście stać się wiele większą. Dziwności zjawisku przydawał fakt, że wszystko wokół przyschło już na jesień, ziemię ścielił dywan ze zbrązowiałych liści z pobliskich dębów. Czarodziej przykucnął na parę chwil. Obejrzał dokładnie całą formację. Tymon okrążył ją, przyglądał się, przysiadłszy na kamieniu leżącym pod drzewem z drugiej strony.

– W tej chwili mogę rzec jedno – wyprostował się w końcu czarotwórca. – To nie żywa woda.

– Czemu nie?

– A zobacz – czarodziej pokierował swego ucznia. – Krzaki jagód o łodygach grubości kciuka i owocach rosłych jak śliwki… Szyszki większe, niźli pięść… Niewiele ich, ale starczy, by to stwierdzić. Żywa woda ożywia, ale nie przeobraża. Co potwierdza nasze przypuszczenia, że to licho, dysponujące jakąś…

– Aa!

Ongus i chłopcy spojrzeli na Tymona, który wstał jak oparzony.

– Mrówki – wyjaśnił ów, wskazując palcem sznurek drepczących owadów. – Czerwone do tego.

– Licho – mag wrócił do wywodu, nie komentując poczynań ucznia. – Dobrze byłoby znać, jakie. Łacniej byłoby je przyzwać. Biorąc pod uwagę podany przez was opis i właściwości płynu… Czekajcież no… Burr…

Zaczął chodzić, pogrążywszy się w zadumie. Chrząkał przy tym i prychał jak prosię. Tymon i chłopcy, zaciekawieni, nie mówili nic. Wpatrywali się w napiętą twarz czarodzieja.

– Dyli, dyli, raki… przystąpcie jezioraki – wybąkał Ongus, dobrawszy prostą melodię. – Gdy źle się z wodą dzieje, w was mamy nadzieję…

– Co robisz? – uniósł brew Tymon.

– Przyzywam licho zaklęciem…

– To było zaklęcie?

– A czegoś się spodziewał po ludowej przyśpiewce? – burknął nań czarodziej.

– To tym da się przyzwać licho?

– Ano. Trzeba czasem uważać, co się mówi i śpiewa, bo da się wywołać jeszcze inne cuda.

Skuteczne czy nie, zaklęcie nie przyniosło żadnego efektu. Nic się nie stało, nikt się nie zjawił. Ongus rozejrzał się, znów zaczął dreptać po polanie, nucąc coś pod nosem.

– Hej, gajowy, przybądź tu, bo nam trza pomocy znów! Łąki wyłysiałe, przemień w lasy całe!

Czarodziej znów rozejrzał się po okolicy. Nie zauważywszy zmian, wrócił do przypominania sobie zaklęć.

Za wcześnie.

Zaszumiał mocniej wiatr. A przynajmniej tak na początku się zdawało, gdy gałęzie jednego z drzew poruszyły się. Tyle tylko, że za gałęziami poszedł pień, a korzenie wyrwały się z ziemi, nie tworząc jednak żadnej dziury. Drzewo zaczęło maleć, przeobraziło się w człekokształtną sylwetkę wzrostu chłopców. Ludzik wyglądał, jak wycięty i wystrugany z pnia. Jego szczupłą postać porastał w wielu miejscach mech.

– To ten? – zapytał szeptem Ongus, zawczasu podszedłszy do chłopców.

Wacek z Witkiem w milczeniu pokręcili głowami.

– Psiakrew… Licha nie lubią być wzywane bez powodu… Trzeba coś wymyślić… Niby małe, ale nigdy nic nie wiadomo…

– Oto jestem – rzekł gajowy. Głos miał głęboki, acz wysoki zarazem. – Cóż wam trzeba?

– Witaj, strażniku lasu! – zaczął Ongus. – Potrzebna nam pomoc. Jako, że pilnujesz, widzę, owej polany, chcieliśmy zapytać o zdarzenie się tu dziejące. Zali nie wiódł tu nikt małego chłopca ku złemu? Szkody mu nie czynił?

– Znać, żeście nie stąd – mruknął cicho gajowy. – Inaczej od razu zauważylibyście zmianę, jaka tu zaszła…

Zamilkł. Czarodziej czekał na dalszy ciąg odpowiedzi.

– To wszystko? – zapytał wolszebnik, nie doczekawszy się.

– To ja o to pytam. Chcecie jeszcze czego?

– A względem pierwszej sprawy?

– Rzekłem.

– Coś mało.

– Coś mało, to widzi mi się, mieliście powodów, by mnie zawezwać.

Licho jakby wrosło w ziemię, ramiona wydłużyły mu się i pogrubiły. Na ich końcach zaczęły się tworzyć narośle na kształt pięści.

– Dla mnie życie ludzkie jest powodem wystarczającym – Ongus machnął ręką, która zajarzyła się nagle czerwoną poświatą. – Nie chcesz mówić więcej, tedy odejdź, przepadnij.

Gajowy wrócił do swej człekokształtnej postaci. W milczeniu, patrząc z szacunkiem na dłoń czarodzieja, odszedł kawałek po to tylko, by znów wrosnąć w ziemię i na powrót stać się drzewem.

– Chłopcy – odwrócił się Ongus, gdy wszystko wróciło do stanu sprzed pojawienia się licha. – O czym on mówił? Widzicie co?

Zapytani już od kilku chwil wpatrywali się w kamień, na którym wcześniej przysiadł Tymon. Czarodziej również podążył wzrokiem w tamtą stronę.

– Przetoczył go kto – przyznał Wacek. – Chyba nie leżał pod drzewem…

Witek przytaknął.

– Przetoczył? – sapnął czarodziej, momentalnie czymś rozsierdzony. – A może sam się wziął i przetoczył?

Podszedł do kamienia i jął kopać go, jak oszalały. Uważał przy tym, by celować tylko piętami, w obawie o resztę stóp.

– Wstawaj, mały diable! – wrzeszczał Ongus przy tym. – Źródlaku czy kamyku! Koniec zabawy, przyzywam cię!

– Pan Kamień mówi, że go boli – odezwał się ktoś, wychodząc zza drzew na polankę. – A ty? Chcesz kopa?

Ongus spojrzał na postać, która się pojawiła. Pasowała do opisu podanego przez chłopców ubiegłej nocy – niski, okrągły człowieczek, z głową stanowiącą jakoby część korpusu. Miał siwą, podobną do skały skórę, głowę i twarz pokrywało szarozielone włosie.

To zaklęcie, pomyślał rozbawiony Tymon, okazało się jak na razie najlepsze.

– O-hoho! Od ciebie? – zaśmiał się czarodziej. – Pewnie, czemu nie?

Licho wydało z siebie pomruk, przypominający pocieranie kamieniem o kamień. Zebrani po chwili usłyszeli podobne odgłosy, dobiegające z różnych stron – na polanę wtaczało się kilka głazów, ku stworowi podturlała się również skała skopana przed momentem przez wolszebnika.

– Woła kamratów – szepnął Ongus Tymonowi.

Z początku rzeczywiście na to wyglądało. Stała się jednak rzecz inna. Skrzat wdrapał się na jeden z kamieni i wrósł weń. Po tym brał kolejno pozostałe głazy, z których formowały się wielkie nogi, ramiona, bicepsy, dłonie i stopy.

Czarodziej spojrzał na wyższego odeń o co najmniej łokieć konstrukta i przełknął głośno ślinę.

– Tego nie przewidziałem – oznajmił, nie do końca ukrywając swoje zaniepokojenie.

Dwaj chłopcy odbiegli kilkanaście sążni dalej, pochowali się za drzewami. Przed obliczem urosłego licha pozostał Ongus i stojący za jego plecami Tymon. Stwór zaczął podchodzić bliżej.

– Stój! Poczekaj! – wzniósł ręce czarodziej. – Nie poznałeś, że to żart był, gadanie tylko?!

Nie poznał. Albo nie chciał. Ongus schylił się i to mu pomogło.

Tymon z kolei nie zoczył lecącej ku niemu, grubej na łokieć i długiej na sążeń kamiennej nogi. Dostał w brzuch, tracąc oddech, nieomal przytomność i odlatując w tył.

Wolszebnik wyprostował się, rozejrzał. Ku jego zdziwieniu licho rozleciało się na powrót na części składowe. Z tym, że, oprócz kończyn i korpusu, w martwy głaz zmieniła się również głowa. Tymon, pośród jęków pełnych boleści, próbował sturlać z siebie skałę, będącą niegdyś nogą stwora. Ongus obszedł pozostałe kamienie, kopnął parę razy, dopiero potem podszedł do przyjaciela, pomógł mu.

– Nie wstanę – stęknął chłop. – Wszystkie kości mi pogruchotał, psiajucha…

Na szczęście, mylił się, choć dopomóc musiał mu czarodziej. Pociągnął Tymona za rękę, usadził na kamieniu, pod którym ów przed chwilą leżał. Role odwróciły się.

– A Icka, jak nie było, tak nie ma… – rzekł uczeń czarodzieja.

Na polanę wrócili dwaj chłopcy. Wyglądali, jakby nadal chcieli się przed czymś schować. Pochyleni, pospuszczali głowy, oczami czujnie jednak spoglądali we wszystkie strony.

– Myśmy się omylili – zaczął Wacek. – Ten kamień to chyba cały czas tam był, nikt go nie przestawiał.

– Trochę za późno wypowiedziane… – westchnął Ongus.

– Z tym, że… Znów cudaczna sprawa…

– Cóż takiego?

– Kamień był… Ale nie leżał pod drzewem. Znaczy, drzewa tam nie było…

Ongus zmarszczył brwi, po chwili uśmiechnął się, klasnął w dłonie.

– Wszystko teraz jasne – rzekł. – Mamy Icka, licho zmieniło go w drzewo.

– No dobrze, ale co z lichem? – stęknął Tymon. – Czemu się rozpadło? I, nawet jeśli Icek jest drzewem, jak go odczarować?

– Już tłumaczę. Licho przepadło, bo tak się z nimi dzieje, jak uczynią krzywdę niewinnemu. Swej dziedziny mogą bronić tylko przed tymi, co jej zagrażają. Ten tutaj zamachnął się na mnie, ale trafił ciebie, niewinnego. Można powiedzieć, że licho zginęło, choć po jakimś czasie jego duch powróci do któregoś z kamieni. Względem zaś chłopca… – Ongus zawahał się, podrapał po brodzie. – Są zaklęcia na wywołanie licha, znajdą się też na dzieci przezeń zamienione…

– A czemu taki kamyk miałby zmieniać pacholęta w drzewa? – nie przestawał Tymon. – Przecie to nie jego… dziedzina.

– Dobre pytanie – skinął wolszebnik. – Możliwości są dwie. Albo nam się tylko wydaje, że to on rzeczywiście zmienił Icka w drzewo, a tak naprawdę nie miał z tym nic wspólnego; zjawił się w pechowym dlań miejscu i czasie…

– Boś go wywołał…

– Możliwe też – mówił dalej Ongus, nie zareagowawszy na docinek – że on to zaczarował chłopca, bo mu było do czegoś potrzebne drzewo. Nie pytaj mnie, co lichu wodnemu po drzewie, nie wiem tego. Może bobrom na tamę, a może na jeszcze coś innego. Skoro jednak odpowiadał wyglądem opisowi podanemu przez chłopców, to najpewniej była w tym jego wina.

– To był on! – wtrącił Wacek. – Znaczy, taki mały, bez tych kamieni, co się przytoczyły…

– A widzisz? – uśmiechnął się wolszebnik. – Czyli zasłużył sobie, nie ma co rozpaczać.

Zamilkł. Zaczął przechadzać się po polanie, skubiąc brodę. W pobliżu drzewa, a raczej chłopca zmienionego w drzewo, przystawał na chwilę, oglądał, potupawszy nogą znów ruszał dalej. Tymon przyglądał się nauczycielowi, pojękując co chwila.

Ongus podszedł do pnia, pogładził dłonią.

– Zbudź się, dziecię, zbudź ze snu, stańże się człowiekiem znów! – wyszeptał w jego stronę.

Odszedł na kilka kroków do tyłu, obejrzał drzewo. Czekał chwilę, ale nic się nie stało.

– Gdyby był zamieniony w kamień, to by zadziałało – mruknął.

Znów zadumał się. Burczał i nucił coś pod nosem, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie zaklęcie i melodię do niego. Wtem ożywił się, podbiegł wręcz do zaczarowanego w drzewo Icka, wypowiadając melodyjnie formułę:

– Porzuć korzeń dziecię, przyjmij znowu nogi, miast korą otoczon, wróć na ludzkie drogi!

Ponownie cofnął się. Zaciekawieni chłopcy i Tymon czekali na to, co będzie.

Tym razem coś się działo. Drzewo zaszeleściło, lekko poruszyło się jakby pod tchnieniem wiatru. Na oczach przybyłych pochyliło się niczym ścięte. Roślina jednocześnie kurczyła się, dwa konary wysunęły się ku ziemi. Nim się całkiem przewróciła, stała się chłopcem, który, zachłysnąwszy się pierwszym oddechem, opadł na kolana i wyciągnięte ramiona.

– Icek – szepnął Witek.

Leżący chłopiec był nagi. Nie mówiąc nic podniósł się z kolan, wzniósł ręce ku górze i… tak został.

– Ciało wróciło, choć i tak nie do końca – cmoknął Ongus – ale świadomość drzewa pozostała.

Rzeczywiście, Icek z wyglądu przypominał drzewo. Miał zielonkawe włosy, suchą i chropowatą skórę podobną do kory oraz jakby martwą twarz, która nie wyrażała żadnej emocji, nie drgał żaden mięsień.

– Co mu będzie? – zatroskał się Wacek.

– Przejdzie mu za parę dni. – Czarodziej podszedł do zaczarowanego chłopca, chwycił go za ramię. Ów w dalszym ciągu nie poruszał się, ciągnięty dreptał tylko bezwiednie. – Dalej, pomóżcie mi, trzeba go zaprowadzić do domu. Niepodobna przecież, żeby stał tu tak w lesie!

 

***

– Hm… – mruknął Miron. – Trudno nie dawać wiary pana słowom, skoro przecie nawet to, co widzim, świadczy o ich słuszności… Gdybym jednako na oczy nie zobaczył tych dziwności, próżno przyszłoby wam mnie przekonywać…

– Nie dziwota – wzruszył ramionami Ongus. – Nie co dzień człowiek natyka się na licha i doświadcza podobnych zdarzeń.

Gospodarz przytaknął, obejrzał swego najmłodszego syna od stóp do głów.

– Co z nim czynić? – zapytał.

– Ma wolę stać, niech se stoi przed domem – bąknął czarodziej. – Przejdzie mu w końcu, a stanie nie zaszkodzi.

Chwycił chłopca pod ramię, poprowadził przed dom. Za nimi ruszył orszak złożony z reszty domowników i Tymona.

– O, niech stoi – rzekł znów Ongus, dotarłszy na miejsce. – Włosy i skóra staną się na powrót ludzkie za parę dni, równo z powrotem człowieczych myśli i zachowań. Trzeba go podlewać, najlepiej ze dwa razy dziennie, takoż próbować dawać wodę do ust. Jak stoi na dworze, okryć derkami czy chochołem, aby nie zmarzł, a na noc wprowadzić do chałupy, ustawić pod piecem. O jego sen się nie martwcie, w tym stanie mu niepotrzebny…

– A jedzenie? – zafrasowała się Jasinka. – Dawać mu co?

– Nie, póki nie poprosi. A jak poprosi, będzie to znakiem tego, że ozdrowiał.

– Jak się panom odwdzięczym? – rzekł zapłakany Miron. – Czym odpłacim?

– Dajże spokój, panie Mironie! – żachnął się Ongus, Tymon burknął coś, zgadzając się z nauczycielem. – Nocleg u pana i posiłek wystarczą. Co najwyżej możemy poprosić o bochenek chleba i trochę kiełbasy na drogę. A gdy będziemy wracać, zajrzymy do was, zobaczyć, jak się mały ma. Ale – westchnął, popatrzył na ucznia – do tego powrotu to jeszcze trochę…

Koniec

Komentarze

Sympatyczna bajka, ale chyba nie przeszła korekty. Sporo literówek i innych niedoskonałości, ale mimo to czyta się w miarę nieźle. Rozumiem też, że to dopiero początek dłuższej historii, choć ta przygoda została w całości opowiedziana. 

Przeczytaj to jeszcze raz, żeby wyłapać choćby takie kwiatki: Cho szli niespiesznie albo odapł na kolana. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mogę się podpisać pod komentarzem Bemik. Zostało trochę literówek psujących zabawę, ale poza tym całkiem nieźle. Aha, jeszcze miałam niekiedy wrażenie, że stylizacja jest nierówna – prawie współcześnie, prawie współcześnie, prawie współcześnie, łup! archaiczne słowo, prawie współcześnie…

Historyjka ciekawa, przegląd różnych lich oryginalny. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj, bardzo sprawnie napisane opowiadanie i do tego ciekawe. Podobała mi się też stylizacja. Weźże jeno paczytaj to raz jeszcze, bo chochliki liczne się ostały i tekst psowały.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Właśnie się za to zabrałem, już powinno być dobrze… Cieszę się, że, poza tymi kwiatkami, podobało się Wam:)

Jak poprawione, to masz ode mnie klik smiley

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo zacne opowiadanie, świetne do nocnego czytania przed snem. Trafiło się, co prawda, kilka usterek, ale ufam, że niebawem znikną i będę mogła kliknąć bibliotekę.

Dwa pierwsze spotkania z Ongusem i Tymonem okazały się na tyle zajmujące, że będę czekać na kolejne, mam nadzieję, równie ciekawe. Lubię też dziadunia, choć tym razem było go niewiele. ;-)

 

Chłp prze­mógł więc chęć… – Literówka.

 

Rów­nie długo by się ze­szło, jak nie dłu­żej.Rów­nie długo by nam ze­szło, jak nie dłu­żej.

 

wo­dzą­cy na myśl cie­pło do­mo­we­go ogni­ska. – …przywo­dzą­cy na myśl cie­pło do­mo­we­go ogni­ska.

 

za­pew­ne co­najm­niej trzy­izbo­wej. – …za­pew­ne co ­najm­niej trzy­izbo­wej.

 

a nawet prze­rósł ją już o co­najm­niej palec. – …a nawet prze­rósł ją już o co ­najm­niej palec.

 

Po­miesz­cze­nie było duże, wy­sta­cza­ją­ce, by zmie­ści­li się wszy­scy. – Literówka.

 

– Możem jakoś do­po­móc? –wes­tchnął Miron. – Brak spacji po półpauzie.

 

Rzek­nij­cie jesz­cze raz to, co i mi.Rzek­nij­cie jesz­cze raz to, co i mnie.

 

Nie prze­ko­ona­ło go to. – Literówka.

 

nie dał za wy­gra­ną. – może nie wszyst­kie takie po­czci­we… – Po kropce, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Choć przy­mroz­ków jesz­cze nie było, to można było się za­zię­bić. – Nie brzmi to najlepiej.

 

skrza­ty po­ma­ga­ją lu­dziom w cięż­kich chwi­lach, a taka prze­cież się nada­rzy­ła. – …a taka prze­cież się przyda­rzy­ła.

Za SJP: nadarzyć się «o czymś pomyślnym: przytrafić się, zdarzyć się niespodziewanym, przypadkiem»

przydarzyć się «zdarzyć się nieoczekiwanie»

 

W tej chwi­li mogę rzec jedno – wy­pro­sto­wał się w końcu cza­ro­twór­ca. – To nie żywa woda. – Brak półpauzy rozpoczynającej dialog.

 

Cza­ro­dziej spoj­rzał na wyż­sze­go odeń o co­najm­niej ło­kieć… – Cza­ro­dziej spoj­rzał na wyż­sze­go odeń o co­ najm­niej ło­kieć

 

mówił dalej Ongus, nie za­re­ago­waw­szy na do­cin­kę… – …mówił dalej Ongus, nie za­re­ago­waw­szy na do­cin­ek

 

cią­gnię­ty drep­tał tylko bez­wied­nie no­ga­mi. – Masło maślane. Czy istniała możliwość, aby dreptał inaczej, nie nogami?

 

próż­no przy­szło by wam mnie prze­ko­ny­wać… – …próż­no przy­szłoby wam mnie prze­ko­ny­wać

 

Nie co­dzień czło­wiek na­ty­ka się na licha… – Nie co ­dzień czło­wiek na­ty­ka się na licha

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Równie długo by się zeszło, jak nie dłużej. – Równie długo by nam zeszło, jak nie dłużej.

Pozwolę sobie nie zgodzić się w tym przypadku… A to z tego powodu tylko, że oprócz archaizacji w moich tekstach próbuję też odtworzyć pewne cechy dialektu wschodniej polszczyzny… Pochodzę z tego właśnie regionu i, ręczę Wam, w ten sposób się mówi. Sądzę, że to ubarwia język opowiadania.

skrzaty pomagają ludziom w ciężkich chwilach, a taka przecież się nadarzyła. – …a taka przecież się przydarzyła.

Za SJP: nadarzyć się «o czymś pomyślnym: przytrafić się, zdarzyć się niespodziewanym, przypadkiem»

przydarzyć się «zdarzyć się nieoczekiwanie»

tu też miałem pewne obiekcje, choć ostatecznie zmieniłem zgodnie z radą… Weź chociażby powiedzonko “diabli nadali”… Tam to słowo występuje niewątpliwie w negatywnym sensie.

 

Reszta poprawiona, czekam na kolejne wyłapane babole:)

 

P.S. czy to przypadek, że nad okienkiem “wpisywanego komentarza” literki formatowania układają się w słowo “biust”? ;P

A jak myślisz? Podpowiem, że facet odpowiedzialny za ten napis jest… facetem. ;-)

Babska logika rządzi!

Kubutku, moje uwagi, co podkreślałam już wielokrotnie, to tylko sugestie. To Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Dodam tylko, że nie wiem skąd pochodzisz i nie wiem gdzie mieszkasz, a natrafiwszy na mało poprawny zwrot nie potrafię zgadywać, czy został użyty celowo, czy jest to potknięcie autora dzieła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka