- Opowiadanie: Fasoletti - Zły dotyk

Zły dotyk

Tekst ukazał się pierwotnie w XVI numerze “Magazynu Histeria”. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zły dotyk

Dziewczyna jest jeszcze młoda. Na oko jakieś szesnaście, może siedemnaście lat. Opadające na ramiona czarne włosy z fioletowym paskiem pośrodku, twarz pobledzona białym pudrem z odcinającymi się oczyma podkreślonymi czarna kredką, czarna kiecka oraz czarny gorset. Na przedramionach sznyty. Gothka, albo EMO. Ale raczej to pierwsze. Siedzi po drugiej stronie biurka i mruży oczy, jakby mój biały kitel ją raził. Ma nieco zagubiony wzrok, ale nic dziwnego. Dostała solidną dawkę leków uspokajających. Niech się przyzwyczaja. Psychotropy będą jeszcze gorsze. Wiem skąd wróciła, a w raporcie policyjnym przeczytałem, co się wydarzyło. Miałem kilka identycznych przypadków i każdy kończył się tak samo. Kaftan bezpieczeństwa i pokój bez klamek. Po co tam łażą? Co ich tam tak przyciąga? Chcą sprawdzić, czy miejska legenda jest prawdziwa? Powodzenia, debile…

 Uśmiecham się dobrotliwie. Bardzo ważne jest, aby wzbudzić w pacjencie zaufanie. Jeśli nie będzie ufał lekarzowi, wtedy się nie otworzy. A ja chciałbym usłyszeć jej historię. Oczywiście, jak wcześniej wspomniałem, zapoznałem się z tym, co zeznała policji, ale ja tak po prostu uwielbiam słuchać ich zwierzeń.

No więc spoglądam tej wystraszonej istocie głęboko w oczy, szczerząc się jak norka i delikatnie bębnię palcami po blacie. Wzdryga się na ten dźwięk. Dobrze wiem, co jej przypomina, więc przestaję. Nie chcę zepsuć wszystkiego już na wstępie.

– A więc masz na imię Małgosia? – pytam.

Jakoś trzeba rozpocząć konwersację.

Potwierdza skinieniem głowy, ale nie odzywa się. Znam dobrze ten typ. Cicha, skryta, skromna, na wierzchu. Prawda jest taka, że to małe, wyuzdane dziwki, lubujące się w widoku krwi i krzykach pseudo satanistów charkoczących na scenie bluzgi pod adresem Boga w rytm rozstrojonych gitar i za głośnej perkusji. Małe perwersyjne pojebki. Ta tutaj ma, czego chciała.

Jeszcze szerszy uśmiech.

– Ja mam na imię Antoni i jestem psychiatrą. Mam ocenić twój stan, ale aby to zrobić, musisz opowiedzieć mi co ci się przytrafiło.

Po jej policzkach spływają łzy. Zostawiają w warstwie pudru bruzdy, ujawniające rumianą cerę. Czemuż one muszą się tak szpecić? To naprawdę ładna dziewczyna.

– Spokojnie, Małgosiu. Możesz mi zaufać. Obiecuję ci, że wszystko co tutaj powiesz, zostanie między nami.

Gówno prawda. Pod biurkiem mam ukryty dyktafon. Ubóstwiam odtwarzać te ich opowiastki. Przed snem i tuż po wstaniu z łóżka.

Dziewczyna pociąga nosem. Ociera słone kropelki z twarzy, rujnując doszczętnie swój makijaż. Opieram brodę na splecionych dłoniach i unoszę brwi. Trwam w tej wyuczonej do perfekcji pozie, mającej zachęcić pacjenta do rozwiązania języka. Skutkuje. Jak zawsze.

– Ja tego nie zrobiłam… – szepta.

Doskonale wiem, że nie. Nawet gdyby się naćpała, nie miałaby szans zrobić tego, co oni robią ze swoimi ofiarami.

– Oczywiście – odpowiadam i oczekuję na ciąg dalszy.

– Wie pan…

– Mów mi Antoni.

Waha się. Jestem dużo starszy, to nie wypada. Dobrze wychowana, w mordę jebana mać. Wyciągam z szuflady biurka paczkę LM – ów i podsuwam jej pod nos. Zastanawia się chwilę, ale odmawia.

– Dziękuję, palę tylko mentole – mówi.

Wyciągam mentolowe. Drżącą dłonią wkłada jednego do ust. Służę jej zapalniczką. Zaciąga się kilkakrotnie, szybko i głęboko. Widzę, że jej ulżyło.

– Wiesz, on był ministrantem – bąka niepewnie. – Bardzo przystojnym. I ułożonym. Nie pił. Nie palił. Nie brał. A to wszystko, to był tylko głupi zakład. Żeby udowodnić, że on nie może być taki święty, doskonały. Że da się skusić…

Kiwam głową ze zrozumieniem. Pozwalam jej odsapnąć, zebrać odwagę.

– Ja nie chciałam, żeby się tak stało, naprawdę… – szlocha.

– Nikt cię nie oskarża, Małgosiu. – Uspokajam ją.

– Ale tamci, policja…

– Dlatego tutaj jesteś, moja droga. Oni z zasady są niedowiarkami, szukają winnych na siłę, idą na łatwiznę. Ja mam otwarty umysł, mogę ci pomóc. Kontynuuj, proszę. Mówiłaś o zakładzie.

– Tak – bąka. – To był zakład i ja obstawiałam, że Dominik wcale nie jest taki świętojebli… Przepraszam.

– Nic się nie stało.

– No więc zaproponowałam mu wspólny wypad za miasto. Nie było trudno go namówić. Wiedziałam, że mu się podobam. Dziewczyny przyuważyły, że ogląda się za mną, gdy go mijam na ulicy. To miała być taka gorzka niespodzianka, głupi żart, ja nie wiedziałam… Kupiłam wino i pojechaliśmy…

Rozkleja się, płacze. Smarki ciekną jej z nosa, spływają po brodzie i spadają na piersi. Na bardzo dorodne piersi. Coś mi się wydaję, że będę częstym gościem w sali tej małej.

– Gdzie pojechaliście? – pytam, starając się nie patrzeć zbyt natarczywie na jej cycki. Trudna sztuka, oczy same schodzą niżej i niżej…

– Do tego opuszczonego szpitala, co to wybudowali go w czasie pierwszej wojny. Wie pan, wiesz, znaczy… Mówili, że tam straszy, że ludzie giną, że jest przeklęty…

Wiem o tym, kurewko i to bardzo dobrze. Wszyscy normalni ludzie omijają tę ruinę szerokim łukiem. Ale ty musiałaś się pokazać, mała zdziro.

– Opowiedz mi o tym coś więcej. – Udaję nieświadomego.

Waha się. Walczy sama ze sobą, najwyraźniej wspomnienia ostatnich godzin zostawiły na jej umyśle niezatarte piętno. Wcale się nie dziwię.

– Co mówili? – zachęcam.

– Że kiedyś prowadzili go księża, jacyś zakonnicy, czy coś… – Milknie na chwilę i pociąga nosem. – Że leczyli tam chorych psychicznie chłopców. Tylko chłopców. Ale tak naprawdę nie pomagali im. Molestowali ich, gwałcili. W końcu ci chłopcy zbuntowali się i poobcinali księdzom dłonie, a potem uciekli! – Wyrzuca to z siebie jednym tchem. Drży.

– A co stało się, kiedy poszłaś tam z tym ministrantem? – Drążę dalej. – Wiem, że jest ci ciężko, ale muszę to od ciebie usłyszeć.

– Ja… Ja… Ja już mówiłam. Policji.

– Policjanci nie są wiarygodni. Przeinaczają fakty. Chcę to usłyszeć OD CIEBIE – naciskam tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Od tego zależy twój dalszy los. Zobaczysz, ulży ci.

Patrzy mi w oczy, dostrzegam w nich otępienie. Gdyby nie leki, na pewno wpadłaby w histerię.

– Weszliśmy oknem. Dominik protestował, ale kiedy zaczęłam go całować, uległ. Wybił szybę kamieniem. Włamaliśmy się do środka. Bałam się i on chyba też, ale wstydziłam się to pokazać. Znaleźliśmy jakąś salę z pordzewiałym łóżkiem, które strasznie skrzypiało. On chyba miał nadzieję, że będziemy uprawiać seks, ale ja chciałam upić go i namówić, żeby zatańczył dla mnie nago. Nagrałabym to telefonem i wrzuciła na neta. Siedzieliśmy i piliśmy. To znaczy on pił, bo ja tylko udawałam, maczałam język. W końcu Dominik się schlastał. To znaczy urżnął. Bełkotał, że mnie kocha, że mu się podobam. Próbował mnie obmacywać. Powiedziałam mu, żeby się rozbierał i ukradkiem włączyłam w telefonie kamerę.  Gdy był już goły, usłyszałam… – przerywa i chowa głowę w dłoniach. Miota nią szloch. Po chwili kontynuuje łamiącym się głosem. – Usłyszałam skrobanie, jakby wewnątrz ścian. Zignorowałam je, bo pomyślałam, że to pewnie myszy albo szczury. Ale ono narastało. Było oraz głośniejsze, a w końcu przeszło w takie ciche pukanie. – Mówi coraz szybciej, jej źrenice rozszerzają się. – Takie jak, nie wiem…

Pomagam jej. Znów zaczynam bębnić palcami po stole, udaję, że to z zaciekawienia.

– Boże! Jak to! – krzyczy. – To brzmiało zupełnie jak to! Przestań, proszę…

Przestaję, a ona uspokaja się. Bierze głęboki wdech i ze świstem wypuszcza powietrze.

– One wyszły ze ścian – mówi cicho, jakby do siebie. – Było już ciemno, pomyślałam, że to pająki. Wystraszyłam się. Ale gdy poświeciłam latarką z telefonu… Kurwa… To były… były… One…

– Co to było – mówię beznamiętnie.

– Dłonie! – wykrzykuje, wstając. – Setki pierdolonych dłoni odciętych przy nadgarstku! Kłębowisko, rój, stado! Rzuciły się na Dominika i rozerwały go na strzępy! Na małe kawałeczki! Krew! Wszędzie krew! Boże, nigdy tak szybko nie uciekałam… To nie ja! Rozumiesz? To nie ja to zrobiłam! To one! Goniły mnie, ale uciekłam! Uciekłam! Uciekłam! Poszłam na policję… Pojechaliśmy tam. Nie uwierzyli, powiedzieli, że to ja… A to nie ja… – Opada na fotel i wiotczeje. – To nie ja… – szepta.

Podnoszę słuchawkę telefonu i wykręcam numer wewnętrzny. Wypowiadam kilka poleceń, a po mniej niż minucie do gabinetu wchodzi dwóch potężnych pielęgniarzy z kaftanem bezpieczeństwa. Dziewczyna na ich widok zrywa się gwałtownie i usiłuje uciec, ale szybko obezwładniają ją.

– Tu chuju! Ty kutasie! – wrzeszczy. – Obiecałeś, że mi pomożesz! Ty kurewski złamasie! Skurwysynu!

Obelgi nie robią na mnie żadnego wrażenia. Wydaję dyspozycje co do leków i ich dawkowania, a gdy mężczyźni wyprowadzają tę małą furiatkę, zapalam cygaro. Cholerna pizda, nie zdaje sobie sprawy, że to dopiero początek koszmaru. Gdy ktoś raz wpadnie w Ich palce, już nigdy nie zostanie wypuszczony. Fakt, nie zabijają kobiet, ale nigdy nie pozwolą jej o sobie zapomnieć.

Już je słyszę. Ciche skrobanie, delikatny stukot opuszków palców. Podążają za nią. Do celi. I będą skrobać i stukać. I skrobać i stukać. I skrobać i stukać. Aż nasza Małgosia zwariuje na dobre … 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam, ale bez szczególnych emocji. Dreszczyku grozy nie poczułam. Czyżbym się uodporniała?

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam podobnie jak śniąca, a historia urzekła mnie przede wszystkim za sprawą Antoniego. Ten okrutny lekarz odraża i wzbudza sympatię, cholera to dziwne… No nic, podobało mi się.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Pomysł fajny, ale wydaje mi się, że forma tekstu szkodzi atmosferze. Wiadomo, że dziewczyna przeżyła. Wiadomo, że chłopak zmarł. I to sprawia, że klimacik zagrożenia znika ;(

Dziwi częstowanie pacjentki papierosami, ale skoro lekarz to psychopata, chyba nie ma co doszukiwać się racjonalności w postępowaniu…

Czytało się, jak wszystkie Twoje teksty, świetnie.

 

Tyle ode mnie, na koniec pojedyncza uwaga:

Było oraz głośniejsze, a w końcu przeszło w takie ciche pukanie. – Mówi coraz szybciej, jej źrenice rozszerzają się. – Takie jak, nie wiem…

Literówka, a zarazem… powtórzenie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Prawda jest taka, że to małe, wyuzdane dziwki, lubujące się w widoku krwi i krzykach pseudo satanistów charkoczących na scenie bluzgi pod adresem Boga w rytm rozstrojonych gitar i za głośnej perkusji.

Pseudosatanistów łącznie. A ponieważ zdarza mi się słuchać takiej muzyki, to się przyczepię, że gitary są nastrojone! :D Ale rozumiem, że Antoni może tego nie wiedzieć. 

 

Wyciągam z szuflady biurka paczkę LM – ów

Powinno być bez spacji: LM-ów. 

 

Gothka, albo EMO.

Raczej bez przecinka. 

 

Aż nasza Małgosia zwariuje na dobre … 

Bez spacji przed wielokropkiem. 

Poza tymi drobnymi technicznymi usterkami jest ok, fajnie ująłeś ten pomysł. Czyżby było możliwe, że inspirowałeś się “Koraliną” Gaimana? ;) 

 

szepta – szepcze/szepce

księdzom – rozumiem, że to błąd Małgosi, nie autora.

 

Takiego Fasolettiego lubię. I porąbanych psychiatrów lubię. No to: klik!

Interesująca koncepcja z tymi łapkami. Przemawia do wyobraźni.

Lekarz psychol do kwadratu też ciekawy. Fajnie grasz emocjami czytelnika, pokazując, co myśli o pacjentce.

Nie przestraszyłam się – ja się tam wcale nie wybieram – ale ja rzadko daję się wystraszyć. A jeszcze rzadziej horrorom. ;-)

Babska logika rządzi!

Zazwyczaj omijam Twoje opowiadania, ale jako, że tym razem nie uprzedzałeś, że skończe lekturę zniesmaczony, postanowiłem tekstowi dać szansę.

Nie żałuję, przyznaję, że przeczytałem z wielką przyjemnością i zainteresowaniem. Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że przy takim krótkim tekście udało Ci się stworzyć bardzo charakterystycznych bohaterów. 

Dziękuję i zostawiam ocenę. Moim zdaniem opowiadanie zasługuje na bibliotekę. 

Opuszczony budynek cieszący się złą sławą, koszmarne doświadczenie Małgosi, lekarz psychopata, skrobanie i stukanie – wszystko to w zasadzie przygotowuje czytelnika do właściwego horroru, tego zaledwie zasygnalizowanego, tego, który dopiero nastąpi.

 

Gdzie po­je­cha­li­ście? – pytam… – Dokąd po­je­cha­li­ście? – pytam

 

– Co to było – mówię bez­na­mięt­nie. – Raczej: – Co to było?pytam bez­na­mięt­nie.

 

– To nie ja… – szep­ta.– To nie ja… – szep­cze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałem już w Histerii. Porządne opowiadanie :)

Cześć.

Jak zawsze, z nadzieją siadam do Twoich tekstów. :-)

Było dobrze. A to za mało jak na Ciebie (wystarczy dla większości innych twórców z tego forum).

A było tak stabilnie, bezpiecznie. Dobrze się czytało i się skończyło. A zabrakło tych świetnych doznań, które serwuje lektura innych Twoich tekstów!

O chyba największej oczywistości już pisali inni: wiemy, że chłopak nie żyje i że dziewczyna żyje. A na inne niespodzianki już zabrakło miejsca. Więc gdzie suspens?

Druga słabość jest bardziej subiektywna: nie dalej jak tydzień temu widziałem taką dziwną animację o tym, jak w jakimś pomieszczeniu zaczęły pojawiać się przedramiona z dłońmi: ze ścian, sufitu i podłogi. To było dość mocne mimo humorystycznego kontekstu filmiku. Za to dziś “widziałem” to ponownie.

Dobrze, dobrze z plusem. Dla każdego innego niż Ty prawie celująco! No ale poniżej wyśrubowanych oczekiwań.

 

Przy Twoich tekstach to ledwo zauważalny detal: interpunkcja obniża ocenę o 2-3 stopnie (według takiego archaicznego kryterium: 3 błędy interpunkcyjne to jeden ortograficzny, a jeden ortograficzny obniża ocenę o jeden punkt).

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Jest okejka. Podoba mi się szczególnie dwuwartwowość horroru – na wierzchu fantastycznie tandetne klisze, nawiedzone domy, poobcinane, samobieżne dłonie, a pod spodem prozaiczna groza w postaci lekarza sadysty, uprawnionego do decydowania o cudzym życiu. Ładne ogranie klasycznych schematów, choć zbyt karykaturalne, żeby faktycznie budzić strach, czy choćby niepokój.

na emeryturze

Bardzo dobry tekst. Teraz mam czas na komentarz, ale przeczytałem wcześniej i kliknąłem bibliotekę.

Tekst kilkuwarstwowy, wszystkie płynnie nakładają się na siebie, a każda jest inna. A groza pierwsza klasa.

Bardzo sprawnie napisana historia, dynamicznie, z bezbłędnym finałem. Piękna robota…

Pozdrówka.

Styl jest prosty, ale takim stylem stworzyć suspens, to już nie jest łatwe. Tobie to wyszło całkiem fajnie. Niektóre zdania zgrzytały, ale cóż, może to kwesta gustu. Całkiem niezłe. Podobało się. :)

Przyjemnie nieprzyjemna scenka. Nieźle napisana. Choć usterki nadal widoczne, to przy takim stylu jakoś schodzą na dalszy plan (mózg się przyzwyczaja do chropowatości?). Chyba jednak bym nie klikał, nawet pomimo osmarkanych walorów – nie jestem miłośnikiem scenek. Ale odrąbaną piąteczkę ze złamanym palcem dam. Znaczy 4.5.

Podpisuję się pod opinią gary’ego: 

Podoba mi się szczególnie dwuwartwowość horroru – na wierzchu fantastycznie tandetne klisze, nawiedzone domy, poobcinane, samobieżne dłonie, a pod spodem prozaiczna groza w postaci lekarza sadysty, uprawnionego do decydowania o cudzym życiu.

Chociaż te poobcinane dłonie też miały jakiś swój urok. Trochę szkoda, że sztampowa warstwa (pijane nastolatki, jak dla mnie zawsze największy turn off w horrorach) jest mocniej zarysowana niż wątek lekarza. Gość jest ciekawą postacią, a niełatwo jest wykreować psychopatę, który budzi u czytelnika sympatię. 

Ale emocji to tekst jednak nie wzbudził. Jest klimat, ale stworzony z tak ogranych klisz, że chyba nie da się już z nich wiele wycisnąć. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Gravel, lekarz wzbudził Twoją sympatię? Chyba zacznę się Ciebie bać… ;-)

Babska logika rządzi!

No coś Ty. Jestem pełna miłości do świata ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ufff! Ale nie uważaj z obdarzaniem miłością psychopatów – mogą nie odwzajemnić uczuć. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, u mnie też lekarz wzbudził pewnego rodzaju sympatię, a z natury jestem spokojniutkim chłopaczkiem, który kocha lasy. Na pewno coś w tym doktorku jest.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Aha. Na pewno też kocha lasy. W lesie tak łatwo zakopać zwłoki… ;-)

Babska logika rządzi!

A wcale nie tak łatwo, korzenie przeszkadzają wykopać porządny dół…

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

<nerwowo przełyka ślinę> To może pociąć na kawałki i podrzucić w pobliże co większych mrowisk? Las ma wiele zastosowań i talentów…

Babska logika rządzi!

Ależ w lesie da się kopać, że pozwolę sobie wspomnieć wilcze doły… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie tam! <macha ręką> Zbyt wielki wysiłek, poza tym te kawałki musiałyby być malutkie, żeby je mróweczki do mrowiska wniosły. Nie zapominajmy też o jagodach i poziomkach! Obecność trupa niekorzystnie wpływa na ich smak… Grzyby w sumie też.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Gadacie o jakiś dołach, mrowiskach, a to wystarczy przecież znaleźć zaprzyjaźnioną rodzinkę kanibali i wbić do nich na kolację. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ja tam w lesie dołów nie kopię, proszę mi tu nie insynuować !

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

A wiesz gravel, że tak myślałem przez moment o Hannibalu. Ten to miał dopiero wyczucie smaku, którego nawet Gessler by się nie powstydziła.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Kawałki mogą być duże. Mróweczki już sobie potną na mniejsze, w sam raz do mrowiskowej lodóweczki. A potem, dla gołych kości, to niewielki dołek wystarczy, właściwie pod mchem można schować, tylko z czachą i miednicą trudniej.

Babska logika rządzi!

Z czaszki można zrobić doniczkę na kwiatki…

 

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Taaa, zawiesić na sosence i zasiać epifity… Szczęściem czaszka ma różne otworki, można przewlec sznureczki. ;-)

Babska logika rządzi!

Jakby się uprzeć to i da radę z czaszki wiadro zrobić, albo miseczkę, kubeczek… Boże! Tyle zastosowań, ale surowiec jednak trudny do zdobycia, toteż i cena byłaby wysoka.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Eeee, puchary z czaszek już były…

Babska logika rządzi!

A gdyby tak nocniki zrobić? Nie, lepiej nie, bo pewnie by gryzły he he.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Taaak, Wy macie sporo do stracenia. ;-) Nocniki nie – tutaj liczne dziurki z różnych stron by przeszkadzały.

Dobra, może wystarczy śmiecenia Fasowi pod tekstem?

Babska logika rządzi!

To może wybić czaszce kilka ząbków i dziurkacz do papieru zrobić?

Tak, wystarczy…

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Taak

Polubiłem psychiatrę. Nie jestem pewien, czy to dobrze. Może powinienem z kimś o tym porozmawiać?

Co do oceny – przypominam sobie sytuację, gdy z ciekawości (po obejrzeniu) zachciało się nam (małżonka + ja) sprawdzić ocenę “horroru” na filmwebie. Film z tych, co to → grupka przyjaciół. I Ian Somerhalder w jednej z ról. Taki dość charakterystyczny wizualnie gość.

Pierwszy komentarz na filmwebie → daję 10 bo Damon.

Także tego → daję 5 bo lekarz.

W sensie, że zdobył moją sympatię. :)

Podobało mi się.

Szczerze, trudno mi to opowiadanie ocenić. Bardziej mi pasuje na te jednostronnicowe straszaki, które kilka lat temu panoszyły się na onetowskich blogach, niż na opowiadanie. Ładnie napisane i faktycznie, lekarz był największym plusem. Hm, możliwe, że nie zrobiło na mnie wrażenia, bo czytałam je już chyba wcześniej, choć słabo pamiętam.

Nowa Fantastyka