- Opowiadanie: slawekczaja - Jak trudno być człowiekiem

Jak trudno być człowiekiem

Tekst przeznaczony dla osób pełnoletnich.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Jak trudno być człowiekiem

W piątek rano krótko po dziewiątej, Tom Stanton, mały piętnastolatek mieszkający wraz z ojcem w niewielkim domku na przedmieściach Chicago, nazywany przez swojego tatę pieszczotliwie „Tommie“, a przez jego szkolnych kolegów i koleżanki czule „dupek Stanton“ lub ewentualnie „Stanton pierdoła“, zmęczony i spocony ciężko opierał się o ścianę szopy na narzędzia, w której się znajdował. Czarne kosmyki włosów spadły mu na twarz, uniósł ramię i niedbale odsunął je dłonią w bok. Chłopak rozejrzał się nieco nieprzytomnie dookoła; na zakurzonej szybie brzęczała gruba, tłusta mucha. Wyprostował się i pokuśtykał do ciemnego kąta, w którym leżała płachta jakiegoś materiału. Z ulgą rzucił się na podłogę i stęknął gdy jego umęczone ciało nareszcie mogło odpocząć. Poczuł, jak jego napięte do tej pory bez przerwy mięśnie wiotczeją, i przez krótki moment czuł błogi spokój otulający go jak gumowy kokon. Przez chwilę jego myśli kotłowały się jeszcze chaotycznie wokół ostatnich wydarzeń, lecz wkrótce skupił się na teraźniejszości.

Nie wiedział co dalej począć, ale to było bez znaczenia. To co musiał zrobić – zrobił. Nie było już odwrotu, a to co jeszcze miało się wydarzyć także się wykona. Póki co był tutaj, w szkolnej szopie na narzędzia, małej drewnianej chatce do której tylko od czasu do czasu zaglądał woźny lub któryś z nauczycieli.

Tommie leżał tak przez jakiś czas, delektując się cudowną ciszą, wypełnioną ćwierkaniem ptaków, zapachem drewna i żywicy, wiedząc jednak, że ta cisza lada moment zostanie przerwana. Przez chwilę myślał jeszcze o swojej mamie, kobiecie o pięknym i ciepłym uśmiechu, która tuliła go gdy płakał, która łaskotała go po brzuchu gdy był jeszcze malutki, i która robiła mu na deser truskawki z bitą śmietaną gdy wracał z tatą z przedszkola. Leżąc z zamkniętymi oczami uśmiechnął się na te wspomnienia… Mama, z długimi lnianymi włosami, niebieskimi oczami, i nie dającym się zoperować guzem mózgu. Szybko zdusił w sobie wspomnienie pogrzebu, gdy nagle ciszę przerwały pierwsze syreny zbliżających się do szkoły samochodów policyjnych. Wiedział że tak musi się stać, więc usiadł na podłodze i podpierając się o jakiś regał pokuśtykał do okna. Wyjrzał przez okno, sześć lub siedem radiowozów z piskiem opon już wjeżdżało pod szkołę. Miał jeszcze trochę czasu zanim go znajdą.

Wyciągnął rękę i sięgnął po Smoka – samurajski miecz, który należał do jego ojca. Przez chwilę spoglądał z uśmiechem na niego, aby w końcu oprzeć go o ścianę. Jeszcze dziś rano na jego ostrzu odbijało się słońce. Teraz, gdy gorące powietrze wypełniło się krzykami i lamentowaniem, jego rękojeść było zbryzgana a ostrze kleiło się od krwi. Spokojnie patrząc jak czerwona kałuża rośnie na podłodze, myślał jak do tego wszystkiego wogóle mogło dojść.

– No jak tam, stary? – zapytał Smok. – Wszystko w porządku, mój przyjacielu?

– Tak – odparł Tommie, a gruba, tłusta mucha znalazłszy szczelinę wyfrunęła na zewnątrz. – Teraz wszystko jest już w jak najlepszym porządku.

 

***

 

Kiedy właściwie wszystko zaczęło się sypać, lub – żeby powiedzieć dosadniej – poszło w pizdu? Tommie mógł właściwie bez problemu wskazać palcem ten moment; dość dokładnie rok temu, gdy jego mama niespodziewanie odeszła z tego świata. Rzecz już sama w sobie bardzo wstrząsająca, szczególnie jednak dla małego chłopca, dla którego świat nie tylko się zatrzymał, ale zatrząsł się w posadach aby w końcu runąć i przysypać go żywcem.

Pierwszych dni po największej stracie jego jeszcze krótkiego życia tak naprawdę właściwie nie pamiętał. Wiedział że był na pogrzebie, ale reszta zmieszała się z wytworami wyobraźni i sennymi majakami, zmieniając się w nic nie znaczącą papkę. Dochodził do siebie jeszcze przez parę tygodni przy pomocy doktora Jonesa, psychologa którego wynajął jego ojciec i reszta rodziny. Doktor Jones cierpliwie słuchał tego co Tommie przeżywał i spokojnie wpatrywał się w leżącego na skórzanej kanapie pacjenta, robiąc tylko od czasu do czasu notatki w swoim zeszycie. Po pewnym czasie udało mu się ustabilizować emocjonalnie chłopca, i Tommie powrócił do normalnego życia. Jego ojciec postanowił, że zmiana otoczenia dobrze zrobi jego synowi, dlatego za pieniądze wypłacone z ubezpieczenia żony kupił mały domek, do którego obaj się przeprowadzili.

I właśnie w to miejsce wskazywał teraz palcem Tommie, aby pokazać Smokowi dzień, w którym wszystko zaczęło iść w złym kierunku. To wtedy rozpoczęła się jego roczna wędrówka, która teraz miała swój koniec tutaj, w drewnianej szopie na narzędzia stojącej obok szkoły, nowej szkoły Tommiego, do której poszedł po przeprowadzce. Szkoły, do której teraz z każdą chwilą gnało coraz więcej policyjnych aut, a wkrótce także pierwsze furgonetki należące do lokalnych stacji telewizyjnych.

 

***

 

Pierwszy dzień w nowej klasie utrwalił mu się w pamięci jak w betonie. Chudy, wynędzniały chłopaczek po przejściach stanął naprzeciw milczącej i wrogiej masie piętnastolatków. Świeżo po jako takim powrocie do psychicznego zdrowia stał teraz ze zmierzwionymi włosami, piegami na nosie i w starym wyświechtanym ubraniu jak jakiś dziwoląg na arenie w cyrku.

– Oto Tommie Swanson – przedstawiła go klasie Mrs. Carlman. – Od dzisiaj jest nowym uczniem tej klasy.

Tommie powiódł ciężkim wzrokiem po rzędach ławek i nie był nawet zbytnio zaskoczony tym co ujrzał; w jakiś sposób nawet się tego spodziewał. Niechętne mu twarze odwzajemniły mu zimne spojrzenia, tu i uwdzie zauważył drwiące uśmieszki i szeptem wymieniane pogardliwe uwagi na jego temat. Wiedział że prowokował do tego mizerną postawą cherlawego dzeciaka, oraz ubraniem, o które kiedyś troszczyła się mama. Jego ojciec nie miał czasu aby zajmować się takimi rzeczami jak modne ciuchy, a Tommie miał w międzyczasie zupełnie w nosie to, jak wyglądał.

Poczłapał zatem do jedynego wolnego miejsca i rezygnacją usiadł na krześle. Do końca dnia nie odezwał się ani słowem i nikt również nie odezwał się do niego.

 

***

 

W ciągu następnych kilku tygodni Tommie stał się najperw wymarzonym celem drwin i niewybrednych żartów niedojrzałych nastolatków, aby po paru tygodniach zmienić się w dyżurną ofiarę całej klasy. Z nieskończoną ciepliwością znosił zadawane mu obelgi i wysłuchiwał obrażających go żartów i pomówień.

– Hej Tommie – wyszczerzył zęby Fred Warden, zawodnik uczniowskiej drużyny rugby oraz szkolny osiłek. – Czy masz zamiar całe życie być takim dupkiem jak teraz? – zapytał i zadowolony zarżał jak koń. Kumple Freda parskneli jak na komendę śmiechem, a parę dziewczyn zawtórowało im.

Jego wewnętrzny tryb samoochrony własnego istnienia został uszkodzony nieszczęśliwym trafem losu, który niestety spowodował także dobrowolne przyjęcie postawy ofiary. Klasa, która widząc to nie omieszkała tego nie wykorzystać, z chęcią przyjeła to do wiadomości, nazywając od tej pory Tommiego dupkiem, lub okazjonalnie pierdołą.

– Nie – odpowiedział Tommie. – Jak tylko skończę tę szkołę i nie będę musiał oglądać waszych durnych pysków, moje życie znów nabierze sensu.

Głupkowaty uśmiech goszczący do tej pory na twarzy zadowolonego z siebie Freda zniknął jak zdmuchnięty.

– Stanton, uważaj co mówisz – wycedził przez zęby Fred – bo możesz źle skończyć – dodał, a dla podkreślenia wagi swoich słów uniósł ściśniętą pięść prezentując ją przed chłopcem.

– Co jest, Warden? – wzruszył ramionami Tommie. – Co ja mogę za to, że masz taki głupi pysk?

– Przez krótką chwilę Fred stał z otwartymi ze zdziwienia ustami.

– No teraz się doigrałeś – warknął Fred i jak parowóz ruszył w stronę Tommiego, a jego świta jak wachlarz ustąpiła swojemu szefowi miejsca na atak. Tommie zamknął oczy i przygotował się na brutalne zderzenie z pięścią Freda, lecz w tym momencie na scenie pojawiła się nowa postać.

Coach Hank, trener wf-u i były komandos niespodziewanie pojawił się między chłopcami. Jego wysportowane i umięśnione ciało momentalnie skupiło na sobie uwagę wszystkich stojących wokół uczniów.

– Warden, głąbie jeden – warknął coach Hank – co się tu dzieje, do jasnej cholery? – zapytał, a jego masywna jak szafa pancerna postać wyrosła przed Fredem, który momentalnie skulił ogon i z powrotem cofnął się na swoje miejsce.

– Tutaj? Nic trenerze, nic – odparł szybko, przybierając pozę niewinnej owieczki. – Tak tu sobie stoimy i rozmawiamy tylko.

– Co ty nie powiesz, Warden – fuknął nauczyciel. Tommie miał wrażenie, że coach dobrze wiedział co się święci, całkiem jakby miał jakiś specjalny zmysł do wykrywania szkolnych burd. – Spadać mi stąd – dodał głosem nie dopuszczającym sprzeciwu.

Rozbrzmiał dzwonek, a stojący wokół uczniowie rozpierzchli się we wszystkie strony. Coach Hank ruszył w stronę pokoju nauczycielskiego, nie zwracając na Tommiego najmniejszej uwagi. Chłopiec był ciekawy czy nauczyciel zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie uratował mu życie.

– Stanton – burknął mijając go Fred. – Czekaj, jeszcze się policzymy! Ruszył do przodu, a mijając Tommiego wyszczerzył zęby jak wilk.

Reszta dnia minęła spokojne, ale Tommie wiedział, że Fred jest pamiętliwy i mu tego nie daruje. Dlatego nie musiał nawet specjalnie długo czekać, i już na drugi dzień ich drogi ponownie się skrzyżowały.

 

***

 

Po zakończeniu lekcji Tommie wyszedł ze szkoły i skierował się w stronę parku. Omijając kilka skrzyżowań mógł w ten sposób zaoszczędzić nieco czasu aby szybciej dojść do domu. I to właśnie tam, w parku, czekali na niego. Kapitan szkolnej drużyny rugby, Fred „Lokomotywa“ Warden oraz jego dwaj podwładni z tej samej drużyny; Jason „Żelazna Pięść“ Hochstetter oraz Mark „Kościołamacz“ Bennett, mimo młodego wieku wysoki na prawie dwa metry dryblas znany z szybkiego biegania oraz powolnego myślenia.

Tommie, zatopiony w myślach właśnie skręcał w ostatnią alejkę parku, gdy trzy postacie nagle stanęły na jego drodze.

Chłopiec zatrzymał się; ucieczka nie miała sensu, dogoniliby go w kilka sekund. Przez chwilę zastanawiał się czy wołać o pomoc, ale resztka godności w połączeniu z defetyzmem zrabowały mu ostatki sił.

– Hejka, Stanon pierdoła – uśmiechnął się Fred. – Co tam słychać? – zapytał, podwijając rękawy swetra.

 

***

 

Kiedy było już po wszystkim, zmęczony, poobijany i krwawiący z nosa Tommie doczołgał się do domu. Taty nie było, więc poczłapał do łazienki aby obmyć twarz. Z lustra spojrzała na niego umęczona twarz dzieciaka po przejściach. – Brawo – pomyślał – wszystko się chrzani, a on sam z zastraszającą prędkością zbliża się do czołowego zderzenia ze ścianą będącą jego osobistą granicą wytrzymałości.

Wrócił do kuchni i pogrzebał nieco w lodówce. Zrobił sobie sandwicha z którym poszedł do swojego pokoju. Na biurku leżała notatka od taty. „Mały – przeczytał napisane koślawym pismem słowa ojca – muszę jechać do Detroit. Będę pojutrze.“ Tata, kierowca ciężarówki musiał często wyjeżdżać niespodziewanie w trasę, zostawiając chłopca samego. Taka była już jego praca, inaczej się nie dało.

Zmęczony padł na łóżko i przez chwilę leżał nieruchomo delektując się ciszą.

– Ciężki dzień, przyjacielu? – zapytał Smok.

– Och, gdybyś tylko wiedział… – odparł wolno naciągając na siebie koc. Lubił tak leżeć wsłuchując się w tykanie zegara.

– Opowiedz mi o tym – powiedział Smok. – Chcę wiedzieć co się wydarzyło.

Tak więc Tommie rozpoczął opowieść, a kiedy skończył, za oknem zaczęło się ściemniać. Jego powieki stały się ciężkie, a oddech stał się głębszy i bardziej miarowy. Przez chwilę zmieszane obrazy minionych lat wirowały wokół niego, aby po jakim czasie zwolnić i przybrać nowe kształty.

Teraz znów stał w ogrodzie ich starego domu, w którym mieszkał gdy mama jeszcze żyła. Było lato, a po cudownie niebieskim niebie leniwie płynęły białe obłoki. Zielona trawa jak dywan wypełniała ich ogród, w którym krzaki uginające się pod ciężarem wielkich, soczystych malin tylko czekały aby je zebrać. Tommie znów miał pięć lat, a mama dała mu koszyk, do których zbierał owoce. Wiatr szeleścił liśćmi i szumiał uspokajająco, a chłopiec wypełniony był radością, i wszystko było tak, jak miało być.

Sen, który był wspomnieniem przeszłości nagle przyspieszył, pociągając chłopca za sobą. Oboje ruszyli do przodu przesuwając się w czasie. Gdy ponownie zwolnili, Tommie miał już dziesięć lat, a ojciec dał mu do pooglądania stary album fotograficzny. Z niego Tommie dowiedział się, że zanim się urodził, jego tata przez parę lat był żołnierzem, a jego oddział stacjonował w prefekturze Okinawa. Tam jego tata nauczył się nieco japońskiego, tam poznał pewną biurową sekretarkę która została jego przyszłą żoną, i to właśnie tam, na krótko przed końcem służby na pamiątkę kupił sobie prawdziwy, orginalny, japoński miecz samuraja.

Tommie pamiętał jak bardzo był przejęty, gdy mając cztery albo pięć lat mógł na chwilę potrzymać miecz w rękach. Jego ojciec ostrożnie mu go podał, gdyż nie była to ani zabawka ani tania podróba dla turystów, lecz niebezpieczny kawałek metalu błyszczący swym wypolerowanym ostrzem. Na boku miecza widniały dziwaczne znaki, a gdy Tommie zapytał o nie tatę, ten wytłumaczył mu że są to inicjały człowieka, który zbudował to arcydzieło. Wykorzystując także fakt, że chłopiec był pod wielkim wrażeniem oraz że będąc jeszcze małym dzieckiem wierzył we wszystko co usłyszał od dorosłych, tata naprędce wymyślił dodatkową historię wokół metalowego przedmiotu.

– Otóż wyobraź sobie – zagaił do chłopca z poważną miną – że dawno temu w Japonii po lasach i polach grasowały wielkie, żarłoczne smoki, które wyglądały całkiem jak twój plastikowy tyranozaur – powiedział i wskazał palcem na plastikową zabawkę dinozaura leżącego w kącie.

– Naprawdę? – zapytał Tommie i aż otwarł usta ze zdziwienia, a oczami fantazji zobaczył biegające pięciometrowe plastikowe dinozaury.

– Oczywiście – zapewnił go tata. – Niestety te smoki były tak żarłoczne, że pozjadały ludziom wszystkie banany z przydomowych ogródków – ciągnął dalej próbując niezdradzić się uśmiechem, a Tommie ujrzał jak przerażeni ludzie biegają wokół oskubanych z bananów drzew.

– I co było dalej? – zapytał nieco wystraszony.

– No cóż – tata uniósł miecz i włożył go do drewnianej, przeszklonej gabloty wiszącej na ścianie. – W końcu zadzwoniono po specjalnego czarodzieja, którego zadaniem było wypłoszyć zwierzęta. Smoki pouciekały, ale tego największego, najbardziej zębatego, najgłodniejszego, który zjadł najwięcej bananów… – tata zawiesił złowieszczo głos.

– Co? Co?

– Tego jednego czarodziej przemienił w ten oto samurajski miecz! – zawołał rozdzierająco tata aby zwiększyć efekt.

Tommie z krzykiem wybiegł z pokoju aby schować się w bezpiecznych ramionach mamy, a ta gdy już naburczała na męża że ma przestać opowiadać dziecku takie głupoty, nosiła chłopca na rękach aż ten się uspokoił. I chociaż Tommie nie do końca rozumiał dlaczego smoki jadły banany, albo dlaczego ten największy i najbardziej żarłoczny został zamieniony akurat w miecz, od tej pory omijał gablotę szerokim łukiem. I dopiero gdy skończył sześć lat, historia taty wydała mu się mocno podejrzana, a gdy poszedł do pierwszej klasy wiedział już, że tata tylko żartował. I nawet sam uśmiechał się pod nosem, gdy przypominał sobie jak bardzo miał się na baczności, i za każdym razem gdy przechodząc obok gabloty obserwował miecz, aby ten przypadkiem nie spróbował go ugryźć.

Od tamtych beztroskich dni minęło już wiele czasu, ale Tommie nie zmienił swojego wyobrażenia o mieczu. Dla niego mimo wszystko nie był on tylko kawałkiem ozdobionego metalu. Nie, był czymś więcej, niż tylko tym. Był czymś więcej, i nazywał się Smok.

 

***

 

Pół roku po rozpoczęciu nauki w nowej klasie, ataki na chłopca nasiliły się. Niestety Tommie nie mógł liczyć na niczyją pomoc; jego ojciec częściej bywał w trasie niż w domu, a nauczyciele po prostu się nim nie interesowali. Gdy raz poskarżył się na chamskie zaczepki uczniów, skończyło się to dla niego fioletowym okiem. Po tym incydencie dał sobie spokój, dodatkowo zaczął odczuwać ogromne znużenie i zniechęcenie do wszystkiego. Musiał chyba emanować jakąś magnetyczną siłą, która zdawała się przyciągać wszystkie złośliwości szkolnych baranów. Coś, co zaczęło się jako niepozorne uśmieszki i docinki, przemieniło się w krótkim czasie w rasowy mobbing, a Tommie zaczął czuć się jak w filmie. Produkcja ta miała swojego reżysera; był nim Fred Warden, sportowiec i szkolny rozrabiaka, oraz scenarzystę, którym był Jason Hochstetter, najlepszy kumpel Freda oraz z powodu swojej masywnej budowy ciała główny zawodnik w formacji ataku drużyny footballu.

Do tego dochodziło jeszcze wielu statystów; cała ta reszta głąbów w klasie, także dziewczyny. Ile to razy słyszał ich chichoty kiedy mijał je na korytarzu, ile to razy rzucane były mu drwiące uśmieszki i wzgardliwe spojrzenia. Tą najgorszą była Becky Monrow, wyjątkowo złośliwa wiedźma i dziewczyna (kogo to dziwi) Freda, blond piękność i trzykrotna miss klasy, którą Tommie – tylko dla siebie – nazywał tępą dzidą. Niestety jej piękno ciała nie szło w parze z pięknem charakteru: wścibska, zarozumiała i arogancka, uwielbiała być adorowana i zawsze być w centrum uwagi. Wokół dziewczyny jak dwie satelity zawsze kręciły się Abigail Hudson – szkolna plotkara z farbowanymi włosami, która co chwilę spoglądała do małego lusterka sprawdzając swój makijaż, oraz Chloe Richardson, pyskata i bezskutecznie próbująca zatuszować pudrem pryszcze na twarzy dziewczyna, cały czas żująca gumę i podlizująca się swojej „szefowej“ Becky. Chloe często się uśmiechała, ale Tommie szybko odkrył w jej oczach zimno i bezwzględność. Za każdym razem kiedy widział je jak idą i paradują na przerwie po korytarzu szkoły – całkiem tak jakby były jakimiś cholernymi VIP-ami – przypominały mu stado zwierząt chorych na chorobę wściekłych krów. Trzy rozgadane kwoki, przed którymi reszta uczniów służalcze rozchodziła się pośpiesznie na boki, aby broń Boże nie urazić jaśnie pań.

Także wczoraj Tommie minął się z tą trójką na schodach. Becky musiała być w złym humorze, gdyż zazwyczaj go nie zagadywała, jednak tym razem na chwilę przestała jazgotać do koleżanek patrząc na niego ze zmarszonymi brwiami. Tommie przyspieszył kroku i zgarbił się nieco mając nadzieję że stanie się mniej widoczny.

– Hej, Stanton pierdoła – zawołała Becky, a te dwie głupie pizdy Abigail i Chloe zachichotały durnowato. – A dokąd to tak pędzisz?

Tommie westchnął i wyprostował plecy. Podniósł zmęczone oczy i w obrócił się w stronę dziewczyny.

– Stenton, ty głąbie – zawołała głośniej Becky. – Chyba zadałam ci pytanie, co nie? – Łazisz po tym korytarzu jak jakaś menda – dodała, a Abigail i Chloe zachichotały głupkowato. – No więc? Dokąd to? – zapytała ponownie. Tommie pomału wciągnął do płuc powietrze.

– Nie twój usrany interes, Becky – warknął. – Czy ty i te dwie krowy za tobą nie macie nic lepszego do roboty?

Przyzwyczajona do pasywności chłopaka Becky nie spodziewała się riposty. Przez sekundę stała z uniesionymi wysoko brwiami, lecz jej pewność siebie szybko wróciła.

– No no, Stanton – Becky wydęła pogardliwie ust – trochę grzeczniej proszę, bo możesz pożałować. – Lepiej przestań podskakiwać bo zaraz zadzwonię do Freda – powiedziała i sięgnęła do kieszeniu wyciągając znacząco smartfona.

Tommie zdecydował się na taktyczne wycofanie. Obrócił się szybko na pięcie i bez słowa oddalił się od dziewczyn. Nie miał najmniejszej ochoty na dyskusje albo kolejne podbite oko. Przez parę dni myślał w dość – jak później sam stwierdził – naiwny sposób, że blondynka puści mu całe to ich spotkanie płazem, jednak mylił się. Becky „tępa dzida“ Monrow okazała się pamiętliwą i czekała na sposobną chwilę.

 

***

 

Chwila słodkiej zemsty dziewczyny nadeszła tydzień później. Tego dnia uczniowie przyszli do szkoły z własnoręcznie zrobionymi modelami według własnego upodobania i zainteresowań. Na wykonanie zadania mieli parę dni; Tommie zdecydował się na dioramę przedstawiającą mostek kapitański statku kosmicznego Enterprise. Chłopiec zadał sobie sporo trudu i włożył w nią dużo pracy zanim był zadowolony z wyniku. Z drewna, kartonu oraz kilku metalowych i szklanych części posklejał i wymodelował centralę dowodzenia Enterprise, a całość wymalował farbą odpowiadającą tej w serialu. Na pchlim targu zobaczył kobietę sprzedającą kilka lalek Barbie. W śród nich Tommie znalazł także trzech starych Kentów, które odkupił za dwa dollary, niezważając na zdziwione spojrzenie sprzedającej kobiety. Kent numer jeden został kapitanem Kirkiem, Kent numer dwa dostał domalowane czarnym flamastrem brwi i został pierwszym oficerem Spockiem. Ostatni z Kentów został doktorem McCoy.

Tommie sam był nieco zaskoczony faktem, jak dobrze prezentowała się całość. Nie spodziewał się że wszystko wyjdzie mu tak jak to sobie wyobrażał. A tu taka niespodzianak – wyszło nawet lepiej. Dlatego w dniu, który miał stać się przełomowym dla niego i reszty klasy, Tommie szedł ze swoją dioramą dumnie szkolnym korytarzem, będąc pewnym odpowiedniej oceny i pochwały nauczyciela.

Chłopiec czuł się tego dnia bardzo dobrze. Już dawno nie był tak zrelaksowany i pewny siebie, że jego życie może jeszcze odmienić się na lepsze. Przyśpieszył nieco wymijając resztę uczniów, którzy tak jak on trzymali w rękach swoje własne dioramy. Z pewną dozą satysfakcji i złośliwego humoru zauważył, że nie dorastają one jego dziełu do pięt. A więc dobra a może nawet najlepsza ocena murowana – pomyślał.

Niestety będąc zanurzony w myślach przestał zwracać uwagę na wszelakie niebezpieczeństwa czychające na nierozważnych, zamyślonych okularników. Kiedy już wchodził przez drzwi klasy, nagle ktoś podstawił mu nogę. Nieprzygotowany na taką zasadzkę chłopak runął na ziemię jak stare, zmurszałe drzewo, spadając i przygniatając swoim ciałem trzymaną w rękach dioramę.

Cała klasa ryknęła jednym chórem śmiechem. Niektórzy zaczęli klaskać lub wiwatować, inni już wyjmowali smartfony aby zrobić leżącemu zdjęcie. Tommie nie ruszał się i czuł tylko, jak po policzkach płyną mu gorące łzy. Przez chwilę miał nadzieję, że będzie mógł jeszcze uratować Enterprise, ale jedno spojrzenie wystarczyło aby mieć pewność, że jego diorama zrobiła się zupełnie płaska i jest nie do naprawienia. Poczuł jakiś dziwny ścisk w klatce piersiowej, spróbował wstać, lecz nagle zabrakło mu na to siły. Obrócił tylko głowę i zobaczył stopę która zniszczyła pracę kilku dni. Uniósł wzrok, a stopa przeszła w nogę łącząc się z resztą należącej do niej dziewczyny.

Becky stała nad nim śmiejąc się do rozpuku, i celując w niego palcem wpatrywała się w chłopca z pogardą. Tommie ujrzał w jej oczach jak bardzo sprawia jej to radość, i po raz pierwszy w życiu zapragnął umrzeć. Cały ten cyrk zakończył wreszcie nauczyciel Mr. Wood, który wszedł do klasy z kubkiem kawy i zwiniętą gazetą w ręku, każąc wszystkim zająć miejsca i zamknąć jadaczki. Tommie ciężko wstał i w milczeniu pokuśtykał na swoje miejsce.

Tego wieczoru chłopiec leżał w ciemnościach na swoim łóżku. Przez szparę w zasłonach wpadała do pokoju smuga księżycowego światła, a pokój wypełniało tykanie zegara na biurku. Tommie rozmyślał o wydarzeniach minionego dnia. Podłożona noga, odgłos zgniatanej dioramy, śmiech tych wszystkich baranów, a na koniec ocena niedostateczna za niewykonanie pracy, gdyż nauczyciela nie interesowały wyjaśnienia chłopca, że padł ofiarą sabotażu.

– Ciężki dzień, kolego? – zapytał Smok. Jego czerwone oczy spokojnie spoczywały na chłopcu.

Tommie westchnął. – Tak – odpowiedział cicho. – Były pewne… komplikacje – dokończył słabym głosem.

– Komplikacje? – Smok uniósł brwi w udawanym zdziwieniu. – To chyba jakiś nietrafiony eufemizm i żart z twojej strony – zauważył Smok. – Zostałeś dzisiaj pośmiewiskiem całej klasy.

– A czy to coś nowego? – zapytał Tommie i obrócił się na bok. – Widocznie tak musi być.

– Naprawdę? – zapytał Smok. – Czy naprawdę tak musi być?

– Nie wiem – chłopiec wzruszył ramionami. Przez chwilę leżał w milczeniu. – Ja już nic nie wiem…

Przez długą chwilę panowała cisza. W końcu ponownie odezwał się Smok.

– Nie – usłyszał Tommie. – Tak nie może dłużej być – powiedział Smok, a jego głos niespodziewanie stał się bardziej basowy. Jego oczy nagle zapłonęły krwistoczerwono, a z nozdrzy buchnął czarny dym.

– Jeśli jeszcze raz wydarzy się podobna sytuacja – zadudnił niskim głosem Smok – będę musiał coś z tym zrobić – powiedział, a Tommie szeroko otworzył oczy wpatrując się prosto w uchyloną paszczę stworzenia. Była ona po brzegi wypełniona niezliczoną ilością wielkich, ostrych zębów.

– Tak, mój chłopcze – odparł Smok – jeśli zajdzie taka potrzeba, to ja to zakończę.

– To… to brzmi jak groźba – zauważył niepewnie Tommie.

Smok zrobił kilka kroków i obrocił się do okna. – Teraz już śpij i o nic się nie martw – powiedział. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, ja już się wszystkim zajmę.

 

***

 

Tommie zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że jego własna historia dobiega końca. Wypadki ostatnich miesięcy i tygodni wyprowadziły go na ostatnią prostą jego krótkiego życia, a teraz dobiegał resztką sił do mety, tej z radością oczekiwanej ostatniej granicy, po której miał wreszcie zaznać ukojenia w objęciach matki. Gdy mrużył oczy, prawie widział ją wyczekującą na niego tuż za tą linią. W przeszłości nieraz drżał na myśl, że mogłoby zabraknąć mu sił w połowie drogi, ale teraz nie był już sam. Wiedział że jeśli zajdzie taka potrzeba, Smok stanie obok niego i weźmie chłopca na swoje ramiona.

Tommie zatoczył się i prawie upadł, gdy poczuł jak po raz pierwszy od niepamiętnych czasów ogromny głaz spada mu z serca. Nagle zrozumiał że nie jest już sam i wszystko co złe nareszcie chyli się ku końcowi. Pozostał mu tylko jeszcze jeden, ostatni kawałek drogi, który musiał pokonać, a myśl że może liczyć na pomoc dodała mu odwagi i nadziei. Chłopiec podniósł głowę; ciepło słońca grzało go po twarzy. Wziął głęboki wdech i wszedł do budynku szkoły. Nadszedł czas na ostatnie starcie.

 

***

 

Ta finałowa konfrontacja musiała nadejść i nadeszła podczas ostatniej piątkowej lekcji. Zegar na ścianie klasy wskazywał godzinę 12:15. Mr. Atkins, posiwiały nauczyciel chemii wszedł do klasy ze stertą papierów pod pachą. Nakazał uczniom zająć miejsca, a gdy ci wreszcie się uciszyli, zabrał głos.

– Jak wiecie, po tym weekendzie rozpoczynamy tydzień pracy zespołowej – zagaił znudzonym głosem Mr. Atkins. – W poniedziałek każdy z was dostanie partnera, z którym przez następne parę dni wspólnie będzie przeprowadzać doświadczenia i notował wyniki. Na koniec każda para ma napisać pracę domową na temat przeprowadzonych ćwiczeń. Tutaj macie wszystkie wytyczne – powiedział przechodząc między rzędami i kładąc na każdym stoliku po kartce papieru. – A żeby wszystko poszło szybciej i sprawniej, sam zdecydowałem kogo każdy z was dostanie za partnera – dokończył nauczyciel.

Dwadzieścia pięć par oczu rzuciło się na zapisane na kartkach papieru nazwiska. Tu i ówdzie słychać było szepty zadowolonych lub rozczarowanych uczniów. Gdy Tommie dojrzał swoje nazwisko zamarł. Jakby nie mogło już być gorzej, Mr. Atkins przyznał mu na partnera akurat Chloe Richardson, tę w kółko żującą gumę krowę. Chłopak zadrżał, gdy wyobraził sobie że będzie musiał pracować z tą kłapiącym dziobem pustogłowiem. Gorzej, dziewczyna swoją głupotą na dodatek zaniży im ocenę. Chloe miała różne zainteresowaniana na których dobrze się znała; make up, Justin Bieber, plotkowanie oraz chłopcy ze szkolnej drużyny sportowej, jednak na pewno nie zaliczała się do nich chemia.

Po lekcji Tommie poczekał aż uczniowie opuszczą klasę, następnie podszedł do nauczyciela.

– Panie Atkins, czy ma Pan chwilę dla mnie? – zapytał.

– No co tam, Stanton? – nauczyciel pakował swoje rzeczy do teczki. – Szybko, śpieszę się.

– Chodzi mi o moją partnerkę do pracy zespołowej – szybko odpowiedział Tommie.

– A coś z nią nie tak? – zapytał Mr. Atkins, a wyraz jego twarzy zdradzał, że jest mu to zupełnie obojętne.

– Czy nie mógłby przydzielić mi Pan kogoś innego? – zapytał chłopiec. – Ta dziewczyna nie ma pojęcia o chemii. Ona…

– Słuchaj no, Stanton – przerwał mu szybko Mr. Stanton. – Czy ty zdajesz sobie sprawę ile rzeczy ja mam na głowie? Ile jest klas? Wybacz, ale nie mogę zajmować się problemami każdego z uczniów. Was jest… – zatoczył ręką – po prostu za dużo. Gdyby tak każdy chciał zmienić partnera…

Tommie widział, że nauczycielowi po prostu nie chciało się z nim rozmawiać.

– Ale Panie Atkins… – próbował jeszcze protestować chłopiec. – Przecież sam Pan wie że Chloe to skończona kretynka! – zawołał desperacko.

– Jakoś się dogadacie – machnął ręką nauczyciel kończąc rozmowę i wstając od biurka i ruszając szybko w kierunku wyjścia.

– Ale to idiotka! – wołał za nim Tommie. – Przcież ona nie rozróżnia nawet kwasów od zasad – krzyknął jeszcze za nauczycielem, ale ten znikał już za zakrętem korytarza.

Czarna rozpacz nagle okryła chłopca jak gruby koc. Tommie zobaczył sam siebie, zupełnie jakby stał obok i obserwował całą sytuację. Nagle wszystko straciło dla niego jakikolwiek sens, nic już nie miało żadnego znaczenia.

– Idiotka! – krzyczało jego ciało, a umysł przyglądał się tej scenie z zaciekawieniem, całkiem jakby chciało się dowiedzieć skąd wzięła się taka reakcja.

– Głupia, durna, niedorozwinięta krowa! – krzyczał Tommie, a echo jego głosu odbijało się od szkolnych ścian. – Zidiociałe, bezrozumne, ograniczone bezmózgowie – krzyczał dalej, a jego przyglądające się odbicie obserwowało na zimno i z opanowaniem całą sytuację. – Spokojnie – zdawało się mówić – to nie dzieje się naprawdę, to tylko jakieś urojenia.

Tommie poczuł jak krew uderza mu do głowy. Poczuł jakby ktoś włożył jego głowę do potwornego imadła, w którym była pomału miażdżona. Mimo że chciał już zamilknąć, jego ciało nie chciało być mu posłuszne i nadal krzyczało w niebogłosy.

– Cepowaty, bezrozumny, ograniczony tuman!!! – wrzeszczał Tommie, teraz już zupełnie tracąc nad sobą kontrolę. – Kretyński, żujący w kółko gumę debilowaty przygłup!!!

Przez chwilę targał się i szarpał jeszcze sam ze sobą, ażeby w końcu spocony upaść na krzesło. Zamknął oczy oddychając ciężko. – Co u diabła się z nim działo? – kołotało mu w głowie. Nigdy jeszcze nie stracił w ten sposób panowania nad sobą.

Po jakimś czasie uspokoił się na tyle, że mógł wstać, jednak czuł jak jego ręce i nogi trzęsą się jak galareta. Przez chwilę sądził że puści pawia, jednak żołądek po zrobieniu kołowrotka szybko wrócił na swoje miejsce. Postawił kilka niepewnych kroków i sięgnął do swojej ławki po tornister. Po raz ostatni westchnął głęboko, i gdy już myślał że kryzys minął, odwrócił się aby pójść do domu, lecz wtedy zamarł w połowie ruchu.

W drzwiach stała Chloe Richardson.

 

***

 

– No kurwa, nie – pomyślał chłopak. – Skąd ona się tu wzieła?

Dziewczyna najwyraźniej czegoś zapomniała i wróciła do klasy. A teraz tasowała go wzrokiem; jej twarz wykrzywiona była w grymasie nietłumionej złości, jej wargi rozchyliły się ukazując białe zęby. Nienawiść biła z jej wycelowanych prosto w niego oczu. Tommie poczuł jak jeżą mu się włosy na głowie.

– Ty… – wycedziła dziewczyna wolno – Ty… ty cholerna, śmierdząca pierdoło, jak śmiałeś mnie tak nazwać? – jej głos wibrował i dudnił, a sama Chloe aż trzęsła się ze zdenerwowania. – Ty mały nieszczęsny sukinsynie, ty dupku… Tommie zobaczył że jej prawa powieka zaczyna dziwnie mrugać jakimś spazmatycznym tańcem, a twarz dziewczyny zamienia się w czerwoną maskę szaleńca. Nie była już sobą; jej fizjonomia przybrała groteskowy wyraz schizofrenicznego obłędu. Tommie z przerażeniem przyglądał się tej przemianie; teraz to ona traciła nad sobą kontrolę.

– Chloe… – próbował jeszcze ratować sytuację.

– Jesteś nikim, roumiesz??? – wrzasnęła dziewczyna, a kropelki jej śliny wystrzeliły z jej ust. – Jesteś zerem!!! Nic nie znaczącym łamagą, ciapatym krasnalem, małym biednym kurduplem!!! – ryczała na całe gardło, a gdy jej głos zaczął się załamywać, obróciła się mając zamiar wybiec z klasy. W drzwiach zatrzymała się jednak niespodziewanie. Stała przez chwilę ciężko dysząc, lecz nagle obróciła się do niego, i w milczeniu wyciągając ramię wycelowała w niego palcem. Tommie poczuł że robi mu się zimno.

– Pożałujesz tego, dupku – wycedziła nagle niespodziewanie spokojnym głosem. – Pożegnaj się lepiej z życiem – dodała i zniknęła w korytarzu.

Chłopiec poczuł jak trzymane do tej pory w ręku kartki papieru wysuwają mu się z bezwładnej dłoni. Zrobił krok i zatoczył się jak pijany gdy nagle zakręciło mu się w głowie. Chciał jeszcze oprzeć się o biurko, ale w zasadzie całe ciało odmówiło mu posłuszeństwa i jak kłoda runął na ziemię.

Przez chwilę zastanawiał się czy jednak będzie wymiotował czy nie, jednak żołądek wielkodusznie zdecydował się na współpracę i dał mu spokój. Po chwili także wirujący świat zaczął zwalniać, ażeby w końcu całkiem się zatrzymać. Tommie poczołgał do ściany i oparł się o nią ciężko. Mógł już trzeźwo myśleć i dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak dalej potoczą się wydarzenia.

Jedno było pewne, a Chloe miała rację: mógł się już pożegnać z życiem. Dziewczyna jak nic pobiegnie prosto do Becky aby jej o wszystkim opowiedzieć, a ta wyśle do niego Freda. Na dodatek Chloe miała własnego chłopaka; Jason „Żelazna Pięść“ Hochstetter, umięśniony blondyn o kwadratowej szczęce, przesiadujący większą część czasu na siłowni.

Wszystko jedno jak na to patrzeć, Tommie nie miał najmniejszych szans. Z typowym dla niego fatalizmem zdawał sobie z tego sprawę, wiedząc że nie ma dla niego ratunku. Przyszło mu już tylko jedno: spisać testament i czekać na nieuniknione. Powłócząc nogami, chłopak ruszył przed siebie.

 

***

 

Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Zaraz w poniedziałek, jak tylko wyszedł ze szkoły i skręcił w drogę prowadzącą przez park do jego domu, nagle jak znikąd wyrosło przed nim dwóch dryblasów. Fred i Jason, któżby inny.

– No, Stanton – zagaił z uśmiechem ten drugi. – Jak to nazwałeś ostatnio moją dziewczynę? – zapytał przybierając zaciekawiony wyraz twarzy.

Było to jednak pytanie czysto retoryczne na które wcale nie oczekiwał odpowiedzi, gdyż zanim Tommie miał okazję cokolwiek odpowiedzieć, w jego kierunku z prędkością dzwięku już zbliżała się „żelazna“ pięść dryblasa. Chłopiec zdążył tylko zamknąć oczy, a potem zapadła ciemność.

 

***

 

Wieczorem oboje siedzieli przy stole. Cisza wypełniała dom, tylko tykanie zegara i co jakiś czas przejeżdżające ulicą samochody zakłócały ten spokój. Nie trzeba była zapalać lampy, uliczne latarnie wypełniały pokój srebrym blaskiem, a to chłopcu w zupełności wystarczało. Dawało mu to poczucie ciepła i bezpieczeństwa, oraz maskowało jego podbite, fioletowe oko.

Na kolację Tommie podgrzał sobie w kuchence mikrofalowej porcję makaronu z sosem pomidorowym, ale po zjedzeniu połowy odsunął talerz na bok. Oparł głowę na rękach czując utkwiony w niego wzrok płonących czerwono oczu.

– A więc? – zapytał spokojnym głosem Smok. Tommie westchnął.

– Ciężki dzień – odpowiedział. – Nieporozumienie językowe na tle kulturowym. Wymiana poglądów w afekcie. Ogólna różnica charakterów i widzenia świata. Kto co woli – wzruszył ramionami.

Smok wyciągnął łapę i delikatnie uniósł głowę chłopca, aby lepiej widzieć podbite oko.

– Co się stało? – zapytał.

Chłopiec westchnął przeciągle i skrzywił się czując ból w klatce piersiowej.

Czy wiesz jak trudno być człowiekiem? – zapytał, patrząc pustym wzrokiem gdzieś przed siebie. Przez chwilę trwali w milczeniu

– Dlaczego na to pozwalasz? – zapytał w końcu, a zawstydzony chłopiec opuścił głowę. – Nikt nie ma prawa obchodzić się z tobą w tak wredny sposób.

– A czy mam inne wyjście? – Tommie nagle poczuł gniew, a jednocześnie jego oczy wypełniły się łzami. – Jestem sam, nikogo nie obchodzę, nikt nie jest w stanie mi pomóc… – jego głos przerwał nagle gorzki szloch. – Chloe miała rację, jestem nikim – dodał i poczuł jak uciekają z niego resztki sił i woli życia. Położył głowę na stole czekając na śmierć.

Leżał tak w bezruchu przez kilka minut, aż w końcu Smok przerzucił jego zwiotczałe ciało na swój grzbiet i zaniósł go schodami na piętro do pokoju chłopca. Tam ostrożnie położył go do łóżka, nakrywając go kocem.

– A więc dobrze, niech tak będzie. W takim razie ja zakończę ten konflikt – Smok wstał i obrócił się do okna. Jego pokryta łuskami skóra odbijała wpadające do pokoju światło rzucając na ścianę dziwne wzory. Tommie zadrżał.

– Ale jak chcesz to zrobić? – zapytał skulony cichym głosem, a stwór pomału obrócił się w jego stronę. – Jak? – zapytał jeszcze raz.

Tommie poczuł jak jego czerwone oczy wypalają go na wskroś. Smok wyprostował się i uniósł łeb. Rozłożył potężne ramiona sięgające od ściany do ściany, a gdy jego paszcza rozwarła się, Tommie zaciągnął kołdrę aż po nos.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – odrzekł Smok.

Stwór zaczął mówić, a chłopiec słuchał w skupieniu.

 

***

 

Na drugi dzień Tommie zadzwonił z domu do szkoły i zameldował że jest chory. Sekretarka zanotowało jego nazwisko i kazała wysłać pocztą zwolnienie lekarskie. Chłopiec obiecał, że na pewno nie zapomni, a następnie podziękował i odłożył słuchawkę. Miał teraz cztery dni czasu, aby przygotować się na to, co miał zrobić.

 

***

 

– Jason, ty stary ciulu! – Fred zagwizdał z uznaniem. – Ale nakopałeś temu małemu dupku. Przybij piątacha! – krzyknął, a Jason zarechotał ucieszony komplementem.

– No! Jeden strzał i dupek Stanton wymiękł. Nawet nie zdążył pisnąć!

Do pokoju wszedł Mark Bennett trzymając w rękach sześciopak piwa. – Hej, patrzcie co zarąbałem staremu! – wyszczerzył zęby. – Browarek!

– Zajebiście! Dajesz – wyciągnął rękę Fred.

Syknęły trzy otwierane puszki, zabulgotało i trzy głośne beknięcia rozniosły się echem.

– Fred, do ciężkiej cholery! – w drzwiach pojawiła się głowa Becky. – Zachowujcie się jak banda goryli. Jej głowa zniknęła wracając do pokoju obok.

– A wiecie, ja bym tego Stantona to najchętniej wogóle wykopał z naszej budy – powrócił do tematu Jason. – Łazi to to tam i z powrotem i działa wszystkim na nerwy.

– No! – zgodził się z nim Mark – ja to bym go nawet najchętniej wykopał na inną planetę. Na przykład na Księżyc.

– Durniu, Księżyc to nie jest planeta – zauważył trzeźwo Fred i pociągnął łyk piwa.

– Nie? – zachmurzył się Mark.

– Trzeba było nie spać na lekcjach, baranie, to byś wiedział że Księżyc jest gwiazdą. Przecież świeci nocą, czy nie?

– Aha, no fakt – zgodził się Mark, dłubiąc palcem w uchu.

Drzwi uchyliły się i do pokoju weszły trzy dziewczyny. – No i jak wam się podoba? – zapytała Becky.

– To są te wasze nowe ciuchy? – zapytał Mark.

– Tak, baranie. Kupiłyśmy je wczoraj w tym nowym butiku w centrum handlowym. – Więc jak jest? – zapytała ponownie, obracając się na pięcie. – Fajne?

– Eee… tak, bardzo fajnie – wykazał się bystrością Fred. – Tylko te frędzle… – pokazał palcem w stronę Chloe.

– Sam jesteś frędzel – obruszyła się dziewczyna – to jest teraz w modzie. Nawet Rihanna miała ostatnio coś podobnego na sobie!

– Dobra, dobra, wyglądacie super – Fred uspokajająco machnął ręką. – Jeszcze się wymalujcie i możemy iść na miasto.

– To się nazywa makijaż – skrzywiła się Abigail. – Becky, nałożysz mi cienie? Mam taki nowy fajny kolor.

Dziewczyny przeszły pogadując i plotkując do łazienki, a chłopcy zaczęli rozmawiać o sporcie.

 

***

 

Parę dni później, na godzinę przed wschodem słońca Tommie usiadł rozbudzony na łóżku. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę, następnie wstał i szybko się ubrał. W łazieńce umył twarz zimną wodą i przeczesał włosy. Przez chwilę przypatrywał się w swojemu odbiciu; mały, wystraszony dzieciak z zapadniętymi oczami spoglądał na niego z lustra.

W kuchni zrobił sobie kromkę chleba z dżemem i szklankę ciepłego mleka. Wyszedł z domu i usiadł na tarasie aby w spokoju zjeść. Miasto spało jeszcze; tu i uwdzie słychać było cykanie świerszczy.

A więc tak kończy się ta historia – pomyślał Tommie. Smok wybierze się z nim dziś do szkoły, aby spokojnie przedyskutować wszystkie sporne kwestie stojące między nim a resztą klasy. Co prawda nie bardzo mógł sobie wyobrazić, jak ta rozmowa miałaby wyglądać, ale jedno było pewne. Stojąc w obliczu stworzenia jakim był Smok, nawet największe bydlę pokroju Freda i Jasona nie miało szans i skazane było na milczenie. Tommie nie wiedział jak potoczy się ta konfrontacja, ale nie musiał się tym przejmować. Gdy będzie tak daleko, już wszystkim zajmie się Smok.

Pomału świtało. Najpierw zbladły gwiazdy, następnie obudziły się ptaki ćwierkając coraz to głośniej. Tu i ówdzie w sąsiednich domach zapalały się pierwsze światła.

– Czy jesteś gotowy? – zabrzmiał niski głos za plecami chłopca.

Chłopiec obrócił głowę; w skąpanej jeszcze w ciemnościach framudze ujrzał dwa czerwone punkty.

– Tak – odpowiedział. – Jestem gotowy.

– A więc powstań i trzymaj się mnie teraz mocno.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi, a Tommie krocząc obok stworzenia czuł, jak z każdym krokiem coraz bardziej drży ziemia.

 

***

 

Budynek szkoły stał skąpany w promieniach słońca. Jego pomarańczowa bryła zdawała się być jeszcze uśpiona, kiedy pierwsi uczniowie zaczeli napływać z wszystkich stron. Szklane drzwi prowadzące do głównego holu co chwilę otwierały się na nowo przyjmując kolejne osoby.

Ciepły wiosenny wiatr zmierzwił chłopcu włosy. Wokół ćwierkały ptaki, a po błękitnym niebie sunęły leniwie białe obłoki. – Jaka cudowna, piękna, wpaniała pieprzona sielanka – pomyślał Tommie i ruszył w stronę szkoły.

– Skup się – usłyszał za sobą głos – nie czas teraz na niepotrzebne rozmyślania.

Zadzwonił dzwonek rozpoczynający lekcję. Tommie zbliżał się powolnym krokiem do wejścia, a gdy pchnął drzwi zobaczył jak ostatni uczniowie znikają w klasach. Trzasnęło kilka drzwi i chłopiec został w pustym i cichnącym korytarzu.

Zaczął iść wzdłuż ściany; minął gablotę z nagrodami sportowymi, tablicę ogłoszeń i wejście do toalety, w której kiedyś, przy piskach i śmiechu Becky i Chloe, Fred wcisnął jego głowę do pisuaru spuszczając jednocześnie wodę. Gdy przypomniał sobie jak siedział upokorzony i zniechęcony z mokrą głową w kącie obok umywalki, poczuł jak Smok czyta jego myśli.

Ciężki, basowy warkot wypełnił korytarz; Tommie poczuł jak wibruje pod nim podłoga i usłyszał brzęczenie szyb w oknach. Obejrzał się za siebie i zamarł; niezliczone rzędy stalowych zębów ukazały się jego oczom w otwierających się, monstrualnych szczękach. Muskularne ramona napięły się i nabrzmiały, a szpony wysunęły się ze zgrzytem.

– Gdzieeee… – zasapało stworzenie rzucając groźne spojrzenie. – Gdzie… on… jesssst..? – zasyczało.

– T… t… tędy – zająknął się Tommie wyciągając ramię. – Ostatnie drzwi po prawej na końcu korytarza…

Ruszył przodem, co chwilę mijając kolejne drzwi. W padających przez okna smugach światła zobaczył wirujące obłoki kurzu. Zanurzał się w nich na przemian z cieniem, a mijając kolejne klasy słyszał urywane głosy uczniów i nauczycieli.

Gdy zbliżył się do ostatnich drzwi, poczuł się tak, jakby coś oderwało go od reszty ciała. Nie szedł już on sam o własnych siłach, lecz był raczej jakby niesiony. Nie widział własnymi oczami, lecz widział samego siebie z boku. Nie czuł już strachu ani bólu, nie było gniewu ani bezradności, była za to ogroma ulga brana z pewności, że wszystko co złe będzie dziś miało swój koniec. Może taki, może inny – pomyślał – ale jakiś będzie na pewno.

Poczuł jak czas zwalnia, zaciskając się wokół niego ciasnym kokonem mrocznego pęcherza, a gdy stanął wreszcie przed drzwiami jego własnej klasy, świat zatrzymał się zupełnie. Z zaciekawieniem naukowca przajął do wiadomości ten absolutny bezruch materii na zewnątrz jego własnej, aktualnej przestrzeni.

Nie musiał już nic mówić, wystarczyło tylko pomyśleć aby móc komunikować się z jego obrońcą.

– Tak – odezwał się Smok. – To ja wstrzymałem upływ czasu. Nikt nie będzie nam tu teraz przeszkadzał.

Jego wzrok wyostrzył się nagle. Spojrzał na drzwi; w jasnym świetle mógł doskonale obserwować strukturę materiału. Każde włókno drewna widział jak pod mikroskopem, każde zarysowanie metalowej klamki, niewielkie pęknięcia i odrapania mógłby dokładnie opisać. Przeniósł wzrok na metalową tabliczkę z numerem klasy. Mosiężne cyfry odbijały promienie mieniąc się wszystkimi odcieniami złotych kolorów. Tommie poczuł, że mógłby tak stać i z fascynacją przyglądać się tym odblaskom przez resztę życia. Ba, gdyby tylko zechciał, mógłby samą siłą woli zmienić dowolnie specyfikę materii z której były wykonane, gdyż nie był już tylko sobą, tym chłopcem sprzed paru dni. Był teraz zarazem sobą lecz jednocześnie także uzmysłowieniem i ucieleśnieniem obcego bytu. Niezwiązany już ze swoją własną formą substancji i oderwany od dotychczasowego wymiaru istnienia, mógł zrobić wszystko i pójść dokąd by zechciał.

– Cierpliwości – odezwał się niski głos gdzieś w jego głowie a jednocześnie w jego własnych ustach. – Jeszcze tylko ta jedna rzecz, a potem…

– Co wtedy? – zapytał chłopiec.

– Wtedy będziesz już wolny.

Pojedyńcza łza pojawiła się w kąciku oka. Nie wiedział czy była prawdziwa czy nie, może była tylko wytworem jego szaleństwa które sprowadziło go tam gdzie się znalazł, a może tylko urojeniem albo snem. – Zapewne to tylko właśnie to – pomyślał. – Sen, zwykły sen, z którego może się obudzi, a może nie.

– A więc dobrze – Smok położył na jego ramieniu ciężką łapę – pora zakończyć to przedstawienie. – Teraz stań za mną i trzymaj się mnie mocno.

Tommie odsunął się pośpiesznie, a ogromna łapa położyła się na klamce miażdżąc ją w swoim uścisku jakby była z plasteliny. Drzwi ustąpiły i oboje weszli do klasy.

 

***

 

Wszystkie rozmowy natychmiast ucichły, a dwadzieścia par oczu ze zdziwieniem spoglądało na postać która weszła do pomieszczenia. Smok przejechał wzrokiem po twarzach, aby zatrzymać się przy stoliku Freda.

– Ty! – wyciągnął ramię Smok, wskazując na niego palcem. – Chodź no tu do mnie, malutki. Mam do ciebie sprawę.

– Czego chcesz, pojebańcu jeden? – Fred powstał niepewnie z krzesła.

– Zatańczyć – zagrzmiał Smok i ruszył w kierunku dryblasa, a z każdym krokiem oczy Freda robiły się coraz większe.

 

***

 

Parę minut wcześniej Fred, Jason i Mark zajeli niechętnie swoje miejsca. Dzień rozpoczynał się jak każdy inny; wszyscy kłapali dziobami co będą robić w weekend, umawiając się i wymieniając plotkami.

Fred wyjął z torby książkę i zeszyt do metematyki. Spojrzał na okładkę i skrzywił się. – Cholerna algebra – pomyślał. – Jakby tego było mało, że ten idiotyczny, do niczego nie potrzebny przedmiot jest wystarczająco skomplikowany, teraz do cyferek dochodzą litery.

Otworzył stronę z ostatniej lekcji; jego oczom ukazały się niezrozumiałe rzędy dziwacznych formułek.

„Rozwiąż równanie” – brzmiało pierwsze zadanie. „-6x+2y+7+4x-5y-3=-2x-3y+4“.

– Dżizaz… – stęknął Fred – co to ma być?

– Stary, co jest? – Mark wyszczerzył głupkowato zęby. Jemu o dziwo te literki jakoś nie przeszkadzały.

Fred poczuł irytację i właśnie chciał powiedzieć co sądzi na temat matematyki, gdy do klasy wszedł nauczyciel.

Mężczyzna usiadł za biurkiem kładąc na nim dziennik, kilka przyborów i stertę kartek.

– No, ciszej tam! – zawołał, a gdy głosy uczniów wreszcie ucichły, nakazał otworzyć książki na poprzedniej lekcji. – Dzisiaj ćwiczymy dokładnie tam, gdzie zatrzymaliśmy się ostatnim razem.

Zaszeleściły otwierane zeszyty i piórniki. Nauczyciel podszedł do tablicy wypisując kredą kilka równań.

– No, kto chce to rozwiązać? – zapytał, ale gdy nie podniosła się żadna ręka skrzywił się zniecierpliwiony. – No więc dobrze, w takim razie wybiorę kogoś – powiedział i powiódł wzrokiem po klasie.

O cholera – pomyślał Fred – tylko nie ja.

– Warden!

– Ożeż w mordę… – stęknął pod nosem Fred, przeklinając na czym świat stoi.

– Co tam mamroczysz? – nauczyciel uniósł brwi. – No już, do tablicy!

Zanim jednak Fred zdążył wstać, nauczyciel zaczął przeglądać przyniesione papiery.

– Warden, siadaj z powrotem. Wygląda na to że zapomniałem skopiować parę rzeczy. – Czekajcie, zaraz wracam. Tylko żeby było mi tu cicho!

Nauczyciel wstał kierując się do drzwi, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że ratuje mu to życie.

Gdy tylko zamknęły się drzwi, natychmiast rozległy się śmiechy i rozmowy. Z kieszeni wyciągano smartfony, kilka osób wstało i zaczęło chodzić po klasie, ktoś otworzył okno.

Fred siedział wkurzony. – Cholerna matma – pomyślał. – Na szczęście jutro już sobota, wreszcie będzie mógł się nieco rozluźnić. Może nawet Becky da się trochę obmacać? – zastanowił się. Ale póki co, musi wytrzymać jeszcze ten jeden dzisiejszy dzień w szkole. Tylko lepiej żeby nikt nie wchodził mu w paradę – był w złym humorze i chętnie by się na kimś wyżył. – Gdzie właściwie był Stanon pierdoła? – zastanowił się. Dobrze by było, gdyby ta życiowa kaleka wpadłaby mu dziś w ręce. Ten cholerny zdechlak działał mu na nerwy. Mały, pieprzony smerf.

Uśmiechął się pod nosem. – He he he… smerf. Dobre.

Gdy siedząca za nim Becky opowiadała właśnie Chloe na jaki film wybiera się w weekend do kina, Fred poczuł nagły ucisk w głowie. Zamknął oczy i uniósł rękę ku skroni. Zdziwił się trochę, gdyż bardzo rzadko zdarzało mu się mieć ból głowy. Odczekał chwilę, ale gdy otworzył oczy, zwykłe światło oślepiło go. Poczuł jak ostre igły wbijają mu się poprzez oczodoły prosto do mózgu.

– Co do kurwy nędzy… – stękną i zacisnął zęby.

– Hej Fred – nachylił się nad nim Jason – wszystko w porząsiu, brachu? Jego głos jeszcze bardziej zirytował Freda.

– Jason, kurwa twoja mać! – krzyknął Fred. – Czego mi się tak wydzierasz prosto do ucha?

– Spoko, spoko – odparł Jason. – Wyluzuj. Po prostu coś słabo wyglądasz.

– Zajmij się lepiej własnymi sprawami – warknął Fred i ponownie zamknął oczy.

Przez chwilę masował skronie, mając nadzieję że atak migreny zniknie. Wciągnął głęboko powietrze, i po chwili poczuł się lepiej.

Teraz dopiero zauważył, jak bardzo spięte było jego ciało; wyprostował plecy i wyciągnął nogi. Postanowił wstać i pochodzić trochę po klasie, jednak w połowie ruchu zamarł. Nagle dzień stał się jakiś inny; zmieniło się światło, zmienił się zapach powietrza. Fred rozglądnął się zdziwiony wokół siebie.

Coś jakby elektryczne napięcie nagle wypełniło klasę, chłopak poczuł jak jego włosy na karku stają dęba. Reszta klasy nie zwracała na niego uwagi i zdawała się nic nie zauważać. Mimo tego Fred był pewien, że coś bardzo dziwnego działo się wokół niego.

Chłopak rzucił wzrokiem po klasie; nie zobaczył jednak nic niezwykłego oprócz kilku gadających gamoni oraz plotkujących lasek. Gdy już myślał że coś mu się zdaje, niespodziewanie poczuł drżenie podłogi, a basowy, przeciągły ryk wypełnił całą klasę.

Nagle coś trzasnęło; Fred wzdrygnął się i zerwał się ze swojego miejsca. Spojrzał przed siebie, a wtedy drzwi wejściowe do klasy eksplodowały; chmura składająca się z kurzu, setek odłamków szkła i drewnianych drzazg poszybowała w jego stronę.

Fred zasłonił rękami twarz i zmrużył oczy próbując rozpoznać zbliżającą się sylwetkę; zdziwił się gdy wreszcie rozpoznał w niej Stantona pierdołę. W pierwszym odruchu chciał podbiec do tego dupka i zmiażdżyć mu ten głupi pysk, lecz coś go powstrzymało. Spojrzał dokładniej, a jego oczom ukazał się oto przedziwny obraz; oto Stanton trzymał coś w dłoniach, coś co rzucało odbijające się blaski; długi, srebrny kawałek metalu ściskany obojgiem dłoni.

Fred poczuł jak opada mu szczęka; naprzeciw niego stał Tommie z najprawdziwszym samurajskim mieczem wycelowanym prosto w niego. Jakby tego było mało, oczy chłopca były krwistoczerwone, a jego wykrzywiona grymasem twarz rozerwana była ogromnym uśmiechem ukazującym śnieżnobiałe rzędy ostrych, długich zębów. Nie był to już tylko zwykły Stanton, ten mały chuderlak plączący się pod nogami. Wraz z nim do klasy wdarło się jeszcze coś innego; coś niewspółmiernie większego i bardziej niebezpiecznego. Coś, co jak nieostry cień trzymało się zaraz za chłopcem, przygotowane do ataku.

Fred zerwał się na równe nogi czując jak skręcają mu się wszystki kiszki. Uniósł oczy, a jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Smoka, i po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwy, paraliżujący go strach.

 

***

 

Becky właśnie pokazywała Abigail swoją nową szminkę, gdy nagle z hukiem eksplodowały drzwi. Wszystkie oczy oczy skierowały się w tę stronę.

– A ten skąd się tu wział? – wydęła usta Becky. Chciała jeszcze coś dodać, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Tommie wrzasnął i wbiegł do klasy.

– Dzieńdoberek, wy pedalskie, tępe chuje! – zawołał. – Mamy sprawę do obgadania – dodał i rzucił się naprzód.

Becky zobaczyła że Stenton trzyma w ręku coś na kształ długiego, wąskiego miecza. Krzykęła za strachu, ale jej krzyk szybko zamienił się skowyt gdy zobaczyła coś, co wraz ze Stantonem wtoczyło się do klasy. Becky otwarła szeroko oczy i wyjąc wpatrywała się w coś, co miało łuski, szpony i bardzo dużo zębów.

 

***

 

Wyczulona percepcja pozwoliła chłopcu przyglądać się wszystkiemu z absolutnym spokojem; zdawał sobie sprawę że wszystko dzieje się błyskawicznie, a mimo tego całkowicie kontrolował sytuację. Pomocna była w tym także dziwaczna dylatacja czasu, która powodowała, że dla chłopca wszystko odbywało się jak w zwolnionym tempie, dzięki czemu mógł spokojnie planować i wykonać każdy krok.

Mimo że jakaś część jego jaźni nadal broniła się przed myślą jakoby wszystko działo się naprawdę, Tommie poczuł euforię. W tym momecie nie istniała żadna siła na tym świecie, która mogłaby go jeszcze zatrzymać.

– Fred, ty pierdolona zafanduło! – zawołał wesoło. – Zapraszam do tańca.

Skoczył do przodu unosząc miecz wysoko nad głowę. Fred zrobił pół kroku do tyłu zasłaniając się rękami. Świstnęło i dwa odcięte od tułowia ramiona poszybowały w górę.

– Uuuuaaa!!! – wrzasnął Fred patrząc z przerażeniem i zdziwieniem na lecące kikuty. – Uuuuaa… – powtórzył, lecz Tommie już obracał się na pięcie rozpędzając miecz i trafiając Freda w szyję. Krzycząca jeszcze przez chwilę głowa przeleciała około metra przez klasę, aby wreszcie z łupnięciem uderzyć o ziemię.

Przez ułamek sekundy panowała jeszcze cisza, ale kiedy głowa zaczęła turlać się jaki kula do kręgli między szeregami ławek, klasa momentalnie eksplodowała kakafonią krzyków i wrzasków.

– Ratunku!! Na pomoc!!! Stanton oszalał!!!

Wszyscy jak na komendę zerwali się ze swoich miejsc. Dziewczyny zaczęły piszczeć, ktoś wskoczył na stół, ktoś inny puścił pawia. Tommie spojrzał z uznaniem; jego skromnym zdaniem paw z pewnością kwalifikował się do księgi rekordów Guinessa w rubryce „największa fontanna“.

Nastąpiła niesamowita wrzawa, ale chłopiec pozostał spokojny i skoncentrowany.

– Ratunku!!! – darło się parę osób w niebogłosy. – Stanton zabił Freda!!! Ratunku!!!

Kilku uczniów ruszyło w stronę drzwi, ale Tommie już na nich czekał. Znów świstnęło i kilku z nich runęło na ziemię, a reszta wycofała się w pośpiechu.

– Na litość boską, niech ktoś coś zrobi! – darła się w niebogłosy Becky z rogu klasy. – Jason, do kurwy nędzy, nie stój tak, zrób coś! – wrzasnęła.

Jason stał osłupiały wpatrując się w latające kończyny. Jego oczy były wielkie jak talerze, a z otwartych ust kapała ślina. Becky podbiegła i z całej siły strzeliła go otwartą dłonią w twarz.

– Obudź się, baranie! – krzyknęła mu prosto do ucha. Ten zamrugał oczami i jakby doszedł do siebie. – No zrób coś! Powstrzymaj go! – zawołała Becky.

Jason złapał za krzesło i cisnął nim z całej siły w Tommiego. Ten tylko uśmiechnął się blado i bez najmniejszego problemu usunął się z trajektorii pocisku.

Od tyłu podbiegł do niego Marvin, kolejny sportowiec i kumpel Freda. Szczupakiem rzucił się na chłopca aby zwalić go na ziemię. W wyobraźni widział już siebie jak udziela wywiadów dla telewizji, w których opowiada jak z narażeniem życia ratuje swoją klasę przed oszalałym uczniem.

Tommie podskoczył i jednym ruchem rozkroił mu głowę na dwie połówki.

Kilka osób wyciągnęło smartfony wybierając numer alarmowy na policję. Tommie spokojnie zaczął iść w ich kierunku.

Jason ponownie ruszył do ataku. Złapał za kolejne krzesło i z krzykiem rzucił się na chłopca. Ten bez najmniejszego problemu uniknął uderzenia, wirując szaleńczo we wszystkie strony.

– Stanton! – ryknął Jason. – Ty mały, pierdolony fraglesie!

Tommie nie dał się dwa razy prosić. Jason zdążył zrobić jeszcze tylko dwa kroki, zanim miecz rozpłatał mu brzuch. Jason zatrzymał się jak wryty; z głośnym mlaśnięciem otworzyła mu się jama brzuszna.

– Blurp! – zabulgotał Jason trzymając się za brzuch, a niezidentyfikowana masa składająca się z jego jelit, krwi oraz innych organów rozlała się z głośnym chlupnięciem na podłogę.

– Chryste Panie!!! – wrzeszczał ktoś stojąc na jednym ze stolików. – Co tu się odpierdala???

Z boku nadbiegł Mark, trzymając w ręku jakiś metalowy pręt; było to chyba odkręcone ramię rzutnika, lecz nie miało to dla Tommiego najmniejszego znaczenia. Chłopiec kucnął i wyciągnął miecz ku górze; resztą zajeła się fizyka.

– Nie! – zapiszczała Abigail ze swojego miejsca, gdy na blacie jej stołu wylądowała czyjaś dłoń – Nie, to nie dzieje się naprawdę!

Mark wpadł prosto na miecz; ostrze trafiło najpierw w jego kroczę, aby następnie zygzakowato przesuwać się w górę rozdzierając jego ciało na strzępy.

Chloe widząc zablokowane drzwi rzuciła się w stronę okna, lecz zdążyła zrobić raptem kilka kroków. Jednym susem Tommie znalazł się przy niej.

– Dokąd to, malutka? – zapytał. – Skończył ci się puder na pryszcze?

– Pierdol się, Stanton! – krzyknęła dziewczyna, rzucając w niego trzymanym w ręku smartfonem.

– Z przyjemnością – odparł Tommie. Błyszczące ostrze miecza trafiło dziewczynę pionowo w głowę, aby torując sobie drogę jak gorący nóż przez masło, przeciąć dziewczynę na pół.

Wodospad krwi wystrzelił jak fontanna, opryskując biegających tam i z powrotem uczniów. Następnie lewa połówka Chloe przewróciła się w lewo, a jej prawa połowa na prawo. Tommie nie mógł być pewien, ale raczej nie było na świecie takiej ilości pudru, aby dało się to jeszcze zakamuflować.

Teraz wrzaskom i tumultowi nie było granic, a krzyki i wycie osiągnęły swoje apogeum. Tommie spokojnie poruszał się od osoby do osoby. Miecz śmigał bez przerwy tam i z powrotem a powietrze wypełniło się czerwoną mgłą.

Nagle przez rozbite drzwi do klasy wbiegł nauczyciel fizyki, Mr. Ferguson.

– Co to za wrzaski? Co tu się do ciężkiej cholery wyprawia? – zdążył zawołać, zanim jego oczom ukazał się pełny obraz. Mr. Ferguson wybałuszył oczy, a gdy na jego ramionach jak olimpijski wieniec zawisły czyjeś szaro-fioletowe flaki, szybko wycofał się rakiem na korytarz.

Teraz do Tommiego podskoczył Larry, jeden z kumpli Freda. Jego umięśnione ramiona cisnęły morderczym strzałem kolejne krzesło. Na ułamek sekundy zanim jego metalowa noga zdążyła trafić chłopca w skroń, Smok niedbałym ruchem uderzył ogonem w nadlatujący mebel, roztrzaskując je na drobne kawałki. Tommie obrócił się wokół własnej osi rozpędzając trzymany w rękach miecz i rozcinając Marvina równiutko na wysokości pępka na dwie części. Ten, z głośnym stęknieciem zwalił się na podłogę wylewając z siebie kaskady krwi, a jego jelita wiły się jak węgorze.

Podłoga zaczęła robić się śliska; ktoś tracąc równowagę wpadł twarzą prosto w parujące na ziemi bebechy, a kolejne osoby postanowiły urozmaicić incydent poprzez puszczanie pawi.

Nagle jednocześnie dwie osoby ponownie rzuciły się do drzwi, próbując tej drogi ratunku. Mike O'Donnell, który pamiętnego dnia, gdy Tommie nurkował w pisuarze stał na czatach, oraz jego dziewczyna Ida, która nie omieszkała przemoczonemu chłopcu zrobić pamiątkowego zdjęcia smartfonem, aby dzielić się nim później z koleżankami.

Mike z potworną siłą cisnął szklaną, masywną butelką coca-coli prosto w głowę Tommiego. Ten zrobił unik, a butelka trzasnęła prosto w twarz nadbiegającej Idy, eksplodując biało-brązową pianą i odłamkami szkła. Ida stęknęła i momentalnie złożyła się jak scyzoryk.

Przez sekundę Mike patrzał zaskoczony na leżącą dziewczynę, lecz szybko doszedł do siebie. Następnie błyskawicznie obrócił się na pięcie i wyprowadził kopniaka prosto w brzuch przeciwnika. Ten zawirował jak najlepsza balerina, a Mike zobaczył jak na jego wyciągniętą nogę ze świstem opada miecz. Noga poszybowała do kąta, a w głowie Mike'a eksplodował nieskończony ból.

– Aaaaaaa – wrzasnął Mike łapiąc się za kikut i skacząc na pozostałej mu nodze. – Moja noga!!! Moja pieprzona noga!!! Uciąłeś mi moją kurewską nogę!!!

– O pardąsik, gdzie moje maniery? – odparł Tommie – Zaraz naprawię ten błąd.

Machnął ręką, a głowa z dwoma wybałuszonymi gałami przeleciała około metra i wpadła prosto do stojącego w rogu kosza na śmieci.

– Stanton – O'Donnell, jeden do zera – zawołał Tommie.

Z ziemi z charkotem zaczęła wstawać Ida. Mokre włosy spadały jej na twarz; nie do końca jeszcze przytomna jedną ręką trzymała się za skroń, chwiejąc się na nogach.

– Mi… Mike! – wyjąkała – nic… kurwa… nie widzę! M… masz go? – zapytała.

– Tak – odpowiedział Tommie – jest załatwiony.

– Ha! – wrzasnęła Ida, która otoczenie widziała na przemian podwójnie albo wcale. – Dowal mu! – krzyknęła wyciągając ślepo ramiona. – Zabij tego cholernego gnojka! Rozdepcz go jak pieprzonego karalucha!!! Słyszysz? Słyszysz?!! – krzyczała, a jej twarz wykrzywił wściekły uśmiech.

– Jak najbardziej – odparł chłopiec, a ostrze uderzyło pionowo w czubek głowy i nie zatrzymując się rozcinało trzęsące się i krzyczące ciało przechodząc najpierw przez mózg, następnie przez szyję do klatki piersiowej, mijając serce i płuca, aby wreszcie przegryźć się przez jamę brzuszną i wyjść między nogami dziewczyny, a wszystko to w przeciągu sekundy.

Na ścianę trysnął gejzer ciemnoczerwonej krwi; w końcu obie połówki dziewczyny z głośnym mlaśnięciem rozdzieliły się i padły u stóp chłopca.

Ostatnich parę osób biegało jeszcze po klasie jak bezgłowe kury. Tommie podbiegł i kilkoma cięciami szybko zakończył walkę. Przez chwilę stał dysząc pośrodku sali, zdziwiony nieco jak szybko wszystko się skończyło. Teraz z jego klasy nie pozostało nic więcej, niż pocięte na mniejsze lub większe kawałki ciała, a on sam był ostatnim żyjącym członkiem tej klasy.

Chociaż nie, jeszcze nie do końca. Poczuł nagle wbite w siebie spojrzenie. W zapadłej ciszy wolno obrócił się w jej stronę.

 

***

 

Schowana dotąd pod swoim stolikiem Becky najpierw wyprostowała się, aby następnie wejść na krzesło, a z niego na biurko. Jej nieruchoma, zastygła postać świdrowała Tommiego oczami na wylot. Jej twarz była spocona, a włosy kleiły jej się do czoła. Dziewczyna uniosła trzęsącą się rękę i wycelowała w niego palcem. Jej twarz wykrzywił grymas koszmarnego uśmiechu, a z oczu wylewało się szaleństwo. Jej górna warga uniosła się, ukazując równe, białe zęby. Tommie zrobił kilka kroków w jej stronę czując jak buty kleją mu się do podłogi. Dwa stoliki od dziewczyny zatrzymał się i usiadł na krześle. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu.

– Cześć Becky – zagaił w końcu Tommie. – Co tam słychać? Masz nową fryzurę?

– Tyyy… – wychrypiała. Jej spazmatycznie powykręcane palce gieły się i prostowały na przemian. Becky zamknęła na chwilę oczy, a gdy ponownie je otworzyła, Tommie zobaczył tylko jej białka. – Jesteśśś… skończonyyyy…. Stantonnn… – zazgrzytało z jej gardła.

– Becky, zejdź na na ziemię. Chcę ci kogoś przedstawić.

– Już ja dobrze wiem, kogo chcesz mi przedstawić – odpowiedziała wolno dziewczyna. – Ale nic mi nie zrobisz, Stantonnnn…

W jej oczach ponownie pojawiły się źrenice, lecz były ciemne i puste.

– Nic mi nie zrobisz, dupkuuu… Mam już załatwione że na na koniec roku będę królową balu, razem z Fredem, wiesz? – zapytała rozmarzonym głosem, a na jej czole rytmicznie pulsowała żyła.

– Patrzecie no na tego popaprańca – zwróciła się do jakichś wyimaginowanych osób obok – on myśli że któraś z was pójdzie z nim na bal.

Becky najwyraźniej straciła kontakt ze światem. Nie przypominała już w najmniejszym stopniu zadbanej, atrakcyjnej dziewczyny. Tommie uważał, że nie przypomina już nawet człowieka.

– Jestem pierwszą cheerleaderką, nie wiesz tego? I mam piętnaście lat, a w tym wieku się nie umiera! Nie wiesz tego? – zapytała wykrzywiając głowę. – Dlatego nic mi nie zrobisz, rozumiesz gamoniu?

Dziewczyna odrzuciła głowę do tyłu, wyrzuciła ramiona do góry i zaśmiała się piskliwym, przypominającym skowyt śmiechem.

– Ha ha ha, patrzcie no na tego dupka – wrzeszczała ze stołu. – Co za tępy dureń z niego! Ha ha, myśli że coś mi zrobi!

– Becky, uspokój się.

W oddali zawyły syreny policyjnych radiowozów. – Słyszysz to? – dziewczyna ponownie zamknęła oczy, kołysząc się tam i z powrotem. – Oto zbliżająca się kawaleria. Oni nie pozwolą ci abyś coś mi zrobił. Ja jestem nietykalna! Jestem królową, jestem poza twoim zasięgiem! Ha ha ha, to twój koniec, ty cholerna łamago, ty durniu, ty kutafonie jeden!!!

Syreny stawały się coraz liczniejsze i głośniejsze. Tommie wstał z krzesła.

– Idiota! – wymachiwała ramionami Becky. – Kretyn, wariat, imbecyl!!! – darła się w niebogłosy. – Zabiję cię i pochowam, rozumiesz??? Będę tańczyć na twoim grobie, debilu! Rozzz… umiesz to? Tańczyć, tańczyć, będę tańczyć!!!

Tommie wyjrzał przez okno.

– To już chyba koniec – powiedział i poczuł zmęczenie. – Oni zaraz tu będą… Teraz dopiero zauważył że pot spływa mu z twarzy i piecze w oczach. Zamrugał parę razy i przejechał palcami po włosach odgarniając je w tył.

– Głupi muł, ciołek, tępak i oszołom!!! – darła się dziewczyna, ale Tommie nie zwracał już na nią uwagi. Poczuł jak uginają się pod nim nogi.

– Czy to już koniec? – zapytał odwracając głowę.

Coś ciężko poruszyło się z miejca i podeszło do niego podtrzymując go pod pachami.

– Spokojnie – odparł cicho Smok. – Nic złego ci się nie stanie. Nie bój się, ja wszystkim się zajmę.

– Palant! Zakuta pała! Debil, kretyn i idiota – zaczęła powtarzać się Becky.

Pierwsze radiowozy podjechały pod budynek szkoły zatrzymując się na ulicy i trawniku. Chłopiec zobaczył wyskakujących policjantów z wyciągniętymi pistoletami. Zaczął ich liczyć, ale było ich zbyt wielu i poruszali się zbyt szybko.

Dwie ogrone łapy delikatnie ujęły jego twarz.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedział Smok. – Wiesz gdzie jest ta szopa na narzędzia, prawda? Chłopiec pokiwał głową.

– Więc idź tam teraz szybko. Nic nie mów, nie myśl o niczym. Pamiętaj, nie opuszczę cię. Wszystko będzie dobrze. Idź i nie oglądaj się, a ja zaraz dołączę do ciebie.

– Dobrze – szepnął chłopiec i ruszył w stronę drzwi. – A ty? – zapytał jeszcze.

W pomieszczeniu nagle pociemniało, całkiem jakby ktoś zasunął grube kotary. Tommie ruszył w stronę wyjścia wymijając odcięte głowy, kończyny i kupy flaków.

– Dupek i sunkinsyn!!! – wymachując ramionami darła się rozczochrana postać z drugiego końca sali. – Bękart skunksa i kojota! – wrzeczczała bez przerwy dziewczyna, która teraz zaczęła tupać nogami o blat stołu wykonując coś na kształt szaleńczego tańca deszczu.

– Ja mam tutaj jeszcze coś do załatwienia – odparł Smok. – Idź już, to potrwa tylko chwilę.

Tommie przeszedł przez rozbite drzwi i ruszył korytarzem, a oszalały bełkot dziewczyny dosięgał go jeszcze przez chwilę.

 

***

 

– Wariat! Niedołęga! Wypierdek!

– Zamknij się – huknęło nagle. Wiszące na suficie lampy zakołysały się, sypnęło tynkiem. Dziewczyna zamilkła ciężko dysząc. Jej wykrzywiona spazmem twarz była obłędną maską.

Coś bardzo dużego podeszło i wyrosło przed dziewczyną. Mimo że ta stała na stole, to coś przewyższało ją dotykając prawie sufitu. Gorący oddech owiał jej twarz a gdy uniosła oczy, jej wzrok zatonął w czeluści obłąkania.

– Ogniu, skąd przybywasz? – wychrypiała, a ślina ciekła jej po brodzie.

– Z otchłani – zagrzmiało.

– A teraz…? – dziewczyna wypowiedziała ostatnie słowa w jej życiu.

– Zabieram cię ze sobą – zadudniło gardłowo.

Becky poczuła że jej głowa zostaje ściśnięta jak w imadle, a jego miażdżące objecia rozrywają jej ciało. Zamlaskała pruta skóra, zachrzęściły mielone kości, a zrywane mięśnie i ścięgna strzelały jak pękające struny. Wrzasnęła, a strumień krwi wystrzelił jednocześnie u ust, nosa i uszu. Rozwarła szeroko oczy, a ostatnią rzeczą którą zobaczyła była paszcza pełna ostrych zębów.

 

***

 

Tommie siedział oparty o jakąś skrzynię i spoglądał przez zakurzone okno na szukających go policjantów. Mężczyźni biegali po terenie szkoły z odbezpieczoną bronią zaglądając przez okna każdej klasy. Nieco dalej zebrała się grupa ewakuowanych uczniów i personelu szkoły. Każda z osób trzymała przy uchu telefon i nerwowo gdakała do słuchawki.

Po chwili większość policjantów wyszło z budynku szkoły wiedząc już, że poszukiwany chłopak musi być gdzie indziej. Na środku skweru stała migająca czerwono-niebieskimi światłami furgonetka. Wysoki mężczyzna trzymający w ręku walkie-talkie wydawał rozkazy. Ktoś przyniósł mapę i plan szkoły, a dowodzący nachylił się nad nią. Potem uniósł głowę, rozglądnął się i utkwił wzrok w szopę.

Tommie skulił się, lecz nadal wyglądał przez okno. Policjant wyciągnął rękę i wskazał na szopę, a reszta policjantów rozbiegła się kierując się w jej stronę.

Tommie odwrócił się i usiadł na ziemi. Zamknął oczy; wciągając nosem powietrze poczuł zapach rozgrzanego drewna.

– To już koniec – powiedział – oni zaraz tu będą.

Na zewnątrz można już było usłyszeć głosy zbliżających się funkcjonariuszy.

– I tak oto kończy się moje życie… – zamyślił się nagle dziwnie pogodzony ze sobą chłopiec. Teraz, gdy było już po wszystkim, było mu już obojętne co się z nim stanie.

– Dlaczego tak mówisz? – odezwał się niski głos. – Czy nie powiedziałem że wszystko dobrze się skończy?

– Tak, ale ich jest tak wielu i są uzbrojeni…

– To bez znaczenia – odparł spokojnie Smok. – My już opuszczamy to miejsce.

– Ale stąd nie ma wyjścia! – krzyknął Tommie.

– Jest. Po prostu mi zaufaj.

 

***

 

Na końcu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pod szkołę podjeżdżały właśnie pierwsze furgonetki lokalnych stacji telewizyjnych z których wyskakiwali mężczyźni z kamerami na ramionach. Kiedy policjanci otoczyli szopę i przygotowali się do wtargnięcia, Tommie uprzedził ich kopiąc w drzwi i wybiegając na zewnątrz. Oczom funkcjonariuszy ukazał się skąpany w krwi nastolatek trzymający w rękach uniesiony nad głową miecz.

Gdy padły pierwsze strzały, Tommie zdążył usłyszeć jeszcze świst lecących kul. Potem Smok szarpnął jego małym ciałem rozdzielając je na dwa różne elementy bytu. Ten fizyczny, namacalny pozostał na miejscu targany i przebijany teraz kulami z policyjnej broni. Ten drugi, duchowy i niematerialny tkwił za to trzymany mocno między łapami stworzenia, które teraz z ogromną prędkością ulatywało w nieznane wymiary i przestworza.

 

***

 

– Wstrzymać ogień! – krzyknął kapitan Gruman. Ucichły ostatnie echa strzelaniny i funkcjonariusze ostrożnie podeszli do leżącego na ziemi ucznia. Jeden z nich machnął ręką, wtedy podbiegło dwóch sanitariuszy, ale rzucili tylko krótko okiem i zaraz odeszli.

– Szefie, nie było wyjścia – odezwał się jeden z policjantów. – Ten dzieciak miał jakąś szpadę czy coś.

– Tak, wiem – odpowiedział kapitan – widziałem. Chciał was zaatakować tym mieczem. Nie było wyjścia… Szkoda dzieciaka. Musiał oszaleć…

– Jedno z okien na pierwszym piętrze uchyliło się i wyjrzała z niego głowa innego policjanta.

– Szefie, proszę przyjść tu na górę – zawołał. – Ten mały urządził tu niezłą jatkę.

– Dobra, już idę – odpowiedział kapitan.

– Ale szefie…

– No co jest?

– Niech pan najperw podwinie nogawki!

– Słucham? – kapitan uniósł brwi.

– Nogawki! – powtórzył policjant. – Najlepiej do kolan.

– Eeee… w porządku.

Kapitan odwrócił się do kręcących się funkcjonariuszy.

– Lou – zawołał – zabezpieczcie ten miecz i czekaj na tych z medycyny sądowej, bo zaraz powinni tu być. Ja idę na górę.

– Tak jest, szefie.

Officer Gruman ruszył w stronę wejścia. Minął drzwi i wszedł do holu. Na schodach oparł nogę o stopnie schodów i zaczął podwijać nogawki, gdy nagle do korytarza wbiegł policjant.

– Kapitanie! – zawołał.

– No co tam, Lou? – Gruman uniósł głowę.

– Chodzi o ten miecz…

– Co z nim?

– Zniknął! Nie ma go!

Kapitan momentalnie wyprostował się.

– Jak to zniknął? – zapytał ostro. – Przecież musi leżeć obok ciała tego dzieciaka!

– No powinien – odparł Lou. – Tylko że go tam nigdzie nie ma. Przeszukaliśmy wszystko w promieniu 20 metrów i nic. Normalnie jakby wyparował.

 

***

 

Około południa zerwał się lekki wiatr. Technicy sądowi skończyli swoją pracę i odjechali, także ludzie z telewizji zebrali wystarczającą ilość materiału. Tu i uwdzie stał ktoś jeszcze i mówił do mikrofonu, ale gapie już się rozchodzili.

W szopie na narzędzia wirował kurz. Policyjny fotograf wszedł do niej z zamiarem zrobienia zdjęć, ale oprócz niewielkiej kałuży krwi na podłodze w miejscu, w którym o ścianę opierał się miecz, nie zobaczył nic ciekawego.

Wychodził już, gdy jego oczom ukazało się jakieś zadrapanie na drewnianej podłodze. Kucnął i dotknął je palcami; cztery głębokie bruzdy wryły się w deskę, całkiem jakby jakieś duże zwierzę drapnęło pazurami podłogę. Fotograf wykonał jeszcze jedno zdjęcie i wyszedł z szopy zamykając za sobą drzwi.

 

***

 

Tommie nie oglądał się za siebie, więc nie widział jak policjanci wynoszą jego podziurawione, martwe ciało. Czuł się błogo i bezpiecznie, i tylko to się liczyło. A gdy nie mająca czasu podróż dobiegła końca, jego bose stopy zatonęły w cudownie miękkiej trawie.

– Jesteśmy na miejscu – odezwał się Smok.

Chłopiec rozejrzał się; jego oczom ukazała się polana porośnięta gęstą trawą usianą niezliczoną ilością kolorowych kwiatów. W pobliżu rosło kilka ogromnych drzew, ich gałęzie łagodnie kiwały się na wietrze. Po błękitnym niebie płynęły białe obłoki, a w oddali słychać było szum wodospadu i śpiew ptaków.

– Idź teraz – powiedział Smok. – Ona już na ciebie czeka.

Tommie uśmiechnął się i szczęśliwy zaczął iść w stronę drewnianego domu, przed którym stała jego mama.

 

 

maj 2016

Koniec

Komentarze

Przeczytałam mniej więcej połowę i na razie wystarczy. Później skończę.

IMO, ten wstęp ciągnie się zbyt długo. W pierwszej scenie zdradzasz, jaki będzie finał, więc potem pokazywanie przez pół tekstu, jakie wydarzenia go poprzedzały, chyba mija się z celem.

Interpunkcja kuleje, czasami masz powtórzenia, trafiają się literówki.

Było lato, a nad nim niebieskie niebo po którym leniwie płynęły białe obłoki.

Nad latem było to niebo? Niby można tak poetycko, ale słabo pasuje to do reszty tekstu. Przecinek po “niebo”.

Tommie miał już 10 lat,

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie.

Od tego czasu, czasu spokoju i ciepła minęło dużo czasu,

Wszystkie trzy czasy są zamierzone?

Ich prim wiodła Becky Monrow,

Nie prim, tylko prym. Nie ich, tylko w(śród) nich. I jeśli mowa o uśmieszkach i spojrzeniach, to nie wiodła prym (bo to znaczy, że była najlepsza, pierwsza w grupie uśmieszków), a raczej celowała. Albo wiodła prym w posyłaniu uśmieszków.

Babska logika rządzi!

Doczytałam. IMO, pierwszy akapit zdradza zakończenie. Potem już tylko wprowadzasz szczegóły i elementy fantastyczne. I wiedząc, jak to wszystko musi się skończyć, nie czyta się z zainteresowaniem. Jedyne co mnie ciekawiło, to czy nauczyciel chemii przeżyje.

Irytowali mnie bohaterowie – strasznie sztampowe amerykańskie dzieciaki; przystojniak, osiłek-sportowiec-debil, dziewczyna któregoś, jej koleżanki puste jak banieczki mydlane…

Sytuacja w szkole wydaje mi się przejaskrawiona. Wszyscy równo potępiali nowego? Ani jednego outsidera, z którym protagonista mógłby się zaprzyjaźnić?

Masz trochę literówek (czasami takie, które edytor powinien podkreślić), interpunkcja kuleje, czasami jeszcze coś się sypie…

Ale nakopałeś temu małemu dupku.

Dupkowi.

-6x+2y+7+4x-5y-3=-2x-3y+4

Lepiej by wyglądało, gdybyś dodał tu trochę spacji.

– Fred, ty pierdolona zafanduło!

Safanduło.

Babska logika rządzi!

Czytało mi się całkiem dobrze.

Miałam tylko “problem” z tym, że od samego początku wiadomo, o co chodzi. I nie tylko sama historia jest przewidywalna, ale i postaci bardzo sztampowe.

“Dupku” bylo zamierzone :) Ta postac ma podobne problemy jezykowe jak n.p. taki Ferdek Kiepski: –“Co tak siedzisz po ciemku?  – Prąda oszczedzam, bo sie w domu nie przelewa”.

Aha. A czy ta postać częściej popełnia tak rażące błędy?

Babska logika rządzi!

Opowiadanie jest tak wtórne i banalne, że nawet zakończenie ujawnione w pierwszych zdaniach chyba nie mogło mu już nijak zaszkodzić. Było wszak wiele historii o gnębieniu klasowego pariasa i ta opowieść w zasadzie niczym się od nich nie różni. Stereotypowy wyrzutek, stereotypowe postaci, stereotypowe prześladowania, stereotypowa jatka na koniec.

Niedbałe wykonanie sprawiło, że opowiadanie czyta się bardzo źle – jest tu mnóstwo różnych błędów, usterek, literówek, powtórzeń czy zbędnych zaimków. Trafiają się nie zawsze poprawnie skonstruowane zdania, źle zapisane dialogi, a interpunkcja została potraktowana po macoszemu. Przykro mi to pisać, ale lektury Jak trudno być człowiekiem nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

 

pięt­na­sto­la­tek miesz­ka­ją­cy wraz z ojcem w nie­wiel­kim domku na przed­mie­ściach Chi­ca­go, na­zy­wa­ny przez swo­je­go tatę piesz­czo­tli­wie „Tom­mie“… – Zbędny zaimek. Cudzy ojciec chyba nie zwracałby się do chłopca pieszczotliwie.

 

na­zy­wa­ny przez swo­je­go tatę piesz­czo­tli­wie „Tom­mie“, a przez jego szkol­nych ko­le­gów i ko­le­żan­ki czule „dupek Stan­ton“ lub ewen­tu­al­nie „Stan­ton pier­do­ła“… – Z tego wynika, że dupkiem lub pierdołą Tommie był nazywany przez szkolnych kolegów taty.

Dwa grzybki w barszczyku – lubewentualnie to synonimy.

Proponuję: …na­zy­wa­ny przez tatę piesz­czo­tli­wie „Tom­mie“, a przez swoich szkol­nych ko­le­gów i ko­le­żan­ki czule „dupek Stan­ton“ lub „Stan­ton pier­do­ła“…

 

stęk­nął gdy jego umę­czo­ne ciało na­resz­cie mogło od­po­cząć. Po­czuł, jak jego na­pię­te do tej pory bez prze­rwy mię­śnie wiot­cze­ją, i przez krót­ki mo­ment czuł błogi spo­kój otu­la­ją­cy go jak gu­mo­wy kokon. Przez chwi­lę jego myśli… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Tom­mie leżał tak przez jakiś czas, de­lek­tu­jąc się cu­dow­ną ciszą, wy­peł­nio­ną ćwier­ka­niem pta­ków… – Skoro ćwierkały ptaki, nie było ciszy.

 

po­kuś­ty­kał do okna. Wyj­rzał przez okno… – Powtórzenie.

 

sześć lub sie­dem ra­dio­wo­zów z pi­skiem opon już wjeż­dża­ło pod szko­łę. – Czy tak trudno policzyć do siedmiu?

 

jak do tego wszyst­kie­go wo­gó­le mogło dojść. – …jak do tego wszyst­kie­go w o­gó­le mogło dojść?

 

Pierw­szych dni po naj­więk­szej stra­cie jego jesz­cze krót­kie­go życia tak na­praw­dę wła­ści­wie nie pa­mię­tał. – …naj­więk­szej stra­cie swojego, jesz­cze krót­kie­go życia

 

Jego oj­ciec po­sta­no­wił, że zmia­na oto­cze­nia do­brze zrobi jego sy­no­wi… – Zbędne zaimki.

 

I wła­śnie w to miej­sce wska­zy­wał teraz pal­cem… – I wła­śnie to miej­sce wska­zy­wał teraz pal­cem

 

sta­nął na­prze­ciw mil­czą­cej i wro­giej masie pięt­na­sto­lat­ków. – …sta­nął na­prze­ciw mil­czą­cej i wro­giej masy pięt­na­sto­lat­ków.

 

Nie­chęt­ne mu twa­rze od­wza­jem­ni­ły mu zimne spoj­rze­nia, tu i uwdzie za­uwa­żył… – Nie­chęt­ne mu twa­rze od­wza­jem­ni­ły zimne spoj­rze­nia, tu i ówdzie za­uwa­żył

 

mi­zer­ną po­sta­wą cher­la­we­go dze­cia­ka… – Literówka.

 

Tom­mie stał się naj­perw… – Literówka.

 

Z nie­skoń­czo­ną cie­pli­wo­ścią zno­sił za­da­wa­ne mu obe­lgi… – Literówka. Obelg się nie zadaje.

 

– Hej Tom­mie – wy­szcze­rzył zęby Fred War­den… – – Hej, Tom­mie!Wy­szcze­rzył zęby Fred War­den

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Kum­ple Freda par­sk­ne­li jak na ko­men­dę… – Literówka.

 

z chę­cią przy­je­ła to do wia­do­mo­ści… – Literówka.

 

Co ja mogę za to, że masz taki głupi pysk? – Literówka.

 

a jego świta jak wa­chlarz ustą­pi­ła swo­je­mu sze­fo­wi miej­sca na atak. – Jak wachlarz ustępuje miejsca?

 

na sce­nie po­ja­wi­ła się nowa po­stać.

Coach Hank, tre­ner wf-u i były ko­man­dos nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił się… – …tre­ner WF-u

Powtórzenie.

 

aby obmyć twarz. Z lu­stra spoj­rza­ła na niego umę­czo­na twarz dzie­cia­ka… – Powtórzenie.

 

Wró­cił do kuch­ni i po­grze­bał nieco w lo­dów­ce. – Jak mógł wrócić do kuchni, skoro zaraz po wejściu do domu poszedł do łazienki?

 

Zro­bił sobie san­dwi­cha… – Zro­bił sobie san­dwi­cza/ kanapkę

Używamy pisowni spolszczonej.

 

wy­peł­nio­ny był ra­do­ścią, i wszyst­ko było tak, jak miało być.

Sen, który był wspo­mnie­niem… – Objaw byłozy.

 

Sen, który był wspo­mnie­niem prze­szło­ści… – Masło maślane. Czy można wspominać przyszłość?

 

Oboje ru­szy­li do przo­du… – Czy z chłopcem ruszyła kobieta?

Oboje to mężczyzna i kobieta. Jeśli z chłopcem ruszył sen, to: Obaj ru­szy­li do przo­du

 

jego tata przez parę lat był żoł­nie­rzem, a jego od­dział sta­cjo­no­wał w pre­fek­tu­rze Oki­na­wa. Tam jego tata na­uczył się nieco ja­poń­skie­go, tam po­znał pewną biu­ro­wą se­kre­tar­kę która zo­sta­ła jego przy­szłą żoną… – Przykład nadmiaru zaimków.

 

po­znał pewną biu­ro­wą se­kre­tar­kę która zo­sta­ła jego przy­szłą żoną… – Raczej: …po­znał pewną se­kre­tar­kę, która w przyszłości zo­sta­ła jego żoną

Sekretarka jest pracownicą biurową.

 

Na boku mie­cza wid­nia­ły dzi­wacz­ne znaki, a gdy Tom­mie za­py­tał o nie tatę ten wy­tłu­ma­czył mu że są to ini­cja­ły czło­wie­ka, który zbu­do­wał to ar­cy­dzie­ło. – Czy miecze się buduje?

 

tata na­pręd­ce wy­my­ślił do­dat­ko­wą hi­sto­rię wokół me­ta­lo­we­go przed­mio­tu. – Można wymyśleć historię o czymś, ale jak się wymyśla historię wokół czegoś?

 

– Otóż wy­obraź sobie – za­ga­ił do chłop­ca… – Zagaja się rozmowę, nie można zagaić do kogoś.

 

cią­gnął dalej pró­bu­jąc nie­zdra­dzić się uśmie­chem… – …cią­gnął dalej pró­bu­jąc nie ­zdra­dzić się uśmie­chem

 

lu­dzie bie­ga­ją wokół osku­ba­nych z ba­na­nów drzew. – Banany nie rosną na drzewach.

 

uwiel­bia­ła być ad­o­ro­wa­na i za­wsze być w cen­trum uwagi. – Powtórzenie.

 

Wokół dziew­czy­ny jak dwie sa­te­li­ty za­wsze krę­ci­ły się… – Wokół dziew­czy­ny, jak sa­te­li­ty, za­wsze krę­ci­ły się

Satelita jest rodzaju męskiego.

 

kiedy wi­dział je jak idą i pa­ra­du­ją na prze­rwie po ko­ry­ta­rzu… – Paradowanie to chodzenie i popisywanie się, np. strojem.

 

resz­ta uczniów słu­żal­cze roz­cho­dzi­ła się… – Literówka.

 

pa­trząc na niego ze zmar­szo­ny­mi brwia­mi. – Literówka.

 

Pod­niósł zmę­czo­ne oczy i ob­ró­cił się w stro­nę dziew­czy­ny. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Becky wy­dę­ła po­gar­dli­wie ust… – Literówka.

 

po­wie­dzia­ła i się­gnę­ła do kie­sze­niu… – Literówka.

 

kilka lalek Bar­bie. W śród nich Tom­mie zna­lazł także trzech sta­rych Ken­tów… – Literówka. Lalka ma na imię Ken.

Ten błąd występuje też w dalszej części opowiadania.

 

od­ku­pił za dwa dol­la­ry, nie­zwa­ża­jąc na zdzi­wio­ne spoj­rze­nie… – …od­ku­pił za dwa dola­ry, nie zwa­ża­jąc na zdzi­wio­ne spoj­rze­nie

 

A tu taka nie­spo­dzia­nak… – Literówka.

 

uczniów, któ­rzy tak jak on trzy­ma­li w rę­kach swoje wła­sne dio­ra­my. – Czy istniała możliwość, by trzymali swoje cudze?

 

wsze­la­kie nie­bez­pie­czeń­stwa czy­cha­ją­ce… – …wsze­la­kie nie­bez­pie­czeń­stwa czy­ha­ją­ce

 

chło­pak runął na zie­mię… – …chło­pak runął na podłogę

Nie przypuszczam, aby w klasie było klepisko.

 

spa­da­jąc i przy­gnia­ta­jąc swoim cia­łem… – Skąd spadł, skoro był na podłodze.

 

wpa­da­ła do po­ko­ju smuga księ­ży­co­we­go świa­tła, a pokój wy­peł­nia­ło… – Powtórzenie.

 

Smok zro­bił kilka kro­ków i ob­ro­cił się do okna. – Literówka.

 

Zegar na ścia­nie klasy wska­zy­wał go­dzi­nę 12:15.Zegar na ścia­nie klasy wska­zy­wał go­dzi­nę dwunastą piętnaście.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

bę­dzie mu­siał pra­co­wać z tą kła­pią­cym dzio­bem pu­sto­gło­wiem. – …bę­dzie mu­siał pra­co­wać z tą kła­pią­cą dzio­bem pu­sto­gło­wą.

 

Chloe miała różne za­in­te­re­so­wa­nia­na… – Literówka.

 

Panie At­kins, czy ma Pan chwi­lę dla mnie?Panie At­kins, czy ma pan chwi­lę dla mnie?

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Przcież ona nie roz­róż­nia nawet kwa­sów od zasad… – Literówka.

 

umysł przy­glą­dał się tej sce­nie z za­cie­ka­wie­niem, cał­kiem jakby chcia­ło się do­wie­dzieć… – Literówka.

 

nadal krzy­cza­ło w nie­bo­gło­sy. – …nadal krzy­cza­ło wnie­bo­gło­sy.

 

Co u dia­bła się z nim dzia­ło? – ko­ło­ta­ło mu w gło­wie. – Literówka.

 

się­gnął do swo­jej ławki po tor­ni­ster. – Piętnastolatki noszą tornistry?

 

Skąd ona się tu wzie­ła? – Literówka.

 

A teraz ta­so­wa­ła go wzro­kiem… – A teraz takso­wa­ła go wzro­kiem

 

jej twarz wy­krzy­wio­na była w gry­ma­sie nie­tłu­mio­nej zło­ści, jej wargi roz­chy­li­ły się uka­zu­jąc białe zęby. Nie­na­wiść biła z jej wy­ce­lo­wa­nych… – Nadmiar zaimków.

 

jak kłoda runął na zie­mię. – …jak kłoda runął na podłogę.

 

czy jed­nak bę­dzie wy­mio­to­wał czy nie, jed­nak żo­łą­dek… – Powtórzenie.

 

w jego kie­run­ku z pręd­ko­ścią dzwię­ku… – Literówka.

 

Wie­czo­rem oboje sie­dzie­li przy stole. – Kim była kobieta siedząca z nim przy stole?

 

tu i uwdzie sły­chać było cy­ka­nie świersz­czy. – …tu i ówdzie sły­chać było cy­ka­nie świersz­czy.

 

kro­cząc obok stwo­rze­nia czuł, jak z każ­dym kro­kiem coraz bar­dziej drży zie­mia. – Czy to zamierzony rym?

 

Bu­dy­nek szko­ły stał ską­pa­ny w pro­mie­niach słoń­ca. Jego po­ma­rań­czo­wa bryła zda­wa­ła się być jesz­cze uśpio­na… – Zrozumiałam, że pomarańczowa bryła słońca była uśpiona.

 

kiedy pierw­si ucznio­wie za­cze­li na­pły­wać… – Literówka.

 

Obej­rzał się za sie­bie i za­marł… – Masło maślane. Czy można obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Obej­rzał się i za­marł… Lub: Spojrzał za sie­bie i za­marł

 

Mu­sku­lar­ne ra­mo­na na­pię­ły się… – Literówka.

 

Gdzie jest..? – za­sy­cza­ło.Gdzie jest? – za­sy­cza­ło.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

W pa­da­ją­cych przez okna smu­gach świa­tła zo­ba­czył wi­ru­ją­ce ob­ło­ki kurzu. Za­nu­rzał się w nich na prze­mian z cie­niem… – Z tego wynika, że w wirujących obłokach kurzu zanurzali się na przemian, raz Tommie, a raz cień.

 

była za to ogro­ma ulga… – Literówka.

 

a gdy sta­nął wresz­cie przed drzwia­mi jego wła­snej klasy… – …przed drzwia­mi swojej klasy… Lub: …przed drzwia­mi wła­snej klasy

 

Z za­cie­ka­wie­niem na­ukow­ca prza­jął do wia­do­mo­ści… – Literówka.

 

wy­star­czy­ło tylko po­my­śleć aby móc ko­mu­ni­ko­wać się z jego obroń­cą. – …wy­star­czy­ło tylko po­my­śleć, aby móc ko­mu­ni­ko­wać się ze swoim obroń­cą.

 

Po­je­dyń­cza łza po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku oka.Po­je­dyncza łza po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku oka.

 

sza­leń­stwa które spro­wa­dzi­ło go tam gdzie się zna­lazł… – …sza­leń­stwa, które spro­wa­dzi­ło go tu, gdzie się zna­lazł

 

Drzwi ustą­pi­ły i oboje we­szli do klasy. – Smok jest rodzaju męskiego, więc: Drzwi ustą­pi­ły i obaj we­szli do klasy.

 

Fred, Jason i Mark za­je­li nie­chęt­nie swoje miej­sca. – Literówka.

 

wyjął z torby książ­kę i ze­szyt do me­te­ma­ty­ki. – Literówka.

 

do ni­cze­go nie po­trzeb­ny przed­miot… – …do ni­cze­go niepo­trzeb­ny przed­miot

 

Na­uczy­ciel pod­szedł do ta­bli­cy wy­pi­su­jąc kredą kilka rów­nań. – Podszedł wypisując? Jednocześnie?

 

– Co tam mam­ro­czysz? – Literówka.

 

Uśmie­chął się pod nosem. – Literówka.

 

Fred roz­gląd­nął się zdzi­wio­ny wokół sie­bie. – Dlaczego Fred był zdziwiony wokół siebie?

Może: Fred, zdziwiony, rozejrzał się wokół siebie.

 

ka­wa­łek me­ta­lu ści­ska­ny oboj­giem dłoni. – …ka­wa­łek me­ta­lu ści­ska­ny obiema dłońmi/ oburącz.

 

Jakby tego było mało, oczy chłop­ca były krwi­sto­czer­wo­ne, a jego wy­krzy­wio­na gry­ma­sem twarz ro­ze­rwa­na była ogrom­nym uśmie­chem uka­zu­ją­cym śnież­no­bia­łe rzędy ostrych, dłu­gich zębów. Nie był to już tylko zwy­kły Stan­ton… – Przykład byłozy.

 

jak skrę­ca­ją mu się wszyst­ki kisz­ki. – Literówka.

 

gdy nagle z hu­kiem eks­plo­do­wa­ły drzwi. – Jaki huk? Jaka eksplozja? Wcześniej napisałeś: …ogromna łapa położyła się na klamce miażdżąc ją w swoim uścisku jakby była z plasteliny. Drzwi ustąpiły i oboje weszli do klasy.

 

Wszyst­kie oczy oczy skie­ro­wa­ły się w tę stro­nę. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Sten­ton trzy­ma w ręku coś na kształ dłu­gie­go… – Literówka.

 

Krzy­kę­ła za stra­chu… – Literówka.

 

jej krzyk szyb­ko za­mie­nił się sko­wyt… –…jej krzyk szyb­ko za­mie­nił się w sko­wyt

 

wpa­try­wa­ła się w coś, co miało łuski, szpo­n bar­dzo dużo zębów… – Co to jest szpon bardzo dużo zębów?

 

przy­glą­dać się wszyst­kie­mu z ab­so­lut­nym spo­ko­jem; zda­wał sobie spra­wę że wszyst­ko dzie­je się bły­ska­wicz­nie… – Powtórzenie.

 

W tym mo­me­cie nie ist­nia­ła żadna siła… – Literówka.

 

– Fred, ty pier­do­lo­na za­fan­du­ło!– Fred, ty pier­do­lo­ny sa­fan­du­ło!

Safanduła jest rodzaju męskiego.

Zdaję sobie sprawę, że Tommie mógł tego nie wiedzieć.

 

Świst­nę­ło i dwa od­cię­te od tu­ło­wia ra­mio­na… – Świsnę­ło i dwa od­cię­te od tu­ło­wia ra­mio­na

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciąg dalszy łapanki:

 

z łup­nię­ciem ude­rzyć o zie­mię. – …z łup­nię­ciem ude­rzyć o podłogę.

 

eks­plo­do­wa­ła ka­ka­fo­nią krzy­ków i wrza­sków. – Literówka.

 

do księ­gi re­kor­dów Gu­ines­sa… – …do Księ­gi re­kor­dów Gu­innes­sa

 

darło się parę osób w nie­bo­gło­sy. – …darło się parę osób wnie­bo­gło­sy.

 

Znów świst­nę­ło i kilku z nich ru­nę­ło na zie­mię… – Znów świs­nę­ło i kilku z nich ru­nę­ło na podłogę

 

darła się w nie­bo­gło­sy Becky… – …darła się wnie­bo­gło­sy Becky

 

Szczu­pa­kiem rzu­cił się na chłop­ca aby zwa­lić go na zie­mię.Szczu­pa­kiem rzu­cił się na chłop­ca, aby zwa­lić go na podłogę.

 

unik­nął ude­rze­nia, wi­ru­jąc sza­leń­czo we wszyst­kie stro­ny. – Jak można wirować we wszystkie strony?

 

a nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­na masa skła­da­ją­ca się z jego jelit, krwi oraz in­nych or­ga­nów… – Skoro wiadomo z czego masa się składała, to nie była niezidentyfikowana.

 

resz­tą za­je­ła się fi­zy­ka. – Literówka.

 

Wo­do­spad krwi wy­strze­lił jak fon­tan­na… – Widzę tu zasadniczą sprzeczność – wodospad płynie w dół, a fontanna tryska w górę.

 

Na­stęp­nie lewa po­łów­ka Chloe prze­wró­ci­ła się w lewo, a jej prawa po­ło­wa na prawo. Tom­mie nie mógł być pe­wien, ale ra­czej nie było na świe­cie ta­kiej ilo­ści pudru, aby dało się to jesz­cze za­ka­mu­flo­wać. – Co, w zaistniałej sytuacji, miał kamuflować puder?

 

z gło­śnym stęk­nie­ciem zwa­lił się na pod­ło­gę… – Literówka.

 

parę osób bie­ga­ło jesz­cze po kla­sie jak bez­gło­we kury. Tom­mie pod­biegł i kil­ko­ma cię­cia­mi szyb­ko za­koń­czył walkę Przez chwi­lę stał dy­sząc po­środ­ku sali, zdzi­wio­ny nieco jak szyb­ko wszyst­ko się skoń­czy­ło. – Powtórzenia.

 

po­wy­krę­ca­ne palce gieły się i pro­sto­wa­ły… – Literówka.

 

Je­steś skoń­czo­ny­y­yy…. – Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

– Becky, zejdź na na zie­mię. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Mam już za­ła­twio­ne że na na ko­niec roku będę kró­lo­wą balu, razem z Fre­dem, wiesz? – Dwa grzybki w barszczyku.

Czy dobrze zrozumiałam, że Becky i Fred będą królową balu?

 

Pa­trze­cie no na tego po­pa­prań­ca… – Literówka.

 

– Je­stem pierw­szą che­er­le­ader­ką… – – Je­stem pierw­szą czirlider­ką

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Dziew­czy­na od­rzu­ci­ła głowę do tyłu, wy­rzu­ci­ła ra­mio­na do góry… – Powtórzenie.

 

darła się w nie­bo­gło­sy. – …darła się wnie­bo­gło­sy.

 

Coś cięż­ko po­ru­szy­ło się z miej­ca… – Literówka.

 

Dwie ogro­ne łapy de­li­kat­nie ujęły jego twarz. – Literówka.

 

wrzecz­cza­ła bez prze­rwy dziew­czy­na… – Literówka.

 

jego miaż­dżą­ce ob­je­cia roz­ry­wa­ją jej ciało. – Literówka.

 

– Niech pan naj­perw pod­wi­nie no­gaw­ki! – Literówka.

 

Of­fi­cer Gru­man ru­szył w stro­nę wej­ścia. – Literówka.

 

Prze­szu­ka­li­śmy wszyst­ko w pro­mie­niu 20 me­trów i nic.Prze­szu­ka­li­śmy wszyst­ko w pro­mie­niu dwudziestu me­trów i nic.

 

Tu i uwdzie stał ktoś jesz­cze… – Tu i ówdzie stał ktoś jesz­cze

 

czte­ry głę­bo­kie bruz­dy wryły się w deskę… – Raczej: …czte­ry głę­bo­kie bruz­dy wyryły się w desce

 

Tom­mie nie oglą­dał się za sie­bie… – Tom­mie nie oglą­dał się… Lub: Tom­mie nie patrzył za sie­bie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka