- Opowiadanie: rybakus - Ziarno Nienawiści

Ziarno Nienawiści

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Ziarno Nienawiści

Lochy Casternoru

– Nieźle nabałaganiłeś Gregorze Van Liesterberg – rzekł spokojnym, lecz pewnym głosem dowódca straży z Castenoru przyglądając się uważnie przesłuchiwanemu. – Aż trudno uwierzyć, że służyłeś inkwizycji.

 Dowódca niedbale odsunął proste, drewniane krzesło, po czym usiadł nań wygodnie, dając tym samym do zrozumienia, iż ma zamiar spędzić ze swoim więźniem dużo czasu. Otton Gelord, bo tak nazywał się ów dowódca był poważnym, dobrze wyglądającym człowiekiem znanym z nadzwyczaj sumiennego i dociekliwego przesłuchiwania. Otton widać lubił swoją prace. Może nie był już tak sprawny jak kiedyś, lecz gdy w końcu dostał upragniony awans nie potrzebował przejmować się nadwagą. Teraz wydawał tylko rozkazy, przesłuchiwał i osądzał więźniów.

Okrągły, wąsaty Otton nalał sobie wody z glinianego dzbanka, podniósł kubek do ust, przełknął głośno po czym powrócił do ulubionego lustrowania wzrokiem siedzącego naprzeciw więźnia. Półnagi, skrępowany człowiek był dobrze zbudowanym, czterdziestoletnim mężczyzną o krótko ściętych włosach. Twarz, co tu dużo mówić, miał nie najpiękniejszą. Ciemne, krzaczaste brwi nadawały złowrogiego wyglądu lazurowym oczom, a wielokrotnie złamany nos świadczył o tym, iż osobnik ten nie jest jednym z tych, co to lubią rozwiązywać problemy spokojną, dyplomatyczną rozmową.

– Nabałaganiłeś – powtórzył Otton Gelord. – Zabiłeś sześciu ludzi inkwizycji, uniemożliwiłeś wykonanie egzekucji, tym samym doprowadzając do ucieczki kobiety skazanej za czary. Mało tego, sam oskarżony jesteś o uprawianie magii. Hmm, kto by pomyślał? Były inkwizytor Gregor Van Liesterberg. Co za ironia, nieprawdaż?

Gregor nie odpowiedział.

– Pójdziesz na szafot – kontynuował nie przejąwszy się milczeniem. – Chyba, że potrafisz mi to wyjaśnić.

Nie doczekawszy się po raz kolejny odpowiedzi kontynuował.

– Czyżbyś się już pogodził ze swym losem? Tak milczysz. A może los dziewczynki bardziej cię obchodzi? Co?

– Wypuśćcie ją. – Głos Gregora był niski, stanowczy i bardzo nieprzyjemny dla ucha. Otton wzdrygnął się mimowolnie i prawie niezauważalnie. Mimo to bystre oczy Gregora wychwyciły gest.

– Czyli potrafisz mówić – Dowódca  uśmiechnął się wyraźnie z siebie zadowolony. – Powiedz mi dlaczego to zrobiłeś?

Przesłuchiwany nadal uparcie powstrzymywał się od odpowiedzi.

– Ludzie na murach gadają, że widzieli jak przemieniasz się w wilka – Otton niewzruszony milczeniem jak gdyby od niechcenia rzucił stwierdzenie do Van Liestenberga.

– A myślisz, że po co mi ta śmieszna obroża? – Więzień wskazał brodą na metalowa obręcz oplatającą jego szyję. Ta jeżyła się ostrymi posrebrzanymi bolcami skierowanymi do wewnątrz.

– A wiec jesteś wilkiem. Jesteś magiem? W jakim celu dostałeś się do inkwizycji?

– Wypuść dziewczynę, inaczej niczego się nie dowiesz.

– Pamiętaj, że to ja stawiam warunki – powiedział lekko poddenerwowany Gelord.

–W dupie mam twoje zasrane warunki. Jeśli nie dasz mi gwarancji, że dziewczyna jest bezpieczna, lepiej licz się z tym, że spędzisz tu ze mną dużo czasu, a i tak niczego ze mnie nie wyciągniesz.

 – Doprawdy? – uśmiechnął się Otton, a uśmiech ten był nad wyraz paskudny. – Zapewniam cię, że nie zamierzam marnować czasu. Jeżeli nie będziesz współpracował, zmienimy metody przesłuchania. Wtedy inaczej będziesz mówił. A dziewczyna? Hmm… Póki co mogę powiedzieć, że nic jej nie jest.

Gregor spojrzał prosto w oczy dowódcy doszukując się choćby cienia kłamstwa. Nie znalazł.

– Nie jestem magiem, a wilkiem stałem się długo po tym jak zostałem inkwizytorem.

– Mów! Powiedz jak to się stało?

– Myślałem, że interesuję cię dlaczego zabiłem tych nowicjuszy?

Otton Gelord podniósł się, walnął pięścią w stół i nachylił nad Gregorem, potem złapał i mocno ścisnął jego przykute do krzesła ręce.

– Stawiasz mi warunki i wypytujesz? Nie zapominaj, że to ja zadaję pytania i że to ty masz kłopoty, nie ja! – wysyczał przez zęby opluwając soczyście Gregora, po czym puścił go i ponownie usiadł na drewnianym krześle już całkowicie opanowany. – Chcę wiedzieć wszystko. Dojdziemy i do nowicjuszy. Z tego co wiem nigdzie się nie wybierasz

w najbliższym czasie.

– Nie strasz – odrzekł Gregor patrząc prosto w oczy dowódcy. – Jutro i tak mnie stracicie.

– Chyba, że wszystko pięknie mi wyjaśnisz.

– Nie uwolnicie mnie, dobrze o tym wiem. Sam wielokrotnie przesłuchiwałem oskarżonych i znam te twoje metody. Zresztą, mało mnie obchodzi co zrobisz – odparł zmieniając taktykę działania. – Ze mną róbcie co chcecie, opowiem wszystko, tylko wypuście dziewczynę.

– Pomyślimy o tym – zgodził się Otton.

– To wszystko zaczęło się w 1477 niedaleko Rister Moren…

 

I

Wioska opodal Rister Moren płonęła. Niebo niemal całkowicie pokryte było kłębami gęstego, czarnego dymu, a smród spalenizny wdzierał się swoim intensywnym zapachem agresywnie do nozdrzy jeźdźców. Odziana w czerwień inkwizycja siała zniszczenie paląc domy i mordując mieszkańców. Ludzie z wioski biegali, krzyczeli i ratowali swój dobytek. Na próżno. Z rozkazu Wielkiego Mistrza inkwizycji, Urgona von Hanora miejsce to miało zniknąć z powierzchni ziemi. Swoją decyzję Urgon uzasadnił twierdząc, że mieszkańcy ukrywali w wiosce szukających azylu czarowników i nekromantów. Inkwizytora Van Liesterberga nie obchodziło to czy oskarżenia wobec wieśniaków były słuszne, czy też należało zniszczyć wioskę dla przykładu, tak by zastraszyć tych, którzy ośmielą się wbrew prawu udzielić schronienia wywołańcom. Liczył się odgórny rozkaz, a dla nowicjuszy liczył się rozkaz Van Liestenberga.

Gregor różnił się od pozostałych inkwizytorów. Dosiadając rosłego gniadosza nie przyglądał się rzezi tak jak inni. Lubił czynnie uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciach. Jeździł, nadzorował, mordował, dobijał.

– Dawać tę ździrę! – Usłyszał z pobliskiej chaty, spod której już od dawna buchał czarny jak smoła, duszący dym. – Ciekawe co ta wiedźma ma pod kiecą! Dawaj ją, tylko zaknebluj psia mać pysk, żeby klątwy jakiejś nie rzuciła.

– Nie drzyj się idioto, bo cię inkwizytor usłyszy. Wiesz jaki on jest.

Gregor od niechcenia dźgnął lekko konia ostrogą i ruszył w kierunku zasłyszanych głosów. W niespełna pół minuty później znalazł się u źródła rozmowy. Spośród kłębów dymu wyłoniły się sylwetki dwóch nowicjuszy. Inkwizytor przez ułamek sekundy przyglądał się jak darli za płonącą chatę wrzeszczącą w niebogłosy i wyrywającą się rozpaczliwie resztkami sił dziewczynę. Czekał, aż chłystki zorientują się, jak szybko ziściły się ich przypuszczenia. Gdy w końcu dotarło do nich w jakiej są sytuacji, obaj w jednym momencie, jak na komendę puścili dziewczynę i wyprostowali się z przerażenia. Dziewczyna nie czekając choćby chwili, zerwała się i schowała za beczki.

– Wiecie, że inkwizycja nie toleruję gwałtów mości panowie? – zapytał niskim, nieprzyjemnym lecz spokojnym i opanowanym głosem. – Zapomnieliście o tym? Dostaliście rozkazy więc je wykonujcie. Przypominam, że w naszym fachu nie toleruje się też ponad wszystko samowolki i dążności do zaspokajania osobistych zachcianek, czy może raczej zwierzęcych popędów – wymamrotał cedząc powoli słowa jak regułkę.

Widząc, że nadal stoją oniemiali, ryknął.

– Głusi jesteście? Mam wam przypomnieć jak każemy gwałcicieli?! Zmiatać mi stąd! Już!

– Tak jest! – odparli jednocześnie i migiem zniknęli z pola widzenia inkwizytora.

Usta zasłonił chustą, gdyż zatrute powietrze pozbawiało oddechu. Zeskoczył z konia i podążył w stronę pokaźnego muru beczek. Mrużył oczy i przedzierał się przez śmierdzące, ciemne kłęby. Ich spojrzenia się spotkały. Rozczochrana, brudna i poobdzierana dziewczyna na widok mężczyzny, natychmiast przylgnęła całym ciałem do beczek, wyciągnęła przed siebie tylko rękę i szybkimi niedbałymi ruchami nakreśliła palcem na ziemi znak.

– Przejdź przez to, a zginiesz na miejscu – wyszeptała chrapliwie, nie mogąc dobyć z siebie głosu.

– Jestem inkwizytorem Świętej Inkwizycji. – Gregor spotykał i widział takie znaki już wiele razy, wiec nie przejął się zbytnio ostrzeżeniem. – Zostałem namaszczony przez Stwórcę, po to by walczyć z takimi czarami i gusłami. Jestem nietykalny – oznajmił zdawkowo.

– To nie prawda kłamco! – zaprzeczyła kręcąc energicznie głową. – Nic cię nie ochroni. Inkwizycja nie posiada takiej władzy.

– Uratowałem cię przed tymi dwoma gnojkami, ale i tak muszę cię zabić. Jesteś wiedźmą. Wybrykiem natury. Dla takich jak ty nie ma miejsca na tym świecie.

Postawił stopę na nakreślonym znaku. Ten zalśnił purpurowym światłem i w mgnieniu oka rozpłynął się, tak jakby go tam nigdy nie było. Ujrzawszy to kobieta jeszcze bardziej przywarła do beczek. Z jej ust wydobyło się coś w rodzaju zniekształconego krzyku.

– Oszukują was! Buty macie pokryte materią antymagiczną! Nie jesteście namaszczeni, a inkwizycja sama para się magią!

– Bluźnisz wiedźmo – odparł. – Z rozkazu Wielkiego Mistrza Świętej Inkwizycji Urgona von Hanora, za uprawianie magii i bluźnierstwo skazuję cię na śmierć.

Gregor wyciągnął z uwieszonej u pasa pochwy miecz. Kobieta jęknęła i zamiast zakryć dłońmi twarz jak to zwykle bywało, przemieniła się w wielkiego czarnego psa. Zamiast prosić o litość jak to zwykle bywało, rzuciła się na niego pokazując dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębisk. Walka jednak nie trwała długo. Pies przewrócił Gregora, lecz ten w ostatniej chwili zakrył się mieczem. Bestia nadziała się na ostrze i natychmiast na powrót przemieniła w kobietę. Inkwizytor zrzucił z siebie ociekające krwią  ciało i podniósł się.

– Obyś poznał prawdę rycerzu – wycharczała wypluwając czarną krew i drżąc w konwulsjach. – Ziarno Nienawiści zostało zasiane. Cie… ciekawe…po której ze stron staniesz g…gdy wzejdą plony.

Gregor stanął nad ciałem, by zadać ostateczny cios. Uniósł miecz, ale wiedźma ostatkiem sił chwyciła go za łydkę. Poczuł jak ogromna fala gorąca przelała się przez niego i utkwiła gdzieś w klatce piersiowej. Fala zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła.

– Co mi zrobiłaś? – zapytał gwałtownie, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Kobieta już nie żyła.‏

 

Lochy Casternoru

– Od tamtej pory nic już nie było takie jak kiedyś – opowiadał Gregor Van Liesterberg. – Początkowo co noc śniłem, że biegnę przez las. Miałem wilcze łapy, węch tropiciela. Byłem szybki i silny. Ale to nie był sen. Zapachy były bardzo prawdziwe obrazy w pamięci nadzwyczaj realne. Budziłem się w różnych miejscach, nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Jeździłem po klasztorach i szukałem ksiąg o przemianach ludzi w zwierzęta. Najpierw myślałem, że jestem wilkołakiem, ale to było niemożliwe, potem jakaś książka, której tytułu nie pomnę, wpadła mi ręce i znalazłem tam opis idealnie pasujący do tego co się ze mną działo. Dotarło do mnie, że jestem polimorfem. Jednej nocy, gdy wszyscy spali, wyobraziłem sobie, że przemieniam się w wilka. I wtedy zobaczyłem jak moje dłonie pokrywa sierść, jak zmieniają kształt. Wszystko działo się szybko i bezboleśnie. Przestraszyłem się. Uświadomiłem sobie, że zostałem przeklęty. Zacząłem się z tym kryć.

Po surowych, ciemnych i wilgotnych ścianach lochu tańczyły refleksy uwieszonych pochodni. Otton Gelord słuchał przyglądając się uważnie więźniowi.

– Nic dziwnego. Ale kryłeś się dość kiepsko, skoro siedzisz tu z tą obrożą. Mówisz, że zostałeś wilkiem przez przypadek? Nie byłeś magiem? Nie szpiegowałeś dla nich?

– Nie zrozumiałeś czegoś? – Gregor popatrzył prosto w oczy Ottona. – Mam ci to opowiedzieć jeszcze raz? Nie. Nie jestem magiem i nie szpiegowałem. Polimorfem też nie chciałem być.

Dowódca pogładził się po wąsach nie spuszczając oczu z więźnia. Jego okrągła czerwona twarz nie zdradzała niczego.

– Zapewne wykorzystywałeś swój dar? – ciągnął pytania.

– A ty byś tego nie zrobił? Oczywiście, że wykorzystywałem. Mogłem więcej. Przecież wilk rozmiarów niedźwiedzia robi wrażenie i budzi strach. Po za tym, byłem niesamowicie szybki, a wyostrzone zmysły działały niezawodnie, wręcz doskonale.

– Więc jak to się stało że cię wylali? – zapytał Otton, a na jego twarzy pojawił się paskudny uśmiech. Widać, z jakiegoś powodu nie lubił inkwizycji.

– Po dwóch latach, zainteresowany moimi poczynaniami, Wielki Mistrz Urgon wezwał mnie do siebie. Zauważył moją niezwykłą skuteczność i zapytał mnie jak to robię. Wtedy sądziłem, że gdy się dowie kim jestem, pośle mnie na tajne misje, że awansuję i z moim talentem będę mógł wtopić się między podobnych sobie i zniszczyć ich od wewnatrz. Dlatego bez zastanowienia powiedziałem mu kim jestem. Niestety. Moje oczekiwania okazały się absurdem. Wielki Mistrz rozczarowany ukrywaną tak długo tajemnicą, usunął mnie ze stanowiska i wygnał. Mógł mnie zabić, lecz puścił wolno pod warunkiem, że nie będę wchodził inkwizycji w drogę.

– Złamałeś przysięgę – odparł dowódca wykładając nogi na stolik i zaplatając ręce na brzuchu. – Za to powinieneś zginąć z rozkazu Wielkiego Mistrza.

– Miałem powody.

– Oby były pierońsko mocne – zaśmiał się Otton. – Oj, ciężko będzie ci się z tego wytłumaczyć. Oj, ciężko.

– A ta dziewczyna, z którą tu przyjechałeś to kto? – kontynuował po chwili ciszy. – Ładniutka ta twoja czarnulka. Ile może mieć lat? Czternaście? Mniej?

– Masz ją wypuścić.

– Niestety, wybacz ale nie masz prawa mi rozkazywać – odparł dowódca dłubiąc sobie w nosie. – Jeszcze nie wiem kim ona jest. Nie patrz tak. Wiem, powiedziałem, że wypuszczę, ale sam zrozum. Może to wiedźma? Może coś wie czego wiedzieć nie powinna?

– Nie jest wiedźmą i nic nie wie. Pomagam jej dowiedzieć się kim jest.

– A co? – Zainteresował się Otton. – Pamięć straciła?

– Na to wygląda. Gdy ją spotkałem nie wiedziała skąd się tam wzięła i co się stało. Znała tylko swoje imię.

– Opowiedz mi o tym.

– Było to trzy miesiące temu czyli jeszcze w roku 1479…

 

II

Na zasypanym śniegiem leśnym trakcie widniał ślad po kołach kupieckiego wozu i końskich kopyt. Gregor już od dłuższego czasu podążał tym tropem. Jego zapasy prowiantu mocno się uszczupliły, a droga do miasta była jeszcze bardzo daleka. Las Darhan, przez który podróżował był jednym z potężniejszych i najstarszych w całym Vegdarburgu. Wjeżdżając weń z zamiarem wyjechania z drugiej strony potrzeba było przeszło całej doby. Drzewa były niesamowicie rosłe i gęsto usadowione. Samotne podróżowanie przez stary Darhan było nie lada wyzwaniem. Nader często do miast okalających las docierały informacje o napadach nie tylko nocą ale i w biały dzień, więc krzyki i dźwięk uderzanych o siebie mieczy dobiegające z dali, prawie Gregora nie zaskoczyły. Nie zastanawiając się ani chwili, pośpieszył w kierunku wrzasków. Leśne echo niosło głosy bardzo daleko, donośnie i wyraźnie. Zamach mógł mieć miejsce zarówno tuż za pierwszym, najbliższym zakrętem jak i za piątym, czy dziesiątym. Gregor popędził konia, jednocześnie cały czas będąc gotowym do ataku. Gdy w końcu dotarł na miejsce jego oczom ukazał się obiekt napadu. Wóz, a wokół niego zmasakrowane ciała oraz ogromne ilości krwi, plamiące czerwienią olśniewająco biały śnieg. Energicznie zeskoczył z konia i podbiegł do dogorywającego, opartego o koło wozu kupca. Mężczyzna obiema rękami zakrywał rozpłatany i ociekający krwią brzuch, z którego wypływały parujące na zimnie wnętrzności. Gdy ujrzał Gregora, z wielkim wysiłkiem uniósł rękę wskazując kierunek, z którego dobiegały wrzaski mordowanych. Potem stęknął, charknął i obficie splunął krwią. Nie trzeba było wyjaśnień. Były inkwizytor natychmiast ruszył we wskazanym kierunku. Przedzierając się przez gęste krzewy słyszał jak głosy milkły jeden po drugim, aż w końcu zamilkły wszystkie. Spóźniłem się – pomyślał. – Już za późno.

Wybiegł na niewielką polankę. Jego oczom ukazała się kolejna scena skończonej przed momentem rzezi. Wszędzie leżały porozrzucane martwe ciała rabusiów. Ich twarze zastygły w powykrzywianych, spazmatycznych grymasach bólu. Krew. Cała polana zalana była żywo-czerwoną posoką. Ale tym co przykuło jego wzrok i zadziwiło zarazem, była skulona, mała, cicho płacząca dziewczynka znajdująca się w samym centrum owej polany. Gregor zawahał się przez moment. Po chwili jednak postanowił podejść do niej. Dziewczynka miała długie, kruczoczarne włosy opadające jej na twarz. Odziana była w sięgający kolan zimowy kaftanik z kapturem z cielęcej skóry.

– Nic ci nie jest? – zapytał dziewczynkę.

Dziewczynka nie drgnęła nawet. Nie zareagowała w żaden sposób, ani na pytanie ani też na obecność mężczyzny.

– Kim jesteś? – Przykucnął, by odgarnąć włosy z jej zapłakanej twarzy. Nie odpowiedziała.

Twarz dziewczynki była mała i bardzo ładna, nie mogła mieć więcej niż trzynaście lat. Z jej dużych zielonych oczu kaskadami lały się wielkie jak grochy łzy. Była przerażona.

– Kto to zrobił? – Wskazał na ciała rabusiów. Zadał pytanie przeczuwając, że i tak nie doczeka się odpowiedzi. – Nie możesz tu zostać.

Wziął niestawiającą oporu dziewczynkę na ręce i ruszył z powrotem w stronę traktu. Gdy dotarli na miejsce, kupiec wcześniej kurczowo uwieszony u koła już nie żył. Zastygła twarz z wybałuszonymi do granic możliwości oczami i otwarte usta wyglądały potwornie. Na jego opuszczonych rękach, zwijały się okrwawione i orzygane jelita. Gregor posadził dziewczynkę na wozie, a sam zaszedł od tyłu, aby obejrzeć jego zawartość. Po chwili trzymał w dłoniach ciepły, szary, filcowy koc, którym dokładnie owinął dziewczynkę. Ciała kupców usunął z drogi. Krew jednak pozostała i była jedynym, niemym a zarazem krzyczącym świadkiem masakry. Odmówił krótką modlitwę za dusze zabitych, a następnie zaprzągł własnego konia do wozu. Nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić usiadł przy dziewczynce i chwycił za lejce. Ruszyli.

Wyczuwając ciepło ogrzewającego koca, czarnowłosa dziewczynka uspokoiła się trochę i zaczęła zerkać co jakiś czas na Gregora. Nie uszło to jego uwadze. Podjął kolejną próbę wydobycia od niej jakichkolwiek informacji.

– Powiesz mi co się stało na polanie? Hmm?

– Nie wiem – odpowiedziała po dłuższej chwili.

– Więc co tam robiłaś?

– Nie wiem – powtórzyła.

– Słucham?

– Znaczy się, nie pamiętam.

– Kim jesteś? – Nie rezygnował, postanawiając zacząć pytania od tych podstawowych.

– Nie wiem… Nie pamiętam.

– A co wiesz?

– Nie wiem.

Po tej odpowiedzi Gregor Van Liesterberg w końcu poddał się i o nic już nie zapytał.

 

 Niebo pociemniało, a dzień chylił się ku zachodowi, gdy na leśnym trakcie ujrzeli malutką, przygarbioną, zakapturzoną postać.  Nie wiedzieć czemu, momentalnie zrobiło się potwornie zimno, a z chrap konia zaczęły wydobywać się gęste kłęby pary. Nawet gruby koc, którym okryta była dziewczynka zaczął zawodzić. Postać nie ruszała się. Stała na środku drogi, zagradzając przejazd tak jakby wyczekiwała właśnie ich. Gregor pociągnął za lejce wstrzymując gniadosza. Czarnula przysunęła się do niego w poszukiwaniu odrobiny ciepła. Malutka postać, ciągle nieruchoma jak posąg z marmuru, podniosła oczy. Patrzyła na nich.

– Zejdź z drogi – odezwał się niezbyt uprzejmie Van Liesterberg.

– Witaj Wilku – odpowiedziała postać, a spod jej kaptura jasno zalśniły żółte, wielkie oczy.

– Skąd wiesz? – Gregor nie krył zaskoczenia.

– Widzę i czuję – odparł stworek.

– Kim jesteś i czego chcesz?

– Kim jestem nie ma znaczenia – rzekł skrzekliwie potworek. – Znaczenie ma to, co chcę ci powiedzieć Wilku. Ziarno Nienawiści zmieni doczesny świat. Nic nie będzie takie jak teraz. Poleje się krew. A lać się będzie strumieniami. Widziałem napad. Dziewczyna. Wiesz kim ona jest?

– Byłeś tam? To ty ich zabiłeś? Co się tam stało?

– Byłem, nic nie robiłem – skrzeczał stworek. – Rabusie napadli na kupców. Zabili ich. Jeden z nich zauważył ludzkie dziecko przypatrujące się im zza drzew. Pogonili za nim. Potem przyjechałeś ty.

– Kto zabił rabusiów? – niecierpliwił się Gregor. – I kim jest ta dziewczyna?

– Nie wiesz? – zapytał stworek. – Ziarno Nienawiści dojrzewa. Gdy będzie gotowe, wykiełkuje i zmieni doczesny świat. Casternor. Jedź do Casternoru. Tam się dowiesz.

– Nie rozumiem – rzekł zniecierpliwiony Gregor. – Czego się dowiem? Jakie ziarno?

– Casternor. Dziewczyna.

 To były ostatnie słowa tajemniczego stworzenia. Po nich stworek odwrócił się powoli i stawiając kolejne kroki, rozpłynął się w nicość. Gregor i dziewczynka długo patrzyli w miejsce, w którym jeszcze przed momentem stała mała postać o skrzekliwym głosie. Gregor odwrócił się i rzekł.

– Jedziemy do Casternoru. To daleko. Jak mam ci mówić? Masz jakieś imię?

– Elena – pewnie odpowiedziała dziewczynka.

 

Lochy Casternoru

– Po drodze pytałem ją o różne rzeczy – mówił Gregor siedząc przykuty do niewygodnego krzesła. – Czy ma rodziców, co się z nimi stało, ile ma lat, co robiła w lesie. Zawsze odpowiadała tak samo. Nie wiem, nie pamiętam. Przecież nie mogłem jej tam zostawić, ale też nie mogłem się nią zajmować. Ten zakapturzony stwór coś wiedział. Musiałem tu przyjechać. Tu kryje się odpowiedź na moje pytania, lub jakaś jej część. Powiedz mi gdzie ona teraz jest?

– Nic jej nie jest – odparł jak zawsze Otton Gelord, patrząc na rytmicznie rozpryskujące się o posadzkę, spadające z sufitu krople wody. – Jest cała i zdrowa, o to się nie bój. Mówisz, że jechałeś wozem? Hmm. Więc do morderstwa nowicjuszy, parania się magią, uwolnienia skazanej na śmierć wiedźmy trzeba doliczyć uprowadzenie wozu kupieckiego.

Gregor wymownie spojrzał na dowódcę.

Otton uśmiechnął się i rozłożył wygodniej, demonstrując przy tym, że bawi się o wiele lepiej niż Gregor.

– Co zrobiłeś z wozem? Bo przecież nie miałeś go w chwili gdy wpadłeś nam w ręce.

– Nie, nie miałem – zgodził się przesłuchiwany. – Jechaliśmy do Casternoru, a byliśmy w Darhan. Aby tu dotrzeć trzeba przejechać przez Tarligę, Verberg, odbijając na północny zachód przez Amotris potem Ferstburg i Sowinberg.

– Znam geografię panie Van Liesterberg. Nie pytałem jak tu dojechać, tylko co zrobiliście z wozem.

– Oddałem kupcom z Tarligi – odparł Gregor. – Za małą zapłatą.

– Więc nic nie wziąłeś dla siebie? – drążył Otton. – Nic, a nic?

– Trochę jedzenia dla siebie i dziewczyny.

– Oj, Gregor – Otton Gelord spojrzał na przesłuchiwanego. Na jego twarzy zagościł niemiły uśmiech. – Śmiem podejrzewać, żeś więcej zbrodni popełnił jadąc tu. Ale dość tego. Opowiedz mi o nowicjuszach.

– Doskonale wiem, że mnie nie wypuścicie. Co zrobicie z Eleną?

– A skąd wiesz ze cię nie uwolnimy? – Ironiczny uśmiech z twarzy dowódcy nie znikał choćby na chwilę. – Co inkwizytorskie należy się inkwizycji, co miejskie miastu. Jeśli zaś chodzi o Elenę, dziewczyna zostanie najpewniej oddana do klasztoru pod opiekę.

– Więc będę czekał tu na rozkazy Wielkiego Mistrza Urgona?

– Nie zamartwiaj się tym teraz. Lepiej dokończ opowieść. Ta część historii interesuje mnie najbardziej. Od tego co powiesz będzie zależało to, jaki będzie wyrok. Postaraj się więc, dobrze ci radzę.

– Dobra – rzekł stanowczo Gregor patrząc prosto w oczy Ottona. Tym razem dowódca lekko zesztywniał, a mina nieco mu zrzedła. – Powiem ci co chcesz. Potem zrobisz ze mną też co chcesz, ale jeśli dziewczynie stanie się krzywda, chociażbym umarł znajdę cię i zabiję.

Otton Gelord nic nie odpowiedział, patrzył tylko w oczy Gregora i wiedział, że z nim wszystko jest możliwe.

 

III

Świtało. Na utwardzonej drodze do miasta zauważono małą czarnowłosą dziewczynkę i rosłego mężczyznę jadących wierzchem na gniadym koniu. Zauważył ich jeden z kilku kręcących się przy drodze nowicjuszy inkwizycji. Ostrzony pal, na który miała być jeszcze dziś nabita wiedźma wyglądał już całkiem użytecznie. Skazana miała spętane ręce w przegubach, a nogi w kostkach. Była przywiązana do drzewa. Jej twarz była brudna i posiniaczona.

Jadący traktem zbliżyli się do szóstki nowicjuszy. Starali się nie zwracać uwagi ani na inkwizycję, ani na kobietę, ani też na zawzięcie strugany pal. Nie mogli przypuszczać, że to właśnie owa kobieta spowoduje zamieszanie i będzie przyczyną ich późniejszych kłopotów. Gdy tylko przywiązana do wielkiej brzozy kobieta zauważyła dziewczynkę, natychmiast otworzyła szeroko zdumione oczy i krzyknęła.

– Dziecko, pomóż mi! Błagam! Pomóż mi!

Dziewczyna odwróciła głowę w stronę wiedźmy i spojrzała na nią jadowicie zielonymi oczyma, lecz niemal w tej samej chwili mężczyzna odwrócił jej głowę dając tym samym do zrozumienia, by nie zwracała na nic uwagi.

– Zamknij mordę, czarcia wywłoko! – odparł jeden z nowicjuszy, po czym zdzielił wiedźmę stalową rękawicą. Krwiak na jej twarzy pękł i zalał policzek krwią.  – Nikt ci już nie pomoże.

Kobieta, zdawać by się mogło nie przejęła się bólem puchnącej i krwawiącej coraz bardziej rany i splunęła na oprawcę zebrawszy jak najwięcej śliny.

– Ziarno jest blisko – rzekła patrząc nie na nowicjusza, lecz na dziewczynkę jadącą na koniu. – Ziarno zasiane przez nienawiść.

Jedyną osobą, która zareagowała na te słowa był mężczyzna siedzący obok dziewczyny. Natychmiast zatrzymał konia i spojrzał na kobietę.

– Co powiedziałaś? – zapytał. Głos mężczyzny przywodził na myśl dwie trące o siebie piły.

– Nie interesuj się człowieku – odparł wycierający twarz wierzchem dłoni nowicjusz. – Nie mieszaj się w sprawy inkwizycji.

– Ta kobieta wie coś co mnie interesuje. – Zeskoczył z konia po czym odrzucił kaptur do tyłu. Reakcja była natychmiastowa.

– Znam cię. – Na pryszczatej twarzy nowicjusza przez krótką chwilę pojawił się strach. – Byłeś inkwizytorem. Gregor Van Liesterberg?

– We własnej osobie. Odsuń się i pozwól mi zadać jej kilka pytań.

– Mamy rozkazy panie, a z tego co wiem macie zakaz ingerowania w nasze sprawy.

Gregor nie zważając na nowicjusza zwrócił się do skazanej.

– O jakim ziarnie mówisz? Co z tym wspólnego ma ta dziewczyna?

– Czy nie wyraziłem się jasno? – Pryszczaty zatrzymał Gregora kładąc rękę na jego piersi. Inni nowicjusze przestali zajmować się palem i stali teraz z rękami przy rękojeściach mieczy otaczając Gregora.

– Zabierz rękę, albo ci ją złamię – powiedział przez zęby były inkwizytor.

– Znam rozkazy wobec twojej osoby. Masz się nie mieszać. W innym przypadku czeka cię śmierć.

Gregor ujrzał  jak pozostała piątka nowicjuszy wyciąga ostrzegawczo miecze.

– Jeśli zaatakujecie, to zginiecie – odparł krótko patrząc z politowaniem na pryszczatego.

– Słyszycie bracia? – zaśmiał się jeden z pośród piątki. – Grozi nam! Nas jest kupa, a on sam jeden.

– Odstąpcie. Nie chcę waszej śmierci. Pozwólcie mi tylko łaskawie z nią porozmawiać.

– Nie rozumiesz, że ci nie wolno debilu? – wtrącił jeszcze inny.

– Elena, odsuń się! – krzyknął Gregor.

Po tych słowach przemienił się w wielkiego jak niedźwiedź wilka. Pryszczaty nowicjusz upadł przerażony do tyłu, a pozostała piątka cofnęła się o trzy kroki.

Olbrzymi wilk przeszedł obok pryszczatego i jednym mocnym uderzeniem przeciął węzły wiedźmy pozostawiając na drzewie ślady po ostrych szponach. Widząc oswobodzoną skazaną, wyrwani z początkowego osłupienia nowicjusze stanęli do walki.

– Stój potworze, albo zginiesz! – zawołał głupio najniższy z szóstki.

Wilk warknął przeciągle. To jednak nie zatrzymało nowicjuszy. Całą bandą naskoczyli na bestię. Pierwszego, który próbował dosięgnąć mieczem jego sierści, złapał szczęką wpół, drugiemu zaś odgryzł głowę. Nowicjusze bezskutecznie machali mieczami. Żaden cios nie był na tyle szybki, by zranił bestię. Kolejnemu śmiałkowi wilk rozpruł brzuch jednym, celnym uderzeniem przednich łap. Czwarty został uderzony z taką siłą, iż upadł na strugany przez siebie pal nadziewając się nań. Siedząca na koniu i przyglądająca się makabrycznej scenie Elena odwróciła wzrok, zatkała uszy i spojrzała na mury miasta. Całkiem przypadkiem zauważyła jak jeden ze strażników strzegących bramy widząc zajście pobiegł zaalarmować pozostałych wartowników.

– Gregor! – krzyknęła czarnowłosa dziewczynka wskazując na miejsce, w którym przed chwilą zniknął strażnik.

Wielka bestia spojrzała tam i natychmiast zrozumiała. Szybko szarpnęła pryszczatego i wyrzuciła w powietrze po czym z całej siły naskoczyła na niego, miażdżąc przy tym klatkę piersiową. Ostatniemu w pośpiechu wilk podgryzł gardło.

Gdy brama się otworzyła i wybiegło z niej trzydziestu strażników dzierżących piki, miecze i kusze, Gregor już był na powrót człowiekiem. Stał sam pośród zmasakrowanych ciał nowicjuszy. Odwrócił się, spojrzał na drzewo do którego przywiązana była wiedźma i jak mógł się spodziewać ślad po niej zaginał.

– Stać! Poddaj się! – wrzasnął jeden ze strażników. – Jesteś otoczony. Nie stawiaj oporu inaczej ty i dziewczyna zginiecie.

Gregor nie stawiał oporu. Wiedział, że przy takiej sile nic by nie wskórał, nawet będąc wilkiem.

– Skuć go! I załóżcie mu tę obrożę po Frandelu. Może i tym razem się spisze.

 

Lochy Casternoru

– To by było wszystko – zakończył opowieść Gregor. – A tak z ciekawości. Kim był Frandel?

– Wilkołakiem – odparł Otton. – Tę obroże, którą masz na sobie zrobiliśmy zaraz po tym jak go złapaliśmy. Ostrzegliśmy go by się nie przemieniał, w innym przypadku posrebrzane kolce go zabiją. Krzyczał coś, że nie ma wpływu na to kiedy dokonuje się przemiana, ale nie bardzo się tym przejmowaliśmy, aż do pierwszej pełni. Nawiasem mówiąc, nieciekawy widok. Ty jak mi wiadomo przemieniasz się kiedy tego chcesz, śmiem więc twierdzić, że podobna historia cię nie spotka.

Gregor nie przejął się ostatnim zdaniem.

– Opowiedziałem ci wszystko co chciałeś. Co teraz?

– Tak opowiedziałeś. I wychodzi na to, że zabiłeś ich po to tylko by dowiedzieć się co ma wspólnego dziewczyna z tym jak to mówiłeś… ziarnem nienawiści. Tak?

– Od trzech lat – Gregor wyprostował się na niewygodnym krześle i przybliżył do twarzy dowódcy najbardziej jak tylko mógł. – Od trzech lat słyszę o ziarnie nienawiści. Wszyscy ci którzy o nim mówili, uważają je za coś bardzo ważnego. Elena ma coś wspólnego z tym ziarnem, jest kluczem do odpowiedzi. Ziarno ma odmienić świat, na którym obaj żyjemy. Nie wiem tylko czy na lepsze czy wręcz odwrotnie.

Otton Gelord patrzył przez chwile w zimne niebieskie oczy polimorfa, po czym wstał i przeciągnął się.

– Gonisz za wróżbami i przesądami Gregorze – odpowiedział podchodząc do metalowych drzwi. – Nie jest to zbyt rozsądne. Nie w tych czasach, kiedy to za zbieranie ziółek można pójść na stos.

– Co z dziewczyną? – zapytał widząc, iż dowódca ma zamiar opuścić pomieszczenie.

– Idź spać Gregorze. Jutro wszystko się wyjaśni.

Zapukał w metalowe drzwi. Po chwili odtworzyło się malutkie okienko przez, które zajrzało piwne oko strażnika. Zgrzytnął zamek, zaskrzypiały dawno oliwione zawiasy.

Dowódca Otton Gelord wyszedł nie oglądając się za siebie. Gregor przyglądał się jak w drzwiach przepuszcza go strażnik, który następnie wszedł do środka. To ten sam, który go tu przedtem przyprowadził i przykuł do krzesła. Smukły jak miecz mężczyzna podszedł do niego z pękiem kluczy.

– Wracamy do celi – rzekł ochrypłym głosem. – Radzę nacieszyć się ostatnimi chwilami życia.

 

IV

Zbudziło go zgrzytanie otwieranego zamka. Do celi wszedł strażnik rzucając komendy ochrypłym głosem, a za nim czterech innych, odzianych w barwy Casternoru. Dwóch z nich wzięło go pod pachy i postawiło na nogi.

– Pójdziesz po dobroci, czy mamy ci pomóc?

– Odważny jesteś. – Gregor popatrzył mu w oczy i uśmiechnął się brzydko. – Ściągnij mi to ustrojstwo z szyi, a przekonamy się czy aby na pewno.

Dostał cios w twarz i dwa potężne kopniaki w brzuch.

– Na twoim miejscu trzymałbym jęzor za zębami i nie byłbym taki cwany – gwałtownie odpowiedział ochrypły. – Bardzo mnie ciekawi czy nadal będziesz taki mądry gdy ci założymy pętle na szyję. Idziemy!

Gdy wyszli z lochów, jasność oślepiła Gregora na tyle, że zmuszony był zacisnąć powieki. Upłynęła długa chwila nim mógł w niewielkim stopniu pozwolić światłu dostać się do odzwyczajonych od jasności źrenic. Blask dnia agresywnie wdzierał się do głowy, powodując niedający się znieść ból. Gdy w końcu w pełni odzyskał wzrok, zorientował się, że znajdują się na brukowanym dziedzińcu w centrum, którego czekał już na niego dowódca wraz ze strażą. Po jego prawej stronie stała trzynastoletnia dziewczynka o długich czarnych jak bezksiężycowa, pochmurna noc włosach.

– Gregor! – krzyknęła, gdy tylko go zobaczyła. – Tak się bałam!

Dowódca Otton Gelord popatrzył na dziewczynkę i położył palec na ustach nakazując milczenie. Dziewczynka posłusznie zamilkła i uważnie przyglądała się Gregorowi i prowadzącym go strażnikom.

– Jesteś, więc nie ma co przedłużać – rzekł donośnie dowódca, gdy tylko więzień stanął przed nim. – Gregorze Van Liesterberg, sprawa przedstawia się jasno. Sam przyznałeś, że posługujesz się magią. Zdradziłeś przysięgę, którą złożyłeś wielkiemu mistrzowi inkwizycji, uwolniłeś skazaną na śmierć wiedźmę, zabijając przy tym sześciu nowicjuszy. Uczyniłeś to, jak twierdzisz w imię poznania sensu, jak sądzę nic niewartej przepowiedni. Bez dwóch zdań zasługujesz na kilkukrotną karę śmierci.

– Gregor! Nie! – Czarnowłosa dziewczynka, nie zwracając uwagi na dowódcę, podbiegła do więźnia, przytuliła go i rozpłakała się. – Nie wolno im cię zabić.

– Uspokój się dziewczyno! – prychnął dowódca Otton Gelord, wyraźnie poirytowany tym, że smarkula miała czelność przerwać jego wypowiedź. – Jeszcze nie skończyłem.

Wszyscy spojrzeli na dowódcę.

– Jak mówiłem, zasługujesz na śmierć – kontynuował. – Lecz to sprawa inkwizycji, nie nasza. Mógłbym cię trzymać w lochu do przyjazdu inkwizycji. Mógłbym. Ale oni szukają wszędzie i znajdują wszędzie. Po cóż mam wzbudzać lęk w mieszkańcach miasta? Najlepszym wyjściem jest więc wygnanie cię z miasta z dożywotnim zakazem zbliżania się do niego w obrębie mili.

– Ale panie dowódco – wypalił z niedowierzaniem ochrypły strażnik. – To przecież czarownik i morderca! Nie wolno nam go wypuszczać. Zabijmy go. Gdy inkwizycja się dowie, że wypuściliśmy zbrodniarza , to dopiero się nam dobierze do dupy.

– Ja tu wydaję rozkazy! – krzyknął nagle, by po chwili już całkiem spokojnie dodać. – Nie uniewinniam go. Zginie, jeśli się tu jeszcze kiedykolwiek pojawi. Rzecz w tym, że nie zabił żadnego z naszych, lecz ludzi inkwizycji. Po długich przesłuchaniach twierdzę, iż obecnego tu Gregora Van Liestenberg należy uwolnić, co niniejszym postanawiam.

Szczęka ochrypłego opadła i zawisła bezwładnie, a Gregor patrzył prosto w oczy dowódcy jakby szukał w nich jakiegoś podstępu.

– Uważam sprawę za zamkniętą. – Dowódca odwrócił się do nich plecami i ruszył przed siebie, widocznie śpiesząc się do własnych obowiązków. – Osiodłajcie jego konia i upewnijcie się, że opuści miasto – rzucił przez plecy.

– Panie dowódco?

Otton zatrzymał się nagle i odwrócił. Osobą, która się do niego zwróciła była czarnowłosa dziewczynka o szmaragdowych oczach.

– Tak?

– Dziękuję.

 

Opuścili miasto w towarzystwie trzydziestu strażników pod dowództwem ochrypłego. Gregor, chociaż ręce miał już wolne, to szyję nadal okalała jeżąca się do wewnątrz kolcami obroża. Żaden ze strażników nie odważył się uwolnić go od gustownego naszyjnika. Niebo było tak szare jak w dniu kiedy tu przybyli. Bezlistne, czarne drzewa, stara zgniła trawa, błoto i olbrzymie kałuże na drodze powodowały ponury nastrój, który zasiewał się w umysłach zarówno straży jak i eskortowanych.

– Dokąd teraz pojedziemy? – Zapytała dziewczynka.

– Póki co, jak najdalej z stąd – odrzekł Gregor uśmiechając się do niej. – Wiesz co? Tak się zastanawiam i ciągle nie rozumiem jednego. Ten stwór kazał nam tu przyjechać. Mieliśmy tu otrzymać odpowiedzi. I co? Nadal tkwimy w martwym punkcie jedynie z tą różnicą, że wpadliśmy w kłopoty i mamy teraz ze sobą spory zapas straconego czasu. Elena, przepraszam że nie mogłem być przy tobie. – Spojrzał na dziewczynkę ze skruchą. – Opowiedz mi lepiej szybko, co się z tobą działo gdy tkwiłem w lochu.

– Trzymali mnie w ratuszu. Nie martw się, nic złego mnie nie spotkało, dali mi jeść, miałam gdzie spać, zadali mi tylko kilka pytań. Dobrze je pamiętam. Skąd cię znam, po co tu przyjechaliśmy, dlaczego zabiłeś tych przed murami.

– Co im odpowiedziałaś?

– Opowiedziałam im jak znalazłeś mnie w lesie, że straciłam pamięć i że jechaliśmy do Casternoru żeby się czegoś o mnie dowiedzieć.

– A nowicjusze?

– Powiedziałam im, że ta kobieta, którą mieli zabić chyba coś wiedziała i że chciałeś ją tylko o to coś zapytać, ale oni nie pozwolili ci i zaatakowali.

– Elena? – Gregor spojrzał w jej zielone, piękne, duże oczy. – Przypomniałaś sobie cokolwiek? – Może jednak ta podróż na coś się przydała, pomyślał.

– Nie – odparła spuszczając głowę. – Nie wiem skąd się wzięłam w tym lesie, co się stało z tymi ludźmi. Pamiętam tylko krew i ciebie.

Zatrzymali się nad Esaną, rzeką wąską lecz głęboką i rwącą. Gałęzie starych drzew i mocno poskręcane i poplątane między sobą korzenie tworzyły mur, za którym płynęła wartko czysta woda. Wokół panowała cisza. Jedynie jej szum i parskania koni mąciły spokój. Było to umówione miejsce, z którego Gregor i Elena mieli dalej jechać sami. Strażnik z ochrypłym głosem w geście uniesionej dłoni zatrzymał eskortę, zszedł z konia, po czym podszedł i zwrócił się do Gregora.

– Dotarliśmy do celu. Tu powinniśmy się rozstać. I tak się stanie, ale nie tak jakbyś tego chciał. Bo tu właśnie zaraz, za momencik napadną ciebie i tę dziewuszkę zbójcy, zabiją was i wrzucą ciała do rzeki.

– Miałeś rozkazy! – warknął przez zęby Gregor.

Dowodzący eskortą strażnik patrzył prosto w rozwścieczone oczy byłego inkwizytora i zaczął mówić na tyle głośno, by go wszyscy dobrze słyszeli.

– Nie wiem co obiecałeś Ottonowi, ale dla mnie jesteś zwykłym mordercą. Mordercom należy się sroga kara, a ciebie uniewinniono i puszczono wolno. Dowódca popełnił błąd, który może nas i nasze rodziny drogo kosztować. Nie zgadzam się na to. – Po czym dodał już na tyle cicho, by usłyszał go tylko Gregor. – Gdy będę już dowódcą nie będę tak pobłażliwy, skorumpowany i lekkomyślny jak stary Otton.

– Gregor, boję się – powiedziała dziewczynka i przytuliła się mocno do piersi polimorfa.

– Wypuśćcie dziewczynę, ona nie jest niczemu winna – powiedział zeskakując z konia. – I jeśli macie odrobinę honoru dajcie mi jakąś broń.

– A skąd mam wiedzieć, że to nie jakaś mała wiedźma? He? – odparł ochrypły podnosząc z brzegu drogi dwa spróchniałe kije. – A co do broni. Proszę to wasza broń. Lepiej zróbcie z niej pożytek.

Gdy wręczał Gregorowi kij na jego twarzy widniał obłąkany uśmiech szaleńca. Elena zeskoczyła z konia i ścisnęła mocno wręczoną gałąź.

– Jak się zacznie – powiedział do niej Wilk. – Uciekaj w las. Nie przez most, tyko w las, rozumiesz?

– Chłopcy? – zachrypiał strażnik. – Zróbmy z nimi porządek. Nikt nie musi wiedzieć, że to nasza robota. Ktoś inny mógł przecież na nich napaść. Brońmy nasze rodziny!

Trzydziestu zeskoczyło z koni i wyjęło broń. Przerażone, zielone oczy dziewczynki w jednej chwili zrobiły się czarne, czarniejsze niż jej krucze włosy. Nikt jednak tego nie zauważył. Strażnicy trzymający uzbrojone w bełty kusze, otoczyli ofiary tak by nie zdołały zbiec. Ci którzy dzierżyli miecze, pewni swej przewagi zbliżali się powoli do Gregora, uśmiechając się złowieszczo. W tym czasie kij w rękach Eleny również zaczynał robić się czarny. Tego też nikt nie zauważył.

– No chodź do wujka – zaśmiał się szyderczo jeden ze zbirów, po czym runął z uniesionym wysoko mieczem na dziewczynkę. Gregor natychmiast zasłonił ją własnym kijem, lecz miecz z łatwością przeciął spróchniały badyl na dwie równe części. Gregor był bezbronny. Mimo to rzucił się z gołymi rękami na oprawcę próbując go obezwałdnić. Inny strażnik w tym czasie zaatakował dziewczynkę. Uderzył, lecz ostrze nie zdołało dotrzeć do celu. Zatrzymało się na czarnym jak węgiel kiju Eleny. Broń dziewczynki otaczał dziwny czarny, dym który nie ulatniał się, lecz tkwił przez cały czas w tym samym miejscu. Elena spojrzała na strażnika czarnymi jak noc oczami..

– Co jest?! – krzyknął przerażony.

Miecz napastnika natychmiast pokryła rdza, a po chwili broń rozsypała się w pył. Elena z całej siły uderzyła kijem w pierś rozbrojonego strażnika. Cios był na tyle silny, by spowodował falę uderzeniową, która przewróciła otaczających ich oprawców. Zmieciony uderzeniem strażnik już nie wstał. Jego ciało leżało bezwładnie. W miejscu gdzie jeszcze przed momentem anatomicznie i prawidłowo powinna być pierś, widniała wielka, przegniła na brzegach dziura. Nikt jednak nie zdążył się jej przyjrzeć, bo Elena z szybkością i zwinnością kota atakowała kolejnych strażników. Oniemiali kusznicy stali jak wryci. W tym czasie dziewczynka dokonywała pogromu. Lekkie dotknięcia kija powodowały otwarte złamania kości nóg, rąk i żeber. Nikt nie zdołał jej zatrzymać. Każdy miecz trafiający na oręż dziewczyny w jednej chwili pożerała rdza.

– Strzelajcie idioci! Zastrzelcie ją! – wył ochrypły. – Nie zbliżać się do niej!

Dziewczynka natychmiast zareagowała. Odrzuciła kij, doskoczyła do jednego z kuszników i otwartą dłonią uderzyła go w twarz. Tym razem w dotyku nie było wielkiej siły. Twarz mężczyzny pokryły zmarszczki, włosy posiwiały, szczęka i żuchwa zapadły się nie tylko z braku zębów, których mężczyzna zwyczajnie nie zdążył wypluć. Wyschnięta i zmumifikowana głowa znieruchomiała. Elena wyrwała martwemu kusznikowi broń, która podobnie jak kij natychmiast stała się czarna i zadymiła. Bełt nie był jej potrzebny. Wystrzelony pocisk był czymś czarnym i ledwo dostrzegalnym. Czymś jak ulotna mgiełka. Niewidzialny pocisk przedziurawił kolejną ofiarę, a następnie przeleciał przez kolejne pięć ciał, zadając śmierć. Pozostali strażnicy zachowując resztki racjonalnego myślenia, rzucili się do ucieczki. Ochrypły darł się wniebogłosy, wrzeszczał i krzyczał za nimi. Na próżno.

– Nie zbliżaj się do mnie demonie! – zawołał, gdy z przerażeniem zorientował się, że na polu walki został sam. – Zostaw mnie!

– Nie jestem demonem – rzekła spokojnie, dziewczęcym głosem Elena. Bezwładnie wypuściła z ręki kuszę i poczęła powoli zbliżać się do ofiary. Zszokowany Gregor nie był wstanie się poruszyć. Patrzył na wszystko oczami tak szeroko otwartymi jak nigdy dotąd. Ze strachem jakiego nie czuł nigdy dotąd.

– Nie dotykaj mnie wiedźmo! – Przez darcie się jeszcze bardziej ochrypł. Cofał się, roztrzęsiony na całym ciele i przerażony, trzymając oburącz miecz. – Ty potworze!

– Nie jestem wiedźmą – Elena zbliżała się powoli zachowując jeszcze bardziej potęgujący przerażenie strażnika spokój. – Potworem też nie jestem.

Nie miał dokąd uciec. Mur z drzew rosnących przy rzece stał się mu nieprzyjacielem. Gdy dziewczyna w końcu znalazła się przy strażniku spojrzała mu prosto w oczy. Ochrypły odwzajemnił spojrzenie i nagle poczuł falę ciepła zalewającą go od pasa w dół. Po nogawkach spływał na ziemię jego własny mocz.

– Kim jesteś? – zapytał przez łzy wypuszczając miecz z rąk.

– Jestem Elena – powiedziała. – I jestem Ziarnem Nienawiści.

Po tych słowach uderzyła go pustą małą dłonią w brzuch. Ręka zamiast zatrzymać się, przeszła na wylot. Strażnik stęknął przeciągle i upadł na kolana. Spojrzał ostatni raz swoimi załzawionymi oczami w jej oczy, czarne jak noc, po czym skonał. Elena wyciągnęła rękę ze strażnika i podeszła do oniemiałego Gregora. Wokół było mnóstwo trupów.

– Elena, jak…? – wydusił z siebie przez ściśnięte gardło.

– Nie wiem, nie pamiętam, Gregor może wtedy w lesie…

– Będą nas gonić. Strażnicy, którzy uciekli na pewno powiadomią o wszystkim dowódcę.

– Uciekajmy.

– Tak.

– Gregor, pomóż mi.

– Pomogę.

Elena dotknęła dwoma palcami kolczastej obroży, która otaczała szyję Gregora. Ta podobnie jak broń strażników natychmiast rozsypała się w pył. Polimorf wstał i wymasował kark. Oczy Eleny znów były szmaragdowo zielone.

– Wskakuj i nie puszczaj.

– Nie rozumiem… Gregor…

Po chwili wszystko było wiadome. W miejscu gdzie przed chwilą stał wysoki, mężczyzna o lazurowych oczach, leżał wielki jak niedźwiedź szary wilk o tych samych, przykuwających wzrok oczach. Wdrapała się na grzbiet i trzymając mocno przytuliła do miękkiej, puszystej sierści. Gdy kolos upewnił się, że dziewczyna nie spadnie z niesamowitą prędkością pomknął przed siebie i znikł w leśnej gęstwinie.

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem.

Interpunkcja leży, zwłaszcza w okolicy wołaczy. Gdzieniegdzie zapis dialogów błędny. Sporadycznie inne drobiazgi.

Mam wrażenie, że tekst jest przegadany, szczególnie na początku, potem się rozkręca.

– To nie prawda kłamco! – Zaprzeczyła kręcąc energicznie głową.

Nieprawda, a po niej przecinek. “Zaprzeczyła” w tym przypadku małą literą, a po nim kolejny przecinek. A właściwie, po co aż dwie części tego zdania? Obie znaczą to samo. IMO, jedna jest zbędna.

Wjeżdżając weń z zamiarem wyjechania z drugiej strony potrzeba było przeszło całej doby.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, za to obowiązkowe są przecinki między częściami. W ogóle dziwna konstrukcja. Dlaczego nie po prostu: “Na przejechanie potrzeba było przeszło/ ponad doby”? BTW, przeszło coś to musi być jedno całe i jeszcze trochę.

Uderzenie było tak silne, że przewróciło zarówno Gregora jak i dwudziestu oprawców dzierżących miecze.

Trochę realizmu… Tak się usłużnie ustawili, że jak domino od jednego ciosu?

Babska logika rządzi!

Jest tu pomysł i całkiem fajna fabułą, choć niestety urwana :( Szkoda, że do końca nie wyjaśniłeś, o co chodzi z tym Ziarnem Nienawiści. Bohater nawet przypadł mi do gustu, podobnie jak intryga. Przeplatanie wspomnień z zeznaniem też na plus. Świat nie rzuca na kolana, wpisuje się w znane standardy, ale mi to nie przeszkadza.

Warsztatowo zaś nie najlepiej. Interpunkcja przeraziła się Inkwizycji i dała dyla. Zdarzają się powtórzenia. Początkowe dialogi brzmiały dla mnie nienaturalnie – potem było nieznacznie lepiej. Postacie mówiły dosyć sztywno.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wielkie dzięki. Jest to moje pierwsze opowiadanie i wszelkie uwagi są dla mnie bardzo cenne :) Zwrócę uwagę na wszystkie znalezione błędy i chętnie je poprawię.  Cały czas się uczę.

Historia niezgorsza, nieźle opowiedziana, ale wielka szkoda, że pozbawiona przyzwoitego zakończenia.

Ziarna Nienawiści pojawiają się w tytule, dają o sobie znać w całym opowiadaniu i zdają się być istotną sprawą dla biegu zdarzeń ale, niestety, Autor postanowił, że do końca pozostaną tajemnicą – nie dowiesz się, czytelniku, o co chodzi, bo bohaterowie zniknęli w lesie i słuch o nich zaginął. A może się mylę? Może właśnie powstaje ciąg dalszy… ;)

Po odjeździe Ottona Gelorda okazuje się, że ochrypły strażnik umówił zbójników i przygotował zasadzkę. Ciekawi mnie, skąd wiedział, że Otton każe wypuścić Gregora i dziewczynkę?

Wykonanie, o czym wspomnieli wcześniej komentujący, a co i ja stwierdzam z przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Mam nadzieję Rybakusie, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące, ale dokończone i lepiej napisane.

 

czter­dzie­sto­let­nie­go męż­czy­znę o krót­ko ścię­tych wło­sach. Twarz męż­czy­zny… – Powtórzenie.

 

unie­moż­li­wi­łeś wy­ko­na­nie eg­ze­ku­cji i tym samym do­pro­wa­dza­jąc do uciecz­ki ska­za­nej za czary. – Zamiast spójnika powinien być przecinek.

 

przy­glą­dał się jak darli za pło­ną­cą chatę wrzesz­czą­cą wnie­bo­gło­sy i wy­ry­wa­ją­cą się roz­pacz­li­wie reszt­ka­mi sił dziew­czy­nę. – Co to znaczy, że darli dziewczynę za chatę?

 

– Wie­cie, że in­kwi­zy­cja nie to­le­ru­ję gwał­tów mości pa­no­wie? – Za­py­tał ni­skim… – – Wie­cie, że in­kwi­zy­cja nie to­le­ru­ję gwał­tów, mości pa­no­wie? – za­py­tał ni­skim

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Mam wam przy­po­mnieć jak ka­że­my gwał­ci­cie­li?!Mam wam przy­po­mnieć jak ka­rze­my gwał­ci­cie­li?!

Sprawdź znaczenie słów każemykarzemy.

 

– Przejdź przez to, a zgi­niesz na miej­scu.–wy­szep­ta­ła chra­pli­wie… – Zbędna kropka po wypowiedzi, brak spacji po półpauzie.

 

Pies prze­wró­cił Gre­go­ra, lecz ten w ostat­niej chwi­li za­krył się mie­czem. – Czy można zakryć się mieczem?

 

Cie… ciekawe…po której ze stron staniesz g…gdy wzejdą plony.

Gregor stanął nad ciałem by zadać ostateczny cios. – Brak spacji po wielokropkach. Powtórzenie.

 

Byłem szyb­ki i silny. Ale to nie był sen. Za­pa­chy były bar­dzo praw­dzi­we… – Objaw byłozy.

 

– Po dwóch la­tach, za­in­te­re­so­wa­ny moimi po­czy­na­nia­mi, Wiel­ki Mistrz Urgon we­zwał mnie do sie­bie. Za­uwa­żył moją nie­zwy­kłą sku­tecz­ność i za­py­tał mnie jak to moż­li­we. Wtedy są­dzi­łem, że gdy się dowie kim je­stem, pośle mnie na tajne misje, że awan­su­ję i z moim ta­len­tem… – Nadmiar zaimków.

 

wid­niał ślad po ko­łach ku­piec­kie­go wozu i koń­skich kopyt. – Raczej: …wid­niały ślady po ko­łach ku­piec­kie­go wozu i koń­skich kopyt.

 

Odzia­na była w zi­mo­wy ka­fta­nik z kap­tu­rem z cie­lę­cej skóry, się­ga­ją­cy kolan. – Raczej: Odzia­na była w zi­mo­wy kubraczek z kap­tu­rem z cie­lę­cej skóry, się­ga­ją­cy kolan.

Kaftanik nie jest wierzchnim strojem zimowym.

 

Niebo po­ciem­nia­ło, a dzień chy­lił się ku za­cho­do­wi… – Ku zachodowi może chylić się słońce, ale  dzień to raczej się kończy.

 

Tu kryję się od­po­wiedź na moje py­ta­nia… – Literówka.

 

Cho­ciaż­bym umarł znaj­dę Cię i za­bi­ję.Cho­ciaż­bym umarł, znaj­dę cię i za­bi­ję.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Sta­ra­li się nie zwra­cać uwagi ani na in­kwi­zy­cje, ani na ko­bie­tę… – Literówka.

 

Od­parł jeden z no­wi­cjusz, po czym zdzie­lił wiedź­mę w twarz. – Literówka.

 

– Nie chce wa­szej śmier­ci. – Literówka.

 

Pierw­sze­go, który do­się­gnął mie­czem jego sier­ści, zła­pał szczę­ką w pół… – …zła­pał szczę­ką wpół

 

To by było na tyle – za­koń­czył opo­wieść Gre­gor.To by było tyle – za­koń­czył opo­wieść Gre­gor. Lub: To by było wszystko – za­koń­czył opo­wieść Gre­gor.

 

Do celi wszedł straż­nik rzu­ca­jąc ko­men­dy ochry­płym gło­sem, a za nim czwo­ro in­nych, odzia­nych w barwy Ca­ster­no­ru. Dwoje z nich… – Zakładam, że strażnikami byli mężczyźni, więc: Do celi wszedł straż­nik rzu­ca­jąc ko­men­dy ochry­płym gło­sem, a za nim czterech in­nych, odzia­nych w barwy Ca­ster­no­ru. Dwóch z nich

Czworodwoje powiemy o grupach mieszanych, składających się z kobiet i mężczyzn.

 

Ga­łę­zie sta­rych drzew mocno po­skrę­ca­ne i po­plą­ta­ne mię­dzy sobą ko­rze­nia­mi two­rzy­ły mur… – W jaki sposób gałęzie drzew mogły być poplątane korzeniami? ;-)

 

na­pad­ną cie­bie i  dzie­wusz­kę zbój­cy… – …na­pad­ną cie­bie i dzie­wusz­kę zbój­cy

 

wid­nia­ła wiel­ka prze­gni­ta na brze­gach dziu­ra. – Raczej: …wid­nia­ła wiel­ka, prze­gni­ła na brze­gach dziu­ra.

 

któ­rych męż­czy­zna zwy­czaj­nie nie zdą­żył wy­pluć,. – Zbędny przecinek przed kropką.

 

Nie­wi­dzial­ny po­cisk prze­dziu­ra­wił ko­lej­ną ofia­rę na wylot… – Masło maślane. Przedziurawić to zrobić dziurę na wylot.

 

Resz­ta straż­ni­ków za­cho­wu­jąc reszt­ki ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Mur z drzew ro­sną­cych przy rzece był nie­przy­ja­cie­lem. W końcu zna­la­zła się przy nim i spoj­rza­ła mu w oczy. – Czy dobrze rozumiem, że spojrzała w oczy muru z drzew? ;-)

 

 

edycja

O! Pojawiła się całkiem zacna ilustracja! Domyślam się, że własna. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziekuje za komentarz i wyszczególnienie bledow. Postaram się jak najszybciej coś z nimi zrobić. Zakonczenie jak dobrze się domyślasz celowo pozostawiłem otwarte i planuje napisac kolejne opowiadania . Ilustracja mojego autorstwa, choć nie ukrywam inspirowana podobną znalezioną w sieci. Z zawodu jestem grafikiem komputerowym.

Cieszę się, że planujesz opowiedzieć historię do końca. Zdaję sobie sprawę, że pewnie minie nieco czasu, nim odsłonisz tajemnicę Ziarna Nienawiści, ale jestem cierpliwa. Poczekam.

I bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najbardziej podoba mi się obrazek.

Warsztat średni, zdarzają się niepotrzebne, łatwo upraszczalne frazy i nieprzyjemne dla oka konstrukcje

Świtało. Na utwardzonej drodze do miasta zauważono małą czarnowłosą dziewczynkę i rosłego mężczyznę jadących wierzchem na gniadym koniu. Zauważył ich jeden z kilku kręcących się przy drodze nowicjuszy inkwizycji. Ostrzony pal, na który miała być jeszcze dziś nabita wiedźma wyglądał już całkiem użytecznie. Skazana miała spętane ręce w przegubach, a nogi w kostkach. Była przywiązana do drzewa. Jej twarz była brudna i posiniaczona.

W jednym akapicie mieszasz dwie nieco rozłączne sytuacje – z jednej strony ktoś tam obserwuje bohaterów, a potem nagle przeskakujesz do opisu wiedźmy. Mylące i niszczące płynność czytania. Do tego lepiej brzmią ręce spętane w przegubach, nogi w kostkach też jakoś brzydko. Miała spętane ręce i nogi. Kogo interesują pozostałe informacje i co one wnoszą? 

Interpunkcja do poprawy, opowieść jednak poprowadzona całkiem sprawnie, interesująca narracja, klasyczne rozpoczęcie od końca, lecz przed finałem. Podobało mi się tło, choć sama fabuła mnie nie powaliła, zbyt pospolita i grubymi nićmi szyta, jak na mój gust (po co np. wiedźma przemienia swego oprawcę? ok, może kiedyś się wyjaśni, ale w tym opowiadaniu rzecz pozostaje w zawieszeniu; ponadto ta epicka rozwałka na końcu to niemal pastisz), lecz moim gustem przejmować się nie musisz.

Powinieneś dookreślić trochę polimorfa, moim zdaniem, bo ja wiedziałem tyle: nie jest wilkołakiem (a więc nie zmienia się w wilka), tylko POLI-morfem, czyli może się zmienić nie tylko w wilka (???). A to z kolei doprowadziło do pytań typu: dlaczego do cholery nie zmieni się w jakieś inne stworzenie i po prostu nie ucieknie z tego więzienia? Nie wiem, jakie zasady rządzą tymi przemianami, ale mnie tam na myśl stale przychodziła łasica ;)

Nie jest to zły tekst, ale mogło być lepiej.

4.

Opowiadanie ładnie skomponowane, fabularnie może nie rzuca na kolana, ale jest na tyle ciekawe, że chce się wiedzieć, co dalej i sprawia przyjemność.  Do poprawy na pewno interpunkcja, w tekście brakuje mnóstwa przecinków.

Nowa Fantastyka