- Opowiadanie: Souixie - Cztery strzały

Cztery strzały

To jest pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Przez ponad rok, leżało sobie spokojnie na dysku, aż kilka tygodni temu postanowiłem się za nie porządnie zabrać. Oto efekt. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

regulatorzy, bemik, Użytkownicy II, Użytkownicy

Oceny

Cztery strzały

Sara Jones nigdy w życiu nie była poza granicami Eddington. Prawdę mówiąc, w czasie swojego krótkiego życia najciekawszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała, była walka dwóch psów w miejskim parku. Stała, ukrywając się za drzewem, i obserwowała z fascynacją jak dwie potężne bestie rozrywają swoje ciała na strzępy. W rezultacie, oba zdechły z wyczerpania i leżały tam jeszcze długo, rozkładając się, nim ktokolwiek pofatygował się, żeby w końcu uprzątnąć pobojowisko.

Poza tym w Eddington nigdy nic się nie działo, ot zwykłe małe miasteczko ze wszystkich stron otoczone przez lasy i jeziorka. Nie było kina, kręgielni ani miejsca, gdzie można by zjeść coś porządniejszego niż burgery serwowane przez Jednookiego Rogera w starej, zdezelowanej, drewnianej budzie, znajdującej się w tej części miasta, która podobno była jego centrum.

Właściwie nigdy nie świeciło tam słońce. Każdego dnia gruba warstwa szarawych chmur witała je, gdy wschodziło i w równie beznamiętny sposób żegnała, kiedy zachodziło. W takim właśnie miejscu przyszło żyć Sarze Jones, jedynej córce, samotnie wychowującej ją, Eleonor. Jej mąż, Ted, zostawił je krótko po narodzinach Sary. Był zawodowym pijakiem, jednym z lepszych w swoim zawodzie. Prowadził nawet sezonową szkółkę dla początkujących, w której to przekonywał amatorów kieliszka, że nauczy ich jak doprowadzić się do błogiego stanu, używając najmniejszej możliwej ilości alkoholu. Był jednak warunek – zainteresowany musiał zadbać o niezbędne narzędzie do pracy.

Pobrali się, gdy Elen miała zaledwie siedemnaście lat. Dziewiętnastoletni wówczas Ted, objawiał już tendencję do notorycznego upijania się. Zawsze miał alkohol przy sobie, a bycie trzeźwym na szkolnej imprezie uważał wręcz za hańbę. Upoił dziewczynę, po czym na tyle pickapa ojca zaspokoił swoje potrzeby. Elen nie stawiała oporu, nie z powodu wypitego alkoholu, ale ze strachu przed Tedem i tym, co mógłby jej zrobić, gdyby nie chciała mu się oddać.

Jakiś czas później, podczas jednego z typowych wieczorów, gdy Ted zabawiał się swoją dziewczynką kompletnie pijany, zapomniał o zabezpieczeniu i wyładował wszystko co miał w głąb Elen.

W takich właśnie okolicznościach powstała Sara. Na tyłach brudnego, opuszczonego magazynu w towarzystwie robaków i innych paskudztw.

Elen, odkrywszy, że jest w ciąży, załamała się i szybko znienawidziła to, co miała przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem. Jej rodzice nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. Twierdzili, że skoro zdecydowała się zmarnować sobie życie, to niech dalej marnuje je sama. Jedynym rozwiązaniem okazał się szybki ślub. 

Obyło się bez wesela, gości i prezentów, ot szybka ceremonia i do domu. W ramach nocy poślubnej Ted po raz pierwszy ją skatował, i stwierdziwszy, że go to podnieca, na stałe wprowadził bicie do swojego repertuaru.

Wtedy życie Elen Jones przerodziło się w prawdziwe piekło – trwające pięć lat, ciągłe bicie, gwałcenie i poniżanie. 

Musiała rzucić szkołę na rzecz opieki nad dzieckiem, za co znienawidziła je jeszcze bardziej. Często myślała, żeby udusić małą nocą za pomocą poduszki, lecz nigdy nie wystarczyło jej na to odwagi. Ponadto, gdyby on się o tym dowiedział, prawdopodobnie zatłukłby ją na śmierć.

Pewnego wieczoru, Ted, po tym jak ostro zerżnął i pobił swoją żonę, wyszedł na spacer za flaszką, z którego już nie wrócił. Kompletnie pijany wpadł do rowu i nadziawszy się na kilka drewnianych pali umarł w samotnych męczarniach.

Pogrzeb odbył się równie szybko jak ślub.

W ten sposób Elen, dzięki szczęśliwemu przypadkowi, pozbyła się jednego poważnego problemu z domu. Jednak jej prawdziwa zmora, największy koszmar, wciąż mieszkał w pokoju obok, jadał z nią posiłki przy stole, czasami nawet się do niej odzywał, a jego głos przyprawiał ją o mdłości.

***

Sara Jones nigdy wcześniej nie opuszczała Eddington, ale tego dnia miało się to zmienić.

Rozpoczęła naukę w liceum, z którym wiązała duże nadzieje. Czuła, że będzie to dla niej nowy start i szansa na zbudowanie przyjaźni. Wierzyła też, że po ukończeniu szkoły będzie mogła w końcu wyjechać z miasta i zacząć naprawdę żyć.

Uczniowie klas pierwszych mieli pojechać do zoo na wycieczkę integracyjną. Sara czuła ekscytację na myśl, że w końcu zobaczy coś ponad Eddington, a ponadto będą to zwierzęta, które do tej pory mogła zobaczyć tylko w starej encyklopedii, należącej do jej mamy.

Mama bardzo się wściekła na małą Sarę, gdy zobaczyła, że ta dotyka jej książki.

Dziewczynka miała wtedy może z sześć lat.

Tatuś odszedł już do aniołków śpiewać kolędy – tak sobie to tłumaczyła, ponieważ mama nie chciała z nią rozmawiać na ten temat. Rzadko kiedy chciała z nią w ogóle rozmawiać. Sara przez pewien czas myślała, że to normalna rzecz, że rodzice, a szczególnie mamusie, po prostu tak mają. Później, gdy dowiedziała się od swojej przedszkolnej przyjaciółki, Jackie, że jej mama zabiera ją na spacery i kupuje zabawki, zaczęła się niepokoić i dostrzegła, że w jej relacjach z matką jest coś nie w porządku. Jednak wciąż była zbyt mała, aby to rozumieć.

Kiedy Eleonor zobaczyła swoją córkę, siedzącą na środku łóżka, z jej dziecięcym atlasem zwierząt zaniemówiła. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Stała tak, coraz bardziej blednąc i czuła jak niekontrolowana nienawiść zaczyna się w niej gotować. Sara podniosła wzrok i spojrzała na mamę z wielkim uśmiechem wymalowanym na twarzy.

– Spójrz mamusiu, jaki piękny słonik – mówiąc to, odwróciła książkę w stronę Elen, aby ta mogła spojrzeć, ale ona nawet nie drgnęła. Wciąż wpatrywała się w dziecko nie wiedząc, co zrobić.

Sara podejrzliwie zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć, o co chodzi.

– Czy coś się stało mamusiu? Jesteś blada jak jakiś duch! – Zrobiła przestraszoną minę i zasłoniła oczy rączkami.

Nagle w Elen coś pękło. Złość i nienawiść przekroczyły masę krytyczną.

– J-jaakim prawem d-dotknęłaś tej książki?!

(Zabij ją, tego zawsze chciałaś. Zabij ją! Zła dziewczynka Zabij ją!)

W tym momencie Sara przestała udawać, że się boi. Książeczka wypadła jej z rąk a twarz przybrała wyraz poprzedzający płacz. Elen zrobiła dwa kroki w stronę córki. Kątem oka dostrzegła wąski, skórzany pasek wiszący na krześle przy toaletce. Wzięła go do ręki i złożyła w pół. Dziewczynka zaczęła płakać z przerażenia, a gdy ponownie spojrzała na twarz matki, zazwyczaj piękną, teraz wykrzywioną przez złość, z przekrwionymi oczami, poczuła, że zaczyna tworzyć się wokół niej mokra, ciepła plama.

– Patrz, co zrobiłaś, ty mała, pieprzona smarkulo!

(Zabij!)

Jakim prawem tu weszłaś, jakim prawem dotykasz moich rzeczy?!

(Zabijzabijzabij!)

Zapaskudziłaś mi cale łóżko, teraz będę musiała to wszystko wyrzucić!

(poduszką, tak jak zawsze chciałaś)

Elen była już bardzo blisko swojej córki, jeszcze jeden krok i dosięgnie ją paskiem

– Maaaaamusiu ja nie chciałam – płakała – ja naprawdę nie chciałam, mamusiu przepraszam, kocham Cię, nie bij!

– Kochasz mnie?!

(Żałosne)

Jakbyś mnie kochała, to nie zafajdałabyś mi całego łóżka! Nienawidzę cię mała gówniaro, czemu musisz tu być? Czemu niszczysz mi życie?

(Zabijzabijzabij, uderz, wyładuj, dosięgniesz)

Elen była już wystarczająco blisko. Zamachnęła się i z całej siły uderzyła dziewczynkę w twarz. Sara spadła na ziemię. Nie mogła złapać oddechu, ból był oszałamiający. Kobieta obeszła łóżko i znalazła się tuż nad nią. Kolejny cios spadł na plecy. Mała zesztywniała z bólu, jej usta rozwarły się, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk.

Sara resztkami sił zerwała się na nogi i próbowała uciec, ale Elen zareagowała błyskawicznie, podcinając pasem jej nogi. Dziewczynka straciła równowagę, przeleciała przez pokój i zderzyła się główką z komodą stojącą w rogu pokoju.

Padła na ziemię i straciła przytomność.

Obudziła się przed zamkniętymi drzwiami do sypialni. Bolało ją całe ciało i dygotała z zimna. Oszołomiona, w pierwszej chwili nie mogła sobie przypomnieć, co się stało i gdzie się znajduje, lecz przy najmniejszym ruchu jej ciało w porażający sposób odtwarzało wydarzenia sprzed kilku chwil. 

Pomyślała, że musi iść przeprosić mamusię, za to, że wzięła książeczkę i że pokazała jej słonika. Nie powinna była tego robić. Grzeczne dziewczynki tak nie postępują. Nacisnęła na klamkę i spróbowała popchnąć drzwi. Były zakluczone. Delikatnie zapukała. Cisza. Zapukała głośniej. Cisza.

– Mamusiu? Jesteś tam? Prze-przepraszam. – Głos jej się załamał i znowu się rozpłakała.

Stała pod drzwiami jeszcze chwilę, aż usłyszała głos swojej matki.

– Wypierdalaj stąd smarkulo i najlepiej zdechnij gdzieś poza domem.

Sara z płaczem odbiegła od drzwi i pobiegła do swojego pokoju. Usiadła w kącie i resztę dnia przepłakała wtulona w poduszkę, która zastępowała jej pluszowego misia.

Elen siedziała w swoim pokoju przez następną dobę. Nie jadła, nie spała, nawet nie zmieniła zasikanej pościeli. Leżała ogarnięta bezsilnością, nienawiścią oraz, co było czymś zupełnie nowym, poczuła bardzo delikatne, ale dostrzegalne poczucie winy. Nie zamierzała przepraszać córki, ale postanowiła, że spróbuje, chociaż trochę pohamować swą złość.

Później o tym nawet nie wspomniały, ale podobna sytuacja nie miała już nigdy miejsca, chociaż Elen wciąż traktowała Sarę w zimny i obcy sposób.

Sara doskonale zapamiętała tamten dzień. Często budziła się oblana potem na wskutek nocnych koszmarów, w których wspomnienia wracały ze zdwojoną siłą. Dorastając nauczyła się być twarda i niezależna. Matka zapewniała jej tylko pieniądze i miejsce do mieszkania. Sama musiała sobie gotować i nikt nigdy nie pomagał jej w obowiązkach domowych, ani w nauce. Nie mogła zapraszać nikogo do domu i nie próbowała, gdyż wstydziła się kobiety, z którą musiała żyć.

Raz, gdy była jeszcze w szkole podstawowej, złamała rękę. Matka nie chciała nawet przyjechać po nią i zabrać do lekarza.

– Ma przy sobie pieniądze, niech jedzie do szpitala i sama to załatwi – mówiła do telefonu, gdy dyrektorka, Pani Hurley, zadzwoniła, żeby poinformować o całej sprawie.

– Ale pani Jones, najbliższy szpital jest w Greenville, pięćdziesiąt kilometrów stąd!

– Autobusy jeżdżą tam co dwie godziny, niech wsiada i jedzie, a pani niech przestanie zawracać mi głowę. W przeciwieństwie do niektórych, jak widać, ja muszę pracować…

– Na tym właśnie polega moja praca! – oświadczyła dyrektorka i z siłą odłożyła słuchawkę.

Ostatecznie pani Hurley osobiście zabrała Sarę do miejscowego lekarza, który na szczęście potrafił założyć gips po czym odstawiła do domu, z którego dziewczyna nie mogła wychodzić przez następne dwa tygodnie.

Matka wyżywała się na niej z tego powodu, wyzywając od nierobów i darmozjadów. Twierdziła nawet, że specjalnie złamała rękę, aby wymigać się od obowiązków. Sarę bardzo raniły te słowa, ale postanowiła sobie, że nie będzie walczyć z matką, żeby sytuacja sprzed lat się nie powtórzyła.

***

Nauczycielka języka angielskiego, pani Rumford, stara zgarbiona kobiecina, która nie widziała niczego, co działo się dalej niż dwa metry przed nią (wszyscy ją za to bardzo lubili; sciąganie na klasówce było proste jak wskaźnik, którym raz prawie wydłubała oko uczniowi w pierwszej ławce), poleciła ustawić się w dwuszeregu, żeby mogła sprawdzić obecność. Gdy wszystko się zgadzało, skinieniem ręki wskazała im, że mają wsiadać do autobusu.

Sara usiadła przy oknie, a obok niej, jej jedyna przyjaciółka, Ruth. Była to mała, chuda, ruda dziewczynka cała pokryta piegami.

– Wiesz, muszę ci się do czegoś przyznać. – Zaczęła Sara, ale Ruth natychmiast jej przerwała.

– Czy chodzi o tego Georga Sovingtona?! Widziałam jak na siebie patrzycie! – Aż podskakiwała z ekscytacji. Ruth lubiła wszelkie plotki, romanse i uważała się za czołową swatkę Eddington. – Mogę z nim pogadać, jak chcesz, pamiętasz, jak to było z Emilly i Joshem…

– Co? O czym ty…? Nie, nie, nie Ruth, uspokój się, nawet nie wiem o jakiego Georga Ci chodzi – zaśmiała się – mam na myśli, że to jest mój pierwszy… Pierwszy wypad poza Eddington. – Myślała, że dziewczyna wybuchnie śmiechem, ale ta spoważniała.

– Mówisz serio? Nigdy nie byłaś, choćby nie wiem, w Little Rock nad jeziorem albo w Greenville w kinie? Jak to możliwe?

– Nigdy nie pływałam nawet w basenie, nie umiem zresztą pływać, a filmy tylko w telewizji – odparła.

– Ale dlaczego? Twoi rodzice boją się ludzi czy co?

– Moja mama nie chciałaby ze mną nigdy nigdzie pojechać, nie chcę o niej rozmawiać.

Oczy naszły jej łzami i odwróciła się w stronę okna, żeby to ukryć.

– Jezu Sara, przepraszam, nie chciałam cię urazić. – Ruth próbowała ratować sytuację, ale Sara zdążyła już zamknąć się w swoim świecie.

Sam dźwięk słowa mama wprowadzał ją w zły nastrój, a już szczególnie po kłótni, która odbyła się rano tego dnia.

Matka siedziała w kuchni pijąc kawę. Przed nią leżał numer Eddington’s Daily a z małego radia wydobywały się dźwięki rockowej audycji. Sara chciała, żeby mama podpisała jej zgodę na wycieczkę i wieczorem, kiedy wrócą, odebrała ją spod szkoły.

– Mamo? – Elen nawet na nią nie spojrzała. – Jedziemy dzisiaj ze szkoły do Greenville, chciałbym żebyś podpisała mi tę zgodę i…

– Sama sobie podpisz.

– Ale tu jest potrzebny twój podpis – powiedziała bardzo cicho Sara.

– Mam to gdzieś! – Podniosła głowę i wlepiła w nią gniewne spojrzenie. – Jak chcesz jechać to podpisz to i nie zawracaj mi dupy do cholery!

– Jeszcze jedno… – Zaczęła Sara, ale Elen jej przerwała.

– Jezus dziewczyno, uparłaś się, żeby zatruwać mi życie? Jeśli potrzebujesz pieniędzy to wiesz, gdzie są.

– Nie, nie o to mi chodziło. Czy mogłabyś odebrać mnie spod szkoły jak już wrócimy? Będzie już po zmroku i nie chciałabym wracać sama do domu.

„Najlepiej jakbyś w ogóle nie wróciła”. – Przeszło przez myśl Ellen, ale powstrzymała się od wypowiedzenia tego na głos.

– O której godzinie? – Spytała, usiłując nadać swojemu głosowi spokojny ton.

– Pani Rumford podejrzewa, że będziemy około godziny dziewiątej wieczorem. – Sara nie potrafiła ukryć zaskoczenia w swoim głosie. Czyżby matka faktycznie zamierzała po nią przyjechać?

Elen myślała przez chwilę, po czym wróciła do czytania gazety.

– Nie, mam to gdzieś – powiedziała – radź sobie sama. Może jakbyś znalazła sobie w końcu jakiegoś chłopa, to by Cię odwiózł, chociaż… Jaki chłopak chciałby się spotykać z taką głupią i szpetną dziewczyną jak Ty. – Podniosła wzrok na córkę i zaczęła się głośno śmiać. Sara złapała tylko swoją torbę i z płaczem wybiegła z domu.

 

Nie potrafiła powiedzieć, że nienawidzi swojej matki. Nie umiała dopuścić nawet takiej myśli do siebie. Gdy się pojawiała, natychmiast ją ignorowała starając się myśleć o przyjemniejszych rzeczach.

Lecz od pewnego czasu czuła, że wzbiera w niej gniew. Wściekała się na swoją bierność i bezbronność, na to że nie potrafiła się postawić i krzyknąć matce w twarz jaką to jest jędzą i jaką krzywdę jej wyrządzała przez całe życie. Incydent sprzed lat skutecznie ją wystraszył.

Nie odzywała się do nikogo przez resztę podróży. Siedziała odwrócona do okna i ze smutkiem obserwowała zupełnie obcy dla niej świat. Czuła się mała i bezbronna wobec ogromnych lasów i pól, na których pasły się, obojętne na otaczającą je rzeczywistość, krowy.

Kiedy w końcu dotarli do Greenville, dziewczyna nieco się ożywiła. Miasto, w przeciwieństwie do Eddington tętniło życiem. Patrzyła na elegancko ubranych ludzi, którzy zdecydowanym krokiem zmierzali do swoich miejsc pracy, zafascynowana czytała reklamy na wielkich bilbordach, migające światłem kolorowych diod. To wszystko było dla niej zupełnie nowe, kontrastowało z leniwym życiem społeczeństwa jej rodzimego miasteczka.

Zoo znajdowało się na obrzeżach. Przejechawszy przez miasto, kierowca autobusu skręcił w nieutwardzoną drogę, która prowadziła pod samą bramę rezerwatu dzikich zwierząt.

– Sara! Obudź się dziewczyno! Jesteśmy na miejscu – powiedziała podekscytowana Ruth delikatnie szturchając ją w żebra. – Wiedziałaś, że mają tu prawdziwe słonie? Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć słonia. Moja mama… – Przerwała nagle bojąc się reakcji Sary, ale ta uśmiechnęła się do niej i odpowiedziała.

– Wiem o słoniach. Specjalnie dla nich tak bardzo chciałam tu przyjechać, czyż nie jest to najpiękniejsze zwierzę na świecie?

Ruth rozpromieniła się i zaczęła wyrzucać z siebie kolejne słowa, ale Sara już jej nie słuchała. Znowu odpłynęła myślami do incydentu.

„Tak, są piękne, ale… Ból… Tyle cierpienia”. – Pomyślała i poczuła, że do oczu znów napływają jej łzy.

„Weź się w garść Saro! To tylko dziecięce lęki. Jesteś już dorosła. No, prawie… Matki tu nie ma, nie może ci tego zniszczyć”. – Z tą myślą wysiadła z autobusu, a gdy zobaczyła słońce na niebie, uśmiech wrócił na jej twarz.

Pani Rumford ustawiła grupę w dwuszeregu i jeszcze raz wszystkich policzyła, po czym nakazując im czekać z panem Dawsonem (młodym nauczycielem języka angielskiego), poszła do kasy po bilety i przewodnika.

Zoo znajdowało się w środku lasu, z dala od głównej drogi. Panowała tu cisza i typowa dla dzikich terenów różnorodność flory. Pani Rumford gestem dłoni zebrała grupę i razem, z przewodnikiem na czele, przeszli przez bramę.

Rezerwat był ogromny. Przejście przez niego zajęło im ponad dwie godziny. Młodzież z zafascynowaniem oglądała wszelkie zwierzęta, poczynając od zwykłych koni, przez jadowite węże i toksyczne żaby, na dzikich kotach kończąc.

Sara pierwszy raz w życiu czuła się swobodnie i beztrosko. Nie myślała o matce ani o swoich problemach. Śmiała i wygłupiała się z innymi, miło spędzając czas.

W końcu przewodnik poinformował ich, że wycieczka powoli dobiega końca i że, zostało im już tylko jedno do zobaczenia, największa duma zoo, czyli wybieg dla słoni. Sara poczuła lekki skurcz w żołądku na myśl, że zaraz ujrzy te majestatyczne zwierzęta na żywo.

Udali się ścieżką w głąb lasu i po chwili dotarli do celu. Wybieg dla słoni okazał się ogromną polaną, na której rosły pojedyncze drzewa oraz stały chatki, w których to zwierzęta mogły odnaleźć schronienie przed gorszą pogodą.

Z oddali dostrzegli już pierwsze słonie. One, zauważywszy ich, zaciekawione zaczęły się zbliżać, prawdopodobnie myśląc, że otrzymają jakiś przysmak.

Tym razem łzy, które napłynęły do oczy Sary, nie były łzami smutku. Płakała ze szczęścia. Spełniało się, jej największe marzenie.

Po krótkim przedstawieniu zwierząt i opisaniu ich historii, przewodnik pożegnał się, a pani Rumford poinformowała grupę, że mają teraz chwilę dla siebie i że za trzydzieści minut chce wszystkich widzieć przy głównej bramie.

Sara nie czuła potrzeby kupowania pamiątek ani nie czuła głodu, więc postanowiła zostać przy słoniach. Usiadła przy samym ogrodzeniu i obserwowała. Reszta grupy szybko udała się w stronę centrum zoo, tak że została sama. Nie sprawdziły się jej obawy. Nie poczuła strachu, ani nienawiści, wręcz przeciwnie, poczuła, że kocha te wielkie stworzenia całym sercem.

Sara rozejrzała się i dostrzegła dziewczynkę, która biegła w stronę ogrodzenia. Mała miała co najwyżej cztery latka i mimo chłodnego dnia, nałożoną śliczną sukienkę. Za nią szybkim krokiem podążała para w średnim wieku. Trzymali się za ręce i wyglądali na zakochanych oraz szczęśliwych. Dziecko, biegnąc potknęło się o wystający korzeń i już miało upaść na ziemię, kiedy mężczyzna szybko skoczył do przodu i w ostatniej chwili je złapał. Dziewczynka wybuchnęła słodkim, piskliwym śmiechem i wtuliła się w swojego ojca.

Sara poczuła nadpływającą falę rozpaczy. Obserwowała to, czego nigdy nie doświadczyła, to, czego zawsze bardzo pragnęła. Dotarło do niej, że nikt tak naprawdę nigdy jej nie kochał, dla nikogo nic nie znaczyła. Ojca nie pamiętała, a matka od zawsze była dla niej zimna. Zapragnęła wstać i pobiec w ramiona tego mężczyzny, żeby złapał ją i pocałował w czoło mówiąc jej, że jest najwspanialszą córeczką na świecie.

Zaraz po rozpaczy przyszedł gniew. Prawdziwa nienawiść. Nienawiść do matki, do życia i całego świata. Coś w niej pękło i przestała już usprawiedliwiać kobietę, z którą musiała żyć. Uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie dobrze, że matka po prostu jej nie kocha… I że ona nie kocha matki.

Znów zaczęła płakać, z bezsilności i samotności, a wraz z jej łzami na ziemię zaczęły spadać ciężkie krople deszczu, które po chwili przeistoczyły się w prawdziwą ulewę. Rodzice okryli swoją córeczkę płaszczem i schowali się w głąb lasu, to samo uczyniły słonie, ukrywając się w swoich domkach. Sara została zupełnie sama. Dygotała z zimna, przemoczona do suchej nitki.

Zrozumiała, że to wszystko musi się skończyć, że czas postawić się matce. Deszcz zmywał z niej strach i bierność. W oczach zapaliły się płomienie gniewu. Wiedziała już co musi zrobić. Teraz tylko potrzebny był plan. Nagle w jej głowie pojawił się obraz starej szopy, która znajdowała się za domem, zbudowanej nad wyschniętą już studnią. Reszta poukładała się sama.

 

Pani Rumford w pośpiechu liczyła swoich uczniów.

– …trzydzieści sześć, trzydzieści siedem… Brakuje jednej osoby! – Próbowała przekrzyczeć narastający wiatr. – Kogo nie ma?!

Dzieciaki zaczęły spoglądać po sobie, szukając brakującej osoby.

– Nie ma Sary – krzyknęła Ruth – czy ktoś widział Sarę?! Pani Rumford, brakuje Sary! Kobieta zbladła. Znała Sarę i wiedziała, że dziewczyna potrafiła zamyślić się i nieświadomie trafić w bardzo nieprzyjemne miejsca. Zarządziła, żeby wszyscy, na czele z panem Dawsonem, udali się do autobusu i poczekali tam aż wróci.

Znalazła ją po dwudziestu minutach, leżącą na ziemi, przy wybiegu dla słoni. Zmarznięta i przemoczona straciła przytomność. Z pomocą pracowników zoo zaniosła ją do autobusu, okryła kocami i wysłała Dawsona, aby przyniósł jej gorącą kawę. Następnie wyruszyli z powrotem do Eddington.

***

Dochodziła godzina dziewiąta. Elen siedziała przed telewizorem, popijając z kieliszka wino. Pamiętała, że Sara prosiła ją, żeby po nią przyjechała, ale kończyła już drugą butelkę i wiedziała, że nie jest już w stanie nawet podnieść się z fotela. Czuła się dobrze. Sama w domu, mogła robić co jej się podoba, nie musząc oglądać oblicza swojej córki.

Często, w takich chwilach, myślała o morderstwie.

Nocami wracał do niej sen, w którym z zimną krwią przyciska poduszkę do głowy Sary i czeka aż ta zwiotczeje. I bynajmniej nie uważała tego snu za koszmar. Nie chciała się budzić. Wyraźnie czuła ulgę, wolność i radość, gdy siedziała na brzegu łóżka obok zwłok dziewczyny. Zazwyczaj wtedy sen się kończył. Otwierała oczy i wracała do szarej rzeczywistości, w której słyszała Sarę krzątającą się w kuchni.

Elen zasnęła. Kieliszek z winem wypadł jej z ręki i krwisty płyn wybrudził białe spodnie oraz fotel i dywan. Znowu tam była. Znowu powoli zbliżała się do lekko uchylonych drzwi pokoju córki, trzymając dużą poduszkę w rękach. Ostrożnie stawiała każdy krok, żeby nie obudzić dziewczyny. Otworzywszy drzwi, spojrzała na spokojnie śpiącą Sarę, odczekała chwilę z myślą, że może jej przejdzie, tak jak wiele lat temu i wycofa się, ale nie… Poczuła nienawiść i gniew, zabuzowała w niej adrenalina. Podeszła do łóżka i delikatnie położyła poduszkę na twarzy córki. Policzywszy w głowie do trzech, nacisnęła całym ciężarem ciała.

Sara momentalnie się obudziła i nie wiedząc, co się dzieje zaczęła wierzgać nogami i bić rękoma, w desperackiej próbie obrony. Elen nie ustępowała, docisnęła mocniej poduszkę i obserwowała jak ruchy dziewczyny stają się coraz słabsze i wolniejsze. Zegar na ścianie wybił północ, ciało zwiotczało. Elen poczuła tę samą ulgę i radość, co zawsze i gdyby była świadoma, pewnie przygotowywałaby się do tego, że się zaraz obudzi. Jednak tak się nie stało. Kobieta spojrzała z uśmiechem na zwłoki po czym złapała za gołe nogi i zaczęła zwlekać ciało na dół. Spadając po schodach uderzało mocno o stopnie, aż przy którymś, Elen usłyszała straszliwy trzask, na dźwięk którego zrobiło jej się niedobrze. Z pękniętej czaszki zaczęła płynąć krew. Kobieta zmartwiona, że pobrudzi sobie całe mieszkanie postanowiła jak najszybciej pozbyć się ciała z domu. Zarzuciła je sobie na plecy, Sara nie była ciężka a ona dosyć silna i wychodząc tylnym wyjściem, udała się w stronę rozpadającej się szopy.

Była tam bardzo stara studnia, która już dawno temu wyschła. Ted, kiedy jeszcze żył, zabezpieczył ją kilkoma starymi deskami, żeby nikt przypadkiem do niej nie wpadł. Teraz Elen, położywszy ciało, rozsuwała deski, świecąc latarką w głąb dziury. Upewniwszy się ze nic w środku nie ma, złapała ciało i wrzuciła w ciemna otchłań. Sara swobodnie leciała, po czym z głuchym łupnięciem dotarła do dna. Elen ponownie zaświeciła w głąb otworu, ale szybko odwróciła wzrok. Połamane żebra przebiły skórę, wystając niczym groty włóczni a pęknięta już wcześniej czaszka roztrzaskała się tak, że można było zobaczyć, wypływający z jej wnętrza mózg. Zgasiła latarkę myśląc o tym, że następnego dnia kupi cement i zaleje dziurę, zamykając zwłoki córki w betonowym grobowcu…

 

Obudziły ją światła samochodu, wpadające przez okno pokoju gościnnego. Po chwili usłyszała dźwięk klucza w zamku, drzwi otworzyły się, po czym zamknęły. Sara weszła do domu, rozebrała się i bez słowa pobiegła do swojego pokoju. Elen odetchnęła z ulgą i wciąż podekscytowana swoim snem, udała się do sypialni.

Noc była cicha i ciepła. Księżyc w pełni, świecił mocno, oblewając świat srebrzystym blaskiem.

Dochodziła godzina jedenasta, ale ani Elen, ani Sara nie mogły spać. Obie myślały o tym samym.

Sara trzymała w ręce ciężki kawałek skały, który znalazła kiedyś jako dziewczynka i bardzo polubiła. Zamierzała się nim posłużyć, aby ogłuszyć matkę.

Elen trzymała w rękach poduszkę, była zdecydowana, że teraz albo nigdy. Odczekawszy jeszcze piętnaście minut, dla pewności, że córka zasnęła, wstała i wyszła na korytarz. Czuła się jakby wróciła do swojego snu.

Sara usłyszała, jak matka wstaje. Otuliła się ciaśniej kocem i zamknęła oczy, udając, że śpi.

Drzwi do jej pokoju delikatnie skrzypnęły, a parkiet uginał się pod ciężarem ostrożnych kroków. Poczuła, że Elen stoi już nad łóżkiem, poczuła, jak kładzie poduszkę na jej twarzy. Do nozdrzy Sary dostał się ciężki zapach potu, wymieszanego z perfum.

Elen policzyła w głowie do trzech, nachyliła się do ucha dziewczyny i wyszeptała.

– Śpij dobrze córeczko.

Następnie nacisnęła.

Sara była na to gotowa i gdy tylko poczuła, że matka napina mięśnie, wyrzuciła w jej stronę rękę z kawałkiem skały trafiając ją w ucho. Kobieta osunęła się na ziemię.

Sara wyskoczyła niczym oparzona z łóżka i podbiegła do biurka, z którego wyciągnęła rolkę szarej taśmy, którą zakleiła ręce i nogi nieprzytomnej kobiety. Złapała ją za kostki i zaczęła ciągnąć po ziemi w stronę schodów. Musiała ją z nich zrzucić – była za ciężka; ale nie miała przed tym większych oporów, gdyż wściekłość wzięła górę a adrenalina buzowała w jej żyłach.

W końcu dowlekła ciało do kuchni. Nalała zimnej wody do szklanki i wylała ją na twarz matki, która zaczynała się budzić.

Wyjęła szpikulec do lodu z szafki i usiadła na piersi Elen, czekając aż całkowicie oprzytomnieje.

Kobieta w końcu otworzyła oczy i z niedowierzeniem spojrzała na swoją córkę. Mimo wypitego alkoholu czuła silny ból głowy. Próbowała się poruszyć, ale taśma nie puszczała.

– Złaź ze mnie! Jak śmiesz? Zabiję cię dziwko!

– Nie mamo. Już nigdy mi nic nie zrobisz, już nigdy mnie nie skrzywdzisz, już nigdy nikt mnie nie skrzywdzi… Zawsze mówiłaś, że nie możesz na mnie patrzeć. No to proszę, znikam. – Powiedziawszy to, wbiła szpikulec najpierw w prawe, a potem lewe oko Elen.

Z jej gardła wydarł się zwierzęcy ryk, ale Sara zręcznym ruchem zakleiła jej usta taśmą.

Dziewczyna zeszła z matki i pobiegła do jej pokoju. Wiedziała, że w małej metalowej skrzyneczce pod łóżkiem, trzymała stary rewolwer ojca. Drżącymi rękoma wyciągnęła broń i położyła ją na stole. Przez chwile nie mogła otworzyć bębna. Siłowała się z nim, próbując rozgryźć mechanizm. Gdy w końcu się udało, zobaczyła, że może załadować pięć naboi. Z pudełka z amunicją wyciągnęła cztery, które zostały, włożyła je do otworów, zamknęła i ustawiła bęben tak, żeby mogła oddać cztery strzały pod rząd.

Wsadziła rewolwer do kieszeni i wróciła do matki. Wokół jej głowy, niczym makabryczna aureola, rosła kałuża krwi. Elen próbowała się uwolnić i bez przerwy coś krzyczała, ale szara taśma skutecznie pochłaniała wszelkie słowa. Sara złapała matkę za nogi i zaczęła ciągnąć w stronę tylnych drzwi. Kobieta próbowała stawiać opór, napinając wszystkie mięśnie.

Dziewczyna nie miała dość siły, żeby ją utrzymać więc puściła nogi, które bezwładnie spadły na ziemię. Wyciągnęła rewolwer, odbezpieczyła i przestrzeliła oba kolana matki.

Huk na chwilę ją zdezorientował. Nigdy wcześniej nawet nie trzymała broni, a teraz zastanawiała się skąd znalazła w sobie dość odwagi, aby wystrzelić. Podobno w chwilach wyjątkowego stresu ludzkie ciało zdolne jest do niewyjaśnianych rzeczy. Mimo tego, ręka pulsowała jej silnym, tępym bólem.

Elen momentalnie straciła przytomność z bólu, pozwalając Sarze zręcznie zawlec jej zwiotczałe ciało do szopy.

Nie miała latarki, więc zaczęła po omacku szukać studni. Natrafiła na deski, które w dotyku był miękkie i śliskie. Do jej nozdrzy dostał się zapach stęchlizny i wilgoci. Oczyściwszy otwór, złapała ciało matki i stanowczym, silnym ruchem („jutro rano plecy na pewno mi o tym przypomną” – przeszło jej mimochodem przez myśli) wrzuciła je w ziejącą ciemnością dziurę.

Przez sekundę nic nie słyszała. Potem tylko dźwięk zderzenia ciała z taflą wody.

Zaklęła w myślach. Musiała sprawdzić jak dużo wody było w studni. Gdzieś w głębi siebie miała nadzieję, że niedużo, ponieważ utopienie się, jak sądziła, było zbyt banalnym i bezbolesnym sposobem na śmierć. Potrzebowała światła i w tym celu pobiegła do domu po latarkę. Kiedy wróciła, zaświeciła do wnętrza studni i zobaczyła Ellen siedzącą do pasa w wodzie.

Poczuła mieszaninę ulgi i przerażenia.

Kobieta wyglądała okropnie. Jej twarz była cała umazana krwią, która wydobywała się z oczodołów, uszu i długiego rozcięcia na czole. Klatka piersiowa unosiła się szybko, Sara słyszała świszczący płytki oddech, co prawdopodobnie świadczyło o tym, że połamane żebra, albo już przebiły płuco, albo miały to zrobić w każdej chwili.

Mimo tego, wciąż żyła.

Elen instynktownie podniosła głowę do góry i wyglądało na to, że zaczęła nasłuchiwać. Przed wrzuceniem jej na dół, Sara odkleiła taśmę kneblującą jej usta.

Nagle z gardła kobiety wydarł się przeraźliwy ryk. Krzyczała, błagała o pomoc i przeklinała.

 – Zamknij się, nikt cię tu nie usłyszy – powiedziała Sara w stronę otworu – zgnijesz tam zupełnie sama.

 – Córeczko? To Ty? – Ton jej głosu się zmienił, Elen była przerażona. – Wypuść mnie, nie zostawiaj mnie tu samej! Proszę cię.

W pierwszej chwili Sara zawahała się. To wciąż była jej matka. Urodziła ją. Nienawiść jednak, tak długo tłumiona, przerosła masę krytyczną. Złapała rewolwer i wycelowała w otwór. Chciała to skończyć raz na zawszę. Nacisnęła spust, ale nie trafiła. Kula przeleciała gdzieś koło głowy Ellen odbiła się od ścianki studni i wpadła do wody.

 – Ty dziwko! Czy Ty próbujesz mnie zastrzelić? Masz rację! Nienawidzę Cię. Jesteś najgorszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła w życiu. Zwykłą brudną szmatą. Powinnam była cię zabić już dawno temu. Poczekaj tylko, aż się stąd wydostanę. – Elen krzyczała, ale Sara już jej nie słuchała. Oczy zaszły jej łzami. Został tylko jeden nabój. Tym razem nie może nie trafić. To musi skończyć się tu i teraz, tak daleko już zaszła.

Elen zamilkła, zorientowawszy się, że prowadzi monolog. Z góry nie dochodził do niej żaden odgłos. Zastanawiała się czy Sara jeszcze tam stoi, gdy nagle huk zakłócił absolutną ciszą.

Czwarty strzał.

Elen instynktownie schowała głowę, ale nie usłyszała kuli uderzającej o kamienie.

Z góry, do wody, spadł jakiś przedmiot, niewielki, a zaraz za nim poleciało coś większego i spadło prosto na Elen. Poczuła ciepły płyn na twarzy. Zaczęła energicznie obmacywać to co ją przygniotło.

Poczuła lodowaty ścisk w żołądku, gdy jej ręce natrafiły na twarz Sary. Dziewczyna była martwa.

Elen zaczęła szlochać i żałować wszystkiego co zrobiła. Nagle zatęskniła za córką, nagle pierwszy raz zapragnęła się obudzić. Sara naprawdę nie żyła. Jej dziecko, jej córeczka. Zabiła się przez nią.

Zapragnęła śmierci.

Zaczęła energicznie przeszukiwać dno studni, szukając rewolweru.

Kiedy go znalazła, bez wahania wsadziła sobie w usta.

Pamiętała, że Sara wystrzeliła tylko cztery razy, czyli w bębnie musiał być jeszcze jeden pocisk. Zamknęła oczy, odliczyła do trzech i nacisnęła spust.

Usłyszała trzask zamka, ale śmierć nie nadeszła.

Rewolwer nie wystrzelił.

Zegar, gdzieś w oddali, w cichym i ciepłym salonie ich domu wybił północ.

Elen Jones, szlochając, czekała na śmierć, trzymając w rękach zwłoki swojej córki.

Koniec

Komentarze

Najpierw zarzuty. Po pierwsze brak fantastyki, ale powiedzmy, że jest groza/horror.

Źle zapisujesz dialogi, to powinno Ci pomóc: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

Wszystkie Cię, Ci, Ty, Tobie itd w prozie zapisujemy małą literą.

trwające 5 lat – słownie, pięć

Gdzieś masz “z resztą” – powinno być: zresztą

Powtórzenia – zerknij na pierwszy akapit – za dużo psów.

A teraz pochwały. Ciekawie napisane i nieźle umotywowane. Dobrze oddany klimat. Ogólnie podobało mi się, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie wymienione wyżej usterki. To jednak nie jest zbyt wieki problem, można szybko się poduczyć. Natomiast nie tak łatwo jest nauczyć się ciekawie pisać, a Ty już naprawdę nieźle potrafisz.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję za dobre słowa. 

Gdy pisałem ten tekst, nie znałem jeszcze tych zasad, dotyczących pisania zaimków małą literą i zapisu liczebników słownie. Przeczytałem to przed samą publikacją jeszcze z pięć razy, ale jak widać, żeby wyłapać te wszystkie błędy, czasami trzeba kogoś z zewnątrz. Z poradnikiem, dotyczącym dialogów się zapoznałem i poprawiłem to, co do poprawienia było. Nie znalazłem niestety tego “z resztą”, ale będę szukał. 

Cieszę się, że Ci się podobało.

No dobra, a gdzie tu jest fantastyka?

mamusiu przepraszam, kocham Cię, nie bij!

Nie wszystkie zbędne duże litery wyłapałeś, jest tego więcej.

nie umiem z resztą pływać,

A tu jest to poszukiwane “z resztą”. Między “także” i “tak że” też jest różnica.

Mała miała co najwyżej cztery latka i mimo chłodnego dnia, ubraną śliczną sukienkę.

Nie można mieć ubranej sukienki, bo ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Nieźle to wszystko sobie wymyśliłeś, ale chyba mogło być jeszcze lepiej.

Brakło mi nieco szerszego tła dla całej historii, reakcji otoczenia. W takim miasteczku zazwyczaj wszyscy się znają, niewiele da się ukryć przed innymi, a ja odniosłam wrażenie, że Elen i Sara żyją jakby w odosobnieniu. Poza dyrektorką podstawówki i później Ruth, nie wspominasz o nikim z sąsiadów czy znajomych matki. Czy przez te wszystkie lata nikt nie zauważył, że Sara jest inna, że jest pozostawiona sama sobie?

Np. kiedy mała złamała rękę, a matka nie chciała się nią zająć, dyrektorka szkoły chyba powinna zainteresować się, dlaczego tak się dzieje. Przecież złamaną rękę trzeba prześwietlić, może nastawić, bo samo włożenie jej w gips sprawy nie załatwia.

Zastanawiam się, z czego utrzymywała się Elen. Nie wspominasz, że pracuje, a wnoszę z opowiadania, że niczego jej nie brakuje. Sara musi radzić sobie sama, ale ma dostęp do pieniędzy matki, wystarczy je wziąć z szuflady. I nie odniosłam wrażenia, że matka je wydziela. Układ działa raczej na zasadzie: – Potrzebne ci, to weź, przecież wiesz, gdzie są. I nie zawracaj mi głowy!

Skoro, jak piszesz, dziewczynka musiała sama sobie gotować, musiała też sama robić zakupy – czy nikt w sklepie nie zastanowił się, że dziecko kupuje nietypowe produkty spożywcze. Musiała sama dbać o siebie, ale czy nikt nie zdziwił się, że dziecko samo kupuje sobie np. buty czy płaszczyk? Sara musiała sama sobie radzić, ale czy ktoś jej powiedział jak to robić? Gdzie i od kogo nabyła tę wiedzę?

Raczej mało wiarygodny wydaje się pomysł, aby obie powzięły ostateczne postanowienie w tym samym momencie. W takie przypadki raczej trudno mi uwierzyć. I skąd Sara wiedziała, że matka przyjdzie z poduszką?

Mogę zrozumieć determinację Sary, ale czy na pewno, w ciągu kilku chwil dziecko może samo dojść do tego jak posługiwać się rewolwerem, jak go załadować?

 

Zastanawiam się, czy po lekturze opowiadania traktującego o tak parszywych sprawach, mogę powiedzieć, że przeczytałam je z przyjemnością… I wychodzi na to, że tak. Cztery strzały czytałam z zaciekawieniem i choć usterki nieco przeszkadzały, lekturę mogę uznać za całkiem satysfakcjonującą.

Souixie, popraw błędy, bo chciałabym kliknąć Bibliotekę. ;)

 

ani miej­sca, gdzie moż­na­by zjeść coś… – …ani miej­sca, gdzie moż­na­ by zjeść coś

 

W takim wła­śnie miej­scu przy­szło żyć Sarze Jones, je­dy­nej córce, sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cej jej Ele­onor. – …wy­cho­wu­ją­cej ją, Ele­onor.

 

Jej mąż, Ted, zo­sta­wił ich krót­ko po na­ro­dzi­nach Sary. – Ted zostawił żonę i córkę, więc: Jej mąż, Ted, zo­sta­wił je krót­ko po na­ro­dzi­nach Sary.

 

po czym na tyle pick-up ’a ojca za­spo­ko­ił swoje po­trze­by. – …po czym na tyle pikapa ojca za­spo­ko­ił swoje po­trze­by.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Mu­sia­ła rzu­cić szko­lę na rzecz opie­ki nad dziec­kiem… – Literówka.

 

w końcu zo­ba­czy coś ponad Ed­ding­ton, a po­nad­to będą to zwie­rzę­ta, które do tej pory mogła zo­ba­czyć tylko w sta­rej en­cy­klo­pe­dii zwie­rząt… – Powtórzenia.

 

De­li­kat­nie za­pu­ka­ła. Cisza. Za­pu­ka­ła gło­śniej. Cisza – Brak kropki na końcu zdania.

 

Sara do­sko­na­le pa­mię­ta­ła tam­ten dzień. Za­padł jej w pa­mięć na tyle głę­bo­ko… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie mogła spro­wa­dzać ni­ko­go do domu… – Raczej: Nie mogła zapraszać ni­ko­go do domu

 

Raz, będąc w szko­le pod­sta­wo­wej, zła­ma­ła rękę. – Zrozumiałam, że Sarze zdarzyło się być raz w szkole podstawowej i akurat wtedy złamała rękę.

Proponuję: Raz, gdy była jeszcze w szko­le pod­sta­wo­wej, zła­ma­ła rękę.

 

-Au­to­bu­sy jeż­dżą tam co dwie go­dzi­ny… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Na tym wła­śnie po­le­ga moja praca! – Oświad­czy­ła dy­rek­tor­ka… – – Na tym wła­śnie po­le­ga moja praca! – oświad­czy­ła dy­rek­tor­ka

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

scią­ga­nie na spraw­dzia­nie było pro­ste… – Literówka.

 

– Wiesz, muszę Ci się do cze­goś przy­znać… – – Wiesz, muszę ci się do cze­goś przy­znać

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje w opowiadaniu wiele razy.

 

Sam dźwięk słowa mama wpro­wa­dzał ją w zły na­strój… – Słowo: mama napisałabym kursywą.

 

Lecz od pew­ne­go czasu czuła, że wzbie­ra się w niej gniew.Lecz od pew­ne­go czasu czuła, że wzbie­ra w niej gniew. Lub: Lecz od pew­ne­go czasu czuła, że zbie­ra się w niej gniew.

 

Po­my­śla­ła i po­czu­ła, że do oczy znów na­pły­wa­ją jej łzy. – Literówka.

 

Z od­da­li do­strze­gli już pierw­sze sło­nie. One rów­nież ich do­strze­gły… – Powtórzenie.

 

że mają teraz chwi­lę czasu dla sie­bie… – Masło maślane. Chwila to czas.

Wystarczy: …że mają teraz chwi­lę dla sie­bie… Lub: …że mają teraz czas dla sie­bie

 

Resz­ta grupy szyb­ko udała się w stro­nę cen­trum zoo, także zo­sta­ła sama. – …cen­trum zoo, tak że zo­sta­ła sama.

 

Dziew­czyn­ka wy­bu­chła słod­kim, pi­skli­wym śmie­chem… – Dziew­czyn­ka wy­bu­chnęła słod­kim, pi­skli­wym śmie­chem

 

i scho­wa­li się głąb lasu… – …i scho­wa­li się w głąb lasu

 

Resz­ta po­ukła­da­ła się sama – Brak kropki na końcu zdania.

 

Upew­niw­szy się ze nic w środ­ku nie ma… – Upew­niw­szy się, że nic w środ­ku nie ma

 

Po­czu­ła, że Elen stoi już nad jej łóż­kiem, po­czu­ła, jak kła­dzie po­dusz­kę na jej twa­rzy, była prze­siąk­nię­ta jej za­pa­chem. – Nadmiar zaimków.

Czyim zapachem była przesiąknięta poduszka? Bo ze zdania wynika, że zapachem Sary.

 

No to pro­sze, zni­kam. – Literówka.

 

Wie­dzia­ła że w małej me­ta­lo­wej skrzy­necz­ce pod łóż­kiem, trzy­ma­ła stary re­wol­wer ojca. Drżą­cy­mi rę­ko­ma wy­cią­gnę­ła pi­sto­let i po­ło­ży­ła go na stole. – Nie znam się na broni, ale wydaje mi się, że rewolwerpistolet to chyba nie to samo.

 

Ko­bie­ta pró­bo­wa­ła sta­wiać opór, wierz­ga­jąc całym cia­łem. – Ciałem nie można wierzgać.

 

Kiedy wró­ci­ła za­świe­ci­ła we­wnątrz stud­ni… – Raczej: Kiedy wró­ci­ła, za­świe­ci­ła do wnętrza stud­ni… Lub: Kiedy wró­ci­ła, oświetliła wnętrze stud­ni

 

Jej twarz była cala uma­za­na krwią… – Literówka.

 

Oczy na­szły jej łzami.Oczy za­szły jej łzami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Finkla i Regulatorzy za wskazanie kolejnych usterek. Wziąłem do serca porady i wszystko co zgrzytało poprawiłem. 

Jeżeli chodzi o to, o czym wspomniałaś Reg., że jest dużo niedomówień, dotyczących życia Sary i Elen, pracy, pieniędzy, zachowania otoczenia, to jestem tego świadomy. (No może teraz dużo bardziej, niż przed Twoim komentarzem… Dał do myślenia.) Kiedy napisałem ten tekst, byłem przerażony jego długością. Pierwsza wersja zawierała chyba z milion szczegółowych opisów, które nie miały żadnego znaczenia dla fabuły. (Na przykład opis rozpadającego się budynku szkoły, wygląd takich postaci, jak pan Dawson czy nawet zachowania poszczególnych zwierząt.) Bałem się wtedy, że jeżeli zacznę opisywać te wszystkie relacje i powiązania ze światem zewnętrznym, to zapędzę się w kozi róg, z którego nie wiedziałbym jak się wydostać. Teraz jednak patrzę na to wszystko inaczej i pomyślę nad uściśleniem tego wątku. 

Finkla, wiem, że mało tu fantastyki, ale obiecują, że w następnych moich tekstach, jej nie zabraknie. 

Jeszcze raz dziękuję za opinie i porady!

Skoro poprawione, to i ode mnie masz klika do biblioteki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Souixie, Biblioteka kliknięta. Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

 

 

Przeczytałem. Absolutnie nie jest to dla mnie. Opisy traktowania córki są tak realistyczne ze nie daję rady tego przetrwać. Ale wielkie dzięki za warsztat. Bardzo sugestywnie napisane. Czekam na następne opowiadania

 

 

Rozumiem Merle. Nie jesteś pierwszą osobą, która tak mówi. Niemniej jednak dzięki za przeczytanie i opinię.

No. Przeczytałam.

To jest dobre opowiadanie. O złych rzeczach.

Trochę głupio w tym kontekście napisać, że mi się podobało. Hmmm…

Widzę łapankę Reg, ale powiem szczerze, że podczas czytania w zasadzie nic mnie nie zatrzymywało, nie zauważyłam potknięć. Czyli: wciągnęło mnie. Interesujące, ładnie opisane. Nie podoba mi się zakończenie, chyba nie jest zbyt często tak, że niekochane dzieci zabijają rodziców, ale nie znam się. Dla mnie chyba za bardzo radykalne, przez co traci na “normalności” (znów słowo dziwnie niepasujące do kontekstu). Cóż.

Dobre.

 

Dzięki Anet. Cieszę się, że dobrze Ci się czytało i w jakiś sposób “podobało”. (No nie wiem jakiego innego słowa można użyć.)

Jak już wyżej było wspomniane, nie każdemu przypada cała ta tematyka i zupełnie to rozumiem. Nie wiem czy to dziwne, czy nie, ale na mnie też bardzo mocno działa ten tekst, a szczególnie scena z biciem małej Sary paskiem. (Po napisaniu jej, przez kilka dni nie mogłem się zbliżyć do klawiatury.)

Bo tutaj chodzi o coś więcej. Czytasz o rodzicach w jakiś sposób znęcających się nad własnym dzieckiem i wiesz, że takie rzeczy się zdarzają.

Kawał dobrego tekstu. Aż dziw bierze, że tak cicho przemknął, niezauważony, z dwunastoma komentarzami ;(

 

No fakt, fantastyki tutaj niewiele, ale jest groza i to taka niewydumana, która nie zdarza się tylko w komercyjnych horrorach. Tutaj groza jest wzięta z rzeczywistości, na pozór zwyczajnego życia, które może toczyć się w każdym miejscu, nawet w szarym miasteczku jak Eddington. Brutalność w opowiadaniu nie jest jedynie sztuką dla sztuki. Opisałeś ją w niezwykle przekonywujący, niemalże odrzucający ( w tym przypadku to zaleta ;)) sposób. To, jak matka traktuje córkę… Okrucieństwo, jednak pokazujesz też czytelnikowi przyczynę tego okrucieństwa. To też na plus. Mogłeś przecież stworzyć tylko psychiczną matkę, która znęca się nad dzieckiem, ale nie pokazałeś szerszy kontekst, naszkicowałeś postać matki tak, że w ostatniej scenie zastanawiam się czy uwierzyć w szczerość jej wyznania czy nie. Ale tak naprawdę się zastanawiam, patrząc na jej wcześniejsze zachowanie, bo bez tych wzmianek o Tedzie nie wiem, czy zakończenie równie mocno skłaniałoby mnie do refleksji.

 

Chciałam też wspomnieć o przemianie bohaterki. dasz wiarę, że akurat w momencie, kiedy sobie pomyślałam, ze ona taka potulna i nudna, to ona wzięła się w garść i postanowiła sprzeciwić matce? :D Co tu dużo mówić, niezłe wyzucie czasu ;) Przynajmniej mojego :)

 

Myślę jednak też, że opowiadanie mogłoby być dużo, dużo lepsze, gdyby jeszcze trochę je dopracować. Pogłębić mroczny klimat może nie tyle dłuższymi opisami ( te są i tak już bardzo dobre! :)), co wplataniem go w zwykłe sceny,a tu jakiś przymiotnik, a tam inny szczegół.

 

Nagle w Elen coś pękło. Złość i nienawiść przekroczyły masę krytyczną.

– J-jaakim prawem d-dotknęłaś tej książki?!

(Zabij ją, tego zawsze chciałaś. Zabij ją! Zła dziewczynka Zabij ją!)

Nie chcę niczego za bardzo sugerować, ten fragment zresztą i tak jest mocny, ale to można by nieco oszczędniej używać w takich momentach słów, co w dalszej części dialogu już robisz. Czasem używając mniejszej ilości znaków można coś lepiej wyrazić przez samą dosadność, która ma tutaj jak najbardziej rację bytu. IMO samo Zabij ją pojedyncze, tak jak potem, by wystarczyło. Te dwa pierwsze zdania też można by było połączyć, przecież na swój sposób oznaczają to samo. ;)

 

Ale to taka luźna sugestia do której nie musisz się w żaden sposób odnosić ;)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Lenah, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się podobało!

Tak jak już pisałem wyżej, zacząłem myśleć nad ulepszeniem tego tekstu, poprzez uzupełnienienie go i uściślenienie kilku wątków. W miarę moich możliwości, postaram się, kiedy dodam już brakujące elementy, dać wam, którzy przeczytali ten tekst i są ciekawi wątków nieopisanych do tej pory; jakiś znak, że opowiadanie zostało rozszerzone. Nie wiem czy to zostanie zauważone, ale mam nadzieję, że tak.

 

Souixie, na pewno przeczytam wersję ulepszoną i rozszerzoną. Obiecuję! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trudny, ale dobrze napisany pod względem przeżyć tekst. Tak jak Reg, zabrakło mi kontekstu czy jakiś wspomnień o służbach społecznych. Obyczajówka (a tak widzę to opowiadanie) to raczej nie moja broszka, stąd jakoś po mnie spłynęło, ale mimo to chylę czoła przed wykonaniem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Opowiadanie jest na poważnie i mój komentarz też taki będzie.

Bardzo dobre opowiadanie, drobiazgowo i sensownie zbudowani bohaterowie. Całość mimo, że temat mocno eksploatowany, brzmi przekonująco i wiarygodnie. Ten pomysł o zbrodniach w tym samym momencie, świetny. Czyta się jednym tchem, aż do finału. A dokładnie do słów “już nigdy nic mi nie zrobisz”. I odtąd wszystko się posypało… Ale po kolei. Dziewczyna, jak zbudowałeś jej profil psychologiczny i skończyłeś w finale, ma w sobie wiele dobroci i empatii. Więc skąd u licha u niej takie okrucieństwo do wykuwania oczu i strzelania w kolana? Nic, na to nie wskazuje w twoim opowiadaniu. Pomijam już fakt nie najlepszej znajomości biologi i fizjologi człowieka. W najlepszym przypadku po przebiciu oka puszczają zwieracze, a w większości srasz w gacie i mdlejesz z bólu na wiele godzin, także zgon jest wielce prawdopodobny. Za to mało prawdopodobna jest dyskusja z córką.

 A gdybyś tak związał matce ręce z tyłu? Zakleił usta i bez zbędnego okrucieństwa, spuścił ją na linie na dno studni? I dopiero wtedy popełnił samobójstwo. Człowiek bez wody może przeżyć 7 dni, a bez jedzenia nawet miesiąc. Wiesz, jaka byłaby to katorga dla matki nie mogąc nic zobaczyć i nic powiedzieć, a żyć obok trupa córki jeszcze przez kilka tygodni (zakładam, że katorga z twojego opowiadania i czynnego żalu matki)? To by dopiero była kara…

 

Przybyłem, zachęcony czterema punktami do biblioteki. Niestety, mocno się zawiodłem.

Umieszczenie zdania w rodzaju

Poza tym w Eddington nigdy nic się nie działo

na samym początku tekstu nie jest, doprawdy, zachęcające. Lekturę utrudniają liczne błędy interpunkcyjne i dziwna chronologia, skacząca to tu, to tam.

 

Początki bywają trudne – mimo wszystko, jak na pierwszy tekst w życiu, nie ma tragedii… ale na pewno nie jest to poziom biblioteczny, przynajmniej w mojej opinii.

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Nowa Fantastyka