- Opowiadanie: Czarna_Nina - Sklep z żyrandolami, czyli Jeremiasz próbuje wyjść ze strefy komfortu

Sklep z żyrandolami, czyli Jeremiasz próbuje wyjść ze strefy komfortu

Znałam dawno temu kogoś, kto miał sklep z żyrandolami. Zakupiłam tam plafon ze szkła Murano. Ostatnio próbowałam opuścić słynną “strefę komfortu”, lecz przedsięwzięcie spaliło na panewce. To wszystko i jeszcze więcej w moim niezbyt strasznym krótkim horrorze.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Sklep z żyrandolami, czyli Jeremiasz próbuje wyjść ze strefy komfortu

Sklep z żyrandolami zajmował parter secesyjnej kamienicy, która jak na ironię, wybudowana została przy ulicy Ciemnej 12. Zbliżała się godzina zamknięcia, więc Andrzej – pracownik działu obsługi klienta, zaczął zliczać utarg w kasie. Tego dnia pracował sam, bo i sklep, choć najstarszy w mieście, nie należał do dużych, a z branży powoli wypierały go markety budowlane. Lubił tę pracę, bo zwykle nie było wielkiego ruchu, jedynie w okresie przedświątecznym, zauważał, że klientów jest więcej. Asortyment nie zmieniał się tu z dnia na dzień, toteż Andrzej wiedział dokładnie, gdzie co się znajduje. Tym razem jednak rzut okna na salę sprawił, że poczuł się nieswojo. Coś było nie tak, choć wyglądało, że wszystko jest na swoim miejscu.

Ekspedient wrócił do swoich zajęć, a za moment znowu spojrzał na salę, gdzie pod sufitem zawieszonym rozmaitymi żyrandolami dostrzegł czyjś cień.

– Za chwilę zamykam – powiedział, sądząc, że to zabłąkany klient, który wszedł do sklepu niepostrzeżenie, jednak nikt mu nie odpowiedział.

Doznał uczucia znanego dobrze wszystkim samotnikom – wrażenia bycia obserwowanym przez kogoś, kogo nie widać.

Po chwili stwierdził, że musiało mu się to przywidzieć. Już miał sięgnąć do szuflady po klucze, kiedy kątem oka dostrzegł mężczyznę ubranego na czarno, który przemykał właśnie pomiędzy lampami podłogowymi a działem łazienkowych plafonów ze szkła Murano.

– Halo! – zawołał Andrzej, zdziwiony, że wcześniej nie zauważył klienta. – Proszę pana!

Nieznajomy chrząknął. Podszedł nieco bliżej, lecz skrył się za najdroższym w całym sklepie kryształowym żyrandolem, który zwisał nisko nad podłogą, by kupujący z bliska mogli dostrzec jego piękno.

– Proszę pana! – powtórzył sprzedawca. – Za chwilę zamykam.

Andrzej spojrzał na zegarek – była już osiemnasta piętnaście i teoretycznie sklep od kilkunastu minut powinien być nieczynny. Postanowił jednak obsłużyć tajemniczego klienta.

– Dzień… do-do-bry – powiedział nieznajomy, podchodząc do lady. Nosił staromodny powycierany surdut, któremu brakowało kilku guzików, pod spodem zaś miał jedwabną koszulę poznaczoną przez mole.

Wygląd ten nie wzbudził w sprzedawcy podejrzeń, bo nie raz trafiali tu zabłąkani aktorzy z pobliskiego Teatru Dramatycznego, którzy podczas przerw w pracy szukali sklepu spożywczego.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytał Andrzej z uśmiechem.

Klient wbił wzrok w sprzedawcę i milczał przez chwilę, a potem jąkając się, powiedział, niemal nie otwierając ust:

– Yyy… szu-szu-kam…

Jego twarz była chorobliwie blada, oczy podkrążone. Ekspedient pomyślał wtedy, że to zapewne jeden z tych ludzi, którzy radzą sobie z rzeczywistością za pomocą alkoholu lub innych używek.

– Chce pan kupić żyrandol?

Klient zmieszał się lekko, bo kłamstwo nie leżało w jego naturze.

– Wła-wła-ści-ści-wie to nie.

– Proszę pana – Andrzej starał się przybrać stanowczy ton. – Niestety nie wspomogę pana złotówką. Proszę się zgłosić do opieki społecznej.

Nieznajomy nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

– Nie-nie – zaprzeczył nieśmiało. – Ja tylko chcia-chcia-łem zapytać p-p-p-ana o…

– Tak?

Jeremiasz w myślach skarcił samego siebie. On, niegdyś poważany, Jarema Jabłonowicz, noszący miano po wielkim przodku, teraz zamknięty w sobie i nieprzystosowany do współczesnego świata. Na co mu były te wszystkie coachingowe spotkania, kursy NLP oraz ćwiczenia z pewności siebie, skoro nie potrafił nawet porozmawiać ze zwykłym sprzedawcą?

– Chcia-chciał-em-em kupić żżż-arówkę – wydukał, lecz nie było to to, o co w rzeczywistości zamierzał zapytać sprzedawcę.

– Ile wat?

– Wat? – powtórzył jak echo.

– No tak, mamy od 20 do 120 wat. Do czego ma być ta żaróweczka?

– Yyy…do…yyy…gro-gro-bowca.

Zdawało się, że Jeremiasz zbladł jeszcze bardziej. Andrzej spojrzał na niego, nie wiedząc, czy słuch go nie myli.

– Do czego? – ponowił pytanie. – Przepraszam, niedosłyszałem.

– Do… do… pi-pi-pi-wnicy. – Kłamstwo przyszło mu z trudem.

– Czterdziestka wystarczy. – Andrzej obrócił się w stronę regału z żarówkami.

Jeremiasz wykorzystując tę chwilę nieuwagi, postąpił krok do przodu, wyciągnął ręce przed siebie, niemalże dotykając szyi sprzedawcy i już miał zrobić to, co planował od dawna, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się. Nie zadał przecież ekspedientowi najważniejszego pytania, a bez jego odpowiedzi, nie byłoby to niczym innym niż aktem barbarzyństwa. Jeremiasz był staromodny i szanował swoje ofiary.

Teraz jednak był na siebie tak wściekły, że aż zazgrzytał zębami. W głowie wciąż brzmiały mu słowa jego trenera personalnego: „Jeremiaszu, wyjdź ze swojej strefy komfortu”, ale on tego nie potrafił, choć starał się z całych sił.

Sprzedawca z uśmiechem położył na ladzie kartonik z czterdziestowatową żarówką.

Jeremiasz sięgnął do kieszeni, ale zdał sobie sprawę, że wydał już wszystkie pieniądze z rodzinnego spadku. Speszył się ogromnie, tak brakiem funduszy, jak i nie nieudanym morderstwem, że wybiegł ze sklepu, trzaskając drzwiami.

 

***

 

Mała dziewczynka w białej sukience siedziała na cmentarzu pod starym grobowcem. Włosy splecione miała w dwa warkocze, związane błękitnymi wstążkami.

– Nareszcie! – zawołała na widok Jeremiasza.

– Jestem – powiedział, nie jąkając się już, bo stresująca sytuacja zniknęła.

– Masz?! – Mała nie kryła entuzjazmu, obnażając ostre kły. – Gdzie jest? Nie widzę go, ale coś tu pachnie jedzonkiem.

Jeremiasz wyjął z kieszeni tackę z mieloną wieprzowiną. Kolorowa naklejka głosiła, że produkt pochodzi z pięćdziesiącioprocentowej przeceny z powodu zbliżającej się daty przydatności do spożycia.

– Co?! – skrzywiła się rozczarowana dziewczynka. – Znowu kupiłeś mięso z Tesco?

– Nie kupiłem…

– Ze śmietnika?

– Ukradłem – przyznał zawstydzony.

– A ten facet ze sklepu z żyrandolami? Chciałam ekspedienta, a nie mielone z przeceny!

Dziewczynka wybuchnęła płaczem, a jej twarz wykrzywił paskudny grymas.

– Nie mogłem, zrozum, nie mogłem tak po prostu zadać mu pytania, czy odda mi swą duszę. Jestem zbyt wrażliwy jak na wampira.

– Może spróbujesz jeszcze raz? – zapytała dziewczynka, ocierając łzy. – Tato, proszę…

– Dobrze – zgodził się w końcu Jeremiasz. – Jutro. Jutro na pewno wyjdę ze swojej strefy komfortu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Sklep z żyrandolami zajmował parter secesyjnej kamienicy, która jak na ironię, wybudowana została przy ulicy Ciemnej 12

Przecinek po “ironię”, rozważywszy kilka możliwych opcji, ja bym wyrzucił. Można by też zrobić wyrażenie wtrącone, ale jego zasada redukcji przecinka po “który” by nie dotyczyła. Czyli “która, jak na ironię, wyb…”.

jedynie w okresie przedświątecznym, zauważał

Zbędność przecinka.

Tym razem jednak rzut okna na salę sprawił,

Nie rozumiem… Czyżby rzut oka?

 

Zawsze z trudem wyrażam opinie o tak krótkich tekstach. Niektóre zdania można by chyba napisać lepiej, widziałem kilka fałdek do wygładzenia (coś tam z przywidzeniem się powtarzało bodaj?), ale pod tym względem generalnie nieźle. Naszkicowany absurdzik dość sympatyczny, acz nie powalający. Najbardziej podobała mi się scenografia. Te surduty, żyrandole i aktorzy. Klimatycznie i zadziałało na wyobraźnię tego oto czytelnika. Fabularnie jednak to raptem żarcik.

Tagi obiecywały same fajne rzeczy, a okazało się, że horroru tu jak na lekarstwo, a grozy i humoru zero. Ostał się jeno cmentarz w charakterze tła.

Zupełnie nie pojmuję, dlaczego małej wampirkównie zachciało się akurat subiekta.

 

pod spodem zaś miał je­dwab­ną ko­szu­lę po­zna­czo­ną przez mole. – W jaki sposób mole znaczą jedwab?

 

– No tak, mamy od 20 do 120 wat.– No tak, mamy od dwudziestu do stu dwudziestu watów.

Liczebniki zapisujemy słownie, jednostkę mocy odmieniamy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć.

  1. Interpunkcja w mojej skali na 3. Może z plusem. Na tle innych tekstów gdzieś na 4.
  2. Dla mnie nie było tu absurdu: dwa wampiry. W zależności od interpretacji starszy może być ojciec albo córka. Wybrałem opcję “ojciec”. Jest mimo wszystko bardziej obyty, dożywia młodszego wampira. Dziewczynka zwraca się do niego “tato”, co może wskazywać na rodzica albo na stwórcę. Dziewczynka kapryśna i jeszcze niezaradna, ojciec niezaradny od dłuższego czasu (przypuszczam, że żywił się głównie tym, co zostawało na tackach po mięsie, może włamywał się do rzeźni czy ubojni, zapewne zabijał mniejsze zwierzęta. Możliwe, że chore (jako jego forma aktu łaski).
  3. Horror? Klimaty wampiryczne są mi bliskie i dlatego przez jakiś czas rozważałem, czy horrorem będzie można nazywać moją kolejną książkę. Uznałem, że nie. Tym mianem określa się filmy o tematyce wampirzej w UPC i być może innych telewizjach, które sugerują gatunek. Być może w drukowanych programach telewizyjnych (nie wiem, nie czytam). Ale na ogół nie mają nic wspólnego z horrorami. Wskutek tego powstało błędne przekonanie: wampiry = horror. A są to najczęściej thrillery, dramaty czy S-F z elementami fantasy. Horror wampiryczny? Ostatni, który oglądałem, powstał w latach 30.

    Tak, tu też nie ma horroru. Ale nie widzę też absurdu.

  4. Bardzo mi przeszkadzało obnażanie postaci ojca. Jak mu? Jeremiasz? W sklepie pojawia się “tajemnicza” postać. Dla kogo tajemnicza? Dla sprzedawcy. Gdyby tylko dla niego, to nie miałoby sensu; jest więc i tajemnicza dla czytelnika. A tu co? Nagle pojawia się jego imię. Bez powodu! Potem czytam coś takiego, że “kłamstwo nie leżało w jego naturze”. No, kurczę! Ze wszystkich BYKÓW pisarskich najbardziej nie znoszę wszystkowiedzących narratorów. Skoro narrator wie wszystko, to po kiego w ogóle ciągnie fabułę? Skoro czyta w myślach, to nie może od razu zdradzić, że do sklepu przyszedł wampir, który chce ogłuszyć sprzedawcę, zatargać go na cmentarz i nakarmić nim wampirzycę? Może, prawda? Skoro może, bo szybko zdradza swoją wszechwiedzę, to czemu tego nie robi? Bo droczy się w czytelnikiem?

    Właśnie dlatego nie znoszę narratorów, którzy znają myśli.

  5. Fantastyczna Regulatorzy wskazała na błąd z watami. Jestem zdania, że błędy językowe, w tym fleksyjne, pojawiające się w dialogach, na ogół da się usprawiedliwić tym, że mówiący nie musi dbać o poprawność językową. I skoro wielu Polaków kupuje żarówki mające ileś tam wat, to bohater literacki również może. Choć warto w takim przypadku pokazać, że nie jest się ignorantem i np. w “usta” narratora włożyć wyraz “watów”. Wszystko gra i świeci.
  6. Tak dużo “enterów” na końcu sugeruje mi, że wkleiłaś tekst, który wiele razy był poprawiany, na dole są pozostałości do potwierdzające, zaś po wklejeniu nie sprawdziłaś, że pozostały odpadki.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Ok, dzięki za uwagi, postaram się dziś poprawić wypunktowane przez was błędy. yes

Pisz i pozwól czytać innym :)

Przeczytałam. Nie najgorzej pod względem warsztatowym, ale sama historia raczej przeciętna i nie wywołuje większych emocji.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ja zdecydowanie bardziej wykorzystał bym tematykę coachingu bo mogła przynieść zdecydowanie więcej temu tekstowi niż tylko ta jedna strefa komfortu. Internety pełne są cudownych wypowiedzi coachów czy specjalistów od nlp.

Podoba mi się Twój sposób budowania zdań – widać, że starasz się urozmaicać opowiadanie, ale jednocześnie bez zbytniej przesady. Gdzieniegdzie jest o przecinek za mało, gdzieniegdzie za dużo, czasem też zdarzyło się powtórzenie, ale ogólnie nie jest źle.

 

Ekspedient wrócił do swoich zajęć, a za moment znowu spojrzał na salę, gdzie pod sufitem zawieszonym rozmaitymi żyrandolami dostrzegł czyjś cień.

Ale jak? Czyjś cień pod sufitem? Pełnym świecących żyrandoli? Może ten cień był jednak na ścianie? A jeśli już się upierasz, że “pod sufitem”, to nie zdziwiło to sprzedawcy? Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić :)

 

Jeśli chodzi o fabułę, to bardzo podobał mi się wątek wampira próbującego przełamać swoje “słabe strony” – fajny pomysł, chociaż wydaje mi się trochę za mało wyeksploatowany, można było z tego więcej wycisnąć. 

Podobało mi się. Ciekawa scenka w ciekawej scenerii, potem całkiem rozczulająca i zabawna końcówka :)

Bardzo fany pomysł na połączenie wampira z trenerem personalnym. Albo ogólnie – fantasy z coachingiem. Niestety, jego potencjał został niewykorzystany.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Całkiem zgrabny tekst, może to nie jest nic wielkiego ale w niewielkiej ilości znaków udało ci się przestawić całkiem poukładany świat, klimatyczny sklep i ciekawą postać Jeremiasza. Pozdrawiam.

Ciekawy pomysł, chociaż warsztatowo wykonanie szwankuje. Jednakowoż interesujący tekst, wart dopracowania i nieznacznego rozwinięcia.

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka